Actions

Work Header

Ostatni rozdzial

Entire Work

Work Text

Dziennik Jeremy'ego Belpois, ucznia klasy pierwszej liceum Kadic.

Od naszej ostatniej walki z XANĄ, a zarazem starcia z Tyronem i wyłączenia superkomputera, minęły dwa tygodnie. Dwa tygodnie wypełnione sprawdzianami, egzaminami, wypełnianiem dokumentów, decyzjami o naszej przyszłości. Odd prawdopodobnie podąży śladami Yumi i Williama i pójdzie do klasy literackiej - nie dziwię się, przedmioty ścisłe nigdy nie były jego mocną stroną, a na tym profilu będzie mógł w pełni poświęcić się przedmiotom artystycznym. Aelita dołączy do mnie - czy też raczej ja do niej, gdyż złożyła deklarację godzinę przede mną - do klasy ścisłej, tak jak planowaliśmy to dawno temu. Ulrich jeszcze się waha, lecz wierzę, że wkrótce uda mu się podjąć taką decyzję, dzięki której uda mu się jednocześnie zadowolić rodziców i podążać ścieżką sportową. Poradzi sobie.

Jednocześnie w tym krótkim czasie zrozumiałem trzy rzeczy.

Po pierwsze, Tyron zdołał (co prawda w minimalnym stopniu, ale zawsze) uruchomić swój komputer kwantowy, nie aktywując jednocześnie antywirusa, którego zainstalowanie część z nas prawie przypłaciła życiem... a przynajmniej przepadnięciem w sieci do czasu napisania nowego programu materializacyjnego. OSOBNEGO DLA KAŻDEGO Z CZWÓRKI. [Kamera traci na ostrości, gdy jego ręka o nią zahacza]. Na razie jednak nie zauważyliśmy aktywności XANY... Chyba nie chce jeszcze ryzykować uruchomienia programu mogącego usmażyć tak jego, jak i bazę danych, w której się ukrył. Nie, żebyśmy narzekali, potrzebujemy tego czasu wytchnienia, oby jak najdłuższego, bardziej niż kiedykolwiek.

Nasza walka wciąż trwa.

Po drugie - Aelita zyskała legalnych opiekunów, którzy nie wykazują póki co większego zainteresowania tą funkcją (na szczęście, w przypadku Tyrona). Wpisanie Anthei Hopper w dokumenty pozwoliło jednak na odblokowanie wszelkich funduszy, których, jak się okazało, Aelita odziedziczyła po swoim ojcu całe mnóstwo. Podejrzewałem, że Franz Hopper zarabiał w jakiś sposób pieniądze, by utrzymać w posiadaniu Pustelnię, ale nie spodziewałem się, że inwestował na giełdzie tak wielkie kwoty... Nie, żebyśmy się nie cieszyli - dzięki temu będziemy mogli już przywrócić dom Aelity do dawnej świetności szybciej, niż to zakładaliśmy, a także - za jej zgodą oczywiście - prowadzić badania, modernizować sprzęt...

[Przez kilka chwil bawi się medalionem, z którego usunął już nadajnik GPS. Jego twarz pełna jest ciepła, zupełnie jak wtedy, gdy spogląda ukradkiem na dziewczynę z różowymi włosami. Wreszcie jego spojrzenie na powrót skupia się na obiektywie kamery].

Po trzecie i najdziwniejsze, moi przyjaciele zaczęli wykazywać zdolności nadprzyrodzone.

Ale po kolei... I muszę to wszystko nagrać, zanim zachce mi się spać, w końcu dopiero co skończyliśmy nasze zebranie, a jeszcze muszę się spakować przed wyjazdem do domu...

W przerwie między kolejnymi zajęciami Jeremy udał się do pokoju i włączył komputer. Jak zawsze przejrzał serwisy informacyjne, sprawdził pogodę na resztę dnia i upewnił się, że nie ma żadnych wiadomości na poczcie, na które musiałby pilnie odpowiedzieć. Gdy zrobił to wszystko, uruchomił sieć podłączoną do jednego z generatorów superkomputera w fabryce, umożliwiając tym samym przeglądanie Internetu pod niezwykłą ochroną - a tego właśnie potrzebował, bowiem zamierzał sprawdzić aktywność zarejestrowanych komputerów kwantowych na świecie.
Fakt, że Tyron całkowicie legalnie zajmował się fizyką kwantową, miał zarówno zalety, jak i wady. Po pierwsze, jeden dodatkowy serwer nie robił większej różnicy w zużyciu energii i opłatach za elektryczność, dlatego nikt raczej nie zauważył, że placówka badawcza w Szwajcarii wykazywała większą aktywność. Po drugie, w razie awarii można było liczyć na pomoc fachowców, coś, czego oni nie mieli, kiedy wyczerpała się radioaktywna bateria superkomputera... Jednocześnie sprawdzenie aktywności konkretnych, zarejestrowanych komputerów kwantowych na świecie nie należało do rzeczy trudnych, a ponieważ na stronach poświęconych informatyce i fizyce przez kilka dni huczało na temat domniemanej, olbrzymiej awarii, nietrudno było dowiedzieć się, czy podjęto próby ponownego uruchomienia serwerów.
Nie musiał długo szukać - wszystkie znaki na niebie i ziemi (oraz serwisy informacyjne) mówiły, że rozpoczęto proces uruchamiania szwajcarskich komputerów kwantowych.
Odsunął się od biurka, wzdychając głośno. Jego przeczucie potwierdziło się... jednak nadzieja nie przepadła. Zainstalowany antywirus prawdopodobnie został uśpiony i potrzebował ponownej aktywacji, jednak na ten moment całe przedsięwzięcie byłoby zbyt ryzykowne, a ponieważ główny serwer superkomputera Tyrona pozostawał wyłączony, nie miałoby to większego sensu. Potrzebowali interfejsu wewnątrz Kory, by móc uruchomić zainstalowany program, co z kolei wymagało włączenia superkomputera Franza Hoppera. Zaczął żałować, że go tak szybko wyłączyli...
Okienko między lekcjami kończyło się, dlatego spakował potrzebne książki do torby, wyłączył laptop i ruszył na zajęcia. O swoim odkryciu opowie później, po sprawdzianie z fizyki.
#*#
W przeciwieństwie do większości budynków szkolnych w Pustelni panował przyjemny chłód, zapewniony przez wszechobecne drzewa. Znajdujący się wewnątrz licealiści nie narzekali dzięki temu na upał i mogli bez większych przeszkód sprzątać lub dokonywać drobnych napraw, które ostatnimi czasy ruszyły mocno do przodu. Zwłaszcza teraz, gdy mieli całkowite podstawy, by zalegalizować wszystkie dokumenty i na powrót podłączyć media do budynku, zwłaszcza prąd, dzięki któremu mogliby spędzać w środku więcej czasu bez obaw, że przyniesione powerbanki w którymś momencie przestaną działać, a im zabraknie elektryczności do zasilenia sprzętu lub ogrzewania, jak to się zdarzyło poprzedniej zimy.
Względną ciszę, przerywaną dotychczas jedynie przez stukot palców o klawiaturę, miarowe kroki na piętrze i wyżymaną ze ścierki wodę, przerwał głos Jeremy'ego, który jako jedyny nie zajmował się bezpośrednio pracami porządkowymi, tylko organizacyjnymi.
-Aelita, nie zastanawiało cię nigdy, skąd pochodziły pieniądze na twoje czesne i tym podobne? Wiesz, teraz wszystko oficjalnie opłacają twoja matka i Tyron, ale wcześniej?
-Hmm... jedyne, co mi przychodzi do głowy, to mój ojciec- odpowiedziała szczerze, nie odnosząc się słowem do drugiego zdania. -Podpisany był jako sierociniec, z którego podobno się wyprowadziłam dzięki Oddowi. Kiedyś sądziłam, że to ty coś zrobiłeś w tej sprawie, ale jak wiemy, mój ojciec dość szybko zaangażował się w pomoc nam.
-Nie tylko to mam na myśli... Popatrz. Zebrałem w jeden plik dane ze wszystkich kont Hoppera na inne nazwiska, do których udało mi się zyskać dostęp. Miał ich mnóstwo!
-Rzeczywiście! Czekaj, czy to nie są... Nie wierzę...
Mokra ścierka, którą przecierała okna, spadła żałośnie na podłogę, gdy dziewczyna zobaczyła sumę na ekranie.
-Przebywając w sieci, inwestował na giełdzie. Z sukcesem. I kopał i kupował elektroniczną walutę.
-Stąd też pieniądze na utrzymanie Pustelni przez ten cały czas- Jeremy pokiwał głową, przełączając dokumenty. -Państwo nie odebrało mu posiadłości, ponieważ przez te wszystkie lata płacił podatki. A wszystkie te konta, założone w nie do końca legalny sposób, należą - i to całkiem legalnie - do ciebie. Po jego śmierci- przez jej twarz przemknął cień -zostały przepisane na ciebie, prawdopodobnie dlatego, że, po pierwsze, miał spisany testament, po drugie, został oficjalnie wpisany jako twój ojciec w nowych dokumentach.
-A powiedz...- zalogowała się na swoje konto bankowe. -Te pieniądze to skąd? Nie znam tych kont, a dotychczas jedyne pieniądze, które otrzymywałam, to były stypendia i dochody z koncertów...
I wtedy do pokoju wszedł Odd, który praktycznie wetknął twarz w ekran laptopa, przesunął kilka razy myszką, jak gdyby chciał się upewnić czegoś, po czym zaczął triumfalnie oznajmiać:
-Kasa ze Szwajcarii to alimenty, które towarzystwo szwajcarskie ma obowiązek płacić, ponieważ mieszkasz w oddaleniu od nich. Wiesz, obowiązek alimentacyjny opiekunów. Ta duża kwota, którą widzisz z boku, to zachowek przysługujący tobie po ojcu w ramach majątku niegdyś przepisanego na twoją matkę- pełen dostęp uzyskasz po osiemnastce, tymi pieniędzmi dysponuje na razie ona, ale czego przecież nie zrobi dla ciebie Einstein! A te duże sumy... no cóż, to zostało przepisane tylko i wyłącznie na ciebie i ty zdecydujesz, co z tym zrobić.
Jeremy zamrugał, zdziwiony tak szybkim nadejściem przyjaciela jak jego odpowiedzią.
-Odd, skąd wiesz tyle o sprawach majątkowych?
-Jak ma się tak dużą rodzinę, to trzeba się orientować- mruknął. -Kiedy umarła ciotka Francesca, a wuj Fernand rozwodził się ze siostrą stryjeczną ojca, wszyscy mówili tylko o pieniądzach... Trochę kojarzę, nic wielkiego...
-Dużo wiesz- Ulrich zatrzymał się w drzwiach, trzymając jedno z licznych pudeł wypełnionych śmieciami. -Tylko nie chcesz się tym dzielić, choć powinieneś... Dobra, idę wynieść śmieci z góry. Jak się uda, to będziemy mogli wkrótce tam odmalować i położyć podłogę.
-Zaczekaj!- Odd poderwał się gwałtownie z miejsca. -Uważaj na czwartym stopniu, jest śliski!
-...dzięki?
Szatyn wyszedł z domu i ostrożnie zaczął schodzić po schodach, z nieznanej sobie przyczyny stosując się do rady Odda. Po drodze do śmietnika minął Williama, który właśnie skończył swój ostatni egzamin i po drodze kupił wszystkim lody, przechowywane obecnie w torbie termicznej. Przywitał się z nim krótko, po czym skupił się na segregowaniu śmieci. Nim jednak zdążył posortować je choć trochę, usłyszał wrzask, łupnięcie czegoś ciężkiego o trawnik i wreszcie garść przekleństw.
Zapomniał mu powiedzieć, że stopień jest śliski.
#*#

Ostatnie wypracowanie, mówili. Będzie fajnie, mówili...

Myśli Yumi - choć pora nie była wcale późna, zegar wskazywał ledwie trzecią po południu - płynęły zbyt wolno, by rejestrować, co się działo wokół niej. Liczyło się jedynie to, by dokończyć przygotowanie do matury z francuskiego. Został jej ostatni rozdział z zeszytu do powtórzenia przed wyczekiwaną przerwą na odpoczynek, dlatego spróbowała po raz ostatni tego dnia wytężyć umysł (ale go nie przeciążyć). Zaczęła przeglądać książkę w poszukiwaniu definicji mniej lub bardziej pamiętanych słów, czasami zasięgając do olbrzymiego słownika Petit Robert, który miała na wyciągnięcie ręki.
Dopiero gdy skończyła zorientowała się, że słownik leżał na środku podłogi, nie na biurku czy też na półce z książkami po drugiej stronie pokoju. Odstawiła go, opuszczając pomieszczenie ze skonfundowanym wzrokiem.
#*#
-Ulrich, co tak pędzisz? Aż tak ci się spieszy z WF-u?
-Nie! ...tak! Nie wiem! Po prostu mam długie nogi!- krzyknął, prawie wpadając na ścianę.
Nie rozumiał, co się z nim działo od ostatnich kilku dni. Z nieznanej mu przyczyny, choć wydawało mu się, że idzie powoli, w rzeczywistości przemieszczał się z ponadprzeciętną prędkością. Dzielący z nim pokój Odd spostrzegł również, że ogólnie wykonywał większość czynności znacznie szybciej, z mniejszą lub większą dokładnością, a także, że przestał mu wytykać pochłanianie tak dużej ilości jedzenia.
-Też mam długie nogi, ale nigdy nie leciałem na złamanie karku na stołówkę do Rosy!- wtrącił William, gdy już przysiedli się do stołu.
-Jestem głodny! Mam prawo, nie?
-Owszem, masz...
Posiłek przebiegał spokojnie. Do czasu...
-...ale nie ruszaj moich rogali!
#*#
Dwa dni później, po wszystkich sprawdzianach, prawie dwa tygodnie po konfrontacji z Tyronem i kilkanaście minut po zakończeniu dyskoteki (rozpoczętej zaskakująco wcześnie, bo po godzinie szesnastej) z okazji zakończenia egzaminów i roku szkolnego, Aelita wzięła głęboki oddech, wciskając przycisk inicjujący połączenie. Gdy po kilku sygnałach wciąż nikt nie odpowiadał, zamierzała wyłączyć komunikator, jednak w tej samej chwili znajdująca się po drugiej stronie osoba nacisnęła ikonkę odbioru. Jej oczom ukazała się matka, siedząca prawdopodobnie w domu w Szwajcarii, o czym świadczyło jej otoczenie i ubrania, znacząco odstające od laboratoryjnych standardów. Uśmiechnęła się, a Aelicie zakręciło się w głowie na ten widok, widziany lata temu.
-Cześć... cześć mamo- szepnęła, próbując nie pokazać, jak bardzo się boi i cieszy jednocześnie.
-Skarbie, cześć... Jak ty wyrosłaś!
-Wiem...
Przez kilka chwil nie wiedziała, co powinna dalej powiedzieć, na szczęście Anthea Hopper przejęła inicjatywę.
-Widziałam, że koncertujesz... jesteś DJ-em?
-Zgadza się, i to od kilku lat! Na początku występowałam jako support dla zespołu Subdigitals, ale od jakiegoś roku samodzielnie organizuję koncerty. Jak widzisz- wskazała na swój koncertowy strój, cekinową bluzkę w odcieniach fioletu, grubą, szyfonową spódnicę i delikatny acz barwny makijaż -przed chwilą jeden się skończył.
-Opowiedz mi o tej pasji, proszę.
-Cóż, zaczęło się od pewnego konkursu...
Zaczęła opowiadać jej historię o tym, jak dzięki dalekiemu kuzynowi odkryła miksowanie muzyki, jak trudno było wybić się spośród wielu utalentowanych osób, jak wreszcie wyglądał jej pierwszy koncert. Wprowadziła ją w świat muzyki elektronicznej, pełen obcobrzmiących dźwięków, parkietów dyskotekowych i wielu godzin spędzonych za konsolą, by ułożyć ten właściwy miks, w kulisy organizowania wydarzeń muzycznych, w rywalizację klubów o obiecujących didżejów. Wkrótce zaczęły rozmawiać o wszystkim i o niczym, o muzyce, ulubionym jedzeniu, miejscach, które pragnęły odwiedzić, wracały do nielicznych, wspólnych wspomnień... Kiedyś musiały jednak poruszyć ostatnie wydarzenia, co nastąpiło długo po tym, jak wskazówka zegara wskazała dwudziestą drugą.
-Powiedz... dlaczego nie przyjechałaś, tylko przysłałaś swojego... męża?
-Jedno z nas musiało zostać, by pilnować laboratorium, a chciałam też, byś poznała Lowella, w końcu to twój ojczym.
-Ale mogłaś chociaż bezpośrednio się połączyć, zamiast przysyłać nagranie- Aelita nie potrafiła ukryć rozczarowania w głosie.
-Mieliśmy dużo pracy... jak wiesz, ktoś próbował włamać się do systemu i zniszczyć serwer. Na szczęście Lowell w porę zorientował się i poinformował zarząd o konieczności natychmiastowego wyłączenia wszystkich systemów. Wyłączenie tak dużego komputera kwantowego nie należy do najłatwiejszych rzeczy, zwłaszcza w trybie awaryjnym, jednak udało się uniknąć usunięcia danych. Na chwilę obecną zaczynamy uruchamiać serwery...
Nie mogła uwierzyć, że jej matka nic nie wiedziała i że mogła w tak banalny sposób opisywać proces, który mógł zabić ją i jej przyjaciół. Chciała jej przerwać, wykrzyczeć całą prawdę, że próbowali ostatecznie zniszczyć XANĘ, że w czasie gdy Anthea została wyswobodzona i wyszła za niegdysiejszego przyjaciela Franza Hoppera, ona - pozbawiona pamięci i tożsamości - walczyła ze zbuntowanym programem, wielokrotnie ryzykując życiem nie tylko swoim, ale i przyjaciół, czego szczerze nienawidziła. Pragnęła wyjawić jej wszystko od początku, włącznie z tym, że to właśnie oni usiłowali zniszczyć ich wieloletnią pracę. I wtedy, gdy już otworzyła usta, dostrzegła stojącego za Antheą profesora Tyrona, wpatrującego się w nią ostro. Wciąż miała w głowie jego słowa z ich pierwszego - prawdopodobnie nie ostatniego - spotkania, groźbę, że nie zobaczy więcej matki, jeśli nie zaprzestanie prób zniszczenia jego superkomputera.
-Rozumiem, to musiało kosztować cię... was, wiele wysiłku- powiedziała zamiast tego, mierząc się na spojrzenia z Tyronem w niezręcznym pojedynku.
-Powiedz, Aelito, gdzie spędzasz wakacje?
-Kochanie, z tego, co wiem, to u kuzyna, prawda?- Tyron wtrącił z niezwykle autentycznie wyglądającym uśmiechem.
-Zgadza się, większość czasu spędzę u niego- choć spodziewała się, że będzie o niej wiele wiedział, wciąż była zdziwiona. -Ale nie całe wakacje. Część czasu będę koncertować w różnych miastach Francji, a część spędzę z przyjaciółką tutaj, niedaleko Kadic. A, dwa tygodnie będę mieszkać, jak zwykle, u swojego chłopaka...
-To może przyjechałabyś tutaj, do nas?
Zanim zdążyła odpowiedzieć, kobieta rozmyśliła się.
-Nie, może jeszcze nie teraz... najpierw to ja przyjadę do ciebie, jestem ci to winna. Chciałabym dowiedzieć się więcej o miejscu, gdzie teraz mieszkasz, i poznać twoich przyjaciół.
-D-dobrze...?
-Termin jeszcze ustalimy... Oh, chyba jesteś zmęczona po koncercie, prawda? Zbladłaś trochę...
Gdy rozmowa skończyła się, Aelita przez jakiś czas wpatrywała się pusto w ekran. Wreszcie powoli podniosła się z krzesła, chwyciła za przybory kąpielowe ułożone na łóżku i zwróciła się ku drzwiom, by przygotować się do snu i zmyć zmartwienia, niedające jej spokoju. Samotna łza żalu i frustracji spłynęła po jej policzku, kiedy dotknęła przełącznika i wyłączyła światło w pokoju. W tym samym momencie wszystkie żarówki na korytarzu wybuchły, a światło na piętrze zgasło. Zamrugała kilkukrotnie, słysząc zdziwione okrzyki z sąsiadujących pokoi i czując dziwne odrętwienie dłoni. Zerknęła na nią.
Na jej palcach wciąż tańczyła elektryczność.
#*#
Następnego dnia, na wniosek Yumi, umówili się w parku, by przedyskutować dziwności ostatnich dwóch tygodni.
-Dzieje się coś dziwnego, nie sądzicie?
-Co masz na myśli?
Włoch oparł się o drzewo, obracając w dłoni piłkę tenisową, którą niegdyś bawił się z Kiwim.
-Gdy wychodziliśmy na przerwę przed kartkówką z chemii, tak jakby zobaczyłem pierwszą stronę, pytania, które na niej były. Przejrzałem jeszcze raz dany temat... i one potem rzeczywiście były na kartce! I dostałem piętnaście punktów, aż się pani Hertz zdziwiła!
-Nie uczyłeś się do niej po prostu?- Jeremy nawet w takiej sytuacji nie przestawał przygotowywać notatek na wakacje.
-To też... ale to mi przypomniało te wszystkie wizje, których doświadczałem w Lyoko!
-Masz rację! A ten stopień, o którym powiedziałeś, rzeczywiście był śliski! Widziałeś, że ktoś z nas się na nim poślizgnie, prawda?
-Zgadza się, ale nie byłem pewien, kto... padło na Williama.
-A ty, Ulrich, na ostatnim WF-ie pobiłeś rekord szybkości szkoły o PIĘĆ SEKUND! Według Jima biegłeś szybciej od najszybszego człowieka świata- przypomniała Yumi.
-Wczoraj słyszałem krzyki na dole, Aelita, to ty wywaliłaś prąd na piętrze, prawda?- William raczej stwierdził fakt niż zapytał, pogrążając się w jedzeniu kanapki i odcinając od świata zewnętrznego.
-Yumi, czy nie zarządziłaś spotkania po tym, jak szczotka do włosów sama "wskoczyła" do twojej ręki?
Jeremy wpatrywał się w nich z coraz większym zdziwieniem, odkładając na bok notatnik. Wymieniali coraz to kolejne sytuacje, które zwróciły ich uwagę swą nietypowością, do czasu, aż Odd odwrócił się, wziął zamach i rzucił w odwróconego tyłem, niczego nie spodziewającego się Williama. Piłka pomknęła w jego stronę i... przeszła przez niego?! Brunet podskoczył, zaskoczony, prawie upuszczając swój podwieczorek.
-Ej, nie we mnie!- następnie zamrugał, spojrzał na leżącą u jego stóp piłkę i znów zamrugał. -Jak...?
-Wiedziałem!
-Weź rzuć jeszcze raz.
Kula uderzyła go w nogę.
-Jeszcze raz.
Tym razem obrócił się tak, by nie widzieć nadlatującej piłki, odwrócił się dopiero w momencie, w którym nadlatywała. Jego ciało nie spięło się, wszystko pozostawało pod jego kontrolą, nie miał czym się denerwować... I wtedy czas zdał się zwolnić i zobaczył, jak przedmiot przechodzi przez jego dłoń, albo raczej jak jego dłoń przestała być materialna i przez mniej więcej sekundę była ulotna niczym dym, choć wciąż mógł nią ruszać. Uczucie to szybko minęło, co nie zmieniało jednak faktu, że taka sytuacja zaistniała, a oni wszyscy zobaczyli na własne oczy jedną z mocy, którą dysponował w Lyoko.
-O matulu...
-On się zdymił! Jak w Lyoko! Widziałeś Jeremy? Widziałeś?!
-Widziałem! To niesamowite! Tylko... jakim cudem? W sumie na razie to nie jest ważne- Einstein zaczął w ekspresowym tempie pakować książki do torby. -I tak zaraz się dowiemy. Ale nie będziemy o tym rozmawiać tutaj.
-To gdzie idziemy? Do ciebie?
-Nie, nie tym razem. Pakować manatki, idziemy do Pustelni!
#*#
Sześć pizz, dwie zgrzewki wody, dwanaście lodów, trzy kobiałki truskawek i siedem godzin później Jeremy próbował podsumować wszystko, co powiedzieli do tej pory.
-Dobra, jest późno...
-Co ty nie powiesz...- mruknął Ulrich, przesuwając się trochę w bok, by Yumi mogła się wygodniej o niego oprzeć.
-Podsumowując - w wyniku awaryjnego wyłączeniu superkomputera Tyrona cała piątka, włącznie z Yumi, której nie było wtedy w Lyoko, w jakiś sposób zyskała swoje moce z Lyoko. Mamy całe wakacje, by dowiedzieć się, w jak dużym stopniu, jakie są minusy tego, gdyż z pewnością jakieś istnieją, i na ile jesteście w stanie je rozwinąć. Na dysku jest już wspólny folder, do którego będziecie wpisywać wszystkie wasze spostrzeżenia.
-Wszystkie?
-No, prawie wszystkie, bo nie sądzę, byśmy chcieli wiedzieć o twoich podrywach, Odd!
Mniejszy z blondynów udał naburmuszenie, w czasie gdy drugi kończył notować plany na najbliższe tygodnie.
-Fakt, że będziemy się widywać w różnych układach w wakacje może nam dodatkowo pomóc, bo podobnie jak w Lyoko będziecie mogli przetestować różne kombinacje... Ale o tym innym razem, teraz pora się zbierać.
-Jak tooo- William ziewnął, przeciągając się na podłodze. Niedawno umyte i pieczołowicie wypastowane panele, choć twarde, w połączeniu z miękkim kocem i poduszką kusiły, by pogrążyć się na nich we śnie i zaryzykować ból pleców o poranku.
-Musicie się wyspać, jutro... albo raczej dzisiaj, wyjeżdżacie do swoich rodzin, a wątpię, że ktokolwiek się spakował. Ja nie mam tego problemu...
Aelita potrącała stopą przyjaciół, by ich trochę rozbudzić, po czym przystąpiła do szybkiego wyniesienia śmieci, wcześniej posegregowanych. Gdy wróciła, wszyscy czekali na nią, by zgasiła światło. Wspólnie odprowadzili Yumi - dając jej i Ulrichowi chwilę na czułe pożegnanie - i wrócili do akademika, nie wzbudzając niczyich podejrzeń, głównie dlatego, że na pamięć znali godziny patroli nauczycieli, zaś Jim na tyle ich lubił, że często przymykał oko na (nie zawsze drobne) wykroczenia. Rozeszli się do pokojów i poszli spać...
Wszyscy, poza jedną osobą, która uruchomiła kamerę i włączyła nagrywanie.

----- CHAPTER BREAK -----

Klik. Otwarte. Klik. Zamknięte. Klik. I znów otwarte, tym razem na dobre.
Kiedy kilkanaście dni wcześniej rozpoczynała faktyczną naukę telekinezy, Yumi nie sądziła, że tak szybko uda się jej spełnić jedno z największych marzeń, coś, o czym marzyła od wielu, wielu lat, wręcz od chwili, w której Hiroki nauczył się rozpoznawać litery. Otwieranie zamków.
Choć początek mógł zdać się łatwy - w końcu udawało się jej przenosić kilogramowe słowniki- trening precyzji i siły nie należał do najprostszych. Szybko to sobie uświadomiła, gdy spróbowała świadomie przesunąć jakikolwiek przedmiot. W pierwszej kolejności musiała oddać się ćwiczeniom na koncentrację oraz medytacji, by móc zachować równowagę, co nie było łatwe przy tylu bodźcach zewnętrznych. Na szczęście pancerne słuchawki, prezent od przyjaciół na urodziny, pozwoliły jej na odizolowanie się od świata i skupienie, dzięki czemu wkrótce zaczęła z większą swobodą ćwiczenia. Zaczęła od umiejętności, która, jak sądziła, była dla niej najprzydatniejsza w tamtym momencie.
Osiągnąwszy równowagę, nauka zaczęła iść jej o wiele sprawniej. Podejrzewała, że jeśli będzie się rozwijać w podobnym tempie przez całe wakacje - nie zamierzała przetrenować się, a zrozumiała to, gdy w dzień po bardzo długim treningu prawie nie mogła się podnieść przez ogromne zakwasy, choć przecież była wysportowaną osobą i (teoretycznie) nie używała mięśni do podnoszenia ciężarów tamtego dnia- we wrześniu będzie w stanie podnieść przy pomocy telekinezy przynajmniej Ulricha i Odda jednocześnie i manipulować przy nieco bardziej skomplikowanych mechanizmach nawet z odległości kilku metrów.
Gdy wchodziła do swojego pokoju, spostrzegła nadchodzącego Hirokiego, który właśnie wrócił ze szkoły. Obserwowała, jak wyciąga z kieszeni spodni klucz i wkłada go w drzwi, jednak natychmiast go wyciągnął z zamka. Zaczął mruczeć pod nosem, głównie o tym, że nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się zapomnieć o zamknięciu drzwi do pokoju. Zdecydowała się na przerwanie tych przemyśleń.
-Coś nie tak, Hiroki?- zapytała, w pełni świadoma tego, że w ten sposób może się zdradzić.
-Nie, nic takie- CHWILA MOMENT, tylko ty byłaś w domu!
-I co w związku z tym?
Chłopiec popatrzył na nią z uwagą i nieukrywaną irytacją.
-Grzebałaś w moim pokoju- raczej stwierdził niż spytał.
-Nawet nie dotknęłam twoich drzwi!- uśmiechnęła się szeroko, na co chłopiec przewrócił oczyma.
-A jednak są otwarte.
-Może zapomniałeś ich zamknąć?
-Nie, nie zapomniałem.
Przekomarzali się tak jeszcze przez kilka chwil, dopóki Hiroki nie prychnął głośno i oznajmił:
-Masz moje słowo, że nie będę przeglądał twoich rzeczy. A ty... ty wiesz, czego masz nie robić.
-Jasna sprawa, szefuńciu.
Przynajmniej ta kwestia została raz na zawsze rozwiązana.

Głuche echo rozniosło się po chronionym przez drzewa cyprysowe podwórzu. Różowowłosa dziewczyna zbliżyła się do materaca, na którym leżał drobny blondyn, i pomogła mu wstać.
-Jesteś pewien, że nie za mocno?
-Nie, spokojnie! W końcu obydwoje mamy ćwiczyć swoje moce, prawda? Jak mam zwiększyć swoje możliwości, jeśli i ty nie dasz z siebie wszystkiego?
-W sumie racja... Ale zróbmy chwilę przerwy, zmęczyłam się.
-Ja też. Co powiesz na semifreddo truskawkowe? Luka przyniósł z cukierni!
Ruszyli do wielkiego domu w poszukiwaniu słodkości pozostawionych przez przyszłego szwagra najmłodszego z Della Robbiów. Określenie 'wielki' zdawało się jednak w tym wypadku zbyt łagodne, gdyż budynek, do którego zmierzali, był zaledwie częścią olbrzymiej posiadłości, należącej do rodziny od pokoleń i sukcesywnie rozbudowywanej. Kuchnia znajdowała się w starej, zabytkowej części, odpowiednio zmodernizowanej, lecz wciąż zachowującej swój wyjątkowy charakter.
-Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Pauline wychodzi za cukiernika...- westchnął, wciskając do ust kolejną łyżkę deseru.
-Ja też! To miłe z jego strony, że tak nas rozpieszcza... tylko wciąż nie potrafię tego zrozumieć.
-Nie pamiętasz ostatnich świąt? Sam powiedział, że zawsze chciał mieć młodsze rodzeństwo, któremu mógłby przynosić cukierki z pracy, a my, młodsi od niego o dziesięć lat, idealnie się do tego nadajemy. Przy tym, co przechodzimy z XANĄ, uważam, że w pełni zasługujemy na takie traktowanie, przynajmniej z jego strony...
-Coś w tym jest.
Zamyślili się, wspominając pierwszy raz, gdy Aelita pojawiła się w rezydencji pod Florencją jako oficjalny członek rodziny. Było to zaraz po pokonaniu XANY, kiedy, chcąc nie chcąc, przyjaciele musieli wreszcie wyjawić Della Robbiom, kim jest dziewczyna i dlaczego dyrektor Delmas wysyłał im listy pochwalne na jej temat. Po dość długiej, nieco krępującej rozmowie pełnej pytań i spojrzeń z wyrzutem rodzice Odda zdecydowali, że przejrzą drzewo genealogiczne. Ich rodzina należała do licznych i, gdy zastanowili się trochę, istniała możliwość, że kłamstwo Wojowników Lyoko wciąż będzie chronione, tym razem za wiedzą obydwu stron, a nawet, jeśli niczego by nie znaleźli, zawsze można było dopisać coś w dokumenty.
Tym, co najbardziej zdziwiło paczkę przyjaciół był fakt, że Aelita rzeczywiście była kuzynką Odda. Okazało się, że ich prababcie były siostrami, a gdy zapytano babcię ze strony ojca, czy znała Antheę Hopper, odpowiedziała, że tak, tylko że odkąd poszła (dawno temu, nawet nie pamiętała już, w którym to roku nastąpiło) na studia informatyczne i trafiła do jednostki badawczej - Wojownicy wiedzieli, że w rzeczywistości była to baza wojskowa kryjąca projekt Kartagina - nie było od niej żadnych wieści, raz tylko potajemnie wysłała kartkę świąteczną, załączając zdjęcie męża i córki. Pokrewieństwo potwierdzał również talent Aelity do sztuk artystycznych, zwłaszcza do muzyki, choć miksowanie muzyki uznano za rzecz nietypową, jednak czego można było się spodziewać po córce Anthei... poza tym przyjęto ją do rodziny bez większych przeszkód.
Truskawkowe semifreddo skończyło się szybciej, niż by tego pragnęli, jednak oznaczało to również konieczność powrotu do treningu, jeśli chcieli zdążyć przed powrotem sióstr z zakupów. Posprzątali więc ze stołu i wybiegli na podwórze, by na nowo ćwiczyć atak i obronę z użyciem ich zdolności z Lyoko. W konfrontacji z kuzynką Odd mógł skupić się tylko na drugim aspekcie, co nie zmieniało faktu, że rozwijał się wielokierunkowo, tak jak cała grupa.
-Wiem już, jakie sukienki będą mieć Elisabeth i Louise.
-Jesteś pewien?
-A chcesz się założyć?

Ocknął się na kanapie z zimnym okładem na karku i wenflonem w ramieniu.
-I co z nim, panie doktorze?
Do Ulricha powoli zaczęły docierać słowa z rozmowy ojca z lekarzem, którzy stali nad nim... Jakim cudem tam się znalazł? Ah, racja. Wspomnienia zaczęły wracać do niego wraz z siłami. Trenował bieganie na dużych prędkościach, pamiętał, że pędził przez las niczym wiatr, ścigał się z jakimś ptakiem drapieżnym, aż wreszcie zatrzymał się przed domem. Tam film się urywał, ale wiedział, że udało mu się zapukać do drzwi...
Spróbował się skupić na tym, co lekarz rodzinny usiłował przekazać.
-...czy syn nie ma przypadkiem cukrzycy?
-Co?- obydwaj Sternowie, ojciec i syn, odezwali się w tym samym czasie.
Spojrzeli na siebie krótko, zaskoczeni tym.
-Radziłbym wykonać badania pod tym kątem. Oczywiście zdarza się także, że po bardzo dużym wysiłku fizycznym - a widzę, że syn jest wysportowany - poziom cukru gwałtownie spada, ale nie aż tak. Wypiszę zaraz skierowanie, w sumie, jeśli państwo chcą, to na więcej badań nawet, bo z dokumentacji widzę, że ostatni raz gruntowne badania to miałeś- zwrócił się bezpośrednio do Ulricha -prawie dwa lata temu. Myślę, że przyda ci się komplet badań, nie będziesz musiał tego robić przed zawodami w czasie roku szkolnego.
Jeszcze długo po wyjściu lekarza chłopak zastanawiał się nad całą sytuacją. Efekty uboczne efektami ubocznymi, jednak ta prędkość... i lekka zmiana w zachowaniu ojca, który przyznał, że pora wykorzystać niemiecką służbę zdrowia, skoro i tak często z niej nie korzystają. Prawdą było, że już od jakiegoś czasu kłócił się z ojcem mniej, ale był zaskoczony znamionami troski, które widział w jego oczach. Mężczyzna skrupulatnie zanotował wszystkie zalecenia lekarza, a potem do końca dnia, z charakterystycznym dla siebie milczeniem, pomagał mu w rozmaitych czynnościach. Przypominało mu to trochę czasy, gdy był mały.
Miał nadzieję, że nie będzie to chwilowe.

Patrzcie, co mam! ~TheSmokyMan

*zdjęcie inhalatora*

Co ty, astmatyk jesteś? ~Anonimowy Orangutan

Nie! Po prostu odkryłem efekty uboczne Dymu. ~TheSmokyMan

Jakie one są? I tak będziesz musiał o wszystkim napisać, ale w skrócie podziel się z nami ~Einstein

Cóż, od zbyt długiego przemieszczania się nim zaczynam mieć problemy z oddychaniem i strasznie kaszlę, zupełnie jakbym zaciągnął się słabym papierosem... NIE, NIE PALĘ! Kiedyś spróbowałem i nie należało to do przyjemnych rzeczy. Ale wracając - przez najbliższe kilka dni odpuszczę sobie i dam czas oskrzelom na powrót do pełni sprawności. Zajmę się w tym czasie czymś innym, pokażę Wam, jak trochę to potwierdzę...

Słowo honoru, że nie palisz na boku? ~KamiennaGóra

Słowo! Weź, to obrzydliwe jest, i ten smród... ~TheSmokyMan

O, to ja też się pochwalę - patrzcie, co mam! ~MaskaKabuki

*zdjęcie glukometru*

Też skutek uboczny? ~DJFlaming

Poniekąd. Nie mam cukrzycy, ale bieganie zużywa tyle energii, że glukogeoneza nie nadąża z przetwarzaniem wszystkiego na glukozę. Inna rzecz że po prostu zużywam całą glukozę i inne składniki i dosłownie padam przez gwałtowne obniżenie poziomu cukru we krwi, lekarz stwierdził, że warto to monitorować, żeby ewentualna hipoglikemia nie zaszkodziła mi ~MaskaKabuki

Nie wiedziałem, że znasz tak skomplikowane terminy! ~Anonimowy Orangutan

Wielu rzeczy o mnie nie wiesz, Odd... Właśnie, wiesz, że wyświetlasz się jako "Anonimowy Orangutan"? ~MaskaKabuki

Znowu się nie wyświetlam z moim legitnym nickiem?! Eh... ~Anonimowy Orangutan

-Jeremy...
-Co się stało?
Chłopak uniósł głowę znad obszernej publikacji na temat fizyki kwantowej.
-Mama i Tyron chcą się ze mną spotkać, będą tu jutro.
-Co?- zapytał nieprzytomnie, mrużąc oczy.
-To, co słyszałeś. Zobaczę się z mamą, zobaczę się z nią w rzeczywistości, ale będzie też Tyron... Skąd oni znają twój adres?!...
W czasie gdy nastolatka przyciskała dłonie do skroni, próbując się uspokoić, zza drzwi wychyliła się głowa Patricka, również będącego w odwiedzinach u rodziców Jeremy'ego. Zaalarmowany podniesionymi głosami z sąsiedniego pokoju przyszedł, by poznać tego przyczynę - ujrzany widok zaskoczył go, ale nie tak mocno, jak można by się spodziewać. W powietrzu czuć było statyczność, włosy zjeżyły mu się na karku, a oczy zwróciły się na chwilę ku stojącej na szafce nocnej lampie, która mrugała szybko, choć, jak zdążył się przyjrzeć, nie powinna być włączona. Na szczęście jego ulubiony brat stryjeczny uprzedził go, że w czasie pobytu kogokolwiek z jego paczki przyjaciół mogą dziać się nietypowe rzeczy. Nie pytał, po prostu zaakceptował ten fakt.
-Przeszkadzam?
-Nie, wejdź.
-Masz spotkać się ze swoją mamą, tak?- zapytał, gdy zamknął już drzwi. -Ile się z nią nie widziałaś?
-Dziesięć lat? Może więcej? Nie pamiętam, byłam mała, kiedy zostałyśmy rozdzielone...- podrapała się w tył głowy, jakby nie do końca wiedziała, co powinna odpowiedzieć.
-Cóż, widzę, że jesteś przejęta tą sytuacją...
Zastanowił się chwilę, co mógłby zrobić, by pomóc. Widział, że obydwoje byli mocno zdenerwowani, zaczęli mu również wyjaśniać niektóre kwestie, takie jak ta, że nie Aelita nie podała matce swojego adresu pobytu i jej ojczym - zdecydowanie stwierdzili, że nikt inny nie był w stanie tego zrobić, według nich mężczyzna był zdolny naprawdę do wszystkiego - wyśledził ich położenie dzięki danym komórkowym (VPN skutecznie chroniło adresy komputerów, nie sądzili, że ktoś spróbuje ich namierzyć przez telefon), oraz że przy ich pierwszym oficjalnym spotkaniu padły realne groźby. Pokręcił głową z niedowierzaniem na ich słowa, ale zaraz wpadł na pomysł.
-Co powiecie na lody? Jest gorąco, wszystkim nam przyda się chwila ochłody a i wy ochłoniecie od tego… wszystkiego. Ja stawiam!
#*#
Siedemnaście godzin później Aelita i Jeremy siedzieli na ławce na wejściu do parku, widocznej z daleka. Na pozór wyglądali jak zwyczajna, korzystająca z wakacji młoda para, która zatrzymała się na chwilę, by odpocząć od słońca, jednak w praktyce było zupełnie inaczej. Dziewczyna nie mogła usiedzieć w miejscu, żałowała, że nie wzięła ze sobą niczego, czym mogłaby zająć ręce, choćby i świeżo zaczętej robótki na szydełku, której uczyła jej mama Jeremy'ego - tego jednego nie chciała jednak zaczynać od nowa, wolała pracować od początku do końca w jej towarzystwie by mieć pewność, że wszystkiego się nauczy - albo nawet albumu przedstawiającego najnowsze prace sióstr Odda i ciotki...
Prawie zaśmiała się w duchu. Lada moment miała spotkać się z własną matką, a myślała o wszystkim, tylko nie o niej. Tęskniła, tak bardzo tęskniła, a jednak w głowie miała świadomość, że być może tęskni tylko za jej wspomnieniem sprzed lat, gdy świat był prostszy, a dni spędzała beztrosko w małym domku w górach, o którego istnieniu wiedzieli budowniczy, jej rodzice i, choć tylko w wyobraźni, pan Puck. Kto wie, może nic ich nie połączy, może nie poczują żadnej więzi i to spotkanie będzie jednym z ledwie kilku, które się odbędą? W końcu gdy informacja o tym, że żyje, została potwierdzona, Anthea Hopper nie raczyła choćby porozmawiać z nią przez telefon, tylko wysłała jej nagranie. Nagranie! Nawet ojciec Ulricha nigdy nie posunął się do tak nieczystego zagrania, zawsze rozmawiał z nim twarzą w twarz.
Poczuła, jak Jeremy ujął jej dłoń w swoją i ścisnął delikatnie, oferując wsparcie. To była jedna z tych chwil, gdy nie potrzebowali słów, by wyrazić to, co myślą. Wstali z ławki i zwrócili się ku parkowej bramie, gdzie już ktoś stał. Nie potrafiła powstrzymać się przed biegiem.
#*#
Jeremy z radością patrzył, jak Aelita po latach wita się z matką. Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że mimo widocznej w każdym ruchu ostrożności z całej siły próbuje powstrzymać się przed całkowitym odkryciem się, wyrzuceniem z siebie wszystkiego na oczach Tyrona. Właśnie, Tyron! Blondyn w pierwszej chwili nie potrafił powstrzymać dreszczy biegnących wzdłuż kręgosłupa.
Normalnie miał do dyspozycji książki, swój komputer czy jakąkolwiek inną klawiaturę, mógł liczyć na pomoc przyjaciół. Ale teraz? Był całkowicie bezbronny. Jego rolą nie była walka - choć i to się zdarzyło w jego długiej karierze wielokrotnie, nie był jednak na pierwszym planie - on miał wspierać swoich towarzyszy zza przysłowiowych kulis. On, reżyser, scenarzysta, charakteryzator i wiele innych funkcji w jednym, robił wszystko, by pierwszoplanowi aktorzy w walce z XANĄ (i nie tylko, jak dobrze od dawna wiedzieli) mogli odnieść sukces.
I właśnie dlatego, gdy siedzieli już w kawiarni i rozmawiali przy stole, degustując desery lodowe, Jeremy - biorąc czynny udział w rozmowie i nie przestając obserwować Tyrona, który przenosił swoje spojrzenie z niego na Aelitę i z powrotem - jedną ręką pisał rozpaczliwie wiadomości na czacie grupowym.

POMOCYPOMOCYPOMOCYYYYYY.

Co takiego, Einsteinie? ~Odd

Tyron siedzi naprzeciw mnie. I się patrzy. Ja pierniczę.

CO?! Nie gadaj! Jak? Czemu? Skąd on się wziął?! ~Yumi

Nie chcesz powiedzieć, że Cię, że Was znalazł!? ~Ulrich

Namierzył nas, bo go matka Aelity poprosiła. Podobno. Siedzimy w kawiarni.

To wszystko robi się coraz dziwniejsze... ~William

Żebyś, do cholery, wiedział.

Jakim cudem dajesz radę? ~Ulrich

Wyglądam, jakbym dawał radę?! *zdjęcie spod stolika, Jeremy jest prawie tak blady, jak jego koszula*'

Nie mam więcej pytań. ~Odd

Odd uniósł rękę do góry niczym chorągiewka.
-Trzy, dwa, jeden, start!
Niczym pociski wystrzelili do przodu. Zdawałoby się, że Ulrich pozostanie niedościgniony ze swą zawrotną prędkością, jednak używający Dymu William trzymał się go blisko, i to na tyle, że szatyn postanowił, wcale nie musiał, jak później wytknął mu współlokator, przyspieszyć. Oczywiście brunet nie pozostał mu dłużny i ruszył za nim w tym dziwnym biegu.
Ścigali się wokół parku niedaleko domu najstarszego z ich trójki Williama, o niewiele po świcie, by zminimalizować szanse na odkrycie ich umiejętności przez osoby postronne. Ponieważ wszyscy zdołali się mniej lub bardziej chętnie przyzwyczaić do wczesnego wstawania, taka pobudka, a także (nie zawsze) wczesne kładzenie się spać naturalnie wpisały się w ich dobowy rytm. Starali się wykorzystać całość wolnego czasu, by opanować przed zakończeniem wakacji przynajmniej większość swoich umiejętności z Lyoko. Nie zapominali jednak o rozrywce - zaczęli powoli odnajdywać swoje granice, a żeby ich nie przekroczyć zupełnie, musieli w końcu odpoczywać. Korzystali więc z wakacji, ile tylko się dało.
Wreszcie czuły słuch Odda wychwycił zbliżanie się do mety kolegów. Zwrócił głowę w kierunku, z którego dochodził dźwięk, i zdążył zarejestrować przyjaciół nim minęli go, przekraczając linię mety kilka sekund po sobie. Zdołali zatrzymać się przed kolejnymi drzewami - William miał oczywiście większą łatwość, choć zatrzymując się zrobił fikołek do przodu, Ulrich zaś potrzebował paru metrów więcej, by bezpiecznie zahamować. Blondyn rzucił im wcześniej przygotowane bidony, które chwycili łapczywie w ręce.
-Ha! Wygrałem!- wydyszał Ulrich między kolejnymi łykami słodzonej miodem wody.
-Następnym razem to będę ja, zobaczysz!
-Dobra, dobra, nie kłóćcie się, jeszcze mnie uszy przez was rozbolą...

*zdjęcie oświetlonych ciepłym, wielobarwnym światłem chmur*

Jaki piękny widok! Gdzie zrobiłeś to zdjęcie? ~KamiennaGóra

W klubie przed wczorajszym koncertem Aelity, zasiedziałem się za kulisami... ~TheSmokyMan

Żartujesz chyba! ~Kotopies

Nie żartuje. Will, może powiesz coś więcej o swoich mocach? ~DJFlaming

I tak muszę to potem zapisać wszystko w pliku... Pamiętacie, jak Wam pisałem, że robię przerwę od przenoszenia się Dymem? ~TheSmokyMan

Tak i co w związku z tym? ~Kotopies

A to, że mogę w pewnym stopniu wytwarzać i kontrolować dym, chmury, mgłę, wszystko w tym stylu. Ale najbardziej lubię z tego wszystkiego te baranki, które tak leniwie wędrują po suficie, jak już się je wypuści do góry, takie niesamowite w dotyku... Jeśli nie chcecie wydawać fortuny na dekorację imprezy, zawsze możecie poprosić nas o oświetlenie i spółkę, na pewno oczarujecie gości! ~TheSmokyMan

Hipotetycznie rzecz biorąc, czy byłbyś w stanie, na przykład, zrobić na tyle gęstą mgłę, by dało się niepostrzeżenie gdzieś przemieścić? ~Einstein

Oczywiście! Jak dłużej poćwiczę, to może uda mi się zrobić tak, że będzie się zagęszczać przy przechodzeniu kolejnych osób. Oczywiście ja nie mam problemu z przemieszczaniem się w niej, już sprawdzałem, więc w razie takiej ewentualności musielibyście być blisko ~TheSmokyMan

Ej, nie chcę przerywać hipotetycznych rozważań, ale co muszę wziąć ze sobą do Ciebie, Odd? ~MaskaKabuki

Dołączam się do pytania ~Einstein

Zwykłe ubrania i coś wyjściowego na ślub. Rodzice pozwolili, byście spali ze mną w pokoju, w kupie raźniej! A dziewczyny będą spać razem. No, chyba, że macie jakieś inne pomysły... ~Kotopies

Nie, tyle wystarczy nam wiedzieć. Mam nadzieję tylko, że nie umrzemy zagazowani... ~MaskaKabuki

Mógłbyś nie przypominać? Przecież ten problem został już dawno zażegnany! ~Kotopies

Ulrich, nie dogryzaj mu, bo jeszcze odwoła Twój przyjazd do Florencji... ~DJFlaming

I Ty, Brutusie, przeciwko mnie? ~MaskaKabuki

Otworzyła pocztę w nadziei, że znajdzie w niej kolejne zadanie. Nie myliła się, bowiem odpowiedni filtr ustawiony przez sekretarkę centrum badawczego sprawił, że oczekiwany mail wyświetlił się na początku listy otrzymanych wiadomości.
Nie miała pojęcia, skąd w jej torbie znalazła się wizytówka, i zapewne nigdy się nie dowie, jednak nie miało to większego znaczenia. Po początkowym fiasku - gdy okazało się, że "nie ma odpowiednich kompetencji" - nie poddała się, lecz ze wszystkich sił starała się udowodnić, że ma potencjał, że jest zdolna, zwłaszcza gdy usłyszała w pierwszej rozmowie, że Jeremy Belpois wie więcej od niej i że jest w jakiś sposób związany z instytutem.
Musiała przyznać, że imponował jej swoją inteligencją, ba, była nawet nim zauroczona... Jednak w żaden sposób nie potrafiła go zrozumieć. Jak on, chłopak o którym musiała powiedzieć, że jest geniuszem, osoba o tak wielkim potencjale, doceniana przez znanych naukowców, mogła zadawać się z tak "nietypowymi", by ich nie obrazić, ludźmi? W jej oczach jawili się wręcz jako szaleńcy, grupa, która w normalnych warunkach nie powinna była istnieć, bo zbyt wiele ich różniło. A jednak trwali w przyjaźni, z tego, co się dowiedziała, już wiele lat, a wokół ich grupy narosło wiele legend szkolnych i teorii spiskowych, włącznie z tą, iż byli podróżnikami w czasie, którzy rozpaczliwie naprawić błędy przeszłości - teorie teoriami, ona wolała mieć wszystko udowodnione.
Skupiła się z powrotem na wiadomości. Oczekiwany mail zawierał kolejne zadanie domowe, dzięki któremu miała zbliżyć się do upragnionych studiów już na tak wczesnym etapie. Przeczytała go naprędce, by zaznajomić się z tematem - praca związana była z zagadnieniem pętli czasoprzestrzennych i możliwości cofania się w czasie. Po zapoznaniu się z dodatkową bibliografią i przykładem (bardzo prostym programem, prototypem) miała opracować program przeciwstawny, bazując jedynie na kilku informacjach - było to zdecydowanie najtrudniejsze zadanie, jakie dotychczas otrzymała. Jednocześnie na jego wykonanie miała czas do końca wakacji, co było długim czasem, jeśli wzięło się pod uwagę nieliczne zasoby, do jakich miała dostęp.
Uśmiechnęła się.
Lubiła wyzwania.

-Tutaj, tutaj!
Pięcioosobowa grupa zwróciła się w stronę, z której dobiegał wesoły głos ich przyjaciela i jego (wkrótce) szwagra. Przekrzykując się, kto pierwszy dotrze do Odda, rzucili się do biegu i mimo obciążenia doskoczyli do niego i wyściskali, podobny los nie ominął także Luki, który ze śmiechem stwierdził, że im większe towarzystwo, tym lepiej, bo będzie mu miał kto pomagać przy tworzeniu wszystkich weselnych słodkości, w tym mającego powstać już następnego dnia tortu. Wsadzili bagaże do bagażnika, usadzili się w odpowiednio dużym samochodzie i ruszyli za miasto do rezydencji rodowej Della Robbiów.
Zgodnie z wcześniejszym planem Aelita, Ulrich, Yumi, William i Jeremy mieli spotkać się na lotnisku Charles de Gaulle, by stamtąd wspólnie wylecieć do Florencji. Ci, którzy najdłużej czekali na lotnisku, nie nudzili się, czytając książki, słuchając muzyki, zamieniając się odtwarzaczami i grając w karty z przypadkowo spotkanymi osobami - Jeremy nie był do końca przekonany, ale Yumi i Aelita stwierdziły, że w trzy osoby szybko im się znudzi. Gdy znaleźli się w komplecie i wsiedli do samolotu, wyciągnęli losy, kto z kim będzie siedział (bo oczywiście nie mogli się zdecydować mimo kupionych wcześniej biletów) i pokonali kilometry dzielące ich od ostatniego z paczki. Ostatni raz byli w komplecie na początku wakacji, i choć widzieli się często w dwie, trzy osoby, i przepisali lub przegadali godziny na komunikatorach, nie było nic lepszego nad obecność wszystkich Wojowników Lyoko w jednym miejscu.
Dotarłszy na miejsce, wypakowali się najszybciej, jak umieli, po czym ruszyli na obiad. W końcu po nim mieli pójść nad jezioro, by odpocząć nad wodą. A to, że część z nich zamierzała chodzić po wodzie... to historia na inny dzień.
#*#
Czekający na dole schodów przyjaciele wzajemnie poprawiali swoje muchy - trochę żałowali, że poza kwiatami w butonierkach i właśnie muchami nie mieli zbyt wielu opcji do urozmaicenia strojów - gdy usłyszeli kroki na schodach. Yumi i Aelita skończyły przygotowywać się na ślub najstarszej córki Della Robbiów - i choć nie zajęło im to tak długo, oczekiwanie było wystarczające, by utrzymać pewne napięcie wśród męskiej części ich paczki. A było na co czekać - Yumi fantastycznie prezentowała się w czerwonej, długiej do ziemi sukni, przypominającej antyczne stroje arystokratek, zaś Aelita przyciągała uwagę w różowo-fioletowej sukience o zwiewnej, tiulowej spódnicy.
Przez chwilę wszyscy milczeli, lecz zaraz obydwie strony zaczęły wymieniać się komplementami. W pewnej chwili temat został nieco zmieniony przez Ulricha.
-Hej, William, nie sądzisz, że to nieładnie tak się gapić?
-Co?- wzruszył ramionami. -Nikt nie zabroni mi podziwiać pięknych kobiet, prawda?
-Oczywiście, że nie! Ale gdybyś był tak łaskaw i uszanował ich prywatność...
-Ja nie mam nic naprzeciwko!- Yumi szturchnęła z chichotem swojego chłopaka.
-Ja też nie!
By podkreślić swoje słowa, Aelita chwyciła dłoń Jeremy'ego i zrobiła pod nią piruet. Blondyn był na tyle zaskoczony, że potknął się i pociągnął ją za sobą na podłogę - na szczęście jednak nie był już tym samym nieporadnym chłopcem, co kiedyś, więc nie dość, że wylądowali bezpiecznie na dywanie, to jeszcze tak, by całe zajście (czyli różowowłosa dziewczyna przylegająca do piersi informatyka grupy) wyglądało na naturalne i zaplanowane od początku. Wszyscy, włącznie z "poszkodowanymi", roześmiali się.
-Kurczę, Jeremy, zaraz osiągniesz perfekcję w interakcjach z kobietami!- Odd nie potrafił powstrzymać się od komentarza.
-Wiesz, uczę się od najlepszych!
Po tej krótkiej pogawędce dołączyli do reszty rodziny, która w kilku samochodach udała się na ceremonię. Wszystko poszło zgodnie z planem - Pauline i Luka zostali ogłoszeni małżeństwem, deszcz w czasie mszy został uznany za szczęśliwą wróżbę, a Della Robbiowie oficjalnie powiększyli się o kolejnego, tym razem męskiego, członka rodziny.
Później w planach było już tylko wesele, trwające całą noc. Wojownicy Lyoko z dumą mogli pochwalić się swoim udziałem w jego przygotowywaniu, gdyż wszystkie niebędące tortem weselnym słodkości - było ich tyle, by wykarmić całą armię i mieć jeszcze dokładki - powstały z ich rąk. Dziś mieli korzystać z owoców swojej pracy, tańczyć i bawić się do białego rana. I to zrobili. Uczestniczyli we wszystkich zabawach, tańczyli na boso, gdy starsza część zaproszonych nie patrzyła, objadali się przysmakami kuchni włoskiej, zdarli gardła przy ulubionych piosenkach, które za zgodą pary młodej Aelita mogła zmiksować, improwizując bardziej niż kiedykolwiek.
Nikt nie mógł zaprzeczyć, że była to jedna z najlepszych nocy w ich dotychczasowym życiu.

----- CHAPTER BREAK -----

Dzwonek ogłosił upragnione zakończenie pierwszej tego dnia lekcji. Choć zajęcia należały do przyjemnych, w końcu był to angielski, nikomu nie chciało się spędzać czasu w klasie, zwłaszcza że pogoda wciąż przypominała o ledwie skończonych wakacjach.
-Hej, Aelita jeszcze nie wróciła?
-No co ty- Odd otworzył plecak i spakował do niego rzeczy, nie odrywając wzroku od wyjścia z sali. -Nawet ona wie, że jak ma się lekarza, to się nie przychodzi od razu, tylko czeka chwilę. Na pewno przyjdzie na WF, tego nie przepuści.
-W sumie masz rację... Ale mam nadzieję, że dotrze przed przerwą, bo jest jedno zadanie na chemię, z którym mam kłopot, i tylko ona może mi to wytłumaczyć jak prostemu człowiekowi.
-Ulrich, nie bój nic, przyjdzie. A poza tym to ten dzień będzie świet...ny?
Włoch zatrzymał się w pół kroku i zastygł. Nie drgnął mu ani mięsień, a wyglądało nawet, że wstrzymał oddech. Po kilku sekundach - trwających dla Ulricha wieczność, gdyż chyba nigdy nie widział przyjaciela z takim wyrazem twarzy - Odd wypowiedział słowa, których się obawiał.
-Nie będziesz potrzebował tego zadania. Mam złe przeczucie.
#*#
Badania, jak zwykle zresztą, nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Jean-Baptiste Focault nie mógłby być bardziej zadowolony, zawsze cieszyło go, gdy jego kardiologiczni pacjenci mieli dobre, wręcz doskonałe wyniki. A jednak, mimo upływu tylu lat nie potrafił wyjaśnić siedzącego przed nim przypadku. Młoda dziewczyna, która w wieku dwunastu lat przeszła dwa zawały serca, w wieku trzynastu lat trzeci, do tego niezdiagnozowany, czuła się świetnie, a w pewnym momencie została nawet zwolniona z przyjmowania leków - jej organizm tak dobrze sobie radził.
-Chyba wyniki wyszły jak zwykle, prawda, panie doktorze?- z zamyślenia wyrwał go głos siedzącej przed nim nastolatki.
-Zgadza się, wszystko jest w porządku... Powiedz mi tylko dziecko, na pewno nie wiesz, jakim cudem to wszystko jest możliwe?- na wyjście zadał jej to samo, co zawsze, pytanie, a ona odpowiedziała.
-Współczesna medycyna!
Pomachał jej na pożegnanie. Miał nadzieję, że nie zobaczy jej przez długi czas, a przynajmniej do następnej wizyty kontrolnej w następnym roku.
#*#
Ten dzień... na pewno nie zaczął się dobrze.
Najpierw nie obudziła się przy pierwszym budziku, przez co musiała na szybko podjąć decyzję, które ubrania włożyć. Później okazało się, że kabel od lokówki zakleszczył się pod szafą i nie mogła w żaden sposób użyć jej do podkręcenia włosów. A na dodatek, gdy już wyszła z pokoju, dowiedziała się o tym, że jej grupa ma mieć zastępstwo z chemii zamiast angielskiego, przez co pewnym było, że będzie musiała poświęcić wszystkie przerwy na odrobienie pracy domowej, którą planowała zrobić dopiero wieczorem.
Tak, ten dzień nie zaczął się dobrze dla Elisabeth Delmas.
Najgorsze jednak był fakt, że nie mogła pozbyć się wrażenia, że to nie koniec przykrych niespodzianek na dziś.

Ulubione ławki miały idealną temperaturę - słońce grzało na tyle, by były ciepłe, ale nie paliły tych, których kończyny nie były zakryte. Nic tylko usiąść, rozłożyć rzeczy, zamknąć oczy i zdrzemnąć się na parę minut. Albo na dłużej, w zależności od podejścia do życia.
Yumi trąciła Odda za ramię.
-Nie śpij, jeszcze nie pora.
-Ale jest tak miło i ciepło, można się wygrzać! Nie mów mi, że cię nie kusi!- jego głos odzwierciedlał czystą błogość.
-Może...- rozmarzyła się na moment, ale zaraz otrząsnęła się. -Został mi jeszcze blok historii, ale nie mam ochoty! I w ogóle gdzie jest William? Wziął ostatnio mój podręcznik!
-Powinien zaraz być, wpadli z Aelitą na stołówkę po przekąskę.
Ulrich usiadł po lewej stronie mniejszego przyjaciela, a z prawej Jeremy, który właśnie zaczął modyfikować listę przyszłych ulepszeń Skida. Znajdowało się na niej między innymi ulepszenie radaru, ale przede wszystkim wzmocnienie tarcz, których zasilanie wciąż opracowywał. Jeżeli program, który tworzył, będzie działał prawidłowo - jak tłumaczył swojej gumowej kaczce, zarówno kadłub jak i wszystkie kapsuły będą ładowały się osobno w trakcie pobytu w hangarze, niezależnie od siebie, dzięki czemu ich wytrzymałość będzie większa. Bezpieczeństwo przyjaciół było dla Jeremy'ego najważniejsze, szczególnie gdy groziło im tylko coraz więcej.
Przez okno mignęły różowe włosy, które natychmiast przykuły jego uwagę.
-Oho, Einsteinie, znowu to robisz.
-Co niby?- Jeremy poczuł, jak policzki go pieką.
-Podnosisz głowę znad ekranu w taki charakterystyczny sposób. I, oczywiście, patrzysz się na nią z ciekawością!
-A weź ty... lepiej mi wytłumacz, co Ulrich miał na myśli przez twoje charakterystyczne zastygnięcie?
-Chodzi o- nie zdążył dokończyć, gdyż coś mu przerwało.
Tym czymś był dzwonek szkolny, który zaczął grzmieć na alarm, oraz kilka eksplodujących w tym samym momencie żarówek. Nie musieli czytać komunikatu SMS, który otrzymali dwie sekundy później, by wiedzieć, co się wydarzyło. XANA zaatakował. Od razu poderwali się z siedzeń i obrócili w stronę oszklonego korytarza, tylko po to, by zobaczyć...
-Nie zbliżajcie się!- krzyknął William na tyle głośno, by było go słychać przez słabo uchylone okno.
-Co się dzieje?
-XANA chyba wrócił do swoich korzeni i postanowił kontrolować elektryczność. Nie wiem, czy tylko na terenie szkoły, dowiecie się tego później, ale myślę, że właśnie nas odcięło- wyjaśniła Aelita, starając się nie okazać niepokoju na twarzy.
William rozejrzał się w celu poszukania otwartych drzwi. Niestety wszystkie były zamknięte, a nad nimi wisiały lampy, które złowrogo mrugały. Poza tym dotykanie klamek zostało - słysząc z tyłu czyjś pisk - bardzo szybko wykluczone z gry. Okna również wypadały z równania, a wszystko przez tego jednego, upartego młodzika, który w upały zamykał każde, nawet najmniejsze okienko. Dojście do kanałów w szkole? Znajdowało się w innym budynku.
Pokręcił głową, zrezygnowany.
-Będziemy musieli coś wymyśleć. Ale damy radę.
-Na pewno. Musimy. Powodzenia, Jeremy!
-Powodzenia!
Jeremy nie mógł nic więcej zrobić ani dla swojej dziewczyny, ani dla przyjaciela i pozostałych uwięzionych w budynku uczniów. Odwrócił się na pięcie i ruszył za resztą grupy, która już biegła w stronę leśnego wejścia do kanałów. Nie mieli czasu do stracenia, sytuacja była poważna, dlatego starali się biec jak najszybciej. Piekielny obóz Jima sprawił, że jeszcze lepiej umieli rozdysponowywać energię dla największej wydajności.
Gdy schodzili po drabince, na chwilę odezwał się Odd.
-Widzisz, Ulrich? Mówiłem, że nie będziesz potrzebował tej pracy domowej.
#*#
Otrzymawszy koordynaty wieży, Yumi, Odd i Ulrich wsiedli na swoje pojazdy i ruszyli przez piaszczysto-kamienną równinę Sektora Pustynnego. Nawet wiatr nie przerywał panującej wszędzie ciszy - nietypowość ta nie umknęła ich uwadze. Sektory Lyoko zazwyczaj miały przynajmniej część zjawisk meteorologicznych, takich jak wiatr, burze czy deszcz, choć ten ostatni występował wyłącznie w Sektorze Górskim; cechą charakterystyczną pustyni były zaś burze piaskowe, co do których mieli jednak nadzieję, że nie złapią ich w trakcie walki.
-Einsteinie, jakiś komitet powitalny?

-Na razie nie... zaraz, skan coś pokazał!

Wszyscy zwolnili w oczekiwaniu na konkretne informacje. Starali się zawsze poczekać z wejściem do walki bez dodatkowej wiedzy, bo każdy punkt życia był nie raz i nie dwa na wagę złota, szczególnie w sytuacjach, kiedy zależało im na czasie. Czyli... zawsze. Teraz jednak nie wiedzieli jeszcze, czy atak XANY obejmował tylko szkołę, czy też zajął miasto lub nawet kraj - w ogóle mieli mało wiedzy. Jeremy nie sprawdził jeszcze informacji.
-Dwa czołgi na dwunastej, tuż za tą dużą skałą. I rój szerszeni, spory, osiem, nie, dziesięć sztuk na dziesiątej.
-Jak się dzielimy?
-Odd, Yumi, sugeruję atak z góry, najpierw pozbądźcie się części szerszeni, o ile was nie zauważą.
-Jasna sprawa szefie! Ulrich, odciągniesz od nas czołgi na chwilę?
-Postaram się- samuraj zatrzymał motor, zasalutował, po czym wytorpedował przed siebie.
Nie musiał długo czekać, by czołgi ruszyły za nim. Skierował się na północny zachód, tam, gdzie Jeremy wskazał wieżę na mapie - jej kanciasty kształt majaczył w oddali. W tym samym czasie Yumi i Odd zaatakowali niczego niespodziewające się szerszenie. Dopiero, gdy pierwsze trzy zostały zniszczone, potwory zareagowały i skierowały żądła w ich kierunku. Wówczas i oni rozdzielili się, każde z nich poleciało w inną stronę, ciągnąć za sobą część roju. Zachowując bezpieczny dystans od Ulricha - który postanowił zrobić szybką zawrotkę, by zmusić przynajmniej jeden czołg do zatrzymania i otworzenia się - co jakiś czas krzyżowali swoje trasy, by wyeliminować jakiegoś owada.
Zaczęli zbliżać się do wieży. Z pokonanymi dwiema trzecimi przeciwników na tym etapie wyjścia były dwa - albo to będzie koniec wrogów na dziś, albo zaraz pojawi się ich kolejna fala i wszystko trafi przysłowiowy szlag.
Oczywiście padło na drugą z opcji. I tylko dlatego, że...
-Nawet łatwo idzie!
...ktoś wymówił magiczne słowa. Nawet nie wiedzieli kto. Ktoś.
Gdy zbliżyli się, wciąż w trójkę, już tylko z jednym czołgiem i dwoma szerszeniami na karku, do wieży, za kolejnymi skałami pojawiły się tarantule. Jeremy nie miał nawet czasu, by ich poinformować - dowiedzieli się o tym, że mają kolejnych przeciwników, gdy lasery tarantul trafiły motor i hulajnogę, niszcząc je, oraz Odda, który w spektakularny sposób spadł z deski i choć spadł na cztery łapy, nie był to przyjemny upadek.

-Odd, straciłeś trzydzieści punktów, Yumi, Ulrich, wy po dwadzieścia. Ni
e wierzę...

-Ile w sumie mamy przeciwników?- laser odbił się od katany i trafił w przedostatniego szerszenia.

-Pięć tarantul, szerszeń, a nie, niezły cel, Odd, i ten czołg. O nie, widzę jeszcze kraby na horyzoncie!

-Cudownie, po prostu cudownie!- gejsza z wściekłością rzuciła wachlarzem, spoglądając w stronę wieży. -Jaka nas dzieli odległość?

-104 metry. Na razie skupcie się na potworach.

-Jakieś wieści od Williama i Aelity?
-Nie- ton Jeremy'ego pozostawał opanowany. -Nie mam też informacji o żadnym spektrum, więc przynajmniej tyle z głowy.
-Noooo chociaż tyle. Szlag!- Ulrich wrzasnął, gdy w plecy uderzył go pocisk tarantuli.
-Osłaniam cię, stary! Zaraz...
Nie wiedzieli, że ich awatary mogą blednąć. Odd zbladł momentalnie.
-Jeremy, widzisz to?

-Niestety. Na dokładkę macie jeszcze burzę piaskową.

Wszyscy przełknęli nerwowo ślinę. Perspektywy nie były najlepsze... więc odmówili krótką modlitwę do jakiejkolwiek siły wyższej, by zdążyli uporać się chociaż z częścią przeciwników, nim piasek całkowicie ograniczy im widoczność.
#*#
Uwięzieni w szkole Aelita i Willian postanowili w pierwszej kolejności poszukać czegoś, co pozwoliłoby im na łatwiejsze przemieszczanie się po korytarzach, bez ryzyka natychmiastowego porażenia prądem. Na ich szczęście znajdowali się blisko składzika ze środkami czystości, którego drzwi przez większość czasu pozostawały otwarte - a na jeszcze większe szczęście rzeczony składzik i tym razem nie był zamknięty. Dostawszy się do środka, trącając wszystko dla bezpieczeństwa butami, każde z nich zaopatrzyło się w miotłę o grubym, drewnianym kiju.
Tak "uzbrojeni" skierowali się w stronę serwerowni. Niestety strzelająca tu i ówdzie elektryczność uniemożliwiała im szybkie przemieszczanie się, ale nie to martwiło ich najbardziej: w szkole i akademiku pozostawali wciąż uczniowie i nauczyciele, którym groziło niebezpieczeństwo. Aby móc dołączyć do przyjaciół oraz zminimalizować zagrożenie, musieli najpierw wyłączyć prąd na terenie całej szkoły w jednym momencie, wyłączenie go tylko w jednym budynku nie miałoby sensu, bo XANA zawsze mógłby znaleźć jakiś sposób na uruchomienie go z powrotem. Odłączenie wszystkich budynków od elektryczności usprawniłoby działanie wszystkich, również ratowników i strażaków, którzy już znajdowali się przed szkolną bramą i organizowali pomoc medyczną oraz ewakuację.
Widząc ich, przystanęli na chwilę.
-Dobrze, że tu są, ale nie będą mogli zbyt wiele zrobić, dopóki nie wejdą do środka.
-Nie chcę nic mówić, ale w takim razie dobrze, że tu jesteśmy- William zawsze starał się znajdować choćby odrobinę nadziei w każdej sytuacji.
-Racja. Może skróci-, a nie, kolejne światła strzelają, musimy obejść.
-Przynajmniej poćwiczymy nogi.
-Przynajmniej tyle.
Wreszcie udało im się dotrzeć na miejsce, nie trafiwszy na nikogo poszkodowanego po drodze, pewni, że w pobliżu nie ma też nikogo - najprawdopodobniejszy scenariusz sugerował, że będą musieli użyć swoich mocy, a ewentualni świadkowie mogliby utrudnić sytuację, nawet w przypadku użycia powrotu do przeszłości. Serwerownia nie miała żadnych okien, jedynym źródłem światła były zatem drzwi, które właśnie otworzyli.
Aelita skrzywiła się z wyjątkowym wręcz znudzeniem, co zdziwiło Williama. Nie mógł nie zapytać o przyczynę.
-W przeszłości, szczególnie zanim zostałam zmaterializowana, XANA bardzo często manipulował kablami.
-Czyli... jak bardzo mamy przesrane?
-Wolę o tym nie myśleć.
Porozcinane kable wznosiły się i opadały niczym poruszane przez fale wodorosty, raz po raz przechylając się w stronę ścieżki. Wręcz tryskająca z nich elektryczność zdawała się wyczuwać ich zamiary, bo gdy tylko próbowali zrobić krok do przodu, natychmiast natężenie prądu wzmagało się, a gdzieniegdzie można było dostrzec iskry. Jeszcze tego brakowało - zagrożenia pożarowego!
Zaczęli zastanawiać się nad rozwiązaniem tej sytuacji innym niż próba wyłączenia prądu miotłą.
-Myślisz, że dam radę dotrzeć do bezpiecznika, jeśli się zdymię?
-Nie wiem, ale to ryzykowne. Co jeśli cię prąd cię porazi?
-Nie dowiemy się, póki nie spróbujemy. Ale mam swoją kurtkę, widzisz? Skóra nie przewodzi prądu. Powinna mnie ochronić.
-William, zaczekaj!
-Raz kozie śmierć!
Aelita obserwowała, jak strużka dymu, którą stał się jej ciemnowłosy przyjaciel, przesuwała się w głąb pomieszczenia, raz po raz unikając wijących się niczym węże kabli i niewielkich wyładowań elektrycznych z wiszących na suficie świetlówek. Tygodnie treningów ujawniły naturalną zręczność chłopaka do unikania przeszkód. Udało mu się pokonać prawie trzy czwarte drogi, gdy nagle jeden z przewodów wpadł, właściwie przypadkiem, między dym - momentalnie zmienił on kierunek i w wielką prędkością wbił się w ścianę, zaraz ujawniając dymiącą się, jakby osmaloną postać Williama. Jego włosy stanęły na sztorc pod wpływem elektryczności, a we wzroku widać było szok i niedowierzanie pomieszane z oszołomieniem.
Ucierpiała również kurtka, która miała go chronić. Czarna skóra była w wielu miejscach przepalona, ujawniając szybko czerwieniejącą skórę.
-Co... co jest?!- jęknął. Jego lewa noga drżała w skurczu. -W tej forrrmie?!
-Możesz się ruszyć?
-Szszszlag, szczęka mi drrrży. A-a-elita, nie mo...gę wstać. Nnnie mogę!
-Cholera, nie tak miało być!- dziewczyna zaklęła. -Teraz moja kolej. Wytrzymaj, wezwiemy zaraz pomoc!
Stanęła przed drzwiami, do których z powrotem zbliżyły się przewody. Część z nich zaczęła przybierać kształt niewyraźnej twarzy, która przyglądała się złowrogo i tylko czekała na najdrobniejszy ruch - głośne wstrzymanie oddechu z tyłu potwierdziło, że niedysponowany William również rozpoznał tę twarz, sugerując jednocześnie, że przez najbliższe parę tygodni obydwoje będą zmagać się z koszmarami. Pokręciła gwałtownie głową, otrząsając się. Miała zadanie do wykonania. Im szybciej wyłączy prąd, tym szybciej będzie mogła pomóc starszemu przyjacielowi oraz uwięzionym uczniom. Skupiwszy całą siłę woli, Aelita wkroczyła do pomieszczenia z rozstawionymi rękoma, odpychając od siebie kable polem elektromagnetycznym. Pokonanie kilkunastu metrów stanowiło w tym momencie tytaniczny wysiłek, miała wrażenie, że powietrze wokół niej zgęstniało, a kończyny stały się ciężkie, jednak nie mogła się zatrzymać.
Gdy miała wyłącznik na wyciągnięcie ręki, wyczuła nagłą zmianę kierunku prądu. Wiedząc, że w tej sekundzie najpewniej ważyło się życie przyjaciela, doskoczyła do wyłącznika i opuściła go. W tej samej chwili nastąpiło mikro wyładowanie, błysnęło, huknęło, a wszystkie przewody opadły na ziemię, gdy tylko prąd został odcięty.
William, który musiał zamknąć oczy przy wyładowaniu, otworzył je znowu. Ulga zagościła na jego twarzy, kiedy zobaczył bezruch kabli i brak migoczących żarówek, jednak zaraz została ona zastąpiona niepokojem - różowowłosa dziewczyna była w połowie oparta twarzą do ściany, zastygła w jednej pozycji. Nie wyglądała, jakby w jakikolwiek sposób się poruszała, a przynajmniej nie potrafił tego ocenić z odległości, w jakiej się znajdował.
Mięśnie wciąż odmawiały mu posłuszeństwa, a w głowie szumiało. Musiał jednak wezwać pomoc, więc na tyle, na ile pozwalała mu w dalszym ciągu niewspółpracująca szczęka, zaczął krzyczeć:
-Po...pomocy!
#*#
Sissi udało się wydostać na zewnątrz, gdy usłyszała czyjeś wołanie. Wsłuchawszy się uważniej zorientowała się, że głos należał do Williama; jego ton wskazywał na coś bardzo poważnego, co przez wszystkie lata znania go zdarzało się niezwykle rzadko.
-Jim, biegnę tam, słyszę kogoś!
-Delmas, poczekaj!- nauczyciel wychowania fizycznego westchnął z frustracją, w końcu tylko starał się zebrać uczniów w jedno miejsce.
Pobiegła w stronę serwerowni. Zazwyczaj tamtędy nie chodziła, ale pamiętała, że jej przyjaciele (tak, przyjaźniła się z nimi od tamtego dziwnego dnia!) mieli pewną tendencję do częstego sprawdzania tego miejsca. Kiedyś zależało jej na odkryciu przyczyny tego zachowania, ale ostatecznie odpuściła - pewne rzeczy, jak się czasami okazywało, powinny pozostać tajemnicą.
Przed drzwiami pomieszczenia zobaczyła leżącego Williama, który na jej widok rozpromienił się momentalnie, jak gdyby ujrzał światło w tunelu, które jest wyjściem, a nie nadjeżdżającym pociągiem. W pierwszej kolejności oceniła sytuację: niebezpieczeństwo porażenia prądem minęło, tak jak potwierdzili strażacy, jednak kursy wakacyjne, na które się zapisała, nauczyły ją, by zawsze dziesięć razy upewnić się co do bezpieczeństwa. Następnie skupiła się na wyciągnięciu znajdującej się w środku Aelity. Starała się nie zdradzić mimiką, że widok ją przynajmniej zaniepokoił, nie chciała powodować większego stresu ani u siebie, ani u obserwującego ją starszego kolegi.
-Nie będę pytać, co się stało, bo i tak mi nie powiesz.
-Ona sssssię nie rrrusza- powtórzył chłopak, podnosząc się trochę na łokciach. Wracała mu motoryka, uznała to za dobry znak.
Zwróciła całą uwagę na Aelitę. Oddychała, ale nierówno, a przy sprawdzeniu tętna wyczuła, że było ono niemiarowe i bardzo szybkie - rozdarła się więc wniebogłosy, wiedząc, że przykuje w ten sposób uwagę Jima, który i tak już wiedział, że poszła kogoś szukać. Nie zawiodła się, bowiem gdy weszła już w rytm masażu serca (William zaczął blednąć na ten widok), nauczyciel przybiegł od razu z ratownikami, z czego jeden z nich wzniósł wręcz oczy do nieba na zastany widok. Przejęli od niej czynności ratownicze, podłączając zarówno różowowłosą dziewczynę do defibrylatora, jak i Williama, by móc obserwować ich; następnie na noszach zabrali ich do karetek. Do pozostałych poszkodowanych wezwali następne.
Widząc odjeżdżające pojazdy, z wrażenia usiadła. Ona, Sissi Delmas, opanowała jakiś kryzys.
Nie aż tak niewiarygodne, jakby mogło się to wydawać.
#*#
Ta sytuacja nie była zła, tylko TRAGICZNA.
Rzadko zdarzało się, by Wojownicy Lyoko znajdowali się w tak kiepskim położeniu. Naprawdę! Póki co nic nie wskazywało na zmianę sytuacji, bo nawet z pomocą Jeremy'ego, który podawał im każdą, nawet najdrobniejszą informację z mapy o ilości i usytuowaniu przeciwników, burza piaskowa utrudniała im podjęcie działań. Jedynym, co mogli robić, było osłanianie się przed laserami oraz próbowanie wyeliminowania coraz to kolejnych tarantul - bo, jak raczył zauważyć Odd, XANA nie mógł wyluzować, tylko musiał wyjątkowo utrudnić im życie.
-Einstenie, wiesz, co na zewnątrz?
-Niestety nie. Cisza radiowa od reszty, nie odbierają telefonów- głos Jeremy'ego zdradzał jego troskę. -Uwaga, nadchodzi kolejna fala!
-Urrrwa, zaraz mnie coś!
-Ulrich!
Odd nie zdążył nawet mrugnąć, nim jego współlokator został zdewirtualizowany, trafiony przez przypadkowy laser. Nawet potwory XANY miały problem z celnością, choć tutaj zdecydowanie przypadł im wyższy parametr szczęścia, jeśli miałby odnieść sytuację do gier komputerowych.
-Jeremy, ile nam zostało punktów życia?

-Mało. Trzydzieści punktów każde, jedno trafienie i po was! Podzielam zdanie Ulricha, jest fatalnie.

-Nie mamy jak się przebić! Gdyby było nas więcej, może udałoby się nam znów odwrócić uwagę potworów, ale w tych warunkach nawet to by nie pomogło! Cholera by to wzięła, ani ochrony, ani przejścia!
-Ochrona... przejście... Yumi, jesteś genialna!- zawołał Odd, kierując głowę w jej stronę.
-Co masz na myśli?
-Jeremy, możesz nam podesłać deskę? Jestem pewien, że jej nie zniszczyli!

-Jasne, już leci... Masz ją?

-Tak!
Doskoczył do Yumi, która przyglądała mu się z nadzieją. Obniżył deskę, by nie dryfowała bez potrzeby, i wskazał dziewczynie, by na niej usiadła. Albo, co okazało się chwilę później, położyła na płasko. Mina jej skwaśniała, zrozumiawszy, co ma na myśli.
-Chyba se jaja robisz!
-Sorka, Yumi, ale musisz poświęcić się dla dobra sprawy. Złap się mocno.
-Odd, chyba nie zamierzasz...?- bez trudu można było wyobrazić sobie szeroko otwarte z wrażenia oczy Ulricha, który zdążył wrócić z sali skanerów.
-Dumaliśmy nad tym z Aelitą w czasie wakacji. Będę w stanie osłonić Yumi tarczą na tyle długo, by nie zbili deski ani jej nie zdewirtualizowali.

-Będziecie mieli tylko jeden strzał, wiecie o tym.

-Jak mną źle wycelujesz, to cię zabiję- groźba Yumi nie zrobiła na nim wrażenia.
-Wiem, słońce, ale to potem. Trzymaj się mocno!
Yumi zacisnęła dłonie na krawędziach deski, modląc się, by plan Odda zakończył się powodzeniem. Pojazd pomrukiwał z coraz większą mocą, napędzany przez tego, który zazwyczaj na nim jeździł, ale czekał cierpliwie na możliwość startu. Wojowniczka czuła, jak jej przyjaciel kolejno wstaje i, wsłuchując się w coraz to kolejne korekty Jeremy'ego, ustawia ją w kierunku wieży; wieży, której przez burzę piaskową nie było widać mimo niezbyt wielkiej odległości. Ostatnie życzenie powodzenia z góry, kiwnięcie głową ze strony Odda, i została wypchnięta zza skały.
Lot na desce na płasko z dużą prędkością to jedno. Lot na desce, na płasko, z dużą prędkością przez burzę piaskową i z wystrzeliwanymi dookoła laserami to zupełnie coś innego. Faktyczny czas lotu nie był długi, jednak dla Yumi trwał on wieczność - nie widziała wszystkiego, w końcu wirtualny piasek znacząco obniżył widoczność, ale fioletowa poświata tarczy Odda oraz czerwone błyski laserów sprawiły, że żołądek podszedł jej do gardła z niewygody. Po kilku sekundach zobaczyła szybko (nigdy tak szybko!) zbliżającą się wieżę, w którą wbiła się w chwili, gdy Odd został zdewirtualizowany, tarcza zniknęła, a deskę trafiły lasery tarantul. To, że jej samej nie zdewirtualizowało, zawdzięczała chyba tylko i wyłącznie regenerującym właściwościom wież.
Otrząsnąwszy się na świetlistej podłodze, nie zwlekała, nie miała na to czasu. Podbiegła, by wznieść się na platformę, i natychmiast położyła dłoń na holograficznym ekranie.
-Jeremy, lecisz!
#*#
-Powrót do przeszłości!- wprowadził komendę i uruchomił program tak szybko, jak tylko na ekranie pojawiło się potwierdzenie dezaktywowania wieży.
Ale... nic się nie wydarzyło. Powtórzył czynność, z tym samym skutkiem. Nigdy, ale to nigdy coś takiego się nie zdarzyło, każde z jego przyjaciół mogło to potwierdzić, a zwłaszcza Ulrich, który w pewnym momencie sam korzystał z tego programu. Aby sprawdzić, co nie działało - a także by uciszyć coraz głośniejszą panikę w głowie - wpisywał coraz to kolejne komendy i uruchamiał programy do skanowania i przeszukiwania superkomputera; nic nie przynosiło skutku. Zupełnie tak, jakby oprogramowanie stworzone przez Franza Hoppera zniknęło bez śladu.
I wtedy na ekranie wyświetliła się ikonka otrzymanej wiadomości. Zdezorientowany, kliknął na nią. I natychmiast zastygł.
-Jeremy, co...?- wzrok Ulricha wbił się w ekran.

[treść wiadomości: "Wojownicy", jak na siebie mówicie... zobaczymy, jak teraz będziecie sobie radzić.]

Jeremy zwrócił się do swojego pierwszego przyjaciela w chwili, gdy z windy wyszli Yumi i Odd. Jego oczy przepełniała pustka.
-Ktoś, Boże, Tyron, włamał się, nie wiem, nie mamy programu, matko święta...
-Co masz na myśli, Jeremy?- Japonka wciąż nie rozumiała, co się działo.
-Ktoś... ktoś zniszczył program powrotu do przeszłości. Nie możemy już się cofać.
Ostateczność w jego głosie przytłoczyła ich niczym atak grawitacyjny. Owszem, w przeszłości mieli okres, gdy musieli znacząco ograniczyć skoki w czasie, aby powstrzymać rośnięcie XANY w siłę, jednak zawsze, gdy sytuacja przyjmowała bardzo zły obrót, zawsze mieli tę możliwość. Jeśli program rzeczywiście został zniszczony lub uległ ciężkiemu uszkodzeniu... oznaczało to, że każdy atak XANY będzie kosztował ich znacznie więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, a krycie się z walką z nim będzie stanowiło jeszcze większą przeszkodę. Gdyby jeszcze dodać do kalkulacji potencjalne ofiary śmiertelne... woleli odrzucić tę myśl. Istniała taka możliwość.
-Musimy dowiedzieć się, co z Aelitą i Williamem- powiedział Ulrich, podnosząc z fotela słabo kontaktującego Jeremy'ego.
-Nie odbierają...
-Może nie mają takiej możliwości? Nie dowiemy się, póki stąd nie wyjdziemy, może nie jest aż tak źle!- Odd starał się podnieść wszystkich na duchu, ale czuł, że nie ma racji.
Nie wiedział tylko, jak bardzo się mylił.
Całą czwórką weszli do windy i wyjechali z podziemi. Zabezpieczywszy windę bardziej dla zasady niż dla celów ochronnych, udali się przez kanały, wciąż licząc, że gdy wrócą do szkoły, sytuacja nie będzie tragiczna, zniszczenia minimalne, a ich przyjaciele, którzy zostali tam uwięzieni, będą cali i zdrowi. W miarę zbliżania się do włazu wszyscy stawali się coraz bardziej nerwowi, szczególnie Włoch, którego czuły słuch zaczął już wyłapywać odgłosy z powierzchni. To właśnie on jako pierwszy wyszedł na górę, czekając w milczeniu na resztę. Jeremy jako ostatni opuścił tunel, tak było w końcu zawsze - przywódca, nawet nieoficjalny, jako ostatni powinien opuszczać plac boju.
Wszędzie, zarówno z bliska jak i daleka, rozbrzmiewały syreny przemieszczających się karetek i wozów strażackich. Ponad lasem unosił się dym z palącego się, lub jeszcze dogaszanego budynku. Im bliżej byli szkoły i akademika, tym bardziej docierała do nich intensywność ataku sztucznej inteligencji i jego niszczycielskich konsekwencji - jak się później dowiedzieli z wiadomości, problemy z elektrycznością nie dotknęły tylko ich szkoły czy też dzielnicy. Ofiarą szarży XANY padło, w mniejszym lub większym stopniu, całe miasto.
Gdy dotarli przed szkolną bramę, częściowo zablokowaną przez dwa wozy strażackie, zauważył ich Jim. Nauczyciel podbiegł do nich z wyraźną ulgą na twarzy.
-Dzięki bogu, Sissi, znaczy się Delmas, i Dunbar mieli rację. Wyszliście ze szkoły przed tą "awarią"- kolejno skreślił ich nazwiska z listy i zamachał do stojącego nieopodal dyrektora, by poinformować go o tym, że brakujący uczniowie odnaleźli się.
-Co się właściwie stało?- zapytała Yumi, starając się dowiedzieć jak najwięcej.
-Cóż, nikt właściwie nie wie. Elektrycy twierdzą, że doszło do olbrzymiej awarii napięcia i nastąpiło przeciążenie sieci. W wielu miejscach wyskoczyły korki i doszło do zwarć, część z nich doprowadziła do pożarów tu i ówdzie. Na szczęście nie było tego aż tak wiele, a przynajmniej tak podają w komunikatach. Tutaj prąd wręcz szalał!
-Jim, a powiedz...- słowa z trudem przechodziły Jeremy'emu przez ściśnięte gardło. -Gdzie są William i Aelita?
Twarz wuefisty spochmurniała.
-Jim...?
-Trafili do szpitala po tym, jak poraził ich prąd- cztery twarze gwałtownie zbladły. -Byli obok serwerowni, znalazła ich Delmas. Ja wam tego nie mówiłem, jak coś, ale udało im się wyłączyć zasilanie w szkole, dzięki czemu nikomu więcej nie stała się poważna krzywda.
Na widok zmartwionej czwórki przyjaciół, mężczyzna westchnął, po czym uśmiechnął się pokrzepiająco.
-Zawiozę was do nich.
#*#
Przekonanie lekarzy, by wpuścili ich do przyjaciół, nie należało do najłatwiejszych czynności. Po pierwsze, co chwilę zmieniali się, musząc biegać to na oddział ratunkowy, to na swoje oddziały, więc czwórka wojowników nie miała nawet szans ich złapać. Po drugie - gdy już udało im się zatrzymać jednego z lekarzy, ten stwierdził, że nie może wpuszczać nikogo, kto nie jest rodziną. Dopiero po interwencji kardiologa, który powiązał ich ze swoją wieloletnią pacjentką, oraz wstawiennictwu Jima ("Panie kardiolog", powiedział, "pan zna te dzieciaki, oni są jak rodzina dla siebie, co z tego, że kiedyś wykradli swoją koleżankę ze szpitala, dajcie im wejść, miejcie serce!" - nie chcieli wiedzieć, czy tylko żartował, czy naprawdę wiedział, co zrobili swego czasu w ramach wymiany zasilania superkomputera), zostali wpuszczeni na salę, gdzie znajdowali się ich przyjaciele.
Obydwoje byli przytomni i czuli się już dobrze. William, którego większość obrażeń stanowiły oparzenia, miał na sobie wiele opatrunków hydrożelowych i bandaży, utrzymujących wszystko w miejscu. Oparzenia te były w większości, na szczęście, powierzchowne, a także zostały szybko schłodzone, dlatego spodziewano się, że nie pozostaną po nich żadne blizny. W dużo gorszym stanie znajdowała się natomiast jego skórzana kurtka, podziurawiona w wielu miejscach przez prąd - niestety w jej wypadku prognozy były znacznie gorsze, bo naprawa mogła okazać się zbyt kosztowna.
-Wiem, że to tylko ubranie, ale ta kurtka jest wyjątkowa, zawsze przynosiła mi szczęście.
-Zobaczymy, co da się zrobić...- Aelita poklepała go po ramieniu na odległość, unosząc opatrzoną dłoń.
W jej wypadku porażenie prądem spowodowało dosłowny "rozjazd", jak określiła to Sissi, pracy serca. Doktor Focault, który miał iść na przerwę obiadową, gdy tylko ją zobaczył, przeżegnał się tylko i wrócił na oddział, by zająć się nią. Nie mógł uwierzyć, że zobaczył ją znowu tego samego dnia, ale, jak wiadomo, przypadki chodzą po ludziach, a on nie mógł przewidzieć ataku XANY (oczywiście nie wiedząc, że XANA stał za tym). Po koniecznej kardiowersji, na którą telefonicznie udzieliła zgody jej matka, Aelita musiała, tak jak i William, pozostać pod obserwacją, ale i co do niej prognozy również były obiecujące.
Wymienili się przebiegiem zdarzeń, choć w przypadku tego, co stało się w fabryce, Jeremy nie był w stanie skończyć mówić; Yumi przejęła zatem pałeczkę i dokończyła opowieść. Zapadła po tym niezręczna cisza, przerywana jedynie odgłosami z maszyn.
-To... co robimy teraz?- zapytał William, pochylając się z poduszek.
-Nie wiem. Naprawdę... nie wiem!- informatyk drużyny był na skraju załamania, czując, że nawet jeśli nie od niego zależało włamanie do systemów superkomputera (którym powinien był przecież móc zapobiec, a tak się nie stało), to on był odpowiedzialny za to, że jego przyjaciołom stała się krzywda, ucierpieli inni ludzie i nie dało się tego cofnąć.
-Wiem, co będziemy robić. To, co zawsze.
Jeremy spojrzał na Ulricha, nie do końca rozumiejąc.
-Będziemy walczyć. Owszem, chujowo, że właśnie straciliśmy powrót do przeszłości, ale bywaliśmy w gorszych sytuacjach.
-Nie martw się, Einsteinie! Zawsze jakoś wychodzimy z opresji, prawda?
-Zgadza się! W końcu jesteśmy Wojownikami Lyoko, tak czy nie?- Yumi objęła przyjaciół ramionami, szczerząc się szeroko.
-I tym razem nam się uda! Nawet z tą... niedogodnością. A kiedyś odpłacimy się i XANIE, i Tyronowi za to, co zrobili.
-Jesteśmy w tym wszystkim razem. Razem przez to przejdziemy- Aelita ścisnęła dłoń Jeremy'ego, dodając mu otuchy.
Chłopak po raz pierwszy od kilkunastu godzin uśmiechnął się. Położył głowę na ramieniu dziewczyny, pozwalając, by ona i reszta przyjaciół otoczyli go - aby to ułatwić, Odd i Ulrich zdołali nawet złączyć łóżka. Trwali tak przez pewien czas, czerpiąc wzajemnie ze swojej bliskości. Poradzą sobie, jak zawsze. W końcu byli drużyną, której nic nie było w stanie złamać.
Gdy tak siedzieli, usłyszeli pukanie do drzwi. Chwilę później do pomieszczenia weszła Sissi z wymalowaną na twarzy niepewnością.
-Chciałam tylko sprawdzić, co z wami, ale widzę, że dobrze.
-Hej, Sissi, chodź do nas!- zawołał Odd, wyciągając w jej kierunku dłoń.
-Dzięki tobie jesteśmy w jednym kawałku- przypomniał William. -Nawet nie wiesz, jak jesteśmy ci wdzięczni.
-Dziękujemy!
Ciemnowłosa dziewczyna nie miała nawet szansy zaprotestować, gdy wciągnęli ją do grupowego uścisku - ale nie narzekała. Znalazła swoje miejsce między nimi.

Od wysłania ostatniego projektu Laurę dręczyło dziwne uczucie. Miała wrażenie, jak gdyby coś, lub kogoś, zdradziła - to wrażenie wzmogło się tego ranka, kiedy otrzymała polecenie wrzucenia pliku do podanego przez samego profesora Tyrona obszaru sieci.
Niedługo później szkoła padła ofiarą awarii sieci elektrycznej, w wyniku której ucierpiało wielu uczniów, w tym William i Aelita z bandy Belpois. Dowiedziała się przypadkiem, że, oczywiście, to oni stali za wyłączeniem prądu w szkole, gdy sytuacja zaczęła przybierać zły obrót, choć przypłacili to wizytą w szpitalu. Widziała pustkę w oczach Jeremy'ego, gdy usłyszał o tym, i jak pozostali z jego grupy musieli go przytrzymywać w drodze do samochodu.
Nie mogła mieć z tym nic wspólnego. Nie mogła.
Wepchnęła tę myśl głęboko w otchłań umysłu, licząc, że nigdy nie wydostanie się stamtąd.

----- CHAPTER BREAK -----

-Co dziś na śniadanie?-Sprawdź sobie na rozpisce...-Nie chce mi się.Pięcioro uczniów dotoczyło się do stołu, przy którym siedziała jedyna w miarę wyspana osoba. Widząc ich blade, opuchnięte pod oczami twarze, skrzywiła się, jednak nie na tyle by ktokolwiek, kto mógłby ich obserwować, mógł to zauważyć.-Która?-Trzecia dwadzieścia trzy.-Mogliście zadzwonić.-Nie było czasu, poza tym raz na jakiś czas musisz się wyspać- Ulrich objął swoją dziewczynę nim przysiadł na siedzeniu obok.-Czy XANA naprawdę musi wybierać tak wczesne pory, by atakować?- głos Odda osiągnął nowy limit mamrotania przy jedzeniu, mimo to przyjaciele zrozumieli go.-Chyba lepsze to niż zrywanie się z lekcji, których już nie możemy nadrobić.Wojownicy Lyoko dość szybko weszli w rytm ratowania świata z większymi niż wcześniej ograniczeniami, co nie oznaczało, że dobrze to znosili. Ich największymi wrogami, oczywiście poza XANĄ, na powrót stały się zmęczenie oraz brak czasu na szkołę - tak jak powrót do przeszłości ratował im życia, niejednokrotnie pomagał im również w nadrobieniu przerwanych przez atak lekcji. Ci z grupy, którzy z trudem przyswajali sobie materiał szkolny, zostali zmuszeni pracować jeszcze ciężej w tych nielicznych chwilach wolnego czasu; niebawem kończący edukację w liceum William i Yumi musieli do tego przygotowywać się do ostatnich egzaminów i zaczynającej się w środku roku szkolnego rekrutacji na studia. Nie zapowiadało się, że Jeremy miał wkrótce rozwiązać problem skasowanego/uszkodzonego/zniszczonego programu.Aelita i William, najciężej ranni w wyniku ostatniej ofensywy XANY, zostali stosunkowo szybko wypuszczeni ze szpitala, choć zwolnienie z WF-u skończyło im się dopiero w poprzednim tygodniu. Po odniesionych obrażeniach nie pozostał właściwie żaden ślad, pomijając ledwie widoczne żyły elektryczności, zdobiące prawą dłoń Aelity oraz ostatni wystający spod koszulki Williama opatrunek. Niestety, w przeciwieństwie do najstarszego chłopaka z grupy, skórzana kurtka nie miała tyle szczęścia: była tak zniszczona, że żaden kuśnierz nie byłby w stanie podjąć się jej naprawy. Z tej też przyczyny, z największymi honorami i czcią, kurtka została pochowana w ogródku Pustelni, na cmentarzu tego, co utracili. Brunet starał się nie okazać smutku, gdy jego ulubiona część garderoby trafiła do ziemi, ale jego przyjaciele i tak wiedzieli, co czuł, dlatego w ich głowach zaczął już formować się pewien plan - choć jego realizacja przewidziana była na kilka miesięcy, mieli pewność, że efekt przerośnie ich oczekiwania.Gdy tak rozmyślali nad zdarzeniami minionych tygodni, obok ich stołu przeszła Laura. Od pewnego czasu, choć znajdowali się w jednej klasie, zdawała się ignorować ich obecność - to nie tak, że zależało im na jej uwadze, ale fakt, że nie próbowała chociażby przewyższyć Jeremy'ego sprawiał, że niepokój w nich wzrastał, a szczególnie w różowowłosej dziewczynie, która przebąknęła po raz kolejny pod nosem:-Mam złe przeczucie co do niej, ona jest w coś zamieszana.I wtedy, zorientowawszy się, że wkrótce zaczną się zajęcia, niewyspani Wojownicy przystąpili do pochłaniania śniadania w błyskawicznym tempie, ku uciesze Yumi, która jako jedyna z nich nie zamyśliła się na bliżej nieokreślony czas i na spokojnie zjadła śniadanie.-Jednak cieszę się, że dziś pospałam dłużej. Przynajmniej nie muszę mieć takiej prędkości jak wy!-Pogadamy następnym razem- burknął Odd, zgarniając talerze na jedną tackę.-To jak, widzimy się po lekcjach?-Jasne! Kto wybiera miejsce?Przyjaciele popatrzyli po sobie przez moment, a następnie pięć dłoni wskazało na jednego człowieka.-Jeremy! Czyń honory w wyborze obiadu!#*#Mimo, że zarówno w środę jak i sobotę uczniowie mieli skrócone zajęcia, to właśnie trzeci dzień tygodnia był dniem, w którym Wojownicy Lyoko nie szli na stołówkę, tylko wybierali się w miasto. Zwyczaj nakazywał, by co tydzień inna osoba wybierała miejsce obiadowania - tym razem jednogłośnie wybrano Jeremy'ego, nie zresztą bez przyczyny. Jak ze smutkiem zauważyła Aelita, poza krótszym snem, informatyk drużyny zaczął wracać do stresowego niejedzenia, w związku wszyscy musieli się upewnić, czy jeśli to on wybierze restaurację, która najbardziej mu pasuje, na pewno zje tyle, ile powinien, czyli więcej niż przynajmniej jedną trzecią normalnej porcji, dolny limit w chwilach najgorszego stresu. Dlatego też, gdy przy szkolnej bramie Jeremy oznajmił, że pójdą do jego ulubionego bistro, oferującego zniżkę studencką nawet dla uczniów (w rzeczywistości było to tylko dla ich paczki, ale kto by na to zwracał uwagę) i mającego bardzo przyzwoite croque-monsieur, pozostali członkowie paczki odetchnęli częściowo z ulgą. Croque-monsieur było daniem, które zjadał zawsze.Ruszyli w drogę żwawym krokiem, wybierając mniej uczęszczaną przez ich rówieśników drogę w pobliżu lasu prowadzącego do Pustelni. Drzewa chroniły ich przed wiatrem, który na początku jesieni dawał się dość mocno we znaki.-Zdecydowaliście się już co do uczelni?- Aelita zwróciła się do starszych z paczki.-Już mi się klaruje, ale lista nie jest kompletna...- ton Yumi wskazywał wyraźną niechęć do ukończenia tworzenia listy i rekrutowania się.-Pójdę do szkoły przygotowawczej- oznajmił William. -Chcę mieć pewność, że przyjmą mnie do École normale supérieure, a jeśli mi się noga powinie przy rekrutacji za pierwszym razem, przynajmniej będę mógł przepisać przedmioty i coś robić, a nie czekać w nieskończoność.-ENS? Wysoko mierzysz, Will.-Co mam nie mierzyć? W najgorszym wypadku pójdę w inne miejsce, świat mi się nie zawali.Przeszli połowę drogi, gdy nagle Odd zatrzymał się, wsłuchując się w otoczenie z uwagą.-Jest za cicho. Coś jest nie tak.-W sumie racja, pora obiadowa i cisza na mieście? Dziwne. Pospieszmy się.Nim jednak mogli to zrobić, zza zakrętu wypadł samochód dostawczy. Na jego widok zaczęli biec, jednak pojazd był szybszy i dogonił ich. Wszystko potoczyło się bardzo szybko: van wjechał na chodnik, po którym biegli, drzwi boczne otworzyły się, kilka par rąk chwyciło Jeremy'ego, który wrzasnął, upuszczając swoją torbę, Aelita obróciła się i spróbowała zatrzymać go, jednak bezskutecznie, drzwi zamknęły się i pojazd - z nieznanymi osobami i jej chłopakiem na pokładzie - oddalił się w zawrotnym tempie.Nikt nie wiedział, jak zareagować; pierwszy był Ulrich, który popędził za samochodem, jednak zaraz cofnął się do grupy ze słowami:-Nie miał tablic rejestracyjnych, tam za dużo ludzi jest! Przepraszam!Wówczas Aelita, trzymająca skórzaną torbę blondyna, upadła na kolana, jej twarz zastygła niczym kamień, wpatrzona w kierunku, w którym oddalił się samochód. Poza kilkoma łzami spływającymi po policzkach, nie było żadnej reakcji z jej strony, choćby i na dyskusje dalszego działania, a już szczególnie na pytania, czy wszystko z nią było w porządku. Jak gdyby wyłączyła się całkowicie pod wpływem tego, co zobaczyła.Zszokowani przyjaciele, po raz kolejny w ciągu miesiąca postawieni w sytuacji, z której naprawdę nie wiedzieli, jak wyjść, wyrzucili z siebie dwa słowa, nim przeszli do dalszych działań.-Kurwa. Mać.#*#-Aelita, jesteś z nami?Głosy brzmiały znajomo. Otworzyła oczy, by zobaczyć stojących dookoła przyjaciół; z wyrazów ich twarzy nie mogła wiele wyczytać, poza tym, że byli wyraźnie zmartwieni.-Co się stało? Ile... ile czasu minęło?O tak, panika, stary, niemile widziany towarzysz życia, zaczął wkradać się w jej kości. Świadomość tego, że Jeremy'ego porwano, zabrano go jej, wróciła do niej ze zdwojoną siłą, powodując mdłości. Zamknęła oczy, próbując pozbierać się, jednak nie szło jej to najlepiej; kiedy podano jej wodę, coś, na czym mogła się skupić, poczuła ogromną wdzięczność (ostatnio ciągle była wdzięczna: przyjaciołom, Sissi, czasami wszechświatowi, ale w tym momencie najchętniej wepchnęłaby wszechświatowi coś, konkretnie gdzieś, żeby przestał się wyżywać na nich wszystkich).-Z dziesięć minut. Martwiliśmy się o ciebie- Odd objął ją ramieniem, kiedy skończyła pić.-Dziękuję za troskę, ale... nie ważne. Torba... wyciągnijcie laptopa, może uda nam się namierzyć jego telefon.-Robi się.Otrzymawszy komputer, dziewczyna podłączyła go do sieci w nadziei, że lokalizator będzie działał. Razem z nią modlili się o to towarzysze (którzy dowiedzieli się dopiero teraz, że informatyk ich drużyny miał osobną aplikację lokalizującą, podłączoną zarówno do superkomputera, jak i przenośnego, zsynchronizowanego laptopa). Niestety ich najgorsza obawa spełniła się - nadzieja na zlokalizowanie Jeremy'ego umarła, gdy tylko spojrzeli na mapę. Lokalizacja telefonu wskazywała skrzyżowanie dalej, sugerując, że porywacze byli przygotowani na tę ewentualność i pozbyli się przedmiotu, który mógł przyczynić się do odkrycia ich trasy oraz miejsca pobytu.Gdy Ulrich wrócił z telefonem, William, rozejrzawszy się po przyjaciołach, zapytał:-To... co robimy?Odd spojrzał na niego z powagą. William otrzymał swoją odpowiedź.Przez pewien czas Jeremy nie rejestrował tego, co się działo dookoła niego, zbyt zaskoczony, by jakkolwiek zareagować. Przerażone spojrzenia przyjaciół wyryły mu się w pamięci i był pewien, że będą mu się śniły w nocy. Zaciśnięte powieki długo nie chciały się unieść, ale nawet, gdyby chciał, niewiele by zobaczył - zabrano mu okulary, a oczy zakryto jakąś tkaniną. Ręce też miał związane, nie na tyle, by odciąć krążenie, ale wystarczająco, by zaczęły drętwieć. Spróbował rozpoznać palcami, jakiego rodzaju węzła użyto, jednak nie był w stanie tego zrobić.Samochód zaczął zwalniać. Zanim pojazd stanął, osoby, które go porwały, wreszcie zaczęły mówić. Cicho. I do tego po niemiecku, a tego języka nigdy w pełni nie opanował.Wyprowadzili go z samochodu do jednego z budynków biurowych w drugiej części miasta - odbijające się od szyb słońce oślepiło go w pierwszej chwili. Porywacze stwierdzili, że przed spotkaniem - z kim, nie wiedział - może już widzieć wszystko, dlatego oddali mu okulary.Przejazd windą był kolejną rzeczą, która wyryła mu się w pamięci. On, trzech typów w kominiarkach i niczego nie świadoma - albo zupełnie obojętna - sprzątaczka, która sortowała detergenty w rytm muzyki typowej dla poczekalni. Gdyby oglądał taką scenę w jakimś filmie akcji lub dreszczowcu, może zaśmiałby się z komizmu sytuacji, ale przeżywanie czegoś takiego w rzeczywistości wcale nie było śmiesznie.Wreszcie wysiedli. Ruszyli spokojnym krokiem; nikt nie pospieszał Jeremy'ego ani go nie popychał, poluzowano mu nawet sznur na nadgarstkach, zupełnie tak, jakby to, co miało nastąpić dalej sprawiło, że nic więcej ich nie obchodziło.Po kilku chwilach dotarli przed drzwi, które zaraz stanęły otworem. Jeremy przekroczył próg.-Mieliśmy okazję się już kiedyś spotkać?Wstrzymał oddech na te słowa.Przy biurku siedział Graven, ubrany w czarny, elegancki garnitur. W butonierce znajdowała się złożona w wyrafinowany sposób chusteczka, ozdobiona ptasią broszką z oczkiem, w identycznym odcieniu co krawat. W takich okolicznościach nie trzeba było być geniuszem, by zrozumieć, że nie dość, że znajdował się w poważnych tarapatach, to jeszcze całe zajście było nagrywane.-Nie sądzę- jego głos pozostał opanowany. -Kim pan jest?Graven tylko się uśmiechnął.Czas wolny Jima Moralesa sprowadzał się do robienia lub wspominania wielu rzeczy, o których wolałby nie mówić. O niektórych jednak, takich jak oglądanie programów przyrodniczych, mówić mógł i to właśnie czynił.
Usłyszał dość gwałtowne pukanie do drzwi. Zapauzował zatem program, odłożył przegryzki na stolik i podszedł do wejścia do pokoju. Miał podstawy podejrzewać, kto znajdował się za tymi drzwiami, ale nie spodziewał się, w jakim będą składzie.-O, moi komandosi, co się dzieje? Gdzie są Belpois, Stern i Stones?-Aelita źle się czuła, więc Ulrich siedzi z nią teraz.-Jim, czy możemy mieć do ciebie parę pytań?- głos Odda był trochę wyższy niż zazwyczaj; jak wtedy, kiedy próbował wyciągnąć informacje w lekki, nierzucający się sposób.-Czysto teoretycznych- dodała Yumi, zerkając na korytarz.-No... dobrze, wejdźcie.Widział, że byli zdenerwowani i obawiali się, że ktoś może ich podsłuchać. Niedobrze. Te dzieciaki znowu się w coś wplątały, a nieobecność Jeremy'ego, do której się nie odnieśli, tylko utwierdziła go w tym przekonaniu.Ciekawe tylko, w co tym razem...-To co chcecie wiedzieć?-Na przykład... Jeżeli widzimy nieoznakowany, pozbawiony rejestracji samochód dostawczy, możemy założyć, że może pochodzić z czegoś nielegalnego?-Cóż...- jak na czysto teoretyczne pytanie było ono bardzo konkretne, więc jego podejrzenia potwierdziły się. -Tak, możecie.-Powiedz, a spotkałeś się kiedyś z sytuacją, że kogoś porwali w mieście i od razu zabrali?Gdyby nie medytował ani nie przeszedł tyłu treningów samokontroli, Jim zareagowałby bardzo gwałtownie. Nie spodziewał się, że jego uczniowie wplątali się w coś takiego! Jego myśli pędziły -porwanie, przynajmniej porwanie, czy trzeba sięgnąć do dawno nieużywanych kontaktów?, jego uczniom coś grozi, brakuje mu informacji - ale musiał podjąć decyzję. Nie potrzebował na to wiele czasu.Jeżeli już miał udzielać im informacji, to tylko merytorycznych. A potem zainterweniuje.-Nie, takie coś byłoby zbyt ryzykowne.
-To znaczy?-W przypadku, gdy są świadkowie, porywacze najpierw odczekają trochę czasu, a następnie zmienią pojazd na inny. Wyjadą z miasta również inną trasą niż ta, która wjechali.-Gdzie zazwyczaj?-A ile czasu, tak teoretycznie, mogą czekać?-Kiedyś robiło się wszystko przed początkiem godzin szczytu, ale obecnie tendencja jest taka, że czeka się na ich koniec i wybiera mniej uczęszczane drogi.Yumi wypuściła nieświadomie trzymane powietrze w płucach.-Dzięki, Jim.-Wiemy, że wolałbyś o tym nie mówić, ale dzięki za pomoc. To co, lecimy?- William wreszcie wyglądał równie pewnie, jak starał się brzmieć.Zresztą... cała trójka wyglądała na bardziej zdeterminowaną. Wyglądało na to, że jego słowa dały im do myślenia i naprowadziły na jakiś trop, mógł prawie dostrzec trybiki obracające się za ich oczami.#*#-Dzieciaki!Odwrócili się. Jim stał w drzwiach z telefonem w ręku.-Macie czas do osiemnastej, potem muszę zawiadomić policję. Jasne?-Tak jest!Pobiegli do pokoju, by opracować plan działania. Kiedy przekroczyli próg, Odd miał już pomysł, gdzie powinni się zjawić.Wbrew temu, co można by sądzić, okolice Boulogne-Billancourt były rzadziej uczęszczane. Jeremy podejrzewał, że jeżeli jego porwanie zostało zorganizowane w taki sposób, to gdzieś na obrzeżach regionu Île-de-France mógł czekać prywatny samolot lub śmigłowiec, którym mógłby szybko zostać przetransportowany do innego kraju, najpewniej do Szwajcarii. Nawet, gdyby jego przyjaciele zgłosiliby jego zaginięcie, to na nic by się to zdało w starciu z planem kogoś wpływowego. Jako naukowiec pracujący w CERNie, zarządzający tamtejszymi komputerami kwantowymi i wszelkim sprzętem, Tyron zaliczał się do takich osób.Czy jeszcze kiedyś zobaczy przyjaciół? Pewnie tak. Ale w jakich okolicznościach? Jak sobie poradzą bez niego? Oczywiście wiedział, że byli w stanie radzić sobie sami, bez jego pomocy, ale raz za razem przypominano mu o tym, jak ważny był dla nich nie tylko jako informatyk, ale po prostu przyjaciel, brat, towarzysz. Potrzebowali się wszyscy nawzajem. Gdy tylko zamykał oczy, przypominał sobie ich strach... a szczególnie Aelity.Jak ona to zniesie? Przecież wiedział, ile już straciła. Nie mógł stać się kolejnym imieniem na liście odebranych jej przez czas ludzi, nie chciał tego i nie zamierzał na to pozwolić. Ale co mógł zrobić w tej sytuacji? Nie miał jak się wyswobodzić, ani jak uciec. Gdyby tylko miał dostęp do czegoś, czegokolwiek, by móc nadać wiadomość jakimś szyfrem albo zwykły komunikat S.O.S....I wtedy zdało mu się, że słyszy niewyraźny głos przyjaciela.
William będzie pierwszy. Żeby dać nam przewagę, użyje Smogu...
Głosy z przodu samochodu stały się głośniejsze. Jeremy podniósł głowę, gdy tylko wyłapał słowo na "widoczność". Kierowca informował po niemiecku swoich towarzyszy o tym, że momentalnie podnosząca się mgła znacznie ograniczała widoczność, tym bardziej, że pogoda i tak była burzowa, więc już przed zachodem słońca zrobiło się ciemno.Yumi musi być na tyle blisko, by móc użyć telekinezy...Zaparł się nogami, na tyle na ile mógł, gdy van gwałtownie zahamował i zaczął niebezpiecznie skręcać. Zupełnie tak, jakby ktoś lub coś wybiegło przed pojazd... albo i nie? Z wrzasku kierowcy wywnioskował, że nie o to chodziło. Coś się działo. Coś dziwnego. Czyżby...?
Kiedy pojazd stanie, William zdymi siebie i Ulricha...
Przez szparę w drzwiach przecisnęła się strużka dymu, która natychmiast zmieniła się w dwóch młodych mężczyzn. Jego przyjaciół.
...który może wykorzystać swoje umiejętności walki wręcz...
Nie spodziewał się, że Ulrich jest w stanie znokautować cztery osoby w cztery sekundy. Albo raczej nigdy nie wziął pod uwagę tego, że jego superszybkość może mieć takie zastosowanie. Zanim jeszcze porywacze zatrudnieni przez Tyrona zdążyli osunąć się na ziemię, William uśmiechnął się do niego promiennie, złapał go za związane dłonie, położył rękę na poruszającym się już w normalnej prędkości Ulrichu i zdymił ich.Chwilę później znajdowali się na zewnątrz, gdzieś wśród traw i opadających z drzew liści. Jeremy upadł na kolana, po czym zwymiotował, nieprzyzwyczajony do przemieszczania się w niezbyt materialnej postaci. Odd wyłonił się zza drzew i zaraz był przy nim, oferując mu chusteczki, wodę i pocieszające klepanie po ramieniu, po czym, jak gdyby czytał mu w myślach, powiedział:-Mi też poszło za pierwszym razem. Ale im częściej to robisz, tym mniej odczuwasz efekty.-Tak myślisz...?-Tak mówi William, ale dla niego zdymianie to codzienność.
A żeby upewnić się, że nie będą nas gonić, Aelita może zostawić im prezent...
Kiedy Yumi wyswobadzała jego ręce, obejrzał się za siebie. Tuż przy drodze stała Aelita; nie widział jej twarzy, ale zgadywał, że pogrążona była w skupieniu. Z iskier i niewielkim dymie wydostającym się spod maski mógł wywnioskować, że wszelka elektronika, która znajdowała się w środku, została uszkodzona, jeśli nie całkiem zniszczona. Po tym wszystkim zrozumiał: jego przyjaciele nie dość, że go odbili, to jeszcze pokazali, na ile ich naprawdę stać, jak bardzo rozwinęli się przez ten cały czas.Nagle odwróciła się i ich oczy spotkały się. Przez jedną, trwającą wieczność sekundę, widział w nich gniew, żądzę zemsty i elektryczność, ale zaraz to wszystko uleciało, zastąpione troską i większą, jakże większą radością na jego widok. Chwilę później znajdował się w ramionach dziewczyny i nie wiedział, które z nich trzymało się mocniej drugiego, on czy ona.#*#Wbiegli do lasu i nie zatrzymali się, dopóki nie mieli pewności, że nikt ich nie śledzi. Wówczas Odd sprawdził godzinę na zegarku - pokazywał siedemnastą trzydzieści siedem. Wyciągnął zatem komórkę i wybrał numer do nauczyciela.-Jim? Wszyscy będziemy na kolacji. Tak, na pewno. Widzimy się na stołówce!Szybko się rozłączył, ale miał ku temu powód. W końcu miał jeszcze drugi, dość niespodziewany telefon do wykonania.#*#-Jeśli nas złapią, to jestem w dupie. Nawet bardziej niż wy.-Nawet nie wiesz, jak się cieszymy, że tu jesteś, Sissi.Co ją podkusiło, żeby odebrać telefon? Ba, co ją kiedykolwiek podkusiło, by podzielić się z nimi wiedzą, że robi prawo jazdy i że dostała od ojca samochód do nauki - no dobrze, wszyscy wiedzieli, że dostała samochód, ale prawo jazdy było dla większości tajemnicą. Nikt nie wiedział, ile miała wyjeżdżonych godzin ani jak dobrze jej szło.W ten oto sposób znalazła się w tej sytuacji: ona za kółkiem, jadąca pewnie i wcale nie obawiająca się, że może ich zatrzymać policja, Ulrich na przednim siedzeniu z wciśniętym między nogami (bardzo głośno narzekającym) Oddem, a z tyłu ściśnięci William, Jeremy, Aelita i Yumi, przy czym najstarsi z grupy zostali przykryci kocami, tak aby z daleka nie było widać, że w niewielkim samochodzie znajdowało się więcej osób, niż powinno. W lusterku zauważyła, że mimo hałasu, Jeremy oparł się o swoją dziewczynę, która z kolei nie wypuszczała jego dłoni ze swoich.Coś musiało się stać w ciągu dnia, jednak nie wiedziała, co to mogło być. A znając życie i tę grupę, raczej wolała nie wiedzieć, co mogło się stać, ale w tym wypadku wiedziała, że prędzej czy później pozna prawdę. Póki co... powinna dowieźć ich wszystkich w jednym kawałku.I dowiozła. Gdy tylko zaparkowała na parkingu dla nauczycieli, jej przyjaciele wysypali się z samochodu, przeciągając się i zachowując się prawie całkiem normalnie jak na nich. Pokręciła głową.-Jak tak to ma wyglądać, nigdy więcej was nie podwiozę. Nigdy- podkreśliła, odkrywając oznakowanie kursanta.-Odwdzięczymy ci się za to!- wykrzyknęli razem Odd i Ulrich.-Kochamy cię!-Naprawdę jesteś niezastąpiona!Wypełniająca ją frustracja momentalnie uleciała, zastąpiona przez dziwne, ciepłe uczucie w piersi, które utrzymywało się długo po tym, jak paczka skierowała się do akademika.Może dlatego odebrała telefon.Po kolacji - w trakcie której byli cały czas obserwowani przez Jima - udali się do pokoju Jeremy'ego. Yumi dołączyła do nich niewiele później, obiecawszy rodzicom, że w porę wróci do domu i zrobi to, co miała zrobić w ciągu dnia. Na szczęście rodzina Ishiyama ostatnimi czasy stała się bardziej wyrozumiała, zwłaszcza, że lubili jej przyjaciół i kiedy usłyszeli o (niewyjaśnionym) kryzysie w ich paczce, zaoferowali nawet pomoc. W tamtej sytuacji nie mogli pomóc, ale liczyły się chęci.Przez ten cały czas właściwie nie rozmawiali. Dopiero kiedy dzwonek ogłosił godzinę do ciszy nocnej, a pozostali mieszkańcy akademika ruszyli do łazienek w nadziei na jeszcze trochę ciepłej wody, Jeremy zaczął mówić.-To było spektakularne.-No nie? Nie sądziliśmy, że się uda, ale udało się- Odd zaśmiał się, spuszczając z siebie napięcie.-Kimkolwiek były te osoby, raczej nikomu nie powiedzą, co się stało. W końcu kto by uwierzył w rozpływających się w powietrzu lub nadludzko szybkich nastolatków?- Yumi skrzyżowała ręce na piersi, opierając się o ścianę.-Nie powiedzą nikomu... poza osobom, które ich zatrudniły.-Czyli... komu?- Aelita zacisnęła pięści.-Zatrudnił ich Tyron. Tak zakładam. A przesłuchiwał mnie Graven.Na chwilę znów zapadła cisza.-Jeremy...- różowowłosa dziewczyna wzięła głęboki wdech. -Czy możesz nam powiedzieć, o co się pytał?-Szczerze?- podniósł głowę, patrząc po kolei na każdego z Wojowników. -O wszystko i o nic. Pytał o to, co wiem na temat fizyki kwantowej, co wiem o Franzu Hopperze, o Tyronie, dlaczego byłem tak nerwowy... Wiem, że rozmowa była nagrywana, miał broszkę z kamerą doczepioną do poszetki.-Pamiętasz może, jaka to była broszka?-Nie do końca się jej przyjrzałem, ale była specyficzna. Przypominała jakiegoś egzotycznego ptaka z długimi piórami, może pawia? I była zielona, tak jak jego krawat...- wtedy do niego dotarło. -To nie był paw. To był...-Zielony Feniks- dokończyła za niego.Wszyscy poza Williamem pokiwali głowami, jak gdyby coś im świtało w głowach. Najstarszy z paczki, niewtajemniczony wcześniej w tę część historii, zaczął dopytywać się o szczegóły.-O co chodzi? To jakaś firma? Nazwa własna?-Tak- potwierdził Ulrich. -Z tego, co wiemy, to organizacja powiązana z Projektem Kartagina, ale nie znamy wszystkich szczegółów.-Rozumiem... albo nie, nie rozumiem, ale chcę zrozumieć.-Zaraz, zaraz, czy to oznacza, że Tyron pracuje z Zielonym Feniksem?- Odd wstał z krzesła.-Nie mam pojęcia. Musimy wziąć to pod uwagę. Najpewniej będziemy musieli zbadać jeszcze raz powiązania Tyrona z Kartaginą, i to szybko. W pierwszej kolejności...- Jeremy przymknął oczy w nagłym przypływie zmęczenia. -W pierwszej powinniśmy...-Powinniśmy odpocząć- dokończyła za niego Aelita, ściągając mu okulary z twarzy nim opadł wraz z nimi na poduszkę. -Dokończymy tę rozmowę później, mieliśmy dzisiaj naprawdę ciężki dzień. Wszyscy.Tym samym pozostali Wojownicy dostali jasny komunikat: podejmą kolejne kroki dopiero wtedy, gdy będą mieć pewność, że Jeremy odpoczął, że oni wszyscy odpoczną oraz że znajdą jakiś wątek z biografii jej rodziców, który faktycznie dokądś ich doprowadzi. Ryzyko tylko rosło i mieli coraz mniejsze pole na popełnianie błędów, jeśli jeszcze mieli jeszcze taką możliwość - nie było możliwości sprawdzenia tego.Rozeszli się. Najpierw sen, jeśli przyjdzie.Potem... potem coś wymyślą.

↑ Top · Fandoms