Work Text
- Błagam, podaj mi wybielacz - jęknął Stiles, trząc oczy i potykając się o meble.
- Nie przesadzaj, to nie było takie złe. W końcu zdawałeś sobie sprawę z tego, że się spotykają. Sami ci to powiedzieli. - Derek szedł za nim, starając się uchronić swojego partnera od poważniejszych urazów.
- Wiedzieć, a widzieć to dwie różne rzeczy - wyjęczał dziecinnie.
- Synu, przecież to nic takiego. Na prawdę myśleliśmy, że jesteśmy sami, a to nie było nawet miejsce publiczne! - John poprowadził Stilesa na kanapę i usiadł koło niego.
- No właśnie, ciesz się, że trafiłeś tylko na pocałunek. Będąc samymi w domu mogliśmy robić coś o wiele bardziej... - Peter przerwał sugestywnie z cwanym uśmieszkiem.
- Chciałem wybielacz, ale teraz chcę lobotomie. Nie musiałem tego wiedzieć, a od dziś ten dom to niebezpieczne terytorium. Będziemy się tu zapuszczać tylko po wcześniejszym telefonie - obiecał Stiles, nadal nie patrząc na ojca.
- Szkoda. Mogłoby być ciekawie, gdybyś wszedł w "odpowiednim" momencie.
- Peter!!!
