Actions

Work Header

Threads of Unforgotten

Entire Work

Work Text

You put all your faith in my dreams
You gave me the world that I wanted
What did I do to deserve you?
I follow your steps with my feet
I walk on the road that you started
I need you to know that I heard you, every word

I've waited way too long to say
Everything you mean to me

Ben Platt ,,In case you don’t live forever”

-1-

Sam już wiele razy sugerował, że powinni zająć się posprzątaniem w pokojach niegdyś należących do Castiela i Jacka. Przez pierwszy miesiąc Dean zwinnie się od tego wykręcał: albo miał do załatwienia coś niezwykle pilnego, co wymagało zaszycia się na długie godziny w najodleglejszych zakamarkach Bunkra, albo znajdował nagłe sprawy na drugim końcu kraju. Innym razem namawiał brata na wycieczki do miejsc, w których dawno nie byli, albo upierał się, że powinni koniecznie odwiedzić Jodie i dziewczyny.

- Naprawdę z nim nie najlepiej, co? - spytała któregoś razu Claire, kiedy wraz Samem po skończonej kolacji zmywali naczynia.

- Jakoś się trzyma - odparł Sam, unikając kontaktu wzrokowego.

Jakoś

nie było najlepszym określeniem stanu, w jakim znajdował się Dean. Ciągle nowe sprawy, wiele godzin w drodze i jeszcze więcej alkoholu. Rzadko wracał do Bunkra na dłużej niż dwa dni, bo od razu znów chciał ruszać w drogę, często w pojedynkę, bo Sam nie nadążał za jego nowym trybem życia. Patrzenie na brata w takim stanie było ciężkie. Jeszcze cięższy był fakt, że wszelkie próby rozmowy o wydarzeniach, które poprzedziły pokonanie Chucka, kończyły się zupełnym niepowodzeniem, bo Dean sprawiał wrażenie zupełnie obojętnego wobec faktu, że stracił jedną z najbliższych mu osób.

Sam doskonale wiedział, że taki stan rzeczy nie potrwa wiecznie i że Dean w końcu wybuchnie. Zawsze tak było.

Pierwsza oznaka powolnego demontażu całej tej starannej barykady, jaką wybudował wokół swojej psychiki Dean, pojawiła się trzy miesiące po odejściu Casa. Sam postanowił w końcu zająć się porządkowaniem rzeczy Jacka, licząc, że znajdzie wśród nich kilka książek, które kiedyś mu pożyczył.

- Tylko nie ruszaj pokoju Castiela - mruknął Dean znad laptopa, gdy brat tamtego ranka podzielił się z nim swoim planem.

Wtedy chyba pierwszy raz od dawna wymówił to imię. Zawisło między nimi na dłuższą chwilę, pozostawiając iskrę, która nie potrzebowała wiele, by wzniecić pożar.

- Jesteś pewny? - spytał Sam, mając jak najlepsze intencje. Wiedział, jak trudne to może być dla Deana. - Jeśli chcesz, mogę…

- Powiedziałem, że masz go nie ruszać. - Dean podniósł na niego rozgniewany wzrok, ale gdy ich oczy się spotkały, zmieszał się i z powrotem opuścił go na ekran. - Sam się tym zajmę.

- No dobrze. - Sam uniósł ręce na znak, że się poddaje, i powoli wycofał z pomieszczenia. - Jak sobie życzysz.

Choć Sam pomyślał wtedy, że być może nastąpił przełom, bardzo się pomylił. Kolejne miesiące nie przyniosły nic prócz postępującego wycofania Deana, kilku wampirów i mnóstwa wspomnień, które przekradały się do nich coraz częściej, jakby tama milczenia wybudowana wokół tematu Casa powoli pękała. Raz był to hotel, w którym kiedyś mieszkali, innym razem ich wspólne zdjęcie znalezione w książce o demonach, wyprzedaż jego ulubionych płatków albo dzwoniący telefon - jeden z tych, których używał, podszywając się pod agenta FBI.

Aż w końcu, pewnego dnia, który niczym nie różnił się od setki poprzednich, Dean obudził się wcześniej niż zwykle i stwierdził, że nie potrafi już dłużej z tym zwlekać.

Dean wiedział, że Castiel prawdopodobnie nie posiadał wielu rzeczy. W końcu był aniołem - gdyby chwilę się nad tym zastanowić, to nie potrzebował nawet tego pokoju, bo przecież nie sypiał, ale tak już jakoś wyszło, że każdy, kto odwiedził Winchesterów w Bunkrze choć raz, miał swoje własne lokum

tak na wszelki wypadek.

Jakby miał zostać tragicznie ranny i potrzebował miejsca, w którym może swobodnie krwawić, tak na przykład.

Pokój Castiela nie różnił się w zasadzie niczym od innych: łóżko, kilka szafek, komoda, biurko, łazienka. Pachniało w nim kurzem, impregnatem do mebli i jeszcze tym czymś, czym Castiel zawsze pachniał - może niebem? Dean nie miał pojęcia, co to za zapach, ale kiedy poczuł go po raz pierwszy po tylu miesiącach, z wrażenia musiał usiąść.

Przed oczami od razu stanęła mu sytuacja sprzed wielu lat, w której po raz pierwszy pomyślał, że Castiel naprawdę ładnie pachnie. Cas był na niego wściekły (Dean nie pamiętał już nawet z jakiego powodu, chyba zbuntował się przeciwko innym aniołom, żeby go chronić - coś w tym stylu). Przyparł go do ściany w jakiejś podejrzanej uliczce i Dean raczej powinien się bać, bo dopiero niedawno dowiedział się, że anioły istnieją, nie znał ich więc jeszcze aż tak dobrze, a poza tym widział już kilka razy, jak Castiel przypala komuś mózg jednym dotknięciem - tylko że zamiast przejmować się tym, że za chwilę być może umrze, potrafił myśleć jedynie o tym zapachu.

Zapach Castiela, choć Deanowi wydawało się to potwornie głupie i wstydliwe, i nie przyznałby się do tego nawet na piekielnych torturach, kojarzył mu się z bezpieczeństwem. Ze spokojem, stabilnością, lekką irytacją - nie bał się tego przyznać, czasem Cas irytował go do granic możliwości. Ale przede wszystkim właśnie z poczuciem bezgranicznego zaufania. Kiedy czuł ten zapach, wiedział, że nic złego nie może go spotkać, bo Castiel był obok.

Dean powoli podniósł się z krzesła, odetchnął głęboko i rozejrzał się dookoła. Od czego powinien zacząć? Podszedł do szafy i otworzył ją na oścież. W środku znalazł czarny krawat i jakąś złożoną w równą kostkę szmatę. Wziął ją do ręki, rozprostował i zdziwił przeogromnie, kiedy odkrył, że to jego stary T-shirt z logo AC/DC, który spisał na straty dawno temu.

Zajrzał do komody, ale nic w niej nie było. W szafce nocnej znajdowała się jedynie zmięta, niezapisana kartka papieru, ulotka jakiegoś sklepu z kebabem i kilka kłaków kurzu. Szuflada biurka także świeciła pustkami. W przypływie desperacji, żeby znaleźć coś jeszcze, cokolwiek, co byłoby pamiątką po Castielu, Dean zrzucił z łóżka pościel, przetrząsnął zawartość poduszki, zajrzał pod materac i dokładnie go wymacał, na wypadek, gdyby w środku było coś ukryte. Nic, nic, nic.

- Mogłeś mi coś zostawić, stary - mruknął z goryczą, uderzając zaciśniętą pięścią w poduszkę.

Nagle przyszła mu do głowy jeszcze jedna, ostatnia myśl pełna nadziei. Powoli, nie chcąc przyznać się przed samym sobą, jak bardzo mu na niej zależało, przyklęknął na podłodze i zajrzał pod łóżko.

- Tu cię mam - westchnął z ulgą. - Wiedziałem.

Pod łóżkiem, przytulone do ściany, stało średniej wielkości pudełko. Dean wyciągnął je ostrożnie, zdmuchnął kurz i położył na materacu. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo drżą mu ręce - dopiero kiedy spróbował podnieść wieko, a spocone i pozbawione siły palce odmówiły mu posłuszeństwa, zaklął pod nosem

Spróbował jeszcze raz - tym razem z powodzeniem. Wieko podskoczyło do góry, ale Dean nie od razu skierował wzrok na zawartość pudełka. Zamknął oczy, wziął kilka głębokich wdechów i dopiero wtedy spojrzał na dół - na dobytek życia Castiela.

Na samym wierzchu leżała kartka z datą, która Deanowi niewiele mówiła. Dopiero gdy ją podniósł, okazało się, że to zdjęcie. Na pierwszym planie znajdował się Castiel - a raczej górna część jego głowy: oczy, brwi, czoło i rozwichrzona czupryna. Z tyłu, przy stole w jakimś motelu, siedział Sam - uśmiechał się szeroko do obiektywu znad książki. Dean natomiast chmurnym wzrokiem spoglądał w ekran laptopa.

Dean zaśmiał się cicho. Pamiętał tę sytuację, choć nie dokładnie - Cas miał wtedy fazę fotografa, robił zdjęcia wszystkiemu, co spotkał na swojej drodze, a na ulubionego modela upatrzył sobie właśnie jego. Po kilku dniach nieustannie błyskającego w oczy flesza, Dean miał już dosyć i stanowczo nakazał Castielowi, by usunął wszystkie te głupie fotografie. Teraz cholernie żałował, że została tylko to jedna.

Przeglądając zawartość pudełka, Dean doszedł do wniosku, że Cas kolekcjonował naprawdę dziwne drobiazgi. Pomarszczony ze starości kasztan, malutki modlitewnik z namalowaną odręcznie okładką, przedstawiającą rozświetlonego mężczyznę z rozłożystymi skrzydłami (kiedy Dean zajrzał do środka, okazało się, że rysunek przedstawia Castiela), kilka zasuszonych kwiatków, breloczek z gwiezdnych wojen, Smerf z Kinder-Niespodzianki, kolorowe kamyczki, pocztówka z Wielkiego Kanionu. Na samym dnie leżała kaseta, na którą Dean nagrał mu kiedyś swoje ulubione piosenki, a kiedy ją podniósł, pod spodem dostrzegł zeszyt. Przekartkował go: strony były zapisane cienkim, pochyłym pismem Casa. Od razu zorientował się, że trzymał w dłoni dziennik.

Choć Sam prawdopodobnie by go za to potępił, Dean zatopił się w lekturze.

Większość wpisów dotyczyła spraw, które kiedyś prowadzili, w niektórych zachwycał się jakimiś aspektami ziemskiej egzystencji, takimi jak pisuar, wino z zakrętką, gofrownica albo Netflix. Kilka wpisów dotyczyło Deana, i te czytało mu się najtrudniej (

,,Nie wiem, ile jeszcze to potrwa. Czasem tracę nadzieję, że Dean - ten Dean, którego znam i którego cenię ponad wszystko - wróci do nas taki, jak dawniej. Sam twierdzi, że to kwestia czasu. Całymi nocami szukam sposobu na pozbycie się znamienia Kaina, ale jestem bezsilny wobec jego potęgi.”; ,,Dean nie odzywa się do mnie. Mam wrażenie, że jest zły, ale nie potrafię przekonać go, by mi wybaczył.”)

. Ostatnia notatka została sporządzona kilka dni przed jego odejściem:

,,Czuję, że jesteśmy coraz bliżej rozwiązania problemu z Chuckiem. Mam nadzieję, że tym razem pozbędziemy się go na dobre. Często zastanawiałem się, jak będzie wtedy wyglądała moja egzystencja. Przez cały żywot miałem jeden cel, do którego zostałem powołany, lecz teraz, w obliczu całej tej sytuacji, wiem jedno: muszę chronić ich za wszelką cenę tak długo, jak będę w stanie. Kiedy Pustka po mnie przyjdzie, będę miał poczucie, że spełniłem swoją misję i będę za to wdzięczny. Odejdę bez żalu.

Chciałbym tylko jednego - porozmawiać o tym z Deanem. Wiem, że nie mogę. Nie zrozumiałby tego. Próbowałby mnie uratować, ale tym razem nie może.

Wielu ludzi nie ma tego, co mam ja. Gdybym mógł wybrać jeszcze milion razy - za każdym razem wybrałbym jego.

Dean zorientował się, że po policzkach spływają mu łzy. Próbował je powstrzymać, ocierając oczy, ale wciąż mając w obrębie świadomości słowa, które właśnie przeczytał, poczuł wewnątrz siebie tak obezwładniający ból, że osunął się na podłogę i schował twarz w dłoniach. Nie wiedział, że można czuć wewnątrz siebie taką rozpacz i nie spodziewał się, że jest w stanie odczuwać tak głęboki żal. Przecież minęło już tyle miesięcy. Chciał wierzyć, że ma to już za sobą, że to wyparł i przekuł w działanie, jednak tym razem jego taktyka unikania konfrontacji z własnymi emocjami nie zadziałała. Podświadomie wiedział to już w momencie, w którym przekroczył próg tego pokoju. Przyciskając do twarzy zaciśnięte pięści, płakał tak bardzo, że na chwilę zapomniał, że poza nim i jego bólem istnieje jakikolwiek świat. Nie chciał brać w nim udziału - w końcu mógł opłakać stratę, której doświadczył i nic innego się nie liczyło.

Pozwolił sobie na chwilę żałoby. Kiedy już zabrakło mu łez, a od płakania głowa bolała go jak nigdy wcześniej, jeszcze raz przeczytał dziennik, uporządkował rzeczy Castiela w pudełku, starannie pościelił łóżko, a potem bardzo długo siedział w ciszy, przyciskając do piersi T-shirt z AC/DC pachnący jak Cas.

W końcu zmusił się, by pójść do łazienki, żeby opłukać twarz i wysmarkać nos. Spojrzał na siebie w lustrze: dawno nie wyglądał tak tragicznie. Miał zapuchnięte oczy i czerwone plamy na policzkach. Odkręcił kurek i wsparł się na umywalce. Przez chwilę wpatrywał się w płynącą
z kranu wodę, zupełnie zapominając, co zamierzał zrobić.

- Hej, Cas - powiedział w końcu, zamykając oczy. - Wiem, że dawno nie rozmawialiśmy. Nie wiem nawet, czy mnie słyszysz. Pewnie nie.

Ostatni raz modlił się w Czyśćcu, a później przez wiele miesięcy nie potrafił się na to zdobyć. Gdy Castiela zabrakło, przestał widzieć w tym sens. Kto inny miałby go wysłuchać?

- W każdym razie, chciałem, żebyś wiedział… - kontynuował, starając się nie rozpaść. - Tęsknię za tobą. Chciałbym, żebyś wrócił. Mam dość. Gdybyśmy mieli jeszcze jedną szansę… - Pochylił się nad umywalką i wziął głęboki wdech. - Po prostu wróć do nas. Do mnie.

Otworzył oczy i westchnął głęboko. Wymył twarz. Głowa tragicznie go bolała i pomyślał, że potrzebuje jakichś leków przeciwbólowych.

Kiedy odsuwał ręcznik od twarzy, przez milisekundę miał nadzieję, że gdy ponownie spojrzy w lustro, zobaczy za sobą odbicie Castiela.

Nic takiego się jednak nie wydarzyło.

Dean zabrał ze sobą koszulkę i pudło, jeszcze raz rozejrzał się po pokoju i wyszedł, zamykając za sobą drzwi na klucz.

Zastal Sama w salonie. Kiedy wszedł, brat akurat rozmawiał z kimś przez telefon.

- Muszę kończyć. Na pewno to sprawdzimy. Pa.

Rozłączył się i popatrzył na Deana pytającym wzrokiem.

- Żyjesz od początku istnienia, a jedyne, co po tobie zostaje, to krawat i trochę kurzu - powiedział z goryczą Dean, stawiając na stole pudło z rzeczami Casa.

Usiadł na krześle i potarł bolące oczy. Miał nadzieję, że brat nie domyśli się, że płakał.

- Myślę, że dla Castiela bardziej liczyły się czyny - odparł Sam. Dean czuł na sobie jego zmartwiony wzrok. - Spodziewałeś się czegoś więcej?

Dean westchnął.

- Sam nie wiem - powiedział. - Coś więcej niż to? Raczej tak.

Głos mu się załamał, gdy to mówił. Nie miał odwagi, by spojrzeć Samowi w oczy.

Po raz pierwszy poczuł ogromną potrzebę, by szczerze porozmawiać z bratem o tym, co się wtedy wydarzyło. Do tej pory powiedział mu tylko ogólniki, licząc na to, że nigdy nie spyta go o więcej. I nie pytał, chwała mu za to, zapewne mając nadzieję, że nadejdzie moment jak ten - kiedy Dean w końcu poczuje się gotowy. I chyba w końcu był.

- Wiesz, ja… - zawahał się. - Nie powiedziałem ci wszystkiego. O tamtym dniu, kiedy Billy osaczyła nas w piwnicy.

Sam westchnął.

- Domyślałem się tego.

Na chwilę zapadło milczenie. Dean w skupieniu przyglądał się kłaczkom na dywanie, mając świadomość, że Sam cały czas wpatruje się w niego.

- Chcesz opowiedzieć mi o tym teraz? - zapytał Sam.

Dean nabrał powietrza i powoli pokiwał głową. Zacisnął i rozprostował palce dłoni.

- Tak, myślę… myślę, że tak - powiedział w końcu. - Cholerny pakt z Pustką. Zdążył wyjaśnić mi tylko tyle, że miała go zabrać w momencie prawdziwego szczęścia, i on…

Dean na chwilę zawiesił głos, który i tak już dawno zaczął się łamać. Popatrzył na Sama, szukając w nim oparcia, bo wiedział, że Sam na pewno to zrozumie. Musiał zrozumieć.

- Cas powiedział mi wtedy, że mnie kocha. A ja nie zdążyłem odpowiedzieć, że ja jego też.

Potarł czoło, czując na ustach ciężar tych słów. Kiedy wyobrażał sobie tę rozmowę, szło mu o wiele lepiej. Miał przygotowane wszystkie te zdania, cały monolog. Teraz czuł, że nie jest w stanie wykrztusić z siebie ani słowa więcej, choć przecież chciał powiedzieć Samowi tak wiele: że od miesięcy nie przespał spokojnie całej nocy, bo nieustannie budził się zlany potem z koszmarów, w których Pustka wciągała Castiela w otchłań niebytu; że nie pamiętał już, jak to jest być szczęśliwym, choć rozpaczliwie próbował wykrzesać z siebie choćby odrobinę optymizmu; że od kilku miesięcy potajemnie szukał sposobu na uratowanie Casa, ale ponieważ wszystkie tropy kończyły się ślepymi zaułkami, utracił nadzieję; w końcu, że bezpowrotnie stracił okazję, by jeszcze kiedykolwiek usłyszeć jego głos, opowiedzieć żart, który go rozbawi, poprawić mu przekrzywiony krawat, razem pojechać na polowanie, przesłuchać nowej płyty Taylor Swift czy powiedzieć mu… to, co od tak dawna, niezwerbalizowane, krążyło mu po głowie.

- Jestem na niego wściekły - rzucił w końcu, czując, że znów zaczyna zapadać się w sobie. - Nie rozumiem, dlaczego to zrobił. Dlaczego nam nie powiedział. Przecież coś byśmy wymyślili. Zawsze coś wymyślaliśmy. Czasami tak bardzo go nienawidzę… I czuję się z tym tak źle, bo on...

- Wiem, Dean - odparł cicho Sam. - Nie da się przejść przez coś takiego, nie czując bólu.

Dean ścisnął palcami mostek nosa. Czuł, że minuty dzielą go od kolejnej migreny.

- Czy to kiedyś minie? - zapytał.

- Nie wiem, co mam ci powiedzieć - przyznał Sam. - Są lepsze i gorsze dni.

Dean kiwnął głową. Dalej czuł ucisk w klatce piersiowej i podejrzewał, że teraz, kiedy pozwolił sobie na chwilę słabości, o wiele ciężej będzie mu się pozbierać z powrotem do kupy. Przetarł twarz dłonią i wskazał na telefon.

- Rozmawiałeś z kimś, kiedy przyszedłem. Kto to był? - zapytał, czując potrzebę zmiany tematu. - Coś ważnego?

- Nie wydaje mi się - odpadł Sam. - To znaczy… dzwoniła Katy Holmes z Radford? Wirginia? - Widząc, że Dean kręci głową na znak, że nic mu to nie mówi, szybko sprawdził coś na laptopie. - Jakieś trzy lata temu prowadziliśmy tam sprawę wampirów, które porywały dzieci ze szkoły. Dalej nic?

- Coś mi świta, ale nie przypomnę sobie więcej. A co, wampiry wróciły?

- Na szczęście nie. W zasadzie, to nie chodzi o żadną sprawę… Ale sytuacja jest dosyć dziwna. To - wskazał na komórkę, przez którą chwilę wcześniej rozmawiał - stary telefon Jacka. Znalazłem go, kiedy porządkowałem jego rzeczy. Podczas patrolu Katy dostała informację o mężczyźnie, który zasłabł w centrum miasta. Trafił do szpitala, ale nie znaleziono przy nim żadnych dokumentów, jedynie ten telefon. Lekarze nie wiedzieli za bardzo kogo mają powiadomić. Facet jest nieprzytomny. Kiedy Katy przejrzała telefon, okazało się, że w spisie kontaktów widnieje tylko ten numer, więc zadzwoniła.

Dean zmarszczył brwi.

- Myślisz, że powinniśmy to sprawdzić? - zapytał Sama. - Może to jakiś znajomy Jacka.

- Możliwe. Czekam jeszcze na wiadomość od Katy, miała podjechać do szpitala po patrolu i przesłać mi zdjęcie.

- No dobra. Idę po piwo, przynieść ci też? - zapytał.

Sam kiwnął głową. Dean odniósł do swojego pokoju rzeczy Castiela, a wracając zahaczył o kuchnię. Czekając na zdjęcie od Katy, przejrzał najważniejsze serwisy informacyjne Wirginii, by sprawdzić, czy w pobliżu Radford nie działy się ostatnio podejrzane rzeczy. Skoro mieli się tam przejechać, nic nie stało na przeszkodzie małemu polowaniu.

W momencie w którym czytał o dziwnym wyładowaniu elektrycznym, które pozbawiło prądu połowę miasta znajdującego się kilka kilometrów na wschód od Radford, stary telefon Jacka zawibrował, sygnalizując nową wiadomość. Dean podniósł pytający wzrok na Sama.

- I? - zapytał.

- Czekaj, ładuje się - odparł brat, kątem oka zerkając na wyświetlacz.

Gdy zdjęcie pojawiło się na wyświetlaczu, akurat podnosił butelkę do ust. W jednej chwili wyraz jego twarzy zmienił się gwałtownie - od nieco znudzonego. po wyrażający głęboki szok i zdruzgotanie. Chciał odstawić piwo na stół, ale źle ocenił odległość. Butelka spadła na podłogę, szkło roztrzaskało się na małe kawałki.

- Dean - powiedział, a jego głos zabrzmiał dziwnie słabo. Spojrzał na brata z przerażeniem.

- Zobaczyłeś ducha, czy… - zaczął Dean, ale w tym momencie brat odwrócił w jego stronę wyświetlacz telefonu.

Dean zamarł w pół słowa. Nie był w stanie wydać z siebie żadnego odgłosu.

Mężczyzna ze zdjęcia leżał na szpitalnym łóżku, podłączony do aparatury badającej funkcje życiowe. Miał nieco dłuższe włosy, zapadnięte policzki i poszarzałą skórę, ale jedno spojrzenie wystarczyło, by zidentyfikować, kim jest.

----- CHAPTER BREAK -----

When the silence came, we were shaking blind and hazy

How the hell did we lose sight of us again?

Sobbin' with your head in your hands

Ain't that the way shit always ends?

Tarylor Swift
,,Maroon”
-2-

Dean nie pamiętał, kiedy ostatnim razem jechał tak szybko. Miał wrażenie, że na drodze do Radford złamał dosłownie wszystkie przepisy ruchu drogowego, ale w tamtej chwili była to ostatnia rzecz, o jakiej myślał. Wpatrywał się przed siebie pustym wzrokiem i zaciskał zęby tak mocno, że gdy w końcu zorientował się, że to robi i poluzował żuchwę, coś niebezpiecznie strzeliło mu w szczęce.

- Myślisz, że to naprawdę Cas? - zapytał w pewnym momencie Sam.

Jego pytanie było ostrożne i Dean wcale mu się nie dziwił. Od kiedy zobaczył zdjęcie przesłane przez policjantkę, zdążył przeanalizować tę sytuację w głowie wystarczającą ilość razy, by wymyślić co najmniej pięćdziesiąt różnych scenariuszy, a tylko w jednym mężczyzną na szpitalnym łóżku faktycznie był Castiel. Starał się trzymać nerwy na wodzy, ale każdy kilometr przybliżający go do poznania odpowiedzi był jak nóż wbijający się prosto w serce.

- Nie mam pojęcia - odparł, zgodnie z prawdą zresztą. - Ostatnim, co wiem na pewno, było to, że cokolwiek go spotkało, miało być nieodwracalne. Sprawdziłem wszystkie możliwe tropy, przeszukałem każde dostępne źródło i nie znalazłem żadnego sposobu, żeby go stamtąd wyciągnąć.

Sam spojrzał na niego z zaskoczeniem.

- Ty też szukałeś? - zapytał cicho.

Dean powoli kiwnął głową. Nie miał odwagi, by popatrzeć na brata.

- Oczywiście, że tak - odpowiedział.

Sam kiwnął głową. Wiedział, że Dean nie zostawiłby Castiela - byli rodziną i zawsze sobie pomagali, niezależnie od tego, jak głupią decyzję podjęli. Sądził jednak, że strata Casa złamała go na tyle, że nie był w stanie zabrać się za nic, co dotyczyło jego tematu, dlatego w tajemnicy sam zaczął szukać jakiegoś rozwiązania. Chciał przyjść do niego z gotowym planem, a nie jakimiś szczątkowymi informacjami, które ostatecznie okazałyby się zupełnie bezużyteczne.

- Bałem się, że jeśli ci powiem, to stanie się zbyt realne. Moja porażka, gdybym nie znalazł żadnego rozwiązania - przyznał Dean.

- Ja też nic nie miałem - odparł Sam. - Dlatego tym bardziej nie wiem, jak to możliwe, że znalazł się w tym szpitalu. O ile to naprawdę on.

Dean poczuł ucisk w piersi.

O ile to on.

Bał się rzeczywistości, w której okazałoby się, że to nie Castiel, ale jeszcze bardziej obawiał się tej, w której to faktycznie był on. Doświadczył rozczarowania wystarczającą ilość razy, by poznać jego smak, ale miał wrażenie, że tym razem nuta goryczy zatrułaby jego organizm na dobre. Dlatego tłumił w sobie nadzieję.

Postanowił nie mówić Samowi, że tego samego dnia, w którym odezwała się do nich policjantka z Radford, modlił się po raz pierwszy od dawna. Czy to możliwe, żeby jego słowa sprawiły, że Castiel wrócił? Nie chciał wierzyć w to, że miał aż taką moc, ale co jeśli? Więź, która ich łączyła była naprawdę potężna, o czym już niejednokrotnie mógł się przekonać. Gdyby okazało się, że to naprawdę Cas…

- Kto inny, jeśli nie on? - zapytał cicho Dean. - Zmiennokształtny? Dżin? Demon?

- Tamten mężczyzna? Jimmy Novak?

- Nie sądzę, Jim umarł, kiedy Lucyfer rozerwał Castiela na strzępy.

- Niby tak, ale… Różne rzeczy już się przytrafiały.

- Niedługo się przekonamy - powiedział Dean, chyba bardziej do siebie, niż w odpowiedzi na słowa Sama, kiedy minęli znak oznajmiający, że wjeżdżają do Radford. - Gdzie jest ten szpital?

- Nie chciałbyś najpierw się przespać albo czegoś zjeść? - zaproponował Sam. - Jechałeś tyle godzin, przydałby ci się odpoczynek.

- Sam - przerwał mu Dean. Zmusił się, by spojrzeć na brata. - Ja naprawdę…

Załamał mu się głos i nie dokończył, nie wiedział zresztą, co dokładnie chciał powiedzieć. Czy był zmęczony? Oczywiście, że był, nieprzerwanie od miesięcy: ciągłymi koszmarami, wyrzutami sumienia, poczuciem winy, obwinianiem się, analizowaniem tego wszystkiego, co się wydarzyło, niedosypianiem, zrywaniem się z krzykiem w środku nocy, udawaniem, że się trzyma i tymi krótkimi chwilami tuż po przebudzeniu, kiedy jeszcze przez chwilę nie pamiętał, że Cas naprawdę odszedł. To one były najgorsze, bo po nich nadchodził ból tak silny, że łamał go wpół. Świadomość, że gdy Castiela pochłaniały lepkie macki Pustki, nie wiedział, co czuje do niego Dean, bo Winchester był zbyt sparaliżowany, zdezorientowany i przerażony, by odpowiedzieć ,,ja ciebie też”, wysysała z niego resztki energii.

Teraz chciał po prostu wiedzieć. Głód czy zmęczenie nie były w tym momencie tak dokuczliwe, jak swędzące poczucie, że za chwilę wszystko się wyjaśni.

Sam zrozumiał. Bez słowa ustawił w nawigacji adres szpitala. Gdy jechali wyznaczoną trasą, napisał policjantce SMS-a, że będą za kwadrans.

Katy Holmes okazała się niską szatynką w średnim wieku. Czekała na Winchesterów przy recepcji, rozmawiając z pielęgniarką nad kubkiem kawy.

- Katy? - odezwał się Sam, wyciągając do niej rękę. - Rozmawialiśmy przez telefon. Jestem Sam, a to Dean, mój brat.

- Oczywiście, Winchesterowie. Jak mogłabym zapomnieć - odparła z uprzejmym uśmiechem i ścisnęła po kolei dłonie braci. Widząc ich zmieszanie, zaśmiała się i machnęła ręką. - Nie przejmujcie się, nigdy się nie poznaliśmy, ale mój przełożony, David Rickman, pomagał wam wtedy z tymi…

wampirami -

dodała bezgłośnie.

- Faktycznie, David! Jak on się ma? - zapytał Sam.

- Ach, w porządku, w zeszłym roku przeszedł na emeryturę, ale dalej kręci się czasem po komisariacie. Zawsze na służbie…

- Czy moglibyśmy porozmawiać o tym mężczyźnie, którego zdjęcie nam wysłałaś? - zapytał Dean, rozglądając się niespokojnie dookoła. - Czy cokolwiek wiadomo? Moglibyśmy go zobaczyć?

- Tak, oczywiście. Milly… - zwróciła się do kobiety w jasnofioletowych scrubsach, która siedziała na recepcji. - Byłabyś tak miła i poinformowała doktora Bailmana, że przyjechali potencjalni bliscy tamtego mężczyzny i chcieliby pomóc w identyfikacji?

Milly kiwnęła głową i sięgnęła po telefon. Przez chwilę czekali, aż skończy rozmowę z doktorem.

- Piętro drugie, neurologia. Gabinet 2603.

Katy podziękowała jej i pewnym krokiem ruszyła w stronę windy. Nim za nią poszli, Sam i Dean wymienili zmartwione spojrzenia.

- Neurologia? - mruknął Dean.

- Zaraz się przekonamy - odparł Sam.

Katy wcisnęła przycisk z cyfrą 2, a gdy drzwi windy się za nimi zamknęły, skrzyżowała ramiona na piersi.

- Chyba mamy do pogadania - stwierdziła, patrząc na nich wyczekująco. - Kim jest ten mężczyzna? Nie chce mi się wierzyć, że to, że przypadkowy przechodzień miał przy sobie numer do Winchesterów, to zwykły zbieg okoliczności.

Sam przeczesał włosy dłonią i zerknął na Deana, który ledwie zauważalnie wzruszył ramionami.

- Sądzimy, że to nasz przyjaciel - wyjaśnił. - Problem polega na tym, że mieliśmy już nigdy go nie zobaczyć.

Gdy wysiedli z windy na drugim piętrze, dr Bailman - wysoki, siwiejący mężczyzna z podkrążonymi oczami - już na nich czekał. Po wymianie niezbędnych uprzejmości, lekarz zaprowadził ich pod salę, na której leżał - prawdopodobnie - Castiel.

- Za chwilę tam wejdziemy - powiedział, kładąc dłoń na klamce. - Będą go panowie mogli zobaczyć przez szybę. Jest nieprzytomny, ale… - zawahał się, po czym wzruszył ramionami. - Zresztą, porozmawiamy jeżeli jego tożsamość zostanie potwierdzona.

Dean odetchnął głębiej kilka razy i przejechał ręką po włosach. Jego serce waliło tak mocno, że obawiał się, że za chwilę sam będzie potrzebował pomocy lekarza. Skrzyżował ramiona na piersi, jakby ten gest mógł choć trochę go uspokoić. Doktor Bailman nacisnął na klamkę i popchnął drzwi. Weszli do podłużnego, ciemnego pokoju oddzielonego od szpitalnej sali szybą. Dean nie mógł się zmusić, by zrobić więcej niż dwa kroki w głąb. Dopiero gdy Sam położył mu rękę na ramieniu, odzyskał czucie w nogach i podszedł do szyby.

Na sali było trzech pacjentów, ale Dean z jakiegoś powodu od razu wiedział, na które łóżko spojrzeć. Miał wrażenie, że czas wokół niego zwolnił. Na materacu leżała osoba, którą rozpoznałby wszędzie i w sekundzie, w której Dean ją zobaczył, już wiedział, że nie było choćby cienia szansy, by się pomylił. Poczuł wręcz boleśnie i zadziwiająco prawdziwie jego obecność.

- To Cas - powiedział zachrypniętym od emocji głosem. Zupełnie zaschło mu w ustach. Imię na chwilę zawisło w sali, jakby ktoś napisał je na rozwieszonym kawałku materiału.

Przycisnął dłoń do zimnej szyby i wsparł na niej czoło. Otoczony sterylną bielą szpitalnej pościeli i w zbyt dużej jak na jego wychudzone ciało piżamie, Castiel wydawał się nierealny, ale to naprawdę był on.

- Tak - dodał Sam. - Ja też go poznaję.

Mężczyzna kiwnął głową. Przekartkował papiery przypięte do podkładki do pisania i szybko zanotował coś na jednej z nich.

- Dobrze - powiedział po chwili. - W takim razie zapraszam do mojego gabinetu. Musimy porozmawiać.

Doktor Bailman wszedł do gabinetu tak prędko, że poły jego kitla trzepotały za nim jak peleryna. Dean, Sam i porucznik Holmes niepewnie weszli za nim. Młodszy z Winchesterów zajął jedno z dwóch krzeseł stojących naprzeciwko biurka, drugie z nich Dean wskazał policjantce. Sam nie był w stanie usiedzieć w miejscu. Stanął przy parapecie i skrzyżował ramiona na piersi, starając się skupić na tym, co działo się tu i teraz. Mimo to, jego myśli wciąż uciekały w kierunku nieprzytomnego Castiela.

- Dobrze - zaczął doktor, rozkładając przed sobą jakieś dokumenty. - Czyli rozpoznali panowie naszego pacjenta X. Mógłbym prosić o jakieś dokładniejsze dane personalne? Imię, nazwisko, wiek, adres zamieszkania…

Dean i Sam wymienili spojrzenia. Nie byli na to przygotowani, musieli wymyślić coś na szybko.

- Castiel… Singer - powiedział Dean, przypisując Casowi pierwsze nazwisko, jakie przyszło mu na myśl. - C-A-S-T-I-E-L S-I-N-G-E-R. Urodzony 7 lipca 1979 roku.

Wiedział, że później będą musieli skombinować odpowiednie dokumenty, ale teraz się tym nie przejmował. Poczekał, aż doktor uzupełni odpowiednie rubryki.

- Kim są panowie dla pana Singera?

- Przyjaciółmi - odparł Sam. - Sam i Dean Winchesterowie.

- Czy pan Singer ma jakąkolwiek rodzinę?

- Niestety nie - powiedział Sam. - Jego rodzice zmarli wiele lat temu.

Doktor westchnął ciężko. Przewertował kartki, które przyniósł ze sobą i pobieżnie zerknął na znajdujące się na nich informacje.

- W zasadzie ze względów prawnych nie powinienem udzielać panom żadnych informacji - powiedział.

- To starzy znajomi Davida Rickmana - powiedziała Katy. - Mogę za nich ręczyć.

Bailman spojrzał na nią ostro, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zrezygnował, widząc jej zacięty wyraz twarzy. Westchnął i podrapał się końcówką długopisu po czole. Wyglądał jak siedem nieszczęść i Dean domyślał się, że pojawienie się tajemniczego pacjenta na jego oddziale nie było spełnieniem zawodowych marzeń.

- To co mu jest? - zapytał Dean, przerywając ciężką ciszę, która zapadła w gabinecie.

Doktor złączył palce obu dłoni na wysokości podbródka i zerknął w swoje notatki. Sam, który siedział najbliżej, próbował coś z nich odczytać, ale pismo lekarza było tak nieczytelne, że poddał się na starcie.

- Nie jesteśmy pewni - powiedział. - Zrobiliśmy wszystkie badania żeby cokolwiek wykluczyć lub potwierdzić, ale pan Singer wydaje się całkowicie zdrowy… Poza faktem, że jest nieprzytomny, a organizm odrobinę wycieńczony, wszystkie jego parametry są w normie.

Dean prychnął. Jak zawsze, gdy któryś z nich trafiał do szpitala, medycyna okazywała się bezradna w odniesieniu do paranormalnych przyczyn ich stanu.

- I co dalej?

Lekarz popatrzył na niego przepraszająco.

- Będziemy monitorować stan pana Singera i czekać… na cud.

Dean musiał z całej siły zacisnąć zęby, by nie odpowiedzieć mu, co sądzi o ,,cudach”. Lekarz musiał zauważyć zmianę wyrazu jego twarzy, bo od razu się zreflektował.

- Bardzo mi przykro, panie Winchester - powiedział. - Chciałbym mieć dla pana lepsze wiadomości.

- Przyzwyczaiłem się już, że zwykle ludzie ich dla mnie nie mają - odparł Dean, uśmiechając się gorzko.

- Proszę nie tracić nadziei.

Dean pokręcił głową. Odepchnął się od parapetu, przy którym stał i bez słowa opuścił gabinet.

Dean nie znosił szpitali. Kojarzyły mu się ze wszystkim, co najgorsze - wielokrotnym balansowaniem na granicy życia i śmierci, poświęceniem ojca, głupią ufnością wobec Gadriela, utratą Bobby’ego, Lisy i zbyt wielu innych osób. Nie mógł stracić też Castiela. Nie po raz kolejny. Nie, kiedy mógł go odzyskać.

Gdy znalazł salę, na której leżał Cas, wślizgnął się do niej i przez dłuższą chwilę przyglądał mu przez szybę, bijąc się z myślami. Nie wiedział, czy może do niego wejść, ale nie potrafił dłużej utrzymywać dystansu. W końcu zmusił się, by oderwać stopy od śliskich szpitalnych kafelków i skierował kroki w stronę drzwi. Nacisnął klamkę i odetchnął.

W sali intensywnie pachniało chorobą: detergentem, czystą pościelą i lekami. Pielęgniarka, która poprawiała jednemu z pacjentów kroplówkę, zmierzyła Deana ostrym spojrzeniem, ale nic nie powiedziała, uznał więc, że może podejść bliżej. Odnalazł łóżko Castiela i choć widział go już wcześniej przez szybę, dopiero teraz dotarło do niego, że to naprawdę on. Opadł na krzesło, schował twarz w dłoniach i przez chwilę spoglądał na Castiela przez palce.

- Cześć, Cas - powiedział cicho, z całej siły próbując powstrzymać łzy, które cisnęły mu się do oczu. - Już dobrze. Jestem przy tobie.

Zerknął na aparaturę, do której podłączony był Cas. Oddychał spokojnie, jego serce biło miarowo. Wyglądał, jakby spał. Dean chciał delikatnie potrząsnąć jego ramieniem, obudzić go i powiedzieć, że to wszystko, co działo się w ciągu ostatnich miesięcy, było tylko złym snem. Zamiast tego ujął bezwładnie leżącą na materacu dłoń Castiela we własne i przycisnął ją do ust.

----- CHAPTER BREAK -----

Is there a universe where our paths never crossed?

Where I caught your eye but then someone arrived and we both forgot

I traveled all corners where destiny called me

And it almost killed me but I got good stories

While you were out somewhere in your own nightmare

But now we're both here

Suki Waterhouse
,,To Love”
-3-

Od przyjazdu do Radford Dean sypiał po jakieś trzy godziny, jadł byle co i pił stanowczo zbyt dużo kawy. Gdyby nie Sam, prawdopodobnie w dodatku ciągle chodziłby pijany, ale alkohol był akurat jedyną rzeczą, której brat nie pozwalał mu kupić. Poza tym, pijanego nie wpuściliby go do szpitala.

Większość czasu Dean spędzał właśnie tam, przy łóżku Castiela. Siedział na niewygodnym krześle godzinami. Czasem tylko wpatrywał się w nieprzytomnego przyjaciela, próbując znaleźć odpowiedzi na pytania, które kłębiły się w jego głowie. Im więcej o tym myślał, tym więcej niewiadomych znajdował.

Czasami godzinami trzymał jego dłoń w swoich i się modlił. Castiel zawsze słyszał jego modlitwy. Wierzył, że tym razem też tak było.

Czasem po prostu do niego mówił. O wszystkim i o niczym. Wylewał z siebie wszystkie myśli z ostatnich miesięcy, opowiadał o tym, co działo się pod jego nieobecność. Szeptał słowa, których nigdy wcześniej nie miał odwagi wypowiedzieć. Planował, co zrobią, gdy Cas się obudzi. Czytał plotki znalezione w leżącej na korytarzu gazecie.

Każdy kolejny dzień niepewności sprawiał, że Dean czuł się coraz bardziej bezsilny i bezużyteczny.

Sam starał się go wspierać. Oczywiście, że tak. Przywoził mu do szpitala chińszczyznę, pilnował, by choć na chwilę się zdrzemnął, wziął prysznic i nałożył czyste ubrania. Dean był mu za to wdzięczny. Za to, że nie naciskał na głębokie rozmowy o emocjach, na które Dean nie miał siły, również.

Trzeci czwartek w Radford zaczął się tak, jak wszystkie poprzednie dni: Dean obudził się koło piątej, wypił kawę i poszedł biegać. Ostatnimi czasy bardzo pomagało mu to uporządkować myśli. Po powrocie zamienił dwa zdania z Samem, wsiedli w Impalę i pojechali prosto do Casa.

Dean wyczuł zmianę gdy tylko wszedł do szpitala - coś wisiało w powietrzu, ale postanowił to zignorować. Od razu skierował kroki w stronę windy.

- Panie Winchester! - usłyszał.

Odwrócił się - Milly, pielęgniarka w średnim wieku, która siedziała na recepcji w izbie przyjęć, przywołała go ręką. W ciągu dwóch tygodni odwiedzin u Castiela zdążył stać się rozpoznawalny w szpitalu.

- Dzień dobry - przywitał się, posyłając jej uprzejmy uśmiech. - Wszystko w porządku? Znowu mam coś podpisywać? Trochę się spieszę, miałem porozmawiać z doktorem i…

- Panie Winchester, dzwoniliśmy do pana - powiedziała z przejęciem. - Doktor Bailman przekazał, że na razie nie może się z panem spotkać. Pan Singer się wybudził, muszą zrobić badania i ocenić jego stan, zanim…

- Obudził się? - przerwał jej Dean, opierając się ramionami o blat recepcji. - Dawno?

- Doktor mi tego nie przekazał, ale…

- To ta sama sala co zwykle? - zapytał Dean.

- Nie mogę panu powiedzieć, doktor wyraźnie zaznaczył, że…

Dean nie usłyszał dalszej części zdania. Rzucił się biegiem w stronę windy zanim Milly zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować. Słyszał, że kobieta go woła, ale Dean po prostu nie mógł się zatrzymać. Kilka raz wcisnął guzik z cyfrą 2, jakby to mogło w jakikolwiek sposób przyspieszyć tempo windy. Przejechał ręką po włosach. Serce waliło mu w piersi, a w głowie kłębiło się mnóstwo pytań. Nerwy ściskały mu gardło. Szybko napisał Samowi wiadomość, że Cas się obudził. Gdy wysiadł na drugim piętrze, od razu pobiegł w stronę sali.

Pierwszym, co zobaczył, był stojący nad łóżkiem doktor Bailman, który trzymał w dłoni swoją nieśmiertelną podkładkę do pisania. Na widok Winchestera przerwał wypowiedź wpół zdania. Dean zrobił krok w stronę wnętrza sali. Gdy przeniósł wzrok na stojące pod ścianą łóżko, miał wrażenie, że czas wokół niego zwolnił.

Na materacu, oparty o stos poduszek, z potarganymi od leżenia włosami, siedział Castiel. Gdy Dean go zobaczył, miał wrażenie, że serce na chwilę przestało mu bić.

- Cas - powiedział cicho.

Brunet przeniósł wzrok z lekarza na Deana. W momencie, w którym ich oczy się spotkały, a Dean zdążył pomyśleć, że barwa tęczówek Casa wciąż ma ten sam, znajomy, błękitny odcień, stało się coś, czego Winchester się nie spodziewał. Castiel szerzej rozchylił powieki, a w jego spojrzeniu pojawiło się dzikie przerażenie. Spiął się, złapał za kołdrę, którą był przykryty, jakby chwytał w dłonie tarczę i odsunął się na sam skraj łóżka, podkulając nogi pod klatkę piersiową.

- Nie - powiedział Castiel, a jego głos drżał ze strachu. - Nie, nie, nie. Zostaw mnie.

Dean uświadomił sobie, że się uśmiechał, dopiero w momencie, w którym kąciki jego ust opadły, gdy Castiela wypowiedział to zdanie. Zdezorientowany, rozejrzał się dookoła. Spodziewał się, że zobaczy w sali kogoś, kto wywołał w Castielu tę reakcję, ale dopiero po chwili zdał sobie sprawę z prawdy.

- Cas, nie wygłupiaj się - poprosił Dean. - To ja, Dean.

Castiel przeniósł błagalny wzrok na lekarza.

- Proszę, zabierzcie go stąd.

- Prosiłbym pana o opuszczenie tej sali - powiedział doktor, zwracając się do Deana.

- Nie ma mowy, ja…

- Czy może go pan stąd zabrać? - zapytał lekarz, kierując spojrzenie gdzieś ponad plecy Deana.

Gdy Winchester się odwrócił, zobaczył w drzwiach sali Sama. Domyślił się, że stał tam już od dłuższej chwili, bo w jego spojrzeniu wyczytał smutek i współczucie. Nie chciał ich. Nie chciał, żeby Sam to widział i nie chciał, by pokierował go w stronę korytarza.

Jedyne, czego chciał, to Castiela, który na jego widok uśmiechnąłby się szeroko i powiedział ,,

cześć, Dean”.

Sam czekał w gabinecie doktora Bailmana już dobre czterdzieści minut, gdy drzwi w końcu się otworzyły. Lekarz wszedł do środka, usiadł przy biurku i złączył palce obu dłoni na wysokości brody.

- Przepraszam, że kazałem panu tyle czekać, ale musiałem dokończyć obchód - powiedział.

- Jasne, to zrozumiałe. Dziękuję, że zechciał się pan spotkać - odparł Sam.

Doktor westchnął ciężko.

- Tak, oczywiście… Ja również chciałem z panem porozmawiać. Chyba wszyscy jesteśmy ciekawi tego, co wydarzyło się wczoraj.

Sam przełknął ślinę, spuścił wzrok i pokręcił głową. Nie miał pojęcia, co zaszło na sali. Nie wiedział, dlaczego Castiel zareagował w ten sposób na Deana, a ponad wszystko nie mógł zrozumieć, dlaczego się go bał. Zdecydowanie nie tego się spodziewał, mając w pamięci opowieść z ich ostatniego spotkania.

- Ja… Nie wiem - powiedział. - Naprawdę. Przysięgam, że mój brat i Castiel zawsze mieli bardzo dobre relacje. Byli najlepszymi przyjaciółmi. Czy to możliwe, że… Cas może być w szoku?

Lekarz westchnął. Spojrzał w swoje notatki i poprawił okulary na nosie.

- Pan Singer wykazuje bardzo silne objawy amnezji wstecznej. W jego przypadku to dosyć osobliwe rozpoznanie, biorąc pod uwagę fakt, że wszystkie jego wyniki są w normie, a tomografia komputerowa wykluczyła jakiekolwiek zmiany w obrębie czaszki. Zazwyczaj amnezja spowodowana jest silnym urazem głowy, ale badania jasno pokazują, że nie może być o tym mowy. Konsultowałem się także z psychiatrą, który przekazał mi, że funkcje poznawcze pana Singera są w normie.

- Co to może oznaczać? - zapytał Sam.

- Pan Singer jest umysłowo w pełni sprawny. Być może utracił dostęp do pamięci wstecznej na skutek jakiegoś silnie traumatyzującego doświadczenia. Czasami tak się zdarza. W grę może wchodzić ostra reakcja na stres lub PTSD, ale jest jeszcze zbyt wcześnie, by to stwierdzić.

- Czy Castiel powiedział, dlaczego boi się mojego brata?

Lekarz pokręcił głową.

- Nie. Nie chciał rozmawiać z psychologiem. - Bailman spojrzał na niego przepraszająco.

Sam odchylił się w krześle i położył dłoń na czole. Przypomniała mu się sytuacja sprzed lat, gdy Castiel utracił pamięć po incydencie z lewiatanami, by później powrócić jako tajemniczy uzdrowiciel. Ile razy mieli jeszcze przerabiać ten sam scenariusz?

- Czy to może mu minąć? - spytał Sam. - Odzyska pamięć?

Doktor bezradnie rozłożył ręce.

- Ponieważ żadna część mózgu nie jest trwale uszkodzona, z medycznego punktu widzenia nie ma żadnych przeszkód, by pamięć wróciła. Problemem mogą okazać się kwestie intrapsychiczne, ale tutaj zapewne więcej mógłby powiedzieć neuropsycholog.

- Rozumiem - powiedział Sam, uśmiechając się uprzejmie.

- Bardzo mi przykro, panie Winchester - powiedział lekarz i naprawdę wyglądał, jakby tak było. - Ale proszę być dobrej myśli. Jego stan może być przejściowy. A ponieważ zasadniczo nie ma żadnych przeciwwskazań medycznych, niedługo będziemy mogli go wypisać.

Sam
spojrzał na niego ze zdziwieniem. Nie spodziewał się, że Castiel tak szybko będzie mógł wyjść ze szpitala.

- Szczerze mówiąc, nie wiem, w jaki sposób rozwiązać tą sytuację. Pan Singer powinien przebywać pod stałą opieką psychologiczną i psychiatryczną do momentu uzyskania jakiejkolwiek poprawy, do tego kontrole neurologiczne… Byłoby dobrze, gdyby w tym czasie miał wsparcie bliskich. Nie sądzę natomiast, by obecność pana brata w okresie rekonwalescencji była wskazana.

- Kto w takim razie ma się nim zająć? - zapytał Sam.

Doktor Bailman wyglądał na bezradnego.

- Postaramy się znaleźć dla niego najlepszą opiekę. Istnieją fundacje i…

Lekarz mówił coś jeszcze, ale Sam przestał go słuchać. Był pewny, że po wypisie ze szpitala, to on i Dean przejmą opiekę nad Castielem. W normalnej sytuacji tak by właśnie było. Gdy w końcu wyszedł z gabinetu, zobaczył Deana opartego o ścianę naprzeciwko drzwi. Obok niego stała porucznik Holmes. W milczeniu pili rozwodnioną kawę z automatu.

- Co z nim? - zapytał Dean, patrząc na brata beznamiętnie.

- Ma amnezję, ale wszystkie wyniki w normie. To dosyć… niespotykane.

- Rozmawiałam z nim - przyznała Katy. - Starałam się dowiedzieć, gdzie przebywał przez ostatnie miesiące, ale tu też trafiłam na ścianę. Castiel jest przekonany, że D
ean… - zawahała się i spojrzała na Deana z współczuciem. - Nie wie, dlaczego, ale uważa… Jest pewny, że Dean…

- Że powinien się mnie bać - dokończył za nią Dean, uśmiechając się ponuro. - Bo chciałem go zabić

Sam wysoko uniósł brwi.

- Przecież to absurd - powiedział. - On nie wie, że…?

- Nie wie niczego, Sam - odparł Dean. - Niczego nie pamięta.

Sam wplótł palce we włosy i na chwilę zamknął oczy. Poczuł na ramieniu drobną rękę Katy, która głaskała go w uspokajającym geście. Gdy otworzył oczy, policjantka powiedziała:

- Domyślam się, że wy też nie wiecie, gdzie przez ten czas przebywał Castiel?

Dean spojrzał na nią ostro z ukosa.

- Moment, czy to przesłuchanie? - żachnął się. - Chyba nie sądzisz, że przez cały ten czas trzymałem go w piwnicy?

- Oczywiście, że nie, Dean. Po prostu mówię jak jest: nikt mi w to nie uwierzy. Co prawda Castiel nie wnosi żadnych zarzutów, ale wyraźnie zaznaczył, że boi się o swoje życie i muszę to odnotować. Jak również to, dlaczego żaden z was nie zgłosił zaginięcia.

- Teoretycznie wiemy, co się z nim stało - odparł Dean zmęczonym głosem. - Został zabrany przez paranormalny byt do miejsca, do którego anioły trafiają po śmierci. Nie wiem tylko, czy to jest odpowiedź, na którą liczyłaś.

Katy uniosła brwi.

- To nie brzmi jak coś, co mogę wpisać w raport - mruknęła. - Dobra, nie przejmujcie się tym. Coś wymyślę. Tylko… Lepiej by było, gdybyś na razie trzymał się od niego z daleka, Dean.

- Jasne. Dziękujemy za pomoc - powiedział Dean i uścisnął jej rękę.

- Tak, dzięki, Katy. Jesteś najlepsza - dodał Sam.

Uścisnął ją krótko. Gdy odeszła, położył dłoń na czole i oparł tył głowy o ścianę.

- Musimy ustalić, co mu powiedzieć - wyszeptał Dean, rozglądając się dookoła by sprawdzić, czy nikt ich nie podsłuchuje. - Jakaś spójna wersja? Nie sądzę, by odkrywanie przed nim na dzień dobry wszystkich kart było dobrym pomysłem.

- Wiem. Masz rację - zgodził się z nim Sam. - Na razie możemy trzymać się wersji, że nasi ojcowie się przyjaźnili i znamy się od lat.

- A jak zapyta, czym się zajmuje?

- Wymyślimy coś.

Dean posłał mu zmęczone spojrzenie.

- Porozmawiasz z nim? - zapytał. - Wiesz, że mnie raczej nie będzie chciał słuchać.

- Tak, za chwilę do niego pójdę - powiedział Sam. - Poczekasz czy…

- Chyba wrócę do hotelu. Muszę się położyć. - Dean wyciągnął z kieszeni kluczyki do Impali i podał je bratu.

- Odwieźć cię? - zapytał Sam.

- Nie, przejdę się.

Dean odbił się od ściany, ale zanim ruszył w stronę windy, złapał Sama za ramię.

- Tylko, Sam… Proszę, powiedz mu, że nigdy bym go nie skrzywdził.

Sam kiwnął głową.

Nie było mu łatwo wejść do sali Castiela. Nie wiedział, jak zareaguje, co powie, jak się zachowa. Czuł się nie na miejscu - to Dean powinien był odbyć z nim pierwszą rozmowę, nie on. Po tym wszystkim, co przeszli… obaj na to zasługiwali.

Sam od dawna, może nawet od początku wiedział, że pomiędzy Deanem i Castielem istniała więź zbyt głęboka, by jakkolwiek ją nazwać. To było coś więcej niż fakt, że jeden wyciągnął drugiego z Piekła. Byli gotowi za siebie umrzeć, zbuntować się przeciwko przeznaczeniu, postawić wszystko na jednej szali, by się ocalić, uratować drugiego za wszelką cenę. Pokazała to sytuacja, w której Dean wyrwał Castiela spod potężnego wpływu Noemie. Pokazała to też chwila, gdy Castiel użył swojego paktu z Pustką by Dean mógł żyć dalej.

Sam od dawna wiedział, że Castiel jest zakochany w Deanie. Widział to w sposobie, w jaki na niego patrzył, w jaki dotykał go, gdy go leczył, ile był w stanie znieść z jego strony bez słowa skargi. Domyślał się też, że Dean kocha Castiela na długo przed tym, nim Dean sam zdał sobie z tego sprawę. I gdy było już za późno, wiele razy pluł sobie w brodę, że nie powiedział mu o tym na czas.

- Cześć, Cas - przywitał się, wchodząc do sali. Zatrzymał się w bezpiecznej odległości. - Pewnie mnie nie pamiętasz…

Castiel wyglądał dobrze. Miał na sobie zwyczajne ubranie - jakieś dresy i zdecydowanie za dużą koszulkę z napisem ,,Kocham Nowy Jork”, co stanowiło tak ogromny kontrast dla garnituru i trenczowego płaszcza, który nosił zazwyczaj, że Sam poczuł dziwny ucisk w klatce piersiowej. Mężczyzna siedział po turecku na łóżku i przeglądał jakieś szpitalne czasopismo. Gdy zobaczył Winchestera, spiął się, zamknął gazetę i wyprostował plecy.

- Cześć - powiedział i lekko zmrużył oczy. - Pamiętam cię z wczoraj. Jesteś… jego bratem, prawda?

Sam przełknął ślinę i kiwnął głową.

- Mogę usiąść? - zapytał.

Castiel przez chwilę mierzył go ostrym spojrzeniem. W końcu jednak kiwnął głową i wskazał dłonią krzesło.

- Jestem Sam - powiedział.

W uszach dźwięczały mu słowa, które Castiel wypowiedział podczas ich pierwszego spotkania.

Chłopiec z krwią demona.

To było tak dawno, jak gdyby w innym życiu, ale nawet wtedy Cas wiedział, kim był.

- Wszystko w porządku? - odezwał się znów Castiel, wyrywając Sama z odrętwienia.

Winchester drgnął i znów kiwnął głową, choć nic nie było w porządku.

- Tak - odparł zachrypniętym głosem. Odchrząknął, żeby nie brzmieć tak żałośnie miękko. - Ja… Przepraszam, po prostu czuję się strasznie dziwnie. Co pewnie i tak jest niczym w porównaniu z tym, jak czujesz się ty.

Castiel przekrzywił głowę.

- A więc Sam, tak? - powtórzył Castiel, patrząc na niego ostrożnie. - Sam… jak dokładnie?

- Sam Winchester - odparł.

- Ja podobno nazywam się Castiel - dodał i zmarszczył brwi. - Nie uważasz, że to trochę dziwne imię?

Sam uśmiechnął się pod nosem.

- To prawda. Dlatego praktycznie wszyscy nazywają cię Cas.

- Wiesz, dlaczego tu jestem? - zapytał.

- Zostałeś znaleziony nieprzytomny na ulicy. Ktoś wezwał pogotowie.

- Doktor twierdzi, że mam amnezję.

- Tak, wiem o tym. Naprawdę nic nie pamiętasz?

Castiel skupił wzrok na swoich dłoniach, których palce zaciskał na białej poszewce kołdry.

- Nic - odparł. - Poza tym, że… - Podniósł na Sama swoje wielkie, błękitne oczy, w których widniał głęboki smutek. - Że jest ktoś, kto chce mi zrobić krzywdę. I tym kimś jest twój brat.

Sam poczuł, że bolą go płuca - wstrzymywał powietrze zbyt długo, nawet tego nie odnotowując. Odetchnął i zmieszany przejechał dłonią po włosach.

- Czy…. mnie też się boisz?

Cas przyglądał mu się przez chwilę. Potem pokręcił głową.

- To dziwne, ale… nie - przyznał, marszcząc brwi. - To nie ma sensu, chyba powinienem.

Winchester zawahał się, a potem wyciągnął z kieszeni komórkę. W galerii odnalazł folder, który jakiś czas temu ukrył. Spojrzał pobieżnie na fotografie, by upewnić się, że żadna z nich nie zdradza zbyt dużo, po czym podał telefon Castielowi. Mężczyzna szeroko otworzył oczy.

- Ja… nie wiem, od czego zacząć. Chciałem ci pokazać jakiś dowód na to, że nie jesteśmy sobie obcy. W zasadzie, od lat jesteśmy przyjaciółmi. Rodziną.

Castiel przewinął kilka zdjęć, po czym zablokował wyświetlacz i oddał telefon Samowi.

- Przepraszam, ale nie wierzę ci - powiedział, nie patrząc Samowi w oczy.

- Ale…

- Chciałbym, żebyś zostawił mnie samego - dodał chłodno. - Jestem zmęczony.

Sam patrzył na niego przez chwilę zupełnie zbity z tropu. Nie spodziewał się takiego przebiegu rozmowy. Gdy kolejne sekundy mijały w ciszy, a Castiel z uporem wpatrywał się w kołdrę, Winchester postanowił odpuścić. Wstał z krzesła.

- Gdybyś czegokolwiek potrzebował… - rzucił na odchodne, podając mu wizytówkę, ale Castiel szybko wszedł mu w słowo.

- Nie spodziewam się tego, ale będę pamiętał.

Sam niemalże fizycznie poczuł chłód bijący od Castiela. Położył wizytówkę na stoliku i szybko opuścił salę. Nie potrafił dłużej wytrzymać klaustrofobicznej szpitalnej przestrzeni. Nie chciał, by ktokolwiek zobaczył, że był na skraju ataku paniki.

Otrzeźwiło go dopiero chłodne, popołudniowe powietrze.

Wieczorem Dean siedział nad pustym basenem znajdującym się na tyłach hotelu, w którym wynajmowali pokoje i pił jakąś parszywą szkocką prosto z butelki. Potrzebował chwili, by poukładać swoje myśli. W pewnym momencie usłyszał zbliżające się kroki. Nie potrzebował spojrzeć na ich właściciela, by wiedzieć, że był nim Sam. Brat narzucił mu na ramiona koc, po czym ostrożnie usiadł na plastikowym leżaku obok.

- Myślałem, że śpisz - powiedział Dean, wpatrując się w delikatne zmarszczki pojawiające się na powierzchni wody.

- Nie, jakoś nie mogłem zasnąć - odparł Sam. W jego głosie pobrzmiewał niepokój. - Jak się czujesz?

Dean spojrzał na niego niechętnie i uniósł do góry prawie pustą butelkę.

- A jak myślisz?

- Chcesz o tym pogadać? - zaproponował.

Dean przepłukał usta szkocką i pokręcił głową. Nie wiedział, co miałby powiedzieć. W drodze do Wirginii starał się na nic nie nastawiać, ale gdy już zobaczył Casa, poczuł coś, czego dawno nie doświadczył: nadzieję. Jak zwykle niepotrzebnie.

- Nie. Lepiej powiedz, jak on się ma.

Sam przejął od niego butelkę i wypił łyk.

- Nie wiem, Dean. Nie chciał ze mną gadać. Upiera się, że pamięta jedynie to, że chcesz mu coś zrobić.

Dean kiwnął głową. Pociągnął z butelki długi łyk - pieczenie w gardle było jedynym, co choć na chwilę odrywało jego myśli od psychicznego bólu.

- Zastanawiam się… - Sam zamyślił się na chwilę. - Pamiętasz, że kiedy odzyskałem duszę, śmierć musiała wstawić mi do głowy blokadę, żebym nie oszalał od wspomnień z klatki?

- Nie, Sam, zapomniałem o tym - odparł ironicznie Dean. - Dzięki za przypomnienie.

Sam go zignorował.

- Być może Cas też coś takiego ma. Jakąś blokadę, która trzyma go w kupie po wydostaniu się z Pustki, a ta amnezja to skutek uboczny, jak wtedy u mnie.

- Nie miałeś wspomnień z kilku miesięcy - przypomniał Dean. - Cas nie pamięta całego swojego życia, w dodatku mnie nienawidzi. Poza tym, przed czym miałoby go to bronić? I kto by to zrobił?

Sam z rezygnacją pokręcił głową.

- To tylko pomysł. Próbuję złapać się czegokolwiek. Nie mamy pojęcia co się z nim działo i to mnie niepokoi.

- Mnie też - przyznał Dean i potarł oczy. - Cholera, za każdym razem, gdy któryś z nas wraca zza grobu w tajemniczych okolicznościach, zwiastuje to same kłopoty. Czy choć tym razem mogłoby być inaczej?

- Pomyślałem, że… może skontaktujemy się z Roweną? - zaproponował. - Może ona mogłaby w jakiś sposób pomóc. Albo chociaż kogoś nam polecić.

Dean westchnął. Ostatnia rzecz, na jaką miał w tym momencie ochotę, to ponowne bratanie się z królową Piekła/czarownicą, ale wiedział, że Sam miał prawdopodobnie sporo racji, a wiedza i moce Roweny mogły im się przydać.

- Zastanowimy się nad tym, kiedy już przekonamy Castiela, że nie chcę go zabić - odparł.

- Dobrze - zgodził się Sam.

Plan w teorii był dobry, w praktyce - trudny do wykonania. Kiedy następnego dnia przyjechali do szpitala, by porozmawiać z Castielem, dowiedzieli się w recepcji, że pacjent wypisał się na własne życzenie.

----- CHAPTER BREAK -----

When the night was full of terrors

And your eyes were filled with tears

When you had not touched me yet

Oh, take me back to the night we met

Lord Huron ,,The night we met”

-4-
Dean zrzucił na podłogę wszystko, co znajdowało się na stole i obu łóżkach, przewrócił krzesło i rozbił szybę w drzwiach do łazienki. Sam stał pod ścianą z ramionami skrzyżowanymi na piersi i pustym wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń przed sobą.
- Dean - powiedział po raz kolejny. - Proszę cię, usiądź.
Dean znów nie zareagował. Kopnął w plecak, pięścią uderzył w lodówkę. Sam ścisnął mostek nosa palcami.
- Dean! - Czuł, że jego cierpliwość się kończy. - Do jasnej cholery, czy możesz na chwilę usiąść?
Podniesiony ton poskutkował choć tyle, że Dean na chwilę stanął w bezruchu i spojrzał na Sama z wściekłością.
- Co mi to do kurwy da?
- A co ci da demolowanie hotelowego pokoju? - odpowiedział pytaniem na pytanie Sam, bezradnie rozkładając ramiona.
Dean wplótł palce we włosy i pociągnął z całej siły kosmyki. Usiadł na łóżku, złapał za poduszkę i położywszy ją na kolanach, schował w niej twarz. Po chwili Sam usłyszał dziki wrzask. Zamknął oczy. Czuł, jak w piersi kłuje go żal.
- Musimy ustalić jakiś plan - powiedział cicho.
Usiadł obok brata i położył mu rękę na plecach. Czuł, jak ciało Deana trzęsie się z tłumionej furii. Rozumiał go. Gdy Jessica zginęła… Odpędził od siebie te myśli. Castiel żył. Jeszcze dało się go uratować. Musieli tylko go znaleźć.
- Jaki plan? - zapytał Dean. - Castiel nie chce mnie, kurwa, znać.
- Dean, kiedy Cas był w Pustce, coś się stało - powiedział Sam. - To nie jest prawdziwy on, wiesz o tym.
- To dlaczego to tak boli, Sam? - zapytał Dean, podnosząc wzrok na brata. Miał czerwone od płaczu, przekrwione oczy. - Dlaczego jego nienawiść wydawała się tak… realna? Po co wrócił, skoro jedyne, co się z tym wiąże, to więcej pierdolonego bólu?Sam nie wiedział, co odpowiedzieć bratu. Aż za dobrze znał ból, który towarzyszył po stracie kogoś, kogo się kochało, a mimo to nie potrafił ubrać w słowa odpowiedniego pocieszenia. Może dlatego, że takowe nie istniało.
- Dean. Posłuchaj mnie - poprosił. - Wiem, że jesteś zraniony, bo na pewno nie tak wyobrażałeś sobie ponowne spotkanie z Castielem, ale… Jemu trzeba pomóc. Pomyśl tylko - jest gdzieś teraz zupełnie sam, nie pamiętając niczego.
Dean wstał z łóżka i otarł oczy. Wiedział, że Sam ma rację - odkąd w szpitalu usłyszeli, że Castiel się wypisał, potrafił myśleć tylko o dwóch rzeczach: o tym, że go nienawidzi i tym, że został bez jakiejkolwiek pomocy, pieniędzy, pamięci. Martwił się, co może z tego wyniknąć.
- Co, jeśli znów nie będzie chciał z nami rozmawiać? - zapytał.
- Nie wiem, Dean - odpowiedział Sam. - Ale jeśli go kochasz, spróbujmy.
Dean spojrzał na niego z ukosa i otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć. Sam uświadomił sobie, że brat nigdy nie powiedział przy nim, że kocha Castiela - być może w ogóle nigdy wcześniej nie wypowiedział tych słów na głos. Postanowił jednak przejść nad tym do porządku dziennego, zupełnie tak, jakby nic się nie stało.
Po doprowadzeniu pokoju do porządku, spakowali rzeczy i wymeldowali się z hotelu. Nie mieli pojęcia gdzie zacząć szukać Castiela, postanowili więc pójść dawnym tropem i w pierwszej kolejności sprawdzili schroniska oraz przytułki dla bezdomnych w Radford i okolicach. Przez kilka dni błąkali się z miasta do miasta, próbując znaleźć choć najmniejszy ślad obecności Castiela, ale poszukiwania nie przynosiły żadnych rezultatów. Dopiero pięćdziesiąt kilometrów od Radford udało im się dowiedzieć na stacji benzynowej, że bardzo podobny mężczyzna dwa dni wcześniej zabrał się stamtąd z jakimś kierowcą tira. Fałszywe odznaki agentów FBI pomogły im zdobyć nagranie z monitoringu i rejestrację tira, następnie Sam przez infolinię firmy uzyskał numer kierowcy. Po krótkiej rozmowie od razu ruszyli w stronę miejsca, w którym wysadził pasażera.
Kolejne dni przyniosły nowe informacje, ale Castiel wciąż był dwa kroki przed nimi, jakby spodziewał się, że ruszą za nim. Często zmieniał transport, czasem wracał w miejsca, w których już był, żeby zmylić tropy. Nie wiedzieli, dokąd zmierzał i czy istniał jakikolwiek konkretny cel jego podróży. Być może po prostu chciał się pozbyć ogona. Jak na kogoś, kto nie pamiętał niczego, całkiem nieźle sobie radził.
Dean powoli tracił cierpliwość i nadzieję. Jedynym pocieszeniem był dla niego fakt, że Castiel wciąż żył i miał w sobie determinację do walki - nawet jeśli to on był tym, przed którym próbował się bronić. Wciąż powtarzał sobie, że wszystko skończy się dobrze, ale przestawał w to wierzyć. Nawet Sam wydawał się zmęczony i coraz bardziej zdesperowany.
Nie spodziewali się przełomu - szczególnie gdy śladami Castiela trafili do Detroit. Miasto było zbyt duże, by swobodnie się po nim poruszać, a trop urwał się już przy samym wjeździe. Zabukowali noc w hotelu by w spokoju zebrać myśli i informacje, choć obaj zdawali sobie sprawę z faktu, że to może być koniec. Każdy z nich był jednak zbyt dumny, by przyznać to na głos.
Dean powoli przysypiał nad laptopem, podczas gdy Sam śledził rozrysowaną na mapie linię podróży Castiela. Nie było w niej nic nadzwyczajnego, ale jeszcze próbował się łudzić, że znajdzie coś, co pominęli. Nagle ciszę w pomieszczeniu przeciął ostry dźwięk dzwonka telefonu. Sam zerknął na wyświetlacz. Nie rozpoznał numeru, więc sądząc, że to kolejny ankieter albo natrętny sprzedawca, nacisnął czerwoną słuchawkę.
Po chwili numer zadzwonił po raz kolejny.
- Tak, słucham? - odezwał się zmęczonym głosem, ściskając palcami mostek nosa.
Po drugiej stronie usłyszał chrapliwy oddech. Zmarszczył brwi, zerknął na wyświetlacz i znów przyłożył komórkę do ucha.
- Halo?
- Sam? - usłyszał zachrypnięty, znajomy głos, na dźwięk którego automatycznie się spiął i wyprostował. - Potrzebuję… pomocy…
Sam poderwał się z kanapy, włączył tryb głośnomówiący i położył telefon przed Deanem, który drgnął gwałtownie, wyrwany z sennego odrętwienia.
- Cas, co się dzieje? - zapytał Sam.Dean spojrzał na telefon z konsternacją.
- Nie wiem, ja… Ktoś mnie ściga - powiedział. W jego głosie pobrzmiewało przerażenie. - Wiedzą kim jestem i… Ich oczy…Sam i Dean wymienili zaniepokojone spojrzenia
- Tak?- Ich oczy… były… czarne.
Dean natychmiast poderwał się z krzesła i wzrokiem zaczął szukać kluczyków do auta.
- Dobrze, spokojnie - powiedział Sam. - Gdzie jesteś?
- To takie puste hangary przy Conner Creek w Detroit.- A oni? Gdzie oni są?- Nie wiem. Ścigali mnie od Eastpointe i chyba ich zgubiłem, ale boję się, że zaraz mogą wrócić.
- Okej, Cas, wiem, że to zabrzmi niepoważnie, ale powiem ci, co możesz zrobić…Bracia wsiedli do samochodu. Dean ruszył z piskiem opon, jednocześnie wprowadzając do nawigacji adres wskazany przez Castiela. Odetchnął, gdy okazało się, że nie są daleko, ale wciąż było to marne pocieszenie. Bezbronny i przerażony Cas nie miał szans w starciu z demonami. Dean starał się skupić na drodze, podczas gdy Sam instruował Castiela, co powinien zrobić by choć na chwilę spowolnić demony.
- Cas? Cas! - krzyknął Sam, po czym spojrzał na telefon. - Połączenie zostało przerwane. Daleko jeszcze?
- Pięć minut - odparł Dean, wciskając pedał gazu i zmieniając bieg. - Demony? Polujące na Casa?
- Równie dobrze mogły go po prostu spotkać i rozpoznać - podsunął Sam, nerwowo obracając telefon w dłoni. - To nie te hangary?
Dean kiwnął głową. Skręcił w lewo, w długą uliczkę, wzdłuż której ciągnęły się zardzewiałe hale z powybijanymi oknami. Zaparkował z piskiem opon.
- Mówił ci, która to hala? - zapytał, nerwowo trzaskając drzwiami Impali.
- Wspominał coś o dźwigu…
Sam rozejrzał się dookoła i wskazał na budynek z numerem 38 namalowanym ponad wpół otwartymi drzwiami. Bracia wymienili zaniepokojone spojrzenia - Dean wyciągnął i odbezpieczył pistolet, Sam chwycił nóż. Powoli zbliżyli się do hali, ale gdy z wewnątrz rozległy się odgłosy szamotaniny, puścili się pędem w stronę, z której dobiegały.
W środku pełno było porozrzucanego, zapomnianego sprzętu, drewnianych pudeł porośniętych pajęczynami i kurzem, kilka rozmontowanych rur. Do środka, przez wybrakowane, potłuczone szyby okien, wlewał się blask księżyca.
- Nasz mały aniołek zgubił swoje ulubione pieski?Dean i Sam wymienili nerwowe spojrzenia. Powoli ruszyli w stronę centralnego punktu hali, z którego dobiegały głosy. Nagle powietrze przeciął dźwięk uderzenia i stłumiony jęk. Castiel bez wątpienia dostał cios w brzuch.
- Nie wiem… o co chodzi - jęknął mężczyzna.
- Nie kłam! - krzyknęła kobieta. - Gdzie są Winchesterowie?
- Nie mam pojęcia, przysięgam…
Dean oparł się plecami o zimną powierzchnię metalowej skrzyni i zerknął zza rogu na scenę rozgrywającą się pośrodku hali. Ubrana w skórzaną kurtkę kobieta trzymała klęczącego Castiela za włosy. Do jego odsłoniętej szyi przyciskała ostrze noża - zdecydowanie za mocno, bo po bladej skórze bruneta spływała cienka stróżka ciemnej krwi. Obok stali dwaj mężczyźni, którzy reagowali na ciosy kobiety głośnym śmiechem.
- Hej! - krzyknął Dean, powoli wynurzając się zza rogu z pistoletem wycelowanym w jednego z demonów.
Kobieta rozejrzała się, a gdy jej wzrok padł na Deana, wybuchnęła głośnym śmiechem i oblizała pomalowane na ostrą czerwień usta. Przyciągnęła Castiela bliżej, jeszcze mocniej przyciskając nóż do jego szyi i nie spuszczając oczu z Deana, powiedziała mu do ucha:- Widzisz? Wiedziałam, że twój wierny piesek wkrótce się po ciebie zjawi.
- Chcesz autograf? - powiedział Dean, posyłając jej ironiczny uśmiech. - Komu podpisać? Przepraszam, ale zabiłem was już tyle, że wasze imiona nie mają dla mnie większego znaczenia.
Kobieta zmrużyła oczy, ale uśmiech nie schodził jej z twarzy.
- Wyobraź sobie jakie było moje zdziwienie, gdy po miesiącach słuchania pogłosek o tym, że twój chłoptaś na dobre zniknął z radarów, spotkałam go spacerującego po ulicach Detroit jak gdyby nigdy nic.
- Ameryka to wciąż wolny kraj, chodzenie po ulicach nie jest nielegalne - odparł Dean. - Wszyscy wiemy, że zależało ci tylko na tym, żeby cię do nas doprowadził.
- I udało się. - Puściła mu oko.
- Tak, tak. Brawo dla ciebie. Skoro już spełnił swoje zadanie, możesz być tak miła i go wypuścić?- Wypuścić? - Spojrzała na Castiela jak na wyjątkowo smaczny posiłek. - O nie, mój drogi, zabawa dopiero się zaczyna.
Dean westchnął.
- Tak właśnie myślałem - mruknął.W tej samej chwili kobieta jęknęła zdziwiona i zesztywniała, a z jej szeroko otwartych oczu i ust rozgorzało jasne światło. Bezwładnie osunęła się na podłogę - z jej pleców, spomiędzy łopatek, wystawała rączka noża, którym Sam trafił z perfekcyjną precyzją. Pozostałe demony warknęły w dzikiej furii - jeden rzucił się w stronę, z której nadleciał nóż, drugi ruszył w stronę Deana.
Winchester oddał kilka strzałów, chcąc skupić na sobie całą uwagę demona i dać Castielowi czas na znalezienie bezpiecznej kryjówki. Wiedział, że pociskami nie zrobi mu krzywdy - potrzebował noża, ale stwierdził, że tym będzie martwił się później. Demon doskoczył do niego i przez chwilę kotłowali się, odbijając od różnych powierzchni i próbując nawzajem wytrącić sobie broń z dłoni. Dean poczuł silne uderzenie pięścią w twarz - krew z rozciętej brwi zalała mu oczy. Korzystając z okazji, demon popchnął go na stertę drewnianych skrzyń.W pewnym momencie Dean stracił umiejętność rozróżnienia, które ciosy zadaje, a które otrzymuje. Całe ciało piekło go z bólu i wysiłku, krew z rozciętej brwi lała mu się na twarz, ograniczając pole widzenia, a skóra na knykciach przypominała miazgę postrzępionej od uderzeń skóry.
- Mogę tak cały dzień - zażartował, szczerząc do demona zakrwawione zęby.Uchylił się przed ciosem, ale nie zauważył leżącego na podłodze kawałka skrzyni. Potknął się, upadł na plecy i uderzył głową o twardą posadzkę. Przed oczami zatańczyły mu ciemne plamy, a w uszach usłyszał szum. Poczuł na żebrach mocne kopnięcie, od którego miał ochotę się skulić. Po raz pierwszy od dawna pomyślał, że sytuacja prezentuje się naprawdę tragicznie.
Później nie pamiętał dokładnie, w jaki sposób z tego wyszedł - wiedział tylko tyle, że w pewnym momencie wyczuł pod dłonią ostrze noża - ktoś mu je rzucił, czy może leżało tam cały czas? - i gdy demon okładał go po twarzy, na ślepo dźgnął nim przed siebie. Ku jego zdziwieniu, ostrze natrafiło na miękką, gąbczastą powierzchnię. Dean usłyszał głuchy wrzask i poczuł zapach siarki. Gdy otworzył oczy, demon już nie żył.
Zrzucił z siebie martwe ciało mężczyzny i powoli wstał, co nie było łatwe, bo jego ciało pulsowało bólem, a obraz wirował mu przed oczami. Otarł powieki z krwi i rozejrzał się dookoła. Odnalazł wzrokiem Sama, który, cały we krwi, klęczał obok martwego ciała ostatniego demona.
- Wszystko okej, Sammy? - zapytał Dean.Sam uniósł kciuk do góry. Dean klepnął go w ramię, a potem odszukał wzrokiem Castiela. Mężczyzna pół-leżał oparty o ścianę i przyglądał się całej walce z szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Winchester splunął na podłogę śliną wymieszaną z krwią, której metaliczny smak cały czas czuł w ustach i chwiejnie ruszył w jego stronę. Chciał sprawdzić, czy wszystko w porządku, ale gdy tylko zrobił kilka kroków, Cas w panice podkulił nogi. Dean uświadomił sobie, że wciąż ma w dłoni zakrwawiony nóż.
- Hej, nic ci nie zrobię - powiedział cicho, rzucając nóż na podłogę. - Chcę tylko pomóc.
- Nie podchodź! - krzyknął Cas.
Dean zatrzymał się i uniósł ręce w górę, by pokazać, że jest bezbronny.
- Cas, daj spokój…Castiel, wciąż patrząc na niego z przerażeniem, poderwał się gwałtownie z podłogi - zbyt szybko, bo jego wycieńczone ucieczką, stresem i szokiem ciało odmówiło posłuszeństwa. Oczy uciekły mu w głąb czaszki i zaczął osuwać się na podłogę. Dean doskoczył do niego i w ostatniej chwili uratował przed gwałtownym zetknięciem z betonową nawierzchnią.
- Zemdlał - powiedział Samowi, który pojawił się obok niego z zatroskaną miną.
Dean kucał obok bezwładnego ciała przyjaciela ze ściśniętym gardłem. Nie potrafił się przyznać - nawet przed samym sobą - do tego, jak bardzo bolało go pełne lęku spojrzenie Castiela. Ostrożnie odgarnął mu z czoła posklejane krwią kosmyki włosów, sprawdził tętno i obejrzał pobieżnie rany - poza kilkoma zadrapaniami i siniakami wydawał się być cały.
- Musimy zabrać go w bezpieczne miejsce - podsunął Sam.
- Nie będzie z tego zadowolony, gdy się obudzi - mruknął Dean.
- W takim razie dobrze, że nie ma w tej chwili zbyt wiele do gadania.
Wspólnymi siłami przenieśli Castiela na tylną kanapę Impali. Deanowi nie przeszkadzały nawet potencjalne krwawe plamy, które mogły pojawić się na tapicerce - najważniejszy był dla niego fakt, że odnaleźli Castiela w jednym kawałku.
- Martwi mnie to - odezwał się Dean, gdy jechali samochodem w kierunku hotela. - Jak ma się bronić, skoro niczego nie pamięta, a w dodatku nie chce nie chce naszej pomocy?
- Może jak wszystko mu wyjaśnimy, zrozumie, że jedynym bezpiecznym wyjściem jest to, żeby nam zaufał.- Powodzenia - mruknął Dean.
Sam spojrzał na Castiela przez ramię.
- Myślę, że go nie doceniamy. Zadzwonił do nas - powiedział. - I nie wydał nas demonom, chociaż mógł. To dobry znak.
Dean zerknął przez lusterko na leżącego na tylnej kanapie Castiela. Chciał wierzyć, że Sam ma rację.
- Wiesz, że musimy powiedzieć mu prawdę? - spytał Sam. - O tym, kim jest, czym się zajmujemy, co się stało…Dean oparł łokieć na ramie okna i przejechał dłonią po włosach.
- Wiele bym dał, by wiedzieć, co się tak w zasadzie stało - przyznał gorzko. - Ale tak, masz rację, Sammy. Skoro demony już raz go znalazły, zrobią to po raz kolejny. Niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie, musi wiedzieć, z czym przyjdzie mu się mierzyć.
Nie miał na to siły, ale wiedział, że jest to coś, co powinno zostać zrobione jak najszybciej, zanim niespodziewane zbiegi okoliczności doprowadzą do jeszcze bardziej traumatycznego zderzenia z rzeczywistością. Nie mogli już zawsze ukrywać przed nim prawdy, nawet jeśli chcieli go chronić. Po tym wszystkim, co dla nich zrobił, zasługiwał na szczerość.
- To chyba pora, żebyś wykorzystał swoje kontakty - westchnął.
Sam uniósł brwi i zerknął na Deana z ukosa. Nie przywykł do tego, by brat dobrowolnie zwracał się o pomoc do tych, z którymi na co dzień walczyli.
- Masz na myśli Rowenę? - upewnił się.- Nie, Lindsey Lohan - burknął Dean. - Oczywiście, że Rowenę.
Sam kiwnął głową i sięgnął po swoją torbę.
- Musimy dowiedzieć się, co się wydarzyło - dodał pod nosem Dean.

----- CHAPTER BREAK -----

It feels like there's oceansBetween me and you once againWe hide our emotionsUnder the surface and tryin' to pretendBut it feels like there's oceansBetween you and me
Seafret ,,Oceans”
-5-
Dean nerwowo obgryzał paznokieć.
- Może powinniśmy sprawdzić, co tam się dzieje? - spytał brata, który siedział pod ścianą z laptopem na kolanach.
- Prosiła nas o chwilę sam na sam - odparł Sam.
Dean podziwiał Sama za spokój i opanowanie - przede wszystkim zaś za to, że był tak ufny w stosunku do czarownicy, która od niedawna obejmowała też zaszczytne stanowisko królowej Piekieł. Jemu brakowało nawet cierpliwości. Właśnie zamierzał wstać i przejść się do tymczasowej siedziby Roweny, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, gdy nagle
z hotelowego pokoju wyszła ciemnowłosa, elegancko ubrana kobieta.
Kiedy jakiś czas temu zaparkowali pod hotelem i Dean zobaczył ją po raz pierwszy, od razu przyciągnęła jego spojrzenie. Przede wszystkim dlatego, że się zdziwił - nie wyglądała na kogoś, kto wybiera tego typu miejsca na nocleg. Bardziej przypominała kobietę, która gustuje w lokalach z najwyższej półki - także tej cenowej.
Gdy Winchesterowie wysiedli z Impali, atrakcyjna brunetka od razu zwróciła się w ich kierunku z szerokim, nieco zadziornym uśmiechem i powiedziała ,,witajcie, chłopcy”. Jej oczy na moment błysnęły krwistą czerwienią, a Dean od razu zrozumiał, że oto stoi przed nimi królowa Piekieł, w ciele pożyczonym specjalnie na tę okazję.
- Co z nim? - zapytał Dean, gdy jego umysł zdążył na nowo przywyknąć do myśli, że rozmawia z Roweną.
- Udało ci się czegoś dowiedzieć? - powtórzył pytanie Sam, odkładając laptopa na bok.
Wiedźma westchnęła ciężko i oparła się plecami o ścianę.- Wprowadziłam go na chwilę w trans, ale powinien się niedługo wybudzić. Jest z nim coś nie tak. - Rowena zmarszczyła nos i popatrzyła na Deana. - To dalej twój chłoptaś, tylko… - zawahała się.
- Tylko co?
- Nie wyczuwam jego łaski.Bracia wymienili zaniepokojone spojrzenia. Długo debatowali na temat tego, co mogły oznaczać tajemnicze blizny na psychice Castiela i chociaż spodziewali się takiej odpowiedzi, każdy z nich poczuł w piersi nieprzyjemny ciężar.
- To znaczy, że Cas nie jest już aniołem, czy co? - spytał Dean.
- Nie jestem w stanie jednoznacznie na to odpowiedzieć. Możliwe, że kiedy odzyska pamięć, odzyska też swoją anielską tożsamość.
- A ten nieuzasadniony lęk przed Deanem? - zapytał Sam.
Rowena zmarszczyła brwi.
- Widziałam w jego głowie wspomnienia, ale… coś było z nimi nie tak, zupełnie jakby należały do kogoś innego.
- Mogłabyś je zlikwidować? Albo przywrócić mu prawdziwe wspomnienia?Pokręciła głową.
- W tym momencie - nie. Jego wspomnienia znajdują się za blokadą, a ta kurtyna to tylko jeden z etapów. To potężna magia, mój drogi. Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim. Musiałabym o tym poczytać, bo jeden nierozważny ruch i… - Przejechała palcem po szyi. - Niczego nie obiecuję, ale postaram się pomóc.
Odbiła się od ściany i ruszyła w stronę parkingu. Dean i Sam wymienili zdziwione spojrzenia.
- To tyle? - zdziwił się Dean. - Żadnego haczyka? Paktu? Żadnej wymiany?
Rowena obejrzała się przez ramię i lekceważąco machnęła ręką.
- Daj spokój, skarbie - powiedziała z przebiegłym uśmiechem wymalowanym na twarzy. - W końcu lepiej jest mieć w Winchesterach przyjaciół, czyż nie? Być może kiedyś to ja będę potrzebowała waszej pomocy. Poza tym - dodała, wspinając się po schodach - To dzięki wam mam moją ciepłą posadkę, czyż nie?- Skoro tyle nam zawdzięczasz, to co z tymi demonami, które go zaatakowały? Myślałem, że nie będą nas dłużej niepokoić.
Rowena spojrzała na niego chłodno.
- Wprowadzam wiele zmian w Piekle - odrzekła z dumą. - I nie wszystkim się to podoba. Poza tym, większość demonów to paskudni i niedoedukowani mizogini, którzy nie zniosą silnej kobiety u władzy. Ale nie martwcie się - dodała. - Ukrócę to.
Posłała im ostatnie spojrzenie i ruszyła przed siebie. Kilka mrugnięć i już jej nie było. Dean przechylił się przez balustradę podestu i westchnął przeciągle, pocierając oczy dłonią. Sam patrzył w dal nieobecnym wzrokiem.
- Zastanawiam się, kto mógłby być na tyle potężny, aby wyciągnąć Castiela z Pustki - powiedział.
- Nie mam pierdolonego pojęcia - przyznał Dean. - Na myśl przychodzi mi Jack, ale to by było zbyt proste. - Prychnął. - Zbyt optymistyczne. Poza tym, po co miałby… wszczepiać mu fałszywe wspomnienia o mnie?
Przez chwilę siedzieli w milczeniu.
- Mam tylko nadzieję, że to nie kolejny pakt. Przysięgam, że jeśli ktokolwiek kiedykolwiek jeszcze raz jakiś zawrze, to sam go zabiję - mruknął Dean.- Może dowiemy się, gdy odzyska pamięć.
- Jeśli odzyska pamięć
- Da radę - stwierdził Sam. - Cas jest silny. Wyjdzie z tego cało.
Dean bez przekonania kiwnął głową.
- Od początku wiedziałem, że coś będzie nie tak - mruknął Dean. - Zawsze coś jest nie tak.
Wrócili do pokoju. Dean zrobił sobie mocną kawę, żeby choć trochę uporać się z niemożliwym do wytrzymania bólem głowy. Ponieważ Sam był poturbowany o wiele mniej, zobowiązał się do posprzątania w hangarze po robocie.
- Mam nadzieję, że zdążysz wrócić, zanim Cas się obudzi - powiedział Dean, zerkając na nieprzytomnego przyjaciela. - W przeciwnym wypadku może pomyśleć, że go porwałem.
- Postaram uwinąć się z tym szybko - odparł Sam, łapiąc w locie kluczyki do Impali, które rzucił mu Dean.
Gdy brat wyszedł, Dean wyciągnął z lodówki piwo i usiadł przy niewielkim stoliku przy oknie. Położył nogi na krześle, otworzył laptopa i włączył jakiś durny serial, starając się odwrócić myśli od Castiela leżącego kilka kroków od niego. Nie wychodziło mu to zbyt dobrze.
Cały czas wracał do myśli, że gdy po raz ostatni widział Castiela, usłyszał od niego, że jest najbardziej opiekuńczym, bezinteresownym i kochającym człowiekiem jakiego poznał - co z ust żyjącego od zarania dziejów anioła było naprawdę wielką rzeczą. W głowie dźwięczały mu też inne słowa, o wiele bardziej intymne, które wypowiedział tuż przed odejściem.
Teraz Castiel nie miał pojęcia, kim jest Dean. Nie kochał go. Nie pamiętał niczego, co razem przeszli. Gdy Dean zamykał oczy, widział przerażone spojrzenie Castiela skierowane w jego stronę.
Obejrzał dwa odcinki nim zorientował się, że oddech Castiela jest inny, bardziej urwany i płytki. Wypił łyk piwa i wciąż skupiając wzrok na ekranie laptopa, zapytał:- Jak się czujesz?
Castiel nie odpowiedział. Podniósł się na łokciach i podsunął pod zagłówek łóżka. Dean czuł na sobie spojrzenie jego szeroko otwartych z przerażenia oczu, ale nie miał siły w nie spojrzeć.- Chcesz piwo? - zapytał.
Castiel wciąż milczał. Dean westchnął głęboko, wstał i wyciągnął z lodówki chłodną butelkę piwa. Gdy stawiał ją na szafce nocnej obok łóżka, na którym leżał Castiel, mężczyzna odruchowo odsunął się jak najdalej mógł.
- Daj spokój, Cas - mruknął Dean, z powrotem siadając przy stole. - Nie sądzisz, że gdybym chciał cię zabić, już dawno bym to zrobił?

Po chwili pełnego napięcia milczenia Cas odchrząknął. Zbierał się do powiedzenia czegoś, ale nim w końcu się na to zdobył, minęła wieczność.
- Gdzie jest Sam? - spytał cicho.
Dean mimowolnie poczuł irracjonalną falę piekącej zazdrości, która zalała mu klatkę piersiową i gardło. Gwałtownie zamknął klapę laptopa, co spowodowało, że Cas drgnął nerwowo. Poczucie winy przeplatało się w nim z bezsilną złością.
- W fabryce. Sprząta… bałagan - powiedział Dean.
Zmusił się, by spojrzeć na Castiela. Brunet nie patrzył w jego stronę, zamiast tego z przesadną uwagą przyglądał się obskurnemu, hotelowemu obrazowi, który wisiał na ścianie.
- Domyślam się, że pewnie masz pytania.
Castiel zerknął na niego, zaskoczony. Nie wiedział, że Dean cały czas mu się przygląda, więc gdy ich oczy spotkały się na ułamek sekundy, szybko odwrócił wzrok.
- Sam mówił, że podobno jesteśmy przyjaciółmi - powiedział cicho, nieufnie.
Przyjaciółmi. Delikatny dotyk dłoni na policzku. Zasypianie z głową na klatce piersiowej, słysząc miarowe bicie serca. Ostateczne poświęcenie. Smak krwi w ustach. Głupie błędy. Marzenia o tym, co będzie, gdy to wszystko się skończy. Kocham cię. Nigdy niewypowiedziane słowa.
- Tak - odparł Dean. - Najlepszymi.
- W takim razie dlaczego co noc pojawiasz się w moich koszmarach?Spojrzał na Deana, tym razem śmielej. Chciał uzyskać odpowiedź, której Dean dla niego nie miał.
- Masz koszmary… z moim udziałem? - zapytał.
Widział, jak żuchwa Castiela drgnęła - z całej siły zacisnął zęby.
- Na początku myślałem, że to rzeczywistość. Są takie realne - odparł. - Dopóki się nie obudzę… Takie właśnie się wydają.
- Dlatego zareagowałeś tak w szpitalu - domyślił się. - Dlatego sądziłeś, że chcę cię zabić.
- Jedyne co pamiętałem, gdy się obudziłem, to ucieczka - przyznał. - Uciekałem… przed tobą. Wtedy nie miałem pojęcia, że to sen. Dopiero później do tego doszedłem, gdy pojawiły się kolejne. - Spuścił wzrok na swoje dłonie. Wstydząc się ich drżenia, zacisnął je na kolanach. - Tylko skąd mam wiedzieć, czy to, co mi się śni, nie jest przeszłością?
Dean wypił łyk piwa, zupełnie nie spodziewając się takiego wyznania. Wiedział coś o koszmarach. Przez pierwsze kilka lat życia wciąż wracały w nich wspomnienia o pożarze, w którym zginęła jego matka. Później zastąpiły je obrazy z Piekła.
- Cas, przecież… To nie jestem ja - powiedział, po czym zorientował się, że cały problem polegał na tym, że Castiel nie mógł tego wiedzieć.
- W takim razie kim jesteś, Dean? - zapytał cicho Cas, a jego głos zabrzmiał wręcz desperacko.
Kim był Dean? Nigdy dzieckiem. Zagubionym mężczyzną, który zawsze uważał się za bezmyślne narzędzie ojca. Gotowym do ostatecznego poświęcenia bratem. Kimś, kto nie zasługiwał na zbawienie, bo miał zbyt wiele krwi na rękach. Pierwszą złamaną pieczęcią, niedoszłym wcieleniem Archanioła Michała i tym, który powstrzymał apokalipsę. Żołnierzem, który nie potrafił poddać się bez walki. Zmęczonym życiem wrakiem człowieka.
Kimś, kto zmienił anioła Pana.
Nim zdążył wymyślić jakąś odpowiedź, w zamku rozległ się dźwięk przekręcanego klucza, a do pokoju wszedł Sam. Dean natychmiast oderwał wzrok od Castiela, jakby został przyłapany na czymś niewłaściwym. Cas również się zmieszał.
- Witaj, Samie - przywitał się.
Sam wyglądał na zaskoczonego. Spojrzał na Deana pytająco, ale brat pokręcił głową.
- Jak się czujecie? - zapytał Sam, kładąc kluczyki na stole.
- Tak jak wyglądam - mruknął Dean.
- A ty, Cas?Mężczyzna machinalnie położył dłoń na plastrze na szyi, który skrywał pod spodem ranę po nożu.
- Nie wiem. Potwornie dudni mi w głowie i to wszystko wydaje się takie…
Nerwowo przejechał dłonią po włosach, których kosmyki wciąż pozlepiane były zaschniętą krwią. Wyrwał jeden ze skrzepów i spojrzał na niego ze strachem - dopiero wtedy otaksował też swoje poplamione ubranie.
- Potrzebuję prysznica - mruknął, zamykając oczy, jakby sam widok krwi napawał go przerażeniem.
- Dam ci jakieś ciuchy - zaoferował beznamiętnie Dean.
Wygrzebał ze swojej torby T-shirt z Led Zeppelin i szare dresy. Gdy Castiel zamknął się w łazience, Sam mruknął:- Przynajmniej jesteście w stanie zamienić dwa zdania.
- Powiedział mi, że ma koszmary. Ze mną. Stąd te lęki.
- Napiszę o tym Rowenie - zaproponował Sam. - Może to jej w jakiś sposób pomoże.
Dean kiwnął głową i ziewnął przeciągle. Dopiero teraz, gdy zeszła z niego adrenalina, poczuł jak bardzo jest zmęczony - tymczasem wciąż czekała na nich Poważna Rozmowa, więc ten stanowczo zbyt długi dzień miał jeszcze trochę potrwać. Po cichu liczył na to, że Castiel słowem nie wspomni o tym, co wydarzyło się w hangarach, ale jego nadzieja zgasła gdy tylko Cas wychylił się z łazienki.
- Wiem, że szanse są małe… - zaczął niepewnie, sięgając za brzeg koszulki - ale wiecie może, skąd to mam?
Gdy Cas się odwrócił i podwinął materiał bluzki, Winchesterowie na chwilę zamarli. Na jego plecach, pomiędzy barkami, widniały dwie podłużne, jeszcze świeże blizny. Sam spojrzał wymownie na Deana, sugerując, że to on powinien wyjaśnić wszystko Castielowi. Zebrał się w sobie. Wiedział, że to mogła być najtrudniejsza rozmowa w jego życiu.
- Okej - odparł, drapiąc się po czole - Domyślam się, że możesz być przytłoczony… tym wszystkim.
- To prawda - przyznał Cas, opuszczając koszulkę.
Usiadł na łóżku i wziął piwo, które wcześniej podał mu Dean. Unikał jego wzroku, ale Sam miał rację - przynajmniej z nim rozmawiał.
- Sam nie wiem, od czego zacząć.- Najlepiej od początku - podsunął Cas. - Być może straciłem pamięć, ale nie urodziłem się wczoraj. Wiem, że coś jest nie tak i chcę wiedzieć co. Ci ludzie z czarnymi oczami wiedzieli, kim jestem. Kto w ogóle ma takie oczy?Dean wypił kilka łyków piwa. Nie istniały odpowiednie słowa czy sposób na to, co chciał przekazać. To zawsze spadało nagle i po przeprowadzeniu dziesiątek takich rozmów, wniosek był prosty: owijanie w bawełnę nie miało najmniejszego sensu.
- Jesteś aniołem, Cas - powiedział.
Castiel zamarł. Szeroko otworzył oczy.
- Co proszę? - zapytał.
Dean uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały chłodne.
- Jesteś aniołem. Dosłownie. Stworzonym przez Boga żołnierzem niebios, ale bez harfy i aureoli - powiedział. - Nie wiem, czy po tej swojej dziwacznej amnezji pamiętasz cokolwiek z Biblii? - Cas pokręcił głową. - Super.
Spojrzał błagalnie na Sama, szukając w nim oparcia. Przywykł już do rozmowy o demonach i innych kreaturach, ale tłumaczenie aniołowi Biblii zupełnie go przerastało.
- Biblia jest świętą księgą chrześcijan. Traktuje o fundamentach wiary, w tym o stworzeniu świat. Główną… postacią jest Chuck. To znaczy… Bóg. W stworzeniu świata pomagały mu anioły.Sam otworzył laptopa i szybko wystukał coś na klawiaturze. Odwrócił ekran w stronę Castiela, pokazując mu treści, które wyskoczyły po wpisaniu w wyszukiwarkę ,,anioły”. Dean prychnął, widząc obrazy pucołowatych aniołków z kręconymi włosami.
- No więc… Anioły i Bóg istnieją naprawdę. Większość z nich jest strasznymi złamasami. Poza tym są demony, czyli potępione dusze, które wróciły na ziemię. To one napadły na ciebie w fabryce. Duchy, wampiry, wilkołaki i wszystkie inne cholerstwa, o których nie dało się nakręcić romantycznego filmu dla nastolatek, też są prawdziwe. Ja i Sammy na nie polujemy. Jesteśmy łowcami.
Dean zauważył, że Castiel przesunął się w głąb łóżka. Z jego twarzy mógł wyczytać zdziwienie wymieszane z przerażeniem. Dosyć typowa reakcja. Spodziewał się, że lepiej to zniesie.
- Żartujecie sobie ze mnie - stwierdził Cas, gdy odzyskał głos.
Dean wywrócił oczami.
- Czy wyglądam, jakbym żartował? - zapytał.
Castiel wstał gwałtownie i położył ręce na karku.
- Wiemy, jak to wygląda - wtrącił Sam. - Ludzie zwykle reagują tak, jak ty, ale spójrz. - Podniósł książkę o wampirach, którą czytał tego dnia, pokazał okładkę a potem wyciągnął ją w stronę Castiela. Mężczyzna spojrzał na nią ze strachem, jakby bojąc się, że w środku znajduje się bomba, ale w końcu wziął ją do ręki i zaczął wertować strony - To, o czym powiedział Dean, jest prawdą. Od dzieciństwa zajmujemy się ratowaniem ludzi i polowaniem na potwory a ty… pomagasz nam w tym od lat.
- Wyda ci się to szalone, ale to my jesteśmy tymi dobrymi - powiedział Dean z szerokim, nieco ironicznym uśmiechem. - Mogłeś trafić dużo gorzej.
Castiel ciężko opadł na łóżko, jakby informacje, które bracia mu przekazali, nagle go przygniotły. Oparł łokcie na kolanach i schował twarz w dłoniach.- Jesteśmy rodziną, Cas - dodał Dean. - Czy ci się to podoba czy nie.
- To się nie dzieje naprawdę - powiedział. Brzmiał już o wiele spokojniej. - Po prostu zwariowałem.- Uwierz, że też czasem chciałbym, żebyśmy byli tylko w kiepskim serialu - mruknął Dean.
Cas sięgnął po piwo i wypił na raz pół butelki. Sam i Dean wymienili zaniepokojone spojrzenia. .
- Jeśli chcesz, mogę pokazać ci materiały ze sprawy, którą ostatnio prowadziliśmy - zaproponował Sam. - Może okaże się to bardziej wiarygodne niż jedna książka.
Cas zastanawiał się chwilę, po czym kiwnął głową.
- Dobra. Skoczę do samochodu.
Kiedy wyszedł, Dean zerknął na Casa.
- Co się ze mną stało? - zapytał cicho.
- Co masz na myśli?Dean nie chciał, żeby to pytanie padło. Nie teraz. Nie tak szybko.
- Jak znalazłem się w tamtym szpitalu? Dlaczego niczego nie pamiętam? Dlaczego… - przełknął ślinę i spuścił wzrok na swoje dłonie. Dean wiedział, o co jeszcze chciał zapytać. Doceniał, że tego nie zrobił.
Dean wziął łyk piwa. Długo trzymał go w ustach, zastanawiając się, co odpowiedzieć.
- Umarłeś - odparł w końcu. - I tym razem to miało być już na zawsze.
Przed oczami stanęła mu ta scena. Był pewny, że już nigdy nie uda mu się wyrzucić jej z pamięci. Zmieniła go nieodwracalnie.
- Co masz na myśli mówiąc tym razem? - zdziwił się Cas.
- Umierałeś już wcześniej - odpowiedział Dean, jakby kilkukrotna śmierć była najnormalniejszą rzeczą na świecie. Castiel zakrztusił się piwem - I za każdym razem wracałeś. Teraz miało być inaczej.
Cas z przerażeniem obejrzał swoje ręce, jakby był pewny, że powinny znajdować się na nich ślady powolnego rozkładu. Dean kontynuował.
- Kiedy anioły umierają, trafiają do miejsca zwanego Pustką. Wcześniej zawarłeś z nią pakt, by ochronić kogoś, kogo był dla ciebie ważny. Nazywał się Jack i był… - Dean zawahał się i wywrócił oczami. - Dobra, w skrócie: był kiedyś taki anioł, który zbuntował się przeciwko Bogu, został wyrzucony z Nieba i stał się zły. Pokonaliśmy go i zamknęliśmy w klatce - tutaj bardzo dużo nieistotnych teraz informacji. W każdym razie wrócił, opętał prezydenta i zrobił sobie dziecko z kobietą, która nazywała się Kelly. Pomogłeś jej, ona urodziła Jacka, chłopak okazał się dobry i traktował cię jako swojego ojca.
- Ojca? - jęknął Cas.
- Taaak. Ale spokojnie, teraz Jack jest tak jakby Bogiem - dodał Dean i zmarszczył brwi. - Okej, to nie jest w tej historii najważniejsze. Zawarłeś pakt z Pustką, żeby uratować Jacka i wykorzystałeś warunek tego paktu w chwili, w której groziło nam niebezpieczeństwo. Uratowałeś mi życie, sam przy tym ginąc. - Dean uśmiechnął się do niego smutno. - Nie wiemy, jakim cudem udało ci się wrócić.
- Uratowałem ci życie? - zapytał podejrzliwie Castiel.
- Tak - odparł Dean. - Zresztą, nie pierwszy raz.
Dean odniósł wrażenie, że właśnie to zaskoczyło Castiela najbardziej - nie fakt, że był aniołem, istnienie nadnaturalnych istot albo syn Lucyfera. Być może wszystkie informacje, które przekazał mu Dean, jeszcze do niego nie dotarły.
- Czy to, co mam na plecach, może mieć z tym związek? - zapytał po chwili.
Dean wzruszył ramionami.
- Szczerze mówiąc, to wygląda jak rany po utracie skrzydeł.
- Och - zdziwił się Cas, a jego ręka mimowolnie powędrowała na plecy.
- Jest jeszcze coś. Kiedy byłeś nieprzytomny, skontaktowaliśmy się z wiedźmą. Rowena powiedziała nam, że nie wyczuwa twojej anielskiej łaski.
Castiel zerknął na niego niepewnie.
- Anielska łaska to takie jakby… jądro anielskości - wyjaśnił Winchester. - Zapewnia wam supermoce i inne takie.
- I ja jej nie mam?
- Tego nie wiemy na pewno. Rowena powiedziała, że twoje wspomnienia i umiejętności zostały w jakiś sposób zablokowane.
Cas zmarszczył brwi.
- A czy bez moich skrzydeł i tej… anielskiej łaski, jestem w ogóle nadal aniołem? - zapytał. - Bo, szczerze mówiąc… Czuję się zupełnie zwyczajnie.
- Zobaczymy, jak to wszystko się rozwinie - odparł Dean. - Wiem, że to wszystko jest zakręcone. Uwierz, że zdaję sobie z tego sprawę jak nikt inny. Ale, Cas… Przez lata mieliśmy tylko siebie. Niezależnie od tego, co się stanie i co do mnie czujesz… dobrze jest mieć cię z powrotem.
Mężczyzna otworzył usta, by coś powiedzieć, ale w tym momencie wszedł Sam, niosąc przed sobą stertę książek. Położył je przed Castielem z uśmiechem na ustach.
- Ostatnio zajmowaliśmy się wampirami. Tutaj jest kilka książek, to - Wskazał na stary, podniszczony zeszyt w brązowej okładce. - jest dziennik naszego ojca, który też był łowcą. Opisywał w nim różne sprawy, potwory, sposoby walki z nimi… To niezłe kompendium wiedzy. Na laptopie są zdjęcia, wydruki z monitoringu, skany akt. Możesz sobie to przejrzeć i wyciągnąć własne wnioski.
Castiel podziękował i ostrożnie przejął od Sama materiały. Ponieważ wydawał się skrępowany, Dean złapał spojrzenie Sama i kiwnął głową w stronę drzwi. Brat załapał aluzję. Przenieśli się do drugiego pokoju, zostawiając Castiela samego.

----- CHAPTER BREAK -----

Touching him was like realizing all you ever wanted was right there in front of you
Memorizing him was as easy as knowing all the words to your old favorite song

Fighting with him was like trying to solve a crossword and realizing there’s no rirht answer
Regretting him was like wishing you never found out that love could be that strong

Taylor Swift ,,Red”
-6-

Choć nie było to łatwe, Castiel musiał zaakceptować fakt, że to, o czym opowiedzieli mu Winchesterowie, było prawdą.

- Czyli ci… ludzie, którzy wczoraj mnie zaatakowali, byli w rzeczywistości… demonami? - zapytał, gdy następnego dnia siedzieli w restauracji i czekali na zamówione śniadanie.

Sam kiwnął głową.

- Ale… dlaczego?

- My i te czarnookie sukinsyny nie za bardzo za sobą przepadamy - odparł Dean cierpko. - I to delikatnie mówiąc.

- Liczyli, że ich do was zaprowadzę - wyjaśnił Cas, nerwowo pocierając dłonią o dłoń.

- Właśnie, a propos tego… - Sam na chwilę zawiesił głos, ponieważ kelnerka przyniosła im kawę. Uśmiechnął się do niej i podziękował skinieniem głowy. - W przeszłości… robiliśmy rzeczy, które przysporzyły nam wielu wrogów.

- Ta, można powiedzieć, że jesteśmy celebrytami w świecie potworów - wtrącił Dean, nalewając sobie kawy.

- Poza demonami i wampirami jest wiele innych powtorów, które chętnie dobrałyby się nam do skóry. Mi, Deanowi… I tobie również. - Sam spojrzał na niego z troską. - Jeśli wieść o tym, że żyjesz, się rozniesie, a podejrzewamy, że to się mogło już wydarzyć, znajdzie się wiele istot, które będą chciały ci zaszkodzić. A w twoim obecnym stanie…

- Sam próbuje powiedzieć, że masz przejebane - wszedł mu w słowo Dean. - Dlatego potrzebujesz naszej pomocy, czy tego chcesz czy nie.

Castiel spojrzał na niego z rezerwą.

- Kto tak twierdzi? Ty? - zapytał.

- Nie rozumiesz? - żachnął się Dean. - Będą na ciebie polować, a ty nie pamiętasz nawet, kim jesteś. Nie masz pojęcia jak się przed nimi bronić.

- Może i nie - odparł gorzko Cas. - Ale nie musisz mi mówić, kogo powinienem się bać. Wiem o tym doskonale.

Dean zacisnął zęby i odwrócił wzrok w stronę okna. Czuł się tak, jakby dostał w twarz, a fakt, że zrobił to Castiel, był podwójnie bolesny.

- Po prostu nie chcemy, żeby coś ci się stało - powiedział łagodnie Sam, próbując rozładować napięcie. - Nie powinieneś być teraz sam. Poza tym, masz dom, do którego możesz wrócić.

Castiel podniósł na niego zdziwiony wzrok.

- Dom? - powtórzył.

- Tak. Mieszkaliśmy tam razem.

- Ja… - Cas zawahał się i zerknął na Deana. Później znów odwrócił spojrzenie. - Nie wiem, czy chciałbym tam teraz wracać. - Westchnął. - Czuję, że potrzebuję czasu, żeby to wszystko sobie poukładać.

Dean wstał z miejsca i kiwnął głową w stronę drzwi.

- Sam, możemy porozmawiać? - poprosił Dean.

Brat kiwnął głową. Gdy znaleźli się przed lokalem, Dean z całej siły kopnął leżącą na chodniku, bezpańską puszkę po coli.

- Nie przekonamy go - powiedział, patrząc przez szybę na pogrążonego w zadumie Castiela. - Musimy wymyślić coś innego.

- Pomyślałem… że może chwilowo zakwaterujemy go u Jody? - odparł niepewnie Sam. - Wiem, że wolałbyś sam mieć go na oku, ale…

- Skoro się mnie boi, ciężko będzie mu przetłumaczyć, że zapewnię mu bezpieczeństwo - powiedział Dean. - U Jody byłoby mu dobrze. Pogadaj z nim o tym, a ja do niej zadzwonię.

Sam kiwnął głową. Wrócił do restauracji, a Dean przysiadł na masce Impali i wybrał numer policjantki.

- Dean, hej! - usłyszał po dwóch sygnałach. - Wszystko w porządku?

- Cześć, Jody. Tak, wszystko gra… - Zawahał się. Potarł czoło dłonią i zamknął oczy. - W zasadzie to nie. Nie jest w porządku. Cas wrócił.

Jody przez chwilę milczała.

- Cas? - powtórzyła. - Dean, to przecież świetna wiadomość, jak to się…

- Wrócił, ale niczego nie pamięta - wszedł jej w słowo Dean. - Nie ma pojęcia kim jest, kim my jesteśmy…

Ciepło, z jakim Jody zawsze się do niego zwracała, sprawiło że Dean pękł. Opowiedział jej o wszystkim od początku do końca, a ona cierpliwie słuchała, nie przerywając mu ani razu.

- Och, Dean… - westchnęła, kiedy skończył. - Kochany… Oczywiście, że Cas może u nas pomieszkać. Zajmiemy się nim - obiecała.

Dean nie wiedział, co Sam powiedział Castielowi, ale zgodził się na propozycję zamieszkania u Jody. Winchesterowie mimowolnie odetchnęli z ulgą. Spakowali rzeczy i ruszyli do Sioux Falls.

Jody czekała na nich na progu domu. Przytuliła Sama i Deana, a potem również Castiela. Mężczyzna spiął się, kompletnie zdziwiony.

- Dobrze cię widzieć, Castielu - powiedziała, uśmiechając się do niego ciepło.

Gdy tylko przekroczyli próg, rzuciła się na nich uradowana Miracle.

- No dzień dobry - przywitał się Dean, głaszcząc jej lśniące futro. - Kto jest taką piękną psinką? No kto?

Sam i Jody wymienili rozbawione spojrzenia.

- Są tylko dwie kobiety, do których Dean zwraca się tak czule - powiedział Sam. - Jedna z nich to Impala, a druga to Miracle.

Jody parsknęła śmiechem.

- Wejdźcie, zrobię wam herbaty.

Usiedli w salonie - Castiel na brzegu fotela, niepewnie, jakby przygotowywał się do ewentualnej ucieczki, Sam i Dean na kanapie. Miracle usadowiła się między nimi, by mieć łatwy dostęp do głaskania i położyła Deanowi głowę na udzie.

- Gdzie dziewczyny? - zapytał Sam, próbując przerwać niezręczną ciszę, która zapadła w salonie.

Jody pojawiła się w drzwiach niosąc dwa kubki z herbatą.

- Alex jest w pracy, Patience odwiedza koleżankę, a Claire i Donna są na polowaniu.

- Oczywiście. - Dean uśmiechnął się pod nosem.

Jody postawiła kubki na stole, po czym zdjęła z kominka oprawione w ramkę zdjęcie, przedstawiające roześmiane dziewczyny. Podała je Castielowi.

- To Alex, Donna, Claire i Patience. - Uśmiechnęła się smutno. - I Kaia.

Castiel przez chwilę przyglądał się zdjęciu. Gdy wstał, by odstawić je na kominek, jego wzrok przyciągnęły inne fotografie: na jednej on, Dean i Claire z czegoś się śmiali. Na innej cała dziewiątka siedziała przy stole podczas Święta Dziękczynienia.

Jody przyniosła kolejne dwa kubki i usiadłszy na fotelu, założyła nogę na nogę.

- Słyszałam, że zatrzymasz się u nas na jakiś czas - zwróciła się do Castiela.

- Tak. Bardzo dziękuję za taką szansę.

Przez jakiś czas rozmawiali o wszystkim i o niczym, pijąc herbatę i udając, że atmosfera w pomieszczeniu wcale nie jest dziwnie napięta.

- Na pewno nie zostaniecie na kolacji? - zapytała Jody, gdy Dean oznajmił, że będą się zbierać.

- Przed nami długa droga - odparł, rzucając ukradkowe spojrzenie w stronę Castiela, który przez całe popołudnie nie odezwał się do niego ani słowem.

- Szkoda. Zrobiłabym twoje ulubione placki - powiedziała, puszczając mu oko.

Dean chciał powiedzieć coś, co ostatecznie zdjęłoby z niego ciężar przebywania w jednym pomieszczeniu z Castielem, który nie potrafił nawet na niego spojrzeć, ale w tej chwili drzwi wejściowe otwarły się i do salonu wbiegła Claire.

- Myślałam, że tylko mi się wydawało, że to twój gruchot stoi na naszym podjeździe - powiedziała ze śmiechem.

Rzuciła torbę podróżną na podłogę i wpadła Deanowi w ramiona. Winchester objął ją mocno, podniósł i obkręcił w powietrzu.

- Jody mówiła, że jesteś na polowaniu - powiedział, odstawiając ją na podłogę.

- Bo byłam, ale to tylko duch. Szybko sobie poradziłyśmy - odparła. - Hej, Sam - przywitała się z drugim z braci, jego również przytulając.

- Claire - zaczęła ostrożnie Jody, zerkając na Castiela.

Claire spojrzała na nią pytająco. W pokoju zapadła pełna napięcia cisza. Claire odwróciła się, a gdy jej wzrok spoczął na Castielu, którego dopiero teraz zauważyła, zamarła.

- Chciałam ci powiedzieć, jak wrócisz - powiedziała cicho Jody.

Claire zakryła usta dłonią i zrobiła kilka kroków w stronę Castiela, po czym rzuciła mu się na szyję. Mężczyzna najpierw zesztywniał, tak jak wtedy, gdy przytuliła go Jody. Następnie ostrożnie podniósł ręce i niepewnie objął dziewczynę, która trzęsła się od płaczu.

- Nigdy więcej nie rób nam takiego numeru - powiedziała po chwili, gdy odsunąwszy się od niego, lekko uderzyła go w ramię.

- Ja… - zaczął Cas.

Spojrzał na Jody, szukając u niej pomocy. Kobieta uspokajająco kiwnęła głową.

- Claire, Castiel zostanie z nami na trochę - powiedziała.

Claire zmarszczyła brwi.

- Coś się stało? - zapytała.

Przeniosła wzrok na Sama, potem na Deana i w końcu na Castiela. Widząc ich grobowe miny usiadła na kanapie i przeczesała dłonią włosy

- Oczywiście, że coś się stało - odpowiedziała sama sobie. - Co tym razem? Pakt z demonem? Magia?

- Cas ma amnezję - powiedział Dean.

Claire spojrzała na Castiela i wysoko uniosła brwi, a Dean westchnął i ścisnął palcami mostek nosa. Wiedział, że jeśli będzie musiał opowiedzieć tę historię jeszcze raz, wyjdzie z siebie.

- Och, okej - powiedziała tylko Claire, jakby właśnie usłyszała najnormalniejszą rzecz na świecie. - Ale mam nadzieję, że zostaniecie na kolacji? Donna też będzie, ale musiała zahaczyć o komisariat, bo szef truł jej dupę o jakieś sprawozdanie.

Teraz bracia nie mogli odmówić. Gdy Jody poprosiła Castiela o pomoc w obieraniu ziemniaków, a Sam poszedł do piwnicy po kiszoną kapustę, Claire usiadła obok Deana na kanapie i głaszcząc Miracle zapytała:

- Chcesz iść z nami na spacer?

Dean kiwnął głową, chociaż wiedział, jaki cel ma Claire. Był wdzięczny, że dała mu przestrzeń i nie naciskała. Gdy spacerowali z Miracle, nawet słowem nie wspomniała o Castielu. Kiedy Dean poczuł się gotowy, sam z siebie przybliżył jej wydarzenia ostatnich tygodni.

Claire przyjęła to lepiej, niż Dean się spodziewał. Czasem myślał, że tej dziewczyny już nic w życiu nie zaskoczy. Przerażało go to. Jeszcze gorszy był fakt, że często widział w niej siebie.

- To ssie, prawda? - powiedziała.

Siedzieli na ławce w parku i od czasu do czasu rzucali Miracle znaleziony po drodze patyk. Psinka biegała z nim energicznie dookoła, uciekając przed rozszczekanym maltańczykiem i puszystym samoyedem.

- Że dziesięciolatki wymiatają na desce bardziej niż ty? - zapytał Dean, wskazując na nastolatków, którzy nieopodal ćwiczyli triki na deskorolce.

Claire parsknęła śmiechem i szturchnęła go w bok, ale szybko spoważniała. Odgarnęła kosmyk jasnych włosów za ucho i popatrzyła na niego.

- Miałam na myśli całą tą sytuację z Castielem - wyjaśniła.

- Da sobie radę - odparł Dean.

Nie był tego wcale taki pewny.

- A ty? - zapytała. - Dasz sobie radę?

Dean spojrzał na nią z ukosa.

- Daj spokój - rzuciła Claire cicho. - Nie musisz przede mną udawać. Wiem jak to jest patrzeć na kogoś, z kim miało się wspólną przeszłość, gdy ta osoba nie ma pojęcia, kim jesteś. Szczególnie, kiedy to jest ktoś, kogo kochasz.

Dean zerknął na nią ze zdziwieniem, czując ucisk w brzuchu. Wiedział, że miała na myśli Kaię. Wiedział też, że dziewczyny łączyło coś więcej niż przyjaźń. Nieraz zbierał Claire z podłogi w łazience, gdy krztusiła się łzami. Godzinami trzymał ją wtedy w ramionach, czekając, aż się uspokoi.

Czy Claire się domyśliła? W jaki sposób? A może po prostu chodziło jej o to, że oboje stracili bliskie im osoby?

- Claire - zaczął. - Chciałbym mieć pewność, że dobrze się rozumiemy…

- Spokojnie, Dean - weszła mu w słowo Claire. -
Nie powiem Castielowi o tym, co was łączyło. To nie moja sprawa i nie jestem w

odpowiedniej pozycji, by o tym rozmawiać.

Dean odetchnął.

- Właśnie o to mi chodzi. To nie jest do końca tak…

- Dean - Claire popatrzyła na niego poważnie. - Kiedy się poznaliśmy, byłam nastoletnią lesbijką. Sądzisz, że nie domyśliłam się, że wy dwoje macie się ku sobie? - zapytała. - Nie dbam o to, czy jesteś gejem, bi czy cokolwiek, ale widzę, jak na niego patrzysz i wiem, że to nie jest spojrzenie, którym obdarza się najlepszego przyjaciela. - Nachyliła się i złapała go za rękę. - Domyślam się, że cierpisz, to całkowicie zrozumiałe, ale nie chcę znowu cię stracić. Pamiętaj, że masz rodzinę.

Dean chciał coś powiedzieć, ale zamiast tego objął Claire ramieniem i przytulił do siebie.

- Kiedy zrobiła się z ciebie taka mądrala, co? - zapytał.

Z gardła Claire wydobył się stłumiony szloch, który przeszedł w wybuch śmiechu. Szybko otarła mokre od łez oczy i wtuliła twarz w koszulę Deana.

- Zawsze taka byłam - odparła, a Dean wiedział, że ma rację.

Kiedy wrócili ze spaceru, okazało się, że Donna i Alex też już na nich czekają. Zjedli kolację i spędzili naprawdę miły wieczór. Gdyby ktoś obserwował ich z boku, mógłby powiedzieć, że wszystko było tak, jak dawniej.

Ale nie było. Dean czuł pod skórą rozczarowanie i żal za każdym razem, gdy spoglądał na Castiela, a ten intensywnie wpatrywał się gdzieś indziej. Ani razu podczas kolacji na niego nie spojrzał i ani razu się do niego nie odezwał, zupełnie jakby udawał, że Dean nie istnieje. Castiel był też jedyną osobą, która nie przyszła, by się z nim i Samem pożegnać. Dean próbował przedłużać moment wyjazdu, licząc na to, że może jeszcze się zjawi, ale nie mógł dłużej się oszukiwać. Opuszczał Sioux Falls z ciężkim sercem.

Dean starał się być cierpliwy. Miał nadzieję, że gdy Cas wróci do ludzi, z którymi w przeszłości łączyła go bliska więź oraz do dobrze znanego mu otoczenia, zacznie sobie coś przypominać. Tymczasem nowy Cas nosił jeansy, pachniał miętą i wyjadał masło orzechowe prosto ze słoika. Podobno mnóstwo czasu spędzał w bibliotece czytając materiały na temat aniołów, demonów i innych nadprzyrodzonych istot, próbując choć trochę nadrobić utraconą wiedzę. Oglądał z Claire filmy i seriale, które kiedyś lubił i naprawdę bardzo starał się zrozumieć, kim kiedyś był. Niczego sobie jednak nie przypomniał.

I nigdy nie dzwonił.

Im dłużej trwała amnezja, tym bardziej Dean tracił nadzieję. Dostosowanie się i akceptacja nowej rzeczywistości były dla niego trudne, więc trwał w zawieszeniu, zupełnie nie wiedząc, jak ma się zachowywać, co myśleć i czuć. Wiedział, że powinien się cieszyć, że odzyskali Castiela. Po bezowocnych miesiącach spędzonych na poszukiwaniu rozwiązań, los jeden jedyny raz się do nich uśmiechnął, oddając im kogoś, kto był im tak bliski. Bez względu na okoliczności stanowiło to niezaprzeczalny sukces i Dean zazdrościł wszystkim innym, którzy bez skrępowania potrafili okazywać Castielowi troskę i wyciągać do niego pomocną dłoń, gdy w natłoku informacji zaczynał się w czymś gubić. Jemu nawet nie odpisywał na smsy.

Dean był na Castiela w jakiś sposób zły, choć wiedział, że to głupie i irracjonalne. To nie jego wina, że został zwrócony z ustawieniami fabrycznymi i niczego nie pamiętał. To też nie jego wina, że zaczął go unikać. Dean bardzo chciał go wspierać i zachowywać się tak samo jak Sam, Jody czy Claire, ale jednocześnie czuł, że ich wysiłek nie miał sensu. Chociaż Castiel wyglądał jak on, brzmiał jak on i często nie łapał tych samych nawiązań, nie był dokładnie taką samą osobą i nie mogli go do tego zmusić.

Dean jak nikt chciał, by Castiel pamiętał, kim byli - to i wszystko inne. Nowa rzeczywistość wyglądała jednak inaczej i Dean nie mógł mieć tego, czego pragnął. Przynajmniej jakiejś tego części, bo patrząc w kryształowo-błękitne oczy mężczyzny, boleśniej niż wcześniej uświadomił sobie, że wciąż pragnął Castiela.

To też był powód, przez który Dean się zdystansował. Ostatnią rzeczą, którą przed odejściem powiedział mu Castiel, było to, że go kocha. Dean nie odpowiedział i to zabijało go każdego wieczora, gdy myślał, że Cas nie żyje. Obiecywał sobie, że kiedy wyciągnie go z Pustki, ,,kocham cię” będą jego pierwszymi słowami. To miało być ich szczęśliwe zakończenie.

Teraz Castiel żył, ale Dean wciąż nie mógł mu tego powiedzieć. Nie wiedział, jak wytłumaczyć mu, co ich łączyło, gdy Castiel nie mógł na niego spojrzeć. Ledwo wierzył w to, że kiedyś się przyjaźnili - jak miał mu więc wyjaśnić, że jest miłością jego życia? Całym sercem żałował, że nie wykorzystali w pełni czasu, który był im dany; że zawsze coś stawało im na drodze i zawsze przekładali tę rozmowę. Tym boleśniej odczuwał to teraz, gdy było już za późno i mógł nigdy więcej nie dotknąć jego ust swoimi, nie wspominając już o powiedzeniu ,,kocham cię”.

----- CHAPTER BREAK -----

So tell me that it's time for me to go

'Cause you know I can't do it on my own

The only thing that's harder than sleepin' alone

Is sleepin' with your ghost

All I really wanted was that look in your eyes

Like you already know that I'm the love of your life

Like you already know you're never sayin' goodbye

But I'm not yours

Conan Gray
,,Yours”
-7-
- Nie ruszałem twojej ładowarki - powiedział Dean, wchodząc do pokoju. - Po co miałbym ją brać?
- No nie wiem, Dean. Może dlatego, że lubisz brać nieswoje rzeczy bez pytania i nie odkładać ich na miejsce - prychnął Sam, podążając za bratem.
Pokój Deana wyglądał, jakby przeszło przez niego tornado: papiery zalegające na biurku, puste pudełka po pizzy i chińszczyźnie na wynos walające się po podłodze, porozrzucane byle gdzie ubrania - w dodatku Sam był pewny, że Dean sam nie wiedział, które były czyste, a które brudne. Zatrzymał się w progu i spojrzał na bałagan brata z niedowierzaniem.
- Kiedy ostatni raz tu sprzątałeś? - zapytał.
Dean chciał powiedzieć Samowi, żeby przestał się czepiać, ale gdy rozejrzał się po pokoju, dotarło do niego, że faktycznie nie było w nim zbyt czysto. Do tej pory nie zwracał na to uwagi, a gdy już przeszło mu przez myśl, że może warto by było wynieść brudne naczynia do kuchni albo chociaż posegregować skarpetki, dopadała go tak ogromna niemoc, że na pozór banalna czynność zyskiwała rangę co najmniej ponownego powstrzymania apokalipsy. Dean miał nadzieję, że Sam nie zauważył chociaż tego, że trzeci dzień nosił tą samą koszulkę i od tygodnia nie wyszedł z domu.
Ignorując pytanie brata, zaczął sprawdzać kontakty i szuflady. Był pewny, że nie miał jego głupiej ładowarki, ale chciał się go pozbyć jak najszybciej. Kilka godzin wcześniej do Sama zadzwoniła Eileen - niby pod pretekstem prośby o pomoc w sprawie, którą się zajmowała, ale Dean podejrzewał, że chodzi o coś więcej. Gdy Sam zaproponował, by pojechał razem z nim, taktownie odmówił. Uwielbiał Eileen i cieszył się, że Sammy z kimś się spotykał, ale obserwowanie cudzego szczęścia było w tym momencie ponad jego siły - tak samo zresztą jak wiele innych rzeczy. Zawód i rozczarowanie związane ze sprawą Castiela, a także brak informacji od Roweny wysysały z niego resztki energii. Kiedy Cas odszedł, Dean miał przynajmniej jakiś cel. Teraz, gdy go zabrakło, nie potrafił znaleźć niczego nowego, co trzymałoby go w pionie. Zamiast tego poczucie beznadziei i bezsensu ciągnęły go w dół.
- Widzisz? Mówiłem ci, że jej nie mam - rzucił, otwierając szufladę w biurku.
Przewertował kilka kartek i zamarł, gdy znalazł pod nimi kasetkę z rzeczami należącymi do Castiela. Zupełnie zapomniał, że ją tam schował. Wziął pudełko do ręki i przez chwilę przyglądał mu się jak zahipnotyzowany. W tym samym czasie Sam zajrzał do opróżnionej szuflady i wydał z siebie triumfalny okrzyk.
- A ja mówiłem, że ją masz - powiedział Sam, machając bratu ładowarką przed nosem.
- Po prostu następnym razem pilnuj swoich rzeczy, co? - mruknął, ostrożnie kładąc kasetkę na biurku.
Sam dopiero teraz ją zauważył. Zmarszczył brwi.
- To rzeczy Casa? - spytał.
Dean kiwnął głową.
- Chyba powinieneś mu je oddać - stwierdził, kierując swoje kroki w stronę korytarza.
Przez resztę dnia Dean zastanawiał się, co powinien zrobić. Dziwił się, że zapomniał o pudełku - a może po prostu to wypierał, żeby nie musieć myśleć o kolejnej rzeczy, która przypominała mu dawne czasy. Sam wyjechał koło siedemnastej, więc korzystając z okazji, że nie musi się nikomu tłumaczyć, Dean zjadł na kolację płatki z mlekiem i położył się stosunkowo wcześnie. Jak na złość, chaos w głowie nie pozwalał mu zasnąć. Długo wiercił się w łóżku, przewracał z boku na bok, przykrywał i odkrywał, bo raz było mu zimno, a chwilę później gorąco. W końcu zapalił światło i usiadł na brzegu łóżka. Sięgnął po telefon.
W pierwszym odruchu chciał zadzwonić do Sama, ale rozłączył się sekundę po tym, jak wybrał jego numer. Uznał, że nie będzie psuć mu wieczoru swoimi problemami. Wystarczająco długo był dla niego ciężarem. Przez ostatnie miesiące Sammy nieustannie go wspierał i ani razu się nie skarżył, mimo że jemu też musiało być ciężko.
- Niech to szlag - mruknął, przecierając piekące od łez oczy.
Potrzebował coś ze sobą zrobić, odwrócić uwagę od niechcianych myśli, które pchały mu się do głowy. Poszedł do kuchni po foliowe worki na śmieci. Zaczął pakować do nich puste pudełka, resztki jedzenia, zaschnięte fusy i wysuszone torebki po herbacie. W końcu udało mu się nieco odgruzować podłowę. W następnej kolejności zajął się naczyniami, które do tej pory zajmowały każdą wolną powierzchnię. Wyszorował je dokładnie, aż od zimnej wody pomarszczyła mu się skóra na palcach. Pozbierał do kosza na pranie brudną bieliznę, przepocone koszulki i poplamione spodnie. Wstawił pranie. Czyste ubrania, które od tygodni piętrzyły się na krześle, starannie poukładał i schował do szafy.
Gdy skończył sprzątać była trzecia trzydzieści.
Zmęczony, położył się i przykrył kocem. Wtedy jego wzrok ponownie spoczął na leżącym na biurku pudełku. Westchnął, bo już wiedział, co musi z nim zrobić. Wstał i jeszcze raz rzucił okiem na przedmioty. Nim zamknął wieczko, wziął do ręki dziennik i po chwili wahania odłożył go na bok.

Następnego dnia wstał wcześnie. Spał jakieś cztery godziny, w dodatku niezbyt dobrze, bo co chwila wybudzał się z jakiegoś koszmaru. Przynajmniej rano już ich nie pamiętał. Na wszelki wypadek zostawił na lodówce karteczkę dla Sama, po czym wsiadł do samochodu i ruszył do Sioux Falls. Jego celem nie było nawet spotkanie z Casem - chciał po prostu podrzucić jego rzeczy i wrócić do domu.
Plan Deana posypał się w momencie, w którym stanął pod drzwiami. Właśnie schylał się, by położyć na wycieraczce pudełko, gdy za drzwiami rozległo się szczekanie. Po Chwilę później Dean stanął twarzą w twarz z Castielem.
- Och - mruknął zdziwiony Castiel, automatycznie robiąc krok do tyłu. - Dean.
Miracle, którą trzymał na smyczy, rzuciła się na Deana szczekając radośnie.
- Cześć - powiedział Dean, drapiąc ją za uszami. Nie miał pojęcia, czy zwracał się do niej czy do Castiela.
Między mężczyznami zapadła niezręczna cisza. Miracle nic nie robiła sobie z nerwowego napięcia - wesoło krążyła pomiędzy Deanem i Castielem, domagając się pieszczot.
- Dziewczyn nie ma - powiedział w końcu Cas, schylając się, by wyplątać łapy Miracle ze smyczy. - Są na polowaniu.
- To nic - odparł Dean. Nerwowo podrapał się po karku. - W zasadzie to przyjechałem do ciebie, ale jeśli chciałeś gdzieś wyjść, to…- Wybieraliśmy się na spacer, ale jeśli już tu jesteś… Wejdź - zaproponował, odsuwając się na bok.
Dean przełknął ślinę i wszedł do środka. Castiel odpiął Miracle smycz, a suczka od razu pobiegła za Deanem, radośnie machając ogonem.
- Dzięki. Nie zajmę ci zbyt dużo czasu.
- Sama nie ma z tobą? - zapytał Castiel, z niepokojem spoglądając na Impalę.
- Nie, miał do załatwienia coś innego - wyjaśnił Dean.
Przeszedł do salonu. Zanim usiadł, podniósł leżącą na kanapie książkę - zerknął na pozłacane litery, które układały się w słowo BIBLIA i rzucił Castielowi zdziwione spojrzenie.
- Chciałem nadrobić - wytłumaczył się Castiel.
Oparł się o framugę drzwi do salonu i skrzyżował ramiona na piersi. Nie wyglądał na przerażonego, ale na pewno był spięty. Co jakiś czas nerwowo zerkał w stronę Deana, jakby jednocześnie nie mogąc na niego patrzeć, chciał mieć go na oku.
- I jak ci się podoba? - zapytał ironicznie Dean, odrzucając książę na bok.
Cas wzruszył ramionami.
- Jest w niej wiele rzeczy, których nie zrozumiałem.
- Witaj w klubie - mruknął Dean.
- Dlaczego ludzie czczą Boga? Jest okrutny. Zesłał na ludzkość potop, kazał zabić Abrahamowi syna, wystawił Hioba na te wszystkie straszne próby tylko dlatego, że założył się z szatanem…- To prawda - przyznał Dean. - Ludzie chyba potrzebują kogoś, kto da im nadzieję na szczęśliwe zakończenie.
Castiel spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Wierzysz w to?
Dean pokręcił głową.
- Nie. Ale niektórym pozwala to spać w nocy. Może gdyby dowiedzieli się, jaki naprawdę jest Bóg… A w zasadzie był, bo teraz jest nim Jack - poprawił się szybko.
- Tak, wspominałeś. Syn Lucyfera - powiedział Cas, mrużąc oczy. - Co się stało z poprzednim?
Dean wyciągnął ze stojącego na stoliku słoiczka smaczek i podał go Miracle. Spojrzał na Castiela i uśmiechnął się zawadiacko.- Cóż… Pokonaliśmy go.
Castiel szeroko otworzył oczy.
- Moment, mówisz serio? Pokonaliście tego samego Boga, o którym jest Biblia?
Dean kiwnął głową.
- Tak. Wiesz… To długa historia. Jej morał sprowadza się do tego, że ostatecznie każdego dupka da się pokonać.
- Długa historia - powtórzył Cas. - Nauczyłem się już, że jeśli ktoś tak mówi, to znaczy, że historia wcale nie jest długa. Po prostu nie chce jej opowiadać.
- Może masz rację - przyznał Dean, wzruszając ramionami. - Jeśli mam być z tobą zupełnie szczery, jest wiele historii, których wolałbym ci nie opowiadać. I to nie jest jedna z nich.
- Dzięki za pocieszenie - odparł sarkastycznie Cas. - Od razu mi lepiej.
Usiadł na fotelu i schował twarz w dłoniach. Dean spojrzał na niego z niepokojem.
- Wszystko okej?Od razu pożałował, że nie ugryzł się w język. Zadał najgłupsze z możliwych pytań.
- A jak myślisz, Dean? - odparł Castiel ze złością.
Dean domyślał się, jak trudna dla Castiela musiała być rzeczywistość, w której się obudził. Nie wiedział o sobie niczego. Niczego nie pamiętał. Chciał do niego podejść i położyć mu dłoń na ramieniu, zabrać od niego cały ten ból. W jakiś sposób zlikwidować ścianę, która między nimi wyrosła. Żałował, że nie może mu pomóc.
Odchrząknął i położył na stoliku zamknięte pudełko. Castiel spojrzał na nie bez cienia emocji.
- Powinienem wiedzieć, co to jest? - zapytał.
- To… twoje rzeczy - oznajmił Dean.
Castiel uniósł brwi.
- Tylko tyle? - zdziwił się.
- Mamy gdzieś twoje anielskie ostrze, ale na razie raczej ci się nie przyda - odparł Dean.
Castiel kiwnął głową. Patrzył na pudełko, a Dean zastanawiał się, czy powinien powiedzieć coś jeszcze. Miał na końcu języka wiele słów przeznaczonych dla starego Castiela. Chociaż Dean nie chciał tak o nim myśleć, przyłapywał się na tym, że mimowolnie to robił. A przecież to nadal był Cas. Jego Cas - ten sam, z którym przegadał setki godzin podczas nocnych przejażdżek Impalą. Ten sam, którego pokochał.
Teraz jego widok sprawiał mu realny, piekący ból w klatce piersiowej. Potrzebował od niego uciec, a jednocześnie nie chciał opuszczać go już nigdy. Targany sprzecznościami, po raz ostatni pogłaskał Miracle, wstał i ruszył w stronę drzwi.
- Dean… - usłyszał, gdy minął Castiela.
Odwrócił się w jego stronę. Castiel na niego nie patrzył, ale po raz pierwszy od dawna znaleźli się tak blisko siebie - niemalże na wyciągnięcie ręki. Dean zacisnął dłoń i wsadził ją do kieszeni kurtki, by przypadkiem nie unieść jej, by pogładzić Castiela po policzku.
- Jaki był warunek tego paktu, o którym wspomniałeś wcześniej? - zapytał. - Tego, przez który zginąłem?
Dean przygryzł policzek od środka. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie chciał widzieć bezsilnego, przerażonego wyrazu w oczach Castiela, gdy dowie się prawdy. Nie potrzebował jego współczucia. Gdyby zmuszał się do patrzenia na niego przez pryzmat tego, co niegdyś ich łączyło, nie pamiętając przy tym ani jednej chwili… Znienawidziłby go jeszcze bardziej.
Dean zmusił się do przełknięcia śliny, by choć trochę nawilżyć wysuszone na wiór gardło.
- Miałeś odejść w momencie prawdziwego szczęścia - powiedział w końcu.Cas zmarszczył brwi.
- Szczęścia? - powtórzył i parsknął. - Myślałem, że byliśmy na krawędzi śmierci. Co w tym było szczęśliwego?
Jedyna rzecz jakiej pragnę… To coś, czego nie mogę mieć. Ale teraz już wiem… Wiem, że szczęście nie leży w posiadaniu. Leży w byciu. W powiedzeniu tego na głos.

Dean poczuł, że pieką go oczy. Dlaczego Cas myślał, że nie może go mieć? Oderwał wzrok od mężczyzny i zamrugał szybko, by odgonić łzy.- Kto wie, o czym myślałeś w tamtej chwili. - Zawahał się. - W jednej chwili stałeś przede mną, w następnej pochłaniały cię macki nicości.Dean mimowolnie podrapał się po ramieniu. W jego szafie wciąż wisiała kurtka, którą miał na sobie tamtego dnia. Ciągle widniał na niej krwawy odcisk dłoni Castiela.- Przepraszam, Cas. Może gdybym znalazł jakiś sposób…
Castiel pokręcił głową.
- Dean, to przecież nie twoja wina - powiedział. - Z tego, co wiem, cały ten… pakt był moją decyzją. Nie możesz brać na siebie odpowiedzialności za czyjeś wybory.
Dean spojrzał na niego ze zdziwieniem. Cicho parsknął.
- Co? - zdziwił się Cas.
- Nic, po prostu… To, co powiedziałeś, było bardzo w twoim stylu.
Cas spuścił wzrok. Zmieszał się.
- Chyba chciałbym sprawdzić, co tam jest - Wskazał na pudełko. - Ale trochę mnie to stresuje.
Dean kiwnął głową.
- Mogę mieć… prośbę? Daj czasem znać, co u ciebie. Nie musisz pisać do mnie, możesz napisać do Sama - powiedział, chociaż z trudem przeszło mu to przez gardło.
Dean rzucił Castielowi jeszcze jedno, ostatnie spojrzenie. Przydługie włosy, kilkudniowy zarost na szczęce, podkrążone oczy. Znał jego ciało lepiej niż własne - w końcu spędził na studiowaniu go całe lata. Dlaczego teraz wydawało się tak obce?
Cas kiwnął głową.
- Okej - zgodził się.
Gdy wyszedł, Dean od razu pojechał do baru. Ignorował wiadomości od Sama, który pytał go, jak się ma, odrzucał połączenia. Jeszcze jeden wieczór na zapomnienie o tym wszystkim. Jeden wieczór na udawanie, że wszystko jest tak, jak być powinno i oszukiwanie samego siebie, że wszystko skończy się dobrze.
Jeden wieczór. Potem weźmie się w garść.
Zawsze w końcu to robił.

----- CHAPTER BREAK -----

It turned into something biggerSomewhere in the haze, got a sense I'd been betrayedYour finger on my hair pin triggersSoldier down on that icy groundLooked up at me with honor and truthBroken and blue, so I called off the troopsThat was the night I nearly lost you
Taylor Swift ,,The great war”
-8-

Kiedy telefon zadzwonił, Dean jeszcze spał. Sięgnął po niego po omacku, planując od razu odrzucić połączenie. Zmienił zdanie gdy na wpół otwartymi oczami zobaczył na wyświetlaczu numer Jody.

- Halo? - odezwał się zachrypniętym od snu głosem.

- Cześć, Dean. Obudziłam cię? - spytała.

- Nie, skąd ten pomysł? - odparł sarkastycznie Dean.

Na potwierdzenie przypuszczenia Jody, ziewnął przeciągle. Sięgnął po szklankę wody stojącą na szafce nocnej. Suchość w gardle kazała mu sądzić, że miał za sobą kolejną noc koszmarów.

- Dzwonię, bo uważam, że powinniście o czymś wiedzieć - powiedziała Jody.

Dean wyczuwał w jej głosie napięcie. Przetarł dłonią powieki i ścisnął palcami mostek nosa.

- Coś się stało?

- Tak. Nie. Nie wiem. - Jody westchnęła. - Wróciłam dzisiaj w środku nocy z akcji. Robiłam sobie kanapkę, bo byłam głodna, a kiedy się odwróciłam, żeby usiąść w ulubionym fotelu, zobaczyłam Castiela stojącego pośrodku pokoju. Nie muszę ci chyba mówić, że cholernie się wystraszyłam. Myślałam, że może go obudziłam, więc zaproponowałam, że zrobię mu coś do jedzenia, a wtedy on zaczął mówić w jakimś cholernie dziwnym, popapranym języku. Nic nie zrozumiałam.

Dean odrzucił kołdrę i usiadł na brzegu łóżka. Zmarszczył brwi.

- Lunatykował? - zapytał.

- Tak mi się wydaje - przyznała Jody. - Kiedy się zorientowałam, że nie ma pojęcia, co się dzieje, próbowałam zaprowadzić go do łóżka, ale stał w miejscu jak słup soli. Siedziałam z nim aż do czwartej, dopiero wtedy ruszył się sam z siebie. Poszedł spać jak gdyby nigdy nic.

Dean odszukał wzrokiem szlafrok, który wisiał niedbale na oparciu krzesła. Narzucił go na ramiona.

- A dzisiaj? Obudził się już? - zapytał, żwawym krokiem idąc w stronę pokoju Sama.

- Nie, wciąż śpi. Dlatego dzwonię. Nie wiem, co mam zrobić. Powiedzieć mu o tym?

- Najpierw wybadaj, czy cokolwiek pamięta - odparł Dean.

- Okej. Tak zrobię.

Jody przez chwilę milczała, ale Dean domyślał się, że to jeszcze nie koniec rozmowy.

- Tak? - zachęcił ją, by mówiła dalej.

- To nic takiego, ale… Wiesz, Dean… Pomyślałam, że może bezpieczniej by było, gdyby Castiel zamieszkał z wami.

Jody wydawała się skrępowana faktem, że o tym wspomina.

- Och - zdziwił się Dean. - Mogę zapytać, skąd taki wniosek?

- Nie chodzi o to, że się go boję, ale… Kiedy rozmawialiśmy o tym wcześniej, zrozumiałam, że Castiel nie ma tego, co stanowi o jego… anielskości. Ale co, jeśli ma? Co jeśli to się w nim przebudzi, a on nie będzie miał nad tym kontroli? Ani ja, ani żadna z dziewczyn nie mamy doświadczenia w walce z aniołami. Nie mamy nawet odpowiedniej broni. Wydaje mi się, że pod względem zabezpieczeń Bunkier będzie o wiele lepszym miejscem.

Dean kiwnął głową. Argumenty Jody brzmiały sensownie. Miała rację - początkowo sądzili, że Castiel był niegroźny, nie wiedzieli jednak, czy tak naprawdę nie jest tykającą bombą zegarową.

- Tak, masz rację - powiedział Dean. - Nie chcę narażać ciebie i dziewczyn. Powinniśmy byli się upewnić, że zamieszkanie z wami będzie bezpieczne, po prostu…

- To Cas - odparła Jody. - Wiem o tym, Dean. Wszyscy chcemy, żeby znów stanął na nogi.

- Porozmawiasz z nim o tym?

- Tak, oczywiście - odparła Jody.

- Wiesz, że ciężko będzie go przekonać?

- Dam znać co ustalimy.

Rozłączył się i mimo że była dopiero szósta piętnaście, od razu poszedł do pokoju Sama. Brat leżał na brzuchu z książką w dłoni, nad którą prawdopodobnie zasnął poprzedniego wieczora. Dean stanął nad nim, przyłożył mu telefon do ucha, podgłośnił i włączył ,,Back to Black” AC/DC na pełnej głośności. Sam poderwał się, krzyknął i wycelował w Deana książką.

- Pojebało cię? - zapytał, mierząc brata wściekłym spojrzeniem, gdy uświadomił sobie, że nic mu nie grozi.

- Dzień dobry, księżniczko - przywitał się Dean, szczerząc zęby w uśmiechu.

Sam usiadł na brzegu łóżka i przejechał dłonią po włosach.

- Dean, nie możesz tak robić - powiedział.

- Tak, tak. Wiem. Dzwoniła Jody.

- Coś się stało? - zapytał Sam. - Coś z Castielem?

Dean wzruszył ramionami.

- Odstawił w nocy jakieś creepy lunatykowanie połączone z mówieniem w dziwnym języku. Jody zadzwoniła dosyć… wystraszona - wyjaśnił.

- Dziwnym języku… - powtórzył Sam. - Myślisz, że to był enochiański?

- Mam nadzieję, że to był enochiański - odparł Dean. - Gdyby to było cokolwiek innego, sam byłbym zaniepokojony. - Zerknął na zegarek. - Jody chce, żeby Castiel się do nas przeniósł. Uważa, że tak byłoby bezpieczniej.

- Pewnie ma rację - mruknął Sam, z ociąganiem wstając z łóżka. - Myślisz, że uda się jej go przekonać?

- Zobaczymy.

Dwie godziny później Jody zadzwoniła z informacją, że Castiel się zgodził.

Castiel siedział przy stole, obejmował kubek z gorącą, parującą herbatą dłońmi i niepewnie rozglądał się po pomieszczeniu.

- Czyli… Tu mieszkacie? - zapytał.

Dean usiadł na krześle, otworzył piwo i położył nogi na stole. Sam posłał mu karcące spojrzenie. Dean wywrócił oczami.

- Tak - odparł Sam.

- To Bunkier Ludzi Pisma - powiedział Dean. - Supertajnej organizacji do której należał nasz dziadek.

- Czym zajmowała się ta organizacja? - spytał Cas.

- Tym samym, co my. Walką ze złem, ratowaniem świata… Czytaniem naprawdę wielu książek - Dean wzruszył ramionami. - W skrócie, to tyle.

Cas kiwnął głową i wysiorbał łyk herbaty. Jody, która siedziała po drugiej stronie stołu, wyłapała wzrok Deana i znacząco spojrzała na Castiela. Winchester od razu zrozumiał, o co jej chodziło. Wyprostował się i odchrząknął.

- Nie mam pojęcia, co się wydarzyło w nocy - powiedział Castiel.

Dean zamarł z lekko rozchylonymi wargami. Głośno wypuścił powietrze i zacisnął dłoń na zimnym szkle butelki. Castiel spojrzał mu w oczy, a gdy to zrobił, Dean miał wrażenie, że wwierca mu się w sam środek duszy.

- Wiem, że właśnie dlatego tu jestem, ale nie mam wam nic do przekazania - powiedział, powoli wstając od stołu. - Pozwolicie, że udam się do swojego pokoju? Chciałbym się rozpakować.

Wyszedł, nie czekając na odpowiedź. Gdy po chwili usłyszeli trzaśnięcie drzwi, Dean odetchnął ciężko. Sam szturchnął go łokciem i porozumiewawczo zerknął w stronę korytarza.

- Nie będzie chciał ze mną gadać - powiedział Dean.

- Nie dowiesz się jeśli nie spróbujesz - odparł brat.

Dean w duchu przyznał mu rację. Wstał. Czując na sobie spojrzenia Sama i Jody, wyszedł z salonu i skierował kroki w kierunku pokoju Castiela. Starał się stłumić iskierkę niepokoju, która tliła się w jego klatce piersiowej. Nie mógł nic poradzić na to, że interakcje z Casem stały się dla niego ciężkie. Policzył w głowie do dziesięciu i cicho zapukał.

- Proszę - usłyszał zmęczony głos mężczyzny.

Nacisnął na klamkę i wszedł. Castiel, który wypakowywał z torby starannie ułożone T-shirty, na widok Deana automatycznie się wyprostował i skrzyżował ramiona na piersi.

- Możemy porozmawiać? - zapytał Dean, zamykając za sobą drzwi.

Uderzyła go dziwna nierealność tej sceny. Ostatnim razem, gdy odwiedził pokój Castiela, w zasadzie się z nim żegnał, sądząc, że nie spotkają się nigdy więcej. Teraz Cas znów tu był. Znów stał przed Deanem, zupełnie jakby nic się nie zmieniło - choć zmieniło się wszystko. Winchester zauważył leżące na biurku ,,Wielkie nadzieje” Dickensa i przerzucony przez oparcie krzesła sweter, który pożyczył mu tamtej nocy w hotelu; zauważył coś jeszcze - małą figurkę Smerfa na komodzie i oprawione w ramkę zdjęcie. Odwrócił wzrok, nie chcąc, by Castiel zauważył, że je widział, ale nie mógł powstrzymać drobnego uśmiechu, który pojawił się w kącikach jego ust.

- Tak, pewnie - odparł Cas, siadając na łóżku.

Nie wydawał się zachwycony tym pomysłem, ale Dean doceniał, że w ogóle z nim rozmawiał. Zaszedł dalej niż się spodziewał. Oparł się plecami o drzwi.

- Jak się czujesz? - zapytał.

Musiał przestać w końcu zadawać mu głupie pytania.

- Tak jak wyglądam - odparł Cas.

Dean odchrząknął, próbując powstrzymać się przed powiedzeniem czegoś niezręcznie flirciarskiego.

- Wiesz, że nie musicie wszyscy obchodzić się ze mną jak z jajkiem? - zapytał Castiel. - Rozumiem, że się martwicie, ale czasem mam wrażenie, że boicie się, że zaraz wybuchnę. Dosłownie.

- To nie do końca tak - powiedział cicho Dean.

Czuł się nagi - miał wrażenie, że Castiel mógł z niego czytać jak z otwartej księgi.

- Naprawdę cholernie dobrze mieć cię z powrotem, Cas. Po prostu…

- Po prostu nie jestem sobą? - dokończył za niego mężczyzna. - Tak, zdążyłem zauważyć.

Dean nie wiedział, co odpowiedzieć.

- Chciałbym mieć dla ciebie jakąś konkretną odpowiedź dotyczącą tego, co się stało w nocy. Ale nie mam. Tak samo jak nie wiem, co wydarzyło się w Pustce i uwierz, że męczy mnie to każdego dnia - przyznał Cas. - Nie wiem, jakim cudem przeżyłem. Nie wiem, kto mnie wyciągnął.

- Cas, nie musisz…

- Nie wiem nawet, jaki jest mój ulubiony kolor i nie wiem, czy kiedykolwiek się tego dowiem, tak samo jak tego, kim byłem…

- Nie mów tak - wciął się Dean, przecierając oczy.

- Taka jest prawda, Dean - odparł smutno, ale zdecydowanie Castiel. - Możliwe, że nigdy sobie tego nie przypomnę. Przepraszam.

Dean pokręcił głową.

- Nie musisz mnie przepraszać, Cas - powiedział. - To nie twoja wina.

- Więc dlaczego czuję się tak, jakby była? - zapytał gorzko. - Wiem, że liczycie na to, że w końcu dojdę do siebie, ale tygodnie mijają, a ja wciąż nie mam bladego pojęcia o moim życiu.

- To…

- Nie mów mi, że to w porządku, Dean. - przerwał mu Cas. - Nie ty. Wiem, że kiedyś byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, a teraz ledwo mogę na ciebie spojrzeć. Chcesz mi powiedzieć, że to jest w porządku?

Dean w milczeniu patrzył na Castiela. Czuł ból w klatce piersiowej, bo chciał zabrać od niego całe to cierpienie, poczucie winy i niepewność, których doświadczał, ale zwyczajnie nie mógł; bo miał rację - nic nie było w porządku i każdy z nich doskonale o tym wiedział; bo był taki piękny, ale nie był dłużej jego. A może nigdy nie był? Dean pragnął usiąść obok, objąć go ramieniem, pocałować i powiedzieć… W zasadzie nie wiedział, co. Nie było słów, które cokolwiek by zmieniły. Te słowa przepadły wraz z mackami Pustki oplatającymi Castiela. Wtedy zaniemówił, choć mógł powiedzieć wszystko. Teraz nie pozostało mu nic innego jak milczeć.

Cas pokręcił głową, a w jego oczach błyszczało rozczarowanie. Dean położył dłoń na klamce.

- Żółty - powiedział cicho.

- Co proszę? - zapytał.

Spojrzał na Castiela przez ramię i napotkał jego zdziwione spojrzenie.

- Twój ulubiony kolor to żółty - powtórzył, uśmiechając się, mimo że jego spojrzenie pozostawało smutne. - Jak żonkile, słoneczniki i mlecze. Uważałeś, że to zabawne, że wczesnym latem zamieniają się w dmuchawce. Poza tym, kojarzy ci się też z pszczołami. Uwielbiałeś słuchać ich brzęczenia, mogłeś to robić godzinami.

Cas wpatrywał się w niego oniemiały.

- Żółty - powtórzył i odchrząknął. - Dziękuję.

- Drobiazg - odparł Dean.

W salonie toczyła się jakaś dyskusja - Dean nie potrafił powiedzieć, czego konkretnie dotyczyła. Usiadł na krześle i od razu poczuł na sobie pytające spojrzenie Sama. Pokazał mu dyskretnie kciuk w górę i mrugnął, żeby dać znać, że wszystko w porządku. Mimo to, przez resztę wieczoru był wycofany, a jego myśli błądziły wokół tego, co powiedział Cas.

Kiedyś byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, a teraz ledwo mogę na ciebie spojrzeć.

Bolało. Bolało jak cholera, a najgorsze było to, że nie przestawało.

Jody została jeszcze kilka dni, głównie po to, by poobserwować Castiela i spędzić wspólnie czas. Kilka razy próbowali skontaktować się z Roweną, ale nie odpowiadała. Gdy w końcu oddzwoniła, nie miała dla nich żadnych wieści. Przekazali jej nowe informacje i liczyli, że sytuacja z lunatykowaniem się powtórzy, by mogli chociaż dać jej do przetłumaczenia powtarzany przez Castiela tekst.

Mieszkanie pod jednym dachem z Castielem okazało się zupełnie inne niż w wyobrażeniach Deana. Cas dużo gotował i spędzał wiele czasu w bibliotece, która okazała się dla niego istnym rajem. Zawsze taszczył ze sobą jakąś przykurzoną, starą książkę i godzinami mógł rozmawiać z Samem o literaturze, którą posiadali w swojej kolekcji Ludzie Pisma.

Mimo to, Deanowi ciężko było wytrzymać w Bunkrze. Za każdym razem, gdy przypadkowo wpadał na Castiela, w głowie rozbrzmiewały mu słowa, które powiedział podczas ich ostatniej rozmowy, co tylko rozjątrzało i tak paskudne już rany. Dlatego Dean znów rzucił się w wir pracy. Ruszał na jedno polowanie za drugim i całymi dniami nie było go w domu. Zajmowanie się sprawami pomagało mu odciągnąć myśli od Casa, zmartwionego spojrzenia Sama, braku połączeń od Roweny i przytłaczającego zmęczenia.

----- CHAPTER BREAK -----

I'll use you as a warning sign

That if you talk enough sense then you'll lose your mind

And I'll use you as a focal point

So I don't lose sight of what I want

And I've moved further than I thought I could

But I missed you more than I thought I would

And I'll use you as a warning sign

That if you talk enough sense then you'll lose your mind

And I found love where it wasn't supposed to be

Right in front of me

Talk some sense to me

Amber Run
,,I found”

-9-

Miesiąc po tym, jak Castiel zamieszkał w Bunkrze, Dean wrócił w środku nocy. Od kilku dni polował na wampiry, które zalęgły się kilka kilometrów od Lebanonu. Był nieźle poturbowany i cholernie zmęczony, marzył więc już tylko o ciepłym łóżku i kilkunastu godzinach snu. Niestety, na żebrach miał paskudną ranę po nożu, którą musiał opatrzyć. Po szybkim prysznicu rozłożył się w kuchni i popijając z gwinta czystą dla znieczulenia, przystąpił do roboty.

Nie udało mu się zrobić zbyt wiele, gdy z korytarza dobiegł go jakiś szmer. Czujnie odwrócił głowę w stronę drzwi. Po chwili usłyszał dźwięk kroków, które nie należały do Sama. Przełknął ślinę, gdy na progu pojawił się Castiel. Na jego twarzy szybko pojawiło się przerażenie.

- Dean, co się stało? - zapytał.

Winchester machnął ręką i upił łyk wódki prosto z butelki.

- Och, nic takiego - odparł. - Wampiry nie chciały ginąć tak chętnie, jak sobie to wyobrażałem.

- Wszystko w porządku? Zawołać Sama, albo…

- Nie ma potrzeby, dzięki. Dam sobie radę.

Castiel kiwnął głową i przez chwilę stał w progu niepewnie, jakby nie wiedząc, czy może zrobić to, po co przyszedł. W końcu zdecydował się podjąć działanie. Nastawił w czajniku wodę. Czekając na jej zagotowanie, wyciągnął z szafki dwa kubki i nasypał do nich herbaty. Dean ponownie przystąpił do zszywania postrzępionej skóry.

- Obudziłem cię? - zapytał, chcąc przerwać niezręczne milczenie, które między nimi zapadło. Potrzebował też oderwać jakoś myśli od bólu.

- Nie mogłem spać - przyznał Cas, opierając się plecami o szafkę. - Czasami… - przerwał, gdy Dean syknął. - Boli?

- Mhm - wymamrotał Winchester i sięgnął po butelkę. Wzdrygnął się, gdy alkohol zapiekł go ostro w przełyku. - Nic przyjemnego.

Cas przekrzywił głowę i przez chwilę przyglądał mu się uważnie. Dean miał na sobie tylko dresy, więc miał dobry widok na jego ciało od pasa w górę.

- Masz wiele blizn - stwierdził.

- Będzie kolejna do kolekcji - odparł Dean, uśmiechając się gorzko.

- Wiem, że kiedyś mogłem pomóc…

- Ale teraz nie możesz - przerwał mu, podnosząc na niego wzrok.

Ich oczy spotkały się na sekundę, ale Winchester szybko wrócił spojrzeniem na swoje dłonie sprawnie operujące wokół rany. Już prawie kończył.

- Masz wiele blizn, Dean - powtórzył Cas, mrużąc oczy. - Ale nie tylko na ciele.

Stwierdzenie ukłuło go bardziej niż igła wbijająca się w skórę. Dean zamarł w połowie robienia pętelki, zastanawiając się, co odpowiedzieć. Słyszał jak Castiel nalewa wodę do kubków, ale nie miał śmiałości, by znów na niego spojrzeć.

- Skąd taki wniosek? - zapytał spokojnie.

- Z obserwacji - odparł Castiel.

Siadając przy stole, postawił na nim dwa kubki - jeden dla siebie i drugi dla Deana. Winchester zakleił szew gazą i z głośnym brzękiem odłożył nożyczki na stół. Potem nałożył koszulkę.

- Chyba obaj je mamy - stwierdził cicho.

Castiel objął kubek dłońmi. Dean spojrzał na nie mimowolnie, przypominając sobie, że Cas zawsze miał zimne ręce.

- A więc, nie mogłeś spać? - rzucił Dean, opierając się łokciem o stół. Skrzywił się nieznacznie, czując napięcie w mięśniach. - Koszmary?

Cas spojrzał na niego ostrożnie.

- Spokojnie, nie obrażę się.

Dean chciał zażartować, by nieco rozluźnić atmosferę, ale ton jego głosu zdradzał zmęczenie. Castiel kiwnął głową i zanurzył usta w gorącej herbacie.

- Chcesz… opowiedzieć? - zaproponował Dean.

Castiela zdziwiło jego pytanie.

- Nie wiem - przyznał.

- Mi to zawsze pomagało - powiedział Dean, patrząc w podłogę. - Dzięki temu mogłem rozróżnić, co było prawdziwe, a co stanowiło wytwór mojego chorego umysłu.

- Też miałeś koszmary? - zapytał Castiel.

- Miałem. - Matka płonąca na suficie, demony rozrywające go na strzępy, torturowanie tych, których kochał. - Mam. - Martwy Sam, Charlie w wannie pełnej krwi, Castiel w szponach śmierci. - Nie sądzę, żebym kiedykolwiek przestał je mieć. Po prostu stały się tak powszechne, że w pewnym momencie… Sam nie wiem, chyba na nie zobojętniałem. Co za różnica, czy je mam czy nie, skoro koniec końców najgorsze koszmary miały miejsce w rzeczywistości? Nic bardziej podłego niż to, co działo się w moim życiu, mnie już nie spotka.

Uśmiechnął się do Castiela smutno. Ku jego zdziwieniu, mężczyzna wpatrywał się w niego z szeroko otwartymi oczami. Nie spodziewał się, że jego wyznanie aż tak go zszokuje.

- To co z tymi koszmarami? - zapytał ponownie.

Castiel odchrząknął. Wyglądał na zmieszanego.

- Na pewno chcesz tego słuchać? - upewnił się. - Bądź co bądź, poniekąd chodzi o ciebie.

Dean kiwnął głową, więc Castiel zaczął opowiadać. Początkowo z oporem, później coraz śmielej opisywał wszystkie wymyślne tortury, którym w snach poddawał go Dean. Łamanie kołem, przypalanie rozżarzonym żelazem, duszenie, gruchotanie kości, wycinanie na ciele symboli, kłucie, zdzieranie skóry, wyrywanie paznokci, wieszanie, topienie, polewanie gorącym olejem. W pewnym momencie Winchester się wyłączył - wciąż słuchał, ale myślami był daleko poza Bunkrem i poza czasem. Przez chwilę znów czuł
na nadgarstkach piekący gorąc rozżarzonych łańcuchów i zapach siarki. Żaden ze sposobów zadawania cierpienia nie był dla niego nowością - wszystko, o czym Cas wspominał, Dean robił w Piekle. Wiedział, że jest o krok od ataku paniki. Wziął głęboki wdech i policzył do dziesięciu. Gdy otworzył oczy, Castiel patrzył na niego przepraszająco. Nie powinien tak patrzeć. To Dean był winny.

- Wiem, że pewnie masz mnie za potwora, ale…

- Nie mam cię za potwora, Dean - przerwał mu sucho Castiel.

- Och. - Dean poczuł ucisk w klatce piersiowej.

- Nie rozumiem, dlaczego pojawiasz się w moich koszmarach, ale wierzę… A przynajmniej staram się wierzyć w to, że nie jesteś złym człowiekiem.

- Powiedziałeś, że ledwo możesz na mnie patrzeć - przypomniał.

Castiel położył dłoń na karku.

- To nie jest łatwe gdy znam cię jako osobę, która co noc nawiedza mnie w koszmarach - przyznał.

Dean zacisnął zęby i przełknął ślinę. Wystukując palcami na blacie jakiś rytm, powiedział:

- Może gdybyś mnie poznał, przekonałbyś się, jaki jestem naprawdę - powiedział.

Starał się nie zabrzmieć gorzko, ale nie do końca mu się udało. Zbyt gwałtownie podniósł się z krzesła i skrzywił z bólu gdy poczuł szarpnięcie w okolicy żeber. Syknął pod nosem, odkręcił zębami butelkę wódki i pociągnął z niej łyk.

- Dean, jest jeszcze coś… - powiedział niepewnie Cas.

Dean spojrzał na niego pytająco.

- Tak? - zapytał łagodnie.

Castiel zawahał się. Wstał, obszedł stół i stanął naprzeciwko Deana. Winchester nie pamiętał, kiedy po raz ostatni znajdowali się tak blisko. Castiel powoli uniósł rękę i położywszy ją na prawym ramieniu Deana, delikatnie podwinął do góry rękaw jego koszulki. Dean czuł, jak serce tłucze mu się w piersi. Spod materiału powoli wyłoniła się blado-różowa blizna w kształcie dłoni, a Winchester uświadomił sobie, że nigdy nie powiedział o niej Castielowi. Ani o niej, ani o tym, co oznacza.

- To pamiątka po wyciągnięciu mnie z Piekła - powiedział Dean, odpowiadając na niezadane pytanie, które wisiało w powietrzu.

Castiel szeroko otworzył oczy.

- Masz na myśli

to

Piekło? - zapytał.

Dean skrzywił się na samo wspomnienie, a po jego plecach przeszedł lodowaty dreszcz. Wbił paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni, by wrócić do rzeczywistości.

- Czytałeś o demonach z rozdroży? - zapytał Dean, a gdy Castiel kiwnął głową, kontynuował. - Wiele lat temu zawarłem z jednym z nich pakt. W zamian za przywrócenie Samowi życia, dostałem rok. Umarłem i trafiłem do Piekła… A później zmartwychwstałem. Tak jakby. Zostałem wyciągnięty. - Spojrzał Castielowi w oczy. - Ty mnie wyciągnąłeś.

Castiel zmarszczył brwi i lekko otworzył usta, jakby w pierwszym odruchu nie mógł przyjąć do wiadomości tego, co usłyszał od Deana. Widząc jednak kamienny wyraz twarzy Winchestera, zgarbił się i westchnął ze zdziwieniem. Jego wzrok znów powędrował w stronę blizny na ramieniu.

- Przepraszam. Wiem, że to głupio zabrzmi, ale kiedy zobaczyłem tę bliznę na twoim ramieniu, miałem takie dziwne przeczucie… Czy to…?

Nie dokończył pytania, ale Dean wiedział dokładnie, o co chciał zapytać. Kiwnął głową. Cas zacisnął dłoń w pięść i spojrzał na niego niepewnie.

- Mógłbym?

Zawahał się, ale ostatecznie znów kiwnął głową. Castiel powoli zbliżył się do Deana. Jego twarz znajdowała się zaledwie kilkanaście centymetrów od twarzy Winchestera, ich oczy naprzeciwko siebie. Dean czuł delikatne podmuchy powietrza, gdy Cas wydychał powietrze. Z całych sił zacisnął szczęki i przełknął ślinę, starając się choć trochę nawilżyć usta, w których zaschło mu zupełnie nagle.

Cas uniósł rękę i delikatnie przyłożył ją do blizny - mimo upływu lat, pasowała idealnie. Gdy dłoń przylgnęła do kształtu na ramieniu, Dean poczuł delikatny prąd, który przeszedł przez całe jego ciało. Castiel westchnął, zaskoczony. Włoski na jego przedramionach stanęły dęba.

Dean przypomniał sobie inne razy, gdy dłoń Castiela niemal bezwiednie odnajdywała

swoje odbicie na jego ciele. Jak wtedy, gdy Cas próbował go pocieszyć lub dodać mu siły. Gdy chciał go ostrzec. Obronić. Gdy nachylał się nad nim, zupełnie tak jak teraz i siedząc okrakiem na jego udach i patrząc mu głęboko w oczy, błądził dłońmi po jego ciele.

- Czyli tak się poznaliśmy? - zapytał Cas, odsuwając się od Deana. Winchester stłumił w sobie chęć przyciągnięcia go z powrotem.

- Mniej więcej. Chociaż wtedy byłem nieprzytomny i nic z tego nie pamiętam - odparł Dean. - Podczas naszego pierwszego świadomego spotkania zacząłem do ciebie strzelać. A potem dźgnąłem cię nożem.

Cas uniósł brwi i spojrzał na Deana ze zdziwieniem, jakby nie był pewny, czy Winchester tylko się z niego nie zgrywa.

- Jesteś pewny, że się lubimy?

Dean parsknął śmiechem.

- Później było już tylko lepiej, przysięgam.

- Wierzę - odparł Cas, a na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech.

Dean poczuł pieczenie w gardle, ale tym razem nie był to efekt mocniejszego alkoholu.

- W przeszłości mieliśmy lepsze i gorsze momenty, ale zawsze mogliśmy na siebie liczyć - powiedział Dean. - Chcę, żebyś wiedział… że teraz też tak jest. Możesz na mnie liczyć. Bez względu na wszystko.

Castiel głęboko spojrzał mu w oczy i kiwnął głową.

Małe kroczki. Obaj ich potrzebowali.

----- CHAPTER BREAK -----

There'll be happiness after youBut there was happiness because of youBoth of these things can be trueThere is happinessPast the blood and bruisePast the curses and criesBeyond the terror in the nightfallHaunted by the look in my eyesThat would've loved you for a lifetimeLeave it all behindAnd there is happiness
Taylor Swift
,,Happiness”
-10-

- Dean, obudź się.

Wyrwany ze snu Dean otworzył oczy i jęknął, gdy zobaczył nad sobą skąpaną w
świetle z lampki nocnej twarz Sama.

- Która godzina? - zapytał, zakrywają oczy dłonią.

- Wpół do trzeciej - powiedział Sam i spojrzał przez ramię w stronę drzwi. - Chodzi o Casa.

Dean popatrzył na niego spomiędzy palców.

- Co się stało?

Nie był jeszcze do końca obudzony, dlatego też dopiero po zadaniu pytania uświadomił sobie, jaka mogła być na nie odpowiedź. Podniósł się i usiadł.

- Znowu to zrobił?

Sam kiwnął głową. Położył na łóżku telefon, wszedł w aplikację dyktafonu i kliknął play przy ostatnim nagraniu dźwiękowym. Po chwili usłyszeli niski, zachrypnięty głos Castiela. Dean z całej siły próbował się skupić, ale nie potrafił rozpoznać słów, które wypowiadał przyjaciel.

- Wiesz, co on mówi? - zapytał.

Sam wzruszył ramionami i pokręcił głową.

- Nie mam pojęcia.

Nagranie dobiegło końca. Dean podniósł wzrok na brata.

- Jak to się stało?

- Wracałem od Eileen i w korytarzu wpadłem na Castiela. Napędził mi niezłego stracha - przyznał Sam, odgarniając do tyłu opadające na czoło kosmyki włosów. - Szedł przed siebie, nawet na mnie nie spojrzał, więc poszedłem za nim. W pewnym momencie po prostu się zatrzymał, przez chwilę stał jak słup soli, powiedział to… coś, cokolwiek to jest, a potem jak gdyby nigdy nic wrócił do łóżka.

Dean potarł palcami kąciki oczu i westchnął głęboko.

- Okej - powiedział. - Musimy dowiedzieć się, co mówi.

- Myślisz, że to ma coś wspólnego z całą tą sytuacją?

- Może próbuje się z nami skontaktować zza zasłony? - mruknął Dean.

Sam kiwnął głową.

- Tak, to by miało sens.

- Zajmiemy się tym jutro? - zaproponował Dean.

- Jasne.

Gdy następnego dnia opowiedzieli Castielowi o nocnym zdarzeniu, był zdziwiony. Tym razem - tak jak poprzednim - również niczego nie pamiętał. Podczas gdy Sam i Dean debatowali nad śniadaniem o potencjalnych rozwiązaniach, siedzący obok nich Cas nerwowo bawił się recepturką.

- Możecie mi puścić to nagranie? - zapytał w pewnym momencie.

Sam kiwnął głową i poszedł po telefon, który zostawił w sypialni. Dean wyciągnął z szafki kubek i podstawił go pod ekspres do kawy. Gdy klikał guzik przy ikonce przedstawiającej duże americano, ziewnął przeciągle.

- Ciężka noc? - zapytał Castiel.

Dean ze zdziwieniem przyjął to, że Castiel go obserwował. Odchrząknął i wzruszył ramionami.

- Nie aż tak. Sam obudził mnie koło trzeciej, a potem jakoś nie mogłem spać. Za dużo myśli - przyznał. - Zasnąłem dopiero nad ranem.

- Ja spałem zadziwiająco dobrze - powiedział Castiel, marszcząc brwi. - Nic mi się dziś nie śniło. To dosyć… niespotykane.

- Nie sądziłem, że kiedykolwiek ucieszy mnie fakt, że komuś się nie śniłem - odparł Dean. - Zwykle to działa w drugą stronę.

Zobaczył, że w kącikach ust Castiela pojawił się delikatny uśmiech, który starał się zatuszować. Poczuł, że jego serce przyspiesza i musiał wziąć łyk kawy, by zamaskować swoje zmieszanie. Dean wiedział, że Castielowi nie było łatwo, by dać mu szansę, dlatego doceniał chęci i starał się cieszyć każdym, nawet najdrobniejszym postępem w ich relacji.

- Miałbyś czas dziś wieczorem? - zapytał niespodziewanie Cas. - Chętnie dowiedziałbym się, jak zakończył się wątek z tabliczkami.

Małą tradycję stanowiło, że w wolny wieczór Dean lub Sam opowiadali Castielowi o rzeczach, przez które przeszli. Poznawanie się od podstaw było trudne, bo wiązało się ze sporą dozą wysiłku i akceptacji. Dean starał się niczego nie pomijać, ale bywało ciężko. Bał się, że gdy na jaw wyjdą pewne rzeczy, których się dopuścił, Cas znów zmieni o nim zdanie.

Tymczasem Castiel okazał się uważnym i pełnym zrozumienia słuchaczem. Ze spokojem i pokorą przyjmował informacje o przewinieniach swoich i innych. Poza tym sądził, że to przekomiczne, że rozmawiają o własnym życiu jak o fabule pokręconej książki - gdy Dean opowiedział mu o serii

Supernatural

Carvera Edlunda

,

Cas był zachwycony i od razu wygrzebał skądś PDFy. Przez jakiś czas Dean musiał powstrzymywać się przed ciągłym wywracaniem oczami, gdy Cas przychodził do niego z recenzją kolejnej części.

- Tak, pewnie - zgodził się od razu Dean.

W tej chwili do salonu wszedł Sam. Usiadł naprzeciwko Castiela i podał mu swój telefon.

- Proszę - powiedział.

Castiel włączył plik dźwiękowy i przez chwilę słuchał swojego głosu. W pewnym momencie zmarszczył brwi.

- To dziwne - mruknął.

- To prawda. Nie mamy pojęcia, co to wszystko znaczy - przyznał Sam.

- Nie, chodzi mi o to, że… Naprawdę nie rozumiecie?

Sam i Dean spojrzeli na siebie ze zdziwieniem.

- To zaklęcie - powiedział Castiel.

- Zaklęcie? - powtórzył z niedowierzaniem Dean. - Skąd wiesz?

- Rozumiesz to? - zapytał Sam.

Castiel zacisnął powieki, przyłożył dłoń do skroni i powoli kiwnął głową.

- Jakieś składniki - powiedział Cas. Otworzył szeroko oczy i rozejrzał się gorączkowo dookoła. - Dajcie mi jakąś kartkę albo telefon…

Dean szybko otworzył notatnik w telefonie i podał Castielowi komórkę. Mężczyzna puścił plik dźwiękowy od początku. Przez chwilę w kuchni słychać było tylko głos Castiela i stukanie jego palców w klawiaturę telefonu. Gdy skończył, odłożył telefon na stół i odchylił się w krześle. Był blady jak kartka papieru, a z nosa ciekła mu cienka strużka krwi. Mimowolnie otarł ją dłonią - gdy zobaczył głęboką czerwień na swojej jasnej skórze, zmarszczył brwi. Dean szybko podał mu rolkę papierowych ręczników.

- W porządku? - zapytał Dean.

Na chwilę się zapomniał i gdy Cas ocierał nos, położył mu dłoń na ramieniu. Nie spojrzał na nią, ale Dean od razu wyczuł pod palcami napinające się mięśnie. Szybko zabrał rękę.

- Tak - powiedział.

Tymczasem Sam przeleciał wzrokiem listę składników, którą przetłumaczył Cas.

- Cas, jakim cudem to zrobiłeś?- zapytał i pokręcił głową.

- Nie mam pojęcia - przyznał. - Po prostu… W mojej głowie to brzmi jak zwykłe słowa.

Dean usiadł i rzucił okiem na tłumaczenie Castiela. Gwizdnął cicho.

- Okej, podsumujmy to - zaproponował. - Mamy Castiela, który próbuje coś nam przekazać, listę składników i jakieś zaklęcie.

- Zaraz wyślę to Rowenie - powiedział Sam. - Może będzie wiedziała do czego służy ta mieszanka.

Dean przyznał mu rację skinieniem głowy.

- To dziwne - zwrócił się do Castiela - że nie pamiętałeś, że nie znosisz pomidorów, ale jakimś cudem podświadomie rozpoznajesz prastary język.

- Jeśli się na tym zastanowisz, to wcale nie - odparł Sam. - Są różne rodzaje pamięci: semantyczna, epizodyczna, operacyjna, proceduralna… Castiel nie pamięta zdarzeń z przeszłości, ale wciąż wie, jak się czyta czy pisze, więc najwyraźniej jego amnezja obejmuje jedynie pamięć epizodyczną.

- Czyli może nie pamiętać, że potrafi posługiwać się innymi językami, ale wciąż je zna? - upewnił się Dean.

Sam kiwnął głową.

- To jak powrót do ustawień fabrycznych - mruknął Dean.

- A dobrze wiemy, że anioły takie mają - przypomniał Sam.

Dean potarł palcami wewnętrzne kąciki oczu.

- Że też Crowleya nie ma, gdy raz w życiu by się do czegoś przydał.

Sam parsknął śmiechem.

- Nie mogę uwierzyć, że właśnie zatęskniłeś za Crowleyem - powiedział.

- Wcale za nim nie zatęskniłem! - obruszył się Dean. - Po prostu Crowley miał doświadczenie w grzebaniu aniołom w mózgach. Bez urazy - dodał szybko, widząc kątem oka wędrujące do góry brwi Castiela.

- Skąd pomysł, że sugerowanie, że dobrym pomysłem byłoby dać KRÓLOWI PIEKŁA grzebać mi w głowie, mogłoby mnie urazić? - sarknął Cas, a Dean spojrzał na niego z uznaniem. - Co? - zapytał, widząc, że Dean mu się przygląda.

- Fakt, że nawet nie pamiętasz Crowleya, a i tak go nie znosisz, rozgrzewa moje serce - odpowiedział, kładąc dłoń po lewej stronie piersi.

- To chyba nie jedyna rzecz, która rozgrzewa ci serce - mruknął Sam, a Dean, uśmiechając się szeroko, kopnął go pod stołem w łydkę.

Wieczorem Dean siedział na podłodze w pokoju Castiela i popijając piwo, opowiadał o tabliczkach i Noemie. W pewnym momencie Cas, który leżał na łóżku, podniósł się na łokciu i spojrzał na Deana ze zdziwieniem.

- Dlaczego cię wtedy nie zabiłem? - zapytał.

Dean nie wiedział, co odpowiedzieć. Pytanie tak bardzo wybiło go z rytmu, że przez chwilę siedział w zupełnym osłupieniu.

- Jak to ,,dlaczego mnie nie zabiłeś”? - powtórzył Dean.

- Mówisz, że byłem zaprogramowany, by słuchać Noemie. A jednak tego nie zrobiłem. Dlaczego? Co przerwało połączenie?

- Nie mam pojęcia - skłamał Dean. - Szczerze mówiąc, byłem pewny, że mnie zabijesz.

- Ale tego nie zrobiłem - mruknął Cas, przyglądając się Deanowi podejrzliwie. - Ciekawe.

- Masz jeszcze szansę - zauważył Dean.

- Na razie tego nie rozważam, ale dziękuję, że mam twoje pozwolenie.

Dean nie odpowiedział, jedynie z niedowierzaniem pokręcił głową. Castiel znów położył się na plecach i wlepił wzrok w sufit.

- Myślisz, że to, że wyciągnąłem cię z Piekła, na zawsze przypieczętowało nasz los? - powiedział.

- Słucham? - zapytał Dean, czując rosnącą w gardle gulę.

- Sam nie wiem - przyznał Cas. - Może to, że cię uratowałem, w jakiś sposób nas połączyło.

- Nie dopuszczasz do siebie myśli, że zwyczajnie nie chciałeś mnie skrzywdzić?

- Na pewno cię kiedyś skrzywdziłem - powiedział cicho Cas.

- Miałem na myśli, że…

- Wiem, co miałeś na myśli. Chodziło mi o to, że kiedy Noemie kazała mi cię zabić, nie mogłem tego zrobić, bo podświadomie wiedziałem, że jesteś mi… bliski.

Dean spuścił głowę. Skupił wzrok na odbijającym się na szyjce butelki po piwie świetle lampy. Kiedy spojrzał na ścianę, przed oczami tańczyły mu kolorowe plamki.

- Było tak, prawda? - zapytał Castiel. - Skrzywdziłem cię kiedyś.

Teraz siedział na łóżku i nerwowo skubał lekko odklejony róg etykiety na butelce. Dean zwilżył usta łykiem piwa i westchnął głęboko.

- Nawzajem się krzywdziliśmy, Cas - przyznał. - Jakie to ma teraz znaczenie?

- Chyba po prostu… Chciałbym wiedzieć.

- Nie widzę sensu, by to roztrząsać. Wszystko sobie wybaczyliśmy.

- Mam wrażenie, że nie wszystko - upierał się Cas.

- Dlaczego tak sądzisz?

Castiel wzruszył ramionami.

- Jesteś skryty, Dean - powiedział wprost. - Z jednej strony twierdzisz, że nie chcę cię poznać, a z drugiej za każdym razem, kiedy zaczynam pytać o ciebie - nie o potwory czy te wszystkie popieprzone rzeczy, które przeszliśmy, ale o ciebie, twoje uczucia, cokolwiek… Zamykasz się albo zmieniasz temat. - Między brwiami Castiela pojawiła się cienka, pionowa zmarszczka. - Nie rozumiem dlaczego tak jest i zaczynam podejrzewać, że może mi nie ufasz.

Dean wstał. Postawił pustą butelkę obok kosza na śmieci, po czym wziął kolejne piwo i otworzył je o kant biurka. Kapsel odskoczył w akompaniamencie głośnego, nieprzyjemnego dźwięku, a Dean szybko przysunął butelkę do ust, by spić wywołaną uderzeniem pianę. Usiadł okrakiem na krześle i oparł łokcie o ramę znajdującego się przed nim oparcia.

- Ufam ci - powiedział Dean. - Po prostu ciężko jest mi rozmawiać o sobie. Szczególnie, że przez lata to ty byłeś osobą, która znała mnie najlepiej.

Castiel potrafił dostrzegać w nim dobro nawet wtedy, gdy on sam widział siebie jako potwora. Pokochał go, chociaż wiedział, jak strasznych rzeczy był w stanie się dopuścić. Dean nie wiedział, czy drugi raz będzie w stanie sprawić, by Cas chociaż go polubił. Bał się, że gdy dowie się, kim naprawdę był, odwróci się od niego na zawsze.

- Możemy zacząć od czegoś prostego - zaproponował łagodnie Castie. - Na przykład… Jaki jest twój ulubiony zespół?

- Led Zeppelin - odparł Dean, uśmiechając się pod nosem.

- No tak, mogłem się tego domyślić, przecież nagrałeś mi ich kawałki na kasetę.

- Słuchałeś kasety? - zdziwił się Dean.

Cas przytaknął, lekko zmieszany.

- Jest naprawdę niezła - stwierdził.

- Niezła? Nagrałem ci najlepsze kawałki. - Wywrócił oczami i wypił łyk piwa. - Co jeszcze chcesz wiedzieć?

Castiel zamyślił się na chwilę.

- Kim chciałeś zostać, kiedy byłeś mały?

- Strażakiem - odparł bez wahania Dean.

- Od małego chciałeś pomagać ludziom? - zapytał Cas, uśmiechając się miękko.

- Myślę, że bardziej chodziło mi o wozy strażackie - wyznał.

Castiel spojrzał na niego z udawaną powagą.

- Wozy strażackie? Rozumiem…

W tym momencie rozległo się ciche pukanie i do pokoju wszedł Sam, trzymając przy uchu telefon.

- Wezmę cię na głośnomówiący - rzucił do kogoś, z kim rozmawiał, po czym zwrócił się do Castiela i Deana: - To Rowena.

Mężczyźni wymienili zaskoczone spojrzenia. Cas przesunął się, robiąc Samowi miejsce koło siebie, a z telefonu rozległ się głos wiedźmy:

- Czy Dean i jego chłoptaś już mnie słyszą? - spytała.

Dean zgromił komórkę wzrokiem i odchrząknął. Widząc jego poirytowane spojrzenie, Sam odparł szybko:

- Tak, już cię słychać. Udało ci się czegoś dowiedzieć?

- Nie do końca - westchnęła. - To znaczy, tak, znam mniej więcej to zaklęcie, ale nigdy nie widziałam tak skomplikowanej wariacji. Skrzydła wróżki, jad z kła bazyliszka, gwiezdny pył… To nie są składniki, które można dostać w pierwszym lepszym sklepie.

Sam spojrzał na brata, wysoko unosząc brwi. Dean też był zdziwiony - nie spodziewał się tylu konkretów. Jeszcze wczoraj nie mieli niczego.

- A co to za zaklęcie, o którym mówisz? - zapytał Dean.

- Komunikacji ponadzmysłowej - odparła.

- To znaczy?

W ciszy, która na chwilę zapadła, niemalże dało się usłyszeć jak Rowena wywraca oczami.

- Dla ciebie, kochany, pewnie o wiele łatwiejsze będzie określenie ,,czytanie w myślach” - powiedziała szorstko. - Ale to nie jest jednorodne zaklęcie. Komunikacja ponadzmysłowa może przebiegać na różnych poziomach i płaszczyznach. Tej konkretnej formuły nie znam.

Dean zmarszczył brwi i nachylił się w stronę telefonu.

- Czekaj, nie wiem, czy dobrze rozumiem. To zaklęcie może nam pomóc w tej całej… komunikacji z Casem?

- Teoretycznie - tak. W praktyce nie mam pojęcia, czego może dotyczyć. Przejrzałam wszystkie swoje źródła, ale tylko tyle udało

mi się znaleźć.

- Udałoby ci się przeprowadzić ten rytuał? - spytał Dean.

- Oczywiście, że tak - prychnęła. - Jeśli udałoby mi się pozyskać składniki, przeprowadzenie go nie powinno być skomplikowane, szczególnie z moim poziomem umiejętności.

- Okej - zgodził się Dean. - Zrób to. Skompletuj wszystko z listy. Długo ci to zajmie?

- Nie ma za co, Dean. Cieszę się, że mnie doceniacie - mruknęła. - Nie mam pojęcia, to zależy od dostępności. Będę was informować na bieżąco.

- W porządku. W takim razie jesteśmy w kontakcie.

Sam zakończył połączenie i spojrzał na Deana pytająco.

- Jaki masz plan?

- Jeszcze nie wiem. - Dean wzruszył ramionami, podniósł się z krzesła i przeciągnął. - Ale jeśli to zaklęcie faktycznie działa tak, jak przypuszcza Rowena, może udałoby się nam je wykorzystać. Co o tym sądzisz? - zapytał, zwracając się do Castiela.

Cas zastanawiał się przez chwilę. Nie wyglądał na przekonanego, ale jednocześnie musiał zdawać sobie sprawę, że to był ich jedyny trop.

- Skoro je mamy… - powiedział w końcu. - Chyba warto zaryzykować. Może przynajmniej dowiemy się, dlaczego powtarzam to zaklęcie przez sen.

Dean kiwnął głową.

- W takim razie postanowione - podsumował Sam. - Oby Rowenie udało się skompletować wszystko z tej listy.

- Tak - zgodził się Dean. - Oby.

----- CHAPTER BREAK -----

There's things I wanna say to youBut I'll just let you liveLike if you hold me without hurting meYou'll be the first who ever did
Lana del Rey ,,Cinnamon girl”
-11-
- Dobrze cię takiego widzieć - powiedziała Claire, wyrywając Deana z zamyślenia.
Kilka dni wcześniej Claire zadzwoniła do Sama z prośbą o pomoc przy jakimś duchu, więc od razu wsiedli w samochód. To było pierwsze od dawna polowanie, na które zabrali ze sobą Castiela. Mężczyzna bardzo chciał jechać z nimi - ostatecznie się zgodzili, pod warunkiem, że nie będzie się wychylał. Na szczęście szybko rozprawili się z duchem starego konfederaty i resztę weekendu mogli poświęcić na odpoczynek. Ten wieczór spędzali w barze - Dean i Claire rozmawiali, a gdy Sam uczył Castiela grać w bilard.
- Jakiego? - zapytał Dean, unosząc do ust butelkę.
- No, wiesz - rzuciła Claire, z uśmiechem przewracając oczami. - Weselszego.
- Kiedyś nie byłem wesoły?- Przez ostatni rok snułeś się jak cień i, bez obrazy, wyglądałeś jak wrak człowieka.
Dean westchnął.
- Pewnie masz rację.
- Między tobą i Casem jest lepiej?
Mimowolnie spojrzał na Castiela, który pochylał się nad stołem do bilardu i ze skupieniem wymalowanym na twarzy próbował wycelować kijem w kulę pod odpowiednim kątem. Tego dnia miał na sobie błękitny sweter z trójkątnym dekoltem. Deanowi robiło się sucho w ustach za każdym razem, gdy odwracał głowę, eksponując wygiętą, smukłą szyję; bardziej niż zwykle miał ochotę pochylić się nad nim i wpić ustami w bladą skórę wgłębienia nad obojczykiem.Oblizał wargi i przeniósł wzrok z powrotem na Claire.
- Tak - odparł. - Nie jest idealnie, ale chyba powoli do siebie docieramy.
- Zamierzasz mu kiedyś powiedzieć?
Dean nie musiał pytać, o co konkretnie, bo wyczytał to z jej spojrzenia. Pokręcił głową.
- Nie sądzę.
- Dlaczego nie? - zdziwiła się.
Dean westchnął. Powodów było wiele. Dopiero co zaczęli ze sobą rozmawiać jak normalni ludzie i Dean obawiał się, że gdyby Cas poznał całą prawdę, znów by się wycofał. Poza tym… Odpychał to od siebie jak długo mógł, nie chcąc konfrontować się z prawdą, ale podświadomie wiedział, że Castiel już go nie kochał. Gdyby usłyszał to z jego ust, stałoby się to w pełni realne. Teraz wciąż mógł się łudzić, że za kurtyną niepamięci istnieje to samo uczucie co w momencie ich ostatniego spotkania.
- Nie uważam, żeby to był dobry pomysł - powiedział.
- A ja uważam, że chrzanisz głupoty - parsknęła Claire.Dean spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Opowiadasz mu o jakichś zupełnie nieistotnych szczegółach, które niczego nie zmieniają, a ukrywasz przed nim coś tak ważnego.
- Nie jest gotowy, żeby…- On czy ty? - Dziewczyna patrzyła na niego chłodno. - Wiem, że to dla ciebie trudne, Dean i wiem, że chcesz wszystko naprawić, ale nie zrobisz tego, nie dając mu poznać całej prawdy o sobie. Ma prawo o tym wiedzieć, a to, co z tym zrobi… To już jego sprawa.
Dean chciał coś powiedzieć, ale musieli zmienić temat - w tej samej chwili Sam i Castiel wrócili do stolika. Claire posłała mu jeszcze jedno ostre spojrzenie i nim Sam zdążył usiąść, zwróciła się do niego:- Musimy koniecznie zmierzyć się w rzucaniu strzałkami. Pamiętasz? Ostatnim razem przegrałam i chcę rewanżu.
Sam przekomarzał się z nią chwilę, ale w końcu uległ i dał Claire zaciągnąć się do tarczy. Castiel, który przyglądał się wymianie zdań z szerokim uśmiechem, w końcu usiadł obok Deana. Położył dłoń na butelce, a kolanem przypadkowo zahaczył o udo Winchestera.
- Kto wygrał? - zapytał Dean, próbując złapać się jakiegoś neutralnego tematu, który pomógłby mu odwrócić myśli od tego, co powiedziała Claire.
- Sam - przyznał Castiel. - Ale jak na pierwszy raz, nie poszło mi aż tak źle. Chociaż obstawiam, że dawał mi fory.
- Albo nie doceniasz siebie, albo przeceniasz Sama. On traktuje bilard bardzo poważnie.
- Czy kiedyś często spędzaliśmy tak czas? - zapytał Cas.- Masz na myśli przesiadywanie w obskurnych barach, picie piwa i użalanie się nad sobą? - Dean próbował zażartować, jednak przez to, że nie był w nastroju, pytanie zabrzmiało dosyć sucho.
- Mniej więcej - odparł Cas. - Wyobrażam sobie, że przez to wszystko, co się u nas działo, nie mieliśmy zbyt wiele czasu na rozrywki.
- Nie przesadzaj, na to zawsze znalazł się czas - powiedział Dean.
Odwrócił się w stronę Castiela, chcąc się do niego uśmiechnąć. Stłoczeni przy nieprzyzwoicie małym stoliku wepchniętym w sam róg ciasnego baru, siedzieli bardzo blisko siebie. Dean mimowolnie zjechał spojrzeniem z oczu Castiela na jego usta. Zrobiło mu się goręcej na wspomnienie ich dotyku na swoim ciele i mokrych pocałunków sunących wzdłuż szyi i klatki piersiowej do pępka. Wstrzymał oddech i zmusił się, by odwrócić wzrok, mając nadzieję, że Cas nie zauważył narastającego w jego spojrzeniu pożądania.
- Nie chcę, żebyś myślał, że nasze życie jest jakimś nieustającym pasmem nieszczęść - powiedział.
- A nie jest? - zapytał z udawanym zdziwieniem w głosie.
Dean wywrócił oczami, próbując powstrzymać uśmiech. Musiał przyznać, że cholernie podobało mu się ironiczne poczucie humoru, które w ostatnim czasie wykształcił Cas.
- Owszem, przeszliśmy przez wiele gównianych sytuacji, ale poza nimi mam też wiele dobrych wspomnień - odparł. - Chociażby takie jak to, kiedy po skończonym polowaniu mogliśmy usiąść we trójkę i poudawać, że potrafimy prowadzić zwykłe konwersacje jak normalni ludzie. Albo kiedy jeździliśmy nocą bez celu Impalą i za każdym razem odkrywaliśmy jakieś nowe, niesamowite miejsce.
Było wiele wspomnień, którymi Dean chciał się z nim podzielić, ale wiedział, że nie mógł: jak to, gdy siedzieli na masce Impali popijając piwo i patrząc w gwiazdy, a Dean po raz pierwszy pomyślał, że Castiel jest piękny; jak wtedy, kiedy odnalazł go w Czyśćcu i biorąc go w ramiona wiedział, że nie chce wypuścić go z nich już nigdy; gdy Castiel pojawiał się przy nim, kiedy nie mógł w nocy spać, dręczony koszmarami i rysował na jego dłoni szlaczki dopóki z powrotem nie zasnął; kiedy ich usta spotkały się po raz pierwszy w nieśmiałym, pijackim i nieco desperackim pocałunku, bo obaj sądzili, że nie spotkają się już nigdy więcej; gdy jednak znów się spotkali, a następny pocałunek był gorący, odważny i niecierpliwy, a towarzyszył mu dźwięk ubrań miękko lądujących na podłodze.
Dean odchrząknął, przywołując się do porządku. Tego dnia działo się z nim coś niedobrego, a bliskość Castiela nie pomagała. Cas odchylił się w krześle i skrzyżował ramiona na piersi, patrząc w dal, jakby nad czymś się zastanawiał.
- Ta barmanka z rudymi włosami napisała mi swój numer na serwetce i zasugerowała, że powinniśmy iść razem do łóżka - powiedział, a Dean prawie zakrztusił się łykiem piwa, który akurat brał.
- Och, okej, Romeo - mruknął, starając się nie zwracać uwagi na ukłucie zazdrości, które poczuł w piersi. - Jeśli ci się podoba, to śmiało. Chyba, że zapomniałeś też, jak to się robi?
Castiel z rezygnacją pokręcił głową. Dean widział, że jest zażenowany tematem, który podjął, ale widocznie miał w nim jakiś cel. Nie mógł się jednak powstrzymać przed pewną dozą uszczypliwości podyktowanej przewrotnością zranionego serca.- Nie… To znaczy, jest bardzo atrakcyjna, ale… - Zmarszczył brwi. - Zacząłem się zastanawiać… Czy byłem kiedyś w związku? Czy anioły w ogóle… czują w ten sposób?
Dean sięgnął po zimną już frytkę leżącą na talerzu i wrzucił ją sobie do ust, zupełnie nie wiedząc, co ma odpowiedzieć. Przeżuwając, otrzepał dłonie i lekko przechylił się w stronę Castiela.
- Było kilka osób, którymi byłeś… zainteresowany - odparł w końcu.
- To było coś poważniejszego czy…?- Cóż. Kiedyś podobała ci się Meg - powiedział ostrożnie Dean.
Castiel wysoko uniósł brwi.
- Masz na myśli tą Meg, która była demonem?
- Stary, nie oceniam twojego gustu - powiedział Dean. - Może lepiej by było, gdybyś porozmawiał o nim z Samem, ewidentnie obaj macie ciągoty do niewłaściwych kobiet.
Cas westchnął ciężko i Dean domyślał się, że właśnie pożałował podjęcia z nim tego tematu. Było już jednak za późno, by się wycofać.
- Nie wiem, co więcej mogę powiedzieć - skłamał, bo oczywiście, że wiedział o wiele więcej.
- Raczej nie mieliśmy zbyt wiele czasu na związki. Jeśli już, to jakieś przelotne romanse, ale nie wspominałeś nam o wielu, więc czy jakieś były - to już twoja mała tajemnica.
Największą tajemnicą pozostawało to, że ze sobą sypiali. Teraz Dean nie miał pojęcia, dlaczego kiedykolwiek to ukrywali - nikt nie miałby z tym problemu, a nawet jeśli, to co? Być może chodziło o zły timing, a może o brak przeklętej komunikacji. Seks był prosty, a rozmawianie o tym, co się za nim kryło, już niekoniecznie.
- A ty? - zapytał Cas. - Czy po Lisie był ktoś?
Dean spuścił wzrok. Tak łatwo byłoby teraz wszystko mu wyznać. Zerknął na Claire, która akurat opowiadała o czymś Samowi, ekspresyjnie gestykulując i znów przypomniał sobie jej słowa. Wiedział, że miała rację. Castiel powinien znać prawdę i lepiej by było, gdyby dowiedział się jej od niego.
- Tak - odparł, biorąc głęboki wdech. - Wiesz…Naprawdę chciał mu powiedzieć - podejrzewał, że lepszej okazji mogło nie być, a przede wszystkim, że jeśli teraz tego nie zrobi, nigdy więcej nie zdobędzie się na odwagę. Jednak gdy z powrotem podniósł wzrok na Castiela, przed oczami stanął mu obraz wymalowanego na jego twarzy przerażenia, gdy zobaczył go w drzwiach szpitalnej sali. Poczuł ucisk w gardle i suchość w ustach.
Nieświadomy toczącej się wewnątrz Deana walki, Castiel spoglądał na niego wyczekująco.
- Tak? - powtórzył, sądząc, że Dean zgubił wątek.
Winchester zamrugał kilka razy i uśmiechnął się. Wlepił wzrok w butelkę, nie mogąc znieść spoczywającego na nim błękitu oczu Castiela.
- Kiedy próbowałem z Lisą, nie potrafiłem zostawić za sobą życia łowcy, szczególnie gdy okazało się, że Sam żyje. Zbyt długo w tym siedziałem. Później… próbowałem z kimś, kto też był związany z tym światem.
- I co było dalej? - zapytał Cas.
Dean wzruszył ramionami.
- Miałem zbyt mało odwagi, by zaryzykować, a gdy już się zdecydowałem… Cóż, było za późno.- Co się stało? Czy ona…
- Zginęła - wszedł mu w słowo Dean, nie poprawiając zaimka.
- Och - westchnął Cas. Dean czuł na sobie jego współczujące spojrzenie - Przepraszam, nie wiedziałem. Bardzo mi przykro, Dean.Dean kiwnął głową, przyjmując kondolencje, które Castiel złożył mu za samego siebie.
- Prawie wszystko co wiem na temat naszego życia jest potwornie smutne - wyznał Castiel. - Jakim cudem wytrzymaliście w tym tak długo?
- Za każdym razem było coś do dokończenia - wyjaśnił Dean.
- Żółtooki, Lilith, Lucyfer, Eve, potem kolejni…- Nie myślałeś o emeryturze?
- Oczywiście, że tak. Wiele razy - przyznał Dean i prychnął cicho. - Po aferze z Chuckiem… Chciałem w końcu odpocząć. Rzucić to wszystko w cholerę, zrobić sobie długie wakacje… może nawet nigdy nie wrócić.
- Więc czemu tego nie zrobiłeś? - zdziwił się Cas.
- Nie mogłem - odparł powoli.Popatrzył na niego przepraszająco, a Castiel w mig pojął to, czego Dean nie dopowiedział. Nie odszedł, bo go szukał.
- Dean… - jęknął.- Miałem cię tam zostawić? Wiesz, że nie mogłem. Jesteś… - Miłością mojego życia. Moją bratnią duszą. Najdoskonalszą istotą, jaką kiedykolwiek poznałem. - Moim najlepszym przyjacielem, Cas. Zrobiłbyś to samo dla mnie.
Cas mimowolnie zerknął na prawe ramię Deana, gdzie pod warstwą ubrań znajdował się odcisk jego dłoni. Westchnął.
- Wierzę - powiedział cicho, niemalże intymnie i przez krótką chwilę Dean miał wrażenie, że są na sali zupełnie sami. - Wierzę, po prostu…Nagle Castiel zamknął oczy, zesztywniał i przyłożył dłoń do skroni.
- Wszystko w porządku? - zapytał Dean, kładąc mu dłoń na ramieniu.
Mężczyzna odetchnął głęboko kilka razy. Otworzył oczy i spojrzał na Winchestera błagalnie.
- Muszę się przewietrzyć…Dean kiwnął głową i pomógł Castielowi wstać. Później ci wyjaśnię - przekazał spojrzeniem Samowi, który patrzył na nich czujnie, gotowy do pomocy. Trzymając Casa pod ramię, powoli wyprowadził go z baru.
Gdy znaleźli się przed budynkiem, Castiel od razu skulił się przy ścianie i zwymiotował. Jego plecy co chwila unosiły się w górę podczas spazmatycznych oddechów.
- Przepraszam, ja… To zaraz minie. To zawsze mija po chwili - powiedział zachrypnięty.
Dean podał mu znalezioną w kieszeni kurtki chusteczkę. Cas przyjął ją i ocierając załzawione oczy, nos oraz usta, odszedł kawałek dalej by usiąść na jednej z ustawionych pod barem palet. Dean podążył za nim.
- To ci się zdarzało wcześniej? - zapytał, starając się nie zabrzmieć surowo.
Castiel kiwnął głową, nie patrząc mu w oczy. Nerwowo obracał w dłoni zgniecioną chusteczkę.
- Dlaczego nic nie powiedziałeś?
- Nie chciałem przysparzać wam kolejnego powodu do zmartwień - powiedział ze wstydem w głosie.
Dean westchnął. Usiadł obok niego i oparł łokcie na podkulonych kolanach. Czuł przy swoim boku napięte ramię Castiela.
- Od jak dawna to trwa? - zapytał łagodnie Dean.
- Od wtedy gdy udało mi się przeczytać tamto zaklęcie - przyznał Cas, a Dean potarł oczy dłonią, uświadomiwszy sobie, że Castiel przez długie tygodnie cierpiał w samotności. - Zwykle coś mi się wtedy przypomina.
Dean spojrzał na niego, czując nagłe przyspieszenie własnego serca.
-Co takiego? - zdziwił się, zawiedziony, że Castiel dotąd się tym nie podzielił.
- To nie są obrazy stąd - zaznaczył. - Czuję wtedy takie… wibrowanie i straszliwy pisk, jakby… - Cas zawiesił się, szukając odpowiednich słów do opisania dźwięku.
- Miała wybuchnąć ci głowa? - podpowiedział Dean.
Castiel przytaknął. Dean zmarszczył brwi i zamyślił się na chwilę.
- Ten pisk w uszach… Słyszałem go, gdy próbowałeś skontaktować się ze mną po raz pierwszy, będąc jeszcze w swojej prawdziwej formie. Zanim znalazłeś naczynie. Częstotliwość języka aniołów jest zbyt wysoka dla ludzkiego ucha - wyjaśnił Dean.
- Myślisz, że ktoś chce się ze mną skontaktować? - zapytał Castiel.
- Może. A może to twoje anielskie radio, ale nie dostroiłeś się jeszcze do odpowiednich fal.
Castiel wydawał się przytłoczony. Przyłożył dłoń do czoła i na chwilę zamknął oczy.
- Może to znaczy, że bariera, którą ktoś postawił w twoim umyśle, zaczęła pękać - powiedział Dean.
Cas spojrzał na niego z przerażeniem.
- Co będzie, jeśli pęknie?
Wiedział, z czym wiązało się to u Sama - długie tygodnie w szpitalu psychiatrycznym, urojenia i trudności w odróżnieniu prawdy od kłamstwa. Dean chciał mieć dla niego gotową odpowiedź, ale wciąż nie mieli pojęcia, z czym dokładnie wiązał się jego powrót. Tak naprawdę błądzili we mgle.
- W najlepszym przypadku wszystko sobie przypomnisz - powiedział, starając się go pocieszyć.
- Kiedy dzieje się to, co jest najbardziej optymistycznym scenariuszem? - zaśmiał się gorzko Cas. - Znając nasze szczęście, eksploduję na miliony małych kawałeczków, albo…- Ej. Stop - powstrzymał go Dean. - Stop.
Odwrócił głowę w stronę Castiela i odnalazł jego oczy. Wiedział, że Cas musiał włożyć sporo energii w to, by skupić uwagę na spojrzeniu Deana, ale zrobił to.
- Nikt nie będzie eksplodował - powiedział. - Nie pozwolę ci na to. Jutro postaram skontaktować się z Roweną - powiedział, przeczesując dłonią włosy. Chciał zamaskować własne zakłopotanie, ale nie wyszło mu to zbyt naturalnie. - Zapytam ją, na czym stoimy.
Castiel bez przekonania kiwnął głową.
- Chyba pójdę się położyć - powiedział, wstając ze skrzyni. - Zwykle po tych migrenach jestem wykończony.
Dopiero teraz Dean zdał sobie sprawę z tego, że Castiel faktycznie wyglądał na zmęczonego. Jego skóra w żółtawym świetle lampy wydawała się woskowata, a cienie pod oczami sugerowały kolejne nieprzespane noce. Dla zaspokojenia własnej, masochistycznej ciekawości miał ochotę zapytać, co śniło mu się tym razem, ale powstrzymał się, wiedząc że to nie jest odpowiedni moment.
- Odprowadzić cię? - zaproponował Dean, spoglądając w stronę żarzącego się w ciemności, neonowego znaku z logo motelu.
Castiel pokręcił głową. Po tym, jak się pożegnali, życząc sobie wzajemnie dobrej nocy, Dean jeszcze chwilę siedział pod barem, obserwując oddalające się plecy anioła. Wrócił do środka dopiero wtedy, gdy upewnił się, że Cas bezpiecznie dotarł do celu.

----- CHAPTER BREAK -----

You say, "I don't understand, " and I say, "I know you don't"

We thought a cure would come through in time, now, I fear it won't

Remember lookin' at this room, we loved it 'cause of the light

Now, I just sit in the dark and wonder if it's time

Do I throw out everything we built or keep it?

I'm getting tired even for a phoenix

Always risin' from the ashes

Mendin' all her gashes

You might just have dealt the final blow

Taylor Swift ,,You’re losing me”
-12-

Tej nocy Castielowi, wyjątkowo, nie śnił się Dean.

Śnił mu się on sam, a raczej - jego zniekształcone, wykrzywione w upiornym uśmiechu odbicie w lustrze. Castiel nie chciał na nie patrzeć, ale jednocześnie nie potrafił oderwać od niego wzroku. Wiedział, że coś jest nie tak, ale nie mógł powiedzieć, co. W pewnym momencie znów usłyszał pisk, nim jednak zdążył zakryć uszy, by choć trochę odgrodzić się od zbyt wysokiej częstotliwości, osunął się w mrok - zupełnie jakby zaczął tracić świadomość.

Zamiast tego Castiel zobaczył światło. Automatycznie uniósł dłoń, by osłonić przed nim oczy i dopiero gdy spojrzał na swoją zaróżowioną od blasku rękę, zorientował się, że patrzy w rozświetlone słońcem niebo.

- Obudził się! - usłyszał obok siebie westchnienie ulgi.

Pojawiła się nad nim twarz kobiety, której nie znał - a może znał, ale nie pamiętał? Oszołomiony Castiel rozejrzał się dookoła, a jego dezorientację pogłębił fakt, że znajdował się w parku. Leżał na ławce w jakiejś bocznej alejce, a przy nim zgromadziło się kilka osób, zapewne zaniepokojonych jego stanem: owa młoda, pochylona nad nim kobieta, starsze małżeństwo i siedzące na trójkołowym rowerku dziecko. Po upewnieniu się, że żyje, dziecko prędko odjechało, a para staruszków oddaliła się, kontynuując spacer. Z Castielem została tylko kobieta.

- Co… co się stało? - zapytał.

Podniósł się na łokciu, chcąc usiąść, ale jego ciało eksplodowało piekącym bólem. Kobieta wykonała ruch, jakby z jednej strony chciała mu pomóc, z drugiej zaś była zbyt przestraszona, by podejść bliżej. Castiel uświadomił sobie, dlaczego wyglądała na tak wystraszoną, gdy w końcu udało mu się podnieść z pozycji leżącej: jego ubranie uwalane było ziemią, trawą i krwią. Serce zaczęło bić mu szybciej, gdy po podniesieniu rąbka swetra zobaczył na brzuchu paskudną, świeżą ranę. Pocieszał go tylko fakt, że krew, którą był ubrudzony, należała do niego.

Kobieta wyciągała przed siebie telefon, jakby to była broń.

- Czy chce pan, żebym zadzwoniła na pogotowie? - zapytała.

Mózg Castiela, choć lekko zasnuty jakąś dziwną mgłą, pracował na najwyższych obrotach. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał, było wejście do hotelowego pokoju, do którego udał się po rozmowie z Deanem. To, co wydarzyło się później, jak znalazł się w tym parku, przede wszystkim - dlaczego był ranny, stanowiło tajemnicę.

- Nie, nie - zaoponował, zdejmując sweter. Gdy się go pozbył, przyłożył zwinięty w kulkę materiał do rany, uciskając ją mocno. - Przepraszam, jaki mamy dzień?

- Wtorek, dwudziestego drugiego - odparła kobieta. - Jest trzynasta piętnaście.

- A gdzie jestem? - zapytał, uśmiechając się do niej przepraszająco.

- Williston - powiedziała.

- Czy to daleko od… Watford City? - spytał, z trudem przypominając sobie nazwę miejscowości, w której zatrzymał się z Samem, Deanem i Claire.

Gdy uniósł dłoń do czoła, które pulsowało bólem, natrafił na wielkiego guza. Skóra wokół niego pokryta była czymś lepkim i Cas nie potrzebował lustra, by wiedzieć, że to krew.

- Nie, niecała godzina samochodem stąd - powiedziała.

Patrzyła na Castiela z niepokojem, jakby jego pytania były dziwniejsze niż stan, w którym się znajdował. Cas nie miał jej tego za złe. Sprawdził w kieszeniach, czy przypadkiem nie zabrał ze sobą telefonu, ale było tak, jak się domyślał - komórka musiała zostać w hotelu. Starał się przypomnieć sobie numer Sama lub Deana, ale nigdy nawet nie podjął trudu, by spróbować go zapamiętać.

- Czy… mógłbym mieć do pani prośbę? - zapytał, krzywiąc się przy tym nieznacznie, bo każde wypowiedziane słowo powodowało rwanie w boku. Gdy kobieta niepewnie kiwnęła głową, kontynuował: - Gdyby mogła pani znaleźć w internecie numer telefonu do hotelu, który znajduje się przy barze Dirty John i poprosić ich, żeby poinformowali gości spod czwórki gdzie jestem, byłbym zobowiązany.

Miał nadzieję, że Sam i Dean nie ruszyli jeszcze na poszukiwania - hotel był jego jedynym tropem i zarazem kołem ratunkowym. Nie wiedział, co ma ze sobą zrobić w takim stanie. Nie miał portfela, dokumentów, telefonu - niczego, co umożliwiłoby mu jakiekolwiek działania.

Czekając, aż kobieta skończy rozmawiać, dokonał szybkich oględzin własnego stanu. Poza tym, co już udało mu się ustalić - ranę na brzuchu i krwawego guza na czole - miał też posiniaczone żebra, zdarte knykcie i kolana, kilka większych lub mniejszych otarć. Nie wyglądało to na zwykły wypadek, a bardziej na incydent z użyciem broni. Pozostawało tylko pytanie, kto konkretnie dobrał mu się do skóry, dlaczego i co się z nim stało.

Po chwili pomagająca mu kobieta skończyła rozmowę i podeszła, by przekazać mu informację zwrotną.

- Od rana próbowali się z panem skontaktować, ale bezskutecznie. Tamci goście, o których pan wspominał, już się wymeldowali, ale przy płaceniu zostawili numer telefonu, więc poinformują ich, gdzie pana szukać - powiedziała. Wciąż jednak wyglądała na zmartwioną. - Czy na pewno nie chce pan jechać do szpitala? Albo na policję? Bez obrazy, ale nie wygląda pan zbyt dobrze…

Castiel uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na nią z wdzięcznością.

- Poradzę sobie. Jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc.

Pożegnali się. Gdy kobieta oddaliła się na bezpieczną odległość, Castiel stęknął z bólu i z całej siły zacisnął dłoń na zimnym drewnie ławki. Czuł się fatalnie i z całą pewnością potrzebował pomocy lekarza, ale w pierwszej kolejności chciał odnaleźć Winchesterów i Claire. Domyślał się, że musieli umierać z niepokoju.

Nie wiedział, jak długo siedział na ławce - miał wrażenie, że minęła cała wieczność i że zdążył dwa razy uciąć sobie drzemkę, nim w końcu na horyzoncie zamajaczyła znajoma sylwetka.

- Cas! - usłyszał po chwili przerażony, ale też pełen ulgi głos Sama, który zauważył go jako pierwszy.

Musieli się rozdzielić, by go szukać, bo w tej samej chwili Sam poinformował kogoś przez telefon, gdzie znajduje się Cas. Castiel próbował wstać, by wyjść mu naprzeciw, ale niemal od razu zachwiał się i z powrotem ciężko opadł na ławkę.

- Cas, nawet nie wiesz, jak się martwiliśmy - powiedział Sam, siadając obok niego. - Co się stało?

- Sam chciałbym to wiedzieć - powiedział.

Jego głos zabrzmiał słabo. Sam musiał zdawać sobie z tego sprawę - obejrzał Castiela od stóp do głów i dopiero wtedy zauważył zakrwawiony sweter i materiał koszulki.

- Jesteś ranny? - zapytał.

- Cas! - usłyszeli głos Deana.

Gdy starszy z Winchesterów wraz z Claire podeszli bliżej, Castiel zauważył ostry wyraz jego twarzy. Nie umiał powiedzieć, czy była to złość czy może coś innego, ale w pierwszej chwili głos uwiązł mu w gardle. Nie potrafił odpowiedzieć na zadane przez Sama pytanie, spuścił więc tylko wzrok i podsunął materiał bluzki do góry, ukazując nieładną, spuchniętą ranę. Claire jęknęła, zakrywając dłonią usta.
- Kurwa - zaklął Dean. Gdy Castiel ostrożnie podniósł na niego wzrok, zauważył, że ostry wyraz ustąpił łagodnemu, przerażonemu spojrzeniu. - Kto ci to zrobił? Musimy jak najszybciej…

Dean mówił coś jeszcze, a Sam i Claire coś mu odpowiadali, ale Cas odpłynął. Adrenalina, która do tej pory buzowała mu w żyłach, opadała, ustępując miejsca dziwnemu otumanieniu i sztywności. Dał się zaprowadzić do samochodu, później znów przysnął w drodze do jakiegoś hotelu. Jak przez mgłę pamiętał, jak znalazł się w pokoju. Dopiero kiedy podane przez Sama środki przeciwbólowe zaczęły działać, choć trochę odzyskał świadomość tego, co działo się dookoła.

- Jesteś pewny, że chcesz, żebym ja to zrobił? - zapytał Dean, oglądając ranę na jego brzuchu. - W szpitalu daliby ci jakieś znieczulenie.

- Nie chcę jechać do szpitala - powiedział Cas. Miał go dość po tym, co przeszedł po powrocie z Pustki. - Ufam ci.

Nie wiedział, dlaczego to powiedział. Kiedy Dean spojrzał na niego gwałtownie, nieudolnie starając się zamaskować zdziwienie, Castiel poczuł przyspieszone bicie własnego serca. Odwrócił wzrok i wlepił go w telewizor, na którym akurat leciał jakiś serwis informacyjny. Dean bez słowa wstał i zaczął szukać w leżącej na łóżku torbie apteczki.

- Będzie trochę szczypało - powiedział po chwili Dean, gdy wrócił z całym asortymentem do opatrywania ran. - Chcesz? - zapytał, pokazując mu skórzany pasek.

Castiel pokręcił głową. Był pewny, że potrafi znieść krótkie szycie bez tego, ale kiedy Dean spryskał ranę płynem odkażającym i pierwszy raz wbił igłę w jego skórę, z całej siły zacisnął zęby i jęknął z bólu. Dean przygryzł wewnętrzną stronę policzka, starając się nie parsknąć, ale Cas i tak zauważył delikatny uśmieszek.

- Może to? - zapytał, podając mu butelkę whisky.

Na to Castiel mógł się zgodzić. Gdy Dean po raz kolejny wbijał igłę, zacisnął zęby na ustniku i pociągnął z butelki długi łyk. Alkohol spłynął w dół jego gardła piekącym strumieniem, a po ciele rozeszło się przyjemne ciepło. Z uznaniem spojrzał na whisky.

- Gdzie są Sam i Claire? - zapytał, dopiero teraz dostrzegając ich nieobecność.

- Próbują znaleźć jakiś trop - odparł Dean. - Wiesz, monitoring, świadkowie, te sprawy. Nie mogłeś przecież spaść na tą ławkę z nieba.

Cas powstrzymał się przed odpowiedzeniem mu, że teoretycznie mogło się tak zdarzyć.

- Liczyłem na to, że może wy coś wiecie - powiedział zamiast tego.

Dean pokręcił głową.

- Ostatnią rzeczą, jaką wiem, jest to, że wczoraj wieczorem dotarłeś do hotelu. Widziałem jak wchodzisz do środka - wyjaśnił. - Później już do ciebie nie zaglądaliśmy. Wróciliśmy jakoś koło pierwszej i od razu poszliśmy spać. Dopiero rano, kiedy Claire chciała cię obudzić, okazało się, że zniknąłeś.

- A pokój? Wyglądał normalnie?

- Tak, wszystko w porządku. Nic nie wskazywało na to, że ktoś mógł cię zaatakować. Myślałem, że… - Dean się zawahał.

- Że znowu wam zwiałem - dokończył za niego Cas.

Dean spojrzał na niego przepraszająco. Zupełnie niepotrzebnie, bo miał pełne prawo, by tak pomyśleć.

- Nie tym razem - dodał i pociągnął z butelki kolejny łyk.

Porzucili temat, a Dean skupił się na szyciu. Castiel cały czas mu się przyglądał i musiał przyznać, że obchodził się z nim naprawdę delikatnie. Nie miał wątpliwości, że on i Dean byli blisko. Widział to w sposobie, w jaki Dean na niego patrzył i jak do niego mówił. To właśnie te drobne gesty, które Cas zauważał w zachowaniu Deana sprawiały, że zaczynał wierzyć mu, gdy mówił, że nigdy by go nie skrzywdził; jak to, że Dean pamiętał, jaki jest jego ulubiony kolor, albo że zawsze upewniał się, czy na pewno rozumie jakieś nawiązanie.

Castiel widział to już wcześniej. W swoich snach, w których przymilne, troskliwe zachowanie Deana stanowiło tylko fortel, za którym kryły się kolejne wymyślne tortury. Cas już dawno odkrył, że przekonywanie się wciąż i wciąż, że wszystko to, w co wierzył, stanowiło kłamstwo, było najgorszą z nich. Ciosy, które zadawał Dean po tym, jak Cas sądził, że tym razem zachowa się inaczej, bolały najbardziej i wydawało się, że były dla Winchestera najbardziej satysfakcjonujące. Po tego typu snach Cas przez wiele godzin kulił się na brzegu łóżka z twarzą mokrą od łez; po tego typu snach wiedział, że nie może zbliżyć się do Deana niezależnie od tego, jak bardzo by chciał. Bał się, że gdyby to zrobił, Dean okazałby się tym, kim stawał się w jego snach. Sądził, że w ten sposób obaj unikną zranienia.

Sam i Claire wrócili dopiero wieczorem. Sam już wcześniej poinformował brata przez telefon, że udało im się coś znaleźć, dlatego też Dean i Castiel siedzieli jak na szpilkach, czekając na wieści.

- Musicie to zobaczyć - powiedział Sam, podłączając pendriva do laptopa.

- Jak się czujesz? - zapytała cicho Claire, siadając obok Castiela na łóżku.

Cas westchnął.

- Bywało lepiej - przyznał. - Dean szybko poradził sobie z szyciem, więc…

- Troszczy się o ciebie - powiedziała Claire, uśmiechając się miękko. - Dobrze, że nie jest już taki markotny. Cieszy się z tego, że cię odzyskał, o wiele bardziej, niż jest w stanie okazać.

Castiel nie wiedział, co odpowiedzieć - na szczęście nie musiał, bo na ekranie laptopa właśnie załadowało się nagranie.

- Kamera monitoringu sprzed hotelu zarejestrowała to około trzeciej trzydzieści - powiedział Sam.

Przez chwilę na ekranie nic się nie działo - dopiero potem w prawym górnym roku pojawiła się sylwetka Castiela. Przeszedł kilka kroków, po czym zatrzymał się, czujnie wyprostowany pośrodku parkingu. Przez nagranie przeszedł szum, a gdy znów się wyostrzyło, przed i za Casem znikąd zjawiło się dwóch elegancko ubranych mężczyzn.

- Co do cholery… - mruknął Dean.

Przez chwilę rozmawiali o czymś z Castielem, ale konwersacja najwyraźniej nie przebiegła po ich myśli. Jeden z mężczyzn położył rękę na jego ramieniu i szarpnął gwałtownie. Cas odwrócił się i złapał go za przegub, blokując uderzenie. Drugi z nich też chciał wymierzyć mu cios, ale nim zdążył pokonać dzielący ich dystans, Castiel wraz z pierwszym mężczyzną zniknęli. Ten, który został, tupnął nogą. Sekundę później już go nie było.

Dean zmarszczył brwi i wychylił się w stronę laptopa. Cofnął nagranie o kilka klatek i przez chwilę zmieniał coś w ustawieniach. Następnie zbliżył wybrany kadr i wyostrzył obraz.

- Anioły - powiedział, patrząc znacząco na Sama. Mężczyzna kiwnął głową.

Castiel zmrużył oczy i zbliżył twarz do ekranu. Dopiero wtedy zauważył wystający z rękawa marynarki jednego z mężczyzn ostry, lśniący czubek.

- Anielskie ostrze? - spytał.

- Tak to wygląda - przyznał Sam. - Czekajcie, to nie wszystko.

Zamknął nagranie sprzed hotelu i wśród rozrzuconych po folderze plików, odnalazł kolejne. Tym razem przedstawiało podgląd na magazyny firmy kurierskiej. Tak samo jak wcześniej, przez obraz przeszedł szum, a gdy się skończył, pod jedną ze ścian pojawiła się drobna, skulona postać. Sam przybliżył na nią obraz - choć była odwrócona plecami do kamery, nie ulegało wątpliwości, że był nią Castiel. Wyglądał o wiele gorzej niż na nagraniu sprzed hotelu - był poszarpany i zakrwawiony.

- Te magazyny znajdują się w odległości mniej więcej dwudziestu kilometrów od miasta, w którym znaleźliśmy Casa - wyjaśnił Sam. - Trafiliśmy na nie zupełnie niechcący, na stacji benzynowej kierowca furgonetki opowiadał sprzedawcy, że rano znaleźli na podjeździe jakieś krwawe ślady.

Na nagraniu znów pojawili się mężczyźni z parkingu. Zaczęli zbliżać się do Castiela, tym razem eksponując anielskie ostrza w pełnej okazałości.

- Myślałem, że anioły dały nam spokój - powiedział Dean, nerwowo stukając palcami o blat stołu. - Co one tu robią?

Castiel z nagrania gwałtownie odsunął się na bok, ukazując namalowany na ścianie, krwawy symbol. Aniołowie zaczęli coś krzyczeć, wyciągając w jego stronę ręce - chcieli powstrzymać go przed tym, co zamierzał zrobić, ale było za późno. Cas uderzył dłonią w symbol, a przez ekran przeszła eksplozja białego światła. Gdy ustąpiła, obraz całkiem zniknął.

- To tyle - wyjaśnił Sam, zamykając nagranie. - Wszystkie kamery wokół tego miejsca wysiadły. Znaleźliśmy jeszcze nagranie z parku, pokazujące jak czołgasz się w stronę ławki, ale nic więcej na nim nie ma.

- Co ja zrobiłem? - zapytał Cas.

- Wysłałeś anioły do piekła - odparł Dean. Widząc jego niepewną minę, zaśmiał się. - Nie dosłownie, oczywiście. Ten symbol odsyła anioły z powrotem do nieba. Nie mam pojęcia, skąd go pamiętałeś.

Castiel przejechał dłonią po włosach. Zapomniał o guzie na czole, więc skrzywił się nieznacznie, czując promieniujący do całej głowy ból.

- Pewnie na tej samej zasadzie, co tamto zaklęcie - powiedział.

- To w tym momencie najmniej ważne - wtrącił się Sam. - Przede wszystkim dobrze by było ustalić, dlaczego te anioły cię szukały.

- I dlaczego tak go poturbowały - dodała Claire.

- Myślicie, że chciały mnie zabić? - zapytał Cas.

- Niewykluczone. Wiedziały, że wróciłeś, więc wieści musiały się roznieść - powiedział Dean.

- Dlaczego dopiero teraz?

- Dom Jody i Bunkier są chronione zaklęciami - wyjaśniła Claire. - Pewnie dlatego wcześniej nie mogli cię namierzyć.

- Wspomniałeś wczoraj o tym dziwnym piszczeniu w ustach - przypomniał Dean. - Może już wcześniej próbowały się z tobą skontaktować.

- Może - zgodził się Cas. - Szkoda tylko, że nic nie rozumiem.

- Najpierw demony, teraz anioły. - Dean ścisnął mostek nosa i odchylił się w krześle. - Co jest, cofnęliśmy się w czasie do dwa tysiące trzynastego? Dajcie mi spokój.

- Zadzwonię do Roweny i zapytam, na czym stoimy - zaproponował Sam, wstając.

- A ja chyba będę się zawijać - powiedziała Claire, przeciągając się. - Alex ma jutro urodziny, chciałabym spędzić z nią trochę czasu.

- Może cię odwieźć? - zaproponował Dean. - Jest już ciemno.

Claire z uśmiechem wywróciła oczami. Podeszła do Deana i zarzuciła mu ręce na szyję.

- Dam sobie radę - powiedziała. - Potrafię odcinać głowy wampirom, jazda po nocy to przy tym pestka.

Dean poklepał ją po plecach i kiwnął głową.

- Życz od nas Alex wszystkiego najlepszego - powiedział Sam, przytulając Claire na pożegnanie.

- Zadzwońcie do niej jutro, będzie jej miło - odparła Claire. - Ale przekażę pozdrowienia. Cas?

Usiadła obok niego, rozłożyła ramiona i ostrożnie, uważając na świeży opatrunek, przytuliła Castiela.

- Pilnuj Deana - powiedziała cicho. - On ma tendencję do zamykania się w sobie. Przy tobie się otwiera.

Castiel poczuł ucisk w gardle. Zerknął na Deana, który przeglądał coś na telefonie i kiwnął głową. Claire uśmiechnęła się, zebrała resztę swoich rzeczy i opuściła pokój. Po chwili usłyszeli dźwięk odpalanego silnika i trzy pożegnalne trąbnięcia klaksonem.

- Bardzo troszczysz się o Claire - powiedział Cas, by przełamać niezręczną ciszę która zapadła, gdy Sam wyszedł, by zadzwonić do Roweny.

- Tak, chyba tak - przyznał Dean i westchnął. - Jest za dobra na tą robotę.

- Co masz na myśli?

Dean przesiadł się z krzesła na łóżko i wyciągnął na materacu. Skrzyżował nogi w kostkach i podłożył ramię pod głowę.

- To nigdy nie przynosi nic dobrego - wytłumaczył Dean. - Claire jest mądra, współczująca, odważna… Ma wielkie serce, ale ulokowała je w złym miejscu.

- To trochę tak, jak ty - powiedział Cas.

Dean prychnął.

- Taaa - przyznał. - No cóż. Jest dorosła. Ma prawo robić ze swoim życiem, co tylko zechce. Nie wybrałbym dla niej tego, ale… Zresztą, ona doskonale o tym wie.

- Czujesz się za nią odpowiedzialny - bardziej stwierdził, niż zapytał Cas.

- Oczywiście, że tak - zgodził się, podnosząc się na łokciu. Spojrzał na Castiela z góry, powodując u niego dziwny ucisk w brzuchu. - Claire należy do rodziny. Wiesz, jak było… Po tym wszystkim, co ją spotkało, chociaż teraz mogę mieć ją na oku.

Do pokoju wrócił Sam. Dean i Cas spojrzeli na niego pytająco, ale mina młodszego Winchestera nie zdradzała niczego.

- I? - pospieszył go Dean.

Sam oderwał wzrok od komórki. Spojrzał na brata odrobinę oszołomiony.

- Rowena jest w trakcie zdobywania ostatniego składnika - powiedział. - Najpóźniej w weekend będziemy mogli przeprowadzić rytuał.

----- CHAPTER BREAK -----

Do you think I'd give up

That this might've shook the love from me

Or that I was on the brink?

How could you think, darling, I'd scare so easily?

Now that it's done

There's not one thing that I would change

My life was a storm, since I was born

How could I fear any hurricane?

If someone asked me at the end

I'll tell them put me back in itDarling, I would do it againIf I could hold you for a minuteDarling, I'd go through it againI would still be surprised I could find you, darlingIn any life

If I could hold you for a minute

Darling, I would do it again

Hozier
,,Francesca”
-13-

Rowena kręciła na palcu jaskrawo-różowym lokiem, który wymknął się ze starannie ułożonego koka opętanej dziewczyny. Przed nią, na stole, leżało osiem drewnianych pudełeczek, chwilę wcześniej wyciągniętych z wytartej od starości, skórzanej torby.

- To wszystko, co będzie nam potrzebne? - zapytał Sam.

- Prawie - odparła, odsuwając loka za ucho. - Będziemy potrzebować jeszcze tylko odrobiny krwi. Kogo wybrałeś? - zapytała, zwracając się w stronę Castiela.

Wywołany do tablicy Cas poruszył się nerwowo, gdy spoczęły na nim trzy pary oczu.

- Nie wiedziałem, że mam kogoś wybrać - powiedział.

- Wybrać do czego? - zapytał Dean.

Rowena wywróciła oczami.

- Potrzebujemy osoby, która połączy się z Castielem w trakcie rytuału. Kogoś, kto… - Zastanawiała się chwilę nad odpowiednim słowem. -

Wejdzie mu do głowy.

Tak to się u was mówi, prawda?

- I co potem? - zapytał Castiel. W jego głosie było słychać napięcie. - Ten ktoś będzie mógł pomóc mi zdjąć blokadę, którą mam w głowie?

- Nie mam pojęcia, skarbie. Jest tak, jak mówiłam - nie wiem zbyt wiele o tym zaklęciu - odparła, robiąc smutną minę.

- Świetnie, czyli będziemy musieli improwizować - mruknął Dean.

- Dlatego powinieneś wybrać kogoś, komu ufasz i kto dobrze cię zna. Jeśli go nie wpuścisz, tego typu rytuał, nawet przeprowadzony poprawnie, może się nie udać. Na tym polega haczyk - wyjaśniła.

Castiel, który sprawiał wrażenie przytłoczonego całą tą sytuacją, zwrócił najwyraźniej uwagę Sama, który powiedział:

- Dasz nam dzień na przemyślenie tego? Skoro to poważna decyzja, Cas powinien mieć na nią trochę czasu.

- Och. - Rowena wyglądała na zdziwioną. - Myślałam, że jego wybór będzie oczywisty. Kłopoty w raju? - zapytała, puszczając oczko Deanowi. Winchester posłał jej chłodne spojrzenie. - Dobrze więc - powiedziała, powoli zbierając pudełeczka ze stołu. - Odezwijcie się do mnie, kiedy będziecie pewni. Zmarnowałam na was już wystarczająco dużo czasu.

Dean odprowadził ją do wyjścia. Kiedy wrócił, Castiel i Sam wciąż siedzieli na tych samych miejscach,

- Co myślicie? - zapytał Dean, siadając obok Sama. - Jak się z tym czujesz, Cas?

- Ja… Sam nie wiem, co mam o tym sądzić - przyznał, drapiąc się po ranie na czole.

- Jeśli nie chcesz tego robić, nie musimy - powiedział Dean, nachylając się w jego stronę. - Znajdziemy inny sposób.

- A co jeśli nie ma innego sposobu? - spytał, podnosząc na niego wzrok. Dean wyczytał w nim chłodną determinację. - To może być moja jedyna szansa. Nie bez powodu ten rytuał to jedyne, co pamiętam.

Przez chwilę milczeli, mierząc się wzrokiem.

A co, jeśli to pułapka?

- to pytanie wisiało nad nimi, ale nikt nie miał odwagi, by je zadać. Byli zmęczeni poszukiwaniami, kolektywnie postanowili więc przemilczeć ryzyko, łapiąc się czegokolwiek, co pojawiło się na horyzoncie. Nie można ich było za to winić.

- Zrobię to - stwierdził w końcu Cas, jakby w odpowiedzi na to, o czym wszyscy trzej myśleli.

- W porządku - odparł Dean, choć wiedział, że w starciu z wyborem Castiela nie miał nic do gadania.

Było jeszcze jedno pytanie, które nie potrafiło przejść mu przez usta. Dotyczyło tego, kto pomoże Castielowi w rytuale. Dean uporczywie wpatrywał się w jego profil, licząc na to, że sam poruszy temat, ale Cas nawet nie spojrzał w jego kierunku. W pewnym momencie wstał, oznajmił, że musi się położyć i wyszedł z pomieszczenia.

W końcu Dean zdezerterował i zebrał w sobie wszystkie siły.

- Myślisz, że powinienem… - zaczął, jednak w tej samej chwili odezwał się Sam:

- Cas poprosił mnie o…

Obaj zamilkli. Dean poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła, gdy w spojrzeniu brata ujrzał współczucie i poczucie winy.

- Tak? - zapytał, zachęcając go, by dokończył to, co już wiedział. Chciał to jednak usłyszeć.

Sam przełknął ślinę i odwrócił wzrok.

- Cas poprosił mnie o pomoc w rytuale.

Dean skrzyżował ramiona na piersi, jakby chciał odgrodzić się od Sama i tego, co powiedział, choć w rzeczywistości chodziło mu tylko o to, by ukryć trzęsące się dłonie. Nie miał pojęcia, dlaczego słowa brata aż tak go zabolały. Zresztą, czego innego mógł się spodziewać? To nie Sam torturował Castiela w snach. Nie Sama się bał. Nic dziwnego, że wybrał jego - był w zasadzie jedyną osobą, której mógł w pełni zaufać.

Mimo to, Dean czuł się zdradzony. Oszukany. Zraniony. Miał wrażenie, że Sam wydarł mu coś, co mu się należało. To, że Castiel zwrócił się w pierwszej kolejności do niego, było ciosem w plecy.

- Zgodziłeś się? - zapytał Dean.

- Powiedziałem, że się zastanowię - odparł Sam.

Dean kiwnął głową. Wpatrywał się w wycięte nożem na gładkiej tafli stołu inicjały. Miał ochotę krzyczeć z zazdrości.

Wydawało mu się, że przez miesiące nieobecności Castiela, a potem też jego amnezji, zdążył uporządkować swoje uczucia. Łudził się, że wyblakły. Że niechęć Castiela choć trochę je osłabiła, i za jakiś czas po prostu całkowicie znikną. Dopiero teraz w pełni poczuł, jak bardzo się mylił. Każdego dnia kochał go bardziej, nawet takiego, który nie miał pojęcia, jak wiele dla niego znaczy.

- Uważam, że popełnia błąd - powiedział Sam. - Obaj go popełniacie.

Dean spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Słucham? - zapytał Dean.

Sam przeniósł wzrok z pustej szklanki, którą obracał w dłoni, na brata. Westchnął.

- Castiel powinien poprosić o to ciebie - przyznał. - I myślę, że on sam też o tym wie, tylko boi się do tego przyznać.

Choć te słowa nic nie zmieniały, Dean doceniał, że Sam je powiedział.

- A ty powinieneś powiedzieć mu w końcu, co naprawdę się wtedy wydarzyło - wszedł mu w słowo Sam. Z powrotem wlepił wzrok w szklankę, więc Dean
nie mógł przeszyć go lodowatym spojrzeniem. - Powinieneś powiedzieć mu całą prawdę. To coś, co ty wiesz, ale do czego boisz się przyznać.

Dean potarł twarz dłonią i westchnął.

- Tak, jesteś kolejną osobą w ciągu ostatnich dni, która mówi mi coś podobnego - przyznał, wracając myślami do ostatniej rozmowy z Claire. - Zastanowię się nad tym. Dzięki.

Sam kiwnął głową i wstał, zbierając szklanki ze stołu. Gdy mijał Deana w drodze do kuchni, położył mu dłoń na ramieniu. Mały gest, który sprawił, że obaj poczuli się swoją bliskość.

Dean wrócił do pokoju i usiadł na łóżku. Przez chwilę wpatrywał się w ścianę, zupełnie nie wiedząc, co powinien zrobić. Czas przelewał mu się przez palce, niebezpiecznie się kurcząc, a to, co powiedział Sam, wciąż dźwięczało mu w głowie. Wstał, podszedł do biurka i zaczął przetrząsać szuflady. Szukał czegoś, nie wiedząc czego, do momentu, aż tego nie znalazł. Stary, wysłużony notes zapisany pochyłym pismem leżał pod stertą kabli do ładowarek i dziennikiem ojca. Dean przekartkował go jeszcze raz ze ściśniętym gardłem, a gdy oderwał stopy od podłogi i ruszył w stronę drzwi, wiedział już, że od tego, co zamierzał zrobić, nie będzie odwrotu.

Castiela wyrwało z zamyślenia ciche pukanie do drzwi. W pierwszej chwili zamierzał udawać, że śpi, ale gdy pukanie się powtórzyło, głośniej i bardziej stanowczo, westchnął i podniósł się na łokciu.

- Proszę - powiedział.

W drzwiach oczywiście pojawił się Dean.

Castiel domyślał się, że przyjdzie. Podczas rozmowy w salonie czuł na sobie jego domagające się wyjaśnień spojrzenie. Wtedy nie potrafił mu ich dać i teraz też nie wiedział, co odpowiedzieć. To, dlaczego poprosił o pomoc Sama, a nie jego, bezpośrednio wiązało się ze wszystkim, o czym rozmawiać z Deanem nie chciał.

- Tak? - zapytał, siadając na brzegu łóżka. Gestem zaprosił Deana do środka. - Wyglądasz, jakbyś zjadł jeżowca.

- Co? - zdziwił się Dean. - Ach. Nie, wszystko w porządku.

- To czemu przyszedłeś?

Dean wyglądał na rozkojarzonego. Rozejrzał się dookoła, jakby nie wiedział, gdzie się znajduje, po czym wzruszył ramionami i spuścił wzrok na swoją prawą rękę. Dopiero wtedy Castiel zauważył, że coś w niej trzyma.

- Co tam masz?

- Pamiętasz te rzeczy, które ci przywiozłem? - spytał.

- Te w pudełku? Tak, pamiętam.

- To… Tak naprawdę nie były wszystkie twoje rzeczy.

Castiel zmarszczył brwi.

- Znalazłeś coś jeszcze?.

- Tak.

Uniósł do góry trzymany w dłoni przedmiot - dopiero w jasnym świetle lampki Castiel zobaczył gruby, brązowy zeszyt. Dean podał mu go ostrożnie.

- Och. - Castiel był zdziwiony. - Co to takiego?

- To… Twój dziennik - odparł Dean.

- Dziennik - powtórzył Castiel. - Zaraz, cały czas go miałeś?

- Przepraszam. Wiem, że nie powinienem był, ale…

- Czytałeś go, prawda? - wszedł mu w słowo Castiel

Dean przytaknął ze wstydem, a Cas poczuł się obnażony. Na jego twarzy mimowolnie pojawiły się rumieńce - choć nie miał przecież pojęcia, co znajdowało się w środku dziennika.

- Zrobiłem to, kiedy myślałem, że nie żyjesz - powiedział szybko Dean, próbując się usprawiedliwić.

Castiel spojrzał na niego chłodno.

- W takim razie dlaczego dostaję go dopiero teraz?

- Cóż - westchnął. - Bałem się.

- Dlaczego? - naciskał Castiel.

Dean pokręcił głową.

- Najlepiej będzie, jak go przeczytasz - powiedział.

Nie dając Castielowi czasu na odpowiedź, w pośpiechu opuścił pokój i zamknął za sobą drzwi. Mężczyzna spojrzał na zeszyt. W jego głowie kłębiło się wiele myśli, podejrzeń i domysłów na temat tego, co mógł znaleźć w środku. Jednocześnie chciał i bał się go otworzyć, w końcu jednak ciekawość zwyciężyła. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o ramę łóżka i powoli zaczął czytać.

Dziennik zaczynał się jakiś czas po tym, jak Castiel utracił łaskę, przez co wiele wpisów o mierzeniu się z człowieczeństwem i odkrywaniu jego zawiłych meandrów wydało mu się adekwatnych również teraz. Czytał o swoich codziennych rozterkach i czuł specyficzną więź ze sobą z przeszłości. Choć nie pamiętał tych sytuacji, to, co robił i myślał tamten Cas, było dla niego w pewien sposób normalne, wytłumaczalne i logiczne. Do tej pory poznawał swoją historię przez opowieści innych - teraz odkrywał też własną perspektywę, co w całym morzu jego wątpliwości i lęków stanowiło niezwykle cenne doświadczenie.

Miał lepsze i gorsze momenty. Raz chciał rzucić dziennikiem i nigdy więcej nie wziąć go do ręki, potem zaś z niecierpliwością przewracał kolejne strony, ciekaw, co wydarzyło się dalej. Żałował, że niektóre wpisy były urwane, niepełne lub chaotyczne. Inne natomiast zadziwiały swoją drobiazgowością - szczególnie te, które dotyczyły Deana. Intymność, jaka z nich biła, momentami bywała przytłaczająca.

Castiel czuł dysonans. Wiedział, że okazywane Winchesterom wsparcie często prowadziło go do desperackich, nieprzemyślanych decyzji, na których w ostatecznym rozrachunku nie wychodził najlepiej i długo nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak było. Być może przez swoje początkowe uprzedzenie nie potrafił w pełni zaakceptować roli, jaką w jego wcześniejszym życiu pełnili bracia - w szczególności Dean. Przemycane przez niego między wierszami zapewnienia, że zrobiliby dla siebie wszystko, Cas traktował z lekkim przymrużeniem oka, ale gdy czytał swój dziennik, odkrył, że naprawdę tak było.

Mniej więcej w połowie zaczęło docierać do niego, dlaczego Dean chciał ukryć przed nim zeszyt. Początkowo to wypierał - przecież mogło mu się tylko wydawać. Z czasem jednak jego uczucia przebijające przez słowa, które kiedyś napisał, stawały się coraz wyraźniejsze, a on nie mógł dłużej ignorować faktów i ciężkiego, piekącego uczucia w klatce piersiowej. Resztę wpisów przejrzał pobieżnie, zatrzymując się na dłużej jedynie na tych fragmentach, które potwierdzały słuszność jego hipotezy, a gdy przeczytał ostatnie, napisane niedługo przed śmiercią zdanie, zamknął dziennik i gwałtownie odłożył go na bok. Objął ramionami podkulone do klatki piersiowej kolana i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w okładkę zeszytu.

Pierwsze, co poczuł, to złość. Złość na Deana, że nie miał odwagi, by powiedzieć mu o tym wcześniej i złość na wszystkich innych, którzy też to przed nim ukrywali. Zastanawiał się, ile z ich ukradkowych spojrzeń i drobnych dwuznaczności go dotyczyło. Był zły na kogoś, kto tak potwornie sobie z niego zakpił, wyciągając go z Pustki wybrakowanego i niepełnego. Wreszcie, był zły na siebie, bo niczego się nie domyślił. Bo czuł coś w stosunku do kogoś, kto przez miesiące był jego największym koszmarem.

Później nadszedł wstyd. Czego jeszcze Castiel nie wiedział? Czy coś ich łączyło? Kiedy to wszystko się zaczęło? Czy Dean o tym wiedział, a jeśli tak, to od jak dawna? Czy… odwzajemniał jego uczucie? Co poczuł, gdy okazało się, że po tym wszystkim co przeszli, Castiel niczego nie pamiętał? To nie mogło być łatwe. Przecież odkąd Cas wrócił, jawnie okazywał wobec niego lęk, niechęć i nieufność. W jego klatce piersiowej pojawiło się palące, gryzące poczucie winy. Jak miał teraz spojrzeć Deanowi w oczy?

Wiedziony wieloma sprzecznymi emocjami, zakradł się do kuchni i wyciągnął z lodówki opróżnioną do połowy butelkę ginu. Odkręcił zakrętkę i pociągnął długi łyk. Odetchnął, gdy piekące ciepło na chwilę oderwało jego myśli od wypełniającego klatkę piersiową zażenowania. Gdy ustąpiło, napił się raz jeszcze. Alkohol dodał mu nieco odwagi. Wiedział, że musi porozmawiać z Deanem. Czuł, że to jeszcze nie koniec.

- Tak myślałem, że cię tu znajdę - usłyszał Dean.

Wyprostował plecy i wyjrzał zza uniesionej do góry maski Impali. Stojący obok samochodu Castiel nerwowo kołysał się na piętach.

- Taa, wydawało mi się, że słyszałem ostatnio jakieś szumy w silniku - odparł Dean, chwytając leżącą na dachu ściereczkę. - Chciałem to sprawdzić.

Tak naprawdę z Impalą wszystko było w porządku. Dean lubił przy niej majstrować, gdy się denerwował - uspokajało go to. Zaczął starannie wycierać dłonie, mimo że nie były aż tak brudne. Potrzebował po prostu zrobić coś z rękami. Fakt, że Castiel go szukał, mógł świadczyć o tym, że przeczytał dziennik. A to znaczyło, że czeka ich trudna rozmowa. Spodziewał się jej, a choć w ostatnich godzinach przeprowadził w głowie milion różnych scenariuszy, i tak nie był na nią gotowy.

- Udało ci się coś znaleźć? - zapytał Castiel.

- Tak, wszystko już śmiga - skłamał, zamykając klapę.

Cas ze zrozumieniem kiwnął głową. Dean wiedział, że nie ma bladego pojęcia o samochodach i po prostu szukał jakiegoś punktu zaczepienia, by podjąć temat, który wisiał w powietrzu. Chciał mu to ułatwić, ale sam nie potrafił wykrztusić z siebie sensownego zdania. Przysiadł na masce Impali i odwrócił się, by spojrzeć na Castiela. Gdy natrafił na jego miękkie, pełne poczucia winy spojrzenie, poczuł mdłości. Właśnie tego chciał uniknąć za wszelką cenę.

- Nie patrz tak na mnie - poprosił, spuszczając wzrok. - Nie ty, Cas.

Poczuł przy ramieniu jego bliskość - Castiel w milczeniu usiadł obok.

- Jeśli nie chciałeś, żebym tak patrzył, po co dawałeś mi ten dziennik? Dlaczego teraz? - zapytał Cas. W jego tonie głosu nie było oskarżenia, jedynie autentyczna ciekawość. - Liczyłeś, że dzięki temu zmienię zdanie i to ciebie poproszę o pomoc w rytuale?

Dean złożył ściereczkę na pół i przełożył ją sobie przez ramię.

- Początkowo faktycznie miałem taki plan - przyznał zgodnie z prawdą. - Potem pomyślałem, że nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, kto to będzie. Najważniejsze, żeby ci pomógł. Zacząłem się nad tym zastanawiać i doszedłem do wniosku, że jeśli coś pójdzie nie tak… Po prostu nie dam rady dłużej udawać.

- Udawać? - zdziwił się Castiel. - Czego udawać, Dean?

Dean z całej siły zacisnął zęby i odwrócił głowę. Czuł na sobie pytające spojrzenie Castiela. Westchnął i ścisnął palcami mostek nosa. Wiedział, że to moment, w którym musi postawić wszystko na jedną kartę.

- Pamiętasz jak opowiadałem ci, w jaki sposób odszedłeś? Dlaczego Pustka zabrała cię akurat wtedy?

- Tak - przytaknął Cas. - Mówiłeś, że zawarłem pakt i miałem odejść w chwili prawdziwego szczęścia… Nie rozumiem, co to ma do…

- Okłamałem cię - wszedł mu w słowo Dean. Odepchnął się od Impali, zrobił kilka kroków wprzód i skrzyżował dłonie na karku. - Kiedy powiedziałem, że nie mam pojęcia, co sprawiło, że umowa dopełniła się akurat wtedy.

Obrócił się na pięcie. Castiel patrzył na niego szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami, których błękit sprawiał, że Dean miał ochotę wypluć na podłogę własną duszę. Jego ramiona bezsilnie opadły wzdłuż tułowia.

- Wiedziałem - powiedział i prychnął gorzko. - Oczywiście, że wiedziałem, bo do tej pory śni mi się to po nocach.

Dean spojrzał na niego z bólem. Nie tak wyobrażał sobie tę chwilę, ale tylko tak było mu dane ją przeżyć.

- Po raz pierwszy powiedziałeś mi wtedy, że mnie kochasz. I uwierz, że to byłaby najszczęśliwsza chwila też mojego życia, gdyby nie fakt, że chwilę później leżałem na podłodze i patrzyłem, jak pochłaniają cię macki nicości.

Cas otworzył usta. Jeśli chciał coś powiedzieć, to zabrakło mu słów. Chociaż obaj milczeli, to cisza między nimi była głośniejsza niż tysiąc bębnów.

- Ja… nie miałem pojęcia - odezwał się w końcu Cas.

- Wiem, Cas. Skąd miałeś wiedzieć?

Nagle Castiel zakrył oczy dłonią.

- Och… - mruknął, jakby właśnie uświadomił sobie coś oczywistego. - Ta osoba, o której mówiłeś wtedy, w barze… To nie była żadna ,,ona”, prawda?

- Nie. Nie była - przyznał Dean. - Jesteś… na mnie zły?

- Nie, Dean. Ja tylko… - westchnął ciężko. - Dlaczego mi nie powiedziałeś? - zapytał.

Dean bezradnie wzruszył ramionami.

- Nie chciałem wszystkiego jeszcze bardziej utrudniać - powiedział.

- Niech cię szlag, Dean… - mruknął Cas. - Nie przyszło ci do głowy, że mogę chcieć wiedzieć?

- A chciałbyś? - zapytał ostro. - Chciałbyś wiedzieć, że jestem jednocześnie osobą, która pojawia się w twoich koszmarach? Której nie jesteś w stanie zaufać? Uwierzyłbyś mi, gdybym ci powiedział, że chwilę przed tym, jak zginąłeś, powiedziałeś mi, że mnie kochasz?

Castiel spuścił wzrok.

- Co odpowiedziałeś?

Zadał to pytanie tak cicho, że Dean przez chwilę milczał, nie wiedząc, czy się nie przesłyszał. Dopiero kiedy Castiel ponownie podniósł na niego wzrok, Dean wyczytał w jego spojrzeniu wyczekiwanie. Podszedł bliżej i z powrotem przysiadł na masce Impali.

- Co powiedziałem? - powtórzył. - Nic.

Odwrócił głowę w stronę Castiela. Mężczyzna znów patrzył na niego miękko.

- Rozumiem - powiedział cicho.

Dean zacisnął dłoń na kolanie. Miał jednocześnie ochotę go uderzyć i pocałować.

- Nie wiedziałem, co się dzieje. Wszystko wydarzyło się tak szybko i…

- Nie musisz się tłumaczyć, Dean - wszedł mu w słowo Cas.

Ale Dean chciał. Od miesięcy nie pragnął niczego innego, jak wyrzucić z siebie wszystko to, co pod nieobecność Castiela siedziało mu w głowie, a teraz nareszcie miał okazję to zrobić.

- Chciałem coś powiedzieć, ale nie mogłem - rzucił gorączkowo, bojąc się, że Castiel znów mu przerwie. - Później prześladowało mnie to po nocach. To, że odszedłeś, a ja nic nie powiedziałem. Że odszedłeś, nie wiedząc, że ja cieb…

- Dean.

Castiel uniósł rękę i położył mu dłoń na policzku. Dean wiedział, że to nie jest zwiastun niczego dobrego - widział to w smutnym, przepraszającym spojrzeniu Castiela.

- Przeczytałem swój dziennik i wiem, że skoczyłbym za tobą w ogień - powiedział. - Wiem też, że to działa w obie strony i że w przeszłości robiliśmy wiele mniej lub bardziej głupich rzeczy dlatego, że łączy nas naprawdę wyjątkowe uczucie. Wiem to i wierzę w nie. Naprawdę. I mam świadomość tego, że to, jak zachowywałem się wobec ciebie w ostatnim czasie, musiało być dla ciebie trudne. Przepraszam. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz pragnę, jest sprawienie, że będziesz jeszcze bardziej cierpiał… - Zawahał się i na chwilę przymknął oczy. Gdy znów je otworzył, Dean wiedział, że to, co za chwilę usłyszy, będzie bolało. I nie istniał żaden sposób, by się przed tym uchronić. - Ale… jeśli chcesz powiedzieć coś, licząc na to, że moja odpowiedź będzie taka sama jak przedtem… Nie mogę ci tego dać, Dean. Nie teraz. Przepraszam.

Dean nie wiedział, ile czasu minęło, nim oderwał wzrok od oczu Castiela. Miał wrażenie, że jego ruchy są spowolnione i ociężałe; że porusza się w zwolnionym tempie. Zrobiło mu się duszno i zimno jednocześnie, serce przyspieszyło do granic możliwości, w płucach zapłonął zaś żywy ogień. Na zewnątrz pozostał jednak spokojny i opanowany - nie chciał dać po sobie poznać, że jest na skraju ataku paniki. Kiwnął głową, wewnątrz której odliczał od dziesięciu wspak, wciąż gubiąc się gdzieś na siódemce i ułożył usta w sztywny uśmiech.

- Nie przejmuj się tym - powiedział, siląc się na naturalny ton.

Chciał powiedzieć, że mimo to go kocha i nigdy nie przestanie; że jest miłością jego życia, bratnią duszą i kimś, z kim chciał zbudować wspólną przyszłość; że po tym wszystkim zamierzał przejść na emeryturę. Planował kupić mały domek gdzieś nad morzem i codziennie rano pić kawę na tarasie, patrząc jak wschodzące słońce maluje na falach różnobarwne plamy. Może założyliby własną rodzinę? Dean zawsze chciał mieć dzieci, ale nigdy nie widział się w roli ojca - bał się, że skończy tak zgorzkniały i przemocowy jak John. Gdy patrzył na to, jak Cas troszczył się o Jacka, zaczął się jednak zastanawiać nad tym, czy kluczem do sukcesu nie była właściwa osoba. Miał wrażenie, że przy Castielu nigdy nie stałby się taki, jak jego ojciec. Czasai przyłapywał się na tym, że przed snem wyobrażał sobie jak on, Cas, Sam i Eileen spotykają się w jakiś wolny weekend na grillu, a ich dzieci plączą się między nogami.

Dean miał to wszystko na końcu języka, ale widząc troskę wymalowaną na twarzy Castiela, uświadomił sobie, że to nie jest odpowiedni czas i miejsce. Na chwilę położył dłoń na wciąż spoczywającej na jego policzku ręce mężczyzny i zamknął oczy. Skupił się na tak dobrze mu znanym dotyku, a jego serce powoli zaczęło się uspokajać.

- Jeśli odzyskasz pamięć, będę tu - powiedział cicho, otwierając oczy.

Opuścił ich splecione dłonie i puścił rękę Castiela. Mężczyzna spojrzał na niego ostrożnie, ale mniej niepewnie.

- A co, jeśli nigdy jej nie odzyskam? - zapytał. - Jeśli rytuał Roweny zawiedzie?

- Wtedy znajdziemy inny sposób.

Obaj wiedzieli, że tego dnia coś się między nimi zmieniło - nie był to spektakularny powrót do wielkiej przyjaźni, ale po raz pierwszy od dawna nie mieli przed sobą żadnych tajemnic. Mogli ruszyć z miejsca i zamiast wciąż oglądać się wstecz, spojrzeć do przodu z podniesioną głową.

----- CHAPTER BREAK -----

It's bittersweet to think about the damage that we do

'Cause I was going down, but I was doing it with you

Yeah, everything we broke, and all the trouble that we made

But I say that I hate you with a smile on my face

Olivia Rodrigo
,,favorite crime”

-14-

Castiel od dłuższej chwili stał w milczeniu przed drzwiami do salonu, zastanawiając się, czy może wejść do środka. Ani Sama, ani Deana, jeszcze nie było, a Rowena, która krzątała się po pomieszczeniu, powoli przygotowując do rytuału, wywoływała w nim skrępowanie. Skryty w cieniu korytarza obserwował, jak czarownica w skupieniu odmierza porcje składników, mamrocząc coś pod nosem.

- Nie krępuj się, kochanie - usłyszał w pewnym momencie Cas. - Przeważnie nie gryzę.

Ponieważ ani na sekundę nie podniosła wzroku znad misy, w której mieszała składniki, Castiel dopiero po chwili zorientował się, że mówiła do niego. Poczuł się speszony świadomością, że przyłapała go na podglądaniu. Odchrząknął i wszedłszy do salonu, skierował swoje kroki w stronę stołu.

- Jak ci idzie… z tym czymś? - zapytał.

Stojąca na blacie misa ozdobiona była nieznanymi Castielowi symbolami. Rowena wykonała nią kolisty ruch, zmuszając znajdujące się w środku składniki do połączenia.

- A co, panie ciekawski? - spojrzała na niego po raz pierwszy i puściła mu oczko. - Nie ufasz mi?

Cas wzruszył ramionami.

- Jakby nie patrzeć, przygotowujesz to dla mnie - powiedział.

- Na razie wszystko idzie zgodnie z planem - odparła.

- Jakie są szanse, że to mnie zabije?

Rowena zmarszczyła brwi, próbując odmierzyć do naparstka kilka kropli gęstej, zielonej substancji.

- Zazwyczaj nie powoduję zgonów wtedy, gdy tego nie chcę.

- Zazwyczaj? - zaniepokoił się Cas.

- Nie mamy pewności, co to za zaklęcie - przypomniała. - Zrobię swoje, ale… Nie gwarantuję oczekiwanego efektu.

Castiel kiwnął głową, doceniając jej szczerość. Jedna rzecz wciąż nie dawała mu spokoju.

- Roweno, gdyby… - zawahał się. - Gdyby coś poszło nie tak… Pomóż najpierw Samowi.

Wiedźma wywróciła oczami.

- Och, Winchesterowie i ich bliscy. Zawsze tacy szlachetni - powiedziała z rozbawieniem w głosie.

Castiel dbał o to, co o nim pomyśli. Mając na uwadze wszystko, przez co przeszli, wiedział, że ustalenie priorytetów ,,na wszelki wypadek” jest niezbędne.

- Nie chciałbym, żeby Dean znów kogoś stracił - odparł. - Nie przeze mnie.

Przez jakiś czas siedzieli w milczeniu, słuchając dźwięku starego zegara stojącego na komodzie. Cas czuł w brzuchu dziwny ucisk - bał się chwili, która nadchodziła, ale jednocześnie nie mógł się jej doczekać. Odkąd wrócił, każdego dnia męczyła go niepewność, wyrzuty sumienia, strach i zwątpienie, i wiedział, że nie tylko jemu było ciężko. Ostatnie miesiące nie oszczędziły nikogo i miał nadzieję, że tego dnia w końcu to wszystko się skończy.

- Dlaczego nie wybrałeś starszego?

- Słucham? - zapytał wyrwany z zamyślenia Cas.

Rowena podniosła na niego wzrok. Jej spojrzenie przebiło go jak szpilka i choć od razu zrozumiał, co miała na myśli, postanowił udawać, że wciąż potrzebuje wyjaśnień.

- Starszego z braci - doprecyzowała. - Sądziłam, że łączy was specyficzna więź.

Cas westchnął. Czy naprawdę wszyscy poza nim wiedzieli o tym, co działo się między nim a Deanem? Ani trochę nie pomagało mu to w uporządkowaniu buzujących od poprzedniego dnia uczuć. Wciąż miał mętlik w głowie.

- To… skomplikowane - przyznał.

- Oczywiście, że tak, kochanie - zaśmiała się. - Uczucia nigdy nie są łatwe. Szczególnie miłość.

- Nie jestem pewny, czy to, co do niego czuję, jeszcze można nazwać miłością - przyznał speszony.

Rowena przyglądała mu się chwilę ze zmartwioną miną. Wyciągnęła dłoń i delikatnie dotknęła jego policzka.

- Jestem prawdopodobnie ostatnią osobą, która powinna wypowiadać się na ten temat… - powiedziała i uśmiechnęła się. - Ale rozmyślanie o tym nie dostarczy ci gotowej odpowiedzi, Castielu. Uczucia zapisane są w sercu, nie w pamięci.

Uszczypnęła go pieszczotliwie i odwróciła się, by wyciągnąć coś z torby. W tej samej chwili do salonu wszedł Sam. Za nim, ziewając przeciągle, pojawił się Dean.

- Możemy porozmawiać? - zapytał Sam.

Castiel kiwnął głową. Gdy odeszli na stronę, w zmartwionym spojrzeniu Winchestera od razu wyczytał niepodjęty jeszcze temat.

- Jesteś pewny, że chcesz, żebym to był ja? - zapytał ściszonym głosem.

- Tak - powiedział Cas. - Tak, podtrzymuję swoją decyzję.

Widział, że Sam w dalszym ciągu jest nieprzekonany. On sam nie był, szczególnie gdy wszyscy dookoła wymagali od niego zgoła innej decyzji. Wziął głęboki wdech, mobilizując się do stanowczości.

- Nie mamy pojęcia, co się wydarzy - podjął. - Boję się, że jeśli dojdzie do jakichś ciężkich decyzji… Dean mógłby zrobić coś głupiego. Nie chcę, żeby któryś z nas znowu wziął na siebie jakiś beznadziejny pakt. Musisz mi obiecać, że cokolwiek by się nie działo, nie dasz się w nic wplątać.

Sam popatrzył na niego z uporem, jakby w pierwszej chwili nie chciał się na to zgodzić. Cas nie mógł go za to winić - w końcu w grę wchodziło szczęście jego brata.

- Proszę - powtórzył Cas. - Wiesz, że to nigdy nie kończy się dobrze.

W końcu wyraz twarzy Sama zmiękł, a on sam spuścił wzrok i kiwnął głową. Castiel odetchnął, mając nadzieję, że dotrzyma słowa. Zerknął na Deana, który - nieświadomy tego, że być może właśnie przesądziły się losy Casa - popijał piwo, wpatrzony w stojącą na stole misę.

- Zaczynamy? - spytała Rowena, gdy Castiel i Sam podeszli bliżej stołu.

Castiel kiwnął głową, Sam również.

- Powodzenia - powiedział Dean, ściskając brata.

Cas widział w jego spojrzeniu, że jego też chciał przytulić, by wyrazić wsparcie. Ostatecznie ograniczył się jednak do uścisku dłoni.

- Jeśli spróbujesz nas oszukać - powiedział Dean do Roweny - Znajdę cię. Doskonale wiesz, do czego jestem zdolny.

- Dean, czy ty próbujesz mnie obrazić? Nie znamy się od wczoraj - odparła czarownica, uśmiechając się drapieżnie. - Za bardzo cenię swoje życie. Życie i moją ciepłą posadkę w Piekle.

Podała Samowi nóż.

- Jak dużo? - zapytał Sam.

- Kilka kropel - odparła.

Sam chwycił za perłową rączkę noża. Bez mrugnięcia okiem przeciął skórę wzdłuż wewnętrznej strony lewej dłoni, zacisnął ją w pięść i wyciągnął nad misą. Po chwili dołem ręki pociekła krew, która skapnąwszy do misy, zaskwierczała wściekle.

- Usiądźcie - poleciła, wskazując na ustawione naprzeciwko siebie krzesła. - Nie chcemy, żebyście uderzyli się w głowę, jeśli stracicie przytomność.

Castiel i Sam wymienili zaniepokojone spojrzenia, ale zrobili tak, jak im nakazała. Dean ustawił się z boku, by nie przeszkadzać i mieć wszystkich na oku. Casowi wydawało się, u jego boku dostrzegł zarys rączki noża. Świadomość, że ktoś nad nimi czuwa - nawet jeśli był to Dean - nieco go uspokoiła.

Ruth wzięła do ręki misę, zanurzyła w niej palec i podeszła do Castiela. Malując mu na czole jakiś symbol, mruczała pod nosem słowa w języku, którego nie rozumiał. Tę samą czynność powtórzyła przy Samie, jednak jego formułka nieco się różniła. Odeszła kawałek, rozłożyła ramiona i zaczęła melodyjnie recytować zaklęcie.

Castiel zamknął oczy i wsłuchał się w głos Roweny. Zacisnął dłonie na krawędziach podłokietników, spodziewając się nagłego efektu działania zaklęcia, ale jedyny rezultat tego był taki, że rozbolały go palce.

- Neastes te! - krzyknęła Rowena i zamilkła.

Cas zacisnął powieki jeszcze mocniej. Zastanawiał się, czy powinien zacząć coś czuć, słyszeć lub widzieć, ale sekundy mijały, a on wciąż dotykał palcami śliskiego chłodu drewnianych podłokietników i trzymał stopy na niezbyt puchatym dywanie leżącym na podłodze. Delikatnie uchylił jedno oko, by upewnić się, że doznania nie są jedynie iluzją, ale ciągle znajdował się w salonie, a siedzący naprzeciwko niego Sam wydawał się tak samo skonfundowany jak on.

- Kiedy coś powinno zacząć się dziać? - zapytał cicho Dean.

Rowena chrząknęła.

- W zasadzie… od razu - przyznała.

- Ach - mruknął Dean.

- Może źle coś wymówiłam.

Przeczytała zaklęcie jeszcze i jeszcze raz - ponownie bez skutku. Myśleli, że problem leży w czymś innym, wypróbowali więc wiele wersji. Upewniwszy się, że cała reszta rytuału została przeprowadzona tak, jak należy, zmarkotnieli, zupełnie jakby opuściły ich resztki nadziei.

- Czyli co? - zapytał Dean zrezygnowanym tonem. - To koniec?

Rowena, która pakowała buteleczki do torby, odgarnęła za uszy kosmyki włosów i nie patrząc na niego, wzruszyła ramionami.

- Nie wiem - odparła. - Zrobiłam wszystko, co mogłam. Nie udało się. Może problem leży w tłumaczeniu?

Castiel się skrzywił. Świadomość, że tyle pracy, energii i zaangażowania mogło pójść na marne przez jego błąd, była przytłaczająca. Poczuł bolesny ucisk w brzuchu. W tym samym momencie Sam położył mu dłoń na ramieniu.

- Nie przejmuj się, Cas - powiedział. - To nie twoja wina.

- A jeśli Rowena ma rację? Jeśli coś spieprzyłem?

- Hej, stary, nikt nie wymagał od ciebie nieomylności - odparł.

- Właśnie, Cas - poparł go Dean. - Nie wiemy zresztą, co było prawdziwym powodem.

Rowena uśmiechnęła się łagodnie do Castiela i krótko uścisnęła jego rękę.

- Niektóre zaklęcia wymagają bardzo specyficznych okoliczności - powiedziała. - Nie zadręczaj się tym, kochanie.

Castiel kiwnął głową, choć trudno było mu nie czuć poczucia winy. Był zawiedziony, bo znów został z niczym - bez pamięci, punktu zaczepienia, pomysłu, co dalej. Wstał od stołu wiedząc, że Dean mu się przygląda, ale nie miał ani odwagi, ani siły, by spojrzeć mu w oczy.

- Pójdę doprowadzić się do porządku - powiedział.

Czuł, że Dean wie, że tak naprawdę potrzebował chwili dla siebie. Właśnie doświadczył pierwszego tak poważnego zawodu odkąd wrócił - to nie mogło przejść obojętnie. Musiał przetrawić to wszystko w samotności, z dala od współczujących spojrzeń.

- Jasne. Gdybyś chciał pogadać…

- Mam dość gadania, Dean - powiedział szorstko. - Dość tłumaczeń, dość domysłów, dość… tego wszystkiego. Chciałbym po prostu pobyć sobą. W milczeniu.

- Jesteś sobą - odparł Dean.

Castiel zatrzymał się w drzwiach.

- To nie wystarcza - powiedział z bólem.

- To zawsze wystarcza.

Cas poczuł, jak jego serce przyspiesza. Miał wrażenie, że po raz pierwszy odkąd wrócił, usłyszał od kogoś słowa, które były skierowane bezpośrednio do niego, a nie wizji przeszłości, jaką każdy miał w głowie. Chciał odwrócić się do Deana i powiedzieć coś, co wyrażałoby wdzięczność, ale gula, która urosła mu w gardle, była nie do przełknięcia. Kiwnął głową i w pośpiechu udał się do łazienki.

Gdy w końcu był sam, ciężko wsparł się ramionami o brzeg umywalki i spojrzał w lustro. Podkrążone oczy, roztrzepane włosy, poszarzały, kilkudniowy zarost i idiotyczny symbol nad brwiami. Odkręcił kran, ochlapał twarz zimną wodą i ze złością zaczął trzeć skórę na czole.

Gdy wyprostował plecy i spojrzał w lustro nie zobaczył swojego odbicia - jego tafla była zaparowana. Położył dłoń na powierzchni, chcąc ją otrzeć, ale nagle zamarł, czując dziwne ukłucie w sercu. Nie był to niepokój czy lęk, ale ekscytacja, która pojawia się na sekundę przed wielkim odkryciem, kiedy coś się już wie, ale jeszcze nie wie, co. Obejrzał rękę dokładnie, jakby była jakimś cennym artefaktem, zacisnął w pięść, a potem rozprostował palce. Wtedy podniósł wzrok na odbicie dłoni, które widniało na zaparowanym lustrze, a w jego głowie skrystalizowało się to, co przed sekundą było tylko wrażeniem. Prędko zakręcił kurek i wybiegł z łazienki.

- Gdzie jest Rowena? - zapytał Deana, gdy wparował do pustego już salonu.

- Sammy poszedł ją odprowadzić - odparł. - Coś się…?

Cas nie miał czasu na tłumaczenia. Rzucił się pędem w stronę schodów i pokonał je, przeskakując po dwa stopnie na raz. Gdy wybiegł przed bunkier, Rowena akurat wsiadała do samochodu.

- Rowena! - krzyknął.

Wiedźma spojrzała w jego kierunku z jedną nogą w aucie i uniosła pytająco brwi.

- Już wiem, co się stało. Wiem, co przeszkodziło w rytuale. Możemy spróbować jeszcze raz? - powiedział, zatrzymując się przy samochodzie. - Proszę.

Rowena wzniosła oczy do góry, jakby błagała niebiosa, by dodały jej siły.

- Przeklęci Winchesterowie i dzień, w którym los sprowadził ich na moją drogę - powiedziała.

Z całej siły trzasnęła drzwiami samochodu i podała Samowi swoją torbę.

- Lepiej, żeby tym razem się udało - powiedziała, celując w Castiela palcem. - Bo w przeciwnym wypadku będę bardzo, bardzo zła. Może nawet zamienię cię w chomika.

Ruszyła pewnie przed siebie, nie zwracając uwagi na pozostawionych z tyłu mężczyzn.

- Myślisz, że naprawdę mogłaby mnie zamienić w chomika? - zapytał zmartwiony Cas.

Sam parsknął śmiechem.

- Tak, Cas. Myślę, że to bardzo prawdopodobne.

Dean był zdziwiony ponownie widząc Rowenę. Spojrzał pytająco na Sama, ale ten jedynie wzruszył ramionami i z ulgą rzucił torbę wiedźmy na stół. Rowena położyła dłonie na oparciu krzesła i stukając palcem o jego kant, wyczekująco patrzyła na Castiela.

- A więc? - spytała. - Co twoim zdaniem poszło nie tak?

Castiel nabrał powietrza. Nim odpowiedział, przeniósł wzrok na Deana.

- Myślę, że od początku mieliście rację - przyznał. - To ja się myliłem. To… powinien być Dean.

Winchester podniósł się z krzesła automatycznie, jakby został wywołany do tablicy. Zmieszał się nieco, gdy uświadomił sobie, że nagle spoczęły na nim wszystkie pary oczu, usiadł i zaczął nerwowo przebierać palcami lewej dłoni.

- Skąd ta nagła zmiana? - zapytała Rowena ironicznie

Jednocześnie zaczęła ponowne wyciągać niezbędne do rytuału rzeczy.

- Jesteś pewny, Cas? - spytał Dean.

Castiel przytaknął, choć jedyne, co miał, to przeczucie, że tym razem wszystko przebiegnie tak, jak powinno. Gdy zajęli miejsca naprzeciwko siebie, wiedział, że nie będzie odwrotu. Myśl, że zamierzał pozwolić Deanowi wejść do swojej głowy, poznać jego największe sekrety i słabości przerażała go, ale z całych sił starał się trzymać faktów. Dean go kochał. Nie chciał go skrzywdzić. Powtórzył to w myślach kilka razy, a gdy ponownie na niego spojrzał, uświadomił sobie, że jest gotowy. Uśmiechnął się. Dean zrobił to samo.

Rowena zaczęła recytować zaklęcie, nic się jednak nie działo. Czyżby Castiel znów się pomylił? Chciał jej przerwać i powiedzieć, że to bez sensu, przeprosić za zmarnowany czas i swoją głupotę, ale w momencie, w którym wsparł się dłońmi o podłokietniki by wstać, a wiedźma wypowiedziała ostatnie słowa, usłyszał szum w uszach i krzyk Sama.

Potem ogarnęła go ciemność.

----- CHAPTER BREAK -----

You taught me precious secrets

Of a true love withholding nothing

You came out in front when I was hiding

Now I'm so much better

And if my words don't come together

Listen to the melody

'Cause my love is in there hiding

I love you in a place

Where there's no space or time

I love you for my life

You're a friend of mine

And when my life is over

Remember when we were together

Donny Hathaway ,,A song for you”

-15-

Przez chwilę Dean myślał, że oślepł.

Usiadł, przerażony, ale wówczas zorientował się, że widzi swoje nogi, ręce i tułów. Dotknął twarzy, ramion i ud. Rozejrzał się dookoła, pomacał powierzchnię, która go otaczała i dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, że znajduje się pośrodku niczego. Zewsząd otaczała go upiorna, przepastna czerń.

- Cas?! - krzyknął.

Spodziewał się, że jego głos potoczy się echem, ale nic takiego się nie wydarzyło. Wręcz przeciwnie - odniósł wrażenie, że zabrzmiał okropnie słabo. Było coś przytłaczającego w głuchej ciszy, jaka panowała dookoła. Odchrząknął i spróbował krzyknąć jeszcze raz, ale efekt był dokładnie taki sam.

Kucnął, podpierając się rękami i powoli się podniósł. Stanie nie było łatwe - przez to, że nie widział, gdzie kończy się horyzont, a gdzie zaczyna sklepienie, ciężko było mu zachować równowagę. Wyciągnął przed siebie ramiona, chcąc wiedzieć, gdy natrafi na jakąś ścianę. Nie wiedział, czego może się spodziewać. Czy znajdował się na otwartej przestrzeni? W jakiejś klatce? Pomieszczeniu?

Ostrożnie wykonał pierwszy krok.

- Cas! - krzyknął znów.

Nie widział go i nie wiedział, czy on też tam trafił. Jeśli tak, to musiał go znaleźć. Tym, jak chciał to zrobić, miał zamiar przejmować się później. Zachęcony sukcesem swoich pierwszych kroków, przyspieszył. Wciąż trzymał ramiona na poziomie głowy, ale po jakimś czasie zaczął czuć się pewniej.

Doszedł do wniosku, że tam, gdzie się znajdował, nie było niczego.

Nie wiedział, jak długo szedł przed siebie. Kilka razy się zmęczył, kilka razy zatrzymał, by odpocząć. Od nieskutecznych krzyków zaczynało go drapać w gardle. Zastanawiał się, czy Rowena i Sam już pracują nad tym, jak ściągnąć go z powrotem. Miał ogromną nadzieję, że tak.

W pewnym momencie Dean zauważył w oddali jakiś blask.

Jego pierwszą reakcją było zwątpienie. Uznał, że na pewno mu się przywidziało - mózgowi zaczynało brakować bodźców i postanowił sam je sobie stworzyć. Dean przetarł oczy i uśmiechnął się ponuro, gdy błysk zniknął. Utwierdzony w swojej racji, poczuł się podniesiony na duchu. Jeszcze mu nie odbiło.

Po chwili jednak błysk się powtórzył, tym razem bliżej i jakby wyraźniej. Dean zamknął oczy i pomasował palcami powieki. Gdy mimo to wrażenie nie zniknęło, pomyślał, że to może być jakiś znak. Zaczął iść w jego stronę. Pokonawszy kilka metrów zatrzymał się i uświadomił sobie, jak niedorzeczne było to, co robił - światło w tunelu nigdy nie zwiastowało niczego dobrego. Mimo to, wiedziony przeczuciem, ruszył dalej.

Nagle jego serce zaczęło bić szybciej. Zmarszczył brwi, nie wiedząc dlaczego, ale właśnie wtedy dotarło do niego, że tam, gdzie do tej pory widział światło, teraz w oddali majaczyła sylwetka człowieka. Przyspieszył. Dookoła panowała cisza tak głęboka, że dudnienie krwi w uszach wydawało się głośniejsze niż grzmoty podczas burzy.

- Cas! - krzyknął.

Miał nadzieję, że ten ktoś - kimkolwiek by nie był - go usłyszy, wciąż jednak znajdował się zbyt daleko. Jego marsz przerodził się w trucht, dudnienie w uszach - w dziki łoskot. W którymś momencie - nie zarejestrował nawet, w którym - zaczął biec. Nagle perspektywa tego, że był zdany na łaskę Roweny i Sama, i w każdej chwili mógł zostać z powrotem ściągnięty do Bunkra, wydała mu się przerażająca. Musiał wiedzieć, kto to. I musiał znaleźć Casa.

Gdy był wystarczająco blisko, zatrzymał się, by złapać oddech i skierował wzrok na siedzącego tyłem do niego mężczyznę. Od razu rozpoznał sterczące we wszystkie strony włosy i wystający spod beżowego płaszcza kołnierz. Jego serce zalała fala ulgi.

- Cas?

Castiel drgnął i odwrócił się przez ramię. Na widok Deana przez jego twarz przetoczyła się cała gama emocji - od zdziwienia, osłupienia i niedowierzania po ulgę i radość, ale też lęk.

- Dean? - spytał niepewnie Castiel, podnosząc się z ziemi.

- Już myślałem, że cię nie znajdę - powiedział Dean, idąc w jego stronę. Rozejrzał się dookoła i wykonał zamaszysty gest ręką. - Co to za miejsce? Jeśli ta wiedźma jednak nas oszukała, to naprawdę ją…

Gdy ich oczy w końcu się się spotkały, Dean stanął jak wryty, a jego ciało zareagowało, nim zdążył w pełni uzmysłowić sobie prawdę. Zrobiło mu się jednocześnie słabo, gorąco, duszno i zimno. Położył dłoń na klatce piersiowej, jakby w ten sposób mógł powstrzymać serce przed wyrywaniem się z piersi.

Dean rozpoznał ten wzrok od razu, mimo że nie widział go od dawna. Był przeszywający i kojący zarazem, delikatny, ostrożny, pełen troski i czegoś jeszcze, czego długo nie potrafił nazwać. Teraz wiedział już, co to było.

Wiedział też, że tak nie patrzył Castiel z ostatnich miesięcy.

Dean zrobił kilka kroków w przód i położył rękę na ramieniu Castiela, jakby chciał się upewnić, że jest prawdziwy i nie stanowi jedynie wytworu jego zmęczonej wyobraźni. Twarz Castiela rozjaśnił szeroki uśmiech, którego nie potrafił dłużej powstrzymywać. Dotknął dłonią policzka Deana i delikatnie pogładził go kciukiem. Potem zrobił coś, czego Dean zupełnie się nie spodziewał - nie po ostatnich miesiącach, podczas których jedyny kontakt fizyczny, jaki nawiązywali, był w większości przypadków zupełnie przypadkowy: ujął go w ramiona. W pierwszej chwili Dean napiął się jak struna, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Nie miał pojęcia, jak powinien się zachować, jednak gdy poczuł przy piersi ciepło ciała Castiela, uśmiechnął się pod nosem i odwzajemnił uścisk. Zacisnął dłonie na śliskim materiale płaszcza i wtulił twarz w jego szyję, wdychając znajomy, słodki zapach. To naprawdę był on. Dean wydał z siebie dźwięk, który był czymś pomiędzy szlochem a parsknięciem śmiechem.

- Z tego wszystkiego zaraz zamoczę ci kołnierz - rzucił zdławionym od płaczu głosem.

Castiel odsunął się i spojrzał na niego z troską w oczach i uśmiechem w kącikach ust. Ujął mokrą twarz Deana w dłonie i otarł kciukami spływające po policzkach łzy.

- To nic - powiedział cicho Cas, przyglądając się mu uważnie - Najważniejsze, że to naprawdę ty.

- Pamiętasz…?

Dean chciał zapytać o coś konkretnego, ale miał w głowie kompletną pustkę. Liczyło się dla niego tylko to, że po tych wszystkich miesiącach znów mógł trzymać Castiela w ramionach.

- Tak, Dean - przyznał Cas.

Po chwili dodał ze skrępowaniem:

- Pamiętam wszystko.

Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie zdążył: Dean wychylił się do przodu i zamknął mu usta pocałunkiem. Tak długo na to czekał. Gdy wargi Castiela rozchyliły się, wpuszczając jego język do środka, to, co działo się przez ostatnie miesiące, gdzie byli i jak zamierzali się stamtąd wydostać, na chwilę przestało mieć znaczenie.

- Jak mogłeś myśleć, że nie możesz mnie mieć? - spytał Dean, opierając swoje czoło o czoło Castiela.

Wciąż przyciskał go do siebie, bojąc się, że gdy wypuści go z ramion, Castiel zniknie. Nie mógł pozwolić na to, by cokolwiek znów ich rozdzieliło. Cas najwyraźniej myślał podobnie, bo w trakcie pocałunku zjechał dłońmi na klatkę piersiową Deana i z całej siły trzymał się materiału jego koszuli.

Pytanie Deana go zaskoczyło.

- Zawsze sądziłem… - Zaciął się. - Nigdy nie porozmawialiśmy o tym, że…

- Tak strasznie za tobą tęskniłem, Cas - powiedział Dean.

Castiel na chwilę spuścił wzrok. Nie mógł zapanować nad uśmiechem i wstydliwym rumieńcem, który pojawił się na jego twarzy.

- Wiem, Dean - odparł Cas. Spojrzał na Deana czule. - Słyszałem twoją modlitwę.

Dean wysoko uniósł brwi.

- Naprawdę? - zapytał. - Jakim cudem?

Castiel wzruszył ramionami.

- Trwałem w Pustce… Nie wiem sam, jak długo, dręczony samotnością, koszmarami i żalem. Powoli odchodziłem od zmysłów. Wtedy usłyszałem twój głos. - Odsunął się od Deana i rozejrzał dookoła. - Początkowo myślałem, że to kolejna wyszukana forma tortury, ale… było w tym coś, co sprawiło, że zacząłem wierzyć, że być może naprawdę udało ci się nawiązać ze mną jakąś formę kontaktu. Pomyślałem, że skoro tobie się udało, to może ja też byłem do tego zdolny. Skupiłem wszystkie swoje siły… Ale nie zadziałało - przynajmniej wtedy tak sądziłem. Przez jakiś czas leżałem w maglinie, nie mając pojęcia, co się ze mną dzieje.
Sny, które miałem, od tej pory stały się jeszcze bardziej rzeczywiste, a ja każdego dnia błagałem, by przestały mnie dręczyć.

- To wtedy wróciłeś… I trafiłeś do szpitala - domyślił się Dean.

Castiel przytaknął.

- Tak. Po jakimś czasie gorączka ustąpiła, a ja zacząłem mieć inny rodzaj rodzaj wizji. Nie byłe złe. Widziałem Sama. Claire. Ciebie. Były bardzo rzadkie, sporadyczne, ale towarzyszyło im dziwne poczucie, że dzieją się naprawdę. Może nie tu, gdzie jestem, ale… postanowiłem to wykorzystać. Nie sądziłem, że się uda, ale to wszystko, co miałem. Desperackie czasy wymagają desperackich środków.

- Czyli nie wiesz, co dokładnie się działo, gdy wróciłeś? - zapytał Dean.

Z jednej strony był nieco rozczarowany, z drugiej - pomyślał, że to być może lepiej.

- Znam przebłyski - powiedział. - Wydaje mi się, że tkwiłem w zawieszeniu pomiędzy Pustką a waszym światem. Możliwe, że nie starczyło mi siły, by ją pokonać i całkiem się wydostać. Byłem jednocześnie i tam, i tu. Tam fizycznie, ale bez pamięci. Tu… niematerialnie, ale wiedząc, kim jestem.

- ,,Tu” czyli gdzie? - chciał wiedzieć Dean.

Spojrzał w otchłań otaczającej ich czerni. Próbował wyobrazić sobie, że musi zostać tam już na zawsze, aż do końca świata: tkwić w miejscu, które jest bezkresnym pustkowiem. Przez jego ciało przeszedł dreszcz.

- Wydaje mi się, że jesteśmy w Pustce - powiedział Cas. - Ale równie dobrze to może być moja głowa.

- Jak mnie tu ściągnąłeś? - zapytał Dean.

Cas usiadł po turecku i wsparł łokcie na kolanach. Dean usiadł obok, dotykając ramieniem ciepłego boku mężczyzny.

- Próbowałem wykorzystać połączenie. Długo zajęło mi nauczenie się, jak to zrobić. Wymagało to wiele wysiłku i jeszcze więcej czasu. Starałem się przekazać wam, co się ze mną dzieje i w jaki sposób możecie się ze mną skontaktować, ale komunikat był za długi. Musiałem podzielić go na kilka części. Pierwsza z nich…

- Trafiła na Jody - dokończył Dean. - Drugą udało nam się nagrać. Cas, jesteś genialny.

Cas uśmiechnął się mimowolnie i wzruszył ramionami.

- Najważniejsze, że zadziałało - przyznał zawstydzony.

- Rowena pomogła nam przygotować rytuał, ale nie miała pojęcia, jak go przeprowadzić. Trochę… Improwizowaliśmy.

- Wiem. Nie zdążyłem przekazać reszty. To było wtedy, kiedy zaatakowały mnie tamte anioły. - Castiel zgarbił się i zmarszczył brwi. Wyglądał na zmęczonego. - Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego to zrobiły.

- Cudownie - mruknął Dean. - Czyli zostaje nam jeszcze jedna zagadka do rozwiązania. Cóż, mam nadzieję, że uporamy się z nią, jak tylko…

- To nie były anioły.

Castiel drgnął, wystraszony, a Dean poderwał się na nogi. Gdy odwrócił się w stronę, z której rozległ się głos, zamarł. Popatrzył na Casa, który stanął obok niego - wydawał się równie zdezorientowany, co on.

- Jack? - powiedzieli jednocześnie.

----- CHAPTER BREAK -----

We're only humans floating on a rockBut I think that you are made of stardustUnconditional, you put up with so muchI can never repay the way you loveBack to the sky, we all have to fly back home, back homeThe sweetest goodbyes are never with smiles at all
Jessie Reyez
,,Love in the dark”
-16-

Wyglądał tak samo jak wtedy, gdy widzieli go po raz ostatni: jasne włosy, pogodne oczy i lekko-radosny, lekko-poważny uśmiech. Nawet ubrany był w to samo: kurtkę, która przeszła stanowczo zbyt wiele, jeansy i tenisówki. Gdy pierwszy szok minął, Castiel ruszył w jego stronę. Od razu zamknął Jacka w mocnym, niemal ojcowskim uścisku, a Dean zauważył na twarzy chłopaka autentyczną radość, tęsknotę i ulgę.

Gdy Castiel odsunął się na bok, a Dean i Jack znaleźli się naprzeciwko siebie, uśmiechy ustąpiły miejsca powadze. Nie trwało to jednak długo. W momencie, w którym wymieniali uścisk dłoni, Dean przyciągnął go do siebie i objął.

- Dobrze cię widzieć, dzieciaku - powiedział, targając mu włosy, gdy wypuszczał go z objęć.

- Co tu robisz? - zapytał Castiel.

- Jestem tu, żeby wam pomóc - odparł.

Dean w porę ugryzł się w język - nie chciał powiedzieć kilku słów za dużo. Widział zresztą, że Jack wyglądał na zmęczonego.

- Przepraszam, że zajęło mi to tyle czasu - dodał, patrząc na Castiela.

- Jack… - westchnął Cas. - To była moja decyzja i byłem gotowy, by ponieść jej konsekwencje.

- Uratowałeś mnie - przypomniał Jack stanowczo. - Uratowałeś nas obu. - Wskazał na Deana. - Jestem ci winny chociaż wyjaśnienia, dlaczego nie przybyłem wcześniej.

Castiel spojrzał na niego ostro.

- Powiedz, że nie zrobiłeś niczego głupiego - rzucił błagalnie.

- Odkąd zaprowadziłem pokój w Niebie, próbowałem sprowadzić cię z powrotem do domu - przyznał Jack. - Ale nawet ja nie posiadam takiej mocy, która mogłaby uczynić to bez jej zgody. Rozmawiałem z nią, próbowałem paktować…

- Jack… - rzucił błagalnie Cas, uciskając palcami mostek nosa.

- Pustka była nieubłagana niezależnie od tego, czego bym jej nie proponował. Igrała ze mną, robiąc mi nadzieję, po czym zmieniała zdanie. - Jack zmarszczył brwi i spojrzał na Deana. - Dopiero to, że udało ci się nawiązać połączenie z Castielem, wszystko zmieniło.

- Och - zdziwił się Dean.

Wcześniej sądził, że to zuchwałe, by łączyć swoją modlitwę z powrotem Castiela - nie spodziewał się, że faktycznie mogła mieć aż taką moc. Gdy teraz okazało się, że było inaczej, poczuł w brzuchu dziwną sensację.

- Wróciłem wtedy z propozycją - kontynuował Jack. - Pustka wiedziała, że utknąłeś między dwoma światami. Jeśli w jakiś sposób udałoby ci się całkowicie wydostać samemu, miała zostawić cię w spokoju. Ale…

- A co, jeśli nie? - przerwał mu Castiel.

Jack spuścił wzrok. Dean doskonale wiedział, co to oznacza. Położył Castielowi dłoń na ramieniu - w ten sposób zawsze go uspokajał.

- Wtedy miałem do ciebie dołączyć.

Castiel zakrył oczy dłonią. Dean czuł pod ręką, że jego barki były napięte, podobnie jak całe ciało.

- Obiecałeś - przypomniał cicho Castiel.

- Dlaczego nie przyszedłeś z tym do nas? - mruknął Dean.

- I co by mi to dało, Dean? - zapytał ostro Jack. - Wiem, że ty i Sam szukaliście sposobu na wyciągnięcie Castiela miesiącami i nic nie znaleźliście. Z tego miejsca się nie wraca. A ja nie mogłem udawać, że o tym nie pamiętam. Musiałem coś zrobić.

Dean wiedział, że jest ostatnią osobą, która powinna wypominać Jackowi podjęcie tej decyzji. Ile razy on popełnił głupi błąd, próbując uchronić tych, których kochał, przez zgubą? Czy gdyby w trakcie poszukiwań natrafił na coś ryzykownego, co dawało chociażby nikłą szansę na uratowanie Casa, porzuciłby ją? Wiedział, jak brzmiała odpowiedź na to pytanie. Już sam fakt, że zgodził się wziąć udział w szemranym rytuale z pomocą Roweny świadczył o poziomie jego desperacji.

- Macie prawo być źli. Zresztą, ja też dałem się oszukać. Anioły, które cię zaatakowały, były tak naprawdę wysłannikami Pustki. Miały sprowadzić cię z powrotem do niej.

Castiel parsknął, strząsnął z ramienia dłoń Deana i odszedł kawałek.

- Nie miałem wyboru! - krzyknął za nim Jack.

Cas gwałtownie odwrócił się na pięcie. Dean spodziewał się, że za chwilę wybuchnie gniewem, ale nic takiego się nie stało - wielkie, niebieskie oczy Castiela przepełnione były jedynie niewyobrażalnym smutkiem.

- A niech cię, Jack - powiedział zdławionym głosem.

- Kiedy dowiedziałem się, co się stało, zerwałem umowę - kontynuował Jack. - Ale zawarłem kolejną. Powiedziałem jej, że ją zniszczę, jeśli nie pozwoli ci odejść - Jack mówił to spokojnie, ale wściekły żar, który bił z jego oczu, niemal od razu przypomniał, kto jest jego ojcem. - Uległa, ale zaznaczyła, że sam muszę cię zabrać, co było podłym zagraniem z jej strony, bo doskonale wiedziała, że jest tylko jedna osoba zdolna przedrzeć się przez barierę w umyśle Castiela. I jesteś to ty, Dean.

Dean przypomniał sobie słowa, które wiele lat wcześniej powiedział Cas.

Dean i ja dzielimy specyficzną więź.

Zupełnie jakby ich los przesądzony był już wtedy. Uśmiechnął się pod nosem i zerknął na zatopionego w myślach Castiela. Czując na sobie wzrok Deana, Cas odwrócił twarz w jego stronę. To wystarczyło, by wiedział, że w tej chwili myślą o tym samym.

- Czyli… co? - zapytał Dean. - To koniec? Cas może odzyskać skrzydełka i tak po prostu wrócić do domu?

Powiedział ,,do domu” ale miał na myśli ,,do mnie”. Jack, który chwilę wcześniej uśmiechał się delikatnie w ich stronę, nagle spoważniał.

- Jest coś jeszcze - powiedział cicho Cas, który również domyślił się po minie Jacka, że to nie koniec.

Jack wydawał się przybity tym, co zamierzał powiedzieć. Serce Deana łomotało w piersi. Spodziewał się najgorszego.

- Castielu, to, co spotkało cię w ostatnim czasie, nie jest typowe. W zasadzie, rozszczepienie twojego ,,ja” jest bardzo niebezpieczne. Nie wiemy, jak zareagujesz, gdy ponownie połączę cię w jedno, ale… to może doprowadzić do twojej śmierci.

Castiel skrzywił się i odruchowo chwycił Deana za rękę. Winchester był mu za to wdzięczny. Ze stresu zrobiło mu się niedobrze, w dodatku poczuł zbliżający się wielkimi krokami atak paniki. Ciasno splótł palce z palcami Casa.

- Są natomiast dwie opcje, które znacznie zmniejszą ryzyko - powiedział Jack.

- Zmniejszą, ale nie całkowicie zlikwidują? - spytał Cas.

Jack przytaknął.

- Niestety - powiedział.

Castiel odetchnął.

- Dobrze. Jakie to opcje?

Jack spojrzał przepraszająco najpierw na niego, potem na Deana.

- Mogę przywrócić ci łaskę i zabrać cię do Nieba, gdzie pomożesz mi i swoim braciom w budowaniu lepszego miejsca - powiedział. - Ale nie przywrócę ci wspomnień. Nie będziesz pamiętał niczego. Rozpoczniesz nowe życie.

Dean zauważył, że Castiel zastygł. Pogładził kciukiem wierzch jego dłoni, by dodać mu otuchy. Cas wrócił, spojrzał na niego z wdzięcznością i nerwowo przełknął ślinę.

- Jaka jest druga opcja?

- Możesz wrócić na ziemię i odzyskać wspomnienia. Ale… bez łaski. Znowu staniesz się człowiekiem.

Dean z całej siły zacisnął szczęki. Nie miał odwagi spojrzeć na Castiela. Bał się, że jeśli wyczyta z jego oczu decyzję, znów się rozpadnie. Wiedział, że w tym wszystkim nie chodziło o niego i z całej siły pragnął, by Cas dokonał wyboru w zgodzie ze sobą, nie oglądając się na nikogo i na nic, ale serce pękało mu na myśl o tym, że znowu go straci - tym razem już naprawdę bezpowrotnie.

Poczuł, że Castiel na niego patrzy i nie mógł dłużej ignorować napięcia, które wisiało w powietrzu. Zmusił się, by odwrócić w jego stronę głowę. Uśmiechnął się, gdy Cas przyłożył dłoń do jego policzka. Wtulił się w nią, próbując zapamiętać to uczucie na resztę życia. Gdy mężczyzna delikatnie musnął jego usta swoimi, Dean już wiedział, że Castiel podjął decyzję.

- Myślę, że znasz moją odpowiedź - powiedział Cas, patrząc w stronę Jacka.

Jack przechylił głowę - robił to dokładnie w ten sam sposób, co Cas - i przytaknął.

- Tak właśnie sądziłem - przyznał. - Ale chciałem się upewnić. Daj znać, gdy będziesz gotowy.

- Cas. - Dean złapał go za rękę. - Muszę ci coś powiedzieć.

Wyobraził sobie, że nie znajdują się właśnie w samym środku niczego, ale tamtego dnia w szpitalnej sali, gdy Castiel się ocknął. Tylko że w wyobraźni Deana, Cas nie stracił pamięci. Po przebudzeniu nie patrzył na niego ze strachem i nienawiścią, ale właśnie tak, jak teraz - z bezgraniczną miłością, jakiej Dean nigdy wcześniej nie doświadczył i pewnie już nie doświadczy. Liczył, że jeśli zapamięta to w ten sposób, łatwiej będzie mu się pogodzić z decyzją Castiela.

- Chcę, żebyś wiedział… - zaczął.

Gdy wyobrażał sobie tą scenę, zawsze szło mu łatwiej. Słowa same pchały mu się na język. Wszystko było jakieś prostsze.

Teraz zupełnie nie miał czasu na wielką przemowę. Nie miał siły wymyślać skomplikowanych zdań czy rozgrzebywać przeszłości. W tej chwili liczył się tylko Castiel i to, by tym razem, nim odejdzie, zdążył usłyszeć od Deana to, co najważniejsze.

- Chcę żebyś wiedział, że cię kocham - wyznał. - Przepraszam, że nie powiedziałem tego wcześniej. Kocham cię i zawsze będę cię kochał.

Castiel uśmiechnął się czule.

- Ja ciebie też - wyszeptał, gdy jego usta znajdowały się tuż przy ustach Deana.

Dean uśmiechał się, gdy go całował.

Właśnie tak chciał go zapamiętać.

----- CHAPTER BREAK -----

Maybe I know, somewhere
Deep in my soul
That love never lasts
And we've got to find other ways
To make it alone
But keep a straight face
And I've always lived like this
Keeping a comfortable, distance
And up until now
I had sworn to myself that I'm content
With loneliness
Because none of it was ever worth the risk
But, you are, the only exception
Paramore ,,The only exception”
-17-

Dean poderwał się z krzesła, gwałtownie zaczerpując tchu.

- Dean! - krzyknął z ulgą Sam.

Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Z jego wysuszonego na wiór gardła wydobyła się jedynie długa salwa suchego kaszlu. Brat od razu podał mu szklankę wody, którą Dean wypił niemal do dna jednym duszkiem.

- Jak długo mnie nie było? - zapytał.

- Półtorej godziny - odparła Rowena. - Zaczynaliśmy się niepokoić.

Dean nachylił się nad stołem i ciężko wsparł ramionami o blat. To, czego się dowiedział, wciąż wirowało mu w głowie, rozsypane niczym puzzle. Zamknął oczy, próbując się skoncentrować, ale w zatkanych uszach wciąż słyszał bliżej niezidentyfikowany pisk.

- Udało się? - zapytał Sam. - Co z Castielem?

Dean zamarł. Pytanie sprawiło, że jego mózg znów zaczął pracować na najwyższych obrotach i wszystkie klocki wróciły na właściwe miejsca. Cas, Jack, Pustka… Popatrzył na Sama, zupełnie nie wiedząc, od czego zacząć.

- Cas… - zaczął Dean, tonąc w zmartwionym spojrzeniu brata.

- Castiel ma się nie najgorzej - rozległa się odpowiedź.

Sam i Dean odwrócili się w tym samym momencie, Sam - z ekscytacją, Dean - ze zdziwieniem. Siedzący na krześle Castiel przeciągał się, próbując rozprostować zdrętwiałe kończyny.

- Witajcie - powiedział, uśmiechając się wstydliwie. Spojrzał na swoje dłonie, dotknął ubrania. Zmarszczył brwi. - Dziwnie być z powrotem.

Ktoś coś powiedział, ktoś się zaśmiał, wymieniono uściski, słowa powitania i wdzięczności, ale Dean przestał rejestrować jakiekolwiek bodźce. Wciąż stał w tym samym miejscu i z niedowierzaniem wpatrywał się w Castiela.

Cas w końcu to zauważył. Wsadził ręce do kieszeni i wzruszony spojrzał na Deana. Napięcie na linii między tą dwójką spostrzegł też Sam, który dyskretnie dał Rowenie znać, że powinni na chwilę zostawić ich samych. Gdy wyszli, Cas i Dean jeszcze przez chwilę trwali w milczeniu.

- Zostałeś - powiedział w końcu Dean zdławionym od emocji głosem.

Oparł się o stół i skrzyżował ramiona na piersi, starając się ukryć drżące od emocji dłonie. Castiel uśmiechnął się ostrożnie, a Dean poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła.

- Oczywiście, że tak - odparł.

- Ale przecież… Myślałem, że… - Dean zebrał myśli i zaczął jeszcze raz: - Sądziłem, że odpowiedź, którą dałeś Jackowi, wskazywała na drugą opcję.

Castiel przysiadł na stole obok Deana. Gdy zetknęli się ramionami, przeskoczyła między nimi iskra.

- Chyba nie słuchałeś mnie zbyt uważnie - powiedział łagodnie Castiel.

Dean odwrócił w jego stronę głowę. Cas wyglądał na poważnego.

- Nie musiałem się zastanawiać, bo była tylko jedna opcja, która wchodziła w grę - dodał. Wyciągnął dłoń i wziął Deana za rękę. - Tylko jedna oznaczała ciebie.

Spojrzał na ich splecione dłonie, potem znów na Castiela. Wiedział, że powinien być szczęśliwy, ale zamiast tego Dean czuł narastającą w nim panikę oraz irracjonalne, niesprawiedliwe i podłe wyrzuty sumienia. Jakim cudem Castiel po raz kolejny wybrał jego? Głos w jego głowie krzyczał, że nie jest tego warty.

Wszystko zepsujesz. Nie zasługujesz na szczęście.

- Będziesz tego żałował - powiedział Dean, puszczając rękę Castiela.

Nie wiedział, dlaczego próbował sabotować swoje szczęście.

Ich

szczęście. Położył dłonie na karku, zrobił kilka kroków wprzód i wziął głęboki oddech.

- Dean - powiedział miękko Castiel. Nie gniewał się, co było chyba jeszcze gorsze. - Dlaczego tak mówisz?

- Bo tak będzie - odparł Dean. Zacisnął powieki, starając się powstrzymać napływające mu do oczu łzy. - Nie chciałem, żebyś tak wiele dla mnie poświęcał. Nie spodziewałem się, że… to będzie tyle kosztować.

- To była moja decyzja - powiedział Cas. - Moja, Dean. Nie będę jej żałował.

- Zestarzejesz się - przypomniał Dean, odwracając się w jego stronę. - Będziesz chorował, będziesz cierpiał, będziesz… Umrzesz.

Castiel wpatrywał się w niego z tak bezgraniczną miłością, że Dean miał ochotę dać sobie w twarz. Cas nie zasługiwał na to, co teraz robił. Czuł, że panika zaczyna przejmować nad nim kontrolę.

- Więc miałem o tobie zapomnieć? - zapytał cicho Cas.

Zrobił krok wprzód i ujął twarz Deana w dłonie, zmuszając go, by na niego spojrzał.

- Nie, Dean - powiedział stanowczo. - Wiem, co robisz. Próbujesz uniknąć zranienia, odpychając kogoś jako pierwszy. Ale zbyt wiele razy to widziałem, by teraz dać się na to nabrać.

- Ale…

- Myślisz, że boję się śmierci? - zapytał. - Nie, Dean. Umierałem już wiele razy. Sądzisz, że będę żałował, że oddałem swoją łaskę? Istniałem przez tak wiele wieków, nie mając celu i nie znając niczego poza służbą… Dopiero kiedy poznałem ciebie zrozumiałem, na czym polega życie.

Castiel uśmiechał się, gdy to mówił, a Dean nie potrafił przestać wpatrywać się w jego oczy. Dopiero po chwili dotarło do niego, że jego oddech uspokoił się i wyrównał, a serce biło miarowo. Castiel miał rację. Zasługiwał na szczęście, bez względu na to, co podpowiadał mu głos w głowie. Przytulił Castiela mocno, zatapiając się w bezpieczeństwie, jakie zawsze dawała mu jego bliskość. Wszystko było w porządku. Tak bardzo go kochał.

Wytłumaczenie wszystkiego Samowi i Rowenie zajęło im trochę czasu - tym bardziej, że Castiel ze zmęczenia praktycznie słaniał się na nogach. Szybko okazało się, że to, co przeszedł, wyczerpało jego baterie niemalże do zera. Po zjedzeniu kilku tostów z serem i dokończeniu opowieści, pierwszym, co zrobił, było pójście do łóżka. Zasnął natychmiast.

- Jeszcze raz dziękujemy. Jesteś naprawdę niesamowita - mówił Sam do Roweny, odprowadzając ją do drzwi, podczas gdy Dean siedząc z nogami na stole, przecierał ze zmęczenia oczy.

- Mam wrażenie, że ostatnie dwadzieścia cztery godziny to tylko jakiś szalony sen - przyznał, gdy brat wrócił i usiadł obok niego.

- Mógłbyś docenić, że chociaż raz obyło się bez większych komplikacji - odparł Sam.

- Doceniam to, Sammy. Naprawdę to doceniam.

- Widzę - przyznał brat.

- Co masz na myśli?

Sam wzruszył ramionami i podrapał się po głowie.

- Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem cię takiego szczęśliwego.

Dean zamyślił się na chwilę, a w jego głowie, jak w filmie, pojawiły się wspomnienia ostatnich miesięcy - a w zasadzie ich brak, bo długie tygodnie żałoby po Castielu zlewały mu się w jeden dzień. Nie pamiętał z nich zbyt wiele, poza tym, że prawie cały czas chodził nietrzeźwy. Spojrzał na nieotwarte jeszcze piwo, które trzymał w dłoni i odstawił je na stół. Ziewnął, zasłaniając usta dłonią.

- Nie wiem, Sammy. Odzyskaliśmy Castiela. Mam dosyć duży powód do bycia szczęśliwym - powiedział.

Sam kiwnął głową. Popatrzył na brata i wsparł brodę na ręku.

- Powiedziałeś mu? - zapytał.

- O czym?

Było tyle rzeczy z ostatnich miesięcy, o których jeszcze nie porozmawiali, że Dean sam nie wiedział, od czego zacząć.

- O tym, że go kochasz.

Dean zamyślił się na chwilę. Nie przywykł do mówienia o miłości wprost - zwykle pokazywał to przez czyny, być może dlatego, że przez lata bał się emocjonalnego zaangażowania, a być może przez to, że nikt go tego nie nauczył. Z Castielem było inaczej. Gdy już raz powiedział mu, że go kocha, chciał to robić cały czas i musiał naprawdę mocno się pilnować, by nie kończyć w ten sposób każdej wypowiedzi. Zupełnie tak, jakby słowa ,,

kocham cię

” padające z ust Deana Winchestera od zawsze czekały na właściwą osobę, a tą osobą okazał się Castiel.

Dean uśmiechnął się mimowolnie, gdy znów pomyślał o tym, że go kocha.

- Tak - odparł.

- I…?

Dean wywrócił oczami.

- Czego się spodziewasz, pikantnych szczegółów?

- A były jakieś? - zainteresował się Sam.

Dean posłał mu mordercze spojrzenie, na które Sam odpowiedział głośnym śmiechem.

- Czyli co… Teraz jesteście parą? - zapytał.

- Zachowujesz się jak dwunastolatek - odparł chłodno Dean.

- Daj spokój, Dean. - Sam machnął ręką. - Możesz mi powiedzieć. Czy Castiel jest już twoim chłopakiem?

Dean zgniótł leżącą luzem kartkę papieru i wycelował utworzoną w ten sposób prowizoryczną piłeczką w głowę Sama. Brat w ostatniej chwili uchylił się przed strzałem.

- Nie rozmawialiśmy o tym jeszcze - mruknął naburmuszony Dean.

- Rozumiem. - Sam spoważniał, choć Dean był przekonany, że to tylko pozory. - Pierwszy chłopak to poważna sprawa. Koniecznie musicie to przegadać.

Dean westchnął głośno, wyrażając swoją dezaprobatę dla poczucia humoru brata. Wstał, zgarnął ze stołu butelkę piwa i ruszył w stronę korytarza.

- Swoją drogą, kto powiedział, że Cas to mój pierwszy chłopak? - zapytał, gdy był już prawie przy wyjściu.

Usłyszał za plecami, że Sam krztusi się piwem.

- Co takiego?! - krzyknął za nim, ale Dean jedynie parsknął śmiechem i pokazał mu środkowy palec.

W drodze do pokoju zaszedł do kuchni, odstawił piwo do lodówki i wstawił wodę na herbatę. Czekając, aż się zagotuje, poszedł wziąć prysznic. Gorące strumienie wody nieco go rozbudziły - przynajmniej na tyle, by nie zasnąć nad odcinkiem serialu, który planował w końcu zacząć. Czuł się tak lekko po raz pierwszy w życiu.

Mijając w drodze powrotnej do kuchni pokój Castiela, usłyszał jakieś głosy. Stanął pod drzwiami i zaniepokojony nasłuchiwał przez chwilę - mogło mu się przecież wydawać. Gdy głos się powtórzył, Dean nacisnął klamkę i cicho wszedł do środka. Spocony Castiel rzucał się po łóżku i mówił coś przez sen.

- Cas…?

Podszedł do łóżka, zapalił lampkę nocną i przysiadł na skraju materaca. Położył dłonie na ramionach Castiela i przytrzymał je.

- Cas, masz zły sen - powiedział. - Cas!

Cas otworzył oczy i spojrzał na Deana. Winchestera przeszedł dreszcz - przez parę sekund widział w spojrzeniu Castiela to samo przerażenie, które znał ze szpitala i mimowolnie się odsunął. Dopiero gdy mężczyzna skupił na nim wzrok, wyraz jego twarzy złagodniał. Usiadł i rozejrzał się, zdezorientowany.

- Wszystko w porządku? - zapytał ostrożnie Dean. - Miałeś zły sen?

Castiel kiwnął głową i przeczesał dłonią splątane potem włosy.

- Tak, chyba tak. Przepraszam, ja… - westchnął. - Mógłbym cię prosić, żebyś przyniósł mi szklankę wody?

Dean od razu spełnił jego prośbę. Wrócił nie tylko ze szklanką, ale nawet dzbankiem wypełnionym po brzegi świeżo przefiltrowaną wodą.

- Dziękuję - powiedział Castiel, drżącą dłonią chwytając szklankę.

Wypił duszkiem wodę i otarł wierzchem dłoni mokre usta. Wyglądał już spokojniej - najwyraźniej przez te kilka minut miał czas, by uwierzyć, że to faktycznie był jedynie zły sen.

- Dzięki - powtórzył jeszcze raz, osunął się na poduszkę i przymknął oczy. - Zapomniałem, że ludzie muszą sypiać. To zawsze była moja najmniej ulubiona część człowieczeństwa - przyznał.

Dean uśmiechnął się, chociaż nie był pewny, czy Cas żartuje.

- Mam nadzieję, że teraz już będziesz spał spokojnie - odparł.

Czuł się zakłopotany. Kiedy haj związany z adrenaliną i silnymi emocjami opadł, Dean spojrzał na nich na chłodno i uświadomił sobie, że pytanie Sama było w zasadzie słuszne. Co łączyło go z Castielem? Do tej pory ich relacja opierała się na współpracy, potem także przyjaźni i od czasu do czasu na seksie. Teraz znaleźli się w nowej sytuacji: byli dwójką ludzi, którzy w dosyć dramatycznych okolicznościach wyznali sobie miłość, ale nie równało się to automatycznej deklaracji chęci wejścia w związek. To znaczy, Dean wiedział, że tego chce, ale czego chciał Castiel? Dopiero co odzyskał pamięć, uwolnił się z Pustki i stał się człowiekiem. To dużo zmian jak na jedną dobę.

- Tak, ja też - powiedział sennie Cas, wyrywając go z zamyślenia.

Spojrzał na Deana w tej samej chwili, w której Dean zerknął w stronę drzwi, zastanawiając się, czy powinien zostawić go samego.

- To ja może już… - zaczął Dean, ale Cas szybko wszedł mu w słowo:

- Chcesz na chwilę zostać?

Dean spojrzał na niego ostrożnie, jakby spodziewając się, że za chwilę wycofa propozycję. Nic takiego się jednak nie wydarzyło, więc Dean uśmiechnął się i kiwnął głową.

- Przepraszam, nie zmieniłem koszulki - mruknął Cas, gdy Dean wślizgnął się pod kołdrę i położył obok niego.

- Daj spokój - odparł Dean. Nie zwracając uwagi na spocony T-shirt Castiela, przytulił go i zaczął delikatnie gładzić po plecach. - Widziałem cię w tysiąc razy gorszym stanie.

- Ciekawe kiedy.

- Och, mam zacząć wymieniać? Proszę bardzo. Wtedy, gdy…

- Dobrze, już. Niech ci będzie.

- Chcesz, żebym zgasił lampkę?

- Nie, może zostać zapalona.

- Dobrze.

Przez chwilę leżeli w milczeniu.

- Chcesz pogadać o tym, co ci się śniło? - zapytał Dean.

Cas westchnął.

- Nie - odparł. - Ale chyba muszę.

Castiel przewrócił się na bok i podparł na ramieniu. Dean zrozumiał, że to, co zamierzał powiedzieć, było trudne.

- Powinieneś o czymś wiedzieć, Dean. Kiedy byłem w Pustce…
- Zawahał się, a Dean ujął jego rękę. Cas złapał się jej jak ostatniej deski ratunku. - Tortury, które przechodziłem… były zadawane ręką kogoś, kto wyglądał jak ty.

Dean się spiął. Przypomniał sobie przerażenie na twarzy Castiela - w szpitalu, opuszczonej fabryce, hotelu. Widok, który zapewne miał go już nigdy nie opuścić. Zamknął oczy, z całej siły skupiając się na dotyku dłoni Castiela. Próbował uspokoić oddech. To, co się wydarzyło, już nie miało znaczenia. Teraz Cas był tu z nim.

- Kiedy byłeś tu przez ostatnie miesiące, miałeś koszmary - powiedział cicho. - Bałeś się mnie, bo co noc śniło ci się, że cię krzywdzę.

Castiel spojrzał na niego z bólem. Wydawał się zaskoczony.

- Nie miałem pojęcia - powiedział. - Tak strasznie mi przykro…

Dean pokręcił głową.

- To nie twoja wina, Cas. Nie miałeś obowiązku mi ufać, przechodziłeś piekło, które w dodatku miało moją twarz. - Dean potarł dłonią czoło. - Mogę zapytać, co z ostatnich miesięcy pamiętasz?

- Niewiele - Castiel zmarszczył brwi. - Mam jakieś… mgliste wspomnienia.

- Co na przykład?

Cas przewrócił się na plecy, podłożył dłonie pod głowę
i spoglądając na sufit, przez chwilę się zastanawiał.

- Zmywanie naczyń w domu Jody - odparł i uśmiechnął się krzywo. - Przewracanie stron jakiejś książki. Ból, który mi towarzyszył, gdy zszywałeś ranę. To, że opowiadałeś mi, co razem przeszliśmy. - Spojrzał na Deana. - To, co dla mnie zrobiliście… Dziękuję. Wiem, że nie byłem łatwy. Wiem, że tobie nie było łatwo.

- Zrobiłbyś to samo.

Przez chwilę leżeli w milczeniu - Dean wpatrywał się w profil Castiela z czułością, ale wciąż było coś, co nie dawało mu spokoju.

- Cas… Czy teraz też się mnie boisz? - spytał ostrożnie Dean.

Castiel odwrócił głowę w jego stronę.

- Oczywiście, że nie - odparł Cas, patrząc mu w oczy. - Zawsze wiedziałem, że to nie ty. I to pomogło mi przetrwać.

- Skąd wiedziałeś?

- Nie wiem. Po prostu to czułem.

Było coś poruszającego w tym, że Cas tak głęboko w niego wierzył i zawsze widział rzeczy, których nie potrafił w sobie dostrzec. Tym gorzej poczuł się z tym, jak potraktował go wcześniej.

- Przepraszam, że zachowałem się jak dupek - mruknął Dean, przecierając oczy ze zmęczenia.

- O którym dokładnie razie mówisz? - spytał zaczepnie Cas.

- Mam na myśli dzisiaj - doprecyzował Dean. - To nie było w porządku. Po prostu… Nie wiem, dlaczego taki jestem. Dlaczego nie potrafię czymś się cieszyć bez szukania okazji do sabotażu.

- To całkowicie zrozumiałe, Dean. Po tym wszystkim, co przeszedłeś w życiu, masz prawo być ostrożny. Ale musisz zaufać temu, co jest między nami - odparł Castiel. - Bo ja nigdzie się stąd nie ruszę.

- Nie? - zapytał Dean z uśmiechem błąkającym się w kącikach ust.

Castiel wtulił się w niego - Dean czuł jego nos w zagłębieniu swojej szyi i usta na obojczyku. Ich ciała idealnie do siebie pasowały - kolejny dowód od wszechświata na to, że byli dla siebie stworzeni.

- Nie - odparł Cas.

Dean chciał wrócić do tematu tego, co

było między nimi,

jak określił to Cas, ale kątem oka zobaczył, że próbuje stłumić ziewnięcie.

- Zmęczony? - zapytał Dean.

- Tak, chyba spróbuję zasnąć. Po ostatnich wydarzeniach mam wrażenie, że mógłbym przespać trzy doby - przyznał.

Dean zaśmiał się cicho, muskając nosem włosy Castiela.

- Dobrze - powiedział. - W takim razie dobrych snów.

Zaczął się podnosić, ale Castiel objął go w pasie. Dean spojrzał na niego pytająco - nie wiedział, jak interpretować ten gest.

- Pomyślałem, że może… chcesz zostać na noc? - zapytał Cas, patrząc na niego ostrożnie.

Dean był zaskoczony - sypiali ze sobą, owszem, ale rzadko kiedy spali. Przede wszystkim dlatego, że Cas - jako anioł - nie potrzebował snu. Poza tym, było coś intymnego w budzeniu się obok drugiej osoby. Dean zostawał u kogoś na noc tylko wtedy, gdy łączyło ich coś więcej niż seks i Castiel doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

- Tak - odparł, uśmiechając się. - Chcę.

Gdy zgasił lampkę i ułożył się obok Castiela, nareszcie poczuł spokój. Po raz pierwszy od dawna na horyzoncie nie było niczego, czego musiał się obawiać - żadnych spraw, poszukiwań czy zmartwień.

- Dobranoc, Dean - powiedział Cas, mocniej się w niego wtulając. - Kocham cię.

Dean uśmiechnął się jeszcze szerzej. Pocałował Castiela w czubek głowy.

- Dobranoc, Cas. Też cię kocham.

----- CHAPTER BREAK -----

I don't wanna look at anything else now that I saw you

I don't wanna think of anything else now that I thought of you

I've been sleeping so long in a 20-year dark night

And now I see daylight, I only see daylight

And I can still see it all (In my mind)All of you, all of me (Intertwined)I once believed love would be (Black and white)But it's golden (Golden)

Taylor Swift
,,Daylight”

-18-

Gdy Sam wszedł do pokoju, Dean gwałtownie zamknął klapę laptopa. W pierwszej chwili brat spojrzał na niego pytająco, ale po chwili pokręcił głową.

- Nie, jednak nie chcę wiedzieć - powiedział, odsuwając krzesło przy stole.

- Od razu zakładasz najgorsze - odburknął Dean. By szybko zmienić temat, wskazał na ipada, którego trzymał Sam. - Co tam, masz jakąś sprawę?

- Tak myślę - przyznał Sam. - Stary dom na przedmieściach, nowi lokatorzy zostali znalezieni martwi.

- Może ktoś się włamał? - zapytał Dean, spoglądając na zamieszczone w artykule zdjęcie. Przedstawiało starą, ale bardzo elegancką rezydencję. - Na tani ten dom nie wygląda, podejrzewam, że mógłby być niezłym łupem dla włamywaczy.

- Sęk w tym, że niczego nie skradziono. Poza tym, to trzecia rodzina na przestrzeni kilkudziesięciu lat, która została tam zamordowana - powiedział Sam.

Dean odchylił się w krześle i kiwnął głową.

- No dobra, to już bardziej wygląda jak sprawa dla nas - przyznał.

- Jaka sprawa? - zapytał Castiel, który właśnie wszedł do salonu z kubkiem kawy w dłoni.

Kiedy mówił, że potrzebuje trzech dób na odespanie wszystkiego, co się ostatnio działo, nie żartował. Gdy spał, Dean starał się zajmować własnymi sprawami, ale przez większość czasu po prostu leżał obok i na niego patrzył. W przerwach między drzemkami rozmawiali lub w milczeniu zaspokajali głód swojej obecności. Tego dnia Dean po raz pierwszy widział go poza pokojem - w dodatku ubranego w coś innego niż piżama i świeżo ogolonego. Posłał mu szeroki uśmiech, a Cas, siadając na krześle obok, pocałował go w policzek.

- Może duch? Na razie ciężko stwierdzić - odparł Sam, przesuwając ipada w stronę Casa.

Mężczyzna wziął go do ręki i zaczął uważnie studiować artykuł.

- To faktycznie wygląda jak duch - przyznał po chwili. - Mam nadzieję, że zachowaliście moją odznakę.

Sam i Dean wymienili zaskoczone spojrzenia.

- Chcesz jechać z nami? - zapytał Sam.

Castiel zmarszczył brwi.

- Oczywiście, że tak.

- Uważasz, że to na pewno dobry pomysł? - spytał ostrożnie. - Dopiero co wróciłeś i…

- Czuję się dobrze - zapewnił. - Naprawdę.

Sam popatrzył na Deana, szukając w nim sojusznika, ale brat bezradnie wzruszył ramionami. Czy gdyby decyzja należała do niego, kazałby Castielowi zostać w domu? Oczywiście. Wiedział, że wciąż nie był w pełni sił - nadal miał podkrążone oczy i lekko szarą skórę. Z drugiej strony, zdawał sobie sprawę, że Cas desperacko potrzebował powrotu do normalności, a w ich wydaniu normalnością było właśnie polowanie na ducha.

- Ale będziesz uważał, okej? - zapytał Dean. - Nic ryzykownego.

- W porządku - zgodził się Cas.

- No dobrze, w takim razie postanowione - podsumował Sam. - Za pół godziny w Impali?

Na żywo dom wyglądał gorzej niż na zdjęciu - obdrapane ściany, wystające spomiędzy płytek chodnikowych chwasty i zaniedbany ogród sprawiały raczej dość upiorne wrażenie. Gdy dotarli na miejsce, w zasadzie wszystko było już uprzątnięte. O tym, że w środku doszło do jakiejś zbrodni, świadczyły jedynie resztki policyjnej taśmy poprzyklejane tu i ówdzie. Najwidoczniej nikt nie zadał sobie trudu, by się ich pozbyć.

Dean zajrzał przez znajdującą się u góry drzwi wejściowych szybkę - od drugiej strony musiała być zasłonięta firanką, bo mógł przez nią dostrzec jedynie niewyraźne kształty.

- Ktoś idzie? - zapytał półgębkiem Castiela, który stał na czatach.

- Nie, możesz zaczynać - odparł Cas, uważnie rozglądając się dookoła.

W momencie, w którym Dean wyciągał z kieszeni marynarki scyzoryk, po drugiej stronie drzwi rozległ się jakiś szmer i szelest. Natychmiast wyprostował się czujnie i ostrzegawczo spojrzał na Castiela. Usłyszeli dźwięk otwierającego się zamka, a gdy drzwi się rozwarły, stanęli naprzeciw korpulentnej brunetki.

- Tak? W czym mogę pomóc? - zapytała sucho, przyglądając się im uważnie.

Dean, który nie był przygotowany na taki rozwój sytuacji, zamarł. Na szczęście lata praktyki spowodowały, że rozwiązanie przyszło do niego niemal automatycznie i odruchowo sięgnął do kieszeni.

- Dzień dobry, agenci Page i Spears, FBI - powiedział niemalże od niechcenia, pokazując kobiecie odznakę. Kątem oka spostrzegł, że Castiel zrobił dokładnie to samo.

Kobieta zmrużyła oczy.

- To ciekawe - mruknęła. - Macie nakaz? Bo nie wiem jak inaczej usprawiedliwice próbę włamania.

Dean schował odznakę z firmowym uśmiechem przyklejonym do twarzy.

- Bardzo przepraszamy za zamieszanie, musiało dojść do pomyłki - powiedział łagodnie. - Zostaliśmy poinformowani, że nikogo nie zastaniemy.

- W takim razie zostaliście poinformowani błędnie - odparła kobieta. - Czego chcecie? Wszystko, co wiedziałam, przekazałam policji.

- Prowadzimy własne śledztwo - wyjaśnił Dean. - W związku z tym, chcielibyśmy zadać pani kilka pytań. Możemy wejść?

Kobieta zmierzyła ich jeszcze jednym, niezbyt przychylnym spojrzeniem, po czym wywróciła oczami i odsunęła się na bok, by wpuścić ich do środka. Przeszli przez korytarz z wysokim sufitem do gustownie urządzonego salonu ze szklanym żyrandolem. Dean tak się na niego zapatrzył, że zahaczył nogą o futrzany dywan z głową niedźwiedzia. W ostatniej chwili złapał się podłokietnika fotela, wykonał niezbyt zręczną akrobację i ostatecznie wylądował na jego miękkim siedzisku. Spojrzał w kierunku Castiela, który usiadł naprzeciwko i po jego minie Dean wywnioskował, że ledwo powstrzymuje śmiech.

- Dziękujemy, że zgodziła się pani poświęcić nam chwilę - powiedział Dean. Założył nogę na nogę i wyciągnął z kieszeni notes. - Pani…

- Abernathy - odparła kobieta. - Joanne Abernathy. Marie jest… To znaczy

była

moją młodszą siostrą.

Sięgnęła po leżącą na stoliku paczkę Winstonów. Ręce drżały jej tak bardzo, że pierwszy papieros, którego wyciągnęła, wylądował na podłodze.

- Bardzo nam przykro z powodu pani straty - powiedział Castiel, patrząc na nią współczująco.

Kiwnęła głową, przyjmując kondolencje. Włożyła papierosa do ust i przez chwilę walczyła z odpaleniem go. W końcu Dean nie wytrzymał, przejął od niej zapalniczkę i stanowczym gestem odbezpieczył płomień. Gdy Joanne się zaciągnęła, spojrzała na Deana z mniejszym niż dotychczas dystansem.

- Czy była tu pani w noc zabójstwa? - zapytał.

- Nie, przyjechałam kilka dni temu - powiedziała. - Ktoś musiał zająć się domem. I przede wszystkim Rose.

- Rose?

- No, moją siostrzenicą.

Dean i Cas wymienili spojrzenia.

Mieli córkę?

- zdawał się myśleć Castiel. Dean lekko przekrzywił głowę.

Ciekawe gdzie jest teraz.

- Moglibyśmy z nią chwilę porozmawiać? - spytał Castiel.

Joanne machnęła ręką.

- Jest teraz w szkole. Zresztą, ona nic nie wie. Nie było jej tu, Bogu dzięki. Pojechała na wycieczkę szkolną.

- A czy pani siostra albo jej mąż mieli jakichś wrogów? Ktoś mógł im źle życzyć?

- Nie mam pojęcia. - Kobieta strzepała popiół do pustego kubka. - Nie miałam dobrych relacji z siostrą. W zasadzie nie rozmawiałyśmy od świąt.

Dean rozejrzał się dookoła jakby czegoś szukał.

- Przepraszam, czy mógłbym skorzystać z toalety? Droga z Waszyngtonu jest cholernie długa - powiedział.

- Tak, na końcu korytarza - powiedziała, machając ręką w stronę drzwi.

Dean podziękował jej skinieniem głowy i wyszedł z pokoju. Zrobił kilka kroków w głąb korytarza, a gdy z salonu rozległo się kolejne pytanie Castiela, wyciągnął z kieszeni miernik pola elektromagnetycznego. Jeszcze raz obejrzał się do tyłu i zaczął po cichu wspinać się po schodach.

- Pokój zaświecił się jak choinka - rzucił Dean, gdy chwilę później opuszczali dom.

Castiel włożył ręce w kieszenie płaszcza. Dzień był chłodny - nadchodziła jesień, a wraz z nią porywisty, zimny wiatr.

- Chcesz sweter? - zapytał Dean. - Powinienem mieć jakiś w torbie.

- Nie, dzięki - odparł Cas. - Zapomniałem po prostu o odczuwaniu temperatury. To coś, do czego muszę na nowo przywyknąć.

- Ktoś tu będzie marzł w zimie - zaśmiał się Dean.

Odblokował telefon, chcąc napisać Samowi, że już skończyli i sprawdzić, czy dostał od niego jakąś informację z komisariatu. Zamiast wiadomości od brata, zobaczył na wyświetlaczu dwa nieodebrane połączenia. Spoważniał w ułamku sekundy.

- Coś się stało? - zapytał Cas z troską.

Dean pokręcił głową.

- Nie, to… Nic takiego - odparł. - Poczekasz chwilę? Muszę oddzwonić.

Oddalił się na bezpieczną odległość, chcąc się upewnić, że Cas nie będzie słyszał jego rozmowy, po czym wybrał numer. Z lekkim obrzydzeniem zauważył, że od stresu spociły mu się dłonie.

- Arnold Hopper, w czym mogę pomóc? - przywitał się mężczyzna po drugiej stronie słuchawki.

Dean przymknął oczy i położył dłoń na karku.

- Dzień dobry, miałem nieodebrane połączenia z tego numeru. Dean Winchester…

- Ach, pan Winchester! - ucieszył się mężczyzna. - Dobrze pana słyszeć. Nie wiem, czy mnie pan pamięta…

- Tak, pewnie. Po prostu nie spodziewałem się, że pan zadzwoni.

- Trochę więcej wiary w siebie, synu - zaśmiał się Hopper. - Kontaktowałem się, ponieważ zapoznałem się z pana CV i chętnie zaprosiłbym pana na rozmowę.

Dean szeroko otworzył oczy.

- Och - wydusił z siebie.

- Chyba że nie jest pan już zainteresowany, wtedy…

- Nie, nie! Jasne, że jestem - odparł szybko. - Po prostu teraz jestem poza miastem.

- Żaden problem, możemy się umówić w przyszłym tygodniu. Co pan powie na wtorek? Powiedzmy… dwunasta?

Dean nie miał pojęcia, czy do wtorku uporają się ze sprawą - z jednej strony wydawała się prosta, z drugiej zaś takie lubiły zaskakiwać najbardziej. Przekalkulował w głowie szanse, ryzyko i liczbę kilometrów.

- Super. Wtorek brzmi świetnie.

- W takim razie jesteśmy umówieni. Do zobaczenia.

Po tym, jak się rozłączył, Dean jeszcze przez chwilę stał stał w miejscu i wpatrywał się w wyświetlacz telefonu. W jego głowie kłębiło się wiele myśli i emocji, których nie potrafił uporządkować. Schował komórkę i spojrzał w stronę domu, w którym kilka dni wcześniej niespokojny duch zamordował dwójkę ludzi; pomyślał o fałszywej odznace, której ciężar czuł na piersi i wszystkim tym, co sobą reprezentowała. Następnie przeniósł wzrok na Castiela - oparty o samochód, patrzył w dokładnie tym samym kierunku, co przed chwilą Dean. Winchester uśmiechnął się pod nosem i ruszył w jego stronę.

Gdy znalazł się obok, Cas otworzył usta, by coś powiedzieć - pewnie zapytać, z kim rozmawiał, ale Dean szybko zamknął je pocałunkiem. Castiel sapnął zaskoczony, ale Dean niemal od razu poczuł jego uśmiech.

- Z jakiej to okazji? - zapytał Cas.

Dean wzruszył ramionami otwierając drzwiczki Impali i spojrzał na Castiela ponad dachem samochodu.

- Z takiej, że cię kocham - powiedział.

Castiel spłonął rumieńcem i wgramolił się na miejsce pasażera.

Gdy jechali w stronę miasta, by spotkać się z Samem w restauracji i uporządkować informacje, które zdobyli, Dean nie mógł przestać myśleć o telefonie od Hoppera i prowadzonej przez nich aktualnie sprawie. Zawsze - nawet wtedy, gdy mówił, że jest inaczej, w głębi duszy wiedział, jakie czeka go zakończenie: takie same jak ojca, mamę, Bobby’ego czy Charlie. Chciał skończyć z tym dla Lisy - nie wyszło. Chciał odejść, gdy pokonają Chucka - cóż, los miał dla niego inne plany. Wieczne poświęcenie, cierpienie i niekończący się mrok, który zasysał go coraz głębiej i głębiej sprawiały, że czasem koniec nie wydawał się aż taki straszny. Wręcz przeciwnie - gdyby nadszedł, być może Dean w końcu zaznałby spokoju.

Teraz, gdy Castiel wrócił, Dean zaczął mieć wątpliwości. Jeszcze nie stał na rozwidleniu, ale powoli się do niego zbliżał - coraz wyraźniej widział ścieżkę, która jakiś czas temu była całkiem niedostępna.

Być może mógł napisać inne zakończenie swojej historii?

- Dean?

- Tak, kochanie? - wypalił, wyrwany z zamyślenia.

Kiedy dotarło do niego, co powiedział, z całej siły zacisnął dłonie na kierownicy i wlepił wzrok w drogę przed siebie. Nigdy wcześniej nie zwrócił się w ten sposób do Castiela i Cas też to zauważył. Poruszył się niespokojnie na fotelu i odchrząknął.

- Jakieś złe wiadomości? - zapytał Cas.

Dean zmarszczył brwi.

- Nie, dlaczego?

Cas wzruszył ramionami.

- Jesteś dość spięty po tym telefonie, który musiałeś wykonać - stwierdził.

- Wydaje ci się - powiedział, starając się brzmieć przekonująco.

Castiel westchnął.

- Dean… - Ton, jakim to powiedział, nie pozostawiał wątpliwości, że ani na sekundę mu nie uwierzył.

Dean zawahał się.

- Zastanawiałeś się kiedyś, jak wyglądałoby życie bez… tego? - spytał. - Gdybyś mógł po prostu robić to, na co masz ochotę, bez całej tej koszmarnej odpowiedzialności, która na nas ciąży?

- Cóż… - Castiel zawahał się na moment. - Szczerze mówiąc, ostatnio o niczym innym nie myślę.

Dean poczuł, jak z serca spada mu ogromny ciężar. Czasem zapominał, jak on i Cas byli podobni: ukształtowani przez ojców i wyznaczeni do realizacji konkretnego planu. Buntujący się przeciwko przeznaczeniu i gotowi do ostatecznego poświęcenia na rzecz innych.

- Naprawdę? - zapytał Dean.

Cas kiwnął głową.

- Zostałem stworzony w konkretnym celu i zawsze miałem misję, którą musiałem wykonać, nawet wtedy, gdy się zbuntowałem. Dopiero bycie z ludźmi, a potem też stanie się człowiekiem uświadomiło mi, jak wiele mnie omijało. Smak potraw. Tekstura materiałów. Dokonywanie własnych wyborów. Wolność myślenia. Miłość i pożądanie - Spuścił wzrok na swoje dłonie, które zacisnął w pięści, a potem rozprostował. - Teraz, chyba po raz pierwszy od zawsze, mogę po prostu żyć i trochę mnie to przeraża.

- Dlaczego?

- Właśnie przez to, że mogę wybierać rzeczy, od których nie zależą losy wszechświata - odparł. - Po raz pierwszy w życiu mogę być nieostrożny.

Dean zerknął na niego z zawadiackim uśmiechem.

- Jest coś, czego zawsze chciałeś spróbować, ale czego nie zrobiłeś z ostrożności? - zapytał.

Castiel oparł się łokciem o ramę okna i położył głowę na dłoni. Zastanawiał się przez chwilę.

- Nigdy nie byłem na randce. Szczerze mówiąc, przez ostatnie dni trochę o tym czytałem. Robiłem research.

- I czego się dowiedziałeś? - spytał Dean.

- Szczerze mówiąc, jestem trochę zdezorientowany - przyznał, marszcząc brwi. - Wiele źródeł podaje, że na pierwszą randkę nie powinno zapraszać się kogoś do kina, ale równie wiele wręcz to rekomenduje. Kwestia płacenia też pozostaje nierozstrzygnięta. Płaci mężczyzna, ale co jeśli oboje jesteście mężczyznami?

Dean z powagą kiwnął głową, przyznając mu rację.

- No i seks - mruknął Cas, odwracając głowę w stronę okna. - Nie na pierwszej randce - to wydaje się oczywiste. Tylko co w sytuacji, kiedy kochaliście się już wiele razy? Czy wtedy można pominąć to całe stopniowe ,,zdobywanie baz”?

Dean dłużej nie mógł udawać powagi. Wybuchnął śmiechem i klepnął Castiela w udo.

- Dwie sprawy - powiedział, gdy już się uspokoił. - Po pierwsze - seks na pierwszej randce jest obowiązkowy. Nie słuchaj ludzi, którzy twierdzą inaczej. Po drugie… Cas, czy ty właśnie próbujesz zaprosić mnie na randkę?

Nigdy wcześniej nie byli na randce - a przynajmniej nigdy tak tego nie nazwali. Deanowi spodobał się ten pomysł i podobało mu się też to, że po powrocie Castiela ich relacja zmieniała się tak naturalnie. Mówienie sobie ,,kocham cię”, trzymanie za ręce, zasypianie i budzenie obok siebie idealnie wpasowały się w to, co było między nimi od dawna i co opierało się na fundamentach przyjaźni, wzajemnego szacunku i miłości.

- Tak - przyznał Castiel, patrząc na niego z dumą. - Jak mi idzie?

- Okropnie, ale zgodzę się, bo wiem, co ukrywasz pod tym płaszczem - odparł, sunąc wzrokiem wzdłuż klatki piersiowej w stronę jego krocza.

Cas wywrócił oczami z uśmiechem i skrzyżował ramiona na piersi.

- Robimy wszystko na odwrót - zauważył.

- Hm? - mruknął Dean, nie wiedząc, co ma na myśli Cas.

- Na odwrót niż w tych artykułach - wyjaśnił. - Zaczęliśmy od… kontaktów seksualnych, potem nastąpiło wyznanie uczuć, a teraz planujemy randkę.

Dean wzruszył ramionami.

- Cóż, nie jesteśmy typową parą - stwierdził.

Wciąż nie porozmawiali o tym, czy są razem, a słowo ,,para” wymknęło się Deanowi zupełnie przypadkiem. Chciał zacząć się tłumaczyć, ale kiedy spojrzał na Castiela, zobaczył, że ten się uśmiecha.

- To prawda - powiedział Cas. - Zdecydowanie nie jesteśmy typową parą.

Dean miał ochotę zatrzymać się na środku drogi, by go pocałować, ale poczekał na to aż zaparkowali pod restauracją. Gdy wysiedli z samochodu, Castiel niemal od razu złapał go za rękę.

Sam nie dowiedział się wiele od miejscowej policji.

- Małżeństwo zostało skremowane kilka dni temu, ale z raportów wynika, że oboje najpierw zostali uduszeni, a dopiero potem wielokrotnie dźgnięci nożem - powiedział Sam. - Policja podejrzewa złodzieja, tak jak sądziłeś, ale to zupełnie nie trzyma się kupy. Nie ma żadnych śladów włamania, nie zadzwonił alarm, nic nie zginęło.

- To jak nic robota ducha, wykrywacz fal zarejestrował silne odczyty w sypialni, ale nie tylko. - Dean wpakował do ust frytkę i wysiorbał przez słomkę łyk coli. - Nie mogliśmy jakoś bardziej się rozejrzeć, bo zaskoczyła nas obecność siostruni.

Sam patrzył na niego z mieszaniną obrzydzenia i podziwu.

- To niewiarygodne, że rozmawiamy o morderstwach, a ty jak gdyby nigdy nic wsuwasz burgera - stwierdził, otwierając laptopa.

Dean rozłożył ramiona.

- No co? Jestem głodny.

Castiel delikatnie odsunął od siebie talerz.

- W tej sytuacji chyba muszę zgodzić się z Samem - powiedział, patrząc na nietkniętą kanapkę. - Rozmawianie o morderstwach nie sprzyja apetytowi.

- Zdrajca - mruknął Dean, po czym dodał: - Czyli nie będziesz już tego jadł?

Nie czekając na odpowiedź, przysunął do siebie jego talerz, a Sam i Castiel wymienili pełne niedowierzania spojrzenia. Sam z rezygnacją pokręcił głową i zaczął wystukiwać coś na klawiaturze laptopa. Cas zerknął mu przez ramię.

- To dane o tych poprzednich morderstwach? - zapytał.

- Tak, na razie tylko tyle udało mi się znaleźć.

- Co tam macie? - zapytał Dean.

Sam odsunął laptopa tak, by Dean również mógł widzieć, co znajduje się na ekranie. Wyświetlone na nim, archiwalne wydanie miejscowego dziennika otwierał artykuł dotyczący morderstwa starszego małżeństwa. Zamieszczone poniżej zdjęcie przedstawiało ten sam dom, w którym zginęli Maisonowie.

- Wcześniejszymi właścicielami domu byli Jane i Christopher Wilson. Zginęli w nocy z dwudziestego czwartego na dwudziestego piątego lipca 1983 roku.

- Przyczyną zgonu były liczne rany kłute zadane w brzuch i klatkę piersiową -
przeczytał Castiel. - Myślicie, że też zostały zadane post mortem?

- Ciężko stwierdzić - powiedział Dean. - Tu piszą o jakimś podejrzanym, niejakim Edwardzie Smith.

- Tak, sprawdziłem go - przyznał Sam. - Był głównym podejrzanym w sprawie, bo kilka dni wcześniej dowiedział się, że jego żona ma romans z Christopherem i nie miał alibi na noc zabójstwa. Ale został uniewinniony z powodu braku wystarczających dowodów. Zmarł kilka lat później na zawał. - Sam przescrollował na sam dół artykułu. - Co ciekawe, wspominają tu też o jeszcze wcześniejszym morderstwie dokonanym w tym domu w latach sześćdziesiątych.

Sam otworzył kolejną kartę.

- Penelope Moore z zimną krwią zamordowała swojego kochanka i jego żonę, po czym sama popełniła samobójstwo - powiedział Sam, wyświetlając zdjęcie młodej dziewczyny o nieprzeniknionym spojrzeniu.

- Widzicie wzór? - zapytał Dean. - Wszyscy mieli romans. Powinniśmy się dowiedzieć, czy Josh Maison też ma coś za uszami.

Dokończyli obiad i wrócili do hotelu. Resztę wieczoru spędzili na robieniu researchu - zaowocował zdobyciem bilingów Josha i pozyskaniem pikantnych wiadomości, które wymieniał ze swoją koleżanką z pracy.

- Czyli co, obstawiamy ducha Penelope? - zapytał Dean, z obrzydzeniem przyglądając się nagiemu zdjęciu, które Josh przesłał kochance. - Dlaczego oni zawsze robią zdjęcia z takiej okropnej perspektywy? - mruknął, kręcąc głową.

Sam odkaszlnął teatralnie, dając do zrozumienia, że to nie jest odpowiedni moment na ocenianie nagich zdjęć zamordowanego człowieka. Dean wywrócił oczami i zamknął zdjęcie.

- Nie mogę znaleźć informacji, gdzie została pochowana - powiedział Sam. - Ale jej córka mieszka w domu spokojnej starości.

Dean zerknął na zegarek. Dochodziła dziesiąta.

- Trzeba będzie tam podjechać jutro rano - stwierdził Dean.

- Mogę to zrobić - zaproponował Sam.

- Pojadę z tobą - rzucił Cas.

Kiedy następnego dnia Sam i Castiel udali się do domu spokojnej starości, Dean próbował zagłębić się w sprawę i odnaleźć nowe tropy, ale zbliżająca się rozmowa z Hopperem nie pomagała w skupieniu. Za każdym razem, gdy myślał o wtorkowym spotkaniu, czuł nieprzyjemny skurcz w klatce piersiowej. Dlaczego aż tak się przejmował? Był jednym z najlepszych łowców w historii, kilka razy zatrzymał apokalipsę, przez miesiące znosił brzemię znamienia Kaina, zabił Hitlera i dosłownie pokonał Boga. Rozmowa kwalifikacyjna była przy tym pestką.

Może nie chodziło o samą rozmowę, ale o to, co mogło wydarzyć się po niej?

Z rozmyślań wyrwał go dzwonek telefonu. Na wyświetlaczu pojawił się numer Sama, więc od razu odebrał.

- Co tam? - zapytał, przytrzymując komórkę przy uchu barkiem.

Wystukał na klawiaturze laptopa adres wyszukiwarki, chcąc od razu wpisać do niej namiary podane przez córkę Penelope.

- Mamy problem - powiedział Sam zmartwionym głosem. - Joanne Abernathy, siostra zamordowanej, nie żyje.

Dean zamarł. Przed oczami stanął mu obraz ciemnowłosej kobiety palącej papierosa w salonie ze szklanym żyrandolem.

- To nie wszystko - dodał Sam. - Penelope Moore została skremowana lata temu.

----- CHAPTER BREAK -----

Remember once I told you 'boutHow before I heard it from your mouthMy name would always hit my earsAs such an awful soundAnd the soul, if that's what you'd call itUneasy ally of the bodyIt felt nameless as a river undiscovered underground

Some part of me must have diedThe first time that you called me babyAnd some part of me came aliveThe first time that you called me baby
Hozier
,,First time”
-19-

- Co teraz?

Siedzieli w tej samej restauracji, co poprzedniego dnia, popijając kawę. Dean właśnie wracał z miejsca zbrodni. Joanne zginęła w dokładnie ten sam sposób, co jej siostra i szwagier - w trakcie snu, uduszona, a potem wielokrotnie dźgnięta. Policja obstawiała seryjnego mordercę, mimo że znów nie znaleziono żadnych śladów włamania.

- Zaczyna się robić brzydko - odpowiedział Samowi Dean, obracając kubek w dłoniach. - Joanne nie pasuje do wcześniejszego schematu, więc duch robi się coraz mniej wybredny.

Castiel położył mu dłoń na kolanie, bo Dean od dłużej chwili niespokojnie ruszał nogą. Uświadomiwszy sobie, co robił, z wdzięcznością spojrzał na mężczyznę.

- Córka Penelope powiedziała nam ciekawą rzecz - stwierdził Castiel i lekko zmarszczył brwi. - Jest pewna, że to jej matka zakończyła romans. Miała dowiedzieć się czegoś, co ją do tego skłoniło.

- W takim razie po co miałaby mordować swojego kochanka i jego żonę, co nie? - spytał Sam.

Dean wzruszył ramionami.

- Czasem z miłości robi się różne głupie rzeczy - stwierdził.

- Niby tak, ale… Amelia jest pewna, że jej matka była pogodzona z tą decyzją. Chciała wyjechać z miasta, gdzieś się przeprowadzić. To Thomas Ervin miał ją nachodzić - wyjaśnił Sam.

- Swoją drogą, Thomas Ervin to też ciekawa postać - dodał Castiel. - Podobno miał wiele kochanek. Wszystkie prędzej czy później przepadły bez śladu.

Dean zmarszczył brwi i nachylił się nad stołem.

- Myślicie to samo co ja? - spytał.

- Że Thomas Ervin tak naprawdę zabił swoją kochankę, a może i żonę?

Dean chciał coś odpowiedzieć, ale w tym momencie jego leżący na stole telefon zawibrował. Zerknął na wyświetlacz i szybko przeczytał wiadomość od policjantki, z którą rozmawiał wcześniej tego dnia.

- Oho, znaleźli Rose - powiedział.

- Rose? - powtórzył Sam.

- Tak, córkę Maisonów - wyjaśnił Dean i duszkiem dopił kawę. - Kiedy zginęli, była na wycieczce szkolnej, a po tej nocy zaginęła bez śladu. Chyba warto z nią porozmawiać.

Sam wstał i sięgnął po płaszcz.

- Pojadę z tobą - powiedział. - Cas?

- Jedźcie sami - odparł. - Wrócę do hotelu i poszukam czegoś jeszcze o Ervinie.

- Dobrze. Gdyby coś się działo, dzwoń - rzucił Dean.

Pochylił się, by go pocałować, a Castiel wpił się w jego usta i wierzchem dłoni delikatnie przejechał po policzku, powodując uczucie ciepła w klatce piersiowej i przyjemne mrowienie w podbrzuszu. Dean pomyślał, że gdyby nie znajdowali się właśnie w restauracji, rzuciłby się na niego tu i teraz. Doceniał natomiast fakt, że chociaż stojący obok Sam taktownie odwrócił się w drugą stronę.

- Kocham cię - mruknął Dean, na chwilę opierając czoło o czoło Castiela.

Po raz pierwszy całował Castiela w miejscu publicznym i czuł się z tym cholernie dobrze. Chciał, żeby wszyscy wiedzieli, że ten niesamowity mężczyzna należy do niego.

- Ja ciebie też - odparł Cas, uśmiechając się szeroko.

Dean cmoknął go szybko w czoło, wyprostował się i klepnął Sama w ramię, dając mu znać, że mogą już iść.

- Castiel chyba ma się naprawdę dobrze - stwierdził Sam, gdy siedzieli w Impali, a Dean włączał się do ruchu.

- Chyba tak - przyznał Dean. - Bałem się, że po tym całym czary mary i tkwieniem między światami będzie długo dochodził do siebie, ale wydaje się, że jest… dobrze.

- A ty, jak się masz? - zapytał brat.

Dean spojrzał na niego z ukosa i uśmiechnął się.

- Cóż… Szczerze mówiąc, Sammy, nie pamiętam, kiedy czułem się lepiej - przyznał.

- To dobrze - ucieszył się Sam. - Wydawałeś się ostatnio trochę nieobecny, więc myślałem, że może czymś się przejmujesz.

Dean niemal od razu przypomniał sobie o wtorkowym spotkaniu z Hopperem, a nagła fala stresu wykręciła mu żołądek. Chciał porozmawiać o tym z Samem, ale nie wiedział, jak brat zareaguje i doszedł do wniosku, że lepiej będzie, gdy powie mu o wszystkim po fakcie. Zresztą, mógł wcale nie dostać tej pracy, a wtedy nie musiałby nawet o tym wspominać.

Co by było, gdyby ją dostał? Cały czas się tym zadręczał. Odkąd wysłał swoje CV, nieustannie walczyły w nim dwa wilki. Jeden z nich szeptał mu do ucha, że nie nadaje się do niczego innego niż bycie łowcą, nie ma prawa porzucać rodzinnego biznesu i Sama, i sprzeciwiać się swojemu powołaniu, bo i tak nic z tego nie wyjdzie, tak samo jak nie wyszło wtedy, gdy zamieszkał z Lisą i Benem.

Drugi wilk był bardziej łagodny. Dean miał 42 lata i - jak na łowcę - dożył naprawdę sędziwego wieku. Ile jeszcze mógł prowadzić takie życie? Czy nie miał prawa do emerytury i spokojnego życia z ukochanym u boku?

- Chyba, że jednak czymś się przejmujesz? - zapytał Sam, widząc wahanie brata.

Dean pokręcił głową.

- Nie, Sammy - skłamał. - Wszystko jest w porządku.

Zaparkował przed komisariatem. Gdy weszli do środka, nie musieli nawet mówić, po co przyszli. Jeden z policjantów od razu wskazał ruchem głowy siedzącą w kącie pomieszczenia dziewczynkę.

- Biedne dziecko - mruknął policjant. - Jest w kompletnym szoku.

Rose mogła mieć około dwunastu lat, ale ostatnie wydarzenia odcisnęły na niej swoje piętno. Gdy podeszli bliżej, a ona podniosła wzrok, Dean dostrzegł w jej spojrzeniu nutę powagi, która nie powinna pojawić się w oczach dziecka.

- Cześć, Rose - przywitał się Sam, siadając naprzeciwko niej. - Jesteśmy z FBI. Bardzo nam przykro z powodu twoich rodziców i cioci.

Dziewczyna kiwnęła głową, ale nic nie powiedziała. Spuściła wzrok na dłonie, w których obracała poszarpaną chusteczkę.

- Badamy okoliczności śmierci twojej rodziny - wyjaśnił Dean. - Wiemy, że kiedy zginęli twoi rodzice, byłaś na wycieczce. Tej nocy, kiedy zginęła twoja ciocia, też cię nie było. Gdzie byłaś?

Rose nie odpowiedziała. Zaczęła mocniej miętosić chusteczkę, a jej ręce drżały. Sam i Dean spojrzeli na siebie bezradnie.

- Rose, to bardzo ważne - zaznaczył Dean. - Może coś przykuło twoją uwagę w ciągu ostatnich dni? Jakieś dziwne zapachy, przeciąg, nietypowe dźwięki…

Dziewczyna poruszyła się niespokojnie i na sekundę uniosła wzrok na Deana. Jego serce zabiło mocniej - coś musiało być na rzeczy.

- Tak? - zachęcił ją. - Możesz nam powiedzieć wszystko.

- Po co? - żachnęła się, patrząc na niego ze złością. - Żebyście się ze mnie śmiali jak wszyscy inni?

Dean zmarszczył brwi, a Sam nachylił się w jej stronę.

- Nie będziemy się z ciebie śmiać - zapewnił. - Masz moje słowo. Wszystko, co powiesz, potraktujemy poważnie.

Rose na chwilę przygryzła wargę. Potem kiwnęła głową.

- Nie było mnie tej nocy, kiedy zginęła ciocia, bo kazała mi wyjść - powiedziała cicho.

- Ciocia? - chciał upewnić się Sam.

Rose pokręciłą głową. Spojrzała na Sama błagalnie, jakby szukała w nim oparcia.

- Nie. Tamta pani zza ściany.

Kiedy telefon Castiela zaczął dzwonić, mężczyzna akurat przekradał się pod policyjną taśmą. Gdy stanął po drugiej stronie, otrzepał płaszcz i sięgnął do kieszeni. W momencie, w którym chciał nacisnąć zieloną słuchawkę, połączenie się zakończyło. Próbował oddzwonić, ale miał problemy z zasięgiem. Wysłał Deanowi wiadomość, że pojechał na miejsce zbrodni, by jeszcze trochę się rozejrzeć. Następnie włożył komórkę do kieszeni.

Miał pojechać do hotelu, ale coś go tknęło. Przejrzał archiwalne wydania gazet z lat sześćdziesiątych, próbując dowiedzieć się czegoś więcej na temat zbrodni, która wstrząsnęła okolicą. W którymś numerze przypadkiem natrafił na krótką wzmiankę dotyczącą braku postępów w śledztwie dotyczącym zabójstwa kilkumiesięcznej dziewczynki. Jej ciało znaleziono nad rzeką - czaszka dziecka była roztrzaskana. Nie udało ustalić się też, kto był matką i sprawa prawdopodobnie nigdy nie została wyjaśniona.

Tym, co zaciekawiło Castiela w kontekście wzmianki, była inna niewyjaśniona sprawa - tym razem dotycząca dwudziestoczteroletniej Louise Paulson, która zaginęła półtorej roku wcześniej. Na dołączonym do artykułu zdjęciu Louise miała na sobie zwiewną sukienkę, ale mimo to dało się pod nią dostrzec delikatnie odstający brzuch. Wysoką nagrodę za jakiekolwiek informacje dotyczące miejsca pobytu dziewczyny oferowała jej serdeczna przyjaciółka, Victoria - żona cenionego radcy prawnego, Thomasa Ervina.

Gdy Castiel zestawił zdjęcie, wiek dziecka oraz fakt, że niemowlę zostało znalezione zaledwie kilka kilometrów od posiadłości Ervinów, wniosek nasunął się sam. Nie czekając na powrót braci, złapał stopa i pojechał w stronę miejsca zbrodni.

- Cas nie odbiera - powiedział nerwowo Dean, podając bratu telefon. - Spróbuj jeszcze raz.

- Miał jechać do hotelu, co mu odbiło? - zdziwił się Sam, próbując ponownie połączyć się z Castielem. - Teraz włącza się skrzynka pocztowa.

Dean pokręcił głową i przyspieszył. To, czego dowiedzieli się od Rose, zmieniło całe ich dotychczasowe spojrzenie na prowadzoną sprawę. Chcieli jak najszybciej podzielić się swoim odkryciem z Castielem, ale gdy przyjechali do hotelu, mężczyzny w nim nie było.

- Słuchaj tego - mruknął Sam, wczytując się w artykuł na telefonie. - Louise Paulson zaginęła w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym pierwszym. To jakieś dwa lata przed zabójstwem Ervinów. W dodatku przyjaźniła się z żoną Thomasa.

- Czyli co, typ miał romans z przyjaciółką żony, potem ją zabił i zamurował? - Dean przejechał ręką po włosach. - Jezu, co za pieprzony psychopata.

- To tutaj, skręć w prawo - zwrócił mu uwagę Sam, wskazując na stojący przy drodze dom.

Dean zatrzymał się przed posiadłością z piskiem opon. Zgarnęli z bagażnika sprzęt i ruszyli do środka. Gdy przekroczyli próg korytarza, zza wejścia do salonu wyłonił się uzbrojony w pistolet Cas. Dean odetchnął z ulgą i przytulił go krótko - nie chciał się do tego przyznać Samowi, ale oczami wyobraźni widział Castiela w kałuży krwi, martwego.

- Wszystko w porządku? - zapytał zaskoczony Castiel, obejmując Deana ramieniem.

- Dlaczego przyjechałeś sam? -
zapytał Dean, odsuwając się od niego. - Mogłeś chociaż dać znać, martwiłem się.

- Wysłałem ci smsa - powiedział cicho Cas.

- Tak? Widocznie nie doszedł - mruknął Dean.

- Chłopaki - wtrącił się Sam. - Możecie kłócić się później? Mamy robotę do skończenia.

- Dowiedziałem się, że duchem może być niejaka Louise Paulson - powiedział Cas.

- Tak, my też tak myślimy. - Sam zmarszczył brwi. - Zaraz, jak do tego doszedłeś?

Castiel opowiedział im o zwłokach dziecka i połączeniu wątków, Winchesterowie natomiast podzielili się informacjami od Rose.

- Louise czasem się jej pokazywała. Rose opowiedziała o tym rodzicom, ale chyba uznali, że to jakieś dziecięce wygłupy. Zresztą, tak samo potraktowała to ciotka, gdy Rose podzieliła się z nią tym, że Louise zabiła jej rodziców, bo byli niegrzeczni - wyjaśnił Dean.

- Widocznie Louise chciała ją chronić, bo widziała w niej swoją córkę - mruknął Cas.

Spojrzeli po sobie po sobie ponuro - wszyscy trzej myśleli o tym, że prawdziwą ofiarą, której nigdy nie oddano sprawiedliwości, była tu biedna Louise Paulson. Wspięli się po schodach na piętro i odnaleźli pokój Rose.

- To straszne, że dziecko spało w pokoju z trupem za ścianą - stwierdził Dean, podając Samowi kilof.

- Weź, nic mi nie mów - poprosił Sam, wzdrygając się.

Zaczęli uderzać w ścianę raz po raz, a stojący obok Cas rozglądał się uważnie, gotowy do ewentualnej obrony.

- Nie chciałem cię przestraszyć - powiedział Deanowi, nawiązując do sytuacji sprzed chwili.

Dean westchnął.

- Wiem o tym, Cas.

- Chyba po prostu trochę o tym nie pomyślałem - przyznał. - Wiesz, kiedyś… To głównie ja martwiłem się o ciebie.

- Musisz pamiętać, że to działa w obie strony. Szczególnie, że teraz jesteś człowiekiem.

Castiel kiwnął głową.

- Sądziłem, że przyzwyczajenie się do człowieczeństwa będzie prostsze niż za pierwszym razem - powiedział.

- Mam o wiele dłuższy staż w byciu człowiekiem niż ty i uwierz, że sam jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłem, kochanie - zażartował Dean.

Cas spojrzał na niego z uśmiechem. W tej samej chwili coś mignęło mu z boku pola widzenia. Gdy odwrócił głowę, zdążył jedynie unieść pistolet i spojrzeć w przepastne, martwe oczy Louise Paulson. Duch wyciągnął przed siebie rękę, spluwa wyleciała Castielowi z rąk, a on przeleciał przez pół pokoju i uderzył w ścianę.

- Cas! - krzyknął Dean.

Odrzucił kilof, przeturlał się w bok i chwycił upuszczony przez Castiela pistolet. Strzelił - kobieta, która zbliżała się do Sama, na chwilę zniknęła.

- Sam, musimy się pospieszyć - powiedział.

Kucnął obok Castiela i sprawdził mu puls - na szczęście był wyczuwalny, mężczyzna jedynie stracił przytomność. Dean ustawił się za Samem, który uderzał w ścianę tak szybko, jak tylko mógł.

- Już prawie! - powiedział Sam, a w ścianie pojawiła się dziura.

Gdy przebił się przez mur, reszta zaczęła się sypać. Zakaszlał, gdy w nozdrza uderzył go smród stęchlizny - nie ulegało wątpliwości, że po drugiej stronie znajdowały się zwłoki Louise. Lub przynajmniej to, co z nich zostało. Sam chwycił za paczkę soli.

W tej samej chwili duch znów się pojawił - Dean strzelił od razu.

- Wiemy, co zrobił ci Thomas - powiedział. - I to naprawdę paskudne, ale tak samo paskudne jest mordowanie niewinnych ludzi.

- Thomas?! - usłyszał głos i demoniczny śmiech.

Louise znów się objawiła, tym razem z boku, lecz nim zdążył zareagować, poczuł, jak jego mięśnie sztywnieją, a broń wypada z ręki. Poleciał do tyłu i przywarł plecami do ściany. Zacharczał, uświadomiwszy sobie, że nie może złapać tchu.

- Thomas? - powtórzyła, zbliżając się do Deana.

Kątem oka zauważył, że Sam również wił się przy ścianie, próbując złapać oddech. Desperacko starał się wymyślić jakiś plan, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Przed oczami zaczynały tańczyć mu ciemne plamy.

- Thomas i jego żona uczynili z mojego życia piekło. Zresztą, nie tylko mojego - wiecie ile kobiet zamordowali przede mną?

- Jego… żona… brała w tym udział? - wykrztusił Dean.

Louise parsknęła śmiechem.

- Wabiła dla swojego mężusia takie naiwne idiotki jak ja. Nie wiedziałeś? Byłam jedną z pierwszych. Gdy zaszłam w ciążę, uciekłam. Wiedziałam, jak to się skończy… Ale oni mnie znaleźli. Przetrzymywali mnie w tym pokoju miesiącami, torturowali, aż w końcu zabili moje maleństwo.

- Penelope…

- Biedna Penelope - powiedziała Louise. - To jej objawiłam się jako pierwszej. Zresztą, prędzej czy później sama by się domyśliła, jaki czeka ją los. Jej błędem było to, że zgodziła się z nim spotkać tamtej nocy. Gdyby nie to, pewnie dożyłaby później starości.

Dean poczuł, jak łagodzi nieco ucisk. Nabrał łapczywie tchu, próbując nasycić płuca tlenem.

- Zabił ją - powiedziała smutno, patrząc w stronę okna. - A ja nie mogłam się dłużej opierać. Zrobiłam im dokładnie to samo, co oni zrobili mi.

Gdy znów odwróciła się w stronę Deana, rozłożyła ramiona. Wokół jej szyi pojawił się podłużny siniak, a na przodzie koszuli nocnej - krwawe pręgi. Musiała zginąć w ten sam sposób, co jej późniejsze ofiary.

- To samo zrobię też wam - dodała, szczerząc zęby w upiornym uśmiechu.

Dean stracił grunt pod nogami. W tej samej chwili wokół szyi poczuł niewidzialny, żelazny uścisk. Zdążył pomyśleć jeszcze, że to była właśnie ta sprawa - o jedna za dużo. Zginie z rąk ducha. Śmierć godna łowcy.

Nagle poczuł na twarzy ciepło, a do jego uszu - jakby z oddali - doleciał przeraźliwy wrzask. Upadł na podłogę krztusząc się i charcząc. Ktoś klęczał obok niego. Może Cas? To dobrze, że umrze w ramionach ukochanego.

Chwilę później stracił przytomność.

----- CHAPTER BREAK -----

Morning, his place

Burnt toast, Sunday

You keep his shirt

He keeps his word

And for once, you let go

Of your fears and your ghosts

One step, not much

But it said enough

You kiss on sidewalks

You fight and you talk

One night he wakes

Strange look on his face

Pauses, then says

You're my best friend

And you knew what it was

He is in love

You can hear it in the silence, silence, you

You can feel it on the way home, way home, you

You can see it with the lights out, lights out

You are in love, true love

Taylor Swift ,,You are in love”

-20-

Kiedy Castiel pojawił się w drzwiach - z rozwianymi włosami i przerażoną miną, ale chociaż cały i zdrowy, jeśli nie liczyć ramienia w temblaku - zarówno on, jak i leżący na szpitalnym łóżku Dean odetchnęli z ulgą.

- Jak się czujesz, wszystko w porządku? - spytał Winchester, ostrożnie podsuwając się do pozycji siedzącej.

Castiel machinalnie kiwnął głową. Siadając na krześle obok łóżka, położył Deanowi dłoń na ramieniu. Winchester chciał ją pocałować, ale zbyt gwałtownie odwrócił głowę, nadwyrężając tym samym i tak obolałe mięśnie szyi. Widząc jego determinację, Cas nachylił się nad nim z uśmiechem błąkającym się w kącikach ust i pocałował go czule.

- Co się stało? - zapytał Dean, wskazując na ramię.

Castiel lekceważąco machnął ręką.

- Nic poważnego, jestem jedynie trochę poobijany - odparł. - A ty? Bardzo boli?

- Bywało gorzej - powiedział. - Czekam jeszcze na jakieś tam wyniki i mam nadzieję, że będę mógł się stąd zawinąć.

- Potrzebujesz czegoś? Może…

Dean ujął jego dłoń.

- Teraz mam już wszystko - mruknął.

Spojrzał w stronę korytarza, żeby upewnić się, że nikt nie idzie, po czym spytał:

- Spaliliście Louise? Wszystko się udało?

- Tak, Sam zdążył w ostatniej chwili… - Zawahał się i spojrzał na Deana przepraszająco. - Wybacz. To wszystko, co się stało, to moja wina. Gdybym cię nie zagadał…

- Daj spokój - przerwał mu Dean. - Nie zadręczaj się tym. Najważniejsze, że już nikt nie zginie przez Louise. Ryzyko jest wpisane w tą pracę.

Spuścił wzrok na dłoń Castiela i delikatnie pogładził ją kciukiem. Odkąd odzyskał przytomność, potrafił myśleć tylko o tym, jak blisko było, by już nigdy więcej się nie obudził. Świadomość, że mógł umrzeć, po raz pierwszy od dawna naprawdę go przeraziła.

- Chyba chciałem zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Źle oceniłem swoje możliwości i wróciłem za szybko.

- To był naprawdę ciężki rok - przyznał Dean. - To całkowicie zrozumiałe, jeśli potrzebujesz czasu.

Castiel popatrzył na niego z dziwnym błyskiem w oku. Deanowi przez chwilę wydawało się, że chciał powiedzieć coś, czego jednocześnie się obawiał.

- Tak, chyba… Chyba faktycznie potrzebuję czasu, żeby przyzwyczaić się do tego wszystkiego na nowo - powiedział bez przekonania.

- Ale? - podsunął Dean łagodnie.

Wyczuwał, że musi być jakieś ,,ale” i chciał je poznać. Nigdy nie wychodzili zbyt dobrze na posiadaniu przed sobą sekretów.

- Sam nie wiem, Dean. - Castiel westchnął. - Rozmawialiśmy ostatnio o dokonywaniu wyborów i ,,co by było gdyby” nie to życie, które prowadzimy… Co, gdybym ci powiedział, że nie wybrałbym go, gdybym mógł?

Dean spojrzał na niego ze zdziwieniem - nie spodziewał się takich słów.

- Masz na myśli życie łowcy? - zapytał. - Czy… coś jeszcze?

Nie mógł nic poradzić na to, że w pierwszej chwili poczuł lęk - co jeśli Castielowi chodziło też o niego? Widząc przerażenie w oczach Deana, Cas o pokręcił głową i przesiadł się z krzesła na brzeg łóżka, by być bliżej niego.

- Życie łowcy - zapewnił, delikatnie kładąc mu rękę na piersi. - Już nie pamiętasz, co ci mówiłem? Zawsze wybrałbym ciebie.

Dean odetchnął głęboko i kiwnął głową.

- Przepraszam, ja…

- Nie przepraszaj - poprosił Cas. - Będę to powtarzał tak wiele razy, jak tylko będzie trzeba.

Dean był wdzięczny Castielowi za cierpliwość, jaką mu okazywał, gdy lęk i wątpliwości zaczynały przejmować nad nim kontrolę.

- Wiem, jak ważna jest dla ciebie ta praca i ratowanie ludzi - kontynuował Cas. - Ale kiedy przelewałeś mi się przez ramiona, próbując złapać oddech, a ja nie mogłem nic zrobić… To był jeden z najgorszych momentów mojego życia. - Zmarszczył brwi. - Sęk w tym, że… Nie wiem, czy chcę, żeby tak wyglądało moje życie.

Nasze

życie.

Dean kiwnął głową. Do tej pory miał wątpliwości, ale skoro Castiel był z nim szczery, postanowił odpowiedzieć tym samym.

- Jesteś pierwszą osobą, której o tym mówię, ale… Kilka dni temu spotkałem na stacji benzynowej faceta, który był zachwycony Impalą. Zapytał, jakim cudem jest w tak dobrym stanie, więc przyznałem, że kilka razy sam ją naprawiałem, nawet wtedy, kiedy nadawała się do kasacji. Od słowa do słowa wyszło, że facet ma swój warsztat. - Spojrzał na Castiela i uśmiechnął się zawadiacko, jakby przyznawał się do jakiegoś wybryku. - Wysłałem mu swoje CV i zaprosił mnie na rozmowę we wtorek.

Castiel uniósł brwi, zdziwiony tym, co powiedział mu Dean. Przez chwilę milczeli, unikając swojego wzroku - wiedzieli, że w powietrzu wiszą pytania, na które nie byli gotowi odpowiedzieć.

- Co, jeśli dostaniesz tę pracę? - zapytał w końcu Cas. - Chciałbyś ją przyjąć?

Dean oblizał usta.

- Co będzie, jeśli jej nie przyjmę?

Castiel wywrócił oczami.

- To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

Dean westchnął. Nie spodziewał się, że tak szybko będą musieli podejmować decyzje, które wpłyną na ich wspólną przyszłość. Dopiero co planowali randkę - jakim cudem tak szybko przeskoczyli do rozważań, czy ich związek w ogóle ma sens przez konflikt oczekiwań?

- Nie wiem, Cas - powiedział. - Chciałem przejść na emeryturę, kiedy pokonamy Chucka, ale wtedy zniknąłeś, a ja musiałem cię odszukać. Potem wróciłeś, ale nie całkiem, więc znów ją odłożyłem. Przyzwyczaiłem się już do tego, że to, czego ja chcę i to, co powinienem, rzadko kiedy się pokrywa.

Castiel pokręcił głową.

- Dean. - Położył mu dłoń na policzku i spojrzał w oczy, uśmiechając się łagodnie. - Zastanów się nad tym, czego ty byś chciał. Nie nad tym, czego wymagają od ciebie inni.

Dean zaśmiał się, czując jak łzy napływają mu do oczu. Całe życie spełniał oczekiwania innych i zachowywał się tak, by nikogo nie zawieść. Jak miał nauczyć się postępować inaczej?

- Trochę mnie to przeraża - przyznał.

- Wiem. Decyzje są przerażające.

Nagle Cas wyprostował się, jakby doznał olśnienia i zaczął przeszukiwać kieszenie. Ponieważ miał ich sporo, a jedna z jego rąk tkwiła w temblaku, zajęło mu to dłuższą chwilę. Dean przyglądał mu się z rosnącą ciekawością, zupełnie nie mając pojęcia, co się dzieje. W końcu Cas wygrzebał jakiś skrawek papieru - chyba paragon i zaczął składać go na coraz cieńszy pasek.

- Postaram się o coś lepszego, ale…

Dean w zupełnym osłupieniu przyglądał się, jak Cas owija pasek papieru wokół jego serdecznego palca. Na koniec zakręcił oba krańce tak, by pozostały złączone.

- Och. - Tylko tyle potrafił powiedzieć Dean, patrząc na prowizoryczny pierścionek na swojej dłoni.

- Chcę, żebyś pamiętał, że będę z tobą niezależnie od tego, jaką decyzję podejmiesz - powiedział i pocałował go w czubek dłoni. - Moja miłość nie jest zależna od twoich wyborów. Będę cię kochał bez względu na wszystko.

Dean usiadł, ignorując ból w szyi, wplótł palce we włosy Castiela i przyciągnął go do pocałunku. Czuł, jak serce obija mu się o żebra, a łzy płyną po policzkach.

- Cas… - mruknął, odsuwając się na chwilę. - Czy ty mi się właśnie oświadczyłeś?

Dean nie pamiętał, kiedy ostatni raz był tak zestresowany.

Chodził w tę i z powrotem wzdłuż ściany budynku z rękami splecionymi na plecach i co chwila nerwowo zerkał na zegarek. Co prawda zostało jeszcze kilka minut, więc nie powinien aż tak panikować, ale nie mógł nic poradzić na ucisk w gardle i przyspieszone bicie własnego serca.

Uspokój się, Winchester -

pomyślał, zatrzymując się w końcu. Odetchnął i przeczesał włosy dłonią. Były o wiele dłuższe niż zwykle - ostatnie miesiące sporo go kosztowały i nie miał nawet czasu, by pomyśleć o strzyżeniu, więc powoli upodabniał się do Sama. Gdy dłużej się nad tym zastanowił, doszedł do wniosku, że zmiana fryzury nawet mu się podobała.

W końcu Dean przysiadł na masce Impali i zaczął niecierpliwie tupać nogą. Jeszcze trzy minuty. Czy jeśli będzie chwilę wcześniej, zostanie to odebrane za nietakt? Z drugiej strony, chyba lepiej być wcześniej, niż się spóźnić. Policzył w głowie od dziesięciu wspak i gdy doszedł do jedynki, podniósł się. Zacisnął dłonie w kieszeniach i ruszył w stronę warsztatu.

- Umm… Dzień dobry - przywitał się z wystającymi spod samochodu nogami.

Nogi ugięły się w kolanach, wyciągając resztę ciała spod podwozia. Mężczyzna, który się wynurzył, miał poplamione olejem spodnie i czerwoną czapkę z daszkiem. Usiadł i spojrzał na Deana pytająco.

- Cześć, jestem Dean. Przyszedłem na rozmowę z panem Hopperem - powiedział Dean, wyciągając rękę w kierunku nieznajomego.

Mężczyzna chwycił ją, najwyraźniej nie rozumiejąc intencji i podciągnął na niej do góry. Dean musiał mocno zaprzeć się nogami, by nie upaść i nie skompromitować się w ciągu pierwszych pięciu minut w warsztacie.

- Derek - przedstawił się mężczyzna. - Poczekaj tu, pójdę po szefa.

Dean kiwnął głową. Gdy Derek zniknął gdzieś w korytarzu, wciągnął nozdrzami zapach gumy, oleju i lakieru, i rozejrzał się dookoła. Kawałek dalej dwóch innych pracowników próbowało uruchomić starego Datsuna 240Z. Dean podszedł bliżej, chcąc lepiej się przyjrzeć.

- Niesamowite, że jeszcze ktoś ma ten model - powiedział z zachwytem, obchodząc auto dookoła.

- Co nie? - odezwał się wysoki blondyn, który nonszalancko opierał się o stojak na narzędzia. - Ten okaz dawno powinien się znajdować w muzeum.

- Możemy panu jakoś pomóc? - zapytał siedzący za kółkiem mężczyzna z okazałym wąsem.

Dean pokręcił głową.

- Och, nie. Przyszedłem do pana Hoppera na rozmowę w sprawie pracy - wyjaśnił, bujając się na piętach.

- W sprawie pracy, hę? - blondyn spojrzał znacząco na wąsatego. - Pewnie za Toma.

- To był chlejus jakich mało, dobrze że staruszek go zwolnił - mruknął tamten.

- To może pokaż, co potrafisz - zaproponował blondyn, wskazując na Datsuna. - Bo my już chyba się wypsztykaliśmy z pomysłów.

Dean wysoko uniósł brwi i zbyt szybko spróbował przełknąć ślinę. Po ostatniej sprawie jego gardło wciąż było sine i opuchnięte, dlatego tego dnia zdecydował się na nałożenie pożyczonego od Sama golfa. Spojrzał najpierw na samochód, a potem na mężczyzn. Wydawali się niesamowicie rozbawieni faktem, że proponują Deanowi robotę, której sami nie potrafią podołać. Winchester zrobił strapioną minę i podrapał się po głowie.

- Panowie, ale że ja miałbym spróbować z takim dinozaurem? - zapytał, udając niepewność. - No mogę, ale do tej pory jedynie wymieniałem płyn w chłodnicach.

Wąsacz wysiadł z samochodu i stanął obok blondyna. Mężczyźni znów wymienili rozbawione spojrzenia. Dean przeczesał włosy dłonią i podwinął rękawy swetra. Miał nadzieję, że Sam nie był do niego specjalnie przywiązany. Plamy z oleju schodziły niezwykle ciężko.

Gdy pół godziny później przekręcił kluczyk w stacyjce, a z silnika wydobył się melodyjny warkot silnika, blondynowi i wąsaczowi zrzedły miny. Zajrzeli pod maskę, nie mogąc uwierzyć własnym oczom, po czym z uznaniem uścisnęli Deanowi rękę.

- No, no. Jak ty sobie z Datsunem poradziłeś, to naprawdę wielki szacunek - powiedział wąsacz.

Dean chciał machnąć ręką, ale w tej samej chwili mężczyźni wyprostowali się jakoś oficjalnie. Gdy się odwrócił, zobaczył za swoimi plecami Arnolda Hoppera i poczuł ucisk w brzuchu. Zupełnie zapomniał, że przyszedł tu na rozmowę. Musiało być już mocno po wyznaczonej godzinie.

- Dzień dobry - powiedział zakłopotany Dean i wyciągnął rękę w stronę właściciela. - Ja właśnie…

Ze wstydem zorientował się, że jego dłoń jest cała w smarze. Rozejrzał się prędko za ściereczką, ale nim zdążył jakąkolwiek dostrzec, Hopper mocno uścisnął mu rękę.

- Panie Winchester - powiedział i uśmiechnął się szeroko. - Właśnie na to liczyłem, gdy do pana dzwoniłem. To jak, jest pan gotowy porozmawiać o konkretach?

Dean spojrzał na niego niepewnie.

- O konkretach? - powtórzył.

- No, o konkretach. - Hopper klepnął go w ramię. - Na przykład o tym, kiedy może pan zacząć.

Dean zapukał, a gdy usłyszał ,,proszę”, wszedł do pokoju.

- Hej. Cas mówił, że mnie szukałeś - powiedział Dean, zamykając za sobą drzwi.

Sam odłożył książkę, którą akurat czytał i usiadł na brzegu łóżka. Odgarnął włosy do tyłu i wskazał bratu krzesło.

- Tak, chciałem pogadać.

Dean usiadł i skrzyżował ramiona na piersi.

- To dobrze, bo ja też.

Przez chwilę w milczeniu mierzyli się wzrokiem. Następnie wyciągnęli przed siebie zaciśnięte w pięści dłoni.

- Cholera! - mruknął Dean, gdy jego kamień został pokonany przez wyrzucony przez Sama papier.

Przeczesał włosy dłonią. Przez całą noc zastanawiał się, jak przekazać Samowi, że dostał pracę - co więcej, jak powiedzieć mu, że postanowił ją przyjąć. Decyzja nie była łatwa. Spędził wiele godzin na rozmyślaniu o przyszłości i dokładnym analizowaniu wszystkich za i przeciw. W całym procesie wspierał go Castiel, ale ostateczne słowo należało do Deana - i było takie, że chciał dać sobie szansę.

- Zawsze dużo myślałem o przeszłości - zaczął. - O wszystkich szalonych sprawach, które prowadziliśmy i ludziach, których uratowaliśmy… Oraz tych, których nie udało nam się ocalić. Pamiętam ich wszystkich i Jack mi świadkiem, że będę pamiętał ich do końca życia - powiedział. - Wiem, że bywałem trudny i często niesłusznie uparty. W wielu sytuacjach nie potrafiłem odpuścić…

- Robiliśmy to, co musieliśmy - wszedł mu w słowo Sam. - To fakt, że czasem nasze decyzje bywały głupie, ale… Teraz mamy perspektywę, co było dalej. Wtedy mogliśmy tylko gdybać.

Dean spuścił wzrok i odchrząknął.

- Mówię ci o tym, bo ostatnio zacząłem myśleć też o przyszłości i odkryłem coś śmiesznego: nic o niej nie wiedziałem. Zawsze mieliśmy coś horyzoncie - czy to szukanie ojca, apokalipsę, zamknięcie Piekła, pokonanie Chucka… I zawsze w takich sytuacjach zastanawialiśmy się, co będzie, gdy się z tym uporamy. Ale ten moment nigdy nie nadchodził.

Sam patrzył na niego niepewnie, najwyraźniej nie mogąc wywnioskować, do czego brat zmierza.

- Wiesz, Sammy… Myślę, że to jest właśnie ten moment - powiedział Dean.

- Tak - odparł cicho Sam. - Też tak sądzę.

Dean podniósł na niego zdziwione spojrzenie. Sam uśmiechał się lekko, choć jego brwi pozostawały zmarszczone.

- Jakiś czas temu zacząłem zastanawiać się nad tym, co po sobie pozostawimy. - przyznał. - Zostawimy po sobie świat, Dean. Może nie jest idealny, nigdy zresztą nie będzie, ale gdyby nie my… Już dawno by go nie było. To kolosalnie dużo. Czego jeszcze można chcieć?

Dean wiedział, czego chciał.

- Spokoju - powiedział, uśmiechając się pod nosem.

Sam kiwnął głową.

- Tak. Spokoju - zgodził się.

Przez chwilę obaj milczeli. Dean myślał o swojej decyzji i miał wrażenie, że jest lżejszy o kilka ton - z barków spadł mu ogromny ciężar, z obecności którego nawet nie zdawał sobie sprawy. Zawsze żył dla innych: żeby im pomagać nawet kosztem samego siebie. Tak został wychowany. Teraz, po raz pierwszy w życiu, czuł się wolny.

- Dostałem pracę w warsztacie samochodowym - wypalił.

Spojrzał na Sama - brat wyglądał na zaskoczonego.

- Wiesz, że cię kocham, Sammy - powiedział od razu. - Zawsze robiliśmy to razem i nie nie wyobrażałem sobie… Nie chciałem, żebyś robił to beze mnie - powiedział. - Ale nie stanę się młodszy. Ostatnio omal nie zginąłem i dotarło do mnie, że tym razem to by było definitywne. A… Chyba chciałbym jeszcze trochę pożyć.

- Moment. - Sam nachylił się w jego stronę i oparł łokcie na udach. - Czy ja dobrze rozumiem? Próbujesz mi powiedzieć, że planujesz emeryturę?

W pierwszej chwili Dean pomyślał, że Sam się wkurzył. Zamarł, zupełnie nie wiedząc, jak zareagować, mimo że przygotowywał się na taki scenariusz przez pół nocy. Otworzył usta, chcąc powiedzieć coś, co mogłoby uspokoić brata, ale wtedy Sam odchylił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem.

Dean zesztywniał jeszcze bardziej. Nie miał pojęcia, co się właśnie stało.

- Przepraszam - powiedział Sam, kiedy zgięty wpół nieco się uspokoił. - Po prostu nie spodziewałem się tego, bo… Chciałem porozmawiać z tobą dokładnie o tym samym.

Dean uznał, że się przesłyszał. Dopiero szeroki uśmiech na twarzy brata uświadomił mu, że Sam mówił poważnie. Odetchnął głęboko.

- Planowałem powiedzieć ci o tym, kiedy Cas odzyskał pamięć, ale uznałem, że powinniśmy choć trochę wrócić do normalności.

- Nie mówiłem ci, bo bałem się, jak zareagujesz - mruknął Dean, przecierając oczy.

Sam przeczesał włosy dłonią, odgarniając je do tyłu. Spojrzał na brata lekko zawstydzony.

- Jest jeszcze coś… Chcę się oświadczyć Eileen.

Deanowi odebrało mowę - poczuł, jak szczęście i wzruszenie wypełniają całą jego klatkę piersiową. Przesiadł się na łóżko i mocno przytulił brata.

- To wspaniały pomysł - powiedział. - Naprawdę się cieszę, Sammy.

- Szczerze mówiąc, nie czułem tego, co czuję do niej, od Jess - przyznał, uśmiechając się smutno. - Nie chcę znowu stracić kogoś, kogo kocham, Dean. Chcę założyć rodzinę, chcę… W końcu mieć normalne życie i normalne problemy, takie jak płacenie rachunków albo kredyt na dom.

Dean parsknął śmiechem. Sam nie zdawał sobie sprawy, że to, co powiedział, brzmiało jak żywcem wyciągnięte z głowy jego brata.

- Doskonale cię rozumiem - przyznał, myśląc o Castielu.

Kciuk jego prawej ręki delikatnie przejechał po chłodnym metalu obrączki, którą miał na serdecznym palcu. Cas znalazł ją poprzedniego dnia w jakimś sklepie z antykami, więc zastąpiła papierowy pierścionek, który podarował mu w szpitalu.

Obietnica tego, że już zawsze będą razem.

- All things end-

Dean odnalazł Castiela na ganku - siedział na fotelu z nogami wspartymi o balustradę i czytał jakąś książkę. Gdy usłyszał szelest zamykanych drzwi wejściowych, drgnął i obrócił się czujnie. Na widok Deana rysy jego twarzy od razu złagodniały.

- Mówiłem ci, żebyś nie czytał po ciemku - powiedział Dean, narzucając na ramiona Castiela koc w czerwoną kratkę.

Cas owinął się nim szczelniej i na chwilę opuścił nogi, by Dean mógł przepchnąć się do drugiego fotela. Gdy usiadł, jego dłoń automatycznie odnalazła dłoń Castiela.

- Przecież jeszcze nie jest ciemno - mruknął Cas.

Gdy w końcu oderwał wzrok od książki i rozejrzał się dookoła, dotarło do niego, że był w błędzie.

- Ups - rzucił, uśmiechając się do Deana zawadiacko. - Chyba straciłem poczucie czasu.

Podsunął do góry okulary do czytania i potarł palcami kąciki oczu. Wychylił się, by odłożyć książkę na stolik, ale Dean wziął ją do ręki i spojrzał na tytuł.

- Rok w ogrodzie
? Serio? - wywrócił oczami.

Cas wzruszył ramionami.

- Zachowujesz się tak, jakbyś potem nie był pierwszy w kolejce do moich pomidorów.

Dean musiał przyznać mu rację. Pomidory, które Cas hodował w swojej małej szklarni były najlepszymi pomidorami, jakie Dean jadł w życiu. Odłożył książkę i podniósł nogi, by - tak jak Castiel - oprzeć je na balustradzie.

- Wiesz, że dzisiaj mija dwadzieścia lat odkąd po raz pierwszy powiedziałeś mi, że mnie kochasz? - zapytał Dean, patrząc przed siebie, na skąpane w blasku księżyca fale. Wciąż się cieszył, że udało mu się spełnić marzenie o tym, by zamieszkać w domku z widokiem na morze.

Castiel skrzywił się lekko.

- Masz na myśli dwadzieścia lat odkąd wylądowałem w Pustce, ratując ci dupę? - spytał.

- Wolę skupić się na tym bardziej optymistycznym akcencie.

- Optymistycznym? Jak dla kogo?

Dean wywrócił oczami.

- Hej, mogło być gorzej. Mogłeś nigdy nie wrócić, a ja mogłem zginąć w jakiś dramatycznie beznadziejny sposób.

Cas zastanawiał się chwilę, ale ostatecznie przyznał mu rację skinieniem głowy.

- Wchodzimy do środka? Faktycznie zrobiło się trochę zimno - stwierdził. - Napiłbym się herbaty.

Dean kiwnął głową. Gdy wstali, objął Castiela i złożył na jego ustach powolny pocałunek. Poczuł na jego wargach uśmiech - zawsze się uśmiechał, gdy go całował.

- Z jakiej to okazji? - zapytał, odsuwając się od niego na odległość ramienia.

- Z takiej, że cię kocham - odparł Dean.

Byli małżeństwem od siedemnastu lat i nie było dnia, by Dean nie powiedział Castielowi, że go kocha. Sądził, że nigdy mu się to nie znudzi - tak samo jak budzenie się i zasypianie w jego ramionach.

- Ja ciebie też kocham, Dean - powiedział Castiel.

Dean wiedział, że nie byli idealnym małżeństwem. Nawet nie próbowali nim być - znali się zbyt długo i zbyt dobrze, żeby wiedzieć, że to nie ma sensu. Pozostali sobą - kłócili się o rzeczy bez znaczenia i godzili w najgłupszy możliwy sposób. Często mieli problemy z komunikacją, ale równie często potrafili całą noc przegadać o rzeczach istotnych i wypracować owocny kompromis. Posiadali blizny, które nie zniknęły z czasem. Tworzyły zarówno ich, jak i ich historię. Akceptowali je i starali się wzajemnie wspierać, co akurat wychodziło im niezwykle dobrze. Nim się w sobie zakochali, byli przecież najlepszymi przyjaciółmi - to się akurat nigdy nie zmieniło. Gdy Dean myślał o ich historii, często nie mógł powstrzymać uśmiechu. Nie byli sobie pisani - w innych światach Castiel nigdy się dla niego nie zbuntował, nie odwrócił się od swoich braci i nie pomógł zatrzymać Winchesterom apokalipsy. Nigdy się w sobie nie zakochali.

Mimo że byli pomyłką, niezamierzonym zwrotem akcji i nieplanowanym zakończeniem, w tym świecie jakimś cudem się odnaleźli. Razem przeszli przez Piekło, Czyściec i Pustkę. Razem stawiali czoła najgorszym potworom i stoczyli u swojego boku najbardziej beznadziejne walki. Okłamywali się, a mimo to mogli na sobie polegać. Potrafili poświęcić dla siebie wszystko. Poświęcali dla siebie wszystko.

Dean nie spodziewał się, że kiedykolwiek dostanie od kogoś tyle, ile dostał od Castiela. Cas sprawiał, że czuł się kochany, a on sam każdego dnia znajdował nowy powód, by kochać go jeszcze bardziej. Jak to, że odkąd stał się człowiekiem, cicho pochrapywał i zdarzało mu się gadać przez sen. Albo to, że specjalnie dla Deana nauczył się piec szarlotkę, a pieprzyki na jego plecach układały się w kształt półksiężyca. Cas śpiewał, kiedy gotował, nigdy nie nauczył się robić łódeczki z papieru i robił najśmieszniejsze prezenty - kiedyś podarował Sammy’emu sweter z podobizną Crowleya mówiącego ,,łoś”. Skąd go wziął? Nigdy nie zdradził tej tajemnicy.

Dean nie spodziewał się też, że kiedykolwiek się zestarzeje - szczególnie z ukochanym u boku. Gdy Castiel oddał swoją łaskę za wspomnienia i stał się człowiekiem, Dean bał się, że tego aspektu ludzkiego życia - upływu czasu - będzie żałował najbardziej. Tymczasem przyjął go tak naturalnie, jakby urodził się śmiertelny. Akceptował ich zmarszczki, siwym włosom przyglądał się z zainteresowaniem. Zresztą, Cas do wszystkiego podchodził ze spokojem. Za to też tak bardzo kochał go Dean.

Byli ze sobą szczęśliwi. Po tym wszystkim, co przeszli, nareszcie mieli życie, na jakie zasługiwali. Teraz, stojąc na ganku ich własnego domu i patrząc w kryształowo-błękitne oczy ukochanego - te same, w których zakochał się lata wcześniej - Dean się uśmiechał.

Cas wciąż był piękny.

Wciąż był Castielem.

↑ Top · Fandoms