Actions

Work Header

Bound into insanity ---

Entire Work

Work Text

Marta Warren nie wiedziała, że jej wyczerpująca walka zakończy się sukcesem właśnie pierwszego września 1944 roku, w jej siedemnaste urodziny, dokładniej dwadzieścia minut przed odjazdem Ekspresu Hogwart z peronu 9 i ¾. Jej matka nigdy nie należała do wylewnych, lecz w tym roku przeszła samą siebie — pożegnalny uścisk nie trwał nawet pięciu sekund, a już stała z ręką wspartą na otwartych drzwiach czarnej taksówki, gotowa na odjazd.— Jesteś pewna, że nie chcesz odprowadzić mnie bezpośrednio na peron? — spytała Marta, starając się nie zwracać uwagi na agonalne stęki taksówkarza, który toczył bitwę na śmierć i życie podczas wyciągania kufra z bagażnika. — To ostatni raz.Pani Warren zacisnęła wargi, oszczędnie potrząsając głową. Jako bogobojna kobieta nigdy w pełni nie zaakceptowała, że jej córka okazała się czarownicą. Podczas pierwszej podróży do Hogwartu ośmieliła się na przejście przez zaczarowaną barierkę tylko dzięki namowom męża. Nawet on nie potrafił odmienić poglądów oddanej kościołowi żony.— Tata chciałby, żebyś ze mną poszła.— Cóż, pewnie tak — przyznała pani Warren, niecierpliwie bębniąc palcami o krawędź drzwi. — Niestety nie ma go już z nami. Powodzenia w nauce, dziecko. Zachowuj się jak należy, nie przynieś nam, mnie wstydu i… pisz, jeśli będziesz czegoś potrzebować.Marta przełknęła zbierającą się jej w gardle gulę goryczy i zatrzepotała powiekami, starając się odgonić pieczenie, które zwiastowało tylko jedno. Ojciec nie potraktowałby jej tak szorstko, nie, on odprowadziłby ją pod sam pociąg, wyściskał tak, że popękałyby jej wszystkie żebra, a na koniec ze wzruszenia i zbliżającej się tęsknoty zalałby się łzami, robiąc ogromną scenę. Mimo że jako mugol nie do końca pojmował czarodziejski świat, ze względu na córkę przyjmował go z otwartymi ramionami.On zrozumiałby, jak wielka była to chwila. Marta ostatni raz wchodziła na pokład pociągu jako dziecko. Gdy wysiądzie z niego w czerwcu przyszłego roku, wraz z postawieniem nogi na peronie wkroczy w dorosłość.— Będę za tobą tęsknić — rzuciła do matki, łapiąc za uchwyt kufra. Zziajany, czerwony na twarzy taksówkarz pożegnał się z nią kiwnięciem i wrócił do auta. — Kocham cię.Drzwi zatrzasnęły się za panią Warren, która umościła się wygodnie na obitych skórą siedzeniach. Przez jej twarz przemknął wyraz zakłopotania, gdy taksówkarz spotkał się z nią spojrzeniem w lusterku.— Tak tak, ja ciebie też, dziecko — powiedziała przez uchylone okno. — Do zobaczenia w czerwcu.
Odjechała, pozostawiając ją na pożarcie bezlitosnych myśli. W czerwcu, czyli drugi raz z rzędu od śmierci męża wolała spędzać święta samotnie, tak jakby Marta mogła zalęc diabła we wszystkich zakamarkach domu. Z roku na rok pojawiało się w nim coraz więcej świętych obrazków i figurek; podejrzewała, że jej matka próbowała na swój sposob wzmocnić ochronę przed „skażeniem” magią.Marta zacisnęła palce wokół rączki kufra tak mocno, że pobielały jej knykcie, i weszła na stację King’s Cross, przegrywając walkę z piekącymi oczami. Pod pretekstem poprawiania okularów szybko starła łzy toczące się po jej policzkach i pomknęła do najbliższej łazienki, gdzie zignorowała ciekawskie spojrzenia wychodzących mugolek. Wpadła do kabiny i usiadła na opuszczonej desce klozetowej, ostrożnie osuszając twarz chusteczką. Powrót do Hogwartu miał swoje dobre strony (między innymi dostęp do ogromnej biblioteki), ale głównie niósł ze sobą stres, a ten z kolei przyprawiał ją o zaostrzenie się trądziku. Nawet delikatne muskanie policzków chusteczką przyprawiało ją o ból.— Znowu się mażesz, Warren?Marta przymknęła oczy. Na dźwięk głosu swojej największej wrogini poczuła, jak kowadło przygniotło jej żołądek. Na nic zdały się tygodnie przygotowań na powrót do kroczenia wojenną ścieżką, a przynajmniej nie znaczyły nic teraz, gdy próbowała przełknąć bycie odrzuconą przez matkę.— Aż tak ci zależało, żeby mamusia odprowadziła cię na peron, co? — kontynuowała tryskająca samozadowoleniem Olivia Hornby. — Pomyślałby ktoś, że twoi rodzice będą chcieli pomachać jedynej córce na pożegnanie, ale nie… Nie ma z tobą ani mamusi, ani tatusia — westchnęła z perfekcyjnie teatralną dozą współczucia. Nic dziwnego, że profesor Beery zawsze wybierał ją do głównych ról w szkolnych sztukach. — Właśnie, co się z nim stało? Zawsze wszyscy mieli niezły polew z tego, że beczał bardziej niż wszystkie mamuśki razem wzięte.— Stul pysk, Hornby.— Ohoho! — Zamknięta w kabinie Marta jej nie widziała, ale posłuchała instynktu podpowiadającego wyjęcie różdżki. — Widzę, że zaczynasz rok z grubej rury. Dobrze! Przyjmę zaproszenie…Marta poderwała się do pionu, gdy tylko drzwi pierwszej kabiny zderzyły się ze ścianką. Odliczała kolejne wstrząsające konstrukcją trzaśnięcia, a gdy stanęła oko w oko z uśmiechniętą Olivią, zamiast zaklęcia rozbrajającego wpadła jej do głowy inna inkantacja.— Furnuculus transplantus! Nie miała pojęcia, skąd wytrzasnęła tę formułkę, lecz przestała się nad tym zastanawiać w momencie, gdy cała skóra jej twarzy zapiekła przeraźliwie, jakby zrywano z niej ogromny, wyjątkowo silny plaster. Między wywołanym szokiem trzepotem powiek widziała lecące w powietrzu setki zaognionych punktów, które zderzyły się z Olivią i trzasnęły nią o ścianę.Marta wyszła z kabiny, a z wrażenia różdżka niemal wyleciała jej z dłoni. Twarz nieprzytomnej Olivii pokrywał obfity, wypełniony ropą trądzik. Na jego widok Marta zaśmiała się triumfalnie, lecz dopiero po chwili zrozumiała, co tak naprawdę osiągnęła. Dotknęła policzka, a pod opuszkami zamiast nabrzmiałych, bolących krost wyczuła aksamitną skórę. Nie wierzyła, więc odrzuciła różdżkę w bok i prześledziła palcami gładki zarys szczęki, pozbawiony zmian nos i dwukrotnie zwiedziła całe czoło, zanim popędziła do najbliższego lustra.To niemożliwe, pomyślała oniemiała, wpatrując się we własne odbicie. Nie pamiętała swojej twarzy sprzed trądziku, a jednak teraz patrzyła w oczy dawnej sobie. Marcie pozbawionej kompleksów, Marcie, której nigdy nie dokuczano w mugolskiej szkole, Marcie pewnej siebie i przygotowanej na dobroci czarodziejskiego świata, jakie — jak niegdyś myślała — oferował Hogwart.Raz jeszcze spojrzała na leżącą na boku Olivię. Wyobraziła sobie, jak ta wredna dziewucha odzyskuje przytomność i po dotarciu do szkoły biegnie do najbliższego profesora, żeby zdać relację z padnięcia ofiarą brutalnego napadu. Słyszała formułkę użytego zaklęcia, więc z pewnością ciało pedagogiczne doszłoby do wniosku, że Marta jest prawowitą właścicielką trądziku, a wtedy z powrotem przetransportowanoby go na jej twarz.Mimo wszystko istniała jeszcze gorsza opcja. Marta nie wiedziała, czy przeniesienie swojego schorzenia na inną osobę klasyfikuje się jako wykroczenie, a nie uśmiechało się jej pozyskanie wpisu w kartotece w najwspanialszy dzień swojego życia.Odnalazła różdżkę w kabinie i rzuciła na Olivię Obliviate . Nie miała z nim doświadczenia, jednak pozbycie się zaledwie jednego krótkiego wspomnienia okazało się dostatecznie proste, aby zrobić to całkiem porządnie. Znacznie trudniejsze było wtłoczenie sfabrykowanego wspomnienia w stawiającą opór jaźń Olivii, lecz po kwadransie starań Marta z satysfakcją starła pot z czoła. Nie mogła mieć pewności, że wszystko poszło całkowicie po jej myśli, ale powinno wystarczyć. W razie potrzeby mogła wprowadzić poprawki w Hogwarcie, zanim dopadną ją wyrzuty sumienia.Złapała kufer, Alohomorą otworzyła zaryglowane zaklęciem drzwi i stanęła oko w oko ze sznureczkiem zniecierpliwionych kobiet.— Uważajcie — powiedziała na tyle głośno, aby słyszały ją wszystkie. — W środku leży jakaś narkomanka.Kolejka rozpierzchła się tak szybko, jakby nigdy nie istniała, a uśmiechnięta od ucha do ucha Marta sprężystym krokiem przeszła przez zaczarowaną barierkę. Wypluwający kłęby białego dymu Ekspres Hogwart już na nią czekał, więc czym prędzej poderwała kufer w powietrze zaklęciem i wskoczyła na pokład.Mimo prawdziwie wyśmienitego humoru peszyły ją ciekawskie i niedowierzające spojrzenia uczniów, którzy nigdy nie widzieli jej bez trądziku, więc uparcie szukała pustego przedziału. Odnalazła go dopiero w ostatnim, prawie całkowicie wyludnionym wagonie, gdzie zaśmiała się sama do siebie i opadła na siedzenia.Natychmiast zabrała się za udokumentowanie tego zdarzenia w pamiętniku, który zaczęła prowadzić w dzieciństwie. Gdy po kwadransie pociąg ruszył, jej samopoczucie pozostało niezmącone nawet po wystawieniu na próbę przyglądania się wzruszonym, machającym do pociech rodzicom. Nie zdenerwowało jej nawet niekończące się walenie przesuwnymi drzwiami, obijanie się kufrów o wąskie ścianki korytarza ani ganiające w te i z powrotem jedenastolatki, które świętowały świeżo pozyskaną wolność poprzez wydawanie z siebie zdziczałych pisków oraz wrzasków.— Nie, tu ktoś siedzi… Zobacz jeszcze jeden dalej, może tam…Oderwała spojrzenie od przesuwającego się peronu i zobaczyła Astrę, prefekt naczelną o burzy blond loczków i króliczych zębach.— Marta! — wykrzyknęła Astra, nie wierząc własnym oczom. Rozpłaszczyła palec na szybie, jakby pokazywała koleżankom jedyny w swoim rodzaju okaz w zoo. — Przecież… Ty… Nie poznałam cię!Marta bezwstydnie wyszczerzyła zęby, czerpiąc dwa różne rodzaje satysfakcji z zaistniałej sytuacji. Pierwszą z nich były oczywiście oniemiałe miny Astry Greengrass i Donny Camden, korpulentnej brunetki o wiecznie zaróżowionych policzkach, natomiast drugą spetryfikowana szokiem Olivia. Wyglądała równie pryszczato, co w łazience, wytrzeszczonymi oczami chłonąc perfekcyjną, pozbawioną najdrobniejszego zaskórnika cerę swojej przeciwniczki.Co prawda Marta liczyła, że Olivia ocknie się dopiero po odjeździe pociągu (na pewno zrobiłaby większe wejście, gdyby pojawiła się w Hogwarcie w trakcie uczty powitalnej), ale nie żałowała innego obrotu spraw.— Widzę, że wakacje miałaś udane — powiedziała Astra, machnięciem różdżki posyłając wszystkie kufry na górne półki. — Jak pozbyłaś się trądziku?— Och, takim tam mugolskim sposobem — odparła Marta, kątem oka zauważając, że czerwona z gniewu Olivia uważnie przysłuchiwała się ich rozmowie. — To skomplikowana sprawa. Długo by opowiadać.— Musisz zdradzić nam swój sekret — wtrąciła Donna, poprawiając niesforną grzywkę. Nosiła kilka nadmiarowych kilogramów, ale było jej z nimi do twarzy. — Twoja cera jest czysta jak u dziecka, cała promienieje.Marta udała, że zapasjonowało ją przyglądanie się swoim paznokciom. Gdy zerknęła z ukosa na niemal trzęsącą się z wyczekiwania Olivię, jej usta wykrzywiły się w niechrześcijańskim uśmieszku. Jeszcze z nią nie skończyła.— Wątpię, czy posunęłybyście się tak daleko jak ja — powiedziała z teatralnym westchnieniem. — Byłam naprawdę zdesperowana, same wiecie.— Nie bądź taka. — Donna nie dawała za wygraną. — Ja próbowałam ci pomóc.Marta w życiu nie nazwałaby Donny swoją przyjaciółką (co najwyżej koleżanką z dormitorium), ale owszem, nie mogła zaprzeczyć jej słowom. Nawet jeśli żadna z sugestii Donny nie przyniosła zadowalających efektów, Marta nad tym nie ubolewała. Transplantacja trądziku na Olivię stanowiła najjaśniejszy punkt w jej życiu i nie zamieniłaby tej satysfakcji na wcześniejsze pozbycie się problemów skórnych.— Poszłam do dermatologa, to taki mugolski uzdrowiciel specjalizujący się w chorobach skórnych, rozumiecie — wytłumaczyła dla czystokrwistej Astry, która nie znała się na mugolskich specjalistach. Dzięki wyjaśnieniom zyskała chwilę na gorączkowe rozmyślanie, a w tym czasie dziewczyny pokiwały głowami, natomiast Olivia udawała, że pochłonął ją widok odjeżdżającego peronu. — Dermatolog kazał mi codziennie wcierać w twarz ślimaczy śluz i zostawiać go na skórze przez co najmniej cztery godziny. Im dłużej, tym lepiej.— Fu-eee, fa-fascynujące. — Donna starała się panować nad twarzą, jednak przegrywała zaciętą walkę z kretesem. — Hm… Czyli całe wakacje spędziłaś ze śluzem na twarzy? Czy może w nim spałaś?— Och, nie nie, nie można w nim spać — odparła Marta tonem eksperta. Sama nie należała do najgorszych aktorek, mimo że profesor Beery z wiadomych względów nigdy nie dał jej wymagającej roli. — Dermatolog kategorycznie mi tego zabronił.— Dlaczego? — spytała Astra ze zmarszczonym noskiem, zerkając na Olivię, która zasłaniała twarz kurtyną jasnobrązowych włosów.— Widzicie, śluz rozkłada cząsteczki trądziku, ale się ich nie pozbywa. Natomiast w nocy skóra przechodzi w naturalny stan samooczyszczania się. Gdyby zostawić śluz na całą noc na twarzy, skóra nie miałaby jak się oczyścić.— Brzmi sensownie — odparła Donna, podczas przyglądania się nieskazitelnej cerze Marty nieświadomie odsłaniając górne zęby w grymasie obrzydzenia.Pewnie wyobraża sobie mnie ze śluzem na twarzy, pomyślała Marta. Jeśli dobrze pójdzie, przy Olivii wyobraźnia nie będzie jej potrzebna.— Wiecie, co? — Donna machnęła różdżką, a z jej kufra wyskoczyła pozaznaczana kolorowymi karteczkami księga o tytule: „Almanach kokieterynej czarownicy”. — Wygląda mi to na dobry moment na metamorfozę…— O matko, przestań. — Marta pokręciła głową z pobłażliwym uśmiechem. W międzyczasie już znudzona Astra wyszła z przedziału, mamrocząc coś o obchodzie pociągu. — Nie chcę skończyć jak Hannah Midgen z szóstego roku.— Hannah Midgen jest prawie charłaczką. Nic dziwnego, że po Almanachu przypominała bardziej krzyżówkę świątecznej choinki z kanarkiem niż człowieka — zachichotała Donna. Ktoś postronny uznałby, że otworzyła Almanach na pierwszym lepszym rozdziale, lecz Marta znała ją lepiej. — Bez trądziku będzie można zrobić z ciebie wystrzałową pannicę.— Nie, dzięki.— Boże, ty też musisz być taka ścierpła? — odmruknęła, patrząc na siedzenie, na którym jeszcze niedawno siedziała Astra. Najwyraźniej nie zauważyła zniknięcia koleżanki. — Nie zrobię z ciebie pośmiewiska, obiecuję.Marta nie pokładała wielkiej wiary w słowa Donny, ale wiedziała, że korzystniej było dać upust jej kreatywności teraz. Pokiwała więc głową i pochyliła się ku wydobywającej różdżkę, błyszczącej ekstatycznym uśmiechem koleżance. Marta zamknęła oczy, gdy tylko pierwsze zaklęcia musnęły jej skórę, i z topniejącą z minuty na minutę cierpliwością poddała się zabiegom upiększającym.— Dobra, dość już — wymamrotała, oswabadzając się z dłoni trzymającej ją za oba policzki. — Ile można?— Och, można można! Daj mi jeszcze chwilę…— Nie, najpierw chcę się zobaczyć.Donna z westchnieniem rezygnacji wyczarowała lusterko i podała je Marcie, która zyskała wobec niej odrobinę zaufania. Nie przeszła wzbudzającej wybuchy śmiechu metamorfozy, nie przypominała klauna ani choinko-kanarka, ale za to jej rzęsy wydłużyły się i zyskały zalotnego skrętu (ładnego, ale niestety niestosownego), ciemnobrązowe włosy zostały przyprawione o zdrowy blask i zakręciły się jak po trzymanych całą noc wałkach, a z policzka zniknęły dwa drobne pieprzyki, pozostawiając jej skórę teraz już prawdziwie nieskazitelną.— Dopiero zaczęłam — stwierdziła Donna, wyciągając rękę.— Nie, tyle mi wystarczy. — Marta oparła się o siedzenie, dalej przeglądając się w lusterku. Nie chciała, żeby cokolwiek przysłoniło efekt transplantacji trądziku na Olivię. — Wiesz, że wolę rano poczytać niż bawić się w znikanie pieprzyków i kręcenie rzęs.— Pieprzyki już nie wrócą, a rzęsy zajmują dosłownie dziesięć sekund…— Nie wrócą? W tym przeklętym Almanachu są zaklęcia trwale wysyłające w niebyt? — Marta pochwyciła księgę i przekartkowała spis treści. — Przecież mogłaś pozbawić mnie nosa!— Oczywiście, że nie ma takich w Almanachu. — Donna z cwanym uśmieszkiem postukała się końcówką różdżki w skroń. — Nie bój żaby, z tymi zaklęciami radzę sobie jak z żadnymi innymi.Marta zacisnęła cierpko usta, choć w duchu przyznała jej rację. Mimo trafienia do Ravenclawu Donna nie była orłem z zajęć, ale wyczyniała prawdziwe cuda, jeśli chodzilo o mniej wyrafinowane ścieżki magii. Marzyła o wypuszczeniu własnej wersji Almanacha i działała w tym kierunku, pobierając opłaty od uczennic za ułożenie włosów czy zrobienie makijażu, a Marta cicho zazdrościła jej tego ukierunkowania.— Szkoda — wtrąciła szorstko Olivia. Dziewczyny popatrzyły na nią, jakby zapomniały o jej istnieniu. — Mogłabyś posłać całą Warren w niebyt. Od tego ględzenia więdną uszy. Ooooch, wiesz, że wolę rano poczytać niż bawić się w kręcenie rzęs. — Wsparła wierzch dłoni na czole, odrzucając głowę w tył. — Och, jestem taka wyjątkowa. Niepowtarzalna… Jedyna w swoim rodzaju!Marta uśmiechnęła się jadowicie, nieporuszona tym typem przytyków. Nie uważała się za lepszą od innych dziewczyn, po prostu dawno temu spisała dbanie o wygląd na straty. Nieważne, jak bardzo by się umalowała, z trądzikiem nikt nie zwracał na nią uwagi.— A tobie co się stało, Hornby? — spytała i przeczesała palcami pasmo włosów. Nigdy dotąd nie były tak przyjemnie gładkie. — Czyżby wreszcie dopadła cię karma za te wszystkie wyszukane komentarze na temat mojego trądziku?— Karma? — Olivia prychnęła, jakby w życiu nie słyszała niczego bardziej niedorzecznego. — To stan przejściowy, reakcja alergiczna.Uśmiech Marty tylko się poszerzył. Sfabrykowane wspomnienie ewidentnie zagnieździło się tam, gdzie powinno.— W każdym razie bez obaw, ja to nie ty, żebym paradowała po szkole sześć lat z twarzą w cystach większych niż własne cycki — kontynuowala Olivia. Ze sztucznie niewzruszonego, ociekającego wyższością głosu było jasne, że niczego nie podejrzewała. — W przeciwieństwie do twoich, moi rodzice zareagowali od razu. Przepisano mi specjalną dietę, już jest lepiej.Marta powstrzymała się przed uświadomieniem tej ropusze, że to właśnie dzięki niej zyskała trądzik i nie pozbędzie się go żadna dieta (tym bardziej niedorzeczna ze względu na ograniczone przez wojnę zapasy jedzenia). Próbowała wszystkich, od polecanych przez doktorów po najbardziej cudaczne, wręcz znachorskie, lecz nie przynosiły najmniejszych rezultatów, więc niech ta robaczywa purchawa nie myśli sobie, że…— Och, jeszcze jedno!Wszystkie odwróciły głowy w kierunku przeszklonych drzwi. Astra przywołała kogoś machnięciem ręki i mówiła dalej, ściszając głos. Z pełnej skupienia miny i zmrużonych oczu Donny jasno wynikało, że czytała właśnie z ruchu warg, lecz jej skupienie zostało zmiecione z planszy przez pojawienie się nikogo innego,
a złotego chłopca Slytherinu. Prefekta naczelnego, idealnego uczenia, bezapelacyjnego ulubieńca nauczycieli — Toma Riddle’a.Na jego widok Donna zachłysnęła się powietrzem, a Olivia oblała szkarłatnym rumieńcem i wypuściła włosy zza ucha, aby ukryć trądzik. Marta natomiast wywróciła oczami i zajęła się obserwowaniem jesiennych krajobrazów za oknem, na którego tle uparcie majaczyło wątłe odbicie Riddle’a.Gdyby powiedziała, że nie był piorunująco przystojny, za tak wierutne kłamstwo trafiłaby wprost w dziewiąty krąg piekła. Jego alabastrowa skóra kontrastowała z czarnymi lokami, co nadawało mu tak szlachetnego wyglądu, że bez problemu mógłby ujść za członka jednego z najbardziej prestiżowych czystokrwistych rodów. Ten wizerunek tylko wzmacniały wysokie kości policzkowe, pociągła twarz pełna ostrych kątów, otoczone długimi rzęsami czarne oczy, które swoim urokiem uniemożliwiały dziewczynom odwrócenie wzroku.Tom Riddle nie tylko wyglądał niczym młodzieniec wyrwany żywcem ze stronic klasycznych romansów, ale i tak prezentował się światu. Zapytana o niego, Marta powiedziałaby, że nie poświęca mu uwagi, choć prawda miała się zgoła inaczej. Nie, wcale nie wpatrywała się w niego z wywieszonym jęzorem (tylko czasem), a z zawiścią obserwowała to, jak owijał sobie wszystkich wokół palca. Uważała, że ich wyniki w nauce były zbliżone w wielu dziedzinach (wykluczając obronę przed czarną magią, w której nie miał sobie równych), lecz to on, złoty chłopiec, zbierał wszystkie pochwały i był hojnie obdarowywany punktami. Marta raz wykradła jego ocenione wypracowanie i porównała ze swoim — poza innym środkiem przekazu, zawarte w ich wypracowaniach informacje były identyczne z różnicą jednego dodatkowego zdania. Zaledwie ciekawostka sprawiła, że Riddle dostał wybitny stopień, a ona powyżej oczekiwań, co uważała za faworyzację zmieszaną z seksizmem. Nie bez powodu Klub Ślimaka składał się z prawie samych chłopców.— Och, Chryste — jęknęła Donna, gdy na kolanach Marty wylądowała „Duma i uprzedzenie”, którą przywołała z kufra. — Ty i ta książka. Ile razy już ją czytałaś?— Kilka.— Ha, kilka! Chyba kilka razy na rok! Wiesz, że istnieją prawdziwi faceci, prawda?— Och, fikcyjni są tysiąckroć lepsi — odparła Marta, wzruszywszy ramionami, i pieszczotliwie pogładziła szmaragdową okładkę ozdobioną pozłacanym tytułem. — Pod każdym względem.— Mówisz tak tylko dlatego, że żaden chłopak z krwi i kości nawet na ciebie nie spojrzał — odparła Olivia. Marta niechętnie przyznałaby jej w duchu rację gdyby nie prosty fakt, że podczas poszukiwania przedziału została obdarzona kilkoma spojrzeniami. — Wyobrażanie sobie siebie w roli głównej bohaterki powieści to jedyny sposób, w jaki przeżyjesz pierwszy pocałunek, Warren.Marta otworzyła książkę z niewzruszoną miną, choć jej paznokcie zatopiły się w skórzanej okładce. Miała nadzieję, że nie zostawi na niej trwałych śladów.— Wszystko przede mną — odparła. — Natomiast przed tobą…— Och, dajcie spokój — wtrąciła Astra, która musiała słyszeć ich sprzeczkę nawet przed rozsunięciem drzwi przedziału. Zajęła miejsce i założyła nogę na nogę, ale jej elegancką manierę niweczyła skrzywiona mina. — Rok jeszcze się nie rozpoczął, a wy zaraz się pozabijacie.— Coś ciekawego na patrolu? — podsunęła Donna, najwyraźniej sądząc, że zdegustowanie koleżanki nie wynikało z podsłyszanej sprzeczki.— Nie, nie określiłabym takim mianem widoku Goyle’a dobierającego się do jakiejś Gryfonki z piątego roku. — Potrząsnęła głową, jakby próbowała pozbyć się tego wspomnienia. — Paru inteligencików zorganizowało sobie w tym celu cały przedział.— Przedział? W którym wagonie?Krytyczne spojrzenie Astry zdawało się mówić: „A co, chcesz dołączyć?”— W naszym — odparła z niesmakiem.— A po co ci był Riddle? — dopytywała Donna.— Jak to po co? Przecież ja nie wejdę do przedziału, w którym klekocze sprzączka od paska Goyle’a! — wydusiła ze zbulwersowaniem Astra. Zasznurowała ciasno wargi, a jej policzek pokrył rumieniec wzburzenia. — Tom był tak miły, że mnie wyręczył.Z gardła Marty wyrwało się pogardliwe prychnięcie.— Gdyby był tak miły, nie przyjaźniłby się z tym ludzkim wieprzem, Goyle’em — powiedziała, nie potrafiąc skupić się na lekturze, która miała w zwyczaju całkowicie przejmować kontrolę nad jej jaźnią.— W przeciwieństwie do was dwóch Tom wie, że warto utrzymywać cywilizowane stosunki z ludźmi, z którymi dzieli się dormitorium — skwitowała Astra tak defensywnie, jakby była z nim w związku. Może i była, choć podobnie co reszta Hogwartu, wyłącznie w wyimaginowanym.Wykrzywiona zazdrością mina Olivii nie pozostawiała wątpliwości, że prawo do stawania w obronie Riddle’a uważała za swoją własność. Szykowała się do odpowiedzi, więc Marta zatrzasnęła książkę i udała się na poszukiwanie pani z wózkiem, jako że nie zniosłaby wysłuchiwania kłótni o chłopaka, który nie poświęcał uwagi żadnej z nich. Astra potrafiła zachowywać przy nim zimną krew, a dzięki wspólnym obowiązkom prefekta naczelnego roiła sobie, że Riddle zobaczy w niej kogoś więcej, jednak Marta w to wątpiła. Owszem, oczarowywał nie tylko profesorów, lecz tak naprawdę nigdy nie widziała, żeby pożerał wzrokiem kogokolwiek, tak jak robili to zwyczajni chłopacy.Kupiła miętówki i kociołkowego pieguska, którego zjadła oparta o ścianę, wpatrując się w przesuwający się za oknem zielony krajobraz. Chodziło jej po głowie przywołanie „Dumy i uprzedzenia” tutaj, żeby móc poczytać w spokoju, ale ten zamiar pokrzyżował jej rozbrzmiewający niedaleko odgłos ekspolodujących fajerwerków.Marta szczerze wierzyła w swój osąd, że fikcyjni mężczyźni bili na głowę tych rzeczywistych. Podczas poprzednich sześciu lat nauki żaden z chłopców nie spojrzał na nią choćby z cieniem zainteresowania, a to wszystko przez trądzik, tak jakby przez niego stawała się niewidzialna. W jej opinii miłość powinna być bezwarunkowa, w zdrowiu i w chorobie, w biedzie i w bogactwie, lecz najwyraźniej jej poglądy to relikt przeszłości. Mimo że uważała się za ładną nawet z trądzikiem, dawała szansę mniej urodziwym chłopcom, a jednak żaden z nich nie widział jej inaczej niż jako kogoś, od kogo można pożyczyć pióro, czy jako tę dziewuchę, która rozkoszowała się biciem ich na głowy w wynikach nauki.Dlatego doszła do wniosku, że chłopcy są grą niewartą świeczki. Podczas gdy dziewczyny w imię ideałów i miłości potrafiły umawiać się z krzywozębnymi przeciętniakami (w każdym znaczeniu słowa), oni uważali, że najlepsza partia w szkole powinna padać im do stóp za to, że się nią zainteresowali. W międzyczasie zwykłe dziewczyny, a już w szczególności dotąd obsypana trądzikiem Marta, najwyraźniej nie miały innego wyboru niż zadowolić się ochłapami, które rzucano im z łaską. Znała tylko jeden wyjątek od tej reguły (oczywiście był zajęty i ze wszystkich dziewczyn, to Donnę — też coś! — obdarował uczuciem) i nie sądziła, że natknie się na drugi, przynajmniej nie w Hogwarcie.Świat cierpi na brak mężczyzn, szczególnie tych, którzy są cokolwiek warci.*Mimo że jej przemyślenia nie należały do przyjemnych, wolałaby, żeby nie wyrwało jej z nich obleśne rechotanie Goyle’a. Zlokalizowała go na krańcu pola widzenia, więc przymknęła oczy i wyobraziła sobie pana Darcy’ego pędzącego wzdłuż torów na swym czarnym rumaku, aby uratować ją od tych nadętych bufonów, neandertalczyków i dziecinnych łobuzów, od których wręcz roiło się w szkole. Akurat gdy pan Darcy okazał się czarodziejem i pozbył się szyby w oknie, żeby wciągnąć ją na grzbiet konia, w rzeczywistości stukot butów i odgłos rozmowy stały się niemożliwe do zignorowania.Marta uniosła powieki, a choć instynktownie chciała umożliwić przejście chłopakom, powstrzymała się i nie opuściła wspartej o ścianę nogi. Zamiast tego skrzyżowała ramiona na piersi i ze zmrużonymi oczami przypatrywała się zbliżającym Ślizgonom. Goyle wycofał się za Riddle’a, a choć między kolanem Marty a oknem nie pozostawało wiele miejsca do manewru, ten drugi nawet nie zwrócił na to uwagi. Szedł jak gdyby nigdy nic, lekko rozkołysanym w ramionach krokiem, z dłonią wsuniętą w kieszeń ciemnych spodni, jakby wszechświat miał obowiązek usunięcia wszystkich przeszkód z jego drogi, jakby Martę dzielił moment od rozpłynięcia się w powietrzu.Gdy znaleźli się tak blisko, że doskonale słyszała ich rozmowę, w jej piersi zaczęła topnieć chęć skonfrontowania Riddle’a z rzeczywistością, w której nie był pępkiem świata. Zacisnęła pięści tak mocno, że paznokcie dotkliwie wbiły się w jej skórę, ale przyrzekła sobie, że nie opuści nogi.Nie oczekiwała, że ktoś, kto został prefektem naczelnym, przepchnie się do przodu siłą, lecz z ust Riddle’a nie padło żadne „przepraszam”. Po prostu prześlizgnął się bokiem i poszedł dalej, jakby przejście blokował mu wózek z przekąskami, a nie człowiek z krwi i kości. Gdy to robił, nie obdarzył Marty nawet ukradkowym spojrzeniem, w dodatku nie przerwał rozmowy.Jedyny dowód na to, że Marta tam stała, stanowiły oczy Goyle’a. Wspięły się po jej kolanie, spódnicy, szarym hogwarckim sweterku i zrobiły postój na wysokości biustu, zanim Goyle spotkał się z nią wzrokiem. Zmarszczył brwi, popatrzył niżej i znów wyżej, jakby nie potrafił zdecydować, czy woli nacieszyć się widokiem krągłości, czy w pełni rozpoznać osobę, z którą miał do czynienia.Wybrał to pierwsze, lecz podczas prześlizgiwania się bokiem, nie omieszkał otrzeć się o kolano Marty i — na domiar złego — posłać jej obleśny uśmiech. W porównaniu do Riddle’a był przysadzisty, ale nie na tyle, aby dotknąć jej z przymusu.Marta pożałowała swojego oporu, zacisnęła pięść na szeleszczącym opakowaniu i pomaszerowała z powrotem do przedziału, w wyobraźni ponad ucieczkę z panem Darcym wybierając obrzucanie Goyle’a czarnomagicznymi klątwami.Zmarszczyła brwi na widok dziewczyn, które rozchichotały się znacząco, gdy tylko pojawiła się na horyzoncie. Weszła do przedziału, nabierając przeświadczenia, że w czasie nieobecności padła ofiarą plotek, a gdy tylko wrzuciła do ust miętówkę, zyskała tego pewność.— Czego się tak chichracie? — rzuciła z lekko zachwianą obojętnością. Nie podobało się jej to, że Olivia ocierała z kącików oczu łezki rozbawienia, niemniej najgorsza była Astra. Zwykle ze względu na odznakę prefekta zachowywała się jak należy, lecz teraz jej wargi toczyły zaciętą walkę z uśmieszkiem.— Och, z niczego — odparła Olivia, spotykając się spojrzeniem z Donną, której posiniała twarz zwiastowała nadchodzącą śmierć z powodu niedotlenienia. — Dobrze się bawiłaś, co?— O czym ty bredzisz?Olivia kiwnęła na miętówki, a Donna przytknęła dłoń do ust w próbie zamaskowania parsknięcia śmiechu. Desperacko wciągane powietrze zaświstało między rozchylonymi palcami.— Albo powiedz wprost, co masz na myśli, albo…— Twoją wyprawę do macankowego przedziału. — Twarz Olivii pojaśniała w jadowitym uśmiechu. — Miętówki świadczą, czego się tam dopuściłaś, ale po obciąganiu Goyle’owi raczej nie wystarczą.Martę zamurowało z wrażenia. Zamrugała raz, drugi, popatrzyła po każdej dziewczynie z kolejna i ledwo wpadła jej do głowy cięta riposta, Olivia znów się odezwała:— Po tym wszystkim nawet Amortencja ci nie pomoże w zmuszeniu kogoś do pocałowania cię w te rozepchane wary.Marta zerwała się z siedzenia, bliska ulegnięcia wyobrażeniom, w których okładała Olivię po twarzy „Dumą i uprzedzeniem”.— Zamknij tę zapryszczoną mordę, trollico, albo obiecuję ci, że…— Zważaj na słowa, bo w trollicę to cię mogę przerobić. W sumie w obecnym stanie tak niewiele ci do niej brakuje, że wystarczy jedno machnięcie różdżką — wyrzuciła z siebie napastliwie Olivia, stając z nią oko w oko, i dźgnęła palcem w pierś. — Pewnie dlatego padło na Goyle’a, co? Musisz być w połowie trollicą, skoro zrozumiałaś jego mowę. Szkoda, że ty za dużo nie mówiłaś, poczułby się mniej samotny. Chociaż pewnie nie narzekał, że obrabiałaś mu…— DOŚĆ! — wykrzyknęła Astra, zaklęciem odsuwając dziewczyny od siebie. — Olivio, posunęłaś się za daleko. Jeszcze słowo i będę musiała zareagować na to ordynarne zachowanie!Usatysfakcjonowana Olivia opadła na siedzenie.— Jeśli chcesz, reaguj, ale będziesz musiała odjąć punkty też Marcie. Spółkując z tym stworem sprowadziła hańbę na cały nasz dom.— SPÓŁKUJĄC?! Ja… NIGDY…Machnęła ręką na niezdolną do pozbierania myśli Martę.— Dobra, nie zapowietrz się tam, Warren.Marta zawyła ze wściekłości, porwała książkę i wybiegła na korytarz. Zamierzała spędzić resztę podróży na tylnym balkoniku wagonu, ale Gryfonka z Puchonem uznali to miejsce za idealne do gorących pocałunków, co tylko dolało oliwy do ognia upokorzenia, którym lada chwila mogła się zająć.Zaryglowała się w najbliższej toalecie i zatopiła zęby w wardze, żeby nie wybuchnąć płaczem. Gdy była młodsza, często w ten sposób dawała upustu emocjom, co spotykało się z kolejnymi falami kpin i prześladowań ze strony Olivii. Na piątym roku Marta przyrzekła, że nie uroni już ani jednej łzy z powodu tej przebrzydłej ropuchy i nie zamierzała złamać tej obietnicy teraz.Przeklinała się za to, jak bardzo dała się jej zaskoczyć. Gdy padła pierwsza niedorzeczna sugestia, wpadło jej do głowy powiedzenie „nie jestem Donną”, a teraz w równej mierze żałowała i cieszyła się zatrzymania tego komentarza dla siebie. Nie chciała upaść równie nisko co one, nawet jeśli Donna zachowywała się jak horągiewka na wietrze. Łączyła je jakaś nić sympatii, lecz najwyraźniej niedostateczna, aby choć raz stanęła po stronie Marty i wsparła ją w odpieraniu kpin Olivii, zamiast się do nich przyłączać. Poza tym w hipokryzji nie miała sobie równych. Jeśli którakolwiek z nich miałaby się udać do „macankowego przedziału” byłaby to właśnie Donna.Tak czy inaczej, bez powodu nie brałaby udziału w tej szaradzie. Marta podejrzewała, że podczas jej nieobecności Olivia wzięła sobie na celownik właśnie ją, a Donna jeszcze gorzej radziła sobie z docinkami, szczególnie tymi na temat jej wagi. Nie stanowiło to żadnego usprawiedliwienia, lecz Marta częściowo ją rozumiała. Sama nienawidziła, gdy brano na języki jej skórę, choć ona nigdy nie wrzucała nikogo innego pod pędzący pociąg.— Czyżbyś się tam mazała, Warren? — rozległ się głos Olivii, stłumiony przez zamknięte drzwi. Nie pamiętała, że jeszcze na peronie wypowiedziała te same słowa.Marta zaśmiała się cicho, czym zadziwiła samą siebie. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że tym komentarzem Olivia przypieczętowała swój los. Marta nie zamierzała poprzestać na transplantacji trądziku, czyszczeniu pamięci i wtłaczaniu w nią sfabrykowanych wspomnień, o nie. Marta szykowała się do sporządzenia planu zniszczenia jej życia. Począwszy od inscenizowania drobnych niepowodzeń, takich jak gubienie wypracowań czy sabotowanie eliksirów, poprzez odebranie Olivii miejsca w sztuce profesora Beery’ego, aż po uwiedzenie tego aroganckiego dupka, Toma Riddle’a.Tak, przyrzekła sobie. Sprawię, że Olivia zasmakuje najgorszego roku w całym swoim życiu.

----- CHAPTER BREAK -----

Pierwszy tydzień nauki upłynął Marcie na planowaniu oraz bacznych obserwacjach Riddle’a. Pragnęła, żeby zrobił coś, aby zaprzeczyć jej wcześniejszemu osądowi, niestety ten okazał się trafny: Riddle nie zwracał uwagi na żadną dziewczynę, niezależnie od jej statusu urodzenia. Z Astrą rozmawiał wyłącznie na temat wspólnych obowiązków prefektów, z czystokrwistymi Ślizgonkami wymieniał się oszczędnymi komentarzami, a z istnienia mugolaczek nie zdawał sobie sprawy. Nie reagował, gdy zalotnie trzepotano do niego rzęsami czy strategicznie odpinano guzik koszuli, żeby przyciągnąć jego spojrzenie na — w opinii Marty — skandalicznie wyeksponowany dekolt.Riddle był tak abstrakcyjnie nieporuszony, że zaczęła pilnie przyglądać się jego stosunkom z chłopakami z roku. Goyle, Mulciber i Avery traktowali go w głównej mierze ze sporym szacunkiem, czasem w ich zachowania wkradała się koleżeńska swawolność, którą Riddle kwitował albo przyzwalającym uśmiechem, albo sprowadzającym na ziemię utrzymaniem kontaktu wzrokowego. Na pierwszy rzut oka podobnie prezentowały się stosunki między Riddle’em a Abraxasem Malfoyem, lecz Marta dwukrotnie przyłapała go na przypatrywaniu się Riddle’owi w trudny do rozszyfrowania sposób. Przywodził na myśl mieszankę uwielbienia i tęsknoty, ale towarzyszący mu nieznaczny uśmieszek sprawiał wrażenie, jakby Abraxas wiedział o Riddle’u więcej niż ktokolwiek inny.Marta słyszała to i owo na temat różnych odstępstw od normy , które przyprawiały ją o dziwne rozgorączkowanie, a które w świecie czarodziejskim nie były aż takim tematem tabu, co w mugolskim, dlatego obrała chłopaków na celownik. Podczas zajęć zachowywali się jak zwykli koledzy, a podczas posiłków w Wielkiej Sali czasem wdawali się w zażarte dyskusje, czasem wybierali czytanie Proroka Codziennego. Podejrzewała, że mogłaby potwierdzić swoje podejrzenia w mniej obleganych przez uczniów lokalizacjach, lecz nie mogła towarzyszyć im w pokoju wspólnymi ani dormitorium, a Tom nie angażował się w quidditcha jak Abraxas i reszta. Marta spotykała Riddle’a wyłącznie w bibliotece, a tam z kolei pojawiał się w pojedynkę i traktował to miejsce z należytym szacunkiem, w przeciwieństwie do sporej części uczniów, którzy uznawali nieuczęszczane zakamarki za idealne na odbywanie romantycznych schadzek.Wolałaby, żeby jej plany nie zostały pokrzyżowane przez różne niewymowne ciągoty. Riddle miał być klejnotem koronnym zemsty, wisienką na torcie zniszczenia życia Olivii. Wątpiła, czy uda się jej wymyślić drugi tak dobry sposób na pokazanie tej ludzkiej gliździe, gdzie jej miejsce. Sabotaż wyników w nauce, utrudnianie codziennego życia i utrata głównej roli w przedstawieniu profesora Beery’ego to ciosy, które nawet wspólnie z nowo pozyskanym trądzikiem nie zabolałyby Olivii równie mocno, co widok Riddle’a całującego właśnie Martę.Zemsta znaczyła dla niej więcej niż złamanie szkolnego regulaminu, więc przetrząsnęła podręcznik, niestety nie znalazła w nim przepisu na żaden rodzaj eliksiru miłosnego, dlatego też sobotni wieczór zakończyła nie kontynuacją czytania „Dumy i uprzedzenia”, a udaniem się do biblioteki, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Pani Keen, bibliotekarka o szpiczastym nosie upodabniającym ją do kościelnej myszy, prowadziła przyciszoną dyskusję z profesorem Dumbledore’em, dzięki czemu Marta wślizgnęła się do Działu Ksiąg Zakazanych. Wbrew ogólnemu przekonaniu, wcale nie zawierał wyłącznie czarnomagicznych ksiąg, ale też te, które dyrekcja uznała za nieodpowiednie dla oczu uczniów. Marta dałaby sobie rękę uciąć, że na zwykłym regale nie znalazłaby niczego potrzebnego. Gdyby dzieciaki miały na wyciągnięcie ręki przepisy na eliksiry miłosne, wybuchnięcie skandalu byłoby kwestią czasu.Nie zamierzała doprowadzić do skandalu. Planowała zainscenizowanie scenki przeznaczonej wyłącznie dla oczu Olivii, a jeśli po wszystkim będzie musiała uchronić się przed konsekwencjami wyczyszczeniem Riddle’owi pamięci, zrobi to. Miała już doświadczenie, a pozbycie się wspomnienia krótkiego pocałunku z głowy odurzonego Amortencją chłopaka nie powinno stanowić najmniejszego problemu.Minęła kilka regałów przeznaczonych zdelegalizowanemu krzyżowaniu magicznych stworzeń i odnalazła dział poświęcony eliksirom. Dział Ksiąg Zakazanych był obłożony zaklęciami uniemożliwiającymi przywoływanie magią pożądanych tytułów, dlatego odnalezienie odpowiedniego zajęło jej prawie kwadrans. W tym czasie wyobraźnia podpowiadała jej sceny bycia przyłapaną na gorącym uczynku, a dudniące serce przeszkadzało w nasłuchiwaniu kroków bibliotekarki. Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej uzmysławiała sobie, że właśnie pierwszy raz złamała punkt szkolnego regulaminu.Przekartkowała „Najsilniejsze eliksiry” i uśmiechnęła się na widok przepisu na Amortencję. Nie chciała ryzykować wyniesieniem księgi z biblioteki (nie wiedziała, czy nie strzegły ich jeszcze jakieś zaklęcia), więc przeszła w dalszą sekcję działów, gdzie znajdowały się stoliki, i wryło ją w podłogę.Przy jednym z nich siedział nie kto inny, a otoczony otwartymi księgami Riddle. Postawił kropkę i zamarł w trakcie sięgania piórem do kałamarza, spotykając się z nią spojrzeniem. Przez moment patrzył na nią z wyczekiwaniem, jakby spodziewał się, że pobiegnie donieść na niego pani Keen, ale ostatecznie wrócił do pracy.Marta walczyła z trzema odruchami równocześnie: chciała oświadczyć, że nie powinno go tu być, czmychnąć z miejsca zbrodni i ulec mięknącym kolanom. Arogancki dupek czy nie, patrzenie w oczy Riddle’a wciągało jak w żadne inne, więc ostatecznie przegrała z dwoma, jeden po drugim. Gwałtownie opadła na krzesło, a gdy zdenerwowała się na siebie samą, rzuciła gniewnym półszeptem:— Prefekt naczelny łamiący regulamin. Ciekawe.Milczał, jakby jego uszu nie dotarło nic poza szelestem przewracanych stron, lecz wreszcie powiedział niezobowiązująco:— Mam pozwolenie od pani Keen.Marta miała ochotę prychnąć, ale to z pewnością sprowokowałoby go do wygłaszania kolejnych kłamstw. Gdy wraz z postawieniem nogi w Hogwarcie dzieci zaczęły ją prześladować, biblioteka stała się jedynym miejscem, w którym odnajdywała spokój ducha. Spędzała tu tak wiele czasu, że poznała wszystkie zwyczaje i dziwactwa bibliotekarki. Nieważne, w jaki sposób profesorowie uformowali zgody, panna Keen sama wynosiła księgi z Zakazanego Działu, sadzała wypożyczającego je ucznia przy stole naprzeciwko jej stanowiska pracy i nie spuszczała go z oczu do czasu, aż księga bezpiecznie wróciła w jej ręce.Marta przełknęła gorzką świadomość, że nawet gdyby przyłapano ich na gorącym uczynku, tylko ona zostałaby ukarana. Ulubieniec profesorów dostałby milusią ustną reprymendę, a jej wlepionoby szlaban.Mimo niechęci, podczas przepisywania na kawałek pergaminu kroków warzenia Amortencji dosięgły ją wyrzuty sumienia. W żadnym stopniu nie dotyczyły Olivii (w końcu zasługiwała na wszystko, co ją spotka), wyłącznie Riddle’a. Nieważne, jak wiele razy przypomniała sobie o staniu w jego cieniu, nie potrafiła odgonić od siebie myśli, że gdyby ktoś napoił ją Amortencją i nakłonił do pocałunku, poczułaby się wykorzystana. Jakkolwiek irytujący był ten dupowłaz Riddle, nie zasługiwał na odebranie mu wolnej woli…Zamierzała zamknąć księgę, lecz w spisie treści zauważyła jeszcze eliksir wielosokowy. Odnalazła odpowiednią stronę i prześlizgnęła się wzrokiem po składnikach. Nie wszystkie z nich posiadała, na szczęście mogła to zmienić jedna sowa wysłana do apteki na ulicy Pokątnej.Odwróciła pergamin na drugą stronę, zatytułowała go „plan B” i zabrała się za przepisywanie. Potrzebowała alternatywy w razie gdyby zjadły ją wyrzuty sumienia albo naszprycowanie Riddle’a okazało się trudniejsze, niż zakładała. Wcielanie się w kogoś bez jego zgody też uważała za co najmniej skomplikowane moralnie, lecz wolała skupić się na rezultatach. Oczami wyobraźni widziała, jak pod postacią Riddle’a zwodzi Olivię na manowce. Jak robi jej nadzieję tylko po to, żeby ją zdeptać.Może powinna rozważyć obie opcje? Najpierw złamać Olivii serce, a potem pocałować go na jej oczach…— Jest na to zaklęcie.Marta poderwała głowę znad podręcznika i rozejrzała się w poszukiwaniu Riddle’a. Podskoczyła na krześle, gdy spostrzegła, że nie tylko stał bezpośrednio za nią, ale i miał idealny widok na przepis eliksiru wielosokowego. W garści trzymał trzy pozycje, jedną z nich zatytułowaną: „Najczarniejsze zakamarki magii” (no proszę, pomyślała zgryźliwie).— Co takiego? — spytała, powstrzymując się przed zamknięciem księgi. Jeśli było za późno, niczego by tym nie zmieniła, a jeśli nie zwrócił uwagi na to, czym się zajmowała, zwróciłaby ją teraz. Miała tak ogromne szczęście, że nie wstał kilka minut wcześniej.— Zaklęcie kopiujące treść.— Ach, cóż. No tak. Już skończyłam.Riddle wzruszył ramionami i odszedł bez słowa. W czasie gdy krzątał się między regałami, z pewnością odnosząc księgi na odpowiednie miejsce, Marta naprawdę dokończyła przepisywanie i wcisnęła pióro wraz z pergaminem do torby. Brama Zakazanego Działu zaskrzypiała tak upiornie, że uświadomiła jej, że pani Keen zakończyła pracę na dziś. Biblioteka pogrążyła się w ciemności, którą przełamywało tylko kilka zaczarowanych kandelabrów i świec reagujących na ruch.Czym prędzej odłożyła „Najsilniejsze eliksiry” na półkę i czmychnęła do wyjścia. Nie uśmiechało się jej zostanie tu w pojedynkę, zważywszy na to, co od kilku lat przytrafiało się w Hogwarcie. Puryści krwi zatarliby ręce, gdyby wiedzieli, że mugolaczka odważyła się samotnie kręcić po zamku o tej porze.Maszerowała najszybciej, jak potrafiła, idąc śladem Riddle’a, którego sylwetka majaczyła na końcu korytarza. Marta dałaby sobie rękę uciąć, że skręcił do damskiej łazienki, ale uznała to za wytwór wyobraźni, i dała się ponieść zaczarowanej kondygnacji schodów.Po wejściu do dormitorium musiała powstrzymać ciężkie westchnienie na widok Alfreda Longbottoma, Gryfona i chłopaka Donny. Marta uważała go za sympatycznego i inteligentnego, niestety nie do końca przeszło jej lekkie zauroczenie, jakim go darzyła. Zszedł się z Donną wczesnym czerwcem i choć Marta liczyła, że wakacje zweryfikują ich zapał do siebie nawzajem, widocznie dwumiesięczna rozłąka dodatkowo ich zbliżyła. Przyglądanie się ich przytulankom uznawała za niemal równie złe, co stanie w cieniu Riddle’a.— Coś taka posępna, Marto? — rzucił Alfred, ignorując naburmuszoną minę Donny, która dołączyła do niego na łóżku i przytuliła się do jego piersi. Alfred wsunął rękę za głowę, a drugą objął swoją dziewczynę. — Ślizgoni gonili cię po korytarzach?Marta pokręciła głową z lekkim uśmiechem, przypominając sobie swoją błyskawiczną wspinaczkę do wieży Ravenclawu. Zdjęła wilgotną Zmiataczkę ze swojego łóżka i wsparła ją o ścianę.— Deptali mi po piętach. Poważnie nie było lepszego miejsca na rzucenie miotły? W dodatku mokrej?Alfred posłał jej przepraszający uśmiech.— Sorka. Nie pomyślałem.Oczywiście, że nie pomyślał. Na pewno porwał Donnę w ramiona, gdy tylko otworzyła dla niego okno, a w ferworze emocji nie przyszło mu do głowy nic poza obściskiwaniem się. Przez tę całą sprawę z Alfredem wpadały Marcie do głowy nieprzyjemne myśli na temat koleżanki, mimo że wcześniej nie widziała żadnego powodu, aby się z nią porównywać. Gdy widywała ich razem, przyłapywała się na zastanawianiu się, dlaczego wybrał akurat Donnę, dlaczego nie zainteresował się kimś takim jak ona — dziewczyną z wybitnymi stopniami, szczuplejszą, lepiej wychowaną — a potem pluła sobie w brodę.Może po prostu Alfred lubił Donnę, a może nawet kochał tak, jak się powinno. Niezależnie od wyglądu, wagi czy wyników w nauce. Mimo wszystko Marta nie potrafiła przestać się zastanawiać dlaczego. Dlaczego Donna miała chłopaka, a ona nie? Dlaczego przed pojawieniem się Alfreda przy Donnie kręciło się stadko adoratorów, a przy niej nie? Co takiego w sobie miała Donna, czego ona nie miała?Czy odstraszała chłopców rywalizacją w nauce? Czy może Donna wcale nie myliła się, mówiąc, że przez książki pełne wspaniałych romansów Marta miała wygórowane oczekiwania?Nie chciała przyznać racji żadnej z tych rzeczy, a już w szczególności Donnie. W wieku czternastu lat raz posłuchała rady koleżanki i „wrzuciła na luz” w towarzystwie chłopaka z siódmego roku, który w tamtym czasie był równie zdesperowany co ona. Zaciągnął ją do schowka na miotły, wsadził jej rękę pod koszulę i tak mocno wymiętosił ją za pierś, że na pamiątkę po tym błędzie zostały jej siniaki. Wydał z siebie parę dziwnych dźwięków i uciekł, zostawiając Martę sam na sam z niemożliwym do opisania wstydem. Dzięki posłuchaniu rady Donny zyskała jedynie wyrzuty sumienia, nie przeżyła nawet pierwszego pocałunku.Uświadomiła sobie, że mimo pozbycia się trądziku, przyszłość wcale nie malowała się w jaśniejszych barwach. Od czasów epizodu w schowku starała się przekonać, że pierwszy pocałunek to nic takiego, lecz teraz nie dawało jej spokoju to, że planowała go przeżyć z upojonym Amortencją Riddle’em, swoim największym konkurentem. Miał niezaprzeczalne walory wizualne, ale czy naprawdę właśnie tak chciała zapamiętać ten dzień?— Rozmawiałeś już z profesorem Beerym o przedstawieniu? — rzuciła, chcąc odepchnąć od siebie nieprzyjemne myśli. Donna natomiast oderwała się od ust Alfreda z kreskówkowym cmoknięciem. — Wiadomo, co planuje?— Mówił, że decyduje między „Fontanną Szczęśliwego Losu” a „Czarą Marą i gdaczącym pieńkiem”.— Czara Mara jest okropna — powiedziała Marta. Jako mugolaczka kojarzyła tylko tę baśń Barda Beedle’a. — A o czym jest Fontanna?— Fontanna — odezwała się Olivia, która wyłoniła się z łazienki w puszystym szlafroku — jest o trzech czarownicach i mugolu. Asza choruje, Altheda straciła wszystko, a Amata ma złamane serce. W wielkim skrócie, druga ratuje pierwszą eliksirem na bazie ziół i wody z fontanny, a trzecia pozbywa się żalu po porzuceniu przez ukochanego, więc to mugol kąpie się w fontannie. — Odwróciła się do okna, susząc włosy ręcznikiem, ale Marta zdążyła zauważyć na jej ustach cień nieprzyjemnego uśmieszku. — Mugol zakochuje się w Amacie, całuje ją, a ta przyjmuje jego oświadczyny. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie.— Lepsze to niż zeszłoroczne „Włochate serce” — zauważył z nieprzekonaną miną Alfred.— Tak, dlatego namawiałam profesora Beery’ego, żeby wybrał właśnie Fontannę — odparła z lekkością Olivia. — Coś czuję, że mi ulegnie.Marta zamarła w trakcie wyciągania piżamy z kufra, wyczuwszy zmianę atmosfery, i obejrzała się na Donnę. Ściskała dłoń Alfreda i rozmawiała z nim półszeptem, przy okazji wzrokiem ciskając mordercze klątwy wprost w plecy Olivii.Marta chciała uniknąć wzięcia udziału w kłótni kochanków, więc czmychnęła do łazienki i wskoczyła pod prysznic, który nie przegonił zbierających się jej nad sercem ciemnych chmur. Olivia zawsze dostawała główne role w przedstawieniach, a Alfred był jedynym chłopakiem w kółku teatralnym. Donna z kolei oburzała się na samą myśl o pocałunku tych dwojga, nie wiedząc jeszcze, że mogło być gorzej. Jeśli Marcie uda się wyrwać główną rolę ze szponów Olivii, to ona weźmie udział w pocałunku, a Donna wiedziała o jej zauroczeniu Alfredem.Jeśli profesor Beery zdecyduje się na „Fontannę Szczęśliwego Losu”, z eksplozji dormitorium wyjdzie żywo tylko Astra.Gdy opuściła zaparowaną łazienkę, zadowolona z siebie Olivia w łóżku uczyła się na transmutację, natomiast Alfred z Donną zniknęli. Marta otworzyła kufer, porównując jego zawartość z listami składników na oba eliksiry i ustawiła kociołek na parapecie. Myśl o warzeniu Amortencji wciąż wzbudzała w niej wyrzuty sumienia, niemniej pocieszała się myślą, że Riddle nie będzie niczego pamiętać.— Co tam pichcisz? — rozległ się za nią podszyty ciekawością głosik.Marta chciała odpowiedzieć „nie twój interes”, na szczęście w ostatniej chwili ugryzła się w język. Tym komentarzem wzbudzilaby niepotrzebne zainteresowanie Olivii, która — mimo niezliczonych przywar — niestety nie należała do głupich. Prędzej czy później wydedukowałaby, czym parała się Marta, a wtedy pocałunek z Riddle’em byłby spalony.— Nalewkę na sen.Olivia wydała z siebie powątpiewający pomruk. Marta zasłoniła kociołek ciałem, zmniejszyła go i wsunęła do kieszeni jedwabnych spodni od piżamy razem z puszką wyselekcjonowanych składników. Już miała wyjść z dormitorium, gdy w ostatniej chwili zauważyła kawałek pergaminu spoczywający na swojej poduszce. Głosił: „zejdź na dół”.Z ciężkim westchnieniem udała się do pokoju wspólnego, gdzie padła na kanapę obok zaczerwienionej z emocji Donny. Alfred stał pod otwartym oknem ze Zmiataczką pod pachą, a na ten widok Marta domyśliła się, że nakazano mu wracać do siebie.— Co jest?— Jak to co! — rzuciła łamiącym się głosem Donna, a w jej piwnych oczach zalśniły łzy. — Olivia robi to specjalnie, chce się na mnie wyżyć…— Nawet jeśli, przecież to nie będzie prawdziwy pocałunek — odparła uspokajającym tonem Marta, zastanawiając się, czy powiedziałaby to samo, gdyby nie planowała wygryźć Olivii z głównej roli. Z minuty na minutę dochodziła do coraz bardziej ponurych wniosków na swój temat. — To tylko przedstawienie, gra i nic więcej. Jestem pewna, że w scenariuszu będzie co najwyżej cmoknięcie w usta…— W scenariuszu może i tak, ale Olivia na pewno wymusi na nim więcej!— Niczego na mnie nie wymusi — wtrącił Alfred, ale Donna machnęła na niego ręką.— Może profesor Beery wybierze Czarę Marę — dodała Marta, ściskając pulchną dłoń koleżanki, i popatrzyła na Alfreda. — Przekonamy go do tego na następnym zielarstwie, prawda? Powiemy mu, że Czara Mara będzie łatwiejsza w wystawieniu, wymyślimy coś jeszcze, żeby zmienił zdanie…— Tak, to na pewno wypali — dodał Alfred, a gdy nie usłyszał lawiny marudzenia ze strony swojej dziewczyny, posłał Marcie wdzięczny uśmiech. Zastanawiała się, czy wiedział, jak rozgrzewająco na nią działał. — Ogarniemy to tak, że Olivia dostanie rolę tego gdaczącego pieńka. Zobaczysz.Donna prychnęła, ale w jej zaczerwienionych oczach błysnęła iskra rozbawienia.— No dobrze — powiedziała, pociągając nosem. — Chyba nie ma co martwić się na zapas…— Dokładnie — przytaknął Alfred, oderwając plecy od ściany, i pocałował ją w policzek. — Wracam do siebie. Dobrej nocy.— Poczekaj! — zawołała Marta, podniosząc się z kanapy. — Podasz mi hasło do łazienki prefektów?— Cynamonowe dynie — odparł niemal pytającym tonem. Gdy Marta mu podziękowała i skierowała się do wyjścia, opuścił nogę, którą dopiero co podniósł w celu wdrapania się na parapet. — Dlaczego pytasz?— Muszę coś uwarzyć, a coś czuję, że Hornby przy pierwszej okazji napluje mi do kociołka.— Nie lepiej w ciągu dnia? Jeszcze trafisz na tę bandę czystokrwistych.Wzruszyła ramionami, wyczuwając rosnące niezadowolenie Donny, która szybko wodziła między nimi oczami.— Zależy mi na czasie.— No to cię odprowadzę, łazienka i tak jest po drodze do wieży Gryffindoru. Zresztą nie lubię latać w deszczu.Marta nie zdążyła otworzyć ust do odrzucenia jego propozycji, a Donna złapała go za rękę i przyciągnęła do siebie. Z nachmurzoną miną powiedziała mu coś na ucho, a Alfred w odpowiedzi wzniósł oczy do nieba i obcałował ją po całej twarzy, czym doprowadził ją do frywolnego chichotu. Mimo wszystko Donna złapała go za brodę i złożyła na jego ustach długi pocałunek, przy okazji spotykając się z Martą wzrokiem, który zdawał się mówić „łapy przy sobie”.Marcie udało się utrzymać obojętną minę, choć znów odezwały się w niej kąśliwe myśli. Nie potrzebowała ostrzeżeń Donny. W życiu nie spróbowałaby flirtowania z zajętym chłopakiem, nie wspominając, że nie podejrzewała Alfreda o skłonności do zdrady. Znajdował się z Donną we wczesnej fazie związku, oboje patrzyli na świat przez różowe okulary zauroczenia, więc pewnie nawet nie myślał w ten sposób o innych dziewczynach, a już w szczególności o Marcie.Czułe pożegnanie uspokoiło Donnę na tyle, aby puścić go wolno, choć nie byłaby sobą, gdyby w drodze do wyjścia nie omieszkała wypalić wzrokiem dziur w swojej „konkurentce”.Alfred i Marta czmychnęli za plecami niczego nieświadomej Astry — zawsze gotowej do odjęcia punktów za samą próbę szwendania się nocą po zamku — i wyszli na korytarz. Grupa pierwszoroczniaków podniosła się z kąta, żeby wejść do pokoju wspólnego, a ich zryw obudził śpiącego między poduszkami Philipiusa Bagshota.— Przytrzymajcie drzwi — wymamrotał, wyplątując się z koca. Alfred spenił jego prośbę. — Ta przeklęta kołatka doprowadzi mnie do szewskiej pasji.— Dzieciaków byłoby mi szkoda, ale nie pogniewałbym się, gdyby ten nadęty frajer tu przenocował — stwierdził Alfred, gdy zeszli po trzeszczących, drewnianych schodach. Westchnął na widok tego, jak długi korytarz się przed nimi rozciągał. — Na miotle byłoby szybciej.— Pewnie tak — odparła Marta, patrząc na Zmiataczkę, którą wspierał na ramieniu. Poświęciła chwilę na podziwianie, jak rozrósł się w barkach od gry w quidditcha, i odwróciła wzrok. — Lepiej będzie, jeśli się przejdziemy.— Hm, pewnie masz rację — odparł, domyślając się, że chodziło jej o Donnę. Przeczesał ciemnoblond włosy palcami i skinął na przywrócony do normalnych rozmiarów kociołek, dzierżony przez Martę w garści. — Co będziesz warzyć?— Nie mogę ci powiedzieć.— Dlaczego?— Powiesz Donnie. Ona rozpowie to dalej.— Nie powiem.Marta uniosła powątpiewająco brew, a Alfred wyszczerzył zęby. Nie wyróżniał się wyglądem spośród morza chłopaków w Hogwarcie, jednak jego powalający uśmiech potrafił ogrzać cały zamek. Ten widok sprawił, że Marta pożałowała pozwolenia mu odprowadzenia się do łazienki prefektów. Nie potrafiła przestać wyobrażać sobie siebie na miejscu obsypywanej pocałunkami Donny, siebie otwierającej Alfredowi okno dormitorium, aby mógł ją odwiedzić. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak niewiele brakowało, aby zmieniła zdanie co do przelecenia się na miotle.Może gdyby w zeszłym roku zmusiła się do bezpośredniości, Alfred hojnie obdarzałby czułością właśnie ją, a nie Donnę.— Nie jest ci zimno? — spytał, gdy znaleźli się na piątym piętrze i została im ostatnia prosta do łazienki prefektów. — Mógłbym pożyczyć ci swoją bluzę.— Nie trzeba — odparła, chociaż chętnie przyjęłaby propozycję. Miała na sobie należące do Donny spodnie w barwach Ravenclawu i koszulę piżamową, która na całe szczęście była na tyle luźna, aby ukryć fakt braku stanika. — Już prawie jesteśmy na miejscu, ogrzeję się przy kociołku.— A jak wrócisz?— Zakładam, że w jednym kawałku. Naprawdę myślisz, że tak szybko zaczną szczuć mugolaków?Wsparł się ramieniem o ścianę tuż obok drzwi do łazienki.— Już zaczęli — powiedział. — Wczoraj za sowiarnią znalazłem trzecioroczniaka z Hufflepuffu obrzuconego tyloma zaklęciami, że biedak nie potrafił bez jąkania powiedzieć, jak się nazywa. Dzisiaj dobrali się do dziewczyny z naszego domu.— Której?— Prosiła, żeby tego nie rozpowiadać.— No to w takim razie co jej zrobili?Alfred zaczął skubać zębami suche skórki na wargach, bijąc się z myślami. Marta nie chciała naciskać w takiej sprawie, więc podała drzwiom hasło, a te stanęły przed nimi otworem. W innej sytuacji cieszyłaby oczy widokiem wpuszczonego w podłogę basenu otoczonego przez dziesiątki złotych, wyłożonych klejnotami kurków i lśniącym żyrandolem, ale teraz nie poświęciła im nawet chwili uwagi.— Powiedzmy, że spędzili z nią więcej czasu niż z chłopakiem — odpowiedział Alfred, podczas gdy Marta rozkładała rzeczy w kącie. — Powinnaś na siebie uważać, ty i Donna. Nie włóczcie się po zamku same, między lekcjami nie odłączajcie się od grupy, choćbyście musiały znosić gadkę Olivii.— Nie spędzę ostatniego roku w Hogwarcie na chowaniu się w pokoju wspólnym — odparła gorzko, siadając na ziemi. — Nie przez bandę pomyleńców.— Wolisz ryzykować?— Nie wiem, czy tak naprawdę ryzykuję — odburknęła, wzruszając ramionami. Wypełniła kociołek bazową miksturą i rozprostowała pergamin z przepisem na kafelkach. — Trwa to już tyle czasu, a jeszcze nikt się do mnie nie doczepił. Nawet Donnie dostało się na samym początku, pamiętasz? Wtedy, kiedy jeszcze się zadowalali Petrificusem Totalusem . Zaczynam odnosić wrażenie, że nawet dla nich jestem niewidzialna.— Nie jesteś niewidzialna.— Nadal wolę prowadzić normalne życie niż kitrać się po kątach — powiedziała, jakby Alfred nie zabrał głosu. — Nie zamierzam narażać swoich ocen tylko dlatego, że zgraja Ślizgonów lubi rzucać klątwami w żywe cele.— Ocen — prychnął. — Nie udawaj, że nie wiesz, co sugerowałem. Ta dziewczyna wolałaby tylko oberwać z klątw. — Narzucił bluzę na ramiona Marty, dostrzegłszy, jak zadrżała mimo ogrzewania dłoni przy ogniu palącym się pod kociołkiem. — Szatę miała całą wymiętą, u koszuli brakowało paru guzików. Nie wiem, co dokładnie jej zrobili, ale…— Przecież oni uważają mugolaczki za gorsze — wtrąciła, zmieszana tym, że jej głos na moment zabrzmiał piskliwie. — Słyszałam, co Mulciber opowiadał o takich jak my. Między innymi, że nie nadajemy się do niczego, nawet do tego. Że skrzaty mają wyższą wartość, a my możemy co najwyżej robić za podnóżki.— Najwyraźniej nie wszyscy podzielają jego poglądy.— Nawet jeśli…Mimo niepokoju, z chirurgiczną precyzją odmierzyła ilość sproszkowanej perły, którą wrzuciła do buchającego parą kociołka, i pomyślała, że jej czternastoletnia wersja nie potrafiłaby zachować tak stalowych nerwów.— Nie wiem, co ci mam powiedzieć. Jeśli tylko zechcą i tak mnie napadną.Alfred roztarł skronie.— Na brodę Merlina, myślałem, że z waszej dwójki tobie na pewno przemówię do rozumu. Donna twierdzi, że nic jej nie grozi i gania po zamku, ile jej się podoba — powiedział, powoli kręcąc głową z niedowierzaniem. — Ale ty?— Łatwo ci mówić.— Umawiam się z mugolaczką. Zdrajca krwi znaczy dla nich tyle samo.Marta powstrzymała się od prychnięcia.— A mimo to zamiast bezpiecznie wrócić do wieży Gryffindoru na miotle, włóczysz się ze mną po godzinie nocnej.— Przecież nie mogłem puścić cię samej.— Doszliśmy tu bez szwanku. Nawet nikogo nie spotkaliśmy — zauważyła sucho. Dobrze zgrywała obojętność, mimo że podobała się jej ta troska. Gdyby Alfred nie był zajęty, ta rozmowa wyglądałaby diametralnie inaczej. — Potrafię o siebie zadbać, więc skoncentruj się na przemówieniu do rozsądku Donnie.— Liczyłem, że mi w tym pomożesz — powiedział z rozczarowanym westchnieniem, a Marta przełknęła zalegającą w ustach gorycz. Donna powinna o niego dbać, a nie przy byle okazji urządzać mu sceny zazdrości. — Jesteś pewna swojej samowystarczalności?— Tak — odparła, chociaż wiedziała, że zostawi ją samą. — Jestem.Po jego pożegnaniu łazienka stała się jakby chłodniejsza o kilka stopni. Marta wsunęła ręce w rękawy bluzy, a następnie skoncentrowała się na pozbieraniu myśli. Trudno było jej zachować skupienie na warzeniu eliksiru, podczas gdy o głowę obijały się jej dziesiątki scen konfrontacji ze ekstremistami ideologii czystej krwi.Być może Riddle też się w nią wkupował. Wyśmienicie odnajdował się w Slytherinie, a choć Marta nigdy nie słyszała, żeby afiszował się swoimi poglądami w tej sprawie, tak naprawdę gdyby wyłamywał się z tłumu, nie zyskałby aż takiego szacunku wśrod pobratymców. Strategia ta była genialna w swojej prostocie: z jednej strony nie zrażał do siebie profesorów, którzy nie mogli otwarcie przyklaskiwać ideologii wykluczającej lwią część uczniów, z drugiej gromadził wokół siebie wianuszek wpływowych przyjaciół. Inną sprawą było to, w co Riddle naprawdę wierzył.Jeśli wyznawał ideologię czystości krwi, według Marty cierpiał na poważne upośledzenie intelektualne. Nawet dążący do potęgi Gellert Grindelwald wiedział, że magiczne społeczeństwo nie miało szans przetrwać, opierając się wyłącznie o czarodziejów czystej krwi. Gdyby nie mugolacy, Hogwart wyludniłby się o połowę, a gdyby odjąć jeszcze uczniów półkrwi, po zamku snułoby się więcej duchów niż młodych ludzi.Mimo wszystko Marta skłaniała się ku myśli, że nawet jeśli Riddle był tak bystry, za jakiego uchodził, dopasowywał się do otoczenia. Same wyniki w nauce nie wystarczały do zyskania poszanowania wśród czystokrwistych, więc musiał zrobić coś, czym zaskarbił sobie ich przychylność. Być może nawet przykładał rękę do losu, jaki spotykał w szkole mugolaków.A skoro przykładał do tego rękę, zasługiwał na przemycenie mu kilku kropel Amortencji do soku dyniowego.Wykonała ostatnie kroki według przepisu i postawiła kociołek na desce sedesowej w ostatniej kabinie. Zaryglowała drzwi tak skomplikowaną kombinacją zaklęć, że jedynym sposobem na dostanie się do środka było wysadzenie ich w powietrze, a następnie wyczarowała tabliczkę z napisem: „UWAGA! ZAGROŻENIE PADNIĘCIA OFIARĄ OLBRZYMIEJ KAŁAMARNICY”. Mało który czarodziej rozumiał działanie instalacji wodociągowej, więc wizja macki wystrzeliwującej z muszli klozetowej powinna odstraszyć nieproszonych gości.Przystanęła przed drzwiami i zapięła bluzę pod samą szyję, zastanawiając się, w jaki sposób oddać ją Alfredowi bez zaalarmowania Donny. Przed naciśnięciem na klamkę powstrzymał ją dobiegający z korytarza stłumiony dźwięk. Nie potrafiła go nazwać; przywodził na myśl sunięcie pancerza po kamiennej posadzce, zbliżał się szumiście, a gdy ustał, ciałem Marty wstrząsnął dreszcz.Nie były to kroki, a jednak pierwsza myśl, jaka przyszła jej do głowy, dotyczyła szajki Ślizgonów. Wyjęła różdżkę z kieszeni spodni i ustawiła się w kącie, przygotowana na chwilę, w której z ust oprawców padnie hasło do łazienki, lecz chwila ta nie nadeszła.Nie opuszczało jej poczucie nieprawidłowości, więc Marta kucnęła przy drzwiach i z szybciej bijącym sercem wyjrzała przez dziurkę od klucza.Zamiast ludzkich ciał czy obwieszonej portretami ściany zobaczyła coś tak wielkiego, że przesłoniło jej cały widok. Zgodnie ze skojarzeniami był to pewien rodzaj pancerza składającego się z brudnozielonych łusek, nawet jeśli nie pasował kolorem ani rozmiarami do zbroi strzegących zamek.Cokolwiek czekało za drzwiami, Marta nie zamierzała wyjść temu na powitanie. Na klęczkach wycofała sie z powrotem do kąta i nie wypuszczała różdżki z uścisku, mimo że z każdą sekundą coraz bardziej drętwiały jej palce. Dudnienie serca i szum krwi w uszach niweczyły próby nasłuchiwania, a ściskający za gardło strach nie pozwolił jej nawet mrugnąć. Myśl o spuszczeniu wzroku z drzwi ją przerażała.Minął kwadrans, pół godziny, wreszcie godzina, a Marta nie odważyła się ruszyć z kąta. Zamiast tego wciągnęła kaptur na głowę i ułożyła się na boku, przekonana, że wyjście z łazienki będzie bezpieczne dopiero o świcie.

----- CHAPTER BREAK -----

Marta ocknęła się tak gwałtownie, że wciąż znajdowała się na granicy snu i jawy, gdy zerwała się na równe nogi, celując różdżką z kąta w kąt. Potrzebowała porządnego momentu na pojęcie, gdzie się znajdowała i dlaczego została na noc w łazience prefektów, lecz odzyskała zmysły w momencie, gdy obawa o Alfreda trzasnęła ją jak grom z jasnego nieba. Podczas gdy ona wylegiwała się na chłodnych kafelkach w jego bluzie, zziębnięta, ale najwyraźniej całkowcie bezpieczna, on pokonał samotnie pół zamku, żeby wrócić do wieży Gryffindoru! Nawet nie wpadła na to, żeby spróbować go jakoś ostrzec, zrobić coś, cokolwiek!Pochyliła się nad umywalką i chlusnęła sobie w twarz lodowatą wodą, co pomogło się jej trochę uspokoić. Przypomniwszy sobie o Amortencji, zamieszała określoną w przepisie ilość razy i dorzuciła do niej posiekane pijawki. Przez ściskający ją za gardło niepokój nie potrafiła czerpać satysfakcji z faktu, że wstępna barwa i zapach eliksiru prezentowały się dokładnie tak, jak głosiły wskazówki w „Najsilniejszych eliksirach”.Gdy wreszcie odważyła się wyjrzeć przez przez dziurkę od klucza, tym razem zobaczyła zacieniony zarys portretu drzemiącego czarodzieja. Świergot ptaków w akompaniamencie z rozpraszającą się za oknem ciemnością podpowiedziały jej, że obudziła się tuż przed świtem.Przełknęła ślinę, wzmacniając uścisk na różdżce, i otworzyła drzwi. Nie zmarnowała ani chwili. Puściła się sprintem prosto w serce zamku, skąd wskoczyła na nadlatującą kondygnację schodów, która natychmiast zmieniła kierunek, niosąc ją do wieży Ravenclawu.— Dlaczego masz na sobie bluzę Alfreda?! — wykrzyknęła półprzytomna Donna, gdy Marta trzasnęła drzwiami dormitorium.— Boże! Musiałam spać w tej przeklętej łazience, bo coś czekało na korytarzu!— Jakiej znowu łazience? — wtrąciła Astra, ściągając jedwabny czepek z głowy. Blond pukle posypały się na jej ramiona.— SPAŁAŚ TAM Z ALFREDEM?!— Co? Chryste, nie! — Marta zerwała z siebie bluzę i rzuciła ją wprost na opatulone kołdrą nogi Donny, która czerwieniała z zazdrości. — Alfred wrócił do siebie, ale mówię wam, widziałam coś wielkiego przez dziurkę od klucza! Wyczułam, że coś było nie tak, nie wiem, co to było, ale Alfred wyszedł niedługo wcześniej! Co jeśli…?Dotychczas podejrzliwie zmrużone oczy Donny rozszerzyły się, a ona sama wyskoczyła z łóżka niczym wystrzelona z procy. Porwała szlafrok z łazienki i narzuciła go na ramiona, zamierzajac wybiec do pokoju wspólnego boso.— Przecież nie możesz iść sama! — obruszyła się Marta, ciałem uniemożliwiając koleżance otworzenie drzwi. — We dwie też nie możemy sobie tam tak po prostu pójść. To coś było ogromne, Donna. Poza tym dalej może grasować po korytarzach!— To co mam zrobić? Wysłać mu sowę?— Zróbcie to, co zawsze robi Alfred, żeby umilić nam wieczór w dormitorium — odparła kąśliwie Astra, wsuwając puszyste kapcie na stopy. — Polećcie.— Och, przecież nie potrafię latać! — żachnęła się Donna, ciągnąc za klamkę. — Posuń się!— Polecimy razem — zarządziła Marta, zapierając się nogami, i złapała ją za rękę. — Accio szkolna Zmiataczka!Astra z zaciekawieniem uniosła brew, patrząc na okno, a Donna doskoczyła do niego w jednym susie, żeby je otworzyć. Marta wdrapała się na parapet jako pierwsza, a gdy miotła zaczęła majaczyć na horyzoncie rozświetlanym przebłyskami wschodu, wyciągnęła rękę i czekała.— Cóż za popis intelektu, Warren — skomentowała wtulona w poduszkę Olivia na widok tego, jak Marta zachwiała się po złapaniu miotły. — Przynajmniej na miejscu byłby prefekt, żeby zgłosić twoją śmierć opiekunowi domu.— Och, chociaż raz siedź cicho — odwarknęła, bez przekonania dosiadając Zmiataczki. Sama nie należała do najlepszych w sztuce latania, lecz nadal biła na głowę Donnę, która nie potrafiła utrzymać się w powietrzu dłużej niż pięć sekund. — Na co czekasz? Wsiadaj!Pobladła Donna potrzebowała kilku głębokich wdechów, zanim udało się jej zmusić do wdrapania się na parapet. Podczas zajmowania miejsca za Martą złapała jej pomocną dłoń z taką siłą, jakby zamierzała połamać jej wszystkie kości. Wierciły się na mało wygodnym drążku jeszcze chwilę, aby odnaleźć odpowiedni środek ciężkości, i wystrzeliły w kierunku wieży Gryffindoru majaczącej pomiędzy kłębami porannej mgły.— Gdzie jest jego dormitorium? — spytała, starając się przekrzyczeć wiatr. Ponowiła próbę, gdy nie otrzymała żadnej odpowiedzi.— Skąd mam wiedzieć?— Nigdy cię tam nie zaprosił?— Oczywiście, że zapraszał — oburzyła się Donna, której uścisk stał się jeszcze bardziej niekomfortowy. Zakleszczyła ręce wokół talii Marty tak, jakby starała się ją ukarać za wczorajszą przechadzkę z Alfredem. — Po prostu nie chciało mi się tam iść. No co? To na drugim końcu zamku.Marta przełknęła cisnący się jej na usta komentarz, oblatując pierwszą z dwóch wieżyczek. Zaglądały przez okna do pogrążonych w ciemnościach dormitoriów, nie potrafiąc ustalić, kto zajmował łóżka. Dopiero na samym szczycie dostrzegły błysk światła, gdzie zastały widok powoli budzących się dziewczyn.Przecięły odległość dzielącą je od drugiej wieżyczki, a choć Marcie odpowiadało samodzielne kontynuowanie poszukiwań, szczękająca zębami Donna miała dość. Zadudniła z pięści w pierwsze napotkane okno, wykrzykując „WSTAWAĆ, NATYCHMIAST!”, a wkrótce to stanęło otworem.— Co jest? — wymamrotał rudowłosy Gryfon, przecierając zaspaną twarz. — Czego walicie po oknach?— Gdzie jest dormitorium Alfreda? — spytała Donna.— Alfreda? — Sen opuścił go w pełni, gdy zrozumiał, na co patrzył. Miał przed sobą dwie dziewczyny na miotle, jedną w ciasnym kokonie z białego szlafroka, drugą trzęsącą się z zimna w cienkiej piżamie. — Jakiego znowu Alfreda?— Och, doskonale wiesz, jakiego Alfreda — odparła sucho Marta. Miała ochotę skrzyżować ręce na piersi, ale bała się puścić drążek, więc przeniosła jedną z nich na swój biust, żeby ukryć wstydliwy wpływ porannego mrozu. — Longbottom, prefekt naczelny.— Ach, on — odmruknął Gryfon, przegrywając walkę z cwaniackim uśmieszkiem na widok jej zakłopotania. — Mogę was do niego zaprowadzić…Marta odleciała w bok, gdy tylko Donna zaczęła wiercić się na drążku, a pulchna noga zamachnęła się w kierunku kamiennego parapetu.— Mów albo nie marnuj naszego czasu — zażądziła Marta, ignorując marudzenie koleżanki. Nawet przez moment nie wierzyła, że zamierzał grzecznie wskazać im drogę do odpowiedniego dormitorium, przynajmniej nie bez wcześniejszego spróbowania swojego szczęścia z nimi obiema. Dodatkowo gorszący był fakt, że Donna na pewno dałaby się złapać na flirt.— Dwa wyżej — odparł z grymasem, a następnie zatrzasnął okno tak zamaszyście, że cała wieżyczka zahałasowała od wstrząsanych szyb.— Co za wredny szczyl.— Całkiem przystojny szczyl — zauważyła żartobliwie Donna.— Jest od nas młodszy ze dwa lata!— Och, nie bądź nudna.Poleciały dwa piętra wyżej, a chwilę później Donna dobijała się do kolejnego okna, wywrzaskując imię Alfreda. Gdy wpuścił je do środka, był tak oniemiały, że mało co zawalił się pod ciężarem ukochanej, która uwiesiła mu się na szyi z dzikim piskiem. Ani myślała wypuścić go z uścisku, czym pokrzyżowała mu plany pomocy Marcie podczas zejścia z wysokiego parapetu.— Wszystko z tobą w porządku! — wykrzyknęła Donna, nie robiąc sobie nic z chłopaków śpiących w reszcie łóżek. Większość z nich przesłoniła się kotarami, jakby te mogły uratować ich od bolesnych decybeli. — Tak się cieszę!— A co miałoby być ze mną nie tak? — spytał wciąż skołowany Alfred. Wargi Marty zadrżały na widok jego włosów sterczących we wszystkie strony niczym po trafieniu piorunem, zanim ciepło wgryzło się w jej policzki. Boże przenajświętszy, on miał na sobie tylko spodnie od piżamy! — Może ty mi to wytłumaczysz? — zwrócił się do niej.— Eee, no, hmm, tak tak, zamierzam — wymamrotała, przestępując z nogi na nogę. — Tak, ale nie tutaj.Czym prędzej zbiegła spiralnymi schodkami do pokoju wspólnego Gryfonów, gdzie zaklęciem wznieciła ogień w kominku. Zdążyła porządnie ogrzać sztywne od zimna dłonie, zanim para do niej dołączyła. W pełni ubrany Alfred zdawał się zakłopotany, choć nadal w głównej mierze ciekawy, dlaczego złożono mu tak nietypową wizytę.— Więc? — rzucił, opadając na kanapę. Gotowa na czułości Donna przylgnęła do jego boku, ale nie zrobił nic poza objęciem jej ramieniem.— Nie widziałeś niczego, kiedy wczoraj wracałeś do dormitorium? — spytała Marta, siadając pod kominkiem; ciepło promieniujące z płomieni parzyło ją przez materiał koszuli. Gdy Alfred zaprzeczył, streściła mu wczorajszy incydent, który został przez niego skwitowany miną wyrażającą jeszcze większe skonfundowanie.— A co skłoniło cię do popatrzenia przez dziurkę?— Dziwny dźwięk, takie jakby sunięcie, szuranie, bardzo głośne… Ustało dokładnie przed drzwiami. Bałam się je otworzyć, bo myślałam, że to Ślizgoni.— I co stało się potem?Marta wbiła zęby w dolną wargę.— Nic. Czekałam w kącie, z wyciągniętą różdżką, ale nikt nie próbował wejść do środka. Cokolwiek, ktokolwiek to był, chyba nie znał hasła. Obudziłam się rano i pobiegłam z powrotem do siebie, ale potem przypomniało mi się, że przecież wracałeś sam do dormitorium…Alfred poświęcił porządny moment na zebranie myśli, o czym świadczyła pionowa zmarszczka formująca się między jego brwiami.— Na pewno nie zauważyłem wczoraj niczego dziwnego — powiedział i zanim wstał, cmoknął Donnę w czoło. — Powinniśmy o tym komuś powiedzieć, przecież to mogła być jakaś zasadzka, coś związanego ze Ślizgonami. Idziemy do Dumbledore’a, a ty — zwrócił się do Donny — ogrzej się trochę. Cała się trzęsiesz.Marta powstrzymała się przed wywróceniem oczami, gdy tylko zrozumiała przesłanie wyzierające ze spojrzenia Donny. Stanowiło nie więcej i nie mniej niż irytującą przechwałkę oraz pokazanie Marcie, kto jest najważniejszy w życiu Alfreda, tak jakby wciąż rywalizowały o jego względy. Nie mogła się bardziej mylić.Żeby uniknąć kolejnych niezręcznych sytuacji, Marta przyzwała kupkę ubrań z dormitorium, przebrała się w łazience i dołączyła do Alfreda pod portretem ostentacyjnie ziewającej Grubej Damy. Szli w milczeniu, przez co padła ofiarą ponurych myśli, czy aby przypadkiem właśnie tak będzie wyglądać teraz ich przyjaźń: wiecznie w cieniu Donny, która nie odpuści ani jednej okazji do wypominania, kto jest dziewczyną Alfreda.Nie otrzymali żadnego odzewu po zapukaniu do drzwi gabinetu profesora Dumbledore’a, więc udali się do Wielkiej Sali, sądząc, że udał się już na śniadanie. Zboczyli z kursu na pierwszym piętrze, zauważając zgromadzenie profesorów pod wpół otwartymi wrotami skrzydła szpitalnego. Dyskutowali między sobą tak zawzięcie, że dopiero po chwili dostrzegł ich profesor Beery, niski mężczyzna z kulfoniastym nosem, noszący ekstrawaganckie, wielobarwne szaty.— Skrzydło szpitalne nie jest aktualnie dostępne dla uczniów — powiedział, machnięciem ręki pośpieszając ich do odejścia.— Szukamy profesora Dumbledore’a — odparł niezrażony Alfred. — Marta widziała w nocy coś dziwnego na korytarzu.Profesor Beery uniósł podejrzliwie brew, gotów na odebranie punktów nawet członkom kółka teatralnego.— W nocy? Co robiłaś po godzinie nocnej poza dormitorium, panno Warren?— Ja…— Och, nie czas na przesłuchania, Herbercie — wtrącił profesor Slughorn, podchodząc bliżej. — Co takiego widziałaś?Marta raz jeszcze streściła całą opowieść, tym razem starając się zawrzeć w niej jak najwięcej szczegółów. Profesor Slughorn w zamyśleniu kręcił między palcami końcówkę wąsa, przesuwając spojrzeniem między resztą ciała pedagogicznego.— Jesteś pewna, że nie wiesz, co to było? — spytał z zaniepokojeniem, patrząc przez wpół otwarte wrota wgłąb skrzydła szpitalnego, skąd docierał nerwowy głos pielęgniarki. — Czy słyszałaś coś poza szuraniem?— Nie, sir — zaprzeczyła Marta ze skruszoną miną. — Dlaczego pan pyta? Czy coś się stało?— Tak, cóż… Jestem pewien, że wieści o tym wydarzeniu obiegną zamek jeszcze przed śniadaniem — westchnął z roztargnieniem, a gdy żaden z nauczycieli nie zaprotestował, wyjaśnił: — Bezgłowy Nick znalazł nad ranem spetryfikowaną uczennicę. Cokolwiek zostawiło ją w tym stanie, zdaje się, że miałaś ogromne szczęście, panno Warren.Profesor Slughorn pożegnał się z nimi zdawkowo, zanim wraz z resztą nauczycieli wszedł do skrzydła szpitalnego. Zamykające się wrota poniosły echo grzmotu wzdłuż korytarza.— Ten eliksir, co warzyłaś w łazience prefektów — odezwał się nieobecny duchem Alfred — mam nadzieję, że jest już skończony?— Tak — skłamała, żywiąc nadzieję, że nie zauważył braku przekonania w jej głosie. Natychmiast odezwały się w niej wyrzuty sumienia. — Co mogło doprowadzić do spetryfikowania? Jakie zaklęcie?— Miejmy nadzieję, że nie bazyliszek — zaśmiał się ponuro. — Nie mam pojęcia, może to wcale nie było zaklęcie? W końcu eliksir żywej śmierci ma podobne działanie — kontynuował, prowadząc ją w kierunku schodów, a milczenie między nimi zagęściło się. — Założyłbym się, że ta dziewczyna jest mugolaczką.— Nie byłabym tego taka pewna — odparła chłodno, mimo że w głębi serca zgadzała się z tym osądem.— Wróciłem bezpiecznie do dormitorium, a to coś, ten ktoś czekał właśnie na ciebie pod drzwiami łazienki. To nie czas na wyparcia, Marto — naciskał i wykonał taki ruch, jakby zamierzał złapać ją za rękę. — Koniec łażenia nocą po zamku i wychylania się. Musicie z Donną trzymać się razem. Zresztą, jestem pewien, że opiekunowie domów przekażą uczniom dokładnie te same zalecenia. Donna. Marta nie potrafiła wyobrazić sobie bycia zrośniętą biodrem akurat z nią. Ich koleżeństwo miało lepsze i gorsze momenty, jednak teraz, z kością niezgody w postaci Alfreda, przebywanie w jej otoczeniu malowało się w posępnych barwach.
***
Dopiero upływające dni uświadomiły Marcie, że gdyby nie instynkt, sama znajdowałaby się w skrzydle szpitalnym w stanie zawieszenia między życiem a śmiercią. Zgodnie z przewidywaniami profesora Slughorna, plotki rozprzestrzeniły się po zamku niczym Szatańska Pożoga. Nie gasły zażarte dyskusje, poszeptywania w trakcie zajęć, a liczba fruwających ponad ławkami karteczek z wiadomościami wzrosła dziesięciokroć, co nie uszło uwadze podminowanych nauczycieli.Największą popularnością cieszyły się domniemania na temat sposobu, w jaki wybudzi się spetryfikowaną dziewczynę. Teorii było tak wiele, a temat tak gorący, że Philipius Bagshot uznał tę tragedię za dobry sposób na dorobienie do kieszonkowego i zbierał zakłady, nic nie robiąc sobie z upomnień Astry oraz reszty prefektów. Dopiero profesor Beery ukrócił tę praktykę w zarodku, przy okazji oświecając cały siódmy rocznik podczas lekcji zielarstwa. Przerabiali opiekę nad mandragorami na drugim roku, lecz większość porządnie zbesztanych uczniów zakasała rękawy, chcąc oczyścić swój wizerunek po próbie dorobienia się na cudzym nieszczęściu.— Niefortunna sytuacja — powiedział z nie do końca szczerym współczuciem profesor Beery, przystając obok stanowiska pracy Marty, Alfreda i Donny. — Miejmy nadzieję, że jednorazowa. Nie chciałbym, żeby coś przyćmiło ostatnie przedstawienie przed moim odejściem, rozumiecie…Gdyby Marta nie czerpała sporej satysfakcji z gry aktorskiej, po tej wypowiedzi porządnie rozważyłaby przynależność do kółka teatralnego. Ceniła profesora Beery’ego za brak cackania się z kombinatorami i leniwymi uczniami, niestety nie potrafiła obdarzyć go sympatią. Podejrzewała, że gdyby to ona leżała spetryfikowana w skrzydle szpitalnym, też bardziej przejmowałby się odejściem w świetle chwały niż własną podopieczną.— Czy zdecydował pan już, którą baśń będziemy wystawiać? — spytała, siląc się na uprzejmość, gdy Donna dała jej dyskretnego kuksańca w bok.— Och, tak tak, ależ oczywiście. — Beery z poważną miną pokiwał głową. — Fontannę, rzecz jasna.— Jest pan pewien?
— dopytał szybko Alfred. — Czara Mara jest…— To poruszająca, trzymająca w napięciu baśń — zgodził się profesor Beery — ale nieodpowiednia dla rodzaju wydarzenia, podczas którego będziemy pracować. Potrzebujemy romansu, a nie opowieści o krwawych polowaniach na czarownice.— O jakim wydarzeniu pan mówi? — wtrąciła złapana na haczyk Donna. W jej okrągłych niczym spodki od filiżanki oczach błyszczała tak intensywna ciekawość, że nie przejęła się przypieczętowaniem losu Alfreda.— Och, rzadkim. Bal Bożonarodzeniowy jest tradycją Turnieju Trójmagicznego, ale ze względu na naszą wieloletnią przyjaźń profesor Dippet zagwarantował mi wystawienie ostatniego przedstawienia w wielkim stylu. — Profesor Beery błysnął krecimi ząbkami w pyszałkowatym uśmieszku. — To będzie prawdziwe widowisko, dlatego casting rozpoczniemy znacznie szybciej niż zwykle, może nawet w przyszłym tygodniu. Alfred nie do końca pasuje do roli mugola, ale w razie braku chętnych się nada.Zszokowana Marta chciała popatrzeć na przyjaciela, ale spostrzegła, że Donna odciągnęła go w kąt szklarni, z wypiekami na twarzy dyskutując z pewnością na temat zbliżającego się balu. To dlatego Beery tak otwarcie wyraził swoją opinię.— Alfred gra lepiej niż ktokolwiek inny — powiedziała defensywnie, a profesor przybrał średnio przekonaną minę, z przekrzywioną głową przyglądając się swojemu podopiecznemu. — Ma doświadczenie.— Tak, tak… Mimo wszystko musimy dać szansę innym ochotnikom. — Rozejrzał się z nadzieją po szklarni, zawieszając oko na chłopakach, którzy bardziej wpisywali się w kanony piękna odpowiadające roli przystojnego mugola. Zatrzymał się na Riddle’u, ale akurat jego nie zmuszonoby do wzięcia udziału w przedstawieniu nawet za pomocą klątwy Imperius. — Co do ciebie, chciałbym, żebyś w tym roku pokazała, co potrafisz. Zawsze uważałem, że skrywasz w sobie potencjał, nawet jeśli nigdy nie pozwoliłaś mi go wydobyć.Niewiele brakowało, a brwi Marty scaliłyby się z linią włosów. To Beery nie dawał jej szansy na wydobycie potencjału, osadzając ją w pobocznych rolach z niewielką ilością kwestii, więc dlaczego tak nagle się nią zainteresował?Odnalazła odpowiedź poprzez podążenie za linią jego spojrzenia. Z politowaniem przyglądał się obsypanej pryszczami Olivii, zapewne bezwstydnie uznając ją za nieodpowiednią do odgrywania roli Amaty, tak jakby przez trądzik nie zasługiwała nawet na fikcyjną miłość.— Postaram się pana zadowolić — odparła Marta i nałożyła nauszniki, przenosząc swój gniew w bezceremonialne wyszarpnięcie wrzeszczącej mandragory z doniczki. Przesadziła ją do drugiej, a gdy z równym brakiem empatii wygłuszyła ją zasypaniem ziemią, spytała: — Czy będzie pan potrzebował pomocy z mandragorami?— Jeśli masz na to ochotę, z chęcią ją przyjmę. Merlin jeden wie, jak wiele czasu zajmie przygotowanie dekoracji i kostiumów — odparł profesor Beery, w zamyśleniu pocierając brodę. — Gdybyś chciała zajrzeć do nich po lekcjach, przeniosę mandragory do trzeciej szklarni. Tutaj pozabijałyby się z ludołówkami.Gdy wreszcie odszedł, Marta pozwoliła sobie na wywrócenie oczami. Dla tego spragnionego chwały starego precla naprawdę bardziej liczyła się sztuka niż dobrobyt Bogu ducha winnej dziewczyny, która czekała na ratunek w skrzydle szpitalnym.— Marto! — krzyknęła Donna, łapiąc ją za rękę. — Musimy iść na zakupy, kiedy tylko wypadnie sobota w Hogsmeade! Nie mam żadnej sukienki!— Chcesz iść na zakupy ze mną? — wykrztusiła Marta, z szoku prawie pozbawiając mandragorę kępy liści. — Ty? Ze mną?— A co w tym takiego dziwnego?— Tylko to, że zawsze wyśmiewasz się z tego, jak się ubieram.Donna westchnęła niecierpliwie, ale nie powstrzymała się przed otaksowaniem Marty spojrzeniem. Ułożyła usta w dziobek, przybierając niewinną minę, jednak nie udało się jej znaleźć w jej stroju niczego, co mogłaby skomplementować.— Dobrze, może i trochę się z ciebie wyśmiewałam — przyznała niechętnie, łapiąc za kawałek sięgającej kostek spódnicy Marty. Zatoczyła nią parę razy, jakby próbując dodać jej uroku. Mimo wszystko nie wyglądała na usatysfakcjonowaną. — Po prostu uważam, że mogłabyś pójść bardziej z duchem czasu. Nie musisz się ubierać jak stara panna w sukienice po kostki, nudne golfy i zapięte pod samą szyję koszule.— Oczywiście, że nie muszę — odparła spokojnie Marta, chociaż wcale nie uważała swoich golfów za nudne. Zwykle nosiła luźniejsze i grube, ale dziś ośmieliła się włożyć taki, który podkreślał to i owo. Jej matka okrzyknęłaby go mianem skandalicznego, mimo że nie odkrywał ani odrobiny ciała. — Ale tak mi się podoba.— Stylizacje na naszą bibliotekarkę nie pomogą ci w znalezieniu chłopaka.Marta wywróciła oczami.— Jeśli musiałabym wszystko w sobie zmienić, żeby go znaleźć, to go nie chcę.— Tak? — Donna popatrzyła na nią z politowaniem. — Ciekawe, czy będziesz tego taka pewna, kiedy będziesz stała sama jak palec w otoczeniu wolno tańczących par.Marta udała pochłoniętą ściąganiem rękawic ze smoczej skóry, żeby nie zdradzić poruszenia tymi słowami. Miała swój styl, który może i był skromniejszy od obecnie panującej mody, nie wspominając już o niechęci do noszenia spodni (Donna je uwielbiała i należała do nielicznych dziewczyn, które je nosiły), niemniej naprawdę nie zamierzała go dostosowywać pod upodobania byle chłopaka. To niestety nie zmieniało faktu, że większość dziewczyn dawno przeżyła pierwszy pocałunek, a ona nadal nie miała szans na inny niż ten, który planowała wymusić na Riddle’u.Co dodatkowo pograszało sprawę, gdyby nie znalazła partnera na bal, Olivia nie pozwoliłaby jej o tym zapomnieć. Ta płytka jak sadzawka dziewucha dogryzałaby jej przy każdej okazji i obsmarowałaby jej plecy w towarzystwie największych plotkar Hogwartu. Czy Marcie się to podobało, czy nie, jej przyszły dobrobyt psychiczny zależał od przekonania do siebie chociaż jednego chłopaka. W końcu sama Jane Austen mówiła, że umiłowanie w tańcu jest pewnym krokiem w kierunku zakochania się.Być może przyjęcie paru wskazówek Donny okazałoby się pomocne… Marta mogła zaledwie wysłuchać jej opinii, nie musiała wcielać ich w życie. Niczego na tym świecie nie chciała mniej niż powtórki z historii z „wrzuceniem na luz” i składzikiem na miotły.— Dobrze… Chyba możemy też ze sobą przybrać Astrę, co?Donna uśmiechnęła się promieniście i przed pobiegnięciem do Alfreda rzuciła:— Och, Astra powiedziała, że weekend w Hogsmeade ma już zaplanowany.Marta odprowadziła ją spojrzeniem, starając odepchnąć od siebie uparte myśli o byciu drugim wyborem. Mimo wiary, że nauczyła się żyć z tą świadomością i nie brać jej do siebie, poczuła zalążek smutku.Gdyby wczorajszej nocy wyszła z łazienki i została spetryfikowana, czy ktokolwiek odwiedzałby ją w skrzydle szpitalnym? Matka pewnie pokazałaby się raz dla zachowania pozorów, a potem czmychnęłaby z zamku, jakby po piętach deptał jej sam diabeł. Marta była przekonana, że Alfred nie zostawiłby jej na pastwę losu, ale prędzej czy później uległby Donnie, która doszukiwałaby się powodów do zazdrości nawet w odwiedzinach u spetryfikowanej koleżanki.Osamotnienie uderzyło ją w brzuch. Żałowała, że kiedykolwiek postawiła nogę w Hogwarcie. Nie dość, że ze względu na purystów krwi i prześladowania Olivii nigdy nie została w nim przyjęta z otwartymi ramionami, zmarnowała tutaj tyle czasu, który mogłaby spędzić z ojcem. Nawet magia nie pomogła jej w dotarciu na czas do szpitala…Teraz naprawdę nie miała już nikogo. Była drugim wyborem Donny, która komplikowała jej stosunki z Alfredem, a matka ponad własną córkę wybrała kościół. Pewnie zaraz po powrocie do domu z King’s Cross spryskała jej sypialnię wodą święconą, podobnie traktując ścianę, która w bliźniaczym domu łączyła ją z „bezbożnymi” sąsiadami.Jak dotąd Marta wmawiała sobie z zakrawającą o szaleństwo częstotliwością, że pewnego dnia natrafi na kogoś, dla kogo będzie najważniejsza, niestety powoli zaczęła tracić nadzieje. Być może naprawdę powinna upodobnić się stylem do koleżanek, porzucić marzenia o miłości pełnej pasji i zadowolić się chłopakiem, który za szczyt romantyzmu uzna zabranie jej do Herbaciarni u pani Puddifoot.Donna miała rację, nawet jeśli przez jej porady Marta wpakowała się w nieprzyjemną sytuację. Gdyby nie była tak cholernie zdesperowaną czternastolatką i użyła mózgu, być może zamiast bycia wykorzystaną w schowku przez pierwszego lepszego chłopaka stałaby się dziewczyną Alfreda.Wymaszerowała ze szklarni jako pierwsza, oplatając się szalikiem, a porywisty wiatr rozwiewał jej włosy. Nie chciała, żeby ktokolwiek się do niej przyczepił. Nauczyła się panowania nad emocjami na tyle dobrze, żeby nie wybuchać płaczem z byle powodu jak kiedyś, ale teraz do zburzenia jej opanowania wystarczyłby jeden przykry komentarz Olivii.Zmusiła się do uprzejmego uśmiechu, gdy profesor Dumbledore i Slughorn przepuścili ją przez główne wrota zamku. Slughorn kontynuował rozemocjonowaną opowieść na temat zawartości ściskanej w ręku fiolki, a — co dziwne — wodnistoniebieskie, przenikliwie badawcze oczy profesora Dumbledore’a były zainteresowane właśnie Martą.Wyobraziła sobie, jak zostaje przepytana o powód swojego rozstrojenia emocjonalnego, na domiar złego na środku najczęściej uczęszczanego korytarza Hogwartu, więc czym prędzej czmychnęła na trzecie piętro, gdzie otworzyła klasę zaklęciem i zajęła miejsce w ławce.Rok dopiero co się rozpoczął, a ona już stawiała pierwsze kroki na drodze rozsypki emocjonalnej. Nie mogła sobie na to pozwolić. Miała plany i zamierzała wcielić je w życie, więc nie było jej stać na mazanie się i użalanie nad sobą. Potrzebę bycia kochaną zastąpi książkami, a frustrację wywołaną brakiem prawdziwej przyjaźni przeleje w zemszczenie się na Olivii. To powinno załatwić sprawę.Mimo że znalazła w tych myślach ukojenie, poświęciła całe pół godziny na oczyszczanie umysłu podczas odrabiania pracy domowej. Gdy reszta uczniów wlała się do klasy, Marta miała już na drugie imię Budda.— Jak tam? — mruknął Alfred, dosiadając się do niej. Jedyne, czego w nim nie lubiła, to chaosu, jaki natychmiast siał na blacie ławki. — Donna nie może przestać nawijać o balu. Podekscytowana?Wzruszyła ramionami. Jeśli miała się na nim pojawić samotnie, bardziej ekscytował ją fakt, że Donna przez słabe wyniki nie wytrwała w zajęciach z obrony przed czarną magią.— Zeszłoroczne egzaminy nieźle was przerzedziły — zagrzmiała profesor Merrythought, przysadzista kobieta o krótkich, srebrzystych włosach wystylizowanych na efekt porażenia elektrycznego. Machała palcem, licząc podopiecznych. — Slytherin i Ravenclaw jest w prawie pełnym składzie, ale wy, Puchoni? Co z wami? Z Gryffindorem jest niewiele lepiej…Pokręciła głową z zawodem, jakby nie potrafiła uwierzyć, że tak mało osób zdecydowało się na zdawanie owutemów z jej przedmiotu. Mimo wkładania horrendalnej ilości czasu w naukę, Marta cudem utrzymała swoje miejsce na obronie przed czarną magią. Niektórzy (tacy jak Riddle czy Olivia) potrafili zaliczać co trudniejsze egzaminy praktyczne z zamkniętymi oczami, niestety Marta nie należała do tego grona szczęściarzy. Teorię zdałaby przez sen, ale pojedynki między uczniami i stawanie oko w oko z czarnomagicznymi bestiami uważała za przesadę.— Dziś sprawdzimy, czy po wakacjach zostało wam cokolwiek w głowach z zeszłorocznego materiału — zarządziła profesor Merrythought, a kilkoro uczniów osunęło się niżej na krzesłach, chcąc zmniejszyć swoje szanse na bycie wytypowanym do odpowiedzi. — Poprzednie lekcje były dziecinnie proste, więc mieliście czas na przystosowanie się do końca wakacji.Marta i Alfred popatrzyli po sobie z nieznacznymi uśmiechami. Początkiem tygodnia profesor Merrythought zleciła im grupowe obezwładnienie żmijoptaka, a po półtorej godzinie starań jedyną osobą, która nie odniosła ran, był Riddle.— Może zrobimy sobie z tego małą konkurencję, co wy na to? Który dom uzbiera więcej poprawnych odpowiedzi, ten otrzyma punkty.Marta wyprostowała się na krześle, widząc w tej propozycji możliwość do przyrządzenia dwóch pieczeni na jednym ogniu. W zajęciach praktycznych nie mogła konkurować z Olivią i Riddle’em, ale nie pogardziłaby zmiażdżeniem ich w teorii.— Ale proszę pani, przecież nas jest tylko troje — odezwała się Puchonka z ostatniej ławki. — Gryfonów piątka, a Ślizgonów i Krukonów aż po dziesięć.— W takim razie macie większą odpowiedzialność na swoich barkach — odparła beznamiętnie profesor Merrythought. — Poza tym nawet cały rocznik Puchonów w niczym by wam nie pomógł. Większej bandy beztalenci nigdy nie uczyłam.Szmer chichotów rozszedł się po prawym rzędzie ławek zajmowanych przez Ślizgonów, ale Marta i Alfred też nie powstrzymali uśmiechów. Jeśli w tym roku Puchoni nie wezmą się w garść, stuknie im dwudziesta rocznica zajmowania ostatniego miejsca w walce o Puchar Domów.— Gotowi? — rzuciła profesor Merrythought, chociaż nikt nie łudził się, że zamierzała poczekać na odpowiedź. — Zaczniemy od omówienia dementorów. Kto wyjaśni, w jaki sposób się rozmnażają?Ręce wystrzeliły w górę.— Pan Longbottom był pierwszy.— Dementory, jako bezpłciowce, rozmnażają się poprzez podział. Podział jest procesem możliwym do osiągnięcia wyłącznie po wyssaniu duszy z ofiary. W trakcie rozmnażania wytwarzają gęstą mgłę.— Punkt dla Gryfonów. — Profesor Merrythought machnęła różdżką, a lewitująca kreda nakreśliła na tablicy cztery kolumny zwieńczone godłami każdego z domów. Pod Gryffindorem stanęła kreska. — Jakie magiczne stworzenie jest dalekim krewnym dementorów?Marta zauważyła drgnienie ręki Olivii i w efekcie wyrwała się do odpowiedzi tak gwałtownie, że prawie wstała z szurającego krzesła. Zarumieniła się lekko, gdy hałas odwrócił w jej stronę kilka głów.— Śmierciotula — odezwała się po tym, jak profesor Merrythought przyzwalająco skinęła głową. — W przeciwieństwie do dementorów nie wysysa duszy, a pożera człowieka przez sen, ale pokrewieństwo zostało ustalone za pomocą zaklęcia Expecto Patronum , które nie działa na żadne inne stworzenie poza śmierciotulami i dementorami.— Tak. Cechy szczególne dementorów?Olivia poruszyła się szybciej, ale Marta machnięciem różdżki pociągnęła jej rękę w dół. Alfred zakrył uśmiech dłonią, gdy Olivia oskarżycielsko spojrzała na krzesło, sądząc, że zahaczyła o nie rękawem szaty.— Znów panna Warren.— Są niewidzialne dla mugoli i charłaków. Nie posiadają zmysłu wzroku, dlatego do ustalania celu podróży używają umiejętności wyczuwania emocji. Potrafią pozbawiać ludzi duszy za pomocą pocałunku dementora, no i oczywiście poruszają się poprzez latanie.— To prawda, ale brakuje jednej z najważniejszych rzeczy. — Profesor Merrythought przydzieliła Marcie chwilę na odpowiedź. — Ktoś inny? Ach, Tom.— Dementorzy nie są w stanie rozróżniać poszczególnych osób od siebie, jeśli ich stan psychiczny jest zbliżony — odparł uprzejmym tonem Riddle, a Marta zasztyletowała spojrzeniem tył jego głowy. Miała to na końcu języka! — Jeśli mogę dodać jeszcze coś od siebie, uważam, że ich potencjalną słabością są animagowie oraz wilkołaki w trakcie przemiany. Dementorzy nie interesują się zwierzętami ze względu na ich mało złożone umysły, a jak wiadomo, procesy myślowe animagów i wilkołaków ulegają drastycznemu uproszczeniu w zwierzęcych formach.Profesor Merrythought popatrzyła na niego ze szczerym zainteresowaniem, a Marta zazgrzytała zębami. Raz w życiu udało się zasłużyć na tego typu spojrzenie, kiedy na piątym roku przypadkiem posłała w niebyt atakujące ją licho, ale oczywiście wspaniały Riddle otrzymywał ten zaszczyt na każdych zajęciach.— To tak ciekawa teoria, że byłabym ją skłonna przetestować na własnej skórze, gdybym była animagiem — przyznała profesor Merrythought, machnąwszy różdżką. Marcie opadła szczęka, gdy dwa punkty pojawiły się pod Slytherinem, a pod Ravenclawem tylko jeden. — Skoro już przy wilkołakach jesteśmy, poproszę o wymienienie różnic między nimi a zwykłymi wilkami… Panna Hornby.— Pyski wilkołaków są krótsze, ich źrenice mniejsze, a ogony bardziej krzaczaste niż te u zwykłych wilków. Poza tym wilki omijają ludzi i atakują ich tylko w skrajnych przypadkach, natomiast wilkołaki atakują każdego napotkanego człowieka i są nadzwyczajnie brutalne.— Tak. — Profesor Merrythought przydzieliła kolejny punkt Ravenclawowi. — Różnice między ludzką a wilczą formą wilkołaka? Panna Warren.— W wilczej formie wilkołak jest całkowicie niezdolny do odróżniania dobra od zła — powiedziała, rozmasowując obolałe od gwałtownego ruchu ramię.— To nie wszystko — odezwał się Riddle, a Marta miała ochotę zapchać mu usta Tytanową Mordoklejką 2000 (na pierwszym roku Olivia wepchnęła jej ją do ust, co skończyło się wizytą u pielęgniarki). Tylko on uważał się za zbyt wspaniałego na czekanie, aż profesor Merrythought udzieli mu głosu! — Według najnowszej publikacji Emeretta Picardy’ego, w ludzkiej formie też dochodzi do regresu moralności. Postawił on nawet tezę, że najdrobniejsze rany zadane przez wilkołaki w ludzkiej postaci są w stanie doprowadzić do zarażenia likantropią.— To absurd — wypaliła Marta, zanim profesor Merrythought otworzyła usta.— Absurd? — Riddle przekręcił się na krześle, szukając wzrokiem osoby, która zabrała głos. Kilka chłopaków prychnęło, co Marta odebrała za potwarz. — Emerett Picardy jest wielokrotnie nagradzanym magizoologiem, który bazował tę publikację na rocznym zamieszkiwaniu z wilkołakami w podziemiach.— Co nie zmienia faktu, że jego tezy nie zostały poddane badaniom, a on nie ma na nie żadnych dowodów poza swoimi obserwacjami, które mogłyby się różnić, gdyby dołączył do innego stada wilkołaków — powiedziała, starając się zachować spokój pod nieznośnie świdrującym spojrzeniem Riddle’a. — Co więcej, w Brytyjskim Przeglądzie Uzdrowicieliskim opublikowano artykuł Damoklesa Belby’ego, wynalazcy Wywaru Tojadowego i Kawalera Orderu Merlina, który trafnie punktuje błędy w rozumowaniu Picardy’ego.— Czytałam ten artykuł — odezwała się Merrythought, a Riddle zamknął szykujące kontrę usta — ale nie miałam okazji zapoznać się z publikacją Picardy’ego, więc nie jestem w stanie rozstrzygnąć tego sporu.— Mogę pani pożyczyć mój egzemplarz.Marta wywróciła oczami.— Och, byłabym ci wdzięczna, Tom — odparła z uśmiechem Merrythought. Głęboka zmarszczka na czole świadczyła o dalszym analizowaniu tematu dyskusji. — Nawet jeśli teorie Picardy’ego są na ten moment zbyt dalekosiężne, musi istnieć powód, dla którego wilkołaki wolą żyć w podziemiach niż pokojowo koegzystować z czarodziejami.— Obecne prawa nie pozwalają im na koegzystowanie z nami — zauważył Alfred, a Marta skwapliwie mu przytaknęła. — Nikt nie chce ich zatrudniać, nie mówiąc o przymusie rejestracji w Ministerstwie Magii, po której o obecności wilkołaka zawiadomiane jest całe miasto, co skutkuje samosądami i wygnaniem wilkołaka ze społeczeństwa.— Jak zauważyłeś, są to samosądy, czyli działania niepoparte przez ministerstwo — odparła cierpko profesor Merrythought, czym nikogo nie zaskoczyła. Jako nauczycielka starej daty nieraz prezentowała konserwatywne poglądy. — Wilkołaki mają wszelkie prawo zgłosić te zachowania do odpowiednich organów, ale ponad koegzystowanie z nami wybierają życie w podziemiach.— I tak jesteśmy dla nich zbyt litościwi — wtrącił siedzący obok Riddle’a Mulciber. Popatrzył na Martę i Alfreda, jakby rzucał im wyzwanie. — Jak dla mnie wszyscy powinni zostać wywiezieni na jakąś wyspę. Niech sobie tam wyją do księżyca, ile chcą. Zresztą, co poniektórzy mogliby tam do nich dołączyć, żeby wilkołaki nie padły z głodu i braku innych, hm, rozrywek.Rozweseleni Ślizgoni wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia. Marta zaczerwieniła się z gniewu, na co Alfred uspokajająco złapał ją za łokieć i posępną miną zasygnalizował, żeby puściła ten komentarz mimo uszu.— Kogo ma pan na myśli? — rzuciła profesor Merrythought, unosząc brew.— Więźniów Azkabanu, rzecz jasna — skłamał gładko Mulciber. — Po co marnować pieniądze podatników na żywienie ludzi skazanych na dożywocie, pani profesor?— To dość drastyczny pomysł — zauważyła, chociaż jej mina nie wyrażała braku przekonania, wręcz przeciwnie. — Na całe szczęście nie jesteśmy teraz na zebraniu kółka debaty…— Zgadzam się z panią — wtrącił Riddle mimo jawnego znaku, że dyskusja dobiegła końca. — Drastyczny. To istna tragedia, jak wiele dementorzych młodych straciłby świat. W końcu wszystkie istoty zasługują na możliwość koegzystowania z czarodziejami, prawda?Marta wywróciła oczami na widok ledwo dostrzegalnego uśmieszku profesor Merrythought. Najwyraźniej bawiło ją porównywanie ludzi zarażonych likantropią do dementorów, które żywiły się rozpaczą i cierpieniem.— Po co ściągasz na siebie niepotrzebną uwagę? — szepnął Alfred, gdy po pewnym czasie Marta spóźniła się o włos do odpowiedzi. Kątem oka zauważyła, że Goyle dziwnie się jej przyglądał.— Co, nie wolno mi już nawet zgłaszać się na lekcji? — odparła ponuro, z tyłu głowy analizując wypowiedź Puchonki pod kątem niedopowiedzeń. Chętnie wtrąciłaby swoje trzy grosze do czyjejś odpowiedzi podobnie co ten arogancki dupek, Riddle. Niech sobie nie myśli, że tylko on jest taki inteligentny.— Wolno, ale po co z nim dyskutujesz?— Gdybym się nie odezwała, profesor Merrythought dałaby mu punkty za te wyssane z palca głupoty! — syknęła, znów przegrywając wyścig, tym razem z Olivią. Ciągle wydawało się jej, że Goyle się jej przyglądał, nawet jeśli uważała to za niedorzeczne. Odwróciła się, ale nikt w jej otoczeniu nie zwracał na niego uwagi. — O co chodzi temu wieprzowi? — szepnęła dyskretnie.— Już wiem, czemu tam siedzisz, Longbottom — powiedział Goyle, gdy profesor Merrythought zajęła się rozdzielaniem kolejnych punktów. Szturchnął Abraxasa Malfoya i uśmiechnął się do niego obleśnie, na szczęście ten ewidentnie nie widział w Marcie niczego interesującego.— O czym on mówi? — dopytywała, marszcząc brwi.— Eeee… Nie mam pojęcia — odparł Alfred. Pierwszy raz widziała, żeby na jego policzki wstąpił rumieniec. — Ignoruj ich.Marta dyskretnie przejrzała się w wyczarowanym lusterku. Nie miała niczego na twarzy, zresztą komentarz i niepokojący uśmieszek Goyle’a nie wskazywały, żeby była czymś ubrudzona. Mimo dyskomfortu postanowiła posłuchać rady Alfreda i wróciła do konkurowania o punkty. Ściganie się z Olivią wciągnęło ją na tyle, że przestała zwracać uwagę na otoczenie i nie zauważyła, że po zachętach Goyle’a w jej stronę odwracało się więcej głów, a Alfred rozkojarzył się do potęgi.— Remis — skwitowała profesor Merrythought, machnięciem różdżki czyszcząc tablicę. — Spisaliście się zadowalająco, więc w drodze wyjątku pozostawię to bez rundy rozstrzygającej. Plus pięćdziesiąt punktów dla Slytherinu i Ravenclawu.— Oczywiście — burknęła Marta, zatrzaskując podręcznik. — Gdyby Riddle nie uważał się za pępek świata, nie dostałby dodatkowego punktu za tę swoją jakże genialną opinię o dementorach.— Wydawała się trafna — zauważył Alfred i uśmiechnął się przepraszająco, choć też z niemożliwym do ukrycia pośpiechem,
wskazując na drzwi. — Donna na mnie czeka, muszę spadać.Pożegnała się z nim półgębkiem, zastanawiając się, czy poinformował wcześniej Donnę, że dzielili ławkę. Jeśli tego nie zrobił, czekało go sporo wyjaśnień i zapewnień, kto był w jego życiu najważniejszy.— Musiałaś się nieźle spocić, żeby aż tyle razy zdążyć do odpowiedzi — warknęła Olivia, narzucając torbę na ramię. — Na szczęście takie beztalencia jak ty nie zabłysną samą teorią.Marta wzniosła oczy ku sufitowi, zasuwając krzesło. Jednym uchem mimowolnie łowiła wygłaszane rozchichotanym półszeptem komentarze na temat czegoś, co według Goyle’a i Notta „nieźle podskakiwało całą lekcję”.— Mogę powiedzieć dokładnie to samo o tobie, tyle że na eliksirach, Hornby.— Podobno złość piękności szkodzi — wtrącił Goyle, opierając się na wyciągniętych rękach o ławkę Marty — ale nie jestem tego taki pewien. Co powiesz, Nott? Widzisz je razem w kisielu? Nie lubią się, więc byłoby niezłe widowisko.Dziewczynom opadły szczęki, natomiast Nott — brunet o oliwkowej skórze i dość egzotycznej jak na tutejsze standardy aparycji — otaksował je wzrokiem i wykrzywił wargi w grymasie.— Może gdyby ta pryszczata miała torbę na głowie.Chwilowo pozbawiona języka Marta poczuła przemożną chęć, aby sięgnąć po różdżkę. Już zamierzała z zadartym nosem wygłosić komentarz na temat płytkości facetów, gdy zorientowała się, że ta przywara wcale nie była wymierzona w nią. Tak przyzwyczaiła się do obrywania rykoszetem w żartach, że zapomniała o fakcie transplantacji trądziku na Olivię, która właśnie zatrzasnęła za sobą drzwi komnaty.— Wiesz co, Goyle — rzuciła nerwowo, przestępując z nogi na nogę — życzę ci, żebyś się udławił tym kisielem przez sen.— Ta? Wpadnij do mnie wieczorem i zobaczymy, kto się będzie dławić.Niewiele brakowało, a Marta ze wstydu dokonałaby spontanicznego samozapłonu. Wybiegła na korytarz, jakby na miejscu chłopaków wyrosła para dementorów, ale odrażający rechot Goyle’a i Notta towarzyszył jej nawet po dotarciu do łazienki prefektów.Dotychczas tak często traktowano ją jak powietrze, że nieraz podsłyszała, jak niektórzy pozbawieni piątej klepki neandertalczycy wygłaszali niewybredne komentarze pod adresem dziewczyn. Sęk w tym, że nigdy dotąd nie powiedziano czegoś takiego ani o niej, ani bezpośrednio do niej. Miała nadzieję, że to jednorazowa sytuacja. Jeśli miałaby padać ofiarą takich zaczepek słownych częściej, wolałaby być niewidzialna i pryszczata.Dorzucenie wylinek węża do Amortencji i wykonanie kilku ostatnich kroków z przepisu pomogło jej w odepchnięciu od siebie komentarza Goyle’a. Mikstura perfekcyjnie odzwierciedlała rezultat opisany w księdze z Zakazanego Działu, a satysfakcja z prawidłowego uwarzenia tak skomplikowanej receptury sprawiła, że Marta aż klasnęła w ręce. Nie mogła dłużej odkładać w czasie zapoznania się z jej zapachem, więc pochyliła się nad kociołkiem i przymknęła oczy.W pierwszej kolejności wyczuła… coś skórzanego, do czego szybko dołączyła nuta pasty do polerowania rączki miotły, którą często wyczuwała w towarzystwie członków drużyny quidditcha. Pojawił się też lekko stęchły, ale przyjemnie słodki aromat pożółkłych stron książek, a po dłuższej chwili na przód wysunęły się nuty przywodzące na myśl niedawno spadły deszcz.Przełknęła ślinę, zanim zmusiła się do wzięcia ostatniego (tym razem już naprawdę ostatniego) wdechu. Przelała chochlę eliksiru do fiolki, schowała ją do torby i po zerknięciu na zegarek popędziła do lochów ile sił w nogach. Nie wiedziała, w jaki sposób poda Riddle’owi Amortencję, ale w obawie przed wyrzutami sumienia nie zamierzała zmarnować ani jednej okazji.

----- CHAPTER BREAK -----

Pędząca przez lochy Marta zatrzymała się gwałtownie, gdy po wyskoczeniu zza rogu niemal zderzyła się z zaczerwienioną z emocji Olivią, która dyskretnie wycierała wilgotne policzki rękawem szaty. Marta nie przypominała sobie, aby w ciągu ubiegłych sześciu lat choć raz doszło do podobnej sytuacji, co więcej, kontrast smutku na tak doskonale znanej jej twarzy, zawsze przyozdobionej pełną wyższości miną, sprawił, że chęć zemsty wykoleiła się z toru.

— Nie przejmuj się tymi prostakami, oni…

— Odwal się, Warren. Ostatnie, czego teraz potrzebuję, to oglądać twoją zadowoloną mordę.

Marta zamarła w połowie kroku i opuściła dłoń, którą zamierzała położyć na ramieniu Olivii. Mimo że wciąż nie odczuwała żadnych wyrzutów sumienia w związku z przeniesieniem na nią trądziku, jeszcze chwilę temu słowa Notta uważała za okrutne. Teraz uznała, że Olivia zasłużyła na nie pełną parą, w końcu sama wielokrotnie wygłaszała podobne komentarze. Empatyzowanie z tą dziewuchą wylądowało na zaszczytnym drugim miejscu listy zatytułowanej „Top dziesięć najgłupszych rzeczy, które zrobiłam w życiu”, zaraz po akcji ze składzikiem na miotły.

Wyobraziła sobie minę Olivii w momencie, gdy zainscenizuje scenę z pocałowaniem Riddle’a. Być może dzisiejsze zakończenie warzenia Amortencji nie mogło wypaść w lepszym momencie?

— Wchodźcie, wchodźcie, moi drodzy — przywitał się z nimi profesor Slughorn, zapraszając ich do komnaty machnięciem ręki, i przesłonił usta, odkaszlnąwszy. — Przeczytajcie rozdział o rozpoznawaniu trucizn, a ja w tym czasie upichcę sobie coś na przeziębienie.

Marta podsunęła stołek do stanowiska pracy i otworzyła podręcznik na odpowiedniej stronie, zauważając, że stojący rząd dalej Riddle był jedyną osobą, która nie posłuchała polecenia. Zamiast tego podszedł do profesora Slughorna i zagaił rozmowę, co leżało w zwyczaju tego rasowego dupowłaza.

Marta przyglądała mu się ze zmrużonymi oczami, nie wierząc, jak głupia potrafiła kiedyś być. Gdy zobaczyła go pierwszy raz w wieku jedenastu lat, uznała go za najśliczniejszego chłopca, jaki stąpał po ziemi. Mimo że Riddle wyglądał wtedy jak zaniedbane dziecko, chudy jak tyczka, w mocno znoszonych ubraniach i z podkrążonymi oczami, nadal bił na głowę resztę chłopców. Wyobrażała sobie na jego temat niestworzone rzeczy, a z upływem czasu i przypływem nastoletnich hormonów wręcz wmówiła sobie, że miał duszę udręczonego romantyka, w końcu spędzał całe dnie w bibliotece, podczas obiadów i przerw siedział z nosem w książkach, a w dodatku był taki… perfekcyjny. Dobrze wychowany i inteligentny, zawsze wyposażony w uprzejmy uśmiech i trafny komentarz, nie wspominając o tych czarnych oczach; nie potrafiła zrozumieć, dlaczego równocześnie wabiły ją i odstraszały. Jednego była pewna: koktajl sprzecznych emocji tylko sprawiał, że ciągnęło ją do niego jeszcze bardziej.

Do niego? Nie, do tych oczu. Poza wyglądem nie potrafiła go ścierpieć.

Pół godziny zajęć zleciało jak z bicza strzelił, a gdy z uszu profesora Slughorna trysnęła para, Marta zorientowała się, że nie przeczytała nawet pierwszego akapitu zadanego rozdziału.

— Podejdźcie do mojego biurka, proszę — rzucił niespodziewanie profesor Slughorn, a odsuwane krzesła zaszurały. Marta i Olivia były pierwsze, obie spragnione czegoś podobnego: Marta zaskarbienia sympatii profesora, Olivia Riddle’a. — Tak się składa, że kiedy rano zbierałem w Zakazanym Lesie składniki na eliksir pieprzowy, nasz gajowy w akurat opatrywał zranione zwierzę. — Wyjął z kieszeni sztruksowych spodni flakonik ze srebrzystym płynem. — Kto mi powie, na co właśnie patrzymy?

Kilka wystrzeliwujących w powietrze rąk szturchnęło Martę. Stanęła na palcach, żeby profesor Slughorn dostrzegł ją ponad Olivią, która bezczelnie się przed nią przepchnęła, żeby znaleźć się na linii wzroku Riddle’a, stojącego po przeciwnej stronie biurka, u boku profesora.

— To krew jednorożca, profesorze — powiedział, zanim Slughorn zdążył wybrać ochotnika. — Potężna substancja magiczna. Spożycie jej gwarantuje uchowanie się przy życiu, nawet jeśli jest się krok od śmierci.

— W rzeczy samej, Tom, w rzeczy samej. Dziesięć punktów dla Slytherinu. — Profesor Slughorn stuknięciem różdżki opróżnił kociołek z pozostałości po eliksirze pieprzowym i wlał do niego zawartość flakonika. Srebrzysta substancja zawirowała na dnie, mieniąc się niczym Droga Mleczna. — Warto oczywiście wspomnieć, że krew nie daruje życia za darmo, nie daruje nawet życia w pełni, a pół-życie. Wypicie jej jest równoznaczne z byciem przeklętym, ale — uniósł palec — jest w tej definicji pewien haczyk. Czy ktoś…?

Marta złapała Olivię za łokieć unoszonej ręki i sama wystrzeliła własną w powietrze. W podzięce Olivia trzasnęła jej z buta w stopę.

— Zdaje się, że panna Warren była pierwsza.

— Żeby krew darowała życie, życie musi być odebrane — pisnęła Marta, odganiając łzy mruganiem. Riddle przyglądał się, jak Slughorn dodawał do kociołka garść startych w moździerzu ziół. — Jeśli jednorożec nie umrze w wyniku pozyskania krwi, ta ma inne właściwości magiczne.

— Znakomicie. Zakładam, że wiesz, jakie to właściwości?

— Prozdrowotne, ale wziewy przynoszą też odprężenie, ukojenie nerwów, a nawet potrafią być odurzające.

— Piętnaście punktów dla Ravenclawu — zanucił radośnie Slughorn, wolną ręką podkręcając końcówkę wąsa. — Jednorożce to nieufne stworzenia, dlatego rzadko zdarza się okazja na zdobycie szlachetnie pozyskanej krwi. Flakonik jest wart aż pięć galeonów, ale myślę, że przy tej bezlitosnej pogodzie wszyscy skorzystamy z podniesienia na duchu.

— Będziemy się… odurzać, sir? — rzucił Philipius Bagshot. Mimo zdziwienia, kącik jego ust powędrował ku górze, a na ten widok Marta (i kilka innych dziewczyn) musiała się uszczypnąć, żeby wrócić do rzeczywistości. Philipius był całkowitym przeciwieństwem Toma: jego blond włosy trwały w stanie wiecznego artystycznego nieładu, a porażająco niebieskie oczy zwodziły na pokuszenie. Wyglądał niczym chłopak ze snu, choć Marta zdecydowanie preferowała atmosferę tajemnicy spowijającą fikcyjnego pana Darcy’ego.

— Och, skądże. Musiałby się pan inhalować całą godzinę, panie Bagshot — zachichotał Slughorn, gładząc się po brzuchu przypominającym dorodną dynię. — No, ustawcie się w kolejce. Tom i panna Warren mają pierwszeństwo za udzielenie poprawnych odpowiedzi.

Ciasno zbity tłum otaczający biurko zaczął się rozstępować. Marta przepchnęła się przed zgrzytającą zębami Olivię, która nie omieszkała przy okazji sprzedać jej łokcia w żebra. Riddle wskazał kociołek brodą, z rękoma splecionymi za plecami wpatrywał się gdzieś w przestrzeń ponad głową Marty.

Przytrzymała włosy ześlizgujące się na ramiona i nabrała głębokiego wdechu. Gdyby mogła, nabierałaby go w nieskończoność, choć nie z powodu mgliście lawendowego zapachu. Rozdrażnienie przepychanką z Olivią rozpłynęło się w powietrzu, pozostałości smutku odczuwanego podczas zielarstwa wyparowały. Z kolei znikąd wykiełkowała w niej wiara we własne umiejętności, a satysfakcja z udzielenia poprawnych odpowiedzi i uwarzenia Amortencji dosłownie uderzyła jej do głowy.

— No, już już. Nie za dużo, nie możecie chodzić z głową w chmurach, macie jeszcze inne lekcje! — rozradował się profesor Slughorn, a Marta zamiast zakłopotania się, uśmiechnęła się znacznie szerzej, niż miała w zwyczaju. — Wspaniałe, prawda? Dawniej wierzono nawet, że niewinnie pozyskana krew jednorożca jest w stanie ukoić bolączki duszy!

Marta rzeczywiście czuła się tak, jakby chodziła z głową w chmurach. Fala przyjemnego ciepła rozlała się po jej napiętych mięśniach i przyprawiła ją o zawroty głowy, gdy wyprostowała się znad kociołka.

Zanim Tom się nad nim pochylił, kącik jego ust uniósł się nieznacznie. Przez sekundę wyglądał tak, jakby był jedyną osobą w komnacie, która znała jakiś sekret, lecz wyraz ten błyskawicznie zniknął z jego twarzy. W przeciwieństwie do Marty Tom nie rozluźnił się. Zaparło mu dech w piersi, natomiast jego dłonie zacisnęły się na krańcach biurka tak mocno, że uwydatniły się na nich wszystkie żyły.

— No no, spokojnie, Tom — zaśmiał się profesor Slughorn, przywołując zdezorientowanego podopiecznego do rzeczywistości, i zwrócił się do całej klasy: — Zostało nam niewiele czasu. Żeby nie siedzieć bezczynnie, kiedy skończycie, uwarzcie i wypijcie eliksir na odporność. Ani się obejrzymy, a temperatura zacznie spadać i przyniesie ze sobą jakieś paskudne choróbska!

Tom z oszołomioną miną wrócił do stanowiska pracy, a wciąż pławiąca się w przyjemności Marta postąpiła podobnie. Była tak dogłębnie ukontentnowana, że rozkoszowała się jego widokiem bez frustracji nad własną powierzchownością i jego arogancją. Szczególną uwagę poświęciła wyjątkowo urokliwemu skrętowi loków, alabastrowemu odcieniowi skóry oraz eleganckiemu ruchowi jego dłoni, gdy długie palce oplatały rączkę noża podczas krojenia korzonków waleriany.

Minęło porządne kilka minut, zanim Marta odzyskała część zmysłów. Większość uczniów wciąż znajdowała się pod wpływem wziewów, o czym świadczyły ich rozmarzone miny i brak umiejętności skupienia się na wyznaczonym zadaniu, lecz Tom zdawał się już całkowicie wrócić na ziemię. Wlał pięć starannie odmierzonych kropel z rzeki Lete do bazowej mikstury, z łatwością zmiażdżył bokiem noża skaczące dookoła nasiona diablika i wycisnął z nich sok, podczas gdy jego kolega ze stanowiska, Mulciber, tępo wpatrywał się w instrukcje.

A może by tak… zrobić to teraz?

Gdyby Marta całkowicie wytrzeźwiała, uznałaby to za zły pomysł. Amortencja to najsilniejszy eliksir miłosny, nawet jeśli dojrzewała wyłącznie przez minimalny czas, dlatego zachowanie Riddle’a mogło okazać się nieprzewidywalne. Znajdowali się w sali pełnej uczniów, więc istniała szansa, że plan z kameralną pocałunkową ustawką legnie w gruzach.

Zamiast zastanowić się nad konsekwencjami swojego spontanicznego działania, Marta mentalnie poklepała się po ramieniu, w końcu nie tylko potrafiła uwarzyć skomplikowane receptury, ale i wywołać dywersję. Niepostrzeżenie przywołała krew szczuroszczeta z ogólnodostępnego schowka, a gdy Mulciber wlał do kociołka krople z rzeki Lete i wrócił do wpatrywania się w podręcznik, Marta zaklęciem dolała do nich szkarłatną zawartość fiolki.

Kociołek Mulcibera zaczął podejrzanie syczeć. Zaalarmowany Riddle odskoczył w bok, zasłaniając głowę rękami, a ułamek sekundy później śmierdząca zgniłymi jajami mikstura wytrysnęła pod sufit, bryzgając neonową breją po całej komnacie.

Zaklęcie lewitujące pomogło Marcie w dolaniu trzech kropel Amortencji do eliksiru odpornościowego na kilka chwil przed tym, jak Riddle wyczarował pokrywkę nad swoim kociołkiem, chroniąc go przed skażeniem rozprzestrzeniającą się dookoła cuchnącą abominacją Mulcibera.

Marcie przypomniało się w ostatniej chwili, że wcale nie mogła po prostu czekać. Wystrzeliła na przód komnaty pod pretekstem przeszukania schowka, który znajdował się naprzeciwko zajmowanego przez Riddle’a stanowiska. Zbliżył chochelkę do ust, podmuchał na nią i upił łyk, niewidzącymi oczami wpatrując się w Martę.

Zamrugał, odkładając chochlę ze skonfundowanym wyrazem twarzy.

Profesor Slughorn zamienił z nim kilka słów i odszedł, a z każdą mijającą sekundą Martę coraz bardziej strofował ten dziwny brak reakcji. Riddle patrzył na nią, więc na pewno nie zakochał się w kimś innym, a jednak opróżnił kociołek jak gdyby nigdy nic i schował rzeczy do torby.

Coś poszło nie tak, mimo że nie potrafiła znaleźć ku temu żadnego powodu. Według podręcznika Amortencja należała do wywarów niełączących się pierwszego stopnia, co oznaczało że zmieszanie jej z jakimkolwiek eliksirem zachowywało właściwości obu.

Powinno było się udać.

Riddle nie rzucił się na Martę ani żadną inną kokietującą go dziewczynę, a z godziny na godzinę stawał się coraz bardziej rozkojarzony, nawet zielonkawy na twarzy. Mimo że nie należał do ulubieńców Dumbledore’a, profesor zwolnił go z ostatniej lekcji transmutacji i nakazał udać się do skrzydła szpitalnego. Marta miała szczerą nadzieję, że targany desperacją Riddle w drodze do pielęgniarki nie wysadzi jej ulubionej kabiny toaletowej.

Spędziła resztę dnia na błoniach, starając skupić się na nauce, lecz jej myśli nieustannie uciekały do poniesionej porażki. Amortencja nie dawała jej spokoju do tego stopnia, że zużyła jej resztę podczas rzucania zaklęć diagnostycznych. Każde z nich dawało poprawne wyniki: Riddle powinien był przynajmniej się w niej zakochać, w końcu Amortencja potrafiła przyprawić nawet o intensywną obsesję.

Gdy wieczór zesłał na nią sen, wydawałoby się, że Marta spadała z wieży Ravenclawu w nieskończoność. Raz po raz przygotowywała się, że zaraz rozbryźnie się o ziemię, ale zamiast tego leciała nadal, szybko, coraz szybciej, błyskawicznie, aż wreszcie odzyskała świadomość.

Kontrola nad ciałem wciąż znajdowała się w szponach koszmaru, nieważne, jak wiele razy próbowała się z niego wyrwać. Zwykle wybudzała się ze świadomych snów wtedy, gdy między nią a panem Darcym zbyt wiele układało się po jej myśli, lecz teraz przyzywanie go z odmętów jaźni nie przynosiło żadnych rezultatów.

Po kwadransie starań pogodziła się z tkwieniem w stanie niekończącego się szybowania przez przestworza. Gdy wreszcie jej oddalona jaźń dosłownie wpadła w ciało, odzyskując nad nim kontrolę, przeszył ją zapierający dech w piersiach ból. W panice złapała się za serce i zwinęła w kłębek. Nie potrafiła określić, co dokładnie się z nią działo, ale czuła się tak, jakby została przymocowana do łoża sprawiedliwości i rozciągana, a wreszcie powoli rozrywana na dwie części, strzęp po strzępie.

Gdy udało się jej cicho zakwilić z bólu, ten paradoksalnie zdążył już znacznie zelżeć. Dotychczas nie potrafiła wycisnąć ze strun głosowych nawet piśnięcia, nie wspominając o wrzasku, do którego wprost ją rwało.

Drżała na całym ciele, nie potrafiąc zdobyć się do poproszenia dziewczyn z dormitorium o pomoc. Tkwiła w tak wielkim szoku, że momentami zapominała o oddychaniu, aż wreszcie jej domagające się płuca powietrza zmuszały ją do nabrania łapczywego wdechu. Na szczęście im więcej czasu mijało, tym stan Marty poprawiał się, a ona pozwalała sobie żywić coraz to płonniejsze nadzieje, że ból został wywołany przez zderzenie się z ziemią w świadomym śnie.

Udało się jej usiąść, gdy uczucie bycia rozrywaną przeistoczyło się w coś, czego nie potrafiła przyrównać lepiej niż do uczucia kłębowiska żył pękających gdzieś za sercem.

Zmiana pozycji przysporzyła jej jeszcze większego poczucia odrealnienia. Towarzyszyło jej przejmujące wrażenie obcości: głowa znajdowała się znacznie wyżej niż powinna, a czarny zarys jej stóp odznaczał się wzgórkiem kołdry w samym krańcu łóżka. Wsparte za plecami ręce były dłuższe, klatka piersiowa uderzała lekkością, tak jakby jej biust przestał cokolwiek ważyć, a włosy — zamiast ześlizgiwać się z ramion — łaskotały ją w czoło i skronie.

Gdy pierwsza chwila oszołomienia minęła, do głowy wpadła jej myśl, że to Olivia zemściła się na niej za transplantację trądziku. Jak zapowiadała, przetransmutowała ją w obrzydliwego trolla i ostrzygła zaklęciem, żeby z samego rana paląca się na stosie upokorzenia musiała biec z wieży Ravenclawu przez cały zamek aż do skrzydła szpitalnego. Ta wizja przeraziła ją tak bardzo, że czym prędzej odnalazła po omacku półkę nocną i wyjęła z szuflady różdżkę, która idealnie wpasowywała się w jej dużą dłoń.

—

Lumos

.

Głos, który spłynął z jej strun głosowych, był tak znajomy, że bała się odezwać raz jeszcze.

Mimo że już dawno temu przyzwyczaiła się do intensywnie białego światła, wciąż nie do końca rozumiała, na co patrzyła. Zamiast w okrągłym, znajdowała się w sześciokątnym dormitorium udekorowanym zielono-srebrnymi proporczykami i godłem Slytherinu, nad głową miała świetlik z widokiem na głębiny hogwarckiego jeziora, a łóżek wcale nie zajmowały dziewczyny.

Łóżka zajmowali chłopcy. Z siódmego roku.

Zmiażdżona obawą Marta w pierwszym z brzegu rozpoznała tlenioną czuprynę Abraxasa Malfoya. W następnym leżała zwalista sylwetka Mulcibera, który w ratunku przed porażeniem oczu zakrył twarz kołdrą. Za nim widziała jasnobrązową szczecinę Avery’ego, dalej Notta, natomiast z przeciwnego kąta dormitorium rozległo się trwające co najmniej dziesięć sekund pierdnięcie Goyle’a.

Mimo dreszczu obrzydzenia, ten dźwięk sprawił, że głaz spadł Marcie z serca. Po popołudniowym komentarzu Goyle’a na temat złożenia mu wieczornych odwiedzin i „dławienia się”, obawiała się najgorszego.

— Co robisz, Tom? — wymamrotał zaspany Abraxas, podnosząc się na łokciach znad poduszki. — Po co świecisz?

To niedorzeczne, szalone i oburzające równocześnie, ale niezaprzeczalnie patrzył w stronę Marty, która błyskawicznie spojrzała przez ramię. Wbrew oczekiwaniom, nie zastała tam kolejnego łóżka, a stoliczek nocny z wysuniętą szufladą oraz komodę. Przezwyciężyła sparaliżowane strachem mięśnie i omiotła wzrokiem swoje otoczenie.

Pozytyw stanowił fakt, że znajdowała się w łóżku sama. Sama ze swoimi obco długimi nogami, znacznie większymi dłońmi i pozbawionym koszulki torsem.

Zapiszczała niczym skórowana żywcem, padając na plecy. Najpierw zasłoniła piersi (których nie miała, lecz panika nie pomagała w zrozumieniu sytuacji), a następnie naciągnęła kołdrę pod samą szyję.

Abraxas zatrwożył się dźwiękiem, jaki wydostał się z gardła Tomarty, i najwyraźniej uznał, że najbezpieczniejszą reakcją będzie jej brak, jako że z powrotem umościł się pośród pościeli, podczas gdy Marta macała swoją pozbawioną krągłości klatkę piersiową. Gdy zrozumiała, że w ten sposób nie przywróci z nicości swojego biustu, przesunęła dłonie wyżej, na twarz. Poczuła wyraźnie zarysowaną szczękę, szlachetnie wypukłe kości policzkowe, prosty nos i aksamitne, krótkie włosy.

Kręcone

włosy.

Jedna część jej świadomości nie pojmowała niczego, co się właśnie działo, a druga bała się sięgnąć w dół. Na palcach podreptała do przylegającej do dormitorium łazienki, stawiając szerokie kroki godne kowboja, przekręciła zamek w drzwiach i machnięciem różdżki zapaliła kinkiet.

W lustrze ujrzała Toma Riddle’a o twarzy zamrożonej w stuporze, który idealnie odzwierciedlał jej własne samopoczucie. Niezależnie od tego, ile razy dotkliwie szczypała się po rękach i nogach, sen nie przemijał, a ona wciąż poruszała się w obcym ciele.

Jeszcze przed chwilą sądziła, że pozbawienie koszulki było najgorszą rzeczą (choć dziwnie… ekscytującą), ale na domiar złego miała na sobie tylko luźne spodenki do spania. Żadnej bielizny, o czym świadczyła bezwstydna wolność pewnych części ciała, podczas gdy w rozkroku człapała do łazienki.

Marta nigdy nie widziała tego

czegoś

.

Nigdy.

Podejrzewała, że nawet gdyby nie opuściła mugolskiej szkoły na rzecz nauki magii, nie dowiedziałaby się tam niczego satysfakcjonującego o anatomii ludzkiej. Podręczniki zawierały skrajnie uproszczone diagramy z informacjami wyłącznie na temat organów wewnętrznych, natomiast w Hogwarcie wcale nie poruszano tych kwestii. Edukację seksualną powierzano rodzicom, a matka Marty wzbraniała się przed tym grzechem rękami i nogami. Nie poinformowała nawet córki, czym jest okres i kiedy może się go spodziewać, więc gdy Marta pierwszy raz zobaczyła krew na bieliźnie, biegała po całym domu, wrzeszcząc, że umiera. Na całe szczęście wydarzyło się to w trakcie wakacji, bo inaczej Olivia wykpiłaby ją na śmierć.

Nigdy w życiu nie czuła tak pierwotnego strachu, jak tamtego pamiętnego dnia, jednak obudzenie się w ciele Riddle’a ze świadomością, co miała między nogami, dyndało na drugim miejscu.

PLASOWAŁO! Plasowało się!

Marta była przerażona, ale (maleńkie, mikroskopijne ale) równocześnie zaintrygowana. Nie tak wyobrażała sobie okoliczności zobaczenia czegoś, co Donna określała mianem legendarnego „jednookiego węża”, jednak miała go teraz na wyciągnięcie ręki. Pani Warren powtarzała, że ciekawość i rozpustność to pierwsze stopnie do piekła, tylko czy pojedyncze zaglądnięcie do spodenek naprawdę byłoby czymś aż tak zdeprawowanym?

Marta zdecydowała, że tak. Nawet jeśli utknęła w wyjątkowo skomplikowanym labiryncie snu, zaspokojenie własnej ciekawości byłoby przekroczeniem wielu granic. Poza tym to nie tak, że nie miała pojęcia, co się tam znajdowało, nawet jeśli uważała za zdrożne wypowiedzenie tego słowa choćby w myślach. Opowieści Donny kreowały pewien wizerunek, a jej zarumienione policzki i słowotok wskazywały, że wrażenia były niezapomniane.

Z gniewu Marta spisała na straty pierwszy pocałunek, który zrządzeniem losu wciąż jej nie spotkał, ale nie zamierzała pozbawić samej siebie tak wielkiego wydarzenia. Wierzyła, że poczekanie na właściwy moment jest kluczowym elementem dodania tej chwili wartości. Poza tym — co najważniejsze — nie chciała na zawsze zapamiętać Riddle’a w żaden sposób, a już na pewno nie w ten.

Zziębnięta, wróciła pod kołdrę, próbując odepchnąć od siebie myśl, czy aby na pewno nie znajdowała się na jawie. Jeśli nie, będzie miała rano co opowiadać Donnie, z którą lubiły wymieniać się treścią co dziwniejszych snów. Jeśli tak, ta zamiana ciałami oznaczała, że w wieży Ravenclawu, w jej łóżku,

w niej

znajdował się Tom Riddle, który mógł debatować nad zapoznaniem się z każdym detalem

jej

ciała…!

Ta myśl przeszkadzała jej bardziej niż ciągły, przyćmiony ból w klatce piersiowej. Skoro prawie uległa pokusie zaspokojenia ciekawości, żaden chłopak nie byłby w stanie się temu oprzeć. Riddle nie poświęci ani chwili refleksji, czy życzyłaby sobie takich inspekcji, przez co miała ochotę popędzić do wieży Ravenclawu i rzucić na niego

Petrificusa Totalusa

, zanim zdąży cokolwiek jej zrobić.

To sen, powiedziała sobie. Próbowała zasnąć, ale za każdym razem, gdy zamykała oczy, te na powrót się otwierały. Tępo wpatrywała się w pogrążony w ciemności świetlik, wygłuszając odgłosy chrapania i odliczając sekundy do konfrontacji z Riddle’em. Jeśli ośmieli się jej dotknąć, popatrzeć na cokolwiek, oskóruje go żywcem.

Po nieskończoności spędzonej na przewracaniu się z boku na bok, wyłączyła budzik i ostatni raz uszczypnęła się w rękę, co przypieczętowało przymus pogodzenia się z faktem, że nie udało się jej spontanicznie wrócić do odpowiedniego ciała, nie wspominając o wyrwaniu się z tego koszmaru na jawie.

Wyjęła z komody ubrania i zamknęła się w łazience. Poranny prysznic nie wchodził w grę z oczywistych względów, lecz już podczas leżenia w łóżku parcie na pęcherz stawało się trudne do zignorowania. Załatwiła potrzebę w całkowitej ciemności, po damsku, a światło zapaliła dopiero wtedy, gdy Riddle nie mógł jej już niczym zgorszyć.

Miała przyjemność pomagania ojcu kilka razy zawiązać krawat i nie była w tym najgorsza, ale wiązanie go na sobie okazało się znacznie większym wyzwaniem. Próbowała wykonać to chociaż zadowalająco tyle razy, że niewiele brakowało jej do poddania się. Poprzysięgła sobie jednak, że nie ściągnie na siebie niepotrzebnej uwagi (nie przeżyłaby, gdyby dziewczyny z dormitorium dowiedziały się o tej wstydliwej zamianie ciał), więc zagryzła zęby do czasu, aż rezultat ją zadowolił. Kiedy ubrała na koszulę szary sweter z zielono-srebrnymi lamówkami, węzeł krawata wyglądał poprawnie, nawet jeśli był lekko przekrzywiony.

Kolejną przeszkodą okazały się spodnie. Mimo że powoli pojawiały się w kobiecej modzie, choć głównie praktycznej, poświęconej sportom czy pracy zawodowej, męski krój wciąż sporo różnił się od damskiego. Damskie spodnie miały ogrom nadmiarowego, luźnego materiału, który ukrywał to, co powinien, natomiast męskie były proste i podczas niektórych ruchów opinały się na ciele, szczególnie w obcych Marcie rejonach. Ich wcześniejsze nieprzyzwoite dyndanie uważała za gorszące, ale bycie uciskaną właśnie

tam

klasyfikowała jako zamach na jej niewinność. Na domiar złego

interes

Riddle’a nie chciał ułożyć się na środku, zamiast tego wpadał do prawej nogawki i skandalicznie dociskał się do jej uda. Niemniej za ostateczną potwarz uważała fakt, że czasem w pewnych, konkretnych pozycjach ocieraniu się materiału towarzyszyło coś… nieważne, co.

Sądziła, że wie, gdzie to prowadzi. Podczas wakacji matka przynajmniej raz dziennie powtarzała jej, że oddawanie się takim pokusom to między innymi droga do ślepoty.

Marta wyszła z łazienki z zamiarem wymknięcia się z dormitorium i stanęła oko w oko z zaspanym Abraxasem. Przez gołe ramię miał przerzucony ręcznik, a pod pachą ściskał kupkę ubrań, przecierając twarz.

— Tom — mruknął na powitanie, planując wyminąć ją w drzwiach, ale przystanął ze zmarszczonymi brwiami. Zerknął na najbliższe łóżko, które zajmował Goyle śpiący z rozwartą paszczą, i spytał: — Mogę?

Tomarta nie odezwała się słowem, co Abraxas uznał za przyzwolenie. Złapał ją za krawat i rozplątał go, lekko za niego ciągnąc. Gdyby nie stała niczym wryta w podłogę, być może nieuwaga wystarczyłaby, żeby postąpiła do przodu.

— Zawsze wiążesz go zaklęciem — zauważył Abraxas, wciąż majstrując przy węźle. Znalazł się bliżej, niż Marta uważała za komfortowe. — Dlaczego dziś zrobiłeś to ręcznie?

Spotkał się z nią spojrzeniem, wsuwając krawat pod sweter. Nigdy dotąd nie patrzyła na niego pod tym kątem, z reguły nie cierpiąc wszystkich Ślizgonów z równą pasją, lecz teraz trudno było jej utrzymać przy życiu podobny płomień nienawiści. Być może miał z tym związek fakt, że szczególnie zaabsorbowała ją ścieżka jasnych włosków między pępkiem a krawędzią jego bokserek.

Nie potrafiła nic wykrztusić, więc zmusiła się do zrobienia trudnej do zdefiniowania miny.

— Hm, chyba się nie wyspałeś, co? — rzucił, kładąc rękę na klamce. — Miałeś jakieś sny, że tak się dziwnie… obudziłeś?

Bez dwóch zdań chciał powiedzieć „zachowywałeś”, a może nawet „zachowujesz”. Ta nieobyczajna zamiana ciał to tajemnica, którą Marta zabierze do grobu, dlatego musiała wziąć się w garść. Przecież nie zniesie tych wszystkich upokarzających komentarzy, jeśli sprawa wyjdzie na światło dzienne!

— Tak — odparła, odchrząknąwszy. Nie była to idealna reakcja, ale liczyły się chęci.

Wyszła z dormitorium, starając się poruszać tak, jak przystało na chłopaka. Nie poświęciła ani chwili na zapoznanie się ze ślizgońskim pokojem wspólnym, zamiast tego podejrzała aktualne hasło na tablicy informacyjnej i wyszła na korytarz, nie wiedząc, od czego zacząć.

Miała kilka priorytetów, które biły się między sobą o pierwsze miejsce. Nieprzyjemne dolegliwości w klatce piersiowej jej nie opuszczały, co uważała za wyjątkowo niepokojące, a choć własne zdrowie powinno być ważne, przerażała ją myśl, czym właśnie zajmował się Riddle. Kolejną kwestię stanowiło odnalezienie sposobu na powrót do właściwego ciała, co mogło uchronić ją przed wieloma nieprzyjemnościami, jeśli nie miał jeszcze okazji do zapoznania się z jej miejscami prywatnymi.

Nie wiedziała jednak, do kogo skierować się z tym problemem. Ta sprawa mogła znajdować się poza kompetencjami pielęgniarki, zresztą w skrzydle szpitalnym leżała spetryfikowana dziewczyna. Może wciąż posiadała zdolność przysłuchiwania się otoczeniu, a po wszystkim rozpowiedziałaby całej szkole, z jakim problemem Marta skierowała się do pielęgniarki?

Jeśli nie ona, kto? Profesor, ale który? Musiał być zaufany. Odpadał Slughorn, który pasował jej na typ plotkarza, gdy znajdował się w otoczeniu członków Klubu Ślimaka. Pozbawiony empatii opiekun Ravenclawu, Beery, też się do tego nie nadawał, a dyrektorowi nigdy nie zawracałaby głowy czymś tak upokarzającym. Profesor Merrythought wydawała się najgorszą opcją z możliwych, a z resztą ciała pedagogicznego Marta nie zbudowała żadnych relacji. Niemniej ktoś w całej szkole musiał być na tyle profesjonalny i godny zaufania, żeby powierzyć mu tak okropny sekret.

Jedyna osoba, która wpasowywała się w ten opis, to profesor Dumbledore. Mimo że sprawiał na niej wyłącznie dobre wrażenie, Marta wolała zwrócić się z tym problemem do kobiety. Te najlepiej zrozumiałyby kłopotliwą naturę sytuacji, w której ugrzęzła.

Postawiła więc na pielęgniarkę, planując wproszenie się do jej gabinetu, żeby znalazły się poza zasięgiem wszystkich uszu, spetryfikowanych czy nie. Niestety nie zdążyła nawet wyjść z lochów, a została złapana za szaty i brutalnie wciągnięta do opustoszałej komnaty, gdzie cielesna powłoka drugiej „Marty” docisnęła ją do ściany.

Riddle zmienił ją całą. Począwszy od powierzchownych cech, takich jak niedbałe zebranie włosów w kok (owszem, Marcie nie chciało się ich rano kręcić, ale zawsze ładnie je upinała) czy noszenie sięgającej ponad kolano (PONAD KOLANO!) spódnicy, poprzez sposób poruszania się, aż po mimikę. Nigdy nie widziała na własnej twarzy tak pozbawionego człowieczeństwa wyrazu, warg wykrzywionych wściekłością, a oczy…

Były jej całkowicie obce. Te same oczy, które codziennie widziała w lustrze, nadal jednakowo niebieskie, lecz równocześnie mrożące krew w żyłach i przyprawiające ją o dreszcz wspinający się leniwie wzdłuż kręgosłupa.

— Spowiadaj się, Warren — rozkazał, ściskając w pięści garść jej swetra.

Marta zamrugała, oszołomiona. Nawet należący do jej ciała głos przeszedł transformację w nieznoszący sprzeciwu, wymagający. Nigdy nie brzmiała w ten sposób.

— Ja… Ty wszystko zmieniłeś! — wykrzyknęła, kiedy wyrwała się ze stuporu. — Ja tak nie wyglądam!

Z uniesienia brwi Toma emanowała pogarda.

— A ja nie miewam na twarzy tak tępej miny — odwarknął, na co Marta otrząsnęła się jak po wymierzeniu siarczystego policzka. Złapała go za nadgarstek, ale nie wywarła tym żadnego wrażenia. — Mów, co zrobiłaś, albo rozwiążę ci język klątwą.

— Puść mnie — wycedziła przez zaciśnięte zęby. Zniosłaby w tym momencie każdą zniewagę, ale ten zapatrzony w siebie chwast nie miał żadnego prawa do ubliżania jej inteligencji! — Riddle!

Wcisnął rękę do kieszeni jej peleryny, a gdy nic tam nie znalazł, przetrząsnął kolejną, Poszukiwał czegoś z tak wielkim zaabsorbowaniem, że dał jej wystarczająco dużo czasu do połączenia kropek. Szukał różdżki.

W pierwszej chwili zamierzała go kopnąć w krocze, ale gdy dla wycelowania spuściła wzrok i zobaczyła spódnicę, trzasnęła mu z buta w stopę. Zagryzł wargi, nie zaszczycając jej nawet krótkim okrzykiem bólu, i naparł na nią mocniej. Potrafił wykrzesać z jej ciała znacznie więcej siły, niż mogłaby się spodziewać, ale dzięki temu Marta uświadomiła sobie, że to ona była teraz wyższym o półtorej głowy chłopakiem.

Nie miał szans w szamotaninie. Błyskawicznie odtrąciła jego ręce i uchyliła się przed nadlatującym kolanem. Na chwilę przed przymierzeniem się do ciosu przypomniała sobie komentarz o „tępej minie” i włożyła całą urazę w odepchnięcie go od siebie.

Riddle poleciał w tył. Prawie odzyskał równowagę, ale potknąl się o własną nogę i runął na podłogę. Marta docisnęła dłoń do ust jeszcze zanim trzasnął głową o kamienną posadzkę, a gdy do tego doszło, doskoczyła do niego.

— Tom, przepraszam! — Uklękła, nie wiedząc, co zrobić z telepiącymi się rękami. — Nie chciałam!

Mgła otumanienia spłynęła z jego twarzy, a Marcie głos uwiązł w gardle na widok oczu, do których między mruganiem powoli wrócił wyraz skrajnego rozwścieczenia. Odsunęła się i wycelowała wyszarpniętą z torby różdżkę w Riddle’a.

— Jeszcze raz położysz na mnie ręce, pożałujesz — powiedziała, starając się zapanować nad drżącym głosem. Nie była pewna, czy jej groźba miała jakiekolwiek pokrycie. Skoro jej różdżka nie chciała odpowiadać na żądania Riddle’a (po co szukałby jej własnoręcznie, gdyby było inaczej?), podobnie mogło być z jego różdżką w jej dłoniach. — Porozmawiajmy o tym. Na spokojnie.

— Na spokojnie? — prychnął, podnosząc się na łokciu. Rozmasował tył głowy i spojrzał na palce, na szczęście nie pokazała się na nich ani kropla krwi. Marta nie mogła oprzeć się wrażeniu, że w jego powolnych ruchach kryło się coś złowrogiego. — Wyszarpnęłaś mnie z własnego ciała, obróciłaś je przeciwko mnie i jeszcze śmiesz stawiać mi warunki?

— Znikąd cię nie wyszarpnęłam — odparła, naburmuszona, dla bezpieczeństwa zbliżając się tyłem do drzwi. Nie mogła mu powiedzieć o Amortencji. — Nie mam pojęcia, jak do tego doszło, ale chyba sobie nie myślisz, że gdybym zrobiła to celowo, chciałabym się stać akurat

tobą

.

Wypowiedziała ostatnie słowo niczym obelgę, ale Riddle nie zwrócił na to uwagi. Wstał, gwałtownym ruchem wygładzając spódnicę, która podwinęła mu się podczas upadku, i przeniósł spojrzenie na ściskaną przez Martę klamkę. Niemal widziała, jak obracały mu sie trybiki w głowie.

— Jeśli odwrócisz to, co zrobiłaś, zapomnę o wszystkim — powiedział nagle ugodowym, choć wciąż poirytowanym głosem. — Rozejdziemy się. Nie dosięgną cię żadne konsekwencje.

— Niczego nie zrobiłam — powtórzyła z uparciem, przestępując z nogi na nogę. Nie chciała spędzić tu ani chwili dłużej, niestety wyjście nie wydawało się dostępną opcją, nawet jeśli znajdowało się w jej zasięgu. — Gdybym wiedziała, jak to odwrócić, cofnąć, nie byłoby nas tu teraz, Riddle.

Przypatrywał się jej ze zmrużonymi oczami, a gdy zerknął na wciąż wymierzoną w jego pierś różdżkę, Marta wzmocniła na niej uścisk.

— Jeśli mówisz prawdę — z jego głosu jasno wynikało, co o tym sądził — powiedz mi, co czułaś. Leciałaś?

Potrząsnęła głową.

— Nie, spadałam.

— Spadałaś.

— Tak. Cały czas myślałam, że się rozbiję o ziemię, ale tylko nabierałam prędkości — odparła, z niechęcią wracając do nocnych przeżyć. — Potem poczułam się, jakbym… jakbym wpadła do jeziora, tylko zamiast wody było, no, twoje ciało… A potem bolało. — Równocześnie potarli się po klatkach piersiowych, co nie uszło ich uwadze. — Długo.

— Mnie też, ale znacznie dłużej — odparł z grymasem. — Zaczęło się na eliksirach.

Marta wstrzymała oddech. Nie chciała mu wierzyć, ale na własne oczy widziała, jak z godziny na godzinę stawał się coraz bardziej blady, nieobecny, a wreszcie rozkojarzony i niemal zielonkawy na twarzy. Profesor Dumbledore nie pozwalał na wychodzenie do łazienki ani do pielęgniarki nikomu, niezależnie od poziomu umiejętności aktorskich, a jednak wypuścił Riddle’a. To musiało o czymś świadczyć…

— Co zrobiłaś na eliksirach, Warren?

— Nic. Nic nie zrobiłam.

— Kłamiesz.

Gdyby nie musiała w niego celować, skrzyżowałaby ręce na piersi. Zamiast tego uniosła wyżej głowę i przybrała obojętną minę, która — mimo swojej perfekcji — bez dwóch zdań nie przekonała Riddle’a.

— Zrobiłaś — powiedział i uciszył ją gestem, gdy szykowała się do kolejnego zaprzeczenia. — Nawet jeśli nie poszło po twojej myśli, coś chciałaś osiągnąć. Nie mam ochoty wysłuchiwać twoich kłamstw, więc po prostu wyduś z siebie prawdę, żebym mógł to wszystko naprawić.

— Ty? Naprawić? — Zamierzała prychnąć, ale powstrzymała się. Nawet jeśli była na wygranej pozycji, nie uśmiechała się jej kolejna szarpanina. — Żadne z nas nie ma odpowiednich kompetencji. Musimy iść z tym do kogoś, myślałam o pielęgniarce albo profesorze Dumble…

Czerwony snop trafił w drzwi, śmigając tuż obok ucha Marty. Puściła rozgrzaną do czerwoności klamkę i odskoczyła w bok, patrząc z mieszaniną niedowierzania i szoku na różdżkę w dłoni Riddle’a.

— Twoja różdżka mnie słucha, chociaż tylko częściowo — odpowiedział na pytanie, które właśnie zadała sobie w myślach. — Włos jednorożca?

Kiwnęła głową, niezdolna do czegokolwiek więcej.

— Najsłabszy rdzeń — rzucił z pogardą. — Posłuchaj mnie teraz uważnie, Warren. Jeśli powiesz o tym komukolwiek, naprawdę komukolwiek, zapamiętasz ten błąd do końca życia. Nikt, żywy czy umarły, nie dowie się o tym, co mi zrobiłaś. Rozumiesz?

— NIC, powtarzam, NIC ci nie…

Rozległo się głuche huknięcie, a Marta odruchowo zamknęła oczy. Gdy je otworzyła, między nią a Riddle'em spadł na posadzkę ogromny, biały wąż. Wpatrywał się w nią czarnymi ślepiami, smakując powietrze językiem i kołysząc łbem z boku na bok. Marta zdała sobie z tego sprawę z tego, że sama zapędziła się w kozi róg, dopiero w momencie, gdy natrafiła plecami na kąt klaustrofobicznej komnaty.

— J-jak śmiesz! — wydusiła, stając na palcach, jakby to mogło pomóc jej jeszcze bardziej oddalić się od ostrożnie sunącego ku niej węża. — To czarna magia!

— Istotnie — zaśmiał się chłodno Riddle. — Za każdym razem odnoszę wrażenie, że twoja różdżka jest o włos od pęknięcia, kiedy takie rzucam. Czy już rozumiesz?

Marta zadarła głowę, naburmuszona. Owszem, jego taktyki zastraszania działały, ale to nie oznaczało, że duma ją opuściła. Gdyby stała teraz na przeciwko któregokolwiek innego Ślizgona, uległaby dla własnego bezpieczeństwa w momencie bycia wciągniętą do komnaty, ale Riddle nie był pierwszym lepszym Ślizgonem. Był przebrzydłym pupilkiem nauczycieli, prefektem naczelnym, członkiem Klubu Ślimaka, do którego zawsze marzyła się dostać. Nawet jeśli nie dorastała mu do pięt w obronie przed czarną magią, nadal uważała go za swojego największego rywala w wiedzy teoretycznej.

A on? Pewnie nawet nie wiedział, że to właśnie z jego powodu nieraz budziła się z twarzą w podręczniku, z wypracowaniem zalanym atramentem, bo przez sen trąciła kałamarz. Nie widział świata poza czubkiem swojego nosa, więc nie zdawał sobie sprawy, że ktoś próbował deptać mu po piętach.

— Jeśli chcesz, to ją złam — rzuciła obojętnie. — Kupię sobie nową.

— Nie jeśli zostaniesz wyrzucona z Hogwartu.

Prychnęła.

— A za co miałabym zostać wyrzucona z Hogwartu?

— Ty mi powiedz. Co taka szara myszka jak ty mogła zrobić, żeby dokonać takiej zamiany? — Podszedł bliżej, prawie depcząc węża, który w międzyczasie zmniejszył rozmiar i zwinął się w ciasny kłębek na podłodze. Riddle odepchnął go butem. — Skoro twoja różdżka nie potrafi przetrwać kilku czarnomagicznych zaklęć, musiałaś użyć eliksiru. Dolałaś mi czegoś. — Zajrzał jej głęboko w oczy, a Marta podziękowała wszechświatowi za to, że nie znajdowali się teraz w prawidłowych ciałach. Gdyby prawdziwy Riddle zawisł nad nią z miną godną kata, wydałaby wszystkie swoje sekrety, nieważne, jak wstydliwe były. — Czego? Trucizny?

— Nigdy w życiu nie użyłabym żadnego czarnomagicznego eliksiru — odparła na bezdechu, oburzona samą sugestią, mimo że nie do końca wierzyła we własne słowa. W końcu skopiowała przepis na Eliksir Wielosokowy, a ten zdecydowanie leżał bliżej czarnej magii niż dalej. — Owszem, nie znoszę cię, ale to nie powód, żeby cię otruć.

— Nawet mnie nie znasz.

— Powoli poznaję i nie znoszę coraz bardziej.

Riddle potrząsnął głową, odsuwając się o krok. Tym razem wąż zaalarmował go o swojej obecności ostrzegawczym sykiem.

— Zastanawiałem się, kim ty w ogóle jesteś. Twój głos był znajomy, wiecznie ujada gdzieś w tle na lekcjach — powiedział, podnosząc węża z ziemi. Przesunął palcem po białym grzbiecie, lecz w tym ruchu nie kryła się ani odrobina sympatii. Prędzej znudzenie. — Jesteś w grupie osób, które chowają się za takimi jak ja, kiedy na obronie przed czarną magią zbliża się praktyka, a jednak odważyłaś się wbić mi nóż w plecy. Dlaczego? Co wiesz?

Marta zasznurowała wargi. Nie mogłaby uczciwie mu powiedzieć, że się co do niej mylił. Z roku na rok coraz rzadziej udawało się jej wygrywać pojedynki, a w tym nie oczekiwała, że zrobi to chociaż raz. Natomiast walki z magicznymi stworzeniami uważała za okrutne, nawet jeśli dzięki nim uczyli się improwizacji i radzenia sobie z przeszkodami.

— Wiesz cokolwiek, ty niemowo? — rzucił niecierpliwie, a wąż w jego rękach rozpłynął się w powietrzu. — Wiesz, dlaczego oddzieliło nas od ciał?

Marta potrząsnęła głową.

— Daję ci czas do jutra — odparł niespodziewanie, a jego oczy stały się nieobecne, jakby coś wpadło mu do głowy. Przez jego twarz przemknął cień obawy. — Jeśli wtedy nie puścisz pary z ust, wydobędę ją z ciebie siłą. W międzyczasie życzę ci miłej zabawy.

----- CHAPTER BREAK -----

Duma przeszkadzała Marcie w całkowitym ulegnięciu zastraszaniom Riddle’a, lecz musiała niechętnie przyznać, że jego groźby wcale nie były bez pokrycia. Włamała się do Zakazanego Działu, z premedytacją wykradła stamtąd przepis na najsilniejszy eliksir miłosny, a następnie podała go nieświadomemu niczego uczniowi, w dodatku ulubieńcowi wszystkich profesorów, łącznie z dyrektorem Dippetem. Nawet jeśli nie doszło do żadnego wykorzystania, złamała dostatecznie dużo punktów regulaminu, żeby spodziewać się poważnych konsekwencji. Nie wspominając o fakcie zamiany ciał i przysporzenia wręcz agonalnego bólu im obojgu. Jeśli Riddle oskarżyłby ją o użycie na nim czarnomagicznej klątwy czy substancji, dni Marty w Hogwarcie byłyby policzone.Skręcony głodem i stresem żołądek poprowadził ją do Wielkiej Sali, tylko wzmagając targające nią sprzeczne myśli. Nie spodziewała się aż tak wybuchowej reakcji po Riddle’u. Sama zamierzała na niego naskoczyć i wybić mu z głowy wszelkie niecne zamiary, ale nie potrafiła zrozumieć, dlaczego zareagował aż tak przesadnym gniewem na jej propozycję poproszenia o pomoc kogoś kompetentnego. Owszem, ich sytuacja była kłopotliwa — i najwyraźniej nie tylko Marta to tak postrzegała — ale nie do tego stopnia, żeby usprawiedliwić groźby i rzucanie w nią klątwami.Roztarła czoło, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć, a już szczególnie jakie kroki powinna podjąć. Powiedzenie Riddle’owi prawdy na temat Amortencji mogło przyspieszyć powrót do prawidłowych ciał, jednak była to tajemnica z typu tych, które zabiera się do grobu. Nie zależało jej na nim, ale wątpiła, czy ktoś tak zapatrzony w siebie byłby w stanie w to uwierzyć.Na widok pogrążonego w rozmowie, stojącego nieopodal Dumbledore’a przystanęła przed wrotami do Wielkiej Sali. Być może wyciągała zbyt dalekosiężne wnioski, jednak dałaby sobie rękę uciąć, że to właśnie jego nazwisko sprowokowało Riddle’a do ataku. Dlaczego?Włoski na karku stanęły jej dęba, gdy spotkała się z nim spojrzeniem. Siedział z brzegu pękającego w szwach stołu Ravenclawu, obserwując ją bez mrugnięcia, tak intensywnie, że niewiele brakowało, a wywierciłby jej dziurę między oczami.Przełknęła ślinę i czym prędzej odbiła w lewo, przypadkiem trącając kogoś ramieniem. Zamierzała iść dalej, ale odezwał się za nią znajomy głos:— Ej! Patrz, jak chodzisz!Uniosła brwi na widok Olivii, która zaniemówiła, oblewając się tak gorącym rumieńcem, że bardziej przypominała dorodnego pomidora niż dziewczynę z krwi i kości. Donna natomiast gapiła się to na koleżankę, to na Tomartę i niemal trzęsła się z nachodzącej ją ochoty do rozchichotania się.— Przepraszam — rzuciła Marta, odchrząknąwszy.Wyminęła irytująco powolne pierwszoroczniaki, ale dałaby sobie rękę uciąć, że za plecami usłyszała jeszcze „Nie szkodzi, to moja wina!” Gdyby nie była teraz na celowniku, mogłaby z tego skorzystać. Amortencja została spisana na straty, lecz zrządzeniem losu Eliksir Wielosokowy nie był jej już potrzebny.Marta opadła na siedzenie między Mulciberem a Goyle’em, którzy zrobili jej miejsce, i zignorowała zagadkową minę Abraxasa. Wolałaby wejść nocą do Zakazanego Losu bez różdżki niż przyznać, że Riddle miał rację, niestety istniała urągająco wielka szansa, że jego domniemania padły blisko prawdy. Eliksir Wielosokowy zdecydowanie nie leżał na niewinnej ścieżce magii, a jakimś cudem Marta osiągnęła znacznie potężniejszy efekt…— Myślicie, że można używać czarnej magii całkowicie nieświadomie? — zadała na głos pytanie, które obijało się jej o głowę.Brwi Abraxasa drgnęły ponad krawędzią gazety. Opuścił ją, przyglądając się Tomarcie tak badawczo, że ta zainteresowała się nakładaniem sobie jedzenia na złoty półmisek.— Oczywiście — odparł w tym samym momencie, gdy z ust Goyle’a spłynęło „nie”. Abraxas posłał mu krzywe spojrzenie i nieznacznie uniósł wargę w grymasie, zanim dodał: — Niby dlaczego nie?Goyle wzruszył ramionami, przeżuwając z otwartymi ustami.— Ojciec zawsze mówił, że muszę tego chcieć.Marta powstrzymała chęć, aby spojrzeć na niego z niedowierzaniem. Zabrzmiał tak, jakby ją trenował, ale na domiar złego tak, jakby robił to w domu, pod okiem rodzica.— A czy jedno z drugim się wyklucza? — spytał Abraxas po wzięciu głębszego wdechu. Silił się na cierpliwosć, co świadczyło, że ta nieraz wyczerpywała się podczas rozmów z Goyle’em, który właśnie zakomunikował miną: „A ja wiem?” — Nie, nie wyklucza się. Podstawowe i średniozaawansowane dziedziny czarnej magii opierają się na negatywnych emocjach. Dopiero skomplikowane rejony wymagają premedytacji.— Jak uważasz — odparł na odczepkę Goyle, wracając do jedzenia.Abraxas patrzył na Tomartę z wyczekiwaniem, ale ta wybrała milczenie. W gruncie rzeczy wcale nie powinna była się odzywać. Poszczęściło jej się, jeśli nie uznał jej dociekanie za zastanawiające, w końcu Riddle, który pozjadał wszystkie umysły świata i na domiar złego sam rzucał czarnomagicznymi klątwami, powinien doskonale znać odpowiedź na to pytanie.Marta też ją znała, lecz jej wiedza była czysto teoretyczna. Profesor Merrythought malowała obraz czarnej magii jako tajemniczej i tak wielopłaszczyznowej, że poznanie jej tajników sięgało daleko poza wzmianki w podręczniku. Premedytacja była wymagana podczas rzucania najgorszych klątw, łącznie z Zaklęciami Niewybaczalnymi, ale co dokładnie kryło się pod pojęciem negatywnych emocji? Czy trzeba było przelewać je w magię, napędzać ją nimi, czy wystarczyłaby po prostu odrobina nieświadomości i wyjątkowo zły humor?Nienawiść?Przed oczami stanęło jej wspomnienie z łazienki na King’s Cross. Nieprzytomna Olivia leżąca na kafelkach i formułka, która znikąd spłynęła na język Marty.Różnica między spaleniem kogoś żywcem przy pomocy Incendio a Avadą Kadavrą była taka, że Incendio służyło czarodziejom na tysiące różnych sposobów. Za jego pomocą można nieść zniszczenie, ale i wzniecić ognień pod kociołkiem, ogrzać dom czy spalić na wiór zagrażające życiu diabelskie sidła. Avada Kedavra oraz reszta Zaklęć Niewybaczalnych miały tylko jedno zastosowanie: śmierć, zadawanie cierpienia i zniewolenie. W ich przypadku łatwo zobaczyć granicę między dobrem a złem, tylko idąc tym tropem, co z resztą czarnej magii?Marta zdecydowanie nie chciałaby, aby jeszcze raz przyzwano jej pod nogami węża, ale samo jego wezwanie nie równało się chęci wyrządzenia krzywdy drugiej osobie. (Hipotetyczne, pomyślała. Zamiary Riddle’a były jasne). Dotychczas całym sercem wierzyła, że wszelkie użycia czarnej magii są równoznaczne z popełnieniem złego uczynku, ale teraz nie była już tego taka pewna. Grzęzła w tych przemyśleniach niczym w ruchomych piaskach, na przemian starając się usprawiedliwić przeniesienie trądziku na Olivię i wmówić sobie, że tamto zaklęcie wcale nie było klątwą.Debatowanie nad tymi kwestiami odebrało jej ochotę na posiłek, więc nieobecna duchem udała się w ślad za Abraxasem na pierwszą lekcję. Z przyzwyczajenia skierowała się do środkowego rzędu, gdzie zawsze siadała z Astrą, ale w ostatniej chwili przed wpadką uratował ją Abraxas, wygłaszający kąśliwy komentarz na temat purpurowych szat profesora Dumbledore’a.Co ciekawe, na transmutacji Riddle nie zajmował pierwszej ławki, jak robił to na wszystkich innych zajęciach. Tutaj siadał w drugiej od tyłu, jakby wcale nie zależało mu na skoncentrowaniu na sobie całego światła reflektorów.Marta opadła na krzesło obok Abraxasa, śledząc spojrzeniem Mulcibera, który zajął miejsce rząd dalej. Pokazał Goyle’owi coś w Proroku Codziennym, a ten zarechotał cicho i przejął gazetę, przewracając strony w poszukiwaniu jakiegoś artykułu. Mówili szeptem, lecz udało się jej usłyszeć coś o mugolach i wysadzaniu, ale prędko straciła nimi zainteresowanie na rzecz uświadomienia sobie, że Riddle — a raczej Mariddle — nie pojawił się jeszcze w komnacie.Podczas ubiegłych sześciu lat nauki w Hogwarcie Marta ani razu nie ośmieliła się na wagarowanie. Donna uwielbiała wymykać się późną wiosną na błonia, jako że — jak sama to określiła — zdrowa opalenizna była dla niej ważniejsza niż powtarzanie materiału, jednak Marta nie odwzajemniała tych sentymentów. Riddle, gdziekolwiek się podziewał, też nie zażywał kąpieli słonecznych, o czym świadczyła jego wampirza cera.Z podenerwowania zapiekły ją policzki, gdy przypomniała sobie ich niedawną konfrontację. Zamierzała na niego naskoczyć, zarządać, żeby szanował jej ciało, a w ostatecznym rozrachunku to ona została zapędzona w kozi róg. Nie wiedziała, co gorsze: ciekawość nastoletniego chłopca czy rujnujące stopnie wagarowanie. A może obie te rzeczy w połączeniu z szantażowaniem wyrzuceniem z Hogwartu.Gdy profesor Dumbledore rozpoczął lekcję, Mulciber schował gazetę do torby, ale nie przestał padać ofiarą Goyle’a, który nieustannie szturchał go łokciem i zasypywał kolejnymi wywołującymi chichot komentarzami. Byli tak zaaferowani sobą nawzajem, że Marta odważyła się rzucić niewerbalne Accio i dyskretnie rozłożyła za ich plecami Proroka Codziennego, ignorując zaciekawione spojrzenie Abraxasa.Na pierwszych stronach nie zauważyła niczego ciekawego, jednak gdy tylko znalazła się na przedostatniej, nie musiała czytać nagłówka ani artykułu, żeby mieć przeczucie, na co patrzyła.Fotografia przedstawiała krater rozległy na około trzydzieści stóp i w połowie rozsypany szkielet kilkupiętrowego budynku. Mimo wciąż unoszącego się w powietrzu pyłu, rozpoznała znajome kształty gmachów w tle i szczyty drzew z ogrodów Chiswick, dzięki którym zyskała pewność, że patrzyła na ulicę Staveley Road. Do dziesiątego roku życia uczyła się w tamtejszej mugolskiej szkole, z której do domu miała około kwadransa piechotą.Poruszyła się niespokojnie na myśl o matce i przeniosła spojrzenie na puste miejsce obok Astry. Gdzie podziewał się Riddle?Zignorowała kuksaniec od Abraxasa, przesuwając wzrokiem po tekście. Wystrzelona przez Niemców rakieta V2 zabiła trzy osoby, dwóch mężczyzn i trzyletnią dziewczynkę, dziewiętnaście osób zostało poważnie rannych.
— Wszystko w porządku, Tom?Podniosła wzrok na profesora Dumbledore’a, który z zagadkową miną zatrzymał się obok jej ławki. Nie zdradzał oznak zamiaru skarcenia jej za czytanie gazety zamiast uczestniczenia w lekcjach. Za to przyglądał się Tomarcie znacznie gorzej, niemal tak, jakby stanowiła fascynującą zagadkę, którą rozkładał właśnie na części pierwsze.— Nie — odpowiedziała, zwilżając wargi językiem. Zaschło jej w ustach. — Nie, profesorze. Pielęgniarka prosiła, żebym do niej przyszedł, gdybym po wczoraj jeszcze źle się poczuł.— Rozumiem. Jeśli masz taką potrzebę, możesz iść.— Dziękuję.Podniosła torbę z ziemi i wyszła na korytarz, walcząc z nogami, które rwały ją do biegu. Szanse, że jej matka znajdowała się na Staveley Road akurat w momencie uderzenia rakiety były niewielkie, lecz mimo to plecy Marty spłynęły potem, gdy przemierzała korytarze zamku w poszukiwaniu Riddle’a. Powtarzała sobie, że nie było to drugie bombardowanie jak za czasów Blitzu, więc jej matka musiała być bezpieczna.Zawahała się przed wejściem na zaczarowane schody, które zawisły przy niej z obietnicą zabrania jej do wieży Ravenclawu. Dlaczego postanowił dać jej czas? Gdzie się udał?
Wiesz, dlaczego oddzieliło nas od ciał?
Wiedział czy zamierzał się tego dowiedzieć?Pobiegła do biblioteki i zajrzała do środka przez uchylone wrota. Panowała tam rzadko spotykana cisza pozbawiona szmeru przewracanych stron czy skrobania piór po pergaminach, przy biurku brakowało też pani Keen.Marta wślizgnęła się do środka, rozglądając się dookoła. Ciche skrzypnięcie niosące się z góry poprowadziło jej spojrzenie na piętro, gdzie niedaleko barierki i spiralnych schodów dostrzegła bibliotekarkę wychodzącą spomiędzy regałów. Na ten widok Marta schowała się za posągiem Roweny Ravenclaw i dopiero gdy zagrożenie zniknęło z horyzontu, zapuściła się okrężną drogą na rekonesans.Samą siebie zaskoczyła tym, jak bezszelestnie przeszła przez bramę Zakazanego Działu, której dziwnym trafem nie chroniło żadne zaklęcie. Przemknęła wzdłuż półek do tylnej sekcji, gdzie zastała Riddle’a pochylonego nad księgą.— Powinnaś być na transmutacji — odezwał się, nie podnosząc na nią wzroku. — Po co tu przylazłaś?— Musisz coś dla mnie zrobić — rzuciła na bezdechu, co zostało skwitowane prychnięciem. Dłonie miała śliskie od potu. — Niemiecka rakieta spadła niedaleko miejsca, gdzie mieszkam razem z matką, musisz…— Chiswick w Londynie? — wtrącił, niewzruszony. To całkowite wyzucie z emocji, brak jakiegokolwiek zainteresowania czy empatii podziałały na Martę niczym policzek. — Tak, czytałem o tym.— Słyszysz, co powiedziałam? Mojej matce coś mogło się stać! — syknęła, machnąwszy różdżką. Czytana przez Riddle’a księga zatrzasnęła się na centymetr przed jego nosem, zanim opadła na bok. — Musisz poprosić kogoś z nauczycieli, żeby sprawdzili, czy wszystko z nią w porządku. Teraz!Przez moment nie wiedziała, czy Riddle zamierza znów wdać się z nią w szarpaninę, czy zabić ją na miejscu za pomocą spojrzenia.— Zmarło dwóch mężczyzn i trzyletnie dziecko — odparł niechętnie. — Nie zdaje się pasować do tego opisu.— Dziewiętnaście osób zostało rannych. Moja matka może być wśród nich — powiedziała, a gdy zobaczyła nieprzekonany wyraz wykrzywiający jego wargi, miała ochotę nim potrząsnąć, nawet jeśli niczego by tym nie wskórała. — Zrobisz to albo powiem wszystkim, co się stało.Doczekała się odpowiedzi pod postacią zaledwie nieznacznego uniesienia brwi.— Jestem ciekawa, czy twoi koledzy dalej będą zapatrzeni w ciebie jak w obrazek, kiedy się dowiedzą, że mugolaczka wykurzyła cię z własnego ciała. Riddle, niezastąpiony prefekt naczelny, najzdolniejszy uczeń przechytrzony przez uczennicę, o której istnieniu jeszcze wczoraj nie miał pojęcia.— Czyli przyznajesz się, że zrobiłaś to celowo? — spytał takim tonem, jakby pośród gróźb tylko ta kwestia pochwyciła jego zainteresowanie.— Nie, ale oni nie muszą tego wiedzieć. — Marta wzruszyła ramionami, dzielnie utrzymując zaciętą minę, gdy Riddle podniósł się z krzesła. — Oczywiście wolałabym, żebyś poszedł mi na rękę. Będę ci za to nawet wdzięczna.— Wdzięczna — prychnął. — Wdzięczna za to, że uległem szantażowi?— Nie rób z siebie ofiary, ty też mnie szantażujesz.— Jestem przekonany, że profesor Dippet nie będzie miał problemu z ustaleniem, kto padł czyją ofiarą — odparł drwiąco, ale skierował się ku wyjściu z Zakazanego Działu bez dodatkowej zachęty. Przeszedł przez klekoczącą bramę, jakby nie musiał się martwić czymś tak przyziemnym jak przyłapanie na gorącym uczynku. — Imię twojej matki?— Lucy — powiedziała Marta, ledwo powstrzymując się od odetchnięcia z ulgą. — Lucille Warren.— Mugolskie. Do bólu.— Odezwał się Tom ze sławnego rodu Riddle.Ku jej zniesmaczeniu, jego kształtne wargi zadrżały w uśmiechu.— Na szczęście imię można nadać sobie samemu.Marta próbowała puścić ten komentarz mimo uszu, ale podczas przemierzania opustoszałych korytarzy nie potrafiła przestać się zastanawiać, czy naprawdę byłby gotów zmienić imię tylko dlatego, że nie odpowiadała mu jego mugolskość. Nie wiedziała o nim zbyt wiele, jednak żeby dostać się do Slytherinu, musiał być czarodziejem półkrwi. Święta spędzał w Hogwarcie, czego dowiedziała się tylko przez to, że w zeszłym roku też je tutaj spędziła.Czekała za rogiem, przysłuchując się, jak Riddle pukał do pokoju nauczycielskiego. Drzwi zaskrzypiały, zamek kliknął i zapadła całkowita cisza, która tylko niemiłosiernie podkreślała każdą sekundę wyczekiwania na wieści.— Cała i zdrowa — powiedział po kwadransie, tak gwałtownie wyrywając Martę z rozmyślań, że cała podskoczyła. Skrzywił się, wyraźnie sądząc, że nie powinna tak niedorzecznie zachowywać się w jego ciele. — Nie była zadowolona z odwiedzin Ogga.Nie zdążyła nawet odetchnąć z ulgą, a przeraziła się na wyobrażenie, jak ten łysy mężczyzna, z budowy przypominający trzydrzwiową szafę, znienacka teleportuje się do obwieszonego świętymi obrazkami salonu matki. Jeśli nie oblała go wodą święconą, właśnie skraplała wszystko, czego dotknął.— Ogga? — spytała, wstrząśnięta. — Wysłałeś do niej gajowego?!— Nikogo innego nie było w pokoju nauczycielskim. Poza tym, że nieźle ją nastraszył, spełnił swoje zadanie. — Riddle uśmiechnął się sam do siebie tak złośliwie, jakby napędzanie stracha bogobojnym mugolkom właśnie stało się jego ulubionym hobby. Wyciągnął rękę. — Różdżka.— Co?— Chyba nie myślałaś, że zostawię ci swoją? — Pośpieszył ją machnięciem. — Wyświadczyłem ci przysługę, więc okaż mi należytą wdzięczność, Warren. Twoja śmieszna różdżka nie nadaje się do paru eksperymentów, które zamierzam wykonać.— Eksperymentów? — Sięgnęła do kieszeni, ale powstrzymała się niczym trafiona gromem z jasnego nieba. — Powiedz mi, że się mylę i wcale nie zamierzasz przeprowadzać czarnomagicznych eksperymentów na moim ciele.— Mylisz się.— Nie mów tak tylko dlatego, że chcę to usłyszeć! — żachnęła się, postępując o krok w tył. — Zabraniam ci robić ze mnie królika doświadczalnego. Tak się składa, że zabraniam ci robić cokolwiek, cokolwiek z moim ciałem, zrozumiano?Spodziewała się kolejnej kpiny czy komentarza pokroju Goyle’a, w końcu Riddle to chłopak, a wszyscy chłopcy są tacy sami, lecz zamiast tego dostała pełne pogardy spojrzenie, które wyrażało więcej niż tysiąc słów. Mina Riddle’a nie pozostawiała wątpliwości, że odebrał tę sugestię za potwarz, jak gdyby uważał zainteresowanie się ciałem Marty za najbardziej uwłaczającą rzecz, o jaką możnaby go oskarżyć.— Nie będę niczego na tobie testować — powiedział, rozdrażniony. Nie uważała go za godnego zaufania, więc to zapewnienie nie stanowiło dla niej żadnego pokrzepienia. — Na twoim miejscu oddałbym mi różdżkę po dobroci.Nie uśmiechało się jej oddawanie w jego ręce różdżki lepiej przystosowanej do praktykowania czarnej magii, ale tęskniła za własną i nie chciała, aby wyzionęła ducha podczas eksperymentów. Rozbrzmiał dzwonek, obwieszczając koniec lekcji i zarazem skracając jej czas do namysłu. Postanowiła zaryzykować, dochodząc do wniosku, że gdyby mu odmówiła, Riddle dostarczyłby dyrekcji kolejny powód ku wyrzuceniu jej z Hogwartu.Przetransmutował różdżki na swoje wzajemne podobieństwa, tak aby nikt nie zadawał niewygodnych pytań, a następnie bez słowa odszedł w kierunku biblioteki.— Poczekaj! — krzyknęła za nim, a on zatrzymał się dopiero po którymś kroku, prawie jakby robił jej łaskę, i wyczekująco obejrzał przez ramię. — Czy moja mama coś mówiła?— Nie.— Ani słowa?Pokręcił głową, pozostawiając Martę sam na sam z myślami. Martwiła się o los matki, o to, czy nic się jej nie stało w wyniku uderzenia niemieckiego pocisku, a ona nawet nie zainteresowała się losem córki? Rok szkolny rozpoczął się niedawno, ale mogła chociaż z grzeczności zapytać, czy dotarła bezpiecznie do Hogwartu, zamienić kilka słów, nawet jeśli jej córka tak naprawdę była chłopcem w dziewczęcej skórze.Przybiła ją świadomość, że ich stosunki nie miały żadnych szans na poprawę. Marta nigdy nie przestanie być czarownicą, a jej matka nie wyrzeknie się wiary ani kościoła. Przy tak zaawansowanym fanatyzmie religijnym nie istniał sposób na połączenie tych dwóch światów w jedno, nawet jeśli mimo okazyjnego praktykowania Marta uważała się za wierzącą czarownicę.Z ciężkim sercem wróciła na kolejne lekcje, znajdując częściowe pocieszenie w fakcie, że Riddle nie pokusił się na więcej wagarów. Surrealistycznie patrzyło się na samą siebie, w katastrofalnie upiętych włosach i z wiecznym grymasem niezadowolenia na twarzy, nie wspominając o słuchaniu własnego głosu wtedy, gdy Riddle udzielał odpowiedzi na lekcjach. Na szczęście potrafił odgrywać rolę Marty na tyle wiarygodnie, że zdawał się nie wzbudzać podejrzeń dziewczyn z dormitorium ani Alfreda, który wysłał mu kilka karteczek z wiadomościami podczas lekcji zaklęć.Przez to, że Marta nie zdołała przełknąć niczego podczas śniadania, czas dzielący ją od przerwy obiadowej zdawał się dłużyć w nieskończoność. Gdy wreszcie zasiadła przy stole Slytherinu — znów otoczona tymi samymi twarzami, co wcześniej — mogłaby zjeść hipogryfa z kopytami.Nie przepadała za pieczoną szynką i puddingiem Yorkshire, ale ciało Riddle’a zachowywało się tak, jakby to danie było mu niezbędne do funkcjonowania, więc najadła się do oporu. Na szczęście ten dziwny chłopak nie miał obiekcji wobec herbaty Earl Grey (choć i tak pił znacznie silniejszą, niż miała w zwyczaju), dzięki czemu przez błogą chwilę poczuła się niemal normalnie.— Longbottom węszy — skomentował Nott, opadając na ławkę obok Abraxasa, który zacisnął cierpko wargi. — Czego się tak krzywisz?— Zawsze się zarzekasz, że nikt nie przekazał ci instrukcji, ale tym razem specjalnie zrobiłem to osobiście — odparł Abraxas, składając gazetę na cztery części. — Pomyślałby ktoś, że chociaż z tej okazji się do nich zastosujesz.— Instrukcje nie mówiły nic o stwierdzaniu prostych faktów. — Nott zajrzał przez uniesione wieczko do czajnika i wymruczał pod nosem coś na temat obijających się skrzatów domowych i tego, jak rozpuściło je służenie w Hogwarcie. — Longbottom węszył już końcem zeszłego roku po tym, jak… — Odchrząknął, zerkając na popijającą herbatę Tomartę. — Cóż, nie skończył. Kręcił się pewnie sami wiecie gdzie.— Niech węszy — powiedział Goyle z nieprzyjemnym uśmieszkiem. — Jeśli napatoczy się tam, gdzie nie powinien, chętnie nauczę go cennej życiowej lekcji.Marta podziękowała sobie w duchu za zainteresowanie się kółkiem teatralnym. Gdyby nie ono, nie potrafiłaby udawać niewzruszonej podczas wysłuchiwania gróźb wystosowanych pod adresem Alfreda.— Ten zdrajca krwi musi się nauczyć więcej niż jednej lekcji — kontynuował Nott, machnięciem różdżki przyzywając czajnik, z którego korzystał właśnie siedzący nieopodal trzecioroczny; nalał sobie herbaty i napełnił pustą filiżankę Tomarty, która zmusiła się do podziękowania. — Widzieliście go z tą szlamą? Paraduje z nią po korytarzach, jakby wyrwał najładniejszą laskę w całym Hogwarcie, a nie spasłego gumochłona.Marta pociągnęła łyk Earl Greya i przełknęła go, mimo że parzył ją w usta. Chwila cierpienia pomogła jej w przemilczeniu komentarza dotyczącego wyglądu Notta. Z postury przypominał postawioną na drążku miotłę, a jego wiecznie nastroszone włosy odwzorowywały ogon z powykrzywianymi witkami. Nie wspominając o stale zdegustowanej minie, jakby potrafił z każdej odległości wyczuć przepocone skarpety Goyle’a. W skrócie, Nott nie wygrywał konkursów piękności, więc nie powinien się poczuwać do wygłaszania obelg pod adresem Donny.— Może Longbottom wyznaje ten sam pogląd, co ty — mruknął z pełnymi ustami Goyle. — Torba na głowę i jazda. Poza tym na bank umawia się z nią ze względu na… — Przełknął, wolną ręką kreśląc kształt biustu na swojej klatce piersiowej. — Szlama czy nie, pod tym względem jest wyjątkowo zdrowa.— Jest gruba — odparł kąśliwie Nott. Marta szukała spokoju w przymknięciu oczu i próbie zdekoncentrowania się od tej rozmowy poprzez wyobrażenia pana Darcy’ego wjeżdżającego na czarnym rumaku do Wielkiej Sali. — Oczywiście, że ma wielkie cycki.— Chuda czy gruba, cycki to cycki — skwitował Goyle. — Poza tym słyszałem od paru chłopaków, że jest łatwa i całkiem chętnie daje się wymacać… Jestem pewien, że…— Czy naprawdę musimy rozmawiać o cyckach? — wtrąciła Marta, gdy jej oburzenie sięgnęło zenitu. Wypowiedzenie słowa „cycki” wiele ją kosztowało, ale wolała się oddać płonnej nadziei, że Donna też stanęłaby w jej obronie. — Chcę wypić herbatę w spokoju.Abraxas uśmiechnął się nieznacznie, posyłając Tomarcie poufałe spojrzenie. W międzyczasie Nott próbował sprowadzić rozmowę na inne tory, jednak przeszkodził mu w tym Goyle, który głośno odłożył sztućce.— Wiesz co, Tom? — rzucił, opierając łokcie o blat. Splótł palce i oczyścił zęby z jedzenia przejechaniem po nich językiem. — Masz ostatnio problemy z dosłownie wszystkim. Niby rozumiem, wczoraj było blisko, ale chyba nie musisz wiecznie psuć nam zabawy?— Goyle — upomniał go Abraxas.— Wiem, wiem, przecież o niczym nie mówię. — Goyle machnął na niego ręką, jakby odganiał muchę brzęczącą mu koło ucha. — Wrzuć na luz, Tom. Pokorzystaj trochę z życia, a już najlepiej by było, jakbyś pokorzystał z tych wszystkich dziewczyn, które mają mokre majty, jak tylko na nie spojrzysz. Na przykład ta blondyna, Greengrass. Astra, czy jak jej tam.Marta miała ochotę zapaść się pod ziemię w trakcie rozmowy o „cyckach” Donny, lecz teraz z tyłu głowy miała wyobrażenie siebie w trumnie, opuszczanej na linach do świeżo wykopanego dołu. Wcielała się w rolę chłopaka niespełna dzień, a już uważała to za najgorsze doświadczenie w całym swoim życiu. Donna zawsze powtarzała, że Marta podchodziła do chłopców zbyt krytycznie, ale nawet nie zdawała sobie sprawy, że ta zamierzała wspiąć się na nowy poziom wylewania na nich pomyj przy każdej nadarzającej okazji.Goyle i Nott to świnie. Wszyscy byli świniami. Riddle pewnie też, nawet jeśli w jego przypadku był to najmniej obraźliwy termin, jakim mogłaby go określić.— Tom — rzucił Goyle, przyglądając się badawczo zarumienionej Tomarcie — czy ty kiedykolwiek, no wiesz? Zamoczyłeś?Boże, zabierz mnie do nieba, błagała w myślach.Kolejne sekundy mijały, a nabierająca na intensywności cisza zdawała się stanowić odpowiedź dla Goyle’a, który nic tylko uśmiechał się szerzej i szerzej. Marta musiała wreszcie się odezwać, nawet jeśli zabranie głosu w takiej sprawie jawiło się dla niej gorzej niż perspektywa wylądowania w skrzydle szpitalnym jako kolejna ofiara spetryfikowania.— Moje prywatne sprawy nie powinny być twoim zmartwieniem, Goyle — odparła po namyśle, całkiem zadowolona z nuty pogardliwości, którą podsłyszała u Riddle’a. Wysłuchiwanie tak odrażających komentarzy nie stawało się łatwiejsze w jego skórze, ale przynajmniej będąc nim wiedziała, że nikt nie złoży jej zaraz jeszcze bardziej skandalicznej propozycji. — Ktoś powinien cię nauczyć trzymać język za zębami.Nott zapchał się jedzeniem, Abraxas na powrót zajął się gazetą (choć w kącikach jego ust błąkał się cień uśmiechu), a z kolei Goyle wyglądał, jakby dostał z obucha w łeb, co było reakcją niewymierną do słów Marty. Otworzył usta tylko po to, żeby natychmiast je zamknąć, po czym bez słowa pożegnania wyszedł z Wielkiej Sali.— Prawidłowo — stwierdził ostrożnie Abraxas, a gdy Tomarta spojrzała na niego z zaciekawieniem, ośmielił się dodać: — Powinieneś trzymać Goyle’a tak krótko, jak tylko się da.Najchętniej spytałaby „dlaczego?”, niestety Riddle z pewnością doskonale znał ten powód. Niemniej słowa Abraxasa w połączeniu z reakcją chłopaków stanowiły pewną wskazówkę. Najwyraźniej Riddle cieszył się wśród Ślizgonów znacznie większym poszanowaniem, niż Marta się spodziewała. Zyskiwanie sobie posłuchu wśród rówieśników i wypracowanie dobrej opinii to jedno, zasiewanie niepokoju pojedynczym komentarzem to drugie. Być może nie była jedyną osobą, która padła ofiarą zastraszania przez perfekcyjnego prefekta naczelnego.
***
Mimo że z dnia na dzień stawało się coraz chłodniej, słońce świeciło tak pięknie, że Marta nie oparła się perspektywie odrobienia lekcji na błoniach, pod rozłożystym dębem. Gdy zaczął zapadać zmierzch, zebrała podręczniki do torby i udała się do sowiarni, gdzie wysłała list do matki, tak naprawdę nie spodziewając się odzewu, a następnie do trzeciej szklarni, gdzie nałożyła rękawice ze smoczej skóry. Dodała już nawozu do dwóch doniczek z wywijającymi liśćmi mandragorami, gdy rozległ się za nią głos:— To takie miłe z twojej strony, że chcesz pomóc tamtej dziewczynce.Wbrew usłyszanym słowom, a już szczególnie milusińskiemu tonowi, w jakim zostały wypowiedziane, wyobraziła sobie krzywą minę koleżanki. Gdy się odwróciła, okazało się, że Olivia Hornby przeszła transformację z wrednej małpy w prawdziwego aniołka. Założyła za ucho kosmyk jasnobrązowych włosów i z zakłopotaniem spuściła wzrok, a gdy znów spotkała się nim z — jak sądziła — Tomem, jej policzki pokrył rumieniec, który dodał uroku mimo zaognionego trądziku.— Tej spetryfikowanej — wyjaśniła, interpretując milczenie jako niezrozumienie. Nałożyła rękawice i niepewnie zbliżyła się do stanowiska pracy. — Wiesz, jak długo może to potrwać?— Same mandragory będą dojrzewać co najmniej kilka miesięcy — skwitowała chłodno Marta, wciąż podejrzliwa. — Przy tym uwarzenie eliksiru powinno być krótkie.— Hmm, no tak… Racja. — Olivia rozejrzała się bezradnie dookoła, a następnie przywołała zaklęciem pierwszy lepszy worek z nawozem, jako że ten najbliższy był już pusty. — Ile powinnam tego nałożyć?— Najlepiej wcale, chyba że chcesz pozbyć się mandragor, zanim dojrzeją — odparła Marta, odsyłając worek z nawozem z łajna chochlików kornwalijskich. Na jego miejsce przyzwała klasyczny smoczy. — Garść wystarczy.— Och, nie jestem najlepsza z zielarstwa — bąknęła z zakłopotaniem Olivia. Nie była, chociaż starała się deptać Marcie po piętach, lecz zagadkę stanowiło to, czy robienie z siebie słodkiej idiotki zadziałałoby na Riddle’a. — Jak myślisz, tyle?— Garść.— W twojej ręce zmieści się znacznie więcej niż w mojej. Mam małe dłonie.Marta nawet na nią nie spojrzała. Jeszcze przed chwilą dogorywała wewnętrznie, kawałek po kawałku, słowo po słowie, ale teraz postanowiła obrócić tę sytuację na swoją korzyść. Wpadka z Amortencją przyniosła katastrofalne skutki, niemniej nie musiała doprowadzić do pokrzyżowania wszystkich planów.Tym razem zakłopotanie Olivii było prawdziwe. Przestała nadstawiać rękę, żeby uzyskać przyzwolenie na dodanie takiej ilości nawozu do doniczki, i wreszcie wzięła się do pracy. Jej niespokojne ruchy i rozkojarzone spojrzenie świadczyły, jak desperacko starała się wymyślić temat do rozmowy.— Też nie jestem najlepszy w zielarstwie — stwierdziła tonem uprzejmej pogawędki Marta, a rysy twarzy Olivii rozluźniła ulga.— Nie musisz być skromny. Jesteś najlepszy na roku.— Nie w zielarstwie.— No, nie wiem… Jeśli nie ty, to kto?Marta wydęła niewinnie wargi i udała zamyślenie, uciekając wzrokiem wzdłuż szyb wychodzących na błonia pogrążone w coraz gęstszej ciemności.— Marta. Marta Warren.Ręce Olivii kurczowo zacisnęły się na szczycie donicy. Musiałaby żyć w świecie urojeń, żeby spodziewać się padnięcia innego nazwiska, nawet jeśli z uporem maniaka starała się zdobyć lepsze stopnie niż swoja największa konkurentka.— Warren? — spytała, prawie całkowicie maskując rozgoryczenie. Zaledwie jego nuta w głosie Olivii wystarczyła, żeby Marta poczuła się jak po Musach Świstusach, od których lewitowało się centymetr nad ziemią. — Jest co najwyżej dobra. Może i nauczyła się podręczników na pamięć, ale ma braki w praktyce.— Według mnie ma prawdziwą smykałkę do zielarstwa. Do eliksirów też.Olivia poświęciła porządny moment na przetrawienie tego ciosu. Z kolei Marta rozkoszowała się wcieraniem soli w rany swojej przeciwniczki.— Może i tak — przyznała niechętnie Olivia, choć jej głos nie pozostawiał wątpliwości, co o tym sądziła —
ale to nie ona jest ulubienicą profesora Slughorna.— Nie, nie jest.Tym razem to Marta włożyła zdecydowanie zbyt wiele siły w odkładanie na bok donic, którymi już się zajęła. Nienawidziła tego, jak Slughorn zachwycał się nad najdrobniejszym ruchem Riddle’a podczas lekcji, jak zasypywał go komplementami, gdy Riddle pokusił się na dodanie do kociołka niewspomnianego w przepisie liścia mięty czy dodatkowej kropli wody z rzeki Lete. Była przekonana, że czasem Slughorn rozpływał się nad umiejętnościami Riddle’a nawet wtedy, gdy ten nie zdążył zrobić niczego poza wypełnieniem kociołka bazową miksturą.— I nie jest członkinią Klubu Ślimaka — dodała pochlebnie Olivia.— Ty też nie jesteś.— Och, nie. — Olivia wcale nie wydawała się urażona, co poirytowało Martę. — Nie jestem, ale ja w przeciwieństwie do niej nie twierdzę, że mam większą smykałkę do eliksirów niż ty.Gdyby język Olivii wydłużyłby się o choćby centymetr, Marta oczekiwałaby po niej łapania nim krążących wokół nawozu much, coby przypieczętowała swoje podobieństwo do przerośniętej ropuchy. Naprawdę, naprawdę chciała przypodobać się Riddle’owi, równocześnie wrzucając ją pod pociąg? Jeszcze wczoraj by nawet nie wiedział, o kim mowa!— Poza tym Klub Ślimaka składa się z samych chłopców, prawda? — kontynuowała Olivia, ściągając rękawice. Rzuciła je na blat i pochyliła się nad doniczką Tomarty, niby wielce zainteresowana jej poczynaniami. Gdy ta odpowiedziała twierdzącym pomrukiem, Olivia dodała: — Warren jest o to paskudnie zazdrosna, ale ja uważam, że powinno tak zostać.— Tak?— Tak.— Uważasz, że tylko chłopakom należy się zawiązanie wartościowych znajomości i lepszy start w karierę zawodową?To pytanie zbiło Olivię z pantałyku na porządną chwilę. W ciszy przyglądała się, jak Tomarta masowała palcami liście mandragory, która okazywała jej swoją satysfakcję poprzez poruszanie ziemią i delikatne wibracje wyczuwalne w łodydze.— Uważam, że chłopcy długofalowo skorzystają na tym bardziej niż dziewczyny — wyjaśniła ostrożnie Olivia, zerkając na Tomartę. Ta z kolei mogłaby się przyzwyczaić do dosłownego patrzenia na nią z góry i zaśmiewania się w myślach z tych wszystkich żałosnych kłamstw i prób przypodobania się chłopakowi. Drugiej tak wielkiej hipokrytki w życiu nie spotka! — Kilka lat po szkole kobiety założą rodziny i będą musiały na dłuższy czas porzucić pracę na rzecz wychowywania dzieci, więc kontakty i kariera pozyskane przez Klub Ślimaka poszłyby na marne. Jakby na to nie spojrzeć, chłopak lepiej wykorzystałby taką szansę.— Mhm.— Myślisz inaczej?Marta do pewnego stopnia się z nią zgadzała, nawet jeśli nigdy w życiu nie przyznałaby tego na głos. To oczywiste, że kilkuletnia przerwa w pracy niekorzystnie odbiłaby się na karierze kobiet i jeszcze bardziej oczywiste, że w tym czasie mężczyźni wspięliby się na wyższe stanowiska. To jednak nie oznaczało, że brak obowiązku macierzyństwa powinien stawiać chłopców na lepszej pozycji życiowej niż dziewczyny.— Uważam, że do Klubu Ślimaka powinni trafiać najlepsi uczniowie — powiedziała, odsyłając worek z nawozem na miejsce. — Niezależnie od płci i statusu urodzenia.Olivia szybko zamaskowała zaskoczoną minę, na jej miejsce wyciągając z rękawa wyraz uznania.— To postępowy pogląd — skomentowała, tym razem ze szczerym uznaniem. — Szczególnie biorąc pod uwagę, jak wielu wpływowych przyjaciół posiadasz. Niektórzy są przeciętni w nauce, a i tak zajmują miejsce w klubie.— Cóż, nie powinni.Marta odłożyła rękawice na miejsce i wyszła ze szklarni, całą drogę powrotną do zamku ignorując próby kontynuowania tematu przez przebierającą nogami Olivię. Przez większość czasu Marta czuła się pokracznie w tak wysokim ciele, ale teraz pławiła się tym, jak szybko mogła się poruszać bez żadnego wysiłku, a przy okazji przyprawić poruszającą się niemal półbiegiem koleżankę o potknięcie się z nieuwagi.Puściła mimo uszu słowa pożegnania i zeszła do lochów. Była głodna jak wilk, więc zjadła kolację w kuchni, gdzie skrzaty zaspokoiły każdą jej najdrobniejszą zachciankę, a następnie udała się do pokoju wspólnego. Hasło „supermacja krwi” ledwo przeszło jej przez gardło.— Znów siedziałeś w bibliotece, mam rację? — usłyszała za plecami. Abraxas leżał wyciągnięty na kanapie, z głową wspartą na kolanach jakiejś Ślizgonki z piątego roku, która przeczesywała mu mlecznobiałe włosy palcami. — Dołączysz?Pomachał butelką ognistej whisky, a Marta mimo odmówienia opadła na fotel pod wysokimi oknami wychodzącymi na głębiny jeziora. Z wszystkich chłopaków z dormitorium jedynie Abraxas jej do siebie nie zraził, nawet jeśli z zasady nie pałała do niego sympatią. Świadczył o nim sam fakt, że nawet nie ukrywał się z piciem alkoholu w szkole.— Zjeżdżaj — powiedział do Ślizgonki, podnosząc się z jej kolan. Przybrała naburmuszoną minę, ale bez słowa pomaszerowała do korytarza prowadzącego do dormitoriów dziewczyn, strzeżonego przez dwie uzbrojone w miecze zbroje. — Popatrz, co gwizdnąłem z sali do wróżbiarstwa.Sięgnął do torby, a wpływ alkoholu utrudnił mu poradzenie sobie z zatrzaskami. Ostrożnie wyjął coś okrągłego, owiniętego w srebrno-zielony szalik, a następnie pokazał Tomarcie kryształową kulę.— Prawie mi się zbiła, kiedy schodziłem po tej przeklętej drabince — mruknął, obracając ją w dłoniach. Spojrzenie szarych oczu miał równie zamglone, co wnętrze kuli. — No ale byłem już trochę pijany…Marta pokręciła głową, wyobrażając sobie drabinkową przerawę w dół wieży w wykonaniu podpitego Abraxasa, i doszła do wniosku, że czuwał nad nim anioł stróż, skoro nie skończył jako krwawa papka.— Chodź do chłopaków, powróżę nam — rzucił, podnosząc się z kanapy. Marta nie miała ochoty spędzać z nimi czasu, ale wystarczająco się ich naunikała po lekcjach, więc poszła za nim. — Goyle, ty świnio!Goyle zarechotał, a Marta i Abraxas złapali się za nosy. Walory zapachowe w pozbawionym okien dormitorium chłopców pozostawialy tak wiele do życzenia, że Marta zatęskniła za ciągłym napięciem, jakie odczuwała z powodu przymusu spania w tym samym pomieszczeniu, co Olivia.— Macie, ja muszę dać sobie na wstrzymanie. — Abraxas podał Nottowi butelkę, a ten natychmiast odkorkował ją i pociągnął potężny łyk. — No, kto pierwszy? Wróżbita Malfoy jest do waszej dyspozycji.— Ja — rzucił zachrypniętym głosem Nott.Abraxas wyszczerzył zęby w chwytający za serce sposób i doskoczył do szafy stojącej w kącie dormitorium. Wyrzucił ze środka stertę ubrań (co spotkało się z oburzonym protestem Goyle’a), a następnie schował coś za pazuchę szaty i zniknął w łazience.Gdy jej drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, światła niespodziewanie zgasły. Wyłonił się z ukrycia niczym upiór, z twarzą podświetloną od dołu przez emanującą białą, mglistą poświatą kryształową kulę, która nadawała jego przesadnie wytrzeszczonym oczom mistycznego, lekko niezrównoważnego wyrazu. W akompaniamencie powykrzywianych okularów-połówek, skołtunionej, sztucznej siwej brody oraz luźno zwisających na nim fioletowych, przestarzałych szat, wyglądał niczym profesor Dumbledore po sowicie przyprawionych nielegalnymi substancjami przejściach w Zakazanym Lesie.— A zatem, Theodorusie Nottcie — odezwał się tubalnym głosem mędrca, pocierając kryształową kulę z teatralnym patosem, uzbrojony w podniosłą minę, która przyprawiła Martę o szczery uśmiech. — Nawiązałem kontakt z otaczającą cię aurą, ale potrzebuję fizycznego łącznika. — Zbliżył się tanecznym, rozchwianym krokiem do Notta i chwilę hipnotyzował go falującym ruchem dłoni, zanim znienacka zanurzył ją w jego włosach. Intensywny masaż skalpu sprawił, że szczecina Notta naelektryzowała się i zaczęła sterczeć we wszystkich kierunkach bardziej niż zwykle. — Taaak, ochhh taaak… Wyczuwam silne wpływy Saturna… Wszyscy wiemy, co za klęski to oznacza…— Jakie? — bąknął zdezorientowany Nott, gdy gdzieś pośród jego włosów rozległ się cichy trzask iskier.— Saturn zwiastuje ziszczenie się naszych najgorszych obaw — kontynuował Abraxas. Zacmokał z politowaniem i zastukał knykciami w kryształową kulę. — Potwierdza je osoba, którą tu widzę. — Przymknął oczy i uciszył gestem otwierającego usta Notta. — Przemawia do mnie. Nottowa mówi — przybrał przesadnie piskliwy głosik — „Mój najukochańszy chłopak ma wstydliwy problem. Nieważne, jak długo miętoszę jego węgoża, nigdy nic mu nie tryska! Chyba jeszcze nie przeszedł dojrzewania…”Goyle ryknął śmiechem, Nott nachmurzył się, a rozgrzana rumieńcem Marta cieszyła się, że jedyne źródło mglistego światła znajdowało się w dłoni Abraxasa, z daleka od niej.— CISZA! — Abraxas obrócił się gwałtownie, jego fioletowa szata załopotała złowieszczo. Przystawił kulę do ucha i przybrał taką minę, jakby z pełnym zaangażowaniem słuchał, co do niego mówiono. Znów przybrał dziewczęcy głos: — „Jest uzależniony od samogwałtu, a przynajmniej taką diagnozę wystawił mu Uzdrowiciel Jackoff. Theo nie potrafi mnie zaspokoić taką rozlazłą parówką, dlatego ja i moje jędrne cycuszki, miseczka A, poszukałyśmy szczęścia gdzie indziej.”— Śmiej się, śmiej — wtrącił Goyle. Jego mętne spojrzenie świadczyło, co właśnie sobie wyobrażał. — Nottowa się puszcza.— Jestem zdruzgotany — odparł Nott. Choć głos miał niewzruszony, nie potrafił się wyzbyć z miny śladu poirytowania. — Dlatego znalazłem pocieszenie u siostry Selwyna. Trzymaj gębę na kłódkę — wskazał na Goyle’a, który otworzył usta — i jak już przy niej jesteśmy, to ona ma niezłe cycki. I jest chuda.— No ma, ma — przyznał Goyle. — Ale mogłyby być większe.— Ma czternaście lat, więc pewnie jeszcze urosną.— Skoro jesteście tak zdesperowani, aż dziwne, że jeszcze się nie uganiacie za jedenastolatkami — wtrąciła zdegustowana Marta. Mimo że słuchanie wróżb na temat zaburzeń… męskich problemów nie do końca wpisywało się w jej gusta, żałowała, że Goyle i Nott zabili magiczną atmosferę roztaczaną przez wróżbitę Malfoya.— Nie, bajerowanie jedenastek to broszka Selwyna. — Nott szturchnął Abraxasa stopą, ześlizgując się z łóżka na podłogę. Z niepoprawnym uśmiechem wyciągnął butelkę w stronę Tomarty. — Więc Goyle trafił z tym, co o tobie mówił.Nie spodziewała się, że ten temat znów będzie wałkowany po tym, jak towarzystwo nabrało wody w usta podczas obiadu, lecz najwyraźniej alkohol bije na głowę roztropność.— Tak myślisz? — rzuciła chłodno, a gdy Nott poruszył się niespokojnie, zabrała mu butelkę. Nigdy wcześniej nie piła ognistej whisky, ale zmusiła się do przełknięcia obrzydliwego trunku, a nawet udało się jej utrzymać pokerową twarz. Pokręciła głową z oszczędnym uśmieszkiem i dodała: — Dżentelmen nie mówi o takich rzeczach.— Hmm, tak. Wy dwaj po prostu nie wiecie, kiedy przestać gadać — wtrącił mrukliwie Abraxas, poprawiając za uszami przezroczyste żyłki podtrzymujące brodę. Z gracją godną księcia przerzucił ją sobie przez ramię niczym szal i zaczął obracać kryształową kulę między obiema dłońmi. — Nadszedł czas na wieprza.— Grabisz sobie — upomniał go Goyle.— To twoja astralna forma. Nic nie poradzę na to, że energia wszechświata właśnie tak ukazuje mi cię w kuli. — Abraxas brzmiał całkowicie poważnie, ale Marta dostrzegła drgnienie kącika jego ust. Zbliżył się do Goyle’a i zamotał mu kryształową kulą przed oczami na chwilę przed tym, jak niespodziewanie nabrał głębokiego wdechu. Zaniósł się przesadzonym kaszlem, zanim raz jeszcze przemówił głosem Dumbledore’a: — Widzę… gdzieś tam, hen, w kłębach dymu i w chmurze smrodu… wieprza i wieprzycę.Nott parsknął śmiechem i powiedział:— To pewnie ta od Longbottoma.— Nie przestajesz o niej gadać — zauważyła Marta. — Może to jakieś zauroczenie?— Nie bez powodu widać ją u Goyle’a — odgryzł się Nott z zadartym nosem, lecz w jego głosie i tak rozbrzmiało rozdrażnienie, a przez twarz przemknął wyraz żałowania wygłoszonego komentarza. — Może po prostu ktoś naszprycuje go Eliksirem Wielosokowym albo… albo spontanicznie zmieni płeć. Pewnie wtedy nie capiłby aż tak bardzo.Zaschło jej w ustach, a z kolei Abraxas skrzywił się na samo wyobrażenie.— Myślę, że śmierdziałby jednakowo — wymamrotał, przenosząc spojrzenie na Tomartę, która usiadła obok niego pod piecem i zajrzała do kuli, ośmielona wpływem alkoholu. — Ciekawy, co zobaczę u ciebie?— Przecież nic tam nie widzisz — zauważyła ze zmarszczonymi brwiami. — To wszystko kpina.— No, nie wiem — wtrącił Goyle. — Nottowa naprawdę puszcza się z Rosierem z szóstego roku.— Z ROSIEREM? Ta szmata… Skąd wiesz, widziałeś ich? — dopytywał Nott. W jego orzechowych oczach błysnęło obsesyjne pragnienie zemsty. — Gdzie? Potrzebuję dowodów, wezmę aparat.Machnięciem różdżki przyzwał go z kufra i pstryknął zdjęcie, oślepiając Abraxasa i Martę błyskiem flesza. Przez podpicie chwilę mocował się z klapką, ale wreszcie udało mu się wydobyć kliszę filmową. Rozwinął ją i przejrzał miniatury czarno-białych fotografii, mrucząc pod nosem coś o konieczności poszukania zaklęcia do tworzenia kopii.— Tam, gdzie zawsze — odparł Goyle, przecierając oczy. — W łazience na trzecim piętrze.Marta w ostatniej chwili powstrzymała się przed wygłoszeniem komentarza, że nigdy nie widziała, aby w jej ulubionej łazience dochodziło do tego rodzaju schadzek. Zamiast tego potarła kark, zakłopotana świdrującym spojrzeniem Abraxasa, i zapytała:— No, to co widzisz?Uśmiechnął się do niej tak poufale, że z wrażenia połknęła język. Mimo antypatii do Ślizgonów nie mogła odmówić Abraxasowi posiadania niepowtarzalnej urody, w końcu mało kto mógł poszczycić się tak wyjątkowym, białym odcieniem włosów. W połączeniu z szarymi oczami i arystokracko bladą cerą nadawały mu niemal pozaziemskiej aury.Zacisnęła powieki, gdy bawiący się ustawieniami Nott znów poraził ich fleszem. Abraxas z urywanym westchnieniem przerzucił kulę w dłoniach, raz i drugi, a wypełniający ją dym zawirował.— Widzę… Nie — prychnął, tym razem trzepiąc nią niczym dziecko wyżywające frustrację na kuli śnieżnej. Zmrużył oczy, wpatrując się w kłęby dymu. — Widzę dziewczynę.Nott przestał się bawić aparatem, Goyle usiadł na łóżku, a Marta napięła się jak struna. W głowie zrobiło się jej tak lekko, że nie zdziwiłaby się, gdyby zaraz omdlała.— Nie bądź taki zszokowany — rzucił Nott, uśmiechając się w sposób, który nie spodobał się i Marcie, i Abraxasowi. Ten wciąż wyglądał tak, jakby oberwał z tłuczka w potylicę. — Tom ma mnóstwo różnych priorytetów i zajęć, ale nikt nie jest całkowicie odporny na pewne wdzięki, nawet jeśli takiego zgrywa.— Poznajesz ją? — wtrącił Goyle. — Zdrowa?— Nie widzę szczegółów. Tylko zarysy — warknął Abraxas, unosząc kulę w kierunku światła. Wsparł głowę o wygaszony piec, zagryzając zęby tak, że uwypuklały mu się mięśnie szczęki. — Ma… Nosi okulary, chyba.— Skoro widzisz okulary, musisz widzieć też inne rzeczy — rzucił Goyle, sugestywnie poruszając brwiami.— Och, zamknij się — powiedziała Marta, nie zamierzając wysłuchiwać uprzedmiatawiających komentarzy na swój temat. Zwróciła się do Abraxasa: — Jesteś pewien?— Trudno pomylić dziewczynę z czymkolwiek innym — odparł, podminowany. — Cóż, widocznie ktoś na ciebie czeka.Potrząsnęła głową, poruszając ustami niczym ryba wyjęta z wody.— Ktoś nieszczególnie interesujący — wtrącił żartobliwie Nott. — Jakaś czterooka wybranka… Może ta charłaczka, Midgen, co wygląda, jakby miała nosie denka od słoików? Szczerze mówiąc, innej nie kojarzę. Nie zwracam uwagi na okularnice.Marta spojrzała na niego z takim zdegustowaniem, że uśmiech spełzł mu z twarzy. Jeszcze wczoraj zaśmiewał się z niej — prawdziwej niej — i Olivii po lekcji obrony przed czarną magią, a teraz nawet nie pamiętał, że nosiła okulary?Zresztą, lepiej, żeby ktoś jego pokroju nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia. Goyle był obrzydliwy, ale zarazem prosty i nieskomplikowany, niestety Nott stanowił nieprzyjemny znak zapytania. Nie wiedziała, czego się po nim spodziewać.— Wreszcie! — wykrzyknął Goyle, podnosząc się z łóżka. Porwał Tomartę w górę i trzasnął w plecy tak mocno, że prawie poleciała na siedzącego jej pod nogami Abraxasa. — Upuścisz trochę pary i przestaniesz czepiać się o byle głupoty. Trzeba to oblać!Przejął butelkę od Notta, wzniósł toast i przełknął kilka łyków z taką łatwością, jakby zamiast ognistej whisky pił dyniowy sok.— Myślę, że to nadinterpretujecie — powiedziała. — Z tego co pamiętam, zobaczenie kogoś w kuli wcale nie musi oznaczać tego, o czym myślicie.Mimo że Abraxas wydawał się nieprzekonany, po namyśle kiwnął głową.— Tak — zgodził się. — To może być ktoś potrzebny do przejścia przez obecny etap życiowy, ktoś, kto może pomóc z przekroczeniem przeszkody, albo ktoś istotny do osiągnięcia sukcesu. Interpretacji jest wiele.— Myślę, że wszyscy wiemy, jaki etap jego życiu dobiegnie końca — mruknął Goyle, a Nott wykrzywił wargi w znaczącym uśmiechu. — Nasz Tom stanie się mężczyzną. Prawie się wzruszyłem.— Koniec tych głupot — zażądziła Marta, poluzowując węzeł krawata, który zdawał się ją podduszać. — Jesteście nawaleni, mam was dość.— Ty też możesz być.Zignorowała wyciągającego ku niej butelkę Goyle’a i udała się do łazienki w poszukiwaniu świętego spokoju. Powoli przyzwyczajała się do nowej codzienności na tyle, na ile było to możliwe, a jednak jej serce na moment wybiło się z rytmu, gdy zobaczyła w lustrze twarz Riddle’a. Ten przeklęty chłopak miał wszystko: sympatię nauczycieli, wrodzony talent i wpływowych przyjaciół, których potrafił przywołać do porządku jednym chłodniejszym komentarzem.Mogłaby się przyzwyczaić do bycia darzoną takim szacunkiem, a nawet do wzbudzania obawy. Chętnie zobaczyłaby, jak Olivia wije się pod ciężarem jej prawdziwego wzroku.Odkręciła wodę pod prysznicem, ostatni raz patrząc w lustro. Gdyby wszystkim silnym stronom Riddle’a nie towarzyszyła przystojna twarz i te rozbrajające oczy, nigdy w życiu nie zaskarbiłby sobie uznania tak wielu ludzi.Zgasiła światło, zdejmując krawat, i w ciemności zabrała się za rozpinanie guzików koszuli.

----- CHAPTER BREAK -----

Marta dokładała wszelkich starań, aby obudzić się jako pierwsza. W ten sposób zagwarantowywała samej sobie, że nie tylko uniknie kolejki do łazienki, ale i uchroni się przed potencjalnymi gorszącymi sytuacjami, których spodziewała się po dormitorium pełnym tryskających hormonami chłopaków. Mimo wstania prawą nogą (na tyle, na ile mogła, zważywszy na okoliczności), poranek rozpoczęła od gorzkiego stwierdzenia, że nawet przewracanie się na poduszce i sen nie zniweczyły idealnej fryzury Riddle’a. Wystarczyło, że Marta poprawiła jeden niesforny kosmyk, umyła zęby i zawiązała krawat, a wyglądała jak dar zesłany z niebios dla marnych śmiertelników takich jak ona.

Nie uśmiechała się jej kolejna wymiana zdań z chłopakami, więc cicho zamknęła za sobą drzwi łazienki i przemknęła na palcach z powrotem do łóżka. Wysunęła spod niego kufer, a gdy otworzyła wieko, okrzyk ugrzązł jej w gardle. Poleciała w tył, z łoskotem wpadając na chyboczącą się komodę, z której spadło jej coś na głowę.

Węże.

Węże!

Dziesiątki różnobarwnych węży wiło się w kufrze. Ślizgały się po podręcznikach i pojemnikach ze składnikami do eliksirów, smakowały powietrze językiem, a niektóre z nich kołysały podniesionymi łbami, przyglądając się Marcie tak, jakby tylko czekały, aż wykona zły ruch.

— Co jest, Tom?

Nie potrafiła wydusić z siebie odpowiedzi dla Abraxasa, nie teraz, gdy ułamek sekundy dzielił ją od ukąszenia. Resztka zdrowego rozsądku pokierowała jej ręką i rzuciła niewerbalne zaklęcie, które z hukiem zatrzasnęło wieko kufra na moment przed tym, jak pod brzuchem jednego z węży Marta zauważyła obity w skórę dziennik.

— Na brodę Merlina — jęknął Abraxas, dociskając dłoń do czoła. Udręczony ton jego głosu wskazywał, jak wiele spożyto wczoraj alkoholu. — Musisz tak wszystkim walić?

— Straciła-e-em równowagę, wybacz.

Rozejrzała się, szukając wokół czegoś, co wcześniej dotkliwie stuknęło ją w głowę. Na moment przed porzuceniem poszukiwań dostrzegła w kącie złoty pierścień z czarnym kamieniem i po namyśle doszła do wniosku, że przed tą niefortunną zamianą ciał widywała go na dłoni Riddle’a.

Ostrożnie wzięła go do ręki i zdumiała się, czując emanujące z niego pulsowanie, przywodzące na myśl rytm bijącego serca. Wolała nie wnikać, jaką magia go obłożono, a znając Riddle’a, gdyby tylko wsunęła go palec, jakaś starożytna czarnomagiczna klątwa przyprawiłaby ją o wyrośnięcie trzeciej ręki na czole, więc odłożyła pierścień na komodę.

Zaparła się stopami o bok kufra i wsunęła go z powrotem pod łóżko. Potrzebowała podręcznika na dzisiejsze podwójne zaklęcia, lecz najwyraźniej zdobycie go nie było jej pisane. Istniał cień szansy, że szybkie

Accio

poradziłoby sobie z tą przeszkodą, ale postanowiła nie ryzykować oberwaniem w twarz z otwierającego paszczę węża.

Riddle bez dwóch zdań musiał wślizgnąć się do dormitorium w czasie lekcji, tylko po co? Czy ta pułapka miała stanowić nieprzyjemną niespodziankę, swoiste przypomnienie, gdzie jest jej miejsce, czy może służyło powstrzymaniu jej przed znalezieniem czegoś konkretnego w jego rzeczach?

Czy naprawdę posiadał coś aż tak godnego ukrycia?

Przed oczami stanął jej czarny dziennik. Jeśli o to chodziło, nigdy w życiu by go nie przeczytała. W przeciwieństwie do co poniektórych wiedziała, co oznacza szacunek do drugiego człowieka. Zajrzenie do czyichś prywatnych zapisków byłoby równie wielkim przekroczeniem granicy co pozbawione zgody zapoznanie się z ciałem Riddle’a. Robiła wszystko, co w jej mocy, żeby nigdy do tego nie dopuścić — na czele z braniem pryszniców po ciemku i załatwianiu potrzeb z zamkniętymi oczami — więc nie musiał posuwać się do strojenia sobie tak wyrachowanych żartów.

Zatrzymała się, dostrzegając pod piecem kryształową kulę. Mimo że wieczór z ognistą whisky rozpoczął się od niewyrafinowanych żartów o wieprzach i dorabianiu rogów Nottowi, Abraxas nie kłamał, opisując dziewczynę rozpoznaną pośród strzępów dymu. Nie mógł się domyślić, że to właśnie ona znajdowała się w ciele jego przyjaciela, ale skoro posiadał dar jasnowidzenia, istniała szansa, że objawią mu się kolejne wskazówki.

Zaplątany w kołdrę Abraxas leżał na brzuchu, obejmując od spodu poduszkę, z kołdrą opuszczoną do pasa, przez co Marta nie mogła nie przesunąć wzrokiem po jego ramionach gęsto obsypanych piegami, które łagodziły wizerunek nieprzystępnego arystokraty. Był szerszy w ramionach niż Tom, ale równocześnie nie tak szeroki jak Alfred, a to porównanie sprawiło, że zastanowiła się nad swoimi upodobaniami. Im dłużej tak mu się przyglądała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że podobało się jej wszystko, co chłopięce, byle nie był to ktoś pokroju Goyle’a, Notta czy Mulcibera.

Abraxas uniósł powieki i spotkał się z nią spojrzeniem. Figlarna iskra w jego szarych oczach świadczyła, że zdawał sobie sprawę z bycia obiektem obserwacji.

Marta czym prędzej zamknęła za sobą drzwi dormitorium i na dziwnie miękkich kolanach czmychnęła do wyjścia z pokoju wspólnego. Nie potrafiła odpędzić od siebie wspomnienia tego, z jakim uwielbieniem i tęsknotą Abraxas zaglądał jej w oczy, gdy usiadła obok niego na moment przed zajrzeniem do kryształowej kuli, widoku jego ramion, a już w szczególności ścieżki srebrnobiałych włosków wędrujących w dół pępka.

Gdy ciepło wgryzło się w jej policzki, mimo że w przemierzanych lochach panował chłód, dotkliwie uszczypnęła się w nogę. Abraxas nie patrzył w ten sposób na nią, a na kogoś, kogo uważał za swojego najdroższego „Toma”. Marta była przekonana, że w swojej prawdziwej postaci nigdy nie udałoby się jej zasłużyć na atencję tak nierealnie przystojnego chłopaka, ale oczywiście Riddle — przeklęty Riddle — naprawdę miał wszystko.

Przeczuwała, że łączyło ich coś więcej niż przyjaźń. W mugolskim świecie relacje homoseksualne wciąż były uznawane za rażącą nieprzyzwoitość i przyłapanie na zaangażowaniu w takowych kończyło się wylądowaniem w areszcie, ale nigdy nie zastanawiała się, w jaki sposób postrzegali te sprawy czarodzieje. W niektórych aspektach życia (takich jak praca i docenianie osiągnięć kobiet) bywali o wiele bardziej postępowi, lecz w innych, szczególnie technologicznych, skrajnie zacofani. Mimo wszystko Marcie wydawało się, że Malfoyowie nie ucieszyłby się z wieści, że ich potomek gustował w tej samej płci, co mogłoby zagrozić przedłużeniu czystokrwistej linii rodu.

W pierwszym momencie na myśl o relacji męsko-męskiej w Marcie obudził się sprzeciw, ale gdy wyobraziła sobie pocałunek Riddle’a i Abraxasa, złapała się na nieśmiało kiełkującym zainteresowaniu. Nauki kościoła głosiły, że podobne występki są nienaturalne i grzeszne, lecz wbrew temu nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że ta dwójka prezentowałaby się razem tak dobrze, że aż zdrożnie. Z kolei matka powtarzała jej, że wszystkie najlepsze rzeczy w życiu są grzechem.

Marta chętnie porozmawiałaby o tym z Donną, niestety w obecnej postaci nie mogła zamienić z nią choćby słowa bez wzbudzania podejrzeń. W tej chwili nie pozostało jej nic innego niż pamiętnik, któremu mogła zaufać z powierzeniem najdzikszych przemyśleń, ale przecież nie miała go przy sobie.

Miał go Riddle.

Jeśli go znajdzie, na pewno go przeczyta. Pogróżki o wyrzuceniu z Hogwartu stałyby się stuprocentowo pewne, gdyby natknął się o wpis o przetransplantowaniu trądziku na Olivię, nie wspominając o reszcie planów Marty, które tylko udowodniłyby, że jej działania z Amortencją były premedytowane.

Accio

załatwiłoby sprawę, ale miało swoje słabe strony. Przyzwany w ten sposób pamiętnik przeleciałby nad głowami setek uczniów, a pośród nich znalazłyby się dziesiątki ciekawskich rozrabiaków, którym przeszłoby przez głowę przechwycenie go. Poza tym w pamiętniku trzymała też luzem swoje szkice atrakcyjnych chłopców i prędzej wolałaby rzucić się z wieży Astronomicznej niż dopuścić do tego, aby jej obiekty westchnień dowiedziały się o tych fantazjach.

Co gorsza znajdował się tam też co najmniej jeden (och, żeby tylko) szkic Riddle’a, wykonany w czasach, gdy czternastoletnia Marta wciąż marzyła o wielkiej miłości i jeszcze nie wyklęła w trzy diabły wszystkich chłopców. Po incydencie w schowku na miotły postanowiła, że woli zmiażdżyć ich w wynikach nauki, a dopiero potem na miejsce fascynacji urodą Riddle’a wykształciła do niego głęboką niechęć wywołaną faktem, że był jedynym chłopakiem, którego osiągnięć nie potrafiła przebić.

Sądziła, że w ciągu ostatnich trzech lat zrobiła ogromne postępy, lecz zachwycanie się półnagim Abraxasem świadczyło przeciwnie. Może i daleko jej było do żyjącej chłopcami Donny, ale Marta obawiała się, że przez wyrzut hormonów straci koncentrację na swoich celach. Zamierzała zdać owutemy z samymi wybitnymi stopniami, a przy okazji zniszczyć życie Olivii. Na chłopaków przyjdzie czas, gdy staną się dojrzałymi mężczyznami. Teraz nie byli warci uwagi.

Musiała odzyskać pamiętnik, nim będzie za późno, więc zdecydowała się na włamanie się do dormitorium drogą powietrzną, podobnie jak zrobiły z Donną podczas odwiedzania Alfreda w wieży Gryffindoru, lecz gdy tylko postawiła nogę na błoniach, uznała to za idiotyczny pomysł. Nawet jeśli wszystkie dziewczyny udałyby się na śniadanie w tym samym czasie, co rzadko się zdarzało, ktoś inny mógłby przyuważyć Toma Riddle’a latającego dookoła wieżyczki dormitoriów dziewczyn, a taki widok skończyłby się plotkami, które rozprzestrzeniłyby się po zamku niczym Szatańska Pożoga.

Zjadła śniadanie w ekspresowym tempie, chcąc uniknąć mieszającego jej w głowie Abraxasa, i żwawym krokiem ruszyła wzdłuż murów zamku do szklarni. Ktoś majaczył jej na horyzoncie, a gdy rozpoznała oznaki chłopięcego chodu w dziewczęcym ciele, dogoniła Riddle’a rozemocjonowanym półbiegiem. Im bliżej się go znajdowała, tym większe oburzenie nią targało.

— Czy ty wykradasz Donnie ubrania?! — krzyknęła, wskazując to, co miał na nogach. SPODNIE. Marta nigdy, przenigdy nie nosiła spodni!

— Wykradam? Nie — odparł, nie poświęciwszy jej nawet spojrzenia. — Pożyczyła mi. Jak możesz się domyślać, nie przepadam za noszeniem spódnic.

— A ja nie przepadam za noszeniem tych przeklętych gaci, więc może Tom Riddle zacznie paradować po zamku w spódnicach! — żachnęła się, nie ulegając swędzącym rękom. Najchętniej złapałaby Riddle’a za ramię, żeby zmusić go do zatrzymania się. — Staram się, jak mogę, żeby nikt niczego nie wywnioskował, więc mógłbyś odwzajemnić ten sentyment.

Popatrzył na nią w tak ociekający wrogością sposób, jakby od obdarcia ją żywcem ze skóry dzieliło go zaledwie kilka chwil. Marta z wrażenia zakopnęła się o własny but.

— Zrób mi przysługę, Warren — rzucił pogardliwie. — Nigdy więcej nie zachowuj się tak w moim ciele. To uwłaczające.

Zarumieniła się z mieszaniny gniewu i wstydu. Mimo że pierś rozpierała jej ochota powiedzenia, co na jego temat sądziła, postanowiła wykazać się dojrzałością, której ten zapatrzony w siebie lizus nigdy nie osiągnie.

— Rozumiem, że nasza sytuacja jest… cóż, nie jest najlepsza — powiedziała z zadartym nosem — ale nie musisz być tak trudny w obejściu. W przeciwieństwie do ciebie,

ja

się staram.

— Właśnie widzę.

Marta przepuściła go w drzwiach do szklarni i obejrzała się za siebie. W środku byli sami, a na dziedziniec dopiero weszła grupa uczniów, więc mieli jeszcze chwilę prywatności.

— Daj mi podręcznik na zaklęcia.

Riddle zamarł na moment, zanim wznowił przygotowywanie się do lekcji. Podczas gdy krzątał się wokół stanowiska pracy jak gdyby nigdy nic, zaszła w nim zatrważająco błyskawiczna zmiana. Zamiast ściągniętych jadem rys twarzy, Marcie objawiło się niemal dziecięco niewinne oblicze.

— Dlaczego miałbym to zrobić? — spytał. — Też mam dziś zaklęcia.

— To przyzwij własny z kufra.

— Ach — powiedział i chytrze uśmiechnął się półgębkiem. — Znalazłaś niespodziankę.

— Tak. Byłabym wdzięczna, gdybyś następne sobie podarował. Wierz mi, że nie interesuje mnie nic, co tam trzymasz. W gruncie rzeczy nie ma w tym zamku osoby, która byłaby mniej zainteresowana twoją prywatą niż ja, więc…

Riddle zaśmiał się cicho.

— To kłamstwo — stwierdził.

Marta poruszyła się niespokojnie.

— Skąd ten pomysł?

— Nikt inny nie wybrał właśnie mnie jako środka do celu, Warren, więc łaskawie skończ łżeć — wycedził, tak gwałtownie rzucając torbę na stanowisko pracy, że Marta aż podskoczyła. — A teraz zjeżdżaj, mam lepsze rzeczy do roboty niż marnowanie na ciebie oddechu.

— Tak się składa, że to teraz moje stanowisko — zauważyła triumfalnie. Wskazała miejsce dwa rzędy z tyłu. — Marta Warren pracuje tam, z Donną i Alfredem.

— Wiesz co, Warren? Gdybyś była mną tak niezainteresowana, jak twierdzisz, nie wiedziałabyś, gdzie znajduję się na każdej lekcji — stwierdził, wyjmując podręcznik do zaklęć i podał jej go z łaską. — Z oczywistych względów mnie nie jest potrzebny.

Wywróciła oczami, powstrzymując ochotę do wyrwania mu go z rąk. Nie zamierzała dać Riddle’owi tej satysfakcji, więc zamiast tego z niewzruszoną miną schowała podręcznik do torby i rozłożyła na blacie rzeczy potrzebne do zajęć. Od ich rozpoczęcia dzielił ich kwadrans, a reszta uczniów najwyraźniej wolała spożytkować ten czas na zażywaniu słonecznych kąpieli niż na tłoczeniu się w szklarni. Riddle zajął się czytaniem obitego w skórę tomiska, które — jak podejrzewała Marta — wykradł z Zakazanego Działu, dlatego i ona musiała czymś się zająć.

Przeszła w dalszą część szklarni i szeptem ucięła sobie jednostronną pogawędkę z zakopaną w donicy mandragorą, snując domniemania na temat tego, w jaki sposób Riddle osiągał tak dobre efekty w nauce.

— Może stosuje mapy myśli — rzuciła gniewnie, lekkim dźgnięciem palcem starając się wymusić na mandragorze reakcję, ale ta trwała niczym pogrążona we śnie. — Albo jest jednym z tych dziwaków od pałacu pamięci, co uważasz? — Brak znaku życia. — A może po prostu jest taki wspaniały.

Łodyga zawibrowała.

— Och, daj spokój, ty liściasty Brutusie.

— Kto jest taki wspaniały?

Na dźwięk głosu Abraxasa Marcie krew odpłynęła od twarzy. Chwała Bogu, że nie zebrało się jej na przemyślenia innej natury, inkryminującej i zdradzającej jej prawdziwą tożsamość, bo wtedy musiałaby potraktować go

Obliviate

.

Nie otrzymawszy odpowiedzi, Abraxas zmrużył oczy, zanim omiótł nimi wypełniające się uczniami wnętrze szklarni. Gdy zatrzymał się na zajętym wertowaniem księgi Mariddle’u, jego czoło przecięła podłużna zmarszczka. Zniknęła równie szybko, co się pojawiła, a Abraxas potrząsnął głową z wątłym uśmiechem, jakby odganiał od siebie głupawą myśl. Widać wizja Marty Warren jako wybranki Riddle’a była tak niedorzeczna, że zapomniał o własnym pytaniu.

Naburmuszona Marta podążyła za nim do ich wspólnego stanowiska pracy, zastanawiając się, dlaczego wydało mu się to tak zabawne. Czy chodziło o to, że Mariddle miał dziś na sobie spodnie (SPODNIE!), o jego niedbale upięte włosy czy po prostu o aparycję samą w sobie?

Jeśli miałaby wybrać najbardziej urodziwą dziewczynę w szkole, wytypowałaby Astrę. Mały nosek w połączeniu z lekko przydużymi jedynkami nadawały jej jedynego w swoim rodzaju zajęczego uroku, ale chłopcy patrzyli na te sprawy po swojemu. Dla nich liczyły się atuty innego rodzaju, więc pewnie ślinili się do jakiejś długonogiej, krągłej w odpowiednich miejscach Ślizgonki. Marta wcale nie uważała się za zapomnianą przez Boga w tych kwestiach, ale twarz miała tylko ładną, nie uderzająco piękną, jakimi obdarzono Riddle’a i Abraxasa.

— Co, chyba nie myślisz, że okularnica z kryształowej kuli to ta cała Warren? — spytał półszeptem Abraxas, gdy Olivia kilka razy bez celu zakręciła się niedaleko ich stolu. — Zakładam, że szlama nie odmieni twojego życia, Tom, więc możesz przestać się na nią gapić.

Żałowała, że nie mogła rzucić na niego

Upiorogacka

. Nasłanie na niego jego własnych kóz z nosa nie byłoby wyrafinowaną zemstą, ale przynajmniej zostałby zawstydzony przed całym rocznikiem, próbując odgonić się od glutowego Blitzu.

— Hm — mruknęła, naśladując pogardliwy ton Riddle’a. Abraxas z kpiącą miną uniósł brwi, więc rozpoczęła burzę mózgów. — Niezła jest, taki mały mol książkowy. Poza tym ma… — Starała się zabrzmieć jak na chłopaka przystało, ale nie chciała ściągać wzroku Abraxasa na swoje „cycki”. — …zgrabne nogi.

Prychnął i odwrócił się w stronę wciąż zaczytanego Mariddle’a, nie bawiąc się w dyskrecję. Na szczęście od pasa w dół zasłaniał go stół, pod którym piętrzyły się zapasowe worki z ziemią i nawozami, więc Abraxas nie mógł ocenić jego — jej — ciała.

— Nie rób sobie ze mnie jaj, Tom. Warren? — błagał żartobliwie. —

Warren?

Marta nie mogła odebrać tego inaczej niż jako potwarz.

— Chyba nie myślałeś, że

ty

jesteś w moim typie?

Nagle pozbawiony uśmiechu Abraxas wyglądał tak, jakby oberwał w brzuch z pięści. Na przemian otwierał i zamykał usta, szukając riposty, a gdy ta nie nadchodziła, Marta rozpoczęła w duchu taniec zwycięstwa. Ostatecznie zebrał swoje rzeczy i powiedział na odchodne:

— Wiesz co? Pieprz się.

Przytknęła dłoń do ust, tłumiąc chichot. Wiedziała, że mądrzej byłoby zachować milczenie i pokornie odgrywać rolę, ale nienawidziła, gdy nazywano ją szlamą. Nie istniało drugie tak wulgarne określenie, lecz najbardziej oburzające w nim było to, z jaką lekkością posługiwali się nim na lewo i prawo ludzie pokroju Abraxasa. Ładna buźka i obrzydliwie bogata rodzina nie dawały przyzwolenia na pogardzanie drugim człowiekiem.

Marta poruszyła się niespokojnie, czując spojrzenie wwiercające się jej w plecy. Gdy Abraxas dołączył do żywej dyskusji toczącej się między Nottem i Mulciberem, odważyła się spojrzeć za siebie. Nie wiedziała, jak długo obserwował ją Riddle, ale w jego oczach płonęło żywe zainteresowanie tym, w jaki sposób spławiła Abraxasa.

— Dzień dobry, moi drodzy, dzień dobry — przywitał się profesor Beery, wiążąc w pasie porwany z wieszaka fartuch umorusany ziemią. — Dzisiaj zajmiemy się opieką nad ludołówkami. Czy ktoś jest mi w stanie powiedzieć…

Ręka Marty wystrzeliła w górę, a profesor Beery udzielił jej głosu skinieniem głowy.

— Ludołówki to rośliny ludożercze, wywodzące się z rodziny rosiczkowatych, sir. Jest na świecie około dwieście pięćdziesiąt gatunków, wszystkie poza tym jednym są mugolskie. Strategią pokarmową ludołówek jest powolne zaczajanie się na ofiarę, a następnie oplatanie ich językiem przypominającym liść, którym wciągają ją w gardło.

— Pięć punktów dla Slytherinu — powiedział Beery, brutalnie sprowadzając Martę na ziemię. Na moment zapomniała, że poprawna odpowiedź zdobędzie punkty dla domu rywalizującego z Ravenclawem. — Gdzie można je spotkać?

— W Puszczy Amazońskiej, sir — wyrwało się jej.

— Kolejne pięć punktów dla Slytherinu. — Profesor Beery pokiwał głową z ukontentowaniem, po czym machnął różdżką. Z korytarza łączącego dwie szklarnie wyfrunął tuzin ogromnych donic z ludołówkami. Gdy wylądowały przy każdym stanowisku, dodał: — Zanim zaczniemy karmienie, chciałbym wszystkim przypomnieć o zbliżających się naborach do kółka teatralnego. To ostatnia szansa dla pasjonatów, którzy marzą o nauce aktorstwa pod okiem profesjonalisty — błysnął krecimi zębami w uśmiechu, który miał być czarujący, ale wyszło jak wyszło — oraz marzą o wyróżnieniu się podczas Balu Bożonarodzeniowego.

Spojrzał z nadzieją na opartego łokciami o stół Abraxasa, a następnie odszukał spojrzeniem Tomartę. Przyglądał się jej z tak niepokojącymi drgnieniami powieki, że nie zdziwiłaby się, gdyby za pomocą siły umysłu starał się skłonić ją do wzięcia udziału w castingu.

Ubrała rękawice i podeszła do wysokiego pojemnika wypełnionego marynowanym w eliksirach mięsem, udając, że nie zauważyła Olivii, która utorowała sobie drogę łokciami tylko po to, aby znaleźć się w zasięgu wzroku „Riddle’a”. Niektórzy brudzili sobie ręce, lecz Marta machnęła różdżką, a dwa ogromne kawały mięsa pofrunęły za nią pod donicę.

— Chyba nawet bym chciała, żeby ktoś dołączył w tym roku do kółka — złowiła uchem posępny głos Donny. Siedziała na stole, nerwowo podrygując kolanem. — Wiesz, ze względu na Alfreda. Wtedy nie musiałby się całować z tą flądrą — wyjaśniła szeptem.

— Mhm — odparł Mariddle.

— Ale może profesor Beery da mi tę rolę — kontynuowała, niezrażona. — Musiałaś zauważyć, że Olivia wypadła z łask, na pewno przez trądzik. — Zachichotała złośliwie, rzucając spojrzenie w kierunku koleżanki. — Gdyby mi się udało, pocałowalibyśmy się z Alfredem na oczach całego Hogwartu, nawet mi się to śniło… A, opowiadałam ci o tym śnie, faktycznie… No w każdym razie byłoby fajnie. Myślisz, że mam szansę dostać tę rolę?

Marta zagryzła dolną wargę, powstrzymując śmiech. Wyobraziła sobie Riddle’a wysłuchującego relacji z romantycznego snu z Alfredem w roli głównej. Znając Donnę, działo się w nim znacznie więcej, o czym na pewno nie zapomniała wspomnieć.

— Oczywiście — odparł Riddle. Był zwrócony do Donny bokiem, więc nie mogła dostrzec jego jednostronnego uśmiechu, który świadczył przeciwnie.

— Jesteś pewna, że nie chcesz w tym roku brać udziału w castingu?

— Tak.

Mina Marty zmarkotniała.

Jak śmiał?! Jak śmiał bruździć w jej życiu i krzyżować plany, podczas gdy ona charowała jak wół, żeby utrzymać pozory?! Musiała zdobyć tę rolę, musiała! Szczególnie teraz, gdy Olivia straciła w oczach Beery’ego. Cios zaboli podwójnie!

Jeśli zajdzie taka potrzeba, posunie się do najbardziej wyrachowanych czynów (naprawdę zacznie paradować po Hogwarcie w spódnicy!), żeby zmusić go do udziału w castingu, nawet kosztem wdrożenia w życie jego pogróżek.

— Uwaga na palce! — ostrzegł ich profesor Beery, gdy jedna z uczennic została odesłana do skrzydła szpitalnego z prowizorycznym opatrunkiem na ręce. — Nie wierzę, że muszę przypominać siódmemu rocznikowi o noszeniu rękawic!

Zamiast pracować na lekcji, Marta próbowała rozładować napięcie poprzez wyobrażanie sobie Riddle’a skaczącego po błoniach niczym baletnica, w spódnicy i z dwoma kucyczkami na głowie (nawet wsunęła palce we włosy, żeby sprawdzić, czy były dostatecznie długie; były, niestety przy okazji okazały się też hipnotyzująco miękkie). Dopiero oberwanie w kark z papierowej kulki wyrwało ją ze snucia tych wizji.

Rozprostowała kawałek pergaminu i przeczytała wiadomość zapisaną perfekcyjną kursywą: „Spójrz w górę”. Kątem oka dostrzegła ruch, więc odskoczyła w bok. W ostatniej chwili umknęła zawieszonej nad jej głową ludołówce, która przymierzała się do oplecenia jej językiem.

— Chryste — mruknęła, zaklęciem posyłając jej w paszczę kawał mięcha. — Aż taka wygłodniała byłaś? Bardziej najadłabyś się takim Mulciberem…

Ludołówka przełknęła, ale nie wycofała łba zawieszonego na długiej na dwa metry, teraz wybrzuszonej łodydze, więc dla bezpieczeństwa Marta nakarmiła ją raz jeszcze i zajęła się przesadzaniem jej do większej donicy, co kilka oddechów zerkając w górę. Nie chciała otrzymać ze strony Riddle’a drugiej pomocy. Pewnie uznałby, że jest mu coś za nią winna.

Przez kilka kolejnych lekcji Marta nie znalazła okazji do porozmawiania z nim, lecz z godziny na godzinę towarzyszyło jej coraz większe napięcie wywołane świadomością, że dał jej czas na przyznanie się do dzisiaj. Podczas chodzenia z klasy do klasy coraz częściej przyłapywała się na oglądaniu się przez ramię, jakby Riddle miał wyskoczyć zza rogu i znów wciągnąć ją gdzieś wbrew jej woli. Jak wskazywało jego nazwisko, był człowiekiem zagadką, a obawę Marty potęgował brak wiedzy, czego mogła się po nim spodziewać. Niczego dobrego i z pewnością czegoś czarnomagicznego, ale czego?

Zmięty w kulkę pergamin wylądował na jej otwartym podręczniku. Tym razem nie zaczajała się na nią żadna magiczna roślina, więc przeczuwała, jaką wiadomość jej przesłano. Mimo wszystko dopiero po kwadransie rozprostowała pergamin, gdy obrona przed czarną magią dobiegała końca, a ona nie mogła już dłużej odkładać nieuniknionego na później.

„22. Twoja ulubiona łazienka.”

Marta prychnęła tak głośno, że Abraxas (który przeniósł się ławkę w bok, do Avery’ego) spojrzał na nią z zainteresowaniem, zanim znów przybrał chłodną, pełną wyniosłości minę. Za nic w życiu nie zamierzała spotykać się z Riddle’em o tak bezbożnej godzinie w wyludnionej łazience. Zresztą, skąd wiedział, która była jej ulubioną?

Przekreśliła cyfrę i na jej miejsce odważnie postawiła piętnastkę. O tej porze obecność chłopaka w damskiej łazience wzbudzi zainteresowanie, owszem, ale najwyraźniej Riddle obrał sobie za cel brużdżenie w jej życiu. Skoro taka jego wola, Marta zamierzała odwdzięczyć się mu pięknym za nadobne.

— W przyszły piątek przeprowadzimy pierwsze w tym roku pojedynki — zapowiedziała profesor Merrythought, zasiadając za biurkiem. Wsunęła na nos okulary do czytania i otworzyła dziennik, ślizgając się wzrokiem po liście nazwisk. — Znacie się nawzajem, więc poświęćcie ten tydzień na ułożenie strategii odpowiedniej dla waszego przeciwnika. — Stuknęła różdżką, a kolumna nazwisk rozdzieliła się na dwie części i przetasowała. — Avery jest w parze z panną Bones, Nott z Mulciberem… — Z gardła profesor Merrythought wyrwał się cichy pomruk, jakby uważała tę parę za interesującą. — …Longbottom z Warren, Malfoy z Hornby, Riddle z… cóż, przykro mi, panno Lovegood.

Marta odetchnęła z ulgą. Nie szło jej dobrze w pojedynkach, lecz ich najsłabszym ogniwem zdecydowanie była Euphemia Lovegood, której mina wskazywała na bezlitosne krytykowanie w duchu swoich wyborów życiowych i chęć porzucenia nauki tego przedmiotu. Co prawda od pojedynków dzielił ich cały tydzień, a w tym czasie problem z zamianą ciał mógł zostać rozwiązany, lecz gdyby Marta miała udawać Riddle’a w parze z bardziej wymagającym przeciwnikiem, przykułaby uwagę wszystkich. Nie przypominała sobie, czy Riddle przegrał choć jeden pojedynek, odkąd profesor Merrythought na czwartym roku wdrożyła je w program nauczania.

Przez ostatnie trzy lata Marta miała to szczęście, że nigdy nie dobrano ich w parę. Znacznie bardziej wolała przyglądać się, jak bawił się z przeciwnikami za pomocą wymyślnych sekwencji zaklęć niż padać ich ofiarą. Co prawda to szczęście nie przekładało się na pojedynki z Olivią, bo profesor Merrythought sparowała je już czterokrotnie, a Marta nie wygrała ani razu.

Oberwała kolejną kulką pergaminu, tym razem w ucho. Podniosła ją z ziemi i rozprostowała, bez mrugnięcia wpatrując się w ruchomy obrazek przedstawiający raz po raz łamaną różdżkę. Zmięła papier, przełknąłwszy ślinę, i obejrzała się za siebie. Alfred był zajęty szukaniem czegoś w bałaganie, jakim ochrzcił biurko, więc nie zauważył, że „Marta” wymieniała się wiadomościami z „Riddle’em”. Oczywiście nie uszło to uwadze Olivii, która ze zmarszczonymi brwiami przesuwała między nimi spojrzeniem.

Wraz z brzmieniem dzwonka wszyscy jak jeden mąż zaszurali krzesłami, ale Marcie nie śpieszyło się do wyjścia. Raz jeszcze spojrzała na rysunek łamanej różdżki i pomyślała z przekąsem, że Riddle potrafił wszystko, nawet — jak na chłopaka — całkiem ładnie rysować.

Jak w każdy piątek, zaczarowane kondygnacje schodów prowadziły gdzie indziej niż w pozostałe dni tygodnia, przez co zamiast zostać zawiezioną na parter, wylądowała na piętrze wyżej. Zwykle rwałaby sobie włosy z głowy przez taką pomyłkę, lecz będąc Riddle’em nie musiała obawiać się odjęcia punktów za spóźnienie, a już szczególnie nie stałoby się to z ręki profesora Slughorna, który wręcz go ubóstwiał.

Jako że łazienka nawinęła się jej pod nogi, zajrzała do środka. Jej stopa nigdy dotąd nie postanęła w męskiej toalecie, a rząd pisuarów — widoczny jeszcze bez przekroczenia progu — utwierdził ją w przekonaniu, że będzie to pierwszy i ostatni raz. Gdyby w środku przebywali uczniowie, musiałaby iść do kabin z zamkniętymi oczami, nie chcąc narazić się na nieodpowiednie widoki.

— Jesteś niemożliwy.

Nie zdążyła się nawet odwrócić w kierunku głosu, a już została złapana za przedramię i wciągnięta do łazienki. Niewerbalne zaklęcie trafiło w drzwi, zamykany zamek zaklekotał, a Marta z narastającym niepokojem przyglądała się poczynaniom Abraxasa, który przeszedł wzdłuż kabin, zaglądając do każdej z osobna.

Powinna była trzymać gębę na kłódkę, a już szczególnie powinna była wiedzieć, że dokuczanie chłopakom mogło mieć konsekwencje takiej natury, jakiej nie musiała się obawiać ze strony Olivii czy jakiejkolwiek innej dziewczyny. Dostanie w plecy zaklęciem tańczących stóp na oczach Alfreda było zawstydzające, lecz Marta tysiąckroć bardziej wolała spontaniczne stepowanie niż oberwanie z pięści w twarz. Właśnie tego spodziewała się po Abraxasie, wnioskując po napiętej linii jego ramion i raz po raz kurczowo zaciskających się dłoniach.

— Jesteś niemożliwy — powtórzył, brzmiąc tak, jakby sam próbował się do tego przekonać. Zamknął drzwi ostatniej kabiny i podszedł do Marty, a nim ta zdążyła zareagować, złapał ją za fraki i pchnął na ścianę. — Wszyscy dostają to, czego chcą, kiedy odwalają twoją brudną robotę. A ja, Tom? Ja dostaję kpiny.

Abraxas mierzył się z nią wzrokiem z tak nieprzeniknioną miną, że Marcie mignęły przed oczami wyobrażenia zbliżającej się bójki. Szarpanina z Riddle’em była jej inicjacją w zdziczały świat chłopców, lecz nie mogłaby tego nazwać biciem się z prawdziwego zdarzenia. Słyszała od Alfreda, że poddawanie się zabiegowi odrastania zębów nie należało do przyjemnych, o czym już niedługo na pewno się przekona.

— Nie masz nic do powiedzenia? — rzucił Abraxas, szarpnąwszy za sweter, który wciąż ściskał w garści na jej piersi. — Żadnego ciętego komentarza? Nie? To po co tu przylazłeś?

Marta spróbowała coś powiedzieć, ale głos nie przebił się przez jej ściśnięte z emocji gardło. Odchrząknęła i mruknęła:

— Schody. Jest piątek, a…

— Schody! — Abraxas prychnął ostentacyjnie, mimo że jego usta wykrzywiły się w uśmieszku. — Schody. Dowcipny dziś jesteś, Tom, muszę ci to przyznać. — Nieznacznie poluzował uścisk, pochylając się ku niej. — Na początku się wkurzyłem, ale potem pomyślałem, że może zrobiłeś to specjalnie. Nie spodziewałem się czegoś takiego po tobie, tyle że chyba właśnie o to ci chodziło, co?

— Niby o co? — bąknęła, zbita z tropu, zerknąwszy w lustro ponad jego ramieniem. Widok wytrzeszczonych oczu Toma przywołał ją do porządku, dlatego włożyła wszystkie siły w przybranie niewzruszonej miny.

Marta zacisnęła szczęki, powstrzymując gromadzące się jej w piersi westchnienie ulgi, gdy Abraxas niespodziewanie ją puścił. Wygładziła sweter na piersi i szybko schowała ręce za plecami, zauważywszy, że z nerwów lekko drżały. Już zamierzała wyślizgnąć się spomiędzy chłodnej ściany a Abraxasa, gdy ten złapał ją tym razem za pasek. Nie śpieszył się, wysuwając go ze szlufki, a następnie luzując sprzączkę.

Poczuła się niczym spetryfikowana. Przez Toma przyglądającego się temu w lustrze miała wrażenie, jakby przytrafiało się to właśnie jemu, a prawdziwa Marta obserwowała tę scenę na wielkim ekranie, z kinowego fotela. Niestety dźwięk rozpinanego rozporka świadczył, że Abraxas dobierał się właśnie do niej.

W ułamku sekundy setka gorączkowych myśli śmignęła jej przez głowę. Nie mogła dopuścić, żeby sprawy między Riddle’em — nią! — a Abraxasem zaszły choćby o krok dalej, ale równocześnie bała się, że szczera reakcja obedrze ją z resztek pozorów, które tak desperacko starała się utrzymywać. Najchętniej odepchnęłaby go od siebie, krzyknęła na pomoc i uciekła, niestety Riddle nie zachowałby się w ten sposób. Nie, on pewnie miałby dziesiątkę klątw wyselekcjonowanych szczególnie na tę okazję.

— Nie po to tu przyszedłeś, tak?

— Łapy przy sobie — warknęła, odpychając od siebie ręce Abraxasa.

Zamiast odpowiedzi czy jeszcze bardziej upragnionego posłuszeństwa otrzymała niski śmiech. Jeszcze przez chwilę sparowali się w próbie przejęcia kontroli nad sprzączką — Marta próbowała zapiąć pasek, a chichrający się pod nosem Abraxas wyciągnąć jej go ze szlufek — zanim dotarła na kres cierpliwości i wydobyła różdżkę. Mimo że nie udało się jej wzbudzić u niego ani przerażenia, ani szoku, jego mina stała się nieco mniej znudzona, co uznała za sukces.

— To nie powinno mieć miejsca — powiedziała tylko, zerknąwszy ponad jego ramieniem w lustro. Wyglądali razem tak dobrze, on i Riddle, że musiała mieć rano rację. To wszystko było grzeszne, od początku do końca, od momentu, gdy nie zatrzymała Abraxasa do czasu, aż przestanie o nim myśleć.

— Od kiedy?

— Po prostu daj mi święty spokój — powiedziała chłodno, zapinając rozporek w drodze do wyjścia. — Przez ciebie spóźnię się na eliksiry.

Pociągnęła za klamkę, ale dłoń Abraxasa naparła na drzwi, uniemożliwiając jej wyjście.

— Co z tobą? — spytał, szczerze skonfundowany. — Sam tu przyszedłeś, a nagle zgrywasz niedostępnego? Co jest nie tak?

— Po prostu mnie wypuść.

Abraxas westchnął niecierpliwie.

— Nie. Nie, dopóki mi nie powiesz, co jest grane. Mówiłeś, że jesteś usatysfakcjonowany mimo tej jednej wpadki, że spisałem się tak, jak powinienem. Dostałeś to, czego chciałeś. O co chodzi? Dalej ci mało?

— Tak — burknęła, nie mając pojęcia, o czym właśnie rozmawiali. Abraxas ewidentnie wyświadczał Tomowi jakieś przysługi, ale jakie? Dlaczego? Czy to, do czego najwyraźniej często dochodziło między nimi w łazience, było formą zapłaty?

Abraxas wywrócił oczami.

— Wyduś to z siebie — powiedział. — Kto jest następny?

Marta ostatkami sił utrzymała minę pokerzysty. Podejrzewała, co tym razem Abraxas mógł mieć na myśli, lecz potrzebowała potwierdzenia, a w całym Hogwarcie znajdowała się jedyna osoba, na której była gotowa przetestować tę teorię.

— Hornby.

— Olivia? — Abraxas nie krył zdziwienia. — Dlaczego ona?

Marta wzruszyła ramionami. Pragnęła usłyszeć słowa „przecież Hornby nie jest szlamą”, ale wciąż istniała szansa, że Abraxas zaprotestuje lub wyrazi zaskoczenie w inny sposób, jeśli to naprawdę oni byli odpowiedzialni za napady na mugolaków. Ktoś musiał za tym stać, a pozyskiwane tu i tam strzępy informacji stawały się coraz bardziej podejrzane.

— A co, masz jakieś obiekcje?

— Merlinie. Dobra, zrobię to — odparł z rozdrażnionym westchnieniem. Chyba nie oczekiwał, że wyciągnięcie z Riddle’a większej ilości argumentów jest możliwe. — Dlaczego nie powiedziałeś mi wprost, że wkurzył cię tamen jeden cholerny błąd? Tak, prawie nas złapali, ale…

— Mam lepsze rzeczy do roboty niż wysłuchiwanie twoich tłumaczeń — wtrąciła szorstko. Skoro Abraxas uważał, że miała powody do gniewania się na niego, nie zamierzała puścić mu tego płazem. — Zajmij się Hornby w przyszły piątek i wtedy porozmawiamy.

Jeśli Abraxasa zdziwiło wydanie takiego polecenia, rozczarował ją brakiem reakcji. Gdyby okazało się, że jej przypuszczenia były prawdziwe, zyskałaby haka na Riddle’a i z rozkoszą pokazałaby mu, jakie to uczucie być zastraszanym i szantażowanym.

Z każdym postawionym krokiem Martę opanowywało coraz większe zawstydzenie. Nie miała wątpliwości, że od powrotu do Hogwartu dopuściła się wielu grzechów, ale nie to w tym wszystkim przyprawiało ją o największe poczucie winy. Sytuacja z Abraxasem była trzykrotnie gorsza: po pierwsze sądził, że dobierał się do kogoś całkowicie innego, po drugie żył w nieświadomości, że ktoś niepowołany odkrył jego sekret, po trzecie — chcąc nie chcąc — Marta mieszała w jego intymnej relacji z Riddle’em. Na domiar złego ta ostatnia rzecz miała potencjał wybuchnąć jej w twarz niczym niedopilnowany kociołek.

Postanowiła, że pozwoli sobie na zamartwianie się wyłącznie jedną rzeczą na raz. W końcu jeśli nie wyjdzie cało z nocnego spotkania z Riddle’em, złamanie różdżki i wyrzucenie z Hogwartu przysporzą jej całkowicie innych problemów.

----- CHAPTER BREAK -----

Spożytkowanie reszty dnia okazało się większym wyzwaniem, niż Marta się spodziewała. Najchętniej zaszyłaby się w bibliotece, lecz nie uśmiechało się jej potencjalne natknięcie się na Riddle’a, w końcu to on spędzał jej sen z powiek, natomiast powrót do dormitorium czy pokoju wspólnego wiązał się ze spotkaniem Abraxasa po ich nieprzyzwoitej interakcji w łazience. Przez rozwrzeszczane dzieciaki i ich pierwszą lekcję latania błonia stały się nie do wytrzymania, więc poszukała spokoju w szklarni, lecz tam przypałętała się Olivia, która sprawiła, że Marta poczuła się dziwnie ze świadomością, że wydała rozkaz „zajęcia się nią”.

Wytchnienie odnalazła dopiero w hangarze nad jeziorem. O zacumowane łodzie obijały się fale, chlupocząc na tyle cicho, że zrelaksowała się podczas odrabiania zadań domowych. Wrzesień rozpoczął się tak niedawno, a już zaskoczyło ją to, jak szybko dni stawały się krótsze. Pogłębiająca się ciemność zastała ją jakby znienacka, przełamana przez powoli zapalające się latarenki zwisające z drewnianych belek na suficie.

Wskazówki kieszonkowego zegarka wskazywały na dwudziestą. Do konfrontacji z Riddle’em zostały jeszcze dwie godziny, niestety gwałtownie spadająca temperatura pokrzyżowała jej plany spędzenia przyjemnego wieczora nad wodą, a wspinaczka po setce schodów wydawała się dobym sposobem na rozgrzanie się. Do dormitorium zamierzała wrócić dopiero wtedy, gdy wszyscy już zasną, więc dla zabicia czasu podskoczyła do kuchni, gdzie wcisnęła tosta w związany w supeł żołądek, i udała się do łazienki grubo przed czasem.

Mimo że była opustoszała, Marta schowała się w ostatniej kabinie, swojej ulubionej. Przycupnęła na zamkniętej desce klozetowej i zajęła się spisywaniem swoich frustracji na kawałku pergaminu, zamierzając przenieść je do pamiętnika, gdy tylko go odzyska.

Cała się napięła, słysząc odgłos kroków, i znów zerknęła na zegarek. Nasłuchiwała w całkowitej ciszy, bojąc się nabrać głębszego oddechu, lecz rozluźniła się na dźwięk dziewczęcego chichotu. Wróciła do prowadzenia zapisków, dla bezpieczeństwa opierając nogę o zamknięte drzwi, żeby nie zostać przyłapaną w damskiej łazience jako chłopak.

Przysłuchiwała się temu wszystkiemu jednym uchem, zajęta sobą. Gdy coś zderzyło się ze ścianką kabiny, wzruszając całą skrzypiącą konstrukcją, w jej głowie niespodziewanie pojawiła się myśl, czy aby przypadkiem nie była świadkiem kolejnej napaści. Wolała wierzyć, że to zamaszyście otwierane drzwi narobiły tego hałasu, w końcu chichot nie wydawał się nerwowy, jednak może coś się komuś stało?

— Ale jesteś dziś niecierpliwy — wymruczała z zadowoleniem Donna. Marta prawie upuściła pióro na podłogę. — Och! Daj mi chwilę, poczekaj…

Rozchichotała się jak najęta, ubrania szeleściły, a guziki strzeliły, co tylko wywołało u Donny więcej wniebowziętych westchnień, które naprowadziły Martę na trop tego, do czego właśnie dochodziło w sąsiedniej kabinie. Na myśl o Alfredzie dobierającym się do Donny, do ust Marty napłynął gorzki posmak. Abstrahując od umiarkowanej zazdrości, nie spodziewała się po nim takiego zachowania. Sprawiał wrażenie romantyka, gdy przylatywał na miotle pod ich okna, zalewał wybrankę okazem uczuć i opiekował się nią, jednak cały ten obraz legł właśnie w gruzach. Hogwart miał siedem pięter (nie wspominając o lochach), każde z nich najeżone setką komnat, a on uznał, że chce obściskiwać się z Donną akurat w łazience?

Co było nie tak z tymi ludźmi? Czy rycerskość i romantyzm bezpowrotnie opuściły ten świat? Czy naprawdę nie liczyło się nic więcej ponad skradzenie kilku szybkich pocałunków byle gdzie, choćby w kiblu?

Marta już prawie skupiła się na pisaniu, gdy bezapelacyjnie zaklekotała sprzączka od paska, a za nią rozległ się dźwięk rozpinanego rozporka. Gdyby nie jej popołudniowa mrożąca krew w żyłach przygoda z Abraxasem, być może nie zwróciłaby uwagi na ten dźwięk, ale teraz rozbrzmiał w jej uszach ze zdwojoną intensywnością.

Opuściła nogę z drzwi z zamiarem opuszczenia łazienki, gdy zapadła cisza.

— Chyba coś słyszałam — rzuciła rozkojarzona Donna.

Nie obdarzono jej odpowiedzią, ale stało się coś, co wyrwało jej z gardła kolejne salwy chichotów. Marta ponownie rozważyła opcję ucieczki, lecz gdy tylko powoli wstała i złapała za klamkę, Donna znów się odezwała:

— Czyli wystarczy, że ci obciągnę, tak?

Marta zamarła niczym trafiona

Petrificusem Totalusem

.

Twierdzący pomruk stanowił odpowiedź, po której rozległo się więcej szeleszczących odgłosów, ciche stęknięcie opadającej na klęczki Donny i świszczące wciągnięcie oddechu przez Alfreda, gdy został wzięty — o Boże! — w… w…

Marta wolała nie kończyć tej myśli. Tak bardzo myliła się co do Alfreda, że aż poczuła, jak jej zauroczenie nim obumiera, rozpada się z każdym mlaśnięciem Donny czy jego stłumionym jęknięciem. To, czego się właśnie dopuścili, było przekroczeniem wszelkich granic dobrego smaku i wychowania.

Dopiero niepokojące odgłosy dławienia się (oczy Marty niemal wyszły z orbit) wyrwały ją z transu. Najchętniej uciekłaby z tej przeklętej łazienki, w której już nigdy nie potrafiłaby zaznać odrobiny spokoju, lecz mieszanina obrzydzenia, strachu i niedowierzania trzymała ją w ryzach.

Diabelski głosik podpowiedział jej szeptem, żeby zajrzała w szparę między kabinami. Mimo że nie trwało to długo, stawiała mu całkiem silny opór. Zgięła się wpół i zobaczyła czubki butów wystających spod opuszczonych do kostek spodni, a przed nimi parę pulchnych kolan Donny. Marta nie wiedziała, czego się spodziewała, ale chyba po cichu liczyła, że to wszystko działo się tylko w jej głowie.

Wyprostowała się, nie chcąc zobaczyć niczego więcej. Po namyśle uznała, że doświadczenie ów sceny jest dla niej korzystne, w końcu powoli odzyskiwała zmysły i uświadamiała sobie, że postać Alfreda była tylko wymysłem jej wyobraźni. Sądziła, że te skłonności do podkoloryzowania rzeczywistości przeszły jej w młodości, lecz najwyraźniej nadal miały się dobrze. Ze wstydem wspominała to, jakiego hopla miała na puncie chłopaków — tworzyła sobie na ich temat teorie, niektóre całkowicie wyssane z palca, inne bazujące na strzępkach informacji. Na przykład spędzający mnóstwo czasu w bibliotece Riddle w jej głowie urastał do rangi kogoś o głębokim wnętrzu, wysoko rozwiniętej czytaniem książek wrażliwości, a przede wszystkim widziała w nim duszę romantyka (kiedyś widziała ją w prawie każdym ładniejszym chłopaku, chyba że zachował się w jej otoczeniu wyjątkowo impertynencko). Jak się po latach okazało, jej czcze mrzonki nie wytrzymały próby jednego spotkania, a wiedziała, że większych głupot na jego temat nie mogła nawymyślać.

Zignorowała to, co się działo w sąsiedniej kabinie, i spisała swoje przemyślenia na pergaminie. Skrobanie pióra nie zwróciło uwagi zaabsorbowanej Donny ani coraz bardziej wokalnie obwieszczającego swoje zaspokojenie Alfreda, natomiast z każdym zapisanym słowem Marta czuła się tak, jakby pozbywała się ze swojego organizmu każdej odrobiny uczucia, jakie kiedykolwiek do niego żywiła.

Pokrywa deski sedesowej trzasnęła, coś chlupnęło do toalety, a klekocząca spłuczka zmyła to strumieniem wody.

— Nie połykasz? — spytał ktoś, kto zdecydowanie nie był Alfredem. — Ty?

Włoski na karku Marty stanęły dęba. Przez ułamek sekundy odczuwała wyrzuty sumienia za te wszystkie okropne myśli, ale szybko zastąpiła to świadomość, że właśnie stała się świadkiem aktu zdrady.

— Nie po tobie — odparła uszczypliwie Donna. — Zresztą jeśli chcesz, żeby ktokolwiek po tobie przełykał, zmień dietę. Smakujesz obrzydliwie, jak kwas akumulatorowy albo coś.

— Już lecę — stwierdził z cichym prychnięciem Goyle. Jego spodnie zaszeleściły, gdy z powrotem je ubierał. — Do następnego.

— Nie mogę się doczekać.

O ile wcześniejsze frywolne chichoty Donny wskazywały, że nie przeszkadzała jej ta sytuacja, teraz jej głos był do cna przesiąknięty ironią. Być może odezwały się w niej wyrzuty sumienia, lecz Marta przeczuwała, że ta zmiana była dodatkowo podyktowana czymś innym.

— To dobrze — rzucił pękający z samozadowolenia Goyle, wychodząc z kabiny. — Następnym razem ściągasz stanik.

— Nie.

— Oho, ależ tak.

— Jedno albo drugie.

— Oba. Zresztą sama zobaczysz, pokażę ci coś fajnego.

Po oddalającym się dźwięku ciężkich kroków Marta domyśliła się, że Goyle wyszedł. Drzwi kabiny zamknęły się z cichym skrzypnięciem, a wartki strumień wody wystrzelił z kranu.

Marta ośmieliła się wyściubić nosa z kryjówki. Donna pochylała się nad umywalką, szorując zęby szczoteczką. Tylko kilka guzików obcisłej na biuście bluzki było zapiętych, a spomiędzy nich wystawał kawałek miseczki białego stanika. Donna wypluła pianę do zlewu, przepłukała usta wodą i wyszła.

Marta była przekonana, że nigdy nie spojrzy na nią tak samo, a co najważniejsze, nigdy nie podzieli się z nią wodą z butelki. Pozostałości tej abominacji Donna nie pozbędzie się szorowaniem ust mydłem ani serią płukanek miętowymi eliksirami.

Na myśl o Alfredzie Martą targnęły sprzeczne uczucia. Uważała, że powiedzenie mu prawdy było jej obowiązkiem, w końcu przyjaźnili się i sama nie chciałaby, aby ktokolwiek ukrywał przed nią fakt zdrady, gdyby udało się jej kiedyś znaleźć chłopaka. Z drugiej strony na włosku wisiała resztka normalności, jaką miała w dormitorium. Jej stosunki z Donną nie należały do wybitnie zażyłych, niemniej to ona jako jedyna sprawiała, że Marta nie zwariowała jeszcze podczas życia w jednym pokoju z Olivią.

Trzymanie tego w sekrecie przed Alfredem nie wchodziło w grę. Równocześnie wątpiła, czy dałby wiarę anonimowemu liścikowi podrzuconemu przez szkolną sowę, nie wspominając o uwierzeniu Riddle’owi, w którego ciele się znajdowała. Po szkole krążyło mnóstwo plotek na temat Donny, a dobroduszny Alfred ignorował je wszystkie. Widok zasłaniało mu odurzenie świeżą miłością, dlatego Marta musiała przekazać mu te wieści osobiście, kiedy już zrzuci tę okropną chłopięcą powłokę.

Wyszła z łazienki i skierowała się śladem nieświadomej niczego koleżanki, z zamiarem przyrządzenia dwóch pieczeni na jednym ogniu. Donnie należało się małe utarcie nosa za dopuszczenie się zdrady i za to, w jak obrzydliwy sposób wyśmiewała się z niej razem z Olivią w pociągu. Mała groźba przy okazji skłoni ją do wyświadczenia Marcie przysługi.

— Ej! — krzyknęła Donna, gdy magiczna opaska ciasno owinęła się wokół jej oczu. Stała z zaciśniętymi pięściami i niewiele brakowało, aby tupnęła gniewnie nogą. — Goyle, to nie jest zabawne!

— Cicho. — Marta starała się mówić niższym głosem, aby uniknąć rozpoznania. Wepchnęła koleżankę do najbliższego schowka na miotły i zamknęła za nimi drzwi. — Zrobisz coś dla mnie, Camden.

— Co? Kim jesteś? — rzuciła zdezorientowana Donna. Marta cofnęła się przed szukającymi po omacku rękami, ale została muśnięta w szczękę. — Mów albo zacznę wrzeszczeć!

— Zamknij się albo tego pożałujesz.

Donna posłuchała, przekonana przez groźną nutę w chłopięcym głosie. Spróbowała zdjąć opaskę, a gdy ta ani drgnęła, sięgnęła do kieszeni, lecz Marta była szybsza. Złapała ją za ręce i przyszpiliła je do ściany ponad głową Donny, z której gardła wyrwało się cichutkie „ooch!” Zabrzmiało szalenie, jakby się jej to spodobało, ale Marta spisała to dziwactwo na karb nieszczególnie żywiołowej próby oswobodzenia się.

— Mam umowę! — rzuciła szybko, półszeptem. — Z Goyle’em! Mam umowę!

— Jaką znowu umowę?

— Umowę! — powtórzyła z lekkim rozdrażnieniem, jakby to słowo powinno wszystko tłumaczyć. — Powiedział, że wszyscy wiecie. Że nic mi się nie stanie!

Marta przymknęła oczy, nie wierząc własnym uszom. Donna zdradziła (zdradzała?) Alfreda dla zagwarantowania sobie bezpieczeństwa przed szajką purystów krwi. Co jest gorsze: prostytuowanie się dla nietykalności czy podyktowana zwyczajnymi pobudkami zdrada? Bez względu na odpowiedź, Alfred nie zasługiwał na żadną z tych rzeczy.

— Nie mam nic wspólnego z tym, o czym mówisz — powiedziała Marta. — Zrobisz coś dla mnie, a po fakcie będziesz trzymać gębę na kłódkę, rozumiesz?

Zapadła między nimi cisza trwała zastanawiająco długą chwilę.

— Chyba robisz sobie ze mnie jaja — stwierdziła Donna, po części skonfundowana, po części rozbawiona. — Jeśli chciałeś mnie zmusić mnie do czegoś pogróżkami, trzeba było nie mówić, że do nich nie należysz — prychnęła, poruszając rękami, a jej niewzruszony styl bycia wprawił Martę w stupor. Nie miała pojęcia, co zrobiłaby, gdyby sama znalazła się w takiej sytuacji, lecz na pewno nie kpiłaby swojemu oprawcy w twarz! — Mam zapewnioną ochronę. Wystarczy, że powiem Goyle’owi, a on…

— Droga wolna — odparła szorstko, otrząsnąwszy się z szoku. — Powiedz Goyle’owi, a ja powiem Longbottomowi, co przed chwilą robiłaś w łazience.

Dotąd uparta pewność siebie zniknęła z twarzy Donny. Zacisnęła usta, milcząc przez dłuższy moment, jakby starała się zebrać myśli.

— Czego chcesz? — spytała wreszcie. Starała się zabrzmieć nieugięcie, ale w jej głos wdarła się nuta zrezygnowania.

— Wykradniesz coś ze swojego dormitorium.

— Nie jestem złodziejką — odparła, a wbrew wypowiedzianym słowom, rozbrzmiała w nich ciekawość. — Co miałabym ukraść? I dlaczego?

— Tak naprawdę to nie jest kradzież. Zwróciłabyś coś, co jest moje.

— No więc?

— W kufrze Marty Warren jest mój zeszyt z zapiskami, taki czarny, obity skórą — powiedziała, obawiając się, że słowo „pamiętnik” zachęciłoby Donnę do zajrzenia do środka. — Jeśli zerkniesz chociaż na jedną stronę, będę wiedział. Masz go tu przynieść i…

— Marta ukradła twój zeszyt? — wtrąciła z zaintrygowaniem Donna.

— Nie, Chryste, to długa historia. Przynieś go tu i schowaj na najwyższej półce, w kącie, za tymi wiadrami. Wieczorem, kiedy woźny już śpi. Rozumiesz? Świetnie. I wierz mi, że jeśli piśniesz chociaż jedno słówko na temat mnie i zeszytu, Longbottom dowie się o wszystkim. — Przez chwilę syciła oczy widokiem zdruzgotanej miny koleżanki i sądziła, że to już wszystko, lecz w przypływie inspiracji dodała jeszcze: — Zrobiłem wam zdjęcie.

Donnie opadła szczęka.

— Co? Nie! To niemożliwe. Słyszelibyśmy…

— Daj spokój, wystarczy Silencio. Swoją drogą, zeszyt też jest zaczarowany. Jeśli go otworzysz, będę wiedział. Właśnie w ten sposób namierzyłem Warren. Wtedy też poinformuję Longbottoma, rozumiesz?

— Dobra — warknęła Donna. — Zrobię to, ale weź mnie już wypuść, co?

Marta zawahała się. Przeczuwała, że z nich dwóch to właśnie ona miała lepszy refleks w sięganiu po różdżkę, lecz wolała nie testować tej teorii. Wycofała się najdalej, jak pozwalały jej ręce wciąż trzymające nadgarstki Donny, a następnie puściła ją i wyskoczyła na korytarz. Zatrzasnęła za sobą drzwi zaklęciem, które zatrzymało Donnę w środku do czasu, aż pędząca sprintem Marta zniknęła z powrotem w łazience.

Riddle już tam na nią czekał, wciąż ubrany w te idiotyczne spodnie z szerokimi nogawkami, które Donna uważała za wyprzedzające obecną modę o dziesięć lat (w opinii Marty o jakieś sto). Stał z jedną ręką wspartą o umywalkę, natomiast palcem drugiej śledził żłobienie wzdłuż kranu, lecz mimo zaintrygowania Marta szybko zrzuciła to na karb jego dziwactw. Znała go zaledwie dzień z hakiem, a wiedziała, że daleko mu było do normalności. Głaskanie kranu to jej najmniejsze zmartwienie pośród mnogich przywar jego charakteru.

— Biegłaś tu — stwierdził z nieznacznym zainteresowaniem, taksując ją spojrzeniem. — To dobrze. Nie toleruję spóźnień.

— Fascynujące — odburknęła, zbyt wstrząśnięta wydarzeniami całego dnia, żeby przejmować się doborem słów. Pod powiekami wrył się jej obraz kolan Donny przed wielgachnymi buciorami Goyle’a. I te dźwięki, od nich też nie potrafiła uciec!

— To twój czas na przyznanie się, co próbowałaś mi zrobić, Warren. Na twoim miejscu wykorzystałbym go mądrze.

Zasępiona Marta splotła ręce na piersi i uznała, że po prostu ma już dość. Wcześniej zamierzała się wszystkiego wypierać (z nadzieją, że Riddle nie znalazł dowodów winy w jej pamiętniku), lecz teraz było jej wszystko jedno. Chciała, żeby ten okropny dzień się zakończył, a przede wszystkim pragnęła położyć się do prawdziwie własnego łóżka, oczywiście po tym, jak już zadusi Donnę poduszkę za to, co zrobiła Alfredowi. W obecnym stanie nawet szczerze promiennie uśmiechnęłaby się na widok Olivii.

— Olivia jest w tobie zakochana — powiedziała szorstko. — Pewnie zdążyłeś już zauważyć, że ta purchawa zatruwa mi życie. Dlatego postanowiłam, że nafaszeruję cię Amortencją i zainscenizuję scenę naszego pocałunku na jej oczach, żeby wreszcie zrozumiała, gdzie jej miejsce. To wszystko, co zrobiłam.

Jeśli Riddle’a zszokowało to wyznanie, nie dał tego po sobie poznać. Z nieprzeniknioną miną powoli pokiwał głową, przypominając rozczarowanego swoją przygłupią pociechą rodzica, i rzucił kpiąco:

— Dziewczyny. Zawsze macie najbardziej kretyńskie problemy, o jakich kiedykolwiek miałem nieprzyjemność słyszeć. — Wsparł się plecami o umywalkę i sam skrzyżował ręce na piersi, rozmyślając przez chwilę. — Czy jesteś mi w stanie wytłumaczyć, po co brałaś się za warzenie eliksiru, do którego brakuje ci co najmniej dziesięciu lat doświadczenia?

Marta prychnęła tak głośno, że Riddle skrzywił się z irytacją.

— Amortencja była uwarzona perfekcyjnie. PER-FE-KCY-JNIE, rozumiesz?

— Ewidentnie. — Spojrzał przez ramię w lustro. — Właśnie widzę, jak perfekcyjnie.

Zazgrzytała zębami.

— Uświadomię ci coś, Riddle — warknęła, zaciskając pięści. — Nie jesteś tak wspaniały, za jakiego się uważasz. Gdybyś widział cokolwiek poza końcem swojego nosa, zwróciłbyś uwagę, że nie tylko ty otrzymujesz wybitne stopnie na eliksirach. I może gdybyś przy każdej okazji nie właził coraz głębiej w tyłek Slughorna, on też by to zauważył! Ale nie, dajesz mu kandyzowane ananasy, udajesz idealnego prefekta, grzecznego chłopca, a on je ci z ręki. Czasem tak na was patrzę i myślę sobie, że gdybyś na jego oczach napluł do kociołka, uznałby to za pionierski pomysł godny przyszłego Mistrza Eliksirów!

Riddle kwitował prawie cały monolog Marty pełnym politowania spojrzeniem, którym dawał jej do zrozumienia, że jest niespełna sił umysłowych, lecz ostatnie zdanie przyprawiło go o uniesienie brwi. Jego oczy zaszły mgłą, jakby wyobrażał sobie opisaną scenę, i — ku zdziwieniu Marty — parsknął śmiechem.

— Całkiem prawdopodobne te twoje wymysły — przyznał, choć nie bez cienia drwiny. Zmienił ułożenie ciała, nieznacznie wypychając biodra w przód i pogładził się po wyimaginowanym brzuchu o kształcie piłki plażowej. — „Niekonwencjonalne, Tom, niekonwencjonalne, ale zaiste interesujące” — naśladował głos Slughorna, co wyszłoby lepiej, gdyby znaleźli się we właściwych ciałach. Dodał już zwyczajnie: — Jestem pewien, że mógłbym zrobić z kociołkiem znacznie więcej, a ten stary dureń nie powiedziałby na mnie złego słowa.

Marta zamrugała, zszokowana. Była podminowana i liczyła, że nie tylko utrze mu nosa, ale uświadomi mu, że nie jest tak dobrym aktorem, za jakiego się uważał. Zamiast zdziwienia i zbulwersowania jej słowami otrzymała kolejną część kpin.

— Teraz ja ci coś uświadomię, Warren — powiedział z nieprzyjemnym uśmieszkiem. — Nie zwracam uwagi na ludzi, którzy na tę uwagę nie zasługują. Ewidentnie jesteś o mnie zazdrosna, ale prawda jest taka, że jesteś pospolitą idiotką. Tak, idiotką — powtórzył, gdy Marcie opadła szczęka. — Masz dobre stopnie, więc gdybyś chciała, przekonałabyś do siebie Slughorna. Wiesz, że kandyzowane ananasy i miłe słówka działają, ale zamiast brać udział w grze, wolisz się na nią unieść dumą. Uważasz, że powinnaś zostać zauważona, bo jesteś tak

wspaniała

, prawda? Tak wspaniała jak ja? Wspanialsza? — Zaśmiał się nieprzyjemnie. — I kto tu ma wybujałe ego, co? Ja nie boję się pobrudzić sobie rąk, żeby dostać to, czego chcę. Ty uważasz, że atencja należy ci się tylko dlatego, że jesteś w nauce trochę lepsza niż reszta tej bandy idiotów, która grasuje po Hogwarcie.

Otrząśnięcie się spod nawałnicy tak perfekcyjnie wymierzonych ciosów nie należało do łatwych. Marta potrzebowała porządnej chwili, zanim udało się jej wydusić:

— W przeciwieństwie do ciebie, ja nie uważam się za lepszą od reszty uczniów, których nazwałeś właśnie „bandą idiotów”.

— Nie? To dlaczego tak desperacko zrywasz się do odpowiedzi, hm? — dopytywał, podskakując w miejscu z wyrzuconą w powietrze ręką, i przybrał błagalną minę. Policzki Marty podgryzł rumieniec wstydu. — Desperacko chcesz wszystkim udowodnić, że jesteś lepsza. Sęk w tym, że w przeciwieństwie do mnie nie jesteś. Ani trochę.

— Wcale nie, nie wszystkim — powiedziała zgodnie z prawdą. Uważała za znaczącą różnicę, że chciała to udowodnić wszystkim chłopcom i Hornby. — Tylko Olivii.

Riddle lekceważąco machnął ręką.

— Dlatego z każdym słowem udowadniasz, że cierpisz przy mnie na kompleks niższości, ale dość już o tobie, wystarczająco się wynudziłem — powiedział z westchnieniem, które tylko podkreślało jego wypowiedź, ale i było całkowicie szczere. Duma Marty przyjęła kolejny cios. — Gdybyś uwarzyła Amortencję poprawnie, nie byłoby nas tu teraz, więc…

— Mówiłam ci, że…

— Skąd wzięłaś ten pomysł, Warren — przywołał ją do porządku bez podnoszenia głosu — że ktoś taki jak ty może przerywać

mnie

? Na twoim miejscu nie wystawiałbym na próbę mojej cierpliwości.

Z trudem przełknęła komentarz na temat jego wybujałego ego.

— Nie zamierzam wchodzić w szczegóły, ale Amortencja na mnie nie działa — stwierdził z lekkim drgnieniem kącika ust, gdy zauważył, jak bliska implozji była Marta. Potrzebowała całej siły woli, żeby nie poddać jego słów w wątpliwość. — Znalazłem w bibliotece mnóstwo informacji na temat konsekwencji spożycia niepoprawnie uwarzonych eliksirów, z Amortencją włącznie, ale nie było tam nic na temat zamiany — zawiesił głos na zaledwie ułamek sekundy, szukając odpowiedniego słowa — ciał. Receptura na Amortencję jest dla mnie tak banalna, że nie potrafię sobie wyobrazić, gdzie mogłaś popełnić błąd, dlatego najlepiej będzie, jeśli uwarzysz ją drugi raz w ten sam perfekcyjny sposób.

Podczas wypowiadania słowa „perfekcyjny” prychnął, jakby kpienie z Marty to typ rozrywki, który nigdy mu się nie znudzi.

— Warzenie trwa tydzień, więc żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo twojej kolejnej nieuchronnej porażki, przygotowałem dla ciebie więcej kociołków. — Wskazał stertę dziesięciu, która stała w kącie pomieszczenia. — Będę sprawdzał twoje postępy.

Marta wzruszyła ramionami, przełykając kolejny komentarz (Wspaniały Riddle nie wymyślił niczego lepszego? — pomyślała. — Też mi coś!), rzecz jasna nie ze strachu. Po prostu miała go już po dziurki w nosie.

— Rób, co chcesz — powiedziała obojętnie. — Przeniosę się do łazienki prefektów.

— Nie. Będziesz warzyć tutaj, codziennie o świcie.

— Ale…

— Tutaj.

— Niech ci będzie — zgodziła się. Na początku zamierzała protestować ze względu na to, że chłopak codziennie odwiedzający damską łazienkę wzbudziłby zainteresowanie, lecz z samego rana wszyscy korzystali z tych w dormitoriach. — Czy to już koniec twoich monologów?

Riddle spojrzał na nią krzywo, ale ostatecznie kiwnął głową.

— Świetnie. W takim razie nie myśl sobie, że się wykręcisz z przedstawienia profesora Beery’ego — powiedziała dziarsko, zadzierając nosa. — Muszę dostać główną rolę, to nie podlega dyskusji.

— Masz całkowitą rację. Nie podlega, bo nie zamierzam marnować czasu na wkuwanie kwestii i paradowanie w kostiumach.

— Nie rozumiesz, Riddle. Dostanę tę rolę w ten czy inny sposób, będąc tobą czy będąc sobą. Beery kręci nosem na Alfreda, więc gdybym tylko pojawiła się na castingu, nie musiałabym się nawet starać. Po prostu dostanę tę rolę i wierz mi, że nie zapomnę poinformować o tym wszystkich twoich przyjaciół, a Beery pewnie profesorów. — Riddle nie wyglądał na przekonanego, więc dodała: — Jeśli nie ja, dostanie ją Donna. Jestem pewna, że stanie się jeszcze bardziej irytująca, kiedy tylko się dowie, że czeka ją pocałunek z „Riddle’em”.

— Z tego co wiem, jest z Longbottomem.

Marta prychnęła cicho.

— Alfred jej nie obchodzi. Po prostu zrób to dla mnie, dobrze? Niczego więcej od ciebie nie chcę — powiedziała, niechętnie pozwalając, aby w jej głosie zabrzmiała lekko błagalna nuta. — No, poza noszeniem spódnic o przyzwoitej długości. I, na miłość boską, weź chociaż poproś Donnę o pomoc z upięciem włosów, bo wyglądasz tragicznie. Będzie wniebowzięta.

Riddle nie zaszczycił jej żadną reakcją, z której mogłaby wywnioskować, czy zamierzał przystać na jej prośby, ale pocieszyła się myślą, że wcześniej nie przebierał w słowach podczas protestowania.

— Masz ogromne szczęście, Warren — rzucił na odchodne, przystając w progu łazienki — ale zarazem jeszcze większego pecha, niż możesz sobie wyobrazić.

W żadnym aspekcie swojej obecnej codzienności nie widziała ani odrobiny szczęścia, chociaż jak najbardziej zgadzała się z tą częścią na temat pecha.

Gdy kwadrans później wracała do lochów, na widok mieniących się w świetle pochodni wrót do skrzydła szpitalnego znów poczuła ten dziwny, teraz już delikatnie ćmiący ból w klatce piersiowej. Towarzyszył jej nieustannie, ale z upływem czasu przyzwyczaiła się do niego na tyle, że potrafiła o nim zapomnieć.

Pod wpływem impulsu wślizgnęła się do pogrążonego w ciemności skrzydła szpitalnego. Złocista łuna sączyła się spod zamkniętych drzwi gabinetu pielęgniarki, rzucając wątłe światło na jedyny rozstawiony parawan, gdzie Marta zastała w łóżku jedenastoletnią dziewczynkę. Była przykryta kołdrą pod pachy wyciągniętych przed siebie rąk, jakby w trakcie spetryfikowania trzymała coś przed oczami. Twarzyczkę miała wykrzywioną w przykrym grymasie, trochę antycypacji bólu, trochę przerażenia czymkolwiek, co zobaczyła.

Po plecach Marty wspiął się powolny dreszcz na myśl o pancerzu z łusek, zobaczyła tamtej pamiętnej nocy przez dziurkę od klucza. Gdyby wtedy wyszła na korytarz, być może zajmowałaby łóżko obok.

Obejrzała się przez ramię na wciąż zamknięte drzwi do gabinetu i zawahała się, zanim dotknęła wyciągniętej dłoni dziewczynki. Jej skóra była nieustępliwa, twarda niczym kamień, ale zarazem ciepła jak zwyczajne ludzkie ciało, co wydało się Marcie bardziej upiorne, niż gdyby pod palcami wyczuła chłód.

W gabinecie rozległ się stukot kroków. Marta odskoczyła od dziewczynki, a w połowie drogi do wyjścia porzuciła plan ucieczki. Drzwi stanęły otworem, oślepiając ją intensywnym blaskiem, który przesłoniła ciemna sylwetka pielęgniarki.

— Dobry wieczór.

— W czym mogę ci pomóc? — spytała pani Goldie Nightingale.

Marta otworzyła usta, lecz nie opuścił ich żaden dźwięk. Wątpiła, czy ponowne uwarzenie Amortencji przyniesie jakiekolwiek rezultaty, niestety zdradzenie komukolwiek swojej tajemnicy wiązało się z wyrzuceniem z Hogwartu, jak obiecał jej Riddle.

— Coś mi dolega, ale nie wiem co — powiedziała, odchrząknąwszy. Potarła klatkę piersiową w miejscu, gdzie nieustannie ćmił ból. — Trochę jak… nie wiem, zgaga, ale nie w żołądku. Trudno to opisać. Nie przechodzi od dwóch dni.

Zachęcona gestem weszła za pielęgniarką do skromnego gabinetu, gdzie z tuby gramofonu niosła się cicha melodia muzyki jazzowej, i przysiadła na skraju kozetki, posłusznie poddając się zaklęciom diagnostycznym.

— Jesteś zdrów jak ryba, chłopcze — stwierdziła z nutą podejrzliwości pani Goldie po zakończeniu oględzin. — Przyszedłeś tu tylko po to, żeby nie zostać przyłapanym na włóczeniu się po godzinie nocnej, dobrze myślę?

— Nie. — Marta postukała w przypiętą do szaty odznakę prefekta naczelnego. Pod pretekstem patrolowania korytarzy mogła poruszać się po zamku tak długo, jak chciała, oczywiście w granicach rozsądku. — Jest pani pewna, że nic mi nie jest?

— Całkowicie. — Pani Goldie uważnie skanowała twarz Tomarty, a gdy nie zauważyła na niej śladów nieszczerości, dodała: — Przynajmniej fizycznie. Dolegliwości w klatce piersiowej mogą być wywołane stresem.

— Och.

Pielęgniarka nakazała jej gestem siedzieć, gdy Marta przymierzyła się do wstania, a następnie wyjęła butelkę z przeszklonej gabloty i wlała porcję eliksiru do szklanki.

— To moja autorska nalewka — powiedziała, podając jej ją. — Działanie jest głównie odprężające i poprawiające humor, ale gwarantuje też porządnie przespaną, pozbawioną snów noc. To powinno wystarczyć.

Marta zawahała się, zanim przełknęła eliksir. Dzięki niemu poszło w zapomnienie wstydliwe skojarzenie z Riddle’em nieświadomie spożywającym Amortencję oraz nieustannie towarzysząca jej obawa wywołana przebywaniem w nieprawidłowym ciele.

— Bądź ostrożny — poleciła jej na pożegnanie pani Goldie. — Nie chcielibyśmy, żebyś skończył jak ta dziewczynka, prawda?

Marta przytaknęła i życzyła pielęgniarce dobrej nocy, po czym wyszła z gabinetu i rzuciła ostatnie spojrzenie na parawan. Czuła, że będąc Riddle’em, wcale nie musiała obawiać się podobnego losu.

----- CHAPTER BREAK -----

Większości uczniów weekend minął równie szybko, co się pojawił, lecz Marcie niemiłosiernie się dłużył. Mimo że odrobiła tonę zadań domowych, którymi zarzucili ich profesorowie grzmiący o bezlitosnym poziomie owutemów, czuła się tak, jakby całe dwa dni poświęciła wyłącznie na przenoszenie się czy wręcz uciekanie z kąta w kąt. Dziewczęta śledziły ją całymi stadami, chichocząc głośno i robiąc wszystko, aby zwrócić na siebie uwagę, z kolei Nott potrafił wyrosnąć obok niej niczym spod ziemi, a echo tubalnego głosu Goyle’a nieustannie ciągnęło się pobliskimi korytarzami. Najgorszy z nich wszystkich był jednak Abraxas. Marta miała wrażenie, że ten chłopak stał się jej cieniem. Nie przeszkadzał jej w nauce ani nie szukał kontaktu, lecz zastanawiająco często pojawiał się gdzieś w polu widzenia, bliżej albo dalej, lecz zawsze na widoku, jakby uważał za swoją życiową misję bycie w zasięgu ręki „Riddle’a”.

Marta natomiast marzyła, aby jego ręce nigdy więcej nie znalazły się w jej zasięgu. Owszem, dotąd zachwycała się jego delikatną urodą, lecz czar prysł, gdy tylko nazwał ją szlamą, a przynajmniej tak sobie powtarzała.

Przez weekend odkryła również, że Riddle potrafił spędzić w bibliotece całe dnie poza porankami, podczas których pewnie odsypiał zarwane nad księgami noce. Unikała go jak mogła, dlatego wstawała przed świtem, żeby dojrzeć Amortencji bulgoczącej w zaryglowanej zaklęciami kabinie, a następnie przeprowadzić samodzielne badania nad sytuacją, w której się znaleźli. Niestety przewertowanie tuzina ksiąg nie przyniosło żadnych odpowiedzi, a rodziło coraz więcej pytań, których skomplikowanie i zawiłość skłoniły ją ku poważnemu rozważeniu, czy aby na pewno nie dopuściła się nieświadomie czarnomagicznego aktu.

Riddle nazwał to „zamianą ciał”, lecz Marta nie określiłaby tego w ten sposób. Ciała były namacalne, fizyczne i stałe w swoim bycie, więc to nie one zmieniły właścicieli.

Jeśli nie one, co?

Umysły? Uważała to za możliwe do momentu, aż nie zadała sobie pytania, co i dlaczego ćmiło bólem w jej piersi. To nie serce (w końcu pielęgniarka potwierdziła, że fizycznie jest wszystko w porządku), choć lokalizacja dolegliwości wydawała się zarazem inna i jednakowa, tak bliska, jakby jedno łączyło się z drugim, jakby przeplatały się nawzajem, z pozoru nierozerwalne.

Dotąd podświadomie sądziła, że dusza jest związana z duchowością i religią, dwoma tematami, o których nie słyszało się w świecie czarodziejskim, lecz lektura pewnej czarnomagicznej księgi uświadomiła jej, że to błędne założenie. Wiedziała, że czarna magia potrafi skorumpować ciało czarodziejów, czego najlepszym przykładem były choroby wampiryzmu i likantropii — ich powstanie przypisywano prymitywnym czarnomagicznym rytuałom — ale z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej skłaniała się ku wnioskowi, że i dusza mogła ulec skorumpowaniu. Coś musiało być źródłem tych wszystkich powiedzień, że nawet pojedyncze zasmakowanie potęgi czarnej magii potrafi sprowadzić na manowce czarodzieja o najczystszym sercu. Skorumpowanie duszy wyjaśniałoby, dlaczego tak trudno jest zejść z tej ścieżki, jeśli raz się na nią weszło.

Pragnęła z całego serca wierzyć, że jej dusza pozostała nietknięta, a przynajmniej na tyle czysta, aby Marta wciąż mogła spać spokojnie, nieprześladowana koszmarami o wiecznych cierpnieniach. Nie była aż tak religijna jak jej matka, lecz wciąż wierzyła, a zasmakowanie czarnej magii to pierwszy stopień do piekła.

Niestety przez kilka następnych dni towarzyszyło jej nieodparte wrażenie, że to właśnie zło, skażenie było źródłem bólu w jej piersi. Żywiła przekonanie, że jej dusza cierpiała katusze, co wyjaśniłoby, dlaczego akt oddzielenia się od prawidłowego ciała bolał z taką intensywnością, żeby po czasie się wygłuszyć. Agonia wiązała się z bezpośrednią, natychmiastową konsekwencją jej czynów, a lekkie ćmienie stanowiło przypomnienie, czego się dopuściła.

Ta teoria gryzła się jednak z faktem, że nie tylko Marta doświadczyła bólu. Riddle przyznał, że i on zaczął odczuwać jednakowe dolegliwości już podczas feralnej lekcji eliksirów, co prawda nie wiedziała, czy w równym stopniu utrzymywały się u niego tak samo jak u niej. Powinna go o to zapytać, jeśli nadarzy się okazja. Zależnie od odpowiedzi mogła uznać tę teorię za prawdopodobną albo wyssaną z palca.

Nie miała dziś ochoty na gonitwy po zamku, dlatego po lekcjach bezzwłocznie zeszła do lochów, sądząc, że w ten sposób zmyli snującego się za nią niczym cień Abraxasa. Przystanęła w połowie wypolerowanych na błysk schodów z czarnego kamienia, chłonąc urządzony z przepychem pokój wspólny Ślizgonów. Dotąd nie zwracała na niego uwagi, zbyt zaabsorbowania bezszelestnym wślizgnięciem się do łóżka czy wymykaniem się o świcie do łazienki na pierwszym piętrze, lecz teraz nie potrafiła nadziwić się wyjątkowemu urokowi tego miejsca.

Jako prawdziwa Marta nie wpasowałaby się do wyłożonych czarną angielską boazerią ścian, niezmiennie panującego tu półmroku przełamywanego zielonkawą łuną wpadającą przez wysokie okna wychodzące na głębiny jeziora, lecz w tej tajemniczej atmosferze Riddle musiał prezentować się jeszcze lepiej, niż zazwyczaj, o ile w ogóle było to możliwe.

Przeszła między wieńczącymi półpiętro kolumnami wyrzeźbionymi na kształt węży i zauważyła kątem oka, że gdzieś niedaleko mignęło jej własne odbicie. Obok wykonanych z czarnego dębu gablot, w których mieściły się szkielety druzgotków i trytonów, stało lustro w zdobionej, srebrnej ramie.

Ku swojemu zdegustowaniu, nie myliła się ani trochę. Tutejsza aura wydobywała z oblicza Riddle’a mroczne atuty, które pozostawały ukryte w promieniach dziennego światła. We włosach igrał zielonkawy połysk, alabastrowa skóra wyglądała nienaturalnie, trochę jakby diabelsko, ale zarazem wręcz poetycko pięknie, a bezdenność jego czarnych oczu spotęgowała się. Nawet ich niepokojąca martwica zyskała jeszcze więcej uwodzicielskiego uroku, który sprawił, że po nasyceniu się Marta uznała się za niespełną rozumu.

Ta niemożliwa do opisania ezoteryczność — cienista i zepsuta — spowijająca ciało Riddle’a, oczy niemal jak u drapieżnika powinny ją odstraszać, a nie wabić, wciągać prosto w pułapkę. Powinna się tego chłopaka bać, a nie rozpływać się nad jego urodą.

— Nigdy nie widziałem bardziej okazałego Ślizgona, chłopcze — stwierdziło z uznaniem lustro, wyrywając ją z rozmyślań — a zostałem tu powieszony przez samego Salazara Slytherina.

Marta dyskretnie rozejrzała się po pokoju wspólnym. Świecił pustkami z powodu trwającej pory obiadowej, dlatego ośmieliła się na wypowiedziany kąśliwym tonem komentarz:

— Nawet najpiękniejsi ludzie mogą skrywać najbardziej plugawe wnętrza.

Lustro nie miało oczu, lecz Marcie towarzyszyło przeświadczenie, że właśnie została przez nie otaksowana badawczym wzrokiem.

— Więc uważasz, że twoje wnętrze właśnie takie jest? — spytało mrukliwie.

— Tak.

— Och, nie. Jest szarawe.

Marta pożałowała zejścia do pokoju wspólnego. Szarawe, czyli zdolne do skierowania się ku światłu, ale i równie dobrze ku ciemności. Jeśli się nie postara, jeśli się nie zmieni i ona zostanie przesiąknięta na wskroś przez czarną magię.

Na domiar złego z korytarzyka prowadzącego do dormitoriów chłopców dobiegł ją nabierający na głośności śmiech Abraxasa. Przed ucieczką z pokoju wspólnego zerknęła na tablicę z ogłoszeniami, gdzie powieszono ulotkę na temat naborów do kółka teatralnego. Skierowała się na trzecie piętro, do sali 270 A, będąc już grubo po czasie rozpoczęcia castingów. Rzuciła na drzwi zaklęcie wyciszające i powoli je uchyliła, zaglądając do środka.

Pierwszą osobą, którą zobaczyła, był Alfred. Z uczuciowym błyskiem w oku przyglądał się, jak Donna przykładała pod szyję kolejne wieszaki z kostiumowymi sukienkami, i uśmiechnął się, gdy zawirowała wokół własnej osi z jedną z nich, trajkocząc jak najęta. Widać wciąż żywiła nadzieje na dostanie głównej roli, mimo że wygłaszająca kwestie „Marta” zmieniła zdanie co do uczestnictwa w rywalizacji.

Riddle odgrywał rolę z taką łatwością, jakiej się po nim spodziewała, a profesor Beery przyglądał się jego staraniom z podekscytowaniem, które wyzierało z jego rozmarzonego uśmiechu i ciągłego pełnego aprobaty kiwania głową. Jedyną osobą, która zdawała się zauważać tę reakcję, była Olivia. Stała w kącie sama jak palec, zapomniana przez starych i nowych członków kółka teatralnego, nie wspominając o niegdyś nieszczędzącym jej pochwał profesorze.

Wargi Marty rozciągnęły się w uśmiechu na moment przed tym, jak zadowolenie spełzło jej z twarzy. Gdyby nie czerpała aż takiej przyjemności z niepowodzenia swojej przeciwniczki, znajdowałaby się znacznie dalej graniczącej z mrokiem szarości. Zasępiła się jeszcze bardziej na myśl, że to właśnie Olivia od lat prowokowała ją do podobnych zachowań. Z każdą obelgą, kpiną czy mniej albo bardziej bezpośrednim atakiem Marta żywiła wobec niej coraz głębszą nienawiść, a ta spychała ją ku szarości. Gdyby nie Olivia, ta zawistna ropucha, nigdy nie musiałaby się obawiać o swoją duszę.

Przed zamknięciem drzwi Marta ogarnęła komnatę spojrzeniem. Na casting stawiło się mnóstwo dziewczyn, w większości z piątego i szóstego roku, choć gdzieniegdzie przewijały się też trzy dziewczynki i dwóch chłopców z młodszych roczników. Pośród tych wszystkich nowych twarzy nie pojawił się ani jeden chłopak w wieku odpowiednim do odegrania roli zakochanego mugola.

— Kochani, mamy to! — wykrzyknął niespodziewanie profesor Beery, klaszcząc w dłonie. — Panna Warren jest wręcz stworzona do zagrania roli Amaty!

Z wrażenia Donnie z uścisku wypadł kostium, a usta ułożyły się w idealnie okrągły kształt literki „o”. Alfred zarumienił się nieznacznie i z zakłopotaniem potarł kark, uciekając wzrokiem gdzie popadnie, a z kolei Olivia znajdowała się na skraju kipienia gniewem niczym błyskawicznie wzbierająca w kociołku mikstura.

Mimo usilnych przypomnień, że widok Olivii w tym stanie nie powinien jej cieszyć, Marta nie potrafiła powstrzymać uśmiechu czystej satysfakcji. Po kilku słodkich chwilach przyłapała się na tym, że z tyłu głowy widziała zazdrosną minę Donny, pośród której dostrzegła wyraźną oznakę strachu, tak jakby uważała, że miała powody do obaw.

Miała, choć oczywiście całkowicie inne, niż się spodziewała. Marta nigdy nie grałaby roli trzecich skrzypiec, zajęty chłopak to zajęty chłopak, nieważne, jak bardzo by się jej podobał, lecz na pewien sposób to i tak ona poczuwała się do obowiązku przekazania Alfredowi wieści, które potencjalnie zakończą jego związek z Donną. Nawet jeśli Donna nie myliła się w uznawaniu Marty za zagrożenie, ta wcale nie byla jej konkurencją.

— Przepraszam, psorze, przepraszam — odezwał się Rubeus Hagrid, próbując przedostać się do drzwi bez potrącenia profesora Dumbledore’a, który znikąd pojawił się za Martą. — Jestem kapke spóźniony, casting, wie pan.

— Casting? Nie mogę się doczekać, aż się dowiem, w jakiej roli cię obsadzą, Rubeusie — odezwał się ze szczerym zachwytem Dumbledore. — Tegoroczne przedstawienie zapowiada się wyśmienicie.

— Psor Beery prosił mnie, żebym zagrał magiczną glistę. — Rubeus zmieszał się podwójnie, gdy zobaczył zaskoczone oblicze Tomarty. — Zamierzał rozdąć eliksirem popiełka, no ale nie wziął pod uwagę, że one tego nie strzymają, nie ma bata. Podobno spróbował i popiełek cały na niego eksplodował… No to wziął i przygotował dla mnie kostium, bo rozmiary się zgadzają, a zaklęcia odbijają od… no, tego, wie pan sam, psorze.

Pucołowate policzki Rubeusa pokryły się szkarłatnym rumieńcem wywołanym niekontrolowanym słowotokiem. Wybąkał podziękowanie po tym, jak Dumbledore zapewnił go, że zagra rolę spektakularnie, i schylił się w progu podczas wchodzenia do komnaty, gdzie na jego widok zasiało ciszę. Cały Hogwart niezmiennie huczał od plotek na temat jego pochodzenia, lecz od dobrych paru lat (w ciągu których zbliżył się do osiągnięcia trzech metrów wzrostu) nikt nie odważył się powiedzieć mu niczego w twarz.

— A ty, Tom? Czyżby i ciebie interesowało kółko teatralne? — zagadnął Dumbledore. — Profesor Beery byłby wniebowzięty.

Marta przybrała uprzejmą minę, którą często widywała na twarzy Riddle’a podczas rozmów z profesorami, lecz szybko spostrzegła, że urok usłużnego niewiniątka nie działał na Dumbledore’a. Przyglądał się jej tak badawczo, jakby potrafił rozszyfrować ją bez najmniejszego wysiłku, jakby tak jak ona doskonale wiedział, że idealny Tom Riddle to zbiorowy wytwór wyobraźni.

— Po prostu zaciekawiło mnie, co dzieje się w środku, sir — powiedziała, splatając dłonie za plecami. Gdy Riddle tak stał, eksponował połyskującą na piersi odznakę prefekta naczelnego, co dodawało mu szyku. — Aktorstwo nie leży w kręgu moich zainteresowań.

— A szkoda. Zdaje się, że przejawiasz ku temu szczególne zdolności.

Marta zaśmiała się cicho, wiedząc już, dlaczego Riddle zareagował tak nerwowo na sugestię, aby zwrócić się z prośbą o pomoc do Dumbledore’a. Właśnie zapałała do tego profesora dwukrotnie silniejszą sympatią, nie wspominając o obdarzeniu go szacunkiem większym niż kogokolwiek innego z ciała pedagogicznego.

— Miłego dnia, Tom. — Dumbledore ruszył korytarzem, na odchodne rzucając: — Gdybyś potrzebował pomocy, wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Marta odprowadzała go wzrokiem, bijąc się z myślami. Dotychczasowe dwa dni przyprawiły ją o wystarczającą ilość wrażeń na całe życie i najchętniej skorzystałaby z oferty, obawiając się, że egzystowanie w ciele chłopca przyniesie jej jeszcze gorsze doznania.

— Ucięliście sobie pogawędkę? — usłyszała za plecami. Nie poprzedziło tego najcichsze skrzypnięcie drzwi czy odgłos kroków; Riddle poruszał się bezszelestnie.

— Nie — odparła zadowolona z tego, jak szybko udało się jej odzyskać animusz. Z ulgą spostrzegła, że Riddle nie tylko miał na sobie sięgającą kostek czarną spódnicę, ale i skorzystał z pomocy Donny w ułożeniu włosów. Sam nie poradziłby sobie z wymagającym tak wielu wsuwek upięciem. — Profesor Dumbledore rozmawiał z Rubeusem na temat castingu.

— A ty po prostu sterczałaś obok jak kołek? — zakpił, taksując ją lodowatym spojrzeniem. — Gdybyś była tak bystra, za jaką się uważasz, już dawno powinnaś się zorientować, że zawsze rozpoznam kłamcę. Szczególnie tak beznadziejnego.

Marta chciała wierzyć, że blefował, ale cichy głosik z tyłu głowy podpowiadał coś innego.

— Zapytał, jak się czuję. To wszystko, więc możesz wracać do środka — powiedziała, spisując na straty dzisiejszą możliwość wypytania go o nurtującą ją kwestię. Nie uśmiechało się jej przebywanie z nim, skoro z wstępu był tak drażliwy.

— Po co? Miałem zdobyć rolę i zdobyłem, zresztą zmarnowałem na to wystarczająco dużo czasu. — Popatrzył na zegarek, który wskazywał, że do ożycia dzwonka został jeszcze kwadrans. — Chodź.

— Gdzie? — rzuciła z niepokojem, ale nie doczekała się odpowiedzi. Ruszyła za nim niepewnie, oglądając się przez ramię, czy aby na pewno nikt ich nie obserwował. — Warzę eliksir tak, jak mi kazałeś.

— Oczywiście, że tak. Nie zostawiłem ci innego wyboru.

Najchętniej zaprzeczyłaby, żeby zetrzeć mu z twarzy ten irytujący, protekcjonalny grymas, ale ugryzła się w język; nie zamierzała też go strzępić, więc nie zadała drugi raz swojego pytania. Jak przeczuwała, udali się do łazienki na pierwszym piętrze, a gdy Riddle sprawdził wszystkie kabiny, Marcie przypomniała się jej niepoprawna interakcja z Abraxasem. Poczuła się dziwnie na samą irracjonalną myśl, że do czegoś podobnego mogłoby dojść między nią a Riddle’em.

— Tak się składa, że mam dziś dobry humor, więc daję ci wybór, Warren — powiedział tak monotonnie, że prawie samoistnie zaprzeczył własnym słowom. Ich potwierdzenie stanowiła wyłącznie rozluźniona mina, którą możnaby zinterpretować jako dobroduszną. — Masz możliwość dobrowolnie pójść mi na rękę albo stawiać bezcelowy opór. Co wybierasz?

Marta zamrugała w oszołomieniu, nerwowo przestępując z nogi na nogę.

— Co zamierzasz zrobić?

— Sprawdzić coś.

— Co dokładnie?

— Ta kwestia ciebie nie dotyczy.

— Skoro ewidentnie zamierzasz rzucić na mnie jakieś zaklęcie, chyba jednak dotyczy.

Cień zniecierpliwienia przemknął przez twarz Riddle’a. Jeśli naprawdę miał dobry humor, z każdą odpowiedzią Marty powoli się wykańczał.

— Jeszcze wczoraj błagałaś, żebym nie testował niczego na twoim ciele — zauważył, dobywając różdżki. — Powinnaś mi być wdzięczna za uszanowanie tej prośby.

— A skąd mam mieć pewność, że mówisz prawdę?

— Bo z nas dwojga to nie ja kłamię przez zęby przy każdej nadarzającej się okazji.

— Powiedz mi, o co chodzi, to się zastanowię.

Gdy w odpowiedzi otrzymała rozdrażniony grymas, sięgnęła do różdżki, ale nawet nie zdążyła jej odnaleźć palcami, a ta już leciała w stronę przygotowanej ręki Riddle’a. Marta przełknęła ślinę i niczym w zwolnionym tempie rzuciła się ku drzwiom, ale trafiona zaklęciem w plecy zesztywniała w połowie drogi. Padła na twarz, niezdolna do wykonania najdrobniejszego ruchu, a okrzyk ugrzązł jej w gardle.

— A mogłaś wykorzystać tę okazję do wytworzenia nici zaufania — mruknął Riddle, nieśpiesznie podchodząc bliżej. — Następnym razem radziłbym, żebyś dokonała mądrzejszego wyboru.

Marta nie miała pojęcia, co robił, jako że jedyną widzianą przez nią rzeczą były pachnące środkami czyszczącymi kamienne płytki. Przez nieskończenie długą, pełną nieznośnego napięcia chwilę nie działo się nic; łowiła wyczulonym uchem zaledwie szmery, lecz wreszcie poczuła na plecach muśnięcie zaklęcia, które przeniknęło ją na wskroś. Odczuwane wrażenia były czymś całkowicie nowym, czymś, co luźno przyrównałaby do uczucia bycia przenikniętą przez ducha. Magia pozostawiła po sobie odbierający dech w piersiach chłód, który w połączeniu z paraliżem przywodził jej na myśl porażający każdy mięsień moment, gdy ląduje się w zaspie śniegu. Niestety w wydaniu Riddle’a ten moment trwał dla Marty kilka potwornych minut.

Wydał z siebie zaciekawiony pomruk, a gdy na powrót zamilkł, ciszę nacechowało coś, co przypominało brak pewności, jak postąpić dalej. Gdyby Marta potrafiła się poruszyć, uciekłaby jak najdalej stąd, nie chcąc się nigdy dowiedzieć, nad czym debatował Riddle.

— To wręcz gorszące, ile szczęścia może mieć jedna głupia dziewucha — powiedział nieobecnie, jakby w międzyczasie z tyłu głowy rozpracowywał jakiś problem. — Oczywiście wszystko tym komplikujesz.

Cofnął oba zaklęcia. Marta przetoczyła się na plecy, wciągając powietrze ze świstem, a następnie złapała się za klatkę piersiową. Kucający obok Riddle z nieodgadnioną miną przyglądał się jej bez mrugnięcia powieki.

— Jesteś największym chamem, jakiego kiedykolwiek spotkałam — wycedziła przez zaciśnięte zęby, z trudem podnosząc się do pozycji siedzącej. Cokolwiek właśnie się stało, czuła się jak jeszcze większy intruz w nieswoim ciele. — Co mi zrobiłeś?

Riddle rozciągnął wargi w bezdusznym uśmiechu, powoli odsłaniając zęby. Marta nie potrafiła się nadziwić takiemu wyrazowi na własnej twarzy, która nagle wydała się jej całkowicie obca.

— Jestem łaskawy — poprawił ją, przyglądając się jej w taki sposób, że wszystkie włoski na karku stanęły jej dęba. Lekko przymrużone powieki i intensywność spojrzenia przyprawiły ją o przeświadczenie, że właśnie rozmyślał na jej temat. Rozgryzał ją. — Uprzedziłem cię, że są tylko dwa wyjścia z tej sytuacji. Dokonałaś świadomego wyboru.

— Nazywasz świadomym wyborem rzucanie na mnie niezidentyfikowanych zaklęć? — prychnęła, ignorując wyciągniętą w jej stronę pomocną dłoń. Wstała samodzielnie, podtrzymując się krawędzi umywalki, bo nogi miała jak z waty. — Jesteś niemożliwy.

— Następnym razem nie będziesz stawiać oporu i zobaczysz, że to doświadczenie będzie znacznie mniej przykre.

Wypowiedział te słowa z takim przekonaniem, jakby miał wgląd w przyszłość, co więcej, niemal jakby uważał się za największego łaskawca, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi.

— Nie będzie następnego razu, Riddle. — Bezwiednie potarła pierś, a ten gest uświadomił jej, że nie ćmił już w niej ból. Zmarszczyła brwi, czekając, aż znów się pojawi, ale nie nadchodził. — Przeszło mi — rzuciła mimowolnie, co spotkało się z pytającym uniesieniem brwi. — Nie boli.

— Słowo, którego szukasz, brzmi: „dziękuję”.

— Co zrobiłeś? — spytała, nawet w swojej ocenie zbyt niegrzecznie. Ostrzegawczy błysk w czarnych oczach podpowiedział jej, że Riddle podzielał to zdanie, jednak w gruncie rzeczy Marta nie zamierzała dziękować mu za napaść.

— Opatrzyłem to, co krwawiło.

Przełknęła kolejne pytanie, w końcu znała na nie odpowiedź. Pielęgniarka zbadała ją zaklęciami diagnostycznymi, które ustaliły, że fizycznie było z Martą wszystko w porządku, więc jeśli Riddle coś uleczył, nie miało to nic wspólnego z tamowaniem rzeczywistego krwawienia.

— To dlaczego ma być kolejny raz?

— Bo nadal nie mam pewności, jak odbiło się na mnie to, co zrobiłaś.

— Jestem pewna, że wszystko z tobą w porządku — odparła takim tonem, jakby zwracała się do przewrażliwionego przedszkolaka.

— Tylko dlatego, że nie masz pojęcia, o czym mówisz — zripostował ze znudzeniem, które skutecznie trafiło tam, gdzie miało.

Marta zaczerwieniła się z gniewu, ale postanowiła, że wchodzenie z Riddle’em w sprzeczki słowne nie zaprowadzi jej nigdzie indziej niż do czystej frustracji. Uznała, że najlepiej będzie traktować go równie protekcjonalnie, co on ją, dlatego obróciła się na pięcie i z zadartym nosem wymaszerowała z łazienki.

Ku jej uldze, Riddle nie poszedł jej śladem, pewnie kłopocząc się sprawdzaniem jej postępów w warzeniu Amortencji, dlatego ośmieliła się skręcić w boczny korytarz, który prowadził skrótem do zaczarowanych kondygnacji schodów. Gdy upewniła się, że nie jest obserwowana, wślizgnęła się do schowka na miotły i przetrząsnęła górną półkę w poszukiwaniu pamiętnika.

Albo Donnie nie udało się go zdobyć, albo została niewystarczająco zmotywowana. Podczas śniadania i obiadu w Wielkiej Sali nic nie wskazywało na to, żeby jej stosunki z Riddle’em były napięte, więc najprawdopodobniej jeszcze się za to nie zabrała. Im dłużej miał pod ręką jej pamiętnik, tym więcej nocy Marta prześpi niespokojnie, ale najbardziej poruszył ją brak inicjatywy ze strony Donny. Czy naprawdę aż tak mało zależało jej na Alfredzie, że była gotowa ryzykować, że ten dowie się o zdradzie?

Marta przeszukała schowek raz jeszcze, zaglądając w każdy zapomniany zakamarek. Nie wiedziała, czy liczyła na znalezienie pamiętnika ze względu na siebie, czy Donnę i Alfreda. Rzecz jasna najbardziej przejmowała się nim i jego reakcją, ale po części chciała wierzyć, że Donna nie była tak pozbawiona serca. Chociaż Marta nigdy w życiu nie dopuściłaby się podobnego czynu w imię pozyskania immunitetu, poniekąd potrafiła empatyzować z wystraszoną koleżanką. Nawet chwilowe przebywanie w skórze Riddle’a nie uwolniło Marty od odczuwania niepokoju za każdym razem, gdy po zmroku wracała do pokoju wspólnego. Coś podobnego przeżywał każdy mugolak w Hogwarcie i to wszystko z powodu garstki szurniętych purystów krwi.

Wyobraziła sobie, jak wszyscy mugolacy stają ramię w ramię, zjednoczeni przeciwko wspólnemu wrogowi, niestety wiedziała, że to wyobrażenie — mimo wszystko inspirujące i podnoszące na duchu — było nierealne. Czarodzieje jej pokroju byli zbyt wdzięczni za wyrwanie ich z przyziemnego życia mugoli i możliwość obcowania z magią, aby kiedykolwiek przeciwstawić się regułom tutejszego świata.

----- CHAPTER BREAK -----

Przez następne kilka dni Marta kładła się spać z myślą, że każda noc zbliża ją do upragnionego powrotu do prawidłowego ciała. Ta świadomość niosła odrobinę tak desperacko potrzebnego jej ukojenia, niestety to pryskało niczym bańka mydlana, gdy z granicy snu wyrywało ją przeciągłe pierdnięcie Goyle’a, którego egzystencja zdawała się nie mieć żadnego celu poza nieskończonym filtrowaniem powietrza przez jelita.Co gorsza, w piątek po przebudzeniu powitał ją rytmicznie powtarzający się dźwięk, którego nigdy nie słyszała w wydaniu współlokatorek. Była to mieszanina szeleszczącej pościeli i czegoś, co przyrównałaby do stłumionego pocierania skóry o skórę. Kusiło ją, żeby zaspokoić ciekawość, ale wciąż nosiła rany na umyśle pozyskane przez wysłuchiwanie obrzydliwych stęków Goyle’a w łazience, więc odważyła się unieść powiekę o zaledwie milimetr.Widok pozostał rozmazany i częściowo przesłonięty rzęsami, lecz rozłożony na plecach Abraxas nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Pierś miał nagą, a kołdra zakrywała go do pasa, choć energiczne ruchy ręką odkryłyby przed Martą skrawek tego i owego, gdyby ośmieliła się w pełni otworzyć oczy zamiast zaciśnięcia powiek tak mocno, że zaszumiało jej w uszach.Wkładała wszystkie siły w zachowanie spokoju, chociaż najchętniej by na niego nawrzeszczała. W istocie w duchu też wrzeszczała, choć wyłącznie na siebie z powodu tej obijającej się o jej czaszkę myśli, nieznośnego podszeptywania, żeby jednak odważyła się sprawdzić, popatrzyć, zaledwie zerknąć, czym zajmował się Abraxas.Donna wielokrotnie opowiadała o tym akcie dziewczynom z dormitorium, co prawda w tych historiach to właśnie ona się trudziła się czymś, co nazywała na różne prześmiewcze sposoby. Najmniej oburzającym z nich było „polerowanie miotły”, ale Donna zdecydowanie preferowała terminy takie jak „szamotaninę z węgożem” czy „dojenie bazyliszka”. Marta czerwieniła się za każdym razem, gdy je słyszała, a nawet wręcz płonęła żywcem, gdy Donna ośmielała się wypowiadać te słowa w towarzystwie spoza dormitorium.Pościel zaszeleściła gwałtowniej, a materac zaskrzypiał cicho, przez co Marta błędnie założyła, że nastąpił koniec tej bezbożnej tortury. Ostrożnie uchyliła oko i zamarła niczym trafiona Petrificusem Totalusem .Abraxas przekręcił się na bok, w jej stronę i absolutnie bezwstydnie świdrował „Toma” wzrokiem. Nie przerywał nabierających na szybkości ruchów — góra dół góra dół góra dół — lecz zamiast tego wzmocnił uścisk, o czym świadczyły żyły uwypuklające się wzdłuż przegubu. Spomiędzy jego rozchylonych warg prześlizgnął się cichy oddech, zaledwie świst, zanim mięśnie Abraxasa napięły się na kilka sekund przed momentem kulminacyjnym.Z Martą też stało się coś równie dziwnego, być może nawet dziwniejszego. Zalała ją fala gorąca, która miała tylko trochę coś wspólnego z głęboko zaszczepionym w niej wstydem, ale głównie stanowiła rozbudzenie potrzeb, których istnienie dotąd spychała na za krawędź świadomości. Wystarczył jeden atrakcyjny i pozbawiony skrupułów, nieprzyzwoity (wyuzdany!) chłopak, żeby ściągnąć ją z kursu, a najgorsze w tym wszystkim było to, że przecież Abraxasowi nie chodziło mu o nią. Nic nie ucieszyłoby go bardziej niż bycie przyłapanym na gorącym uczynku przez swojego współlokatora.Po chwili ciężkiego oddychania Abraxas zniknął w łazience, a przedostający się przez jej przymknięte drzwi gwałtowny strumień wody wybudził resztę chłopaków, którzy zwlekli się z łóżka, jak co rano stękając z dramatyzmem. Marta (jako ranny ptaszek) rutynowo zakpiłaby z nich w duchu, lecz teraz wciąż leżała, głęboko wstrząśnięta i przerażona tym, że pewna część Riddle’a nie tylko zareagowała na dźwięki wydawane przez Abraxasa, ale i nie dawała za wygraną, pulsując między jej kurczowo zaciśniętymi nogami i dopraszając się uwagi.Nie przechodziło, więc nie widząc innej drogi ucieczki, Marta przypomniała sobie odrażające wspomnienie Goyle’a w łazience z Donną, a widmowe echo jego stęków stanowiło dla niej chluśnięcie w twarz ze strumienia lodowatej wody.Dla pewności (i zachowania niewinności) odczekała jeszcze kwadrans, zanim wstała z łóżka. Ominęła poranny prysznic, obawiając się, że umycie się w tamtych okolicach sprowadzi na nią powtórkę z wrażeń. Z powiązanego powodu ominęła też śniadanie, nie chcąc patrzeć w oczy Abraxasowi.Po zajęciu się Amortencją, pojawiła się w komnacie jako pierwsza, z oszołomienia prawie zajmując złą ławkę. Ledwo przeniosła się do poprawnej i rozpoczęła oczyszczanie umysłu z niepoprawnych wspomnień (najdrobniejszy szmer ubrania o skórę przypominał jej o rytmicznie wzruszanej kołdrze), drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem.Układany cegiełka po cegiełce mur runął, gdy tylko spotkała się spojrzeniem z Riddle’em. Cała krew odpłynęła jej od twarzy, a wzrok stał się rozbiegany, co nie tylko nie uszło jego uwadze, ale i przyprawiło go o poziomą zmarszczkę na czole.— Wyglądasz mi na winną, Warren — stwierdził, przystając przy jej ławce. Przyglądał się jej ze zmrużonymi oczami, przez co serce wybiło się jej z rytmu. — Co zrobiłaś?— Ja? Nic — odparła zdecydowanie zbyt szybko, żeby skutecznie zgrywać niewzruszoną. Odetchnęła i dodała już spokojniej: — Nic, Riddle.— Tak?— Tak. Nie kłamię.— To nowość.Marta wywróciła oczami, co spotkało się z odpowiedzią pod postacią gniewnie zaciśniętych warg. Coś w tym geście prowokowało Riddle’a, na szczęście zanim skomentował jej zachowanie, drzwi otworzyły się zamaszyście, a do środka wszedł Goyle w towarzystwie Notta. Za nimi do komnaty powoli wlewał się orszak uczniów, zakończony podgwizdującym pod nosem Abraxasem, którego oczy błyszczały z zadowoleniem.Przecisnął się między tylną ławką a Tomartą, mimo że od konfrontacji w szklarni i łazience wybierał towarzystwo innych Ślizgonów. Rzucił torbę na blat i zamarł z dłonią wspartą na oparciu krzesła, zanim pochylił się, żeby szepnąć Marcie do ucha:— Podglądałeś.— Nie — odparła, sztywniejąc z powodu jego bliskości. Jeszcze przed chwilą odcieniem skóry przypominała ducha, lecz teraz ciepło podgryzło jej policzki. — Nie wiem, o czym mówisz.— Oczywiście, Tom. W każdym razie liczę, że po dzisiejszym przedstawieniu postanowisz, że nadszedł czas zakończyć te głupie gierki.Opadł na siedzenie, z zadowolonym uśmieszkiem przyglądając się z ukosa Olivii. Nieświadoma spisku, właśnie zajęła ławkę przed Mariddle’em, nie zapominając o obrzuceniu go kąśliwym komentarzem, lecz on nawet nie zwrócił na nią uwagi. Przesuwał spojrzeniem między Abraxasem a teraz czerwoną niczym burak Martą. Grymas na jego twarzy przeszedł w lekki uśmiech, więc udała zaaobsorbowaną wyjmowaniem podręcznika i przyborów do pisania, mimo że dzisiejsza lekcja należała do praktycznych.— Dzień dobry! — przywitała się gromko profesor Merrythought, zamykając za sobą drzwi. Przemaszerowała wzdłuż ławek, rozglądając się po komnacie, i zachichotała cicho. — Gdzie się podziewa panna Lovegood?— Nie czuła się dziś dobrze, pani profesor — odpowiedział ktoś z tyłu komnaty.— Och, nie wątpię. — Merrythought przystanęła przy ławce Tomarty, posyłając jej rozbawione spojrzenie. — Może to pełnia wywołuje te wszystkie cyklicznie powtarzające się choroby u twoich przeciwników, co, Tom?Mulciber zaśmiał się głośno, zadzierając głowę ku sufitowi, i zawył przeciągle niczym wilk, co wywołało jeszcze więcej wybuchów rozbawienia wśród Ślizgonów. Kilka głów zwróciło się w kierunku Tomarty, a pośród roziskrzonych oczu uczniów dostrzegła cień ulgi, że to biedna Lovegood wytypowała „Riddle’a”, a nie oni.Marta natomiast gorąco podziękowała jej w duchu. Nie zdziwiłaby się, gdyby stres i presja do zaprezentowania się z najlepszej strony (w dodatku dorównującej umiejętnościom Riddle’a) pchnęłyby ją ku wygłupieniu się. Tego byłoby mało, gdyby sławny na całą szkołę pojedynkowicz poległ przeciwko zahukanej, trzęsącej się jak osika Lovegood.— Nie ma co przedłużać — rzuciła profesor Merrythought, zerkając na zegarek. Machnięciem różdżki sprawiła, że wszystkie meble z przodu sali pofrunęły pod przeciwległą ścianę. — Jeśli mamy zdążyć, musimy zacząć od razu. Pierwsza para to pan Avery i panna Bones.Zaprosiła ich gestem na przygotowany do pojedynków podest, w międzyczasie odsuwając ławki i krzesła razem z siedzącymi na nich uczniami o kilka metrów w tył. Dla ochrony wyczarowała też barierę, sama stając tuż na jej skraju, z rękami splecionymi na podołku.— Następni w kolejce są pan Longbottom i panna Warren — poinformowała.Marta zerknęła na nich przez ramię, ignorując pierwsze zaklęcia padające z ust pojedynkujących się uczniów. Alfred pochylał się ku Mariddle’owi, z żartem na ustach mówiąc przyciszonym głosem coś, co zostało skwitowane przez Riddle’a dyskretnym śmiechem. Ten sam w sobie był wiarygodny, zdegustowana Marta powiedziałaby nawet, że lekko zalotny, lecz połechtane ego Alfreda uniemożliwiło mu dostrzeżenie, że oczy jego „rozmówczyni” pozostały martwe i niewzruszone wszystkim, co miał do powiedzenia.Gdy Avery wygrał z poturbowaną Bones, która bezzwłocznie została odesłana do skrzydła szpitalnego, Alfred i Mariddle przeszli przez magiczną barierę i zajęli pozycje.— Ej, Malfoy — odezwał się Goyle, szturchnąwszy butem krzesło kolegi. Abraxas uspakajająco przymknął oczy, zanim odwrócił się z boleśnie znudzoną, godną szlachcica miną. — Pewnie zaraz zobaczymy, co szlama chowa pod spódnicą.Marta napięła się jak struna, żałując, że w przeciwieństwie do większości dziewczyn nie posiadała żadnego stroju do walki, w którego skład wchodziły spodnie. Jak dotąd udało się jej uniknąć świecenia pończochami, ale podejrzewała, że nigdy dotąd nikt tak naprawdę nie chciał ich zobaczyć.— Mhm, ta — odparł Abraxas. Mimo porannego incydentu, Marta była mu dozgonnie wdzięczna za próbę stłamszenia entuzjazmu Goyle’a, nawet jeśli nie była podyktowana szlachetnymi pobudkami. — Pewnie tak.— Szkoda, że od ostatniego incydentu Merrythought wyczarowuje tę barierę — kontynuował prześmiewczo Goyle — bo może nawet połączyłbym siły z Longbottomem.— Ryzykowałbyś szlabanem za możliwość zobaczenia szlamich gaci? — spytał Abraxas, tak pogardliwie wypowiadając słowa „szlamie gacie”, że Marta ukryła pod stołem swoje zaciśnięte pięści. W dodatku popatrzył na Mariddle’a, jakby w życiu nie widział czegoś mniej interesującego. — Nie lepiej zaspokoić swoją ciekawość po lekcji, kiedy Merrythought zniknie z horyzontu?Goyle z zaintrygowaną miną przekrzywił głowę.— Merrythought nie daje nam szlabanów.— Raczej nie mogłaby zignorować obnażania uczennicy na oczach tylu ludzi — zauważył Abraxas. Z jego miny można było wywnioskować, że w tej konwersacji traktował go niczym mało bystrego przedszkolaka.— Może masz rację — przyznał Goyle i obrócił się w stronę tylnej ławki. — Nott, słyszałeś?— Słyszałem. Pomyślę o tym.Tylko znajdowanie się w zasięgu wzroku Abraxasa powstrzymało szczękę Marty przed opadnięciem na podłogę. Nie mogła uwierzyć własnym uszom, a początek pojedynkowego widowiska straciła na wyobrażaniu sobie, co Mariddle zrobiłby w tej sytuacji. Zaatakowałby ich, rzucił zaklęcie ochronne czy nie widziałby szkody w pozwoleniu im na zobaczenie bielizny Marty? W końcu się przyjaźnili, a chłopcy mieli pełno głupich, całkowicie niezrozumiałych pomysłów, jeśli chodziło o wykręcanie dziewczętom żartów i końskie podloty…Z zamyślenia wyrwał ją zduszony okrzyk Alfreda, który zderzył się plecami ze ścianą. Odskoczył w bok, w ostatniej chwili uchylając się przed świstającym mu obok ucha snopem zaklęcia, a w jego oczach pojawił się błysk niepewności. Marta żywiła przekonanie, że (jak mieli w zwyczaju) umówił się z „nią” na mało agresywną strategię, która została całkowicie zignorowana przez wymachującego różdżką Riddle’a. Osłaniający się Protego Alfred nadal zdawał się niechętny do celowego spowodowania bólu komuś, kogo uważał za swoją koleżankę.Szarmancką naturę przypłacił ciosem prosto w gardło. Spomiędzy jego palców przeświecały skrawki błyskawicznie rozrastającej się opuchlizny, na której widok profesor Merrythought uniosła rękę na znak przerwania pojedynku.— No proszę, ciekawa interpretacja moich słów na temat dopasowania strategii do przeciwnika — powiedziała z uznaniem, gdy powierzchownie opatrzony Alfred udał się do skrzydła szpitalnego. Przed wyjściem jego szyja wciąż była wściekle czerwona, lecz profesor Merrythought zahamowała postęp zaklęcia, dzięki czemu nie miał problemów z oddychaniem. — Wygląda na to, że panna Warren wykorzystała dobrą naturę pana Longbottoma przeciwko niemu. Dziesięć punktów dla Ravenclawu. — Gestem zaprosiła kolejną parę na podest. — Pan Malfoy i panna Hornby.— Może lepiej zostawmy to na inny dzień — rozległ się szept Notta. Marta dałaby sobie rękę uciąć, że w jego głosie krył się cień podziwu.— Nie bądź śmieszny. Przecież Longbottom jej na to pozwolił — odparł Goyle. Pod koniec wypowiedzi jego głos przeistoczył się z przekonanego o swojej racji w lekko obleśny. — To nie pierwszy raz, jak dla szlam serce ma miękkie, a fiuta twardego.Gdyby ktoś zagwarantował Marcie, że nie wzbudziłaby zainteresowania ani podejrzeń poprzez wymaszerowanie z komnaty i trzaśnięcie za sobą drzwiami, zrobiłaby to. Gdyby musiała zaprzedać duszę diabłu, żeby przyśpieszyć proces warzenia Amortencji, sprzedałaby ją. Nienawidziła chłopców, nienawidziła bycia chłopcem. Na tym etapie obdzierania gatunku męskiego z wyśnionego przez nią romantyzmu była w pełni gotowa zasilić szeregi zakonu.— No, nie wiem, wyglądał na zaskoczonego — skwitował Nott ze śladem rozbawienia w głosie. Odchrząknął znacząco i choć Marta wbijała wzrok w rozciągającą się przed nią przestrzeń, żywiła przekonanie, że w jakiś sposób wskazał Abraxasa, który pojedynkował się już z Olivią. — Myślę, że to nie jest dobry pomysł, Goyle. Zostawmy sobie szlamy na później… Szczególnie tę okularnicę.Mimo że tego dnia została nazwana szlamą już kilkukrotnie, Marta nie posiadała się ze szczęścia. Przez wybryk pozbawionego skrupułów Riddle’a z pewnością będzie musiała podreperować swoje stosunki z Alfredem, ale zarazem dzięki temu ci dwaj — wypłosz i ludzka forma instrumentu dętego — zniechęcili się do napadnięcia na nią (cóż, na jej ciało). Przynajmniej zyskała czas na wymyślenie środka zapobiegawczego; jeśli będzie musiała, posunie się do przytwierdzenia spódnicy do nóg nawet zaklęciem Trwałego Przylepca. — Co, boisz się?— Nie boję — prychnął Nott, zanim dodał szeptem: — Ale sam wiesz, co mówił Tom.Goyle westchnął z taką rezygnacją, jakby ktoś właśnie zwinął mu sprzed nosa upragniony kąsek.— Wiem, wiem, dobra — powiedział. — Tak sobie tylko myślałem.Marta nadstawiała uszu, ale nigdy nie dowiedziała się, co mówił im na ten temat Riddle. Cokolwiek to było, najwyraźniej stało im na przeszkodzie wcielenia planów w życie, ale dlaczego angażowałby się w takie sprawy? I co ważniejsze, dlaczego wszyscy najbliżsi mu Ślizgoni zdawali się słuchać każdego jego słowa, jakby stanowiło prawo?Przestała zastanawiać się nad tym w momencie, gdy Olivia czterokrotnie przekoziołkowała w powietrzu i trzasnęła plecami w podłogę. Pozbawiło ją to tchu, lecz z zaciętą miną skoczyła na równe nogi i tak zręcznie uchyliła się przed czterema zaklęciami, że Marta niechętnie przyłapała się na tkwieniu w podziwie dla poziomu wysportowania tej okropnej dziewuchy.Zadufana w sobie mina Abraxasa przeistoczyła się w zaciętą, gdy Expelliarmus musnął jego ramię. W ostatniej chwili złapał szybującą w powietrzu różdżkę i odbił kolejną wiązkę za pomocą Protego , a Olivia z gracją odskoczyła w bok, jakby sprawiało jej przyjemność umykanie przed zaklęciami coraz bardziej sfrustrowanego Abraxasa, który na ułamek sekundy spotkał się spojrzeniem z Tomartą.Zacisnął gniewnie wargi, wykonując zamaszysty ruch ręką, czym podpuścił Olivię do przesunięcia się w bok. Kolejno trafił obie jej stopy zaklęciem, a choć efekt nie był natychmiastowy, z każdym krokiem jej twarz wykrzywiał coraz większy grymas bólu.Olivia zagryzała zęby, znacznie gorsza w parowaniu Protego niż w popisywaniu się refleksem, lecz nie dawała za wygraną. Z przyzwyczajenia starała się poruszać, aż wreszcie napuchnięte od zaklęcia żądlącego nogi ugięły się pod nią w kolanach. W desperacko wykorzystała ten moment do rzucenia serii zaklęć od spodu, dzięki czemu cisnęła Abraxasem o ścianę podwójnym Depulso. Zanim uderzenie go oszołomiło, posłał w stronę przeciwniczki Incancerous . Liny wyskoczyły z jego różdżki niczym kula wystrzelona z pistoletu i owinęły się wokół szyi Olivii, przewracając ją na plecy.Abraxas podniósł się z ziemi na chwiejnych nogach, zanim potraktował szamoczącą się Olivię Petrificusem Totalusem. Otrzepał niewidzialny pyłek z ramienia i wrócił do ławki, nie czekając na werdykt ani zezwolenie profesor Merrythought, która zajęła się uwolnieniem podopiecznej.— To pojedynek, a nie balet, dziewczyno — skarciła ją, rzucając przeciwzaklęcie na nogi Olivii. — Ciesz się, że wyszłaś z tego w jednym kawałku.— Ale pani profesor, Malfoy użył czarnomagicznego zaklęcia, na samym początku! — poskarżyła się roztrzęsionym głosem, z trudem podnosząc się z klęczek. Marcie musiał umknąć ten moment podczas skupiania się na rozmowie Goyle’a i Notta. — To niesprawiedliwe!— Panno Hornby, na jakiej lekcji się teraz znajdujesz? — upomniała ją profesor Merrythought.— Obrona przed czarną magią, ale…— Dokładnie — ucięła, gestem przywołując na podest kolejną parę. — Idź do pielęgniarki, niech cię obejrzy.Olivia wyszła z komnaty, a choć z całego jej ciała emanowała chęć wyżycia się na czymś, nie odważyła się trzasnąć drzwiami. Marta pławiła się w widoku ogarniętej frustracją rywalki do czasu, aż Abraxas pochylił się w jej stronę i szepnął:— Usatysfakcjonowany?Przybrała nieprzekonaną minę, namyślając się nad odpowiedzią. Oczywiście, że była. Uwielbiała patrzeć, jak Olivia przegrywa z kimkolwiek, choć rzecz jasna satysfakcja smakowałaby najlepiej, gdy Marta osobiście pokazała tej bździągwie, gdzie jej miejsce.— Całkiem obiecujący początek — skwitowała, ignorując cień zaskoczenia przemykający po jego twarzy. Abraxas błyskawicznie się zreflektował, przeistaczając się w niewzruszonego krytyką. — Możesz kontynuować.— Jak długo?— Tak długo, aż mi się to znudzi.W jego szarych oczach dostrzegła nieme pytanie. Nie musiało zostać wypowiedziane na głos, żeby wiedziała, czego dotyczyło. Abraxas zachodził w głowę, w jaki sposób Olivia zasłużyła sobie na tak wielkie zainteresowanie ze strony Riddle’a, który dotychczas nie kłopotał się istnieniem jakiejkolwiek dziewczyny.Jeśli Marta miałaby być szczera, wolałaby się zamienić z nią miejscami. Padnięcie ofiarą Abraxasa podczas pojedynków wydawało się jej tysiąckroć lepsze niż ciągłe czucie na karku świdrującego spojrzenia Riddle’a.Gdy lekcja dobiegła końca, chciała zajrzeć do skrzydła szpitalnego i sprawdzić, jak miewał się Alfred. Nie mogła tak po prostu tam wejść i zapytać go o samopoczucie bez wzbudzenia podejrzeń, dlatego zrezygnowała po kilku minutach niepewnego kręcenia się po pierwszym piętrze.Szukając pocieszenia, znów wślizgnęła się do schowka na miotły i przetrząsnęła każdy centymetr jego powierzchni. We własnym ciele musiałaby stanąć na wiadrze, żeby zajrzeć na najwyższą półkę, ale chłopięce nogi bez dodatkowego wysiłku pozwoliły jej na zbadanie najtrudniej dostępnych zakamarków.Już miała się wycofać, gdy dostrzegła skrawek pergaminu wystający spod skrzynki zawierającej szklane butelki z eliksirami czyszczącymi. Wyjęła go i rozprostowała. Zawierał zaledwie trzy słowa:„Zeszyt za zdjęcie, D.”Marta pluła sobie w brodę. Wymyśliła posiadanie zdjęcia dowodu zdrady w przypływie weny twórczej, a teraz ta odwróciła się przeciwko niej. Nie widząc innego wyjścia z tej sytuacji, napisała na pergaminie „zgoda” i odłożyła go na miejsce. Skoro Donna sama prosiła się o kłopoty, zamierzała je jej dać, choćby improwizowane.Drzwi stanęły otworem, a Marta aż podskoczyła na widok zagadkowo przyglądającego się jej Riddle’a. Ogarnął wzrokiem wnętrze schowka i wszedł do środka, zagradzając jej drogę ucieczki.— Nie dotykaj mnie. Ani się waż — ostrzegła go, odnajdując różdżkę. Żeby nią w niego wymierzyć w tak płytkim schowku, musiałaby wbić mu ją w pierś, co uważała za zbyt prowokujące, więc trzymała różdżkę w gotowości wzdłuż ciała. — Nie zgadzam się na żadne eksperymenty.— Żadnych nie planowałem — odpowiedział spokojnie, zamykając drzwi. Oparł się ramieniem o framugę. — Do czego doszło między tobą a Abraxasem?— Co takiego? — wyrwało się jej. Riddle uniósł brwi w geście wyrażającym uprzejme zainteresowanie, ale i lekką drwinę. W celu odwrócenia uwagi od swojego zakłopotania, Marta zadarła nos i rzuciła chłodno: — A co, jesteś zazdrosny o swojego chłopaka?— Nazwałbym go co najwyżej szczególnie oddanym przyjacielem — skorygował.— Przyjacielem — prychnęła. — Tak, bo przyjaciele zachowują się w ten sposób…— W jaki? — spytał. Najwyraźniej nie liczył na otrzymanie odpowiedzi, bo gdy Marta zasznurowała wargi, sięgnął do wypełnionej księgami torby. Musiał pogłębić ją zaklęciem, bo przeszukiwanie zawartości zajmowało mu nieskończoność. — Znalazłem w twoim kufrze ciekawą lekturę…Niewiele brakowało, a Marta osunęłaby się na podłogę. Zniecierpliwiony Riddle rzucił niewerbalne Accio , a w jego ręce wylądował na całe szczęście nie pamiętnik, a „Duma i uprzedzenie”.— Wnioskując ze stanu książki, to chyba twoja ulubiona? — Otworzył ją, wskazując na rozchodzące się szwy, przez które kilka kartek groziło wypadnięciem. — Podejrzewam, że przeżyłaś terapię szokową. Grzeczne dziewczę fantazjujące o dżentelmenach zrządzeniem losu zostaje zmuszone do koegzystowania w jednym dormitorium z bandą hormonalnych nastolatków. Musi być ci ciężko.Marta łypnęła na niego nieufnie. Nie wątpiła, że uważał „fantazjowanie” o dżentelmenach za śmieszne, ale jak na niego brzmiał wyjątkowo mało drwiąco, w dodatku ostatnie zdanie zdawało się zawierać ślad empatii.— Jakoś to znoszę.— Hm, domyślam się. Jestem dobrej myśli co do Amortencji, ale w razie porażki poradziłbym ci dać Abraxasowi coś do roboty — powiedział, przyglądając się jej bez mrugnięcia. — Lubi myśleć, że jest ważny i potrzebny, nawet jeśli wykonuje najbardziej trywialne polecenia.— Zauważyłam — odparła krótko. Nie zamierzała uświadamiać Riddle’a, że już zdążyła zaprzęgnąć Abraxasa do zajmowania się jej brudną robotą, ale nie mogła powstrzymać grymasu zdegustowania. Zdaje się, że Riddle nie traktował nikogo na równi ze sobą.— Tak? Co jeszcze zauważyłaś, Marto?— Na przykład to, że jesteś podejrzanie miły — odparła niezadowolona z faktu, że pierwszy raz użył jej imienia. Wpadnięcie w sidła tak miałkiej próby manipulacji byłoby poniżej jej godności. — Co z tobą, Riddle? Chyba nie łudzisz się, że po wczorajszym wybryku uwierzę w twoją przemianę w niegroźnego puszka pigmejskiego?Uśmiechnął się tak łagodnie i potulnie, że gdyby właśnie spotkała go pierwszy raz w życiu, uwierzyłaby mu na słowo. Jakkolwiek szalone się to wydawało, wolała, kiedy był rozgniewany. Wtedy wiedziałaby, żeby spodziewać się po nim wybuchowej reakcji, a teraz nie miała pojęcia, dlaczego zgrywał niewiniątko.— Jak mówiłem, jestem dobrej myśli. Jutro potencjalnie nadejdzie koniec tej okropnej pomyłki i oboje wrócimy wreszcie do własnych zajęć — odpowiedział gładko. Mimo usilnych starań, Marta nie zdołała dostrzec na jego twarzy śladu kłamstwa. — Co oczywiście nie oznacza, że zakończy się też nasza znajomość.Nie opanowała się i na moment wytrzeszczyła na niego oczy. Nie widziała żadnego powodu, dla którego mieliby utrzymywać kontakt po powrocie do normy.— Oczywiście, że się zakończy — mruknęła, skonfundowana.— Ależ nie. A przynajmniej nie do czasu, aż będę stuprocentowo pewien, do jakich zmian doszło w naszych ciałach — wyjaśnił takim tonem, jakby mówił o najoczywistszej rzeczy pod słońcem. — Niektóre z tych zmian mogłyby zaważyć o naszej przyszłości, więc uważam, że powinniśmy postarać się o zachowywanie cywilizowanych stosunków.— Łatwo ci mówić, to nie ty dostałeś w plecy z…— Ponadto uważam też, że zakopanie topora wojennego to z mojej strony wyjątkowo hojna oferta, biorąc pod uwagę, czego się dopuściłaś — kontynuował, jakby rozdrażniona Marta nigdy nie zabrała głosu. Nie wątpiła, że w jego wydaniu „cywilizowane stosunki” odnosiły się głównie do niej. Jeśli ona będzie z nim współpracować, on będzie grzeczny. Jeśli nie… — Poza tym muszę mieć pewność, że jesteś godna zaufania.— Wcale nie potrzebujesz mi ufać — odparowała, poirytowana jego mędrkowatym tonem. — Szantażujesz mnie wyrzuceniem z Hogwartu i to ci wystarczy.W odpowiedzi otrzymała powolne rozciągnięcie ust w uśmiechu, który zdawał się komunikować, że wielogodzinne poszukiwanie informacji w bibliotece opłaciło się. Riddle wiedział coś, czego ona nie wiedziała, a sama ta świadomość sprawiała, że odchodziła od zmysłów.— Myślę, że z biegiem czasu zmienisz perspektywę nie tylko na ten temat, ale i na mnie.— Niedoczekanie twoje.Riddle pożegnał się z nią, łaskawie puszczając mimo uszu rzucone w jego stronę „Chyba upadłeś na głowę!”, i zostawił ją w schowku na miotły samą. Była całkowicie zbita z tropu tym niedorzecznym zachowaniem, a tym bardziej oczekiwaniem, nie, wręcz przekonaniem Riddle’a, że zmieni do niego podejście. To niemożliwe po tym, ile razy ją napadł, traktował protekcjonalnie i kpił z jej intelektu, nie wspominając o wyżyciu się na Alfredzie. Riddle był najbardziej zadufanym w sobie chłopakiem, jakiego kiedykolwiek miała nieprzyjemność poznać. Nie szanował nawet Abraxasa, więc dlaczego żywił wiarę, że świadoma tych wszystkich przewinień Marta spojrzy na niego przychylniejszym okiem?
***
Nowy dzień postanowił przywitać Martę kolejnymi nieprzyjemnościami, choć tym razem zgoła innymi niż przymuszenie do doświadczenia czyjejś onanizacji (po tym incydencie zaczęła się szczelnie zasłaniać się kotarami na czas spania). Pierwszą z nich była zwrotna wiadomość od matki, która na list Marty odpisała zaledwie: „U mnie wszystko w porządku. Ucz się dobrze i nie zapomnij zmawiać pacierza przed snem”, co natychmiast znacznie pogorszyło jej humor. Drugą z kolei były plotki. Zawsze rozprzestrzeniały się po zamku niczym ogień na wietrze, lecz była zaledwie siódma, a Wielka Sala szumiała od rozmów. Gdy tylko posępna Marta dołączyła do chłopaków na śniadaniu, wdrożyli ją w najnowsze informacje.— Podobno tym razem oberwało się jakiemuś szlamowatemu Krukonowi — poinformował ją Goyle, błyskając zębami w odpychającym uśmiechu. Szturchnął łokciem bardziej niż zwykle nastroszonego Notta i powiedział: — Jak mu było?— Malcolm Bernard czy jakoś tak — odparł mrukliwie, między każdym słowem podmuchując na parującą filiżankę herbaty. Przetarł senne oczy. — Obudziłem się z takim kacem, że wstałem przed świtem i podsłuchałem, jak psorzy o nim rozmawiali, kiedy wychodziłem ze skrzydła szpitalnego.— Tak, jest taki gość na szóstym roku — potwierdził Abraxas, przeciągając się z kocią gracją. Marta uciekła wzrokiem w bok tylko po to, żeby w oddali, ponad ramieniem Mulcibera dostrzec wchodzącego przez wrota Mariddle’a. — Słyszałeś coś jeszcze?Nott popatrzył na Abraxasa krzywo, prawie jakby nie zamierzał dzielić się z nim informacjami, ale coś w obecności „Toma” rozplątało mu język.— Znaleźli go na północnym dziedzińcu, tam pod witrażem ze Slytherinem. Według nich doszło do tego wczoraj po godzinie nocnej i że leżał tak, jakby zaglądał do zamku przez okno.— Czyli dostał w plecy? — rzucił Goyle, przeżuwając z otwartymi ustami. Oskarżycielsko wymierzył nadgryzionym tostem w Abraxasa i spytał: — A ty czego suszysz zęby?— Ach, tak po prostu wydało mi się to zabawne — zbył go, nie kłopocząc się we wkładanie wysiłku w kłamstwo. Z błyskiem w oku przyglądał się Tomarcie, która uznała to za interesujące. — Skoro doszło do tego po godzinie nocnej, pewnie będą oczekiwali więcej od prefektów.— Być może — odparła bez zaangażowania tylko dlatego, że ewidentnie czekał, aż się odezwie. Wolała skupić się na odgadnięciu powodu, dla którego komentarz Goyle’a wywołał u Abraxasa porozumiewawczy uśmiech. Odniosła wrażenie, że oczekiwał na odwzajemnienie go.Mimo że spodziewała się po nich takiego zachowania, nie potrafiła przełknąć gorzkiej świadomości, że była zmuszona do przebywania z ludźmi, którzy nie tylko uważali te napaści za zabawne, ale i cieszyli się z nich. Gdyby po powrocie do własnego ciała znalazłaby się w ich towarzystwie, czułaby się niczym owieczka otoczona przez stado wilków.Dopiła herbatę i ledwo odłożyła filiżankę na spodek z zamiarem odejścia od stołu, tuż przed nią wylądował poskładany na cztery części kawałek pergaminu. Nott i Goyle byli zbyt zajęci wyśmiewaniem spetryfikowanego Krukona, żeby to zauważyć, lecz Abraxas ciekawsko wyciągał szyję. Marta odwzorowała zwyczajową minę Riddle’a, zimną i bezwzględną, a Abraxas położył uszy po sobie i zainteresował się Prorokiem Codziennym.Rozprostowała pergamin i chociaż nie cierpiała Riddle’a, na pewien sposób ucieszyła się, widząc jego eleganckie pismo, które głosiło: „Łazienka po godzinie nocnej”. Te cztery słowa wystarczyły, żeby wpadła w spiralę wyobrażeń na temat tego, jak wreszcie znów staje się sobą, nie musi nosić tych okropnych spodni ani martwić się o ożywienie tego przeklętego czegoś, co dociskało się właśnie do jej uda.Nie interesowało jej to, że Riddle zamierzał przedłużyć ich znajomość na czas eksperymentów. Gdy tylko wrócą do swoich ciał, nie będzie miał żadnych dowodów na to, co mu zrobiła, a wtedy nie będzie mógł już przymuszać jej do niczego. Straci nad nią przewagę, a jeśli tylko śmie jej tknąć, Marta zgłosi to Dumbledore’owi. Była przekonana, że on jako jedyny weźmie tę sprawę na poważnie. Reszta ciała pedagogicznego zbyt rozpływała się nad idealnym prefektem Tomusiem, żeby uwierzyć w jego przewinienia.Wstała od stołu i skierowała się ku wyjściu z Wielkiej Sali. Przed rozwartymi wrotami dostrzegła małe zgromadzenie uczniów, którzy z w większości niemrawymi minami przysłuchiwali się słowom profesora Beery’ego.— Potrzebuję kilku zaprawionych w boju ochotników — powiedział tonem, z którego jasno wynikało, że spodziewał się zobaczenia lasu rąk. Nie podniosła się ani jedna. — Ty jesteś za młody, Wallenby, twoja koleżanka też, no, zmykajcie… Potrzebuję kogoś, kto potrafi obchodzić się z mandragorami… Och, panna Warren! — wykrzyknął, gdy niedaleko Mariddle podniósł się od stołu. — Panna Warren już wcześniej wyraziła chęć pomocy przy mandragorach, kto jeszcze, kto jeszcze?Marta zamierzała obrócić się na pięcie i zejść z pola widzenia profesora Beery’ego, ale ten zdawał się mieć szósty zmysł.— Tom, może ty? — spytał. — Jesteś wybitny z zielarstwa. Możesz zabrać kolegę.Poirytowana mina Abraxasa jasno dawała do zrozumienia, co o tym wszystkim sądził. Już otworzył usta do wymyślenia jakiejś wymówki, gdy Marta dała mu dyskretnego kuksańca w bok i powiedziała usłużnym tonem:— Oczywiście, profesorze. Chętnie pomożemy.Poza skołowaniem, twarz Abraxasa wyrażała rozdrażnienie. Uniósł brwi, zadając jej nieme pytanie, a Marta starała się popatrzeć na niego w znaczący sposób.Pokiwał głową, jakby zrozumiał, dlaczego zachowywała się w taki sposób, co było podwójnie dziwne z tego powodu, że przecież Riddle wcale nie migał się od dodatkowych zajęć. Korzystał z każdej okazji do wkupienia się w łaski profesorów jak na wdupołaza przystało, więc Marta była pewna, że w jego wydaniu pomoc profesorowi Beery’emu nie powinna nikogo zaskakiwać.Abraxas i Riddle bezapelacyjnie coś razem knuli. Wiedzieli o czymś, w co nie byli wtajemniczeni wszyscy Ślizgoni z ich rocznika, a przynajmniej nie Goyle. Nie miała pojęcia, jak wybadać grunt bez wzbudzania podejrzeń, ale zamierzała ich rozgryźć.— Nie krzyw się tak — powiedziała, gdy szli wydeptaną ścieżką wzdłuż zamku. — Wyglądasz, jakbyś miał pod nosem skarpetę Goyle’a.Z gardła Abraxasa wydało się ciche prychnięcie.— Miałem inne plany na spędzenie soboty — odparł z nutą rozbawienia w głosie, zerkając na kieszonkowy zegarek. — Godzina wolontariatu na rzecz spetryfikowanych szlam wystarczy?Przyglądał się jej z wyczekiwaniem, dlatego powstrzymała się przed zazgrzytaniem zębami.— Wystarczy.Abraxas skinął głową, a gdy za ich plecami rozległ się szmer rozmów, obejrzał się przez ramię. Przez całą drogę do szklarni nucił pod nosem nieznaną jej melodię, od czasu do czasu wtrącając fragment tekstu na temat jakichś rycerzy, aż nagle zamilkł po wejściu do środka.— Nie wiem, co Goyle się nią tak zafiksował — powiedział, nie spuszczając oka z Mariddle’a, który właśnie zarzucił sobie na szyję fartuch i zaczął podwijać rękawy swetra. — Tak przeciętna, że aż nudna. Nie ma na czym oka zawiesić.Marta gryzła się w język raz po raz, starając się nie uszkodzić mandragor podczas wciskania rąk w doniczki. Przez głowę przemknęło jej wyszarpnięcie rośliny, zanim Abraxas zdąży nałożyć nauszniki, ale oczywiście te akurat wylądowały na jego uszach.Doprowadzający do szaleństwa wrzask mandragor rozdrażnił ją jeszcze bardziej. Wsadziła swoją do większej donicy i bezceremonialnie wysypała jej na głowę wór ziemi, skutecznie ją uciszając. Zdjęła nauszniki i poprosiła siłę wyższą o cierpliwość, słysząc prychnięcie Abraxasa.— Patrz, nawet Bagshot… Nie wierzę, patrz, jak się na nią czai…W jego głosie wciąż dominowała kpina, ale Marta nie mogła zignorować wspomnienia o Philipiusie Bagshocie, to było silniejsze od niej. Dyskretnie obejrzała się przez ramię i zauważyła go stojącego w bezruchu nad zasypaną prawdziwym kopcem ziemi mandragorą, wpatrzonego tępo w Mariddle’a.Cóż, nie do końca w Mariddle’a. Wzrok Bagshota ślizgał się po nim całym, głównie wędrował między biodrami a okolicami dekoltu, ale zsuwał się też niżej, na nogi, mimo że Riddle miał na sobie spódnicę sięgającą kostek, a spod niej wystawał skrawek czarnych, grubych pończoch znikających w butach na niskim obcasie.Abraxas zaśmiał się szyderczo, co wyrwało Bagshota z transu i najwyraźniej skłoniło go do działania, bo ruszył w stronę Mariddle’a, którego linia ramion zaczęła przejawiać ślady napięcia.Czyżby coś przeczuwał? Czy rozmawiał z nim już, odgrywając jej rolę?— Upiorne, prawda? — zagadnął do niego Bagshot, wskazując przez szybę do sąsiedniej szklarni, gdzie wzdłuż okien ustawione były donice z ludołówkami. — Niestety pożyteczne. Mój wujek, Ignatius, wytworzył z nich pionierską maść na smoczą ospę.— Obiło mi się to o uszy — odparł z nieodgadnioną miną Mariddle. Marta dałaby sobie rękę uciąć, że widziała w jego oczach bladoczerwony błysk, coś na pokrój gry świateł, która wydawała się niemożliwa do osiągnięcia w mdłej od pochmurnego dnia szklarni. — Moje rękawice, Bagshot.Philipius zamknął usta przygotowane do kontynuowania rozmowy i spojrzał w dół. Między jego biodrem a stołem utknęły rękawice ze smoczej skóry.— Och, wybacz. — Rękawice pacnęły o ziemię, gdy Philipius się cofnął. Podniósł je i otrzepał z pyłu przed wręczeniem ich Mariddle’owi, który wbrew wszelkim oczekiwaniom odwzajemnił uśmiech tak mistrzowsko, jakby urodził się w ciele Marty. — Słyszałem, że przyjaźnisz się z Donną Camden.Ten komentarz sprawił, że Marta uniosła brwi. Słowo „przyjaźń” było zbyt mocne do określenia jej stosunków z Donną, ale tak, kolegowały się. Bagshot powinien to wiedzieć, jako że widywał je razem przez okrągłe sześć lat nauki, na siódmym roku też nic się nie zmieniło. Zresztą, dlaczego powiedział, że o tym słyszał? Czy ktoś plotkował o nich obu, na raz? Jeśli tak, Marta wolała się nie zastanawiać, czego te plotki dotyczyły.— Może tak to z boku wygląda — odparł Mariddle.Philipius uniósł brwi na moment przed tym, jak je zmarszczył. Oczekiwał twierdzącej odpowiedzi, wydawał się nawet mieć przygotowaną na nią odpowiedź, a tymczasem został zmuszony do improwizowania.— Nie? — mruknął, zdejmując rękawice. — Może to i lepiej. Mówią o niej różne dziwne rzeczy.— Bez wątpienia.Abraxas zaśmiał się bezgłośnie.— Zaczekaj chwilę. — Philipius wyciągnął rękę za odwracającym się Mariddle’em, ale nie odważył się go dotknąć. — Ślimak organizuje niedługo jakieś kameralne przyjęcie i pozwolił nam zabrać osobę towarzyszącą. Może byś ze mną poszła?W tym momencie nie liczyło się nic. Odgrywanie roli Riddle’a zostało zepchnięte na boczny tor, stojący obok Abraxas też nie stanowił przeszkody przed tym, aby szczęka Marty wylądowała na podłodze.Właśnie została zaproszona na randkę.Ona.Na randkę.Została zaproszona na randkę, a nawet nie była w tej chwili sobą! Nie mogła zareagować, zgodzić się ani odrzucić propozycji, nie mogła zrobić nic, nic poza patrzeniem, co stanie się dalej.Czy w ogóle zgodziłaby się pójść z Bagshotem? Nie przepadała za nim, tak naprawdę mało kto go lubił. Uważał się za najmądrzejszego Krukona, jaki kiedykolwiek stąpał po Hogwarcie, a jednak to on najczęściej utykał pod zaczarowaną kołatką strzegącą wejścia do wieży Ravenclawu. Jego przechwałki były irytujące, to prawda, ale wyglądał niczym chłopak wyrwany z obrazka, z tymi idealnym uśmiechem, dołeczkiem w prawym policzku i intensywnie niebieskimi oczami. Poza tym zapraszał ją na spotkanie Klubu Ślimaka!Klubu, do którego desperacko chciała przynależeć mimo wiedzy, że nie ma na to szans. Składał się wyłącznie z chłopców, ale może… Może udałoby się jej udowodnić podczas spotkania, że powinno się to zmienić? Może gdyby Bagshot ją tam zabrał, spędziłaby więcej czasu na rozmowie z profesorem Slughornem, a wtedy ten wreszcie zrozumiałby, że nie tylko chłopcom należało się wyróżnienie za wyniki w nauce?Tak. Tak, to mógłby być początek czegoś wielkiego. Może nawet start w nowy etap życia. Marta słyszała, że Slughorn miewał w zwyczaju zapraszać na te spotkania swoich wpływowych znajomych. Ludzi, którzy byli gotowi zaoferować uczniom możliwości rozwoju, czasem nawet obiecujące posady. Ulubieńcy innych profesorów nie zyskiwali tak wiele co pupile Slughorna.Och, tak bardzo chciałaby zobaczyć minę Olivii na wieść, że to właśnie ona, Marta Warren, została pierwszą w historii dziewczyną przyjętą do Klubu Ślimaka. Z tą satysfakcją nie mogłoby się równać nic. Nic. — Nie potrzebuję towarzystwa — odparł szorstko Mariddle.Kiedy tylko do Philipiusa dotarło, że nie przyjęto jego awansów, obrzucił go krytycznym spojrzeniem. W międzyczasie nowy, lepszy tor życia Marty został oblany benzyną, a Riddle rzucił na niego zapaloną zapałkę.— Towarzystwa? Może i nie, ale zaproszenia już tak — powiedział szorstko Philipius. — Nie jesteś w klubie Ślimaka, Warren, więc bez niego nie wejdziesz.Nie czekał na odpowiedź, natychmiast obierając nowy cel. Ostentacyjnie skomplementował Puchonkę z szóstego roku, która oblała się na jego widok rumieńcem, i robił wszystko, żeby utrzeć „Marcie” nosa.W międzyczasie ta prawdziwa gotowała się z gniewu. Niewiele brakowało, a z uszu trysnęłaby jej para. To był jej moment, jej chwila, jej szansa! Riddle zaprzepaścił wszystko.— Musiało boleć — mruknął Abraxas, wyrywając ją z gorączkowych rozmyślań. — Odrzucony przez pospolitą szlamę. Bolałoby bardziej tylko wtedy, gdyby Bagshotowie jakiś wiek temu nie stracili statusu czystej krwi.Marta miała go po dziurki w nosie, więc warknęła:— Nie wydaje mi się, żebym pozwolił ci zabrać głos, Malfoy.— Malfoy? — Abraxas zerknął na nią kątem oka. Na wargach błąkał mu się prowokujący uśmieszek. — Co się z tobą ostatnio dzieje, Riddle?— Po prostu skończ klepać jęzorem. Naprawdę myślisz, że chcę wysłuchiwać twoich niekończących się narracji?— Tak? Dobrze. W takim razie niech ktoś inny biega po całym zamku, przekazując reszcie twoje najnowsze polecenia. — Cisnął rękawice na stół. — Sam zajmuj się swoją brudną robotą, Riddle. Oficjalnie mam to w dupie.Wyszedł, trzaskając drzwiami od szklarni tak mocno, że aż zadzwoniły wszystkie szyby. Hałas zwrócił uwagę pielęgnujących mandragory uczniów, lecz większość z nich szybko wróciła do zajęć. Tylko Riddle zdawał się nie potrafić przestać wywiercać dziury w Marcie.Odwróciła się, żeby popatrzeć za Abraxasem. Szedł żwawym krokiem w stronę północnego wejścia do zamku, mimo że mógł wybrać krótszą drogę. Wcześniej pytał, czy godzina wolontariatu wystarczy…Miał coś do roboty, a Marta zamierzała to wykorzystać. Śledzenie go było ciekawą możliwością, niestety wiązało się ze znacznie większym ryzykiem niż przeszukanie jego prywatnych rzeczy. Dzień zaskakiwał dobrą pogodą, więc czy reszta Ślizgonów naprawdę zmarnowałaby go na siedzeniu w dormitorium?Odczekała kilka minut, w ciągu których dokończyła przesadzanie mandragory, i zdjęła rękawice. Udała zamyśloną, krzątając się wokół worków z nawozem, a gdy tylko Riddle wrócił do pracy, wyszła ze szklarni.Nie odważyła się spojrzeć za siebie do czasu, aż dotarła do najbliższych wrót zamku. Najwyraźniej albo nie zwróciła jego uwagi, albo nie uznał sceny Abraxasa za wystarczająco ciekawą, żeby przesłuchać Martę, która skierowała się do lochów półbiegiem, ignorując zaciekawione spojrzenia uczniów. Po kwadransie zamaszyście otworzyła drzwi do dormitorium, zdyszana i lekko zaczerwieniona na twarzy.Było puste.Zaryglowała zamek zaklęciem, żeby nie zostać przyłapaną na gorącym uczynku, a następnie podeszła do idealnie zasłanego łóżka Abraxasa. Wcisnęła dłonie pod materac, starając się po omacku wyczuć, czy czegoś tam nie chował, a gdy nic nie znalazła, wysunęła szufladkę jego półki nocnej.Pośród najróżniejszych drobiazgów wyróżniał się jedynie mały notatnik, lecz gdy Marta szybko go przekartkowała, okazał się całkowicie pusty, mimo że między pożółkłe strony włożono pióro.Odłożyła go na miejsce, żeby tym razem zabrać się za kufer. Był tak ciężki, że musiała go wysunąć spod łóżka za pomocą Accio , co rozbudziło jej ciekawość, niestety w środku zastała w większości całkowicie przyziemne rzeczy: szkolne podręczniki, zestaw szkolnych szat, skrzyneczkę ze składnikami do eliksirów oraz rozbebeszony neseser z zestawem miotlarskim, z którego wysypały się napoczęte słoiczki pasty do polerowania miotły i srebrne klipsy do spinania gałązek. Zapachy te nieodparcie przywiodły jej na myśl Alfreda.Nie miała pojęcia, czego się spodziewała. Zanim Abraxas zaczął wyzywać ją od szlam i bezlitośnie krytykować (pieczołowicie wymazywała z jaźni scenę onanizacji), żywiła wobec niego mieszane uczucia, jako że ze wszystkich Ślizgonów tylko w jego towarzystwie nie czuła się aż tak źle. Być może nastawiła się wobec niego aż tak negatywnie, że zaczęła doszukiwać się ukrytego dna w zwyczajnych spojrzeniach i uśmiechach. Abraxas był takim samym chłopakiem jak reszta, cóż, za wyjątkiem nieprzyzwoitych skłonności i przynależnością do jednego z najbardziej wpływowych czystokrwistych rodów.Odłożyła wszystko na miejsce i posprzątała po sobie, podnosząc się z klęczek. Przez głowę przemknęła jej myśl na temat zawartości kufra Riddle’a. Czy wciąż chroniło ją gniazdo węży?Bała się zaryzykować ukąszenia, więc stanęła w bezpiecznej odległości i machnięciem różdżki otworzyła zatrzaski. Kolejnym zaklęciem powolutku, ostrożnie pociągnęła w górę wieko. Gdy powstała zaledwie milimetrowa, ziejąca ciemnością szpara, z wnętrza kufra podniósł się głośny syk.Jeśli gdzieś znalazłaby jakiekolwiek wskazówki, na pewno znajdowały się właśnie tam, lecz po tych wszystkich przejściach z Riddle’em Marta nie miała pewności, czy odważyłaby się przeszukać jego rzeczy. Węże mogły okazać się pierwszą pułapką z wielu.Już zamierzała odryglować drzwi i wyjść z dormitorium, gdy przypomniała sobie pióro wetknięte między strony notatnika. Nie dawało jej spokoju to, że wyglądało to tak, jakby Abraxas zaznaczył ostatnie miejsce, w którym pisał.Otworzyła go raz jeszcze, uważnie przyglądając się stronom. Owszem, były całkowicie puste, ale nosiły pewne ślady zużycia. Przetarcia, gdzieniegdzie lekkie pomięcie, pozaginane rogi. Po co zaginać rogi w niezapisanym notatniku?— Revelio . — Nie uzyskała żadnego rezultatu. Strony pozostały puste nawet po tym, jak wymamrotała: — Finite.
Raz jeszcze zajrzała do szuflady i odnalazła pióro, które musiało wytoczyć się z notatnika. Wyglądało całkowicie normalnie, nie zareagowało też na zaklęcia ujawniające ukrytą magię. Już miała je odłożyć, gdy zauważyła, że jego końcówka była zabarwiona na bordowo.Nie spotkała jeszcze w Hogwarcie ucznia, który używałaby takiego koloru atramentu, więc sięgnęła w głąb szuflady i wygrzebała jego buteleczkę. Zanurzyła w nim pióro, a następnie pozwoliła, aby kropla spadła na jedną ze stron.Papier wchłonął bordową plamę, która po kilku chwilach zniknęła. Marta uśmiechnęła się półgębkiem i powiedziała:— Aparecium .Tym razem trafiła w dziesiątkę: notatnik zapełnił się zapiskami. Składały się w większości z daty, godziny i miejsca w zamku, a im więcej czytała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że musiały mieć związek z napadami na mugolaków, nawet jeśli nie zauważyła żadnego schematu ani w porach dnia, tygodnia czy w lokalizacji. Dowodów brakowało, lecz udało się jej znaleźć wpis sprzed tygodnia, bezsprzecznie sporządzony ręką Riddle’a, w końcu miała przy sobie próbkę jego pisma, którą dobrowolnie dostarczył jej podczas śniadania. Wiadomość głosiła:
„Żadnych rozmów na temat RW. Żadnych działań RW do czasu, aż powiem inaczej.”
Natomiast poniżej zapisał, jak się domyślała, Abraxas: „Dlaczego?”Odpowiedź Riddle’a stanowiła zaledwie jedno słowo: „Kret”.Z gardła Marty wyrwało się oburzone prychnięcie. Nie uważała się za żadnego kreta nawet mimo tego, że dopiero co pogwałciła prawo do prywatności Abraxasa. Nie miała z tego powodu wyrzutów sumienia. Skoro Riddle widział ją w takim świetle, to tylko oznaczało, że razem ze Ślizgonami z dormitorium w jakiś sposób łamał regulamin. Świadczyły też o tym podsłyszane mimochodem strzępki rozmów i różne dziwne zachowania, takie jak nabieranie wody w usta podczas pierwszego śniadania, jakie zjadła w ich towarzystwie. Coś było na rzeczy, tylko co? I czym jest RW?Marta zesztywniała, słysząc śmiechy z korytarza, na szczęście umilkły równie szybko, co rozbrzmiały. Nikt nie próbował wejść do dormitorium, a mimo że poczuła presję upływającego czasu, nie chciała zrezygnować z notatnika. Coś takiego mogłoby się jej przydać choćby do komunikacji z Riddle’em bez konieczności wchodzenia z nim w bezpośrednie interakcje. Pozwoliłoby jej to trzymać się na dystans, zdala od jego wahań nastrojów czy zgrywania niewiniątka, które nadal ją niepokoiło. Niestety gdyby przywłaszczyła sobie notatnik, Abraxas prędko zauważyłby jego zniknięcie, a z kolei Riddle miałby dowód na to, że Marta zaczęła węszyć. Wkroczenie na terytorium cywilizowanych stosunków ległoby w gruzach.Mimo to wyrwała ostatnią stronę i wcisnęła ją do kieszeni hogwarckiej peleryny. Odwróciła zaklęcie ujawniające znikający tusz, odłożyła wszystko na miejsce, a następnie udała się do biblioteki. Nie mogła pozwolić na to, żeby Riddle miał nad nią jakąkolwiek przewagę.— Co czytasz? — usłyszała przymilny głosik po kilku godzinach ślęczenia nad lekturą. Gdy podniosła głowę, żeby spojrzeć na Olivię, strzeliło jej w karku. — Czy to coś na zielarstwo? Do tego eseju, który Beery zadał nam na temat podwodnych roślin?— Nie — odburknęła Marta, machnięciem różdżki zamykając rozłożone wokół niej księgi. Wszystkie z nich były tak wiekowe, że z okładek dawno starły się tytuły, więc Olivia nic nie wywęszy.— Och, czyli już je napisałeś, tak?— Tak.— To może zerknąłbyś na moje? — Olivia błyskawicznie sięgnęła do torby, opadając na krzesło obok. — Nie jestem pewna, czy dobrze zinterpretowałam temat…Poza tym, że Marta natychmiast pożałowała kłamstwa, miała ochotę trzasnąć czołem w stół. Zanim się zorientowała, już podsunięto jej pod nos rolkę nerwowo rozprostowywanego pergaminu. Olivii niewiele brakowało do trzęsienia się z ekscytacji, więc Marta wiedziała, że tak łatwo się jej nie pozbędzie, dlatego pobieżnie przeczytała esej i niechętnie stwierdziła:— Wygląda poprawnie.Był napisany na ocenę wybitną, ale nie wypowiedziałaby tych słów na głos nawet pod groźbą śmierci.— Tak myślisz? — rzuciła z nadzieją Olivia. Naprawdę wstrzymywała oddech cały ten czas, bo teraz jej pierś szybko wznosiła się i opadała. — A konkluzja? Nie jest zbyt dalekosiężna, jak uważasz?Marta potrząsnęła głową, zamierzając udsunąć pergamin w jej stronę. Dopiero w tym momencie zauważyła, że Olivia przytrzymywała go dłońmi, uniemożliwiając mu zwinięcie się, przez co znalazła się blisko obiektu swojej trwającej całą edukację obsesji. Tak niepoprawnie blisko, że Marta czuła jej oddech na policzku.— Dobrze się czujesz, Hornby? — spytała, pogardliwie taksując ją wzrokiem. Jeszcze tego brakowało, żeby przeżyła pierwszy pocałunek nie tylko z zaskoczenia, ale i w ciele Riddle’a. Z Olivią! — Jakoś dziwnie przechyla cię w moją stronę.— Och, tak, no tak… — wybełkotała, czerwieniąc się lekko. Gdzieś pod miną głupiego dziewczątka błysnęła jej prawdziwa twarz, wykrzywiona w grymasie skrajnej irytacji. Gdyby Riddle nie był tak nieprzyzwoicie, nadludzko wręcz przystojny, Marta uznałaby, że Olivia płaszczyła się teraz przed „nim” wyłącznie dla rywalizacji z Astrą. — Yyy, miałam zapalenie ucha wewnętrznego. Wiesz, zaburzenia równowagi i te sprawy. Myślałam, że mi przeszło.— Brzmi jak coś, czemu powinna się przyjrzeć pielęgniarka.— Pewnie masz rację.Wbrew wypowiedzianym słowom, Olivia wciąż nie podnosiła się z krzesła.— Niezwłocznie — kontynuowała Marta najbardziej znudzonym głosem, na jaki było ją stać. Dla lepszego efektu zerknęła na zegarek, otworzyła księgę i przysunęła ją do siebie, mimo że już zdążyła tę przeczytać. — Niedługo godzina nocna. Na twoje szczęście skrzydło szpitalne jest na tym samym piętrze, co biblioteka. To rzut beretem.— Eee, tak. To do zobaczenia, Tom. — Poderwała się z krzesła, chowając wypracowanie odmawiającymi posłuszeństwa dłońmi. — Dzięki za opinię.Marta nie zamierzała zaszczycić jej odpowiedzią, co uważała za zagrywkę zgodną ze sposobem bycia Riddle’a. Olivia ociągała się jeszcze chwilę, ale wreszcie odwróciła się na pięcie i pomaszerowała przed siebie, a wtedy Marta wymruczała pod nosem ciche Accio. Rolka pergaminu przecisnęła się przez szczelinę w niedokładnie zapiętej torbie i wylądowała w jej garści. W ten prosty sposób przyrządziła dwie pieczenie na jednym ogniu: zagwarantowała sobie wolne popołudnie oraz przysporzyła kłopotów tej wrednej dziewusze. Jeśli niczego nie zauważy i stawi się na zielarstwie bez wypracowania, ludołówki profesora Beery’ego połkną ją w całości.Esej znów zmienił właściciela. Oburzona Marta rozejrzała się dookoła, a na widok stojącego za nią Riddle’a zrzedła jej mina.— Możnaby powiedzieć, że naprawdę chcesz, żeby cię wyrzucono z Hogwartu — mruknął żartobliwie, rozwijając rolkę. Pobieżnie przeczytał treść i schował ją do torby. — Widzę, że zainteresowałaś się tym, co nam zrobiłaś. Najwyższy czas.Marta wywróciła oczami.— Dla twojej wiadomości jestem tu każdego dnia na grubo przed tym, zanim zdążysz się obudzić, Riddle.— To dobrze. Nie powinnaś sama włóczyć się nocami po zamku.— Bo?— Chyba zauważyłaś, że uczniowie padają jak muchy. Próba uwiedzenia mnie Amortencją świadczy, że nie masz instynktu zachowawczego, ale w tym przypadku jestem człowiekiem wiary. Nie chcesz skończyć spetryfikowana, prawda?Marta powstrzymała się od kąśliwego komentarza. Pragnęła wybić mu z głowy pomysł, że naprawdę jej na nim zależało, ale postanowiła nie strzępić języka. Zamiast tego wstała z krzesła i wyciągnęła rękę po wypracowanie, mówiąc:— Jest moje.— Z tego co widziałem, należy do Hornby.— Już nie.— W takim razie do ciebie też już nie. — Riddle wzruszył ramionami, rozejrzywszy się dookoła. Tym gestem uświadomił jej, że dawno umilkł szelest przerzucanych stron i szum przyciszonych rozmów. Jeśli ktoś poza nimi ostał się jeszcze w bibliotece, były to zdesperowane niedobitki. — Jest wcześniej, niż planowałem, ale możemy iść.Nachylił się nad czytanymi przed nią księgami i zaśmiał się cicho pod nosem, zanim ruszył w kierunku wyjścia. Marta zamierzała go zignorować, więc bez pośpiechu odłożyła je na prawowite miejsca na regale, a następnie wyszła na pogrążony w półmroku korytarz.Gdy zobaczyła cień uśmiechu na wargach Riddle’a, nie powstrzymała się przed rzuceniem:— Co cię tak bawi?— Twoja desperacja.— Desperacja? — prychnęła, splatając ramiona na piersi.— Tak. Desperacko pragniesz udowodnić samej sobie, że twoje wyczyny nie miały nic wspólnego z czarną magią. — Poprowadził ją w kierunku zaczarowanych kondygnacji schodów, jawnie czerpiąc satysfakcję z jej zszokowanej miny. — Naprawdę myślałaś, że znajdziesz odpowiedzi poza Zakazanym Działem?— Skoro czegoś się dowiedziałeś, dlaczego po prostu się tym ze mną nie podzielisz? — spytała, przełykając gorzką prawdę. Riddle rozszyfrował ją bez najmniejszego wysiłku. — Mnie też to wszystko dotyczy.— A pytałaś?— Pytam.— Hm. — Wsparł się plecami o kamienną poręcz schodów, które niosły ich na trzecie piętro. Gdy byli sami, w nieskrępowany sposób poruszał się w jej ciele niczym chłopak, co wyglądało co najmniej groteskowo. — A dlaczego miałbym to zrobić?Marta odchyliła głowę do tyłu i odetchnęła, nie szczędząc sobie dramatyzmu.— Wiesz co, mam cię dość. Znajdę sama, skoro już wiem, gdzie szukać.— A skąd pomysł, że już ci tego nie uniemożliwiłem? — spytał, zapalając różdżkę na ciemnym korytarzu, i narzucił żwawe tempo. — Wszystko w swoim czasie.— Mhm, jasne.Weszli do łazienki, gdzie kinkiety samoistnie zapłonęły ciepłym światłem. Riddle bez wysiłku rozbroił dziesiątkę zaklęć ryglujących, którymi Marta blokowała dostęp do ostatniej kabiny toaletowej. Wyjął z niej wciąż bulgoczący kociołek i postawił go na parapecie wysokiego okna, zaglądając do środka.Marta uśmiechnęła się z wyższością, oceniając uwarzoną miksturę. Drugi raz odniosła sukces w perfekcyjnym uwarzeniu Amortencji, a teraz Riddle nie mógł temu zaprzeczyć.Musiał przyznać jej rację.
Musiał.
— I co, dalej uważasz, że gdzieś popełniłam błąd?— Podręcznikowa — stwierdził, lecz w jego ustach to słowo wcale nie brzmiało jak komplement. Nabrał wdechu i wyprostował się znad kociołka. — Przeciętna. Brakuje ci finezji i drygu do improwizacji.— Chyba sobie żartujesz. — Wyszarpnęła z torby wymięty przepis, który wcześniej spakowała specjalnie na tę okazję. — Popatrz, tu jest wszystko napisane. „Poprawnie uwarzony eliksir cechuje się perłowym połyskiem, parą wzbijającą się w spirale i zapachem, który różni się dla każdej osoby w zależności od tego, co ją pociąga.”Powąchała Amortencję, rozróżniając dokładnie te same zapachy, co poprzednim razem. Gdy się odsunęła, jej ciałem wzdrygnął dreszcz. Rozstawanie się z obiektem jej żądzy, kimkolwiek on był, nie należało do przyjemnych.— Mówisz tak pewnie tylko dlatego, że nie podoba ci się, że wyczułeś tam esencję z Malfoya — skwitowała, nie potrafiąc odpuścić sobie prztyczka w nos. Skoro Riddle śmiał krytykować jej umiejętności, nie zamierzała pozostać mu dłużna. Mogą wbijać sobie nawzajem szpilki do czasu, aż przyzna jej rację.— Abraxasa? — spytał ze szczerze skonfundowaną miną. Wpatrywał się w Martę przez kilka dobrych chwil, zanim zaśmiał się gardłowo. — Ach, to masz na myśli. Cóż, jestem pewien, że gdyby Abraxas tu był, wyczułby właśnie mnie. Niestety jemu nie spodobałoby się to, co czuję ja.— Czyli co?— Nic — odparł. — Dosłownie nic.Marta potrząsnęła głową.— To niemożliwe. Każdy coś czuje.— Każdy, kto posiada zdolność do odczuwania takich emocji. Miłość to emocja dla głupców, którzy nie rozumieją, że nie przynosi ze sobą niczego poza słabością.— Och, proszę cię — żachnęła się. — Błagam.Mimo że jej głos ociekał kpiną, wbrew oczekiwaniom Riddle ani nie pokusił się o wyjaśnienia, ani nie utracił dobrego humoru. Podczas gdy wyczarował szklankę i wlał do niej chochlę eliksiru, na jego ustach błąkał się cień uśmiechu.— A ty co czujesz?— To prywatna sprawa. — Marta skrzyżowała ręce na piersi, przybierając upartą minę. Skoro on bawił się w słabe kłamstwa, nie zamierzała mu niczego wyjawić. — Równie dobrze mogę czuć to, co ty.— Nie. Podejrzewam, że czujesz tego całego Longbottoma.Opadła jej szczęka.— Co? Skąd wytrzasnąłeś ten idiotyczny pomysł?Riddle wzruszył ramionami.— Donna jest o ciebie zazdrosna, a on ewidentnie żałuje, że się z nią związał. Najpierw myślałem, że odrzuciłaś jego awanse, ale im więcej czasu z nim spędzam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że nigdy nie odważył się zabiegać o twoje względy.— Co? Co? — Marta otwierała i zamykała usta, ale nie potrafiła wydobyć z siebie sensownego zdania. — To… To jest niedorzeczne. Alfred uwielbia Donnę. Kocha! Wiecznie ją przytula, obcałowuje do tego stopnia, że przebywanie w ich otoczeniu to istna tortura!— Tortura? — Riddle uśmiechnął się szerzej. Drapieżniej. — Nie wątpię. To oczywiste, skoro przyzwalasz mu na pewną dozę poufałości.— CO?! Poufałości?! PRZYZWALAM? — wykrztusiła, tak mocno zaciskając pięści, że paznokcie dotkliwie wbiły się w skórę, przywracając jej rozsądek. Kosztowało ją to całe siły, ale oczyściła umysł, a wraz z nim obmyła ją fala opanowania. — Skończ mnie prowokować, Riddle. Wbrew twojej opinii wcale nie jestem idiotką. Wiem, że wymyślasz to wszystko, żeby wejść mi na psychikę, ale po co? Myślisz, że polecę do Alfreda i wbiję Donnie nóż w plecy? Naprawdę myślisz, że takie żałosne gierki są zabawne, że z powodu chłopaka zdradzę koleżankę? O to ci chodzi, tak? Żeby zniszczyć mi życie, tak jak mówiłeś?Riddle przyglądał się jej w ciszy przez nieznośnie długą chwilę, zanim spytał:— Skąd te wszystkie emocje, Marto?Prawie udało mu się wytrącić ją z równowagi. Śmiał wypowiedzieć te słowa w taki sposób, jakby źródłem tych emocji było uczucie do Alfreda, ale Marta nie zamierzała połknąć haczyka.— Twoje oskarżenia są niedorzeczne — odparła, bliska tupnięcia nogą niczym dziecko podkreślające wagę swoich słów. Dobrze, że się opanowała, bo komentarz Riddle’a na ten temat pewnie przepchnąłby ją przez granicę cierpliwości. — To wszystko. A teraz pij ten przeklęty eliksir i daj mi wreszcie święty spokój.Zdjął szklankę z parapetu i wzniósł toast.— Za koniec noszenia spódnic i słuchania ględzenia Donny.Marta zacisnęła usta, nerwowo podrygując stopą. Riddle ewidentnie czekał, aż doda swoje trzy grosze, więc rzuciła szorstko:— Tylko się we mnie nie zakochaj.Prychnąwszy, przyłożył szklankę do ust i przełknął jej zawartość, nie spuszczając z niej wzroku.

----- CHAPTER BREAK -----

Marta bezwiednie wstrzymywała oddech. Każdy milimetr jej ciała, każdy nerw i komórkę trawiła słodka antycypacja i jeszcze przyjemniejsze napięcie, które skłoniło ją do zamknięcia oczu. Gdy otworzyła je kilka sekund później, uśmiech spełzł jej z twarzy. Wciąż patrzyła na Riddle’a zaklętego w jej ciele. Ku jej rosnącemu poczuciu beznadziei i przerażeniu mijające sekundy, być może już nawet minuty nie przyprawiały ją o żadne z abstrakcyjnych odczuć, których doświadczyła podczas pierwszej zamiany ciał.

— Rozczarowujące — stwierdził Riddle, wyraźnie opuszczony przez dobry humor. W jego głosie rozbrzmiała taka mieszanina goryczy i złości, że Marta aż się wzdrygnęła. — Poprzednim razem musiałaś uwarzyć ją inaczej, Warren.

Warren. Już nie „Marto”.

— Zrobiłaś to celowo?

— Celowo? — sapnęła z oburzeniem. — Celowo? Naprawdę myślisz, że chcę budzić się co rano do hymnu Anglii w wydaniu pierdzącego Goyle’a? Do widoku…

Zamilkła, gdy Riddle odwrócił się do niej plecami i skierował się ku wyjściu z łazienki. W pewnym stopniu przyzwyczaiła się już do jego bezczelnego sposobu bycia, ale tym razem przesadził. Musieli rozwiązać ten problem razem!

— Hej! Nie skończyłam! — krzyknęła za nim, rozzłoszczona. — I co teraz?! Mówiłam ci, że to nie była moja wina! Ani wina Amortencji!

Tylko przez moment odczuwała satysfakcję z tego, że Riddle zatrzymał się przed przekroczeniem progu łazienki. Odwrócił się powoli niczym wąż, który zdał sobie sprawę z obecności ofiary. Porażona emanującą z jego oczu złowieszczością Marta połknęła język.

— Wszystko jest twoją winą — wycedził, machnięciem różdżki sprawiwszy, że wokół jej kostek i nadgarstków owinęły się liny. — Mam jeszcze kilka rzeczy, które muszę na tobie wypróbować.

— Riddle! Nie! — krzyknęła, chcąc wycofać się pod ścianę jak najdalej od niego, ale runęła na podłogę przez krępujące jej ruchy wiązania. Z jej gardła wyrwał się cichy okrzyk. — Nie. Obiecałeś, że…

— Niczego ci nie obiecywałem. — Kolejne zaklęcie szarpnęło za liny, przewracając Martę na plecy. Riddle kucnął obok niej. — Leż w bezruchu i bądź cicho, rozumiesz?

Nie zdążyła nawet w pełni pojąć, co oznaczały jego słowa, zanim poczuła ich sens. Zaklęcie odnalazło to samo miejsce, co poprzednio, choć tym razem niczego nie uleczyło, a wywołało ból. Nie był silny, lecz wystarczająco przeszywający i nagły, aby zwinęła się w kłębek, pozbawiona tchu i oszołomiona.

Gdy dolegliwości ustały, zamrugała.

— Dlaczego nie rzuciłeś na mnie

Petrificusa Totalusa

, skoro chciałeś, żebym się nie ruszała? — wymamrotała butnie na widok wykrzywionych pogardą ust, sprzeciwiając się instynktowi samozachowawczemu.

— Bo musisz się jeszcze wiele nauczyć, Warren. Zaczynając od tego, gdzie jest twoje miejsce — odparł spokojnie i wyprostował się, lecz nie uszło jej uwadze, że wcale nie schował różdżki. Patrzył na nią z góry. — U moich stóp.

Ledwo otworzyła usta do wystosowania kontry, przeszyło ją kolejne zaklęcie, wyciskając jej powietrze z płuc. Tym razem nie towarzyszył mu ból, a niekomfortowe, narastające uczucie ucisku w klatce piersiowej, jakby coś próbowało wypchnąć ją na zewnątrz, wyszarpnąć z ciała. Im dłużej trwało, tym bardziej doskwierał jej brak możliwości nabrania pełnego oddechu, a ona sama trzęsła się, z sekundy na sekundę coraz bardziej czując się tak, jakby przeciągano ją całą przez dziurkę od klucza.

— Skończ, Riddle!

Sposób, w jaki się jej przyglądał, nie pozostawiał wątpliwości. Naprawdę uważał, że znajdowała się na odpowiednim miejscu, skulona na lodowatej posadzce tuż pod jego butami. Odczekał swoje, zanim cofnął zaklęcie.

— Chciałaś coś powiedzieć? Tak myślałem — powiedział. — Kiedy mówię, że coś jest twoją winą, jest to twoją winą. Kiedy mówię, że daję ci tydzień na naprawienie swoich błędów, masz je naprawić w tydzień. Czy zaczynasz rozumieć? Czy mam ci to wytłumaczyć w jeszcze mniej skomplikowany sposób, ty tępa idiotko?

Marta zacisnęła pięści, uciekając wzrokiem w bok. Im dłużej wpatrywała się w oczy Riddle’a, z których emanowało poczucie wyższości, tym bardziej bała się, że powie coś, czego pożałuje.

— Zadałem ci pytanie — ponaglił ją i znów obok niej kucnął, a ona wzdrygnęła się, gdy wpił palce w jej brodę. Zmusił ją do popatrzenia na niego, za co szczerze go znienawidziła. — Będę litościwy i dam ci podpowiedź, Warren. Jedyna akceptowalna odpowiedź to: „tak, rozumiem”. Możesz jeszcze na koniec dodać magiczne słowo.

— Za nic nie będę cię przepraszać.

Błysk rozbawienia w jego oku zdradził, że miał na myśli coś zgoła innego.

— Jesteś tego pewna?

— To nie moja wina. Powtarzałam ci od początku, że to nie Amortencja wywołała to wszystko! — wykrzyknęła z frustracją, nie spuszczając wzroku z jego palców, między którymi obracał różdżkę. — Nie mam pojęcia, dlaczego zamieniliśmy się ciałami, ale może jeśli mi powiesz, co wiesz, to uda mi się…

— Nie bądź głupia — wtrącił. — Skoro mnie nie udało się wymyślić ugodowego rozwiązania, ty nie masz na to żadnych szans.

— Ugodowego?

Cień uśmiechu zagnieździł się w kąciku jego ust. Nieznacznie poruszył różdżką, a Marta znów poczuła w sobie narastające uczucie ciągnięcia, które odbierało jej dech w piersi.

— Ty wyszarpnęłaś mnie z własnego ciała, więc jestem przygotowany zrobić to samo z tobą, Warren. Nie mam pojęcia, co się wtedy z tobą stanie, ale nie mam wątpliwości, że ja wrócę na prawowite miejsce. I wierz mi, że gdziekolwiek trafisz, nie będę miał z tego powodu wyrzutów sumienia.

Marta przełknęła ślinę, wiedząc, że nie kłamał. Jej myśli pędziły łeb na szyję, nieustannie odbijając się od tysiąca mrocznych zakończeń, jakie mogłyby spotkać jej duszę, gdyby tylko Riddle zapragnął użyć przemocy do rozwiązania problemu.

— Daj mi tydzień — wyszeptała, mimo że zamierzała desperacko krzyknąć. Z emocji gardło odmawiało jej posłuszeństwa. — Daj mi jeszcze tydzień, Riddle, proszę. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby to odwrócić. Obiecuję. Obiecuję!

Panicznie szukała śladu emocji na jego twarzy, wskazówki na temat tego, o czym właśnie myślał, gdy przypatrywał się jej tym pozbawionym człowieczeństwa wzrokiem. Nie mrugała, a nawet przestała oddychać, wyczekując werdyktu.

— Nie.

— Boże, Tom! Odwrócę to, obiecuję! A potem zrobię wszystko, co tylko będziesz chciał! Będę poddawać się eksperymentom bez żadnych protestów, nie wiem, cokolwiek, cokolwiek będziesz chciał!

— Ach tak? Cokolwiek?

— Tak!

— To możesz zacząć w tej chwili. Powiedz, że to wszystko jest twoją winą, a potem powiedz, że zasługujesz na to, jak cię traktuję. I przeproś mnie, Warren. Tylko nie zapomnij zrobić tego tak, żebym w to uwierzył. — Przydzielił jej chwilę na odpowiedź, a gdy pośród niedowierzania w jej oczach odnalazł iskrę rozdrażnienia, raz jeszcze poruszył różdżką. — Powiedz to albo cię stamtąd wyciągnę.

Z trudem przełknęła gulę, która utknęła w jej gardle. Być może to wszystko było jej winą, ale czy naprawdę zasługiwała na padnięcie ofiarą bezlitosnych eksperymentów? Nie działała z premedytacją, a przynajmniej nie w przypadku zamiany dusz. Niestety nie dało się zaprzeczyć faktowi, że dla bezdennie idiotycznego odpłacenia się Olivii planowała odebrać Riddle’owi możliwość podejmowania decyzji o własnym ciele. Teraz on odbierał ją jej. W przypadku Hornby kierowała się zasadą oko za oko, ząb za ząb, więc jak mogła uważać, że podobne traktowanie nie należało się jej?

— To moja wina — powiedziała z urywanym westchnieniem, ogarnięta głębokim wstydem wywołanym przez własne czyny. — I tak, zasługuję na wszystko, co mi robisz. Może i nie miałam pojęcia, jak się to wszystko skończy, ale nie powinnam była tego robić. To było złe i za to przepraszam.

— Naprawdę jest ci przykro — zauważył, kręcąc głową z niedowierzaniem. — Jesteś taka słaba, że to aż żałosne, ale jestem skłonny ofiarować ci dodatkowy tydzień. Co do minuty. Pozbycie się ciebie tylko dołożyłoby mi dodatkowych komplikacji, a mam wystarczająco dużo na głowie. Nie zawiedź mnie, Warren.

Riddle rzucił jej ostatnie przesączone pogardą spojrzenie i ruszył ku wyjściu. Gdy zniknął za rogiem, liny oplatające nadgarstki i kostki Marty zniknęły samoistnie, ale była zbyt zszokowana tą interakcją, żeby zwrócić na to uwagę. Roztarła zaczerwienioną skórę, nie potrafiąc uspokoić przyśpieszonego oddechu.

Czy Riddle naprawdę byłby skłonny się jej „pozbyć” i czy uważał, że udałoby mu się to zrobić właśnie tu, w Hogwarcie, pod okiem tak wielu profesorów i dyrektora Dippeta?

To niemożliwe, wręcz niewykonalne. Nie widziała w nim śladu wahania ani braku pewności siebie, ale to jasne, że wykorzystał jej strach, żeby zagnieździć w niej jeszcze więcej niepokoju. Chciał, żeby się go bała, chciał wykorzystać to przeciwko niej, chciał wmówić jej, że jest zdolny do spełnienia swoich gróźb. Mimo to Marta wierzyła, że w Hogwarcie jest bezpieczna.

Podniosła się z ziemi i odetchnęła głęboko, starając się oczyścić umysł. Nie mogła pozwolić mu na zniszczenie jej psychiki. Z każdą mijającą chwilą jej dłonie trzęsły się coraz mniej, gdy przelewała Amortencję do fiolek. Może i tym razem nie zadziałała, ale w razie potrzeby Marta nie zamierzała marnować czasu na warzenie jej drugi raz.

W momencie wślizgnięcia się do Zakazanego działu przeszła już transformację w oazę spokoju. Nie groziła jej śmierć, tego była pewna, lecz w przypadku niepowodzenia Riddle nadal mógł wyrządzić jej krzywdę, dlatego nie miała czasu do stracenia. Ślęczała tam tak długo, że gdy wreszcie padła z wyczerpania, jej sny składały się wyłącznie z dziwnych ucieczek po bibliotece i szukaniu odpowiedzi pośród całkowicie pustych regałów.

— Byłeś tu całą noc? — uslyszała jak przez mgłę, a wtedy coś potrząsnęło ją za ramię.

Odpędziła od siebie natrętną rękę i odkleiła policzek od księgi. Abraxas przysiadł na stole, wpatrując się w nią z oczekiwaniem.

— Mhm, tak — wymamrotała, przecierając zaspaną twarz. Starała się utrzymać przytomność poprzez szczypanie się po nogach, ale jak widać czytanie na temat odrażających konsekwencji magicznych mimo wszystko potrafiło znużyć ją na amen. — Czego chcesz?

— Niczego — odparł, przybierając niewzruszoną minę, ale Marta wiedziała, że to tylko maska. — Nie wróciłeś na noc.

Z jej gardła wyrwało się ciche prychnięcie.

— Martwisz się? Ty? O mnie? — spytała, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. To niesłychane, że ktokolwiek przejmował się losem tak okrutnej osoby jak Riddle. W opanowaniu języka nie pomogła świadomość, że gdy ona sama nie wróciła na noc do dormitorium, żadna z dziewczyn nie zainteresowała się jej zniknięciem. — Co z tobą nie tak? Czy ktoś cię skrzywdził za dziecka?

Abraxas zacisnął gniewnie usta, stając na równe nogi. Przez moment był zwrócony do niej plecami i wyglądał na gotowego odejść, lecz po namyśle dobył sypiącej iskrami różdżki i machnął nią, zrzucając wszystkie księgi z blatu. Jedna z nich tak mocno wyszarpnęła się spod łokcia Marty, że nagle pozbawiona podparcia prawie zaliczyła zderzenie czoła z blatem.

— Ej! — wykrzyknęła, a choć jej głos był głównie zaspany, niższa nuta nadała mu groźnego zabarwienia, które tak często słyszała w wydaniu Riddle’a.

Jak się spodziewała, Abraxas wycofał się. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała szybko, minę wciąż miał zaciętą, lecz w jego wzroku poza obawą zobaczyła coś jeszcze.

Wyczekiwanie.

Ten szalony chłopak starał się celowo sprowokować ją do działania. Cokolwiek łączyło tych dwóch, nie był to żaden związek, nawet jeśli Abraxas desperacko go pragnął. Kłócą się, przepychają, a potem…

Przesunęła po nim spojrzeniem i mimo że daleko było jej do dobrego humoru, zmusiła się do pociągnięcia kącika ust w górę. Starała się odwzorować tę dozę pogardy, która emanowała z każdego drgnienia mięśnia na twarzy Riddle’a, a na widok powoli rozszerzających się oczu Abraxasa zrozumiała, że odniosła sukces.

Podeszła do niego powoli, nie dobywając różdżki. Gdy stała tak blisko, że czubki ich butów się stykały, położyła dłonie na ramionach Abraxasa, a on… zadrżał. Pokręciła głową, przez ułamek sekundy dumając nad tym, w jak abstrakcyjnej sytuacji się znalazła i jak dziwnie było przyprawiać kogoś o dreszcze, nie będąc nawet sobą.

Złapała w garść jego koszulę i pchnęła go w tył. Regał zatrząsł się za jego plecami, a Abraxas wstrzymał na chwilę oddech, zanim złapał Tomartę za nadgarstek. Nie ograniczał się, sprawiał jej ból, lecz nie próbował odsunąć od siebie jej rąk. Czekał.

— Odpowiedz mi na jedno pytanie, Malfoy — powiedziała, mocniej dociskając go do regału. Całkiem przyjemnie było słuchać, jak drewno trzeszczy pod jej naporem. — Dlaczego? Dlaczego tak ci na mnie zależy, hm? Czy nie znęcam się nad tobą i nie sieję ci zamętu w głowie? Czy i wobec ciebie nie jestem okrutny i bezwzlędny? Bezlitosny?

Podczas gdy Abraxas przypatrywał się jej w oszołomieniu, Marta nie mogła oprzeć się wrażeniu spływającej na niej ulgi. Poczuła się tak, jakby poniekąd, w zawiły sposób zwierzyła się komuś z tego, co spotykało ją z ręki Riddle’a. Abraxas nie miał najmniejszego pojęcia, że on i ona mogli przechodzić przez coś łudząco podobnego…

— Nie wiem, jakiej odpowiedzi oczekujesz — powiedział wreszcie, jego ton był gorzki, niemal jakby Abraxas czegoś żałował. — Co, mam przyznać, że sprawiasz, że czuję się jak gówno? Że raz mnie doceniasz za to, co dla ciebie robię, a potem kopiesz leżącego, jeśli coś pójdzie nie po twojej myśli? O to ci chodzi? — Tak mocno ścisnął rękę Marty, że ta musiała zagryźć zęby dla powstrzymania się od jęknięcia bólu. — Cóż, sam nie wiem, Tom. Podejrzewam, że to część twojego uroku.

Jego odpowiedź byla tak oderwana od rzeczywistości, że po chwili oszołomienia nie powstrzymała cichego śmiechu, który wyrwał się z jej gardła. Nie potrafiła sobie wyobrazić wersji siebie czerpiącej przyjemność czy satysfakcję z tego, jak traktował ją Riddle. Znała go osobiście zaledwie tydzień, a już miała go serdecznie dość, podczas gdy Abraxas z utęsknieniem wyczekiwał konfrontacji z nim? To niedorzeczne!

— Uroku? Naprawdę podoba ci się to, jak cię traktuje? — rzuciła, luzując uchwyt na jego ubraniach. Miała nadzieję, że nie zwrócił uwagi, jak powinął się jej język.

— Merlinie, ty naprawdę niczego nie rozumiesz — westchnął i przełknął ślinę, odchylając głowę do tyłu. Wsparł ją o regał, przymykając oczy. Naprawdę rozluźnił się w towarzystwie Riddle’a. Marta nie pojmowała tego umysłem. — Nie wiem, co ci zrobili w tym sierocińcu, żebyś miał tak płytkie, wręcz zerowe pojęcie o ludzkich emocjach, ale… Ale tak. Oczywiście, że jest w tym wszystkim urok. Za każdym razem, gdy jesteś na mnie wkurwiony, zamieniasz moje życie w piekło, ale dzięki temu piekłu dwukrotnie bardziej doceniam to, kiedy jesteś zadowolony.

W sierocińcu?

Abraxas otworzył oczy, powoli przesuwając wzrokiem po twarzy Tomarty. Zawiesił go na jej ustach, przez co mimowolnie postąpiła o krok w tył.

— Wiem. Ty się nie całujesz, a przynajmniej nie za darmo — powiedział z lekko skrzywioną miną. — Daj mi coś poważnego, Tom. Normalne zadanie, a nie znęcanie się nad jakąś kujonką półkrwi. Niech Avery albo Goyle marnują na to czas. — Westchnął, zdejmując jej dłoń ze swojej piersi; nie uszło jej uwadze, że mógł puścić ją znacznie wcześniej. — Pozwól mi zająć się kretem.

Brwi Marty zdążyły poderwać się w górę, zanim nad nimi zapanowała.

— Dlaczego miałbym to zrobić? — spytała. — Uważasz, że poradzisz sobie z tym lepiej ode mnie?

— Oczywiście, że nie, ale wiem, że jesteś już wystarczająco zajęty — powiedział, ściszając konspiracyjnie głos. W kąciku jego ust znów pałętał się ten znaczący uśmiech, który wczoraj nie dawał Marcie spokoju. — To Nott, mam rację? Pozwól mi się nim zająć. Ćwiczyłem

Obliviate

, tak jak mi kazałeś, sam doskonale wiesz, jak bardzo się w nim poprawiłem. Dopilnuję, żeby nie pamiętał niczego na temat Rycerzy.

— Nie wiem, kto jest kretem. Po prostu wiem, że jest wśród nas — odparła po namyśle, notując z tyłu głowy istnienie „Rycerzy”. Przetarła usta i brodę, żeby ukryć podekscytowanie nową informacją. — Jeśli chcesz, możesz się tym zająć, ale to nie znaczy, że Hornby dostała wystarczającą nauczkę.

— Napuszczę na nią chłopaków — przytaknął, lecz w jego szarych oczach pojawił się błysk zaintrygowania. — Co ona ci takiego zrobiła, Tom? Chyba nie współpracuje z wtyczką? A może z Dumbledore’em?

— Jesteś ostatnio strasznie wścibski. Gdybym chciał, żebyś wiedział, to dawno przestałbym cię trzymać w niewiedzy, nie uważasz? — zauważyła, uśmiechając się kpiąco, gdy Abraxas powściągnął usta. W duchu dziękowała mu za tę nadgorliwą potrzebę przypodobania się Riddle’owi. — Weź się do roboty.

Przeciągnęła się z gardłowym stęknięciem, które ewidentnie podeszło Abraxasowi do gustu, i zabrała swoją torbę z ziemi. Skierowała się ku wyjściu z Zakazanego Działu, a gdy obejrzała się przez ramię, pokręciła głową z niedowierzaniem. Abraxas odkładał na miejsce księgi, które pozrzucał na ziemię.

Bycie prawdziwym Riddle’em musiało być wspaniałe. Chociaż Marta najchętniej wróciłaby do własnego ciała w ułamku sekundy, gdyby dano jej taką szansę, nie mogła odmówić uroku posiadania tak oddanych „przyjaciół”, którzy byli gotowi nie tylko jej usługiwać, ale odwalać za nią brudną robotę. Riddle owinął ich sobie wokół palca mieszaniną zastraszania i nagradzania tak perfekcyjnie, że nie widzieli nic uwłaczającego nawet w sprzątaniu po nim.

Nie miała jednak pojęcia, że Riddle wychowywał się w sierocińcu. Jak większość Hogwartu zakładała, że był konsekwencją nieślubnej relacji jakiegoś czystokrwistego bogacza z mugolaczką albo mugolką, na co wskazywało połączenie jego przyziemnego imienia i nazwiska z tym, jak bardzo uwielbiali go profesorzy pokroju Slughorna. Mimo że pewnie nie miał pojęcia, skąd się wywodził ani nie znał tożsamości rodziców, udało mu się osiągnąć tak wielki sukces. Pozyskał sympatię wszystkich profesorów, łącznie z dyrektorem Dippetem, i zebrał wokół siebie wianuszek czystokrwistych adoratorów, którzy zwykli patrzeć z góry na każdego, kto nie mógł pochwalić się perfekcyjnym drzewem genealogicznym.

Posiadanie tej wiedzy sprawiło, że poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. Podejrzewała, że nie bez powodu cały Hogwart żył domysłami na temat Riddle’a. Wtajemniczenie w tę część jego życia wydawało się jej wręcz… intymne. Marta dałaby sobie rękę uciąć, że tylko pojedyncze osoby znały prawdę o miejscu, z którego się wywodził.

Rzucało to też nowe światło na powód, dla którego zostawał w Hogwarcie na święta. Na myśl o tegorocznym Bożym Narodzeniu po kręgosłupie Marty wspiął się dreszcz. Będzie zamknięta z Riddle’em w opustoszałym, w większości pozbawionym kadry nauczycielskiej zamku… Wolała nie zastanawiać się, co przyjdzie mu wtedy do głowy.

Przełknęła zalegającą jej w ustach gorzką ślinę i wślizgnęła się do schowka na miotły. Pod przewróconym wiadrem znalazła kolejną wiadomość od Donny. Głosiła zaledwie: „Jutro. Dwudziesta.”

Po wczorajszych przeżyciach Marta nieszczególnie zamartwiała się faktem, że jej pamiętnik znajdował się w nieodpowiednich rękach, lecz postanowiła przyjąć zaproszenie, uznając, że dawanie Riddle’owi do ręki dodatkowego oręża byłoby głupotą.

Do wieczora czas zleciał jej jak z bicza strzelił (po wzięciu błyskawicznego prysznica i zjedzenu śniadania bezzwłocznie wróciła do biblioteki, gdzie prawie została przyłapana na zakradaniu się do Zakazanego Działu). Głowa nieprzyjemnie tętniła jej bólem, przed oczami nieustannie majaczyły niepokojące ilustracje czarnomagicznych powikłań, a kark łupał ją tak mocno, że wolała na dziś zakończyć poszukiwania odpowiedzi. Obawiała się, że gdyby została w bibliotece choć trochę dłużej, Riddle nie ucieszyłby się z powrotu do ciała przyozdobionego wdowim garbem.

Po wejściu do dormitorium, zamiast utęsknionego spokoju i ciszy, zastała chłopaków w trakcie grania w karty oraz libacji alkoholowej. Nie odezwała się do nich ani słowem, zamiast tego rzuciła torbę na ziemię i padła przodem na łóżko w przesiąknięty dramatyzmem sposób, a z jej gardła wyrwało się przeciągłe stęknięcie. Kręgosłup dziękował jej za przybranie tak błogiej w swoim wyprostowaniu pozycji.

— Dołącz do nas — usłyszała podpity głos Notta. Przekręciła nieznacznie głowę, żeby móc na niego spojrzeć kątem oka; między zębami trzymał fajkę i kopcił nią tak, że smród czuła nawet mimo tego, że nos wciąż miała zanurzony w pościeli. — Gramy o coś ciekawszego niż pieniądze…

Świński rechot Goyle’a stanowił dowód, że Marta nawet nie powinna popełnić błędu dociekania, co było nagrodą dla zwycięzcy. Leżała więc na wznak do czasu, aż coś zaczęło szturchać ją w rękę. Siedzący na ziemi Nott próbował wsunąć jej w dłoń butelkę ognistej whisky.

— Odwal się — mruknęła, rozdrażniona, ale bliski kontakt z kołdrą stłumił jej słowa. Albo Nott jej nie dosłyszał, albo był bardziej pijany, niż się jej wcześniej wydawało.

— No, dawaj. — Tym razem usłyszała głos Abraxasa, który wyciągnął się na boku u podnóża swojego łóżka. — Nagroda nie jest tego warta, ale gra idzie nam całkiem całkiem…

— Nagroda nie jest tego warta? — prychnął ostentacyjnie Nott. Jego głos wskazywał, że te słowa uraziły go do głębi, lecz po chwili jego twarz rozjaśniła się błyskiem olśnienia. Wyjął fajkę z ust i wykrzyknął: — Malfoy! Ty nawet nie wiesz, co ja mam w swoim posiadaniu!

— Niby co? — zainteresował się Goyle. — Chyba nic lepszego niż tamto zdjęcie?

— Ohoho! — Nott klasnął w ręce i wymamrotał ciche

Accio

. Aparat wyskoczył z kufra i pofrunął w jego objęcia, a on zajął się przeglądaniem rolki z filmem w poszukiwaniu konkretnej klatki. — Ohoho, Malfoy! Zapomniałem o tym na śmierć!

— Merlinie, wyduś to z siebie — warknął Abraxas. Marta była przekonana, że gdyby oderwała się od kołdry, żeby na niego spojrzeć, zastałaby na jego twarzy do bólu zobojętniałą minę arystokraty, nawet jeśli jego głos zdradzał ślady zaniepokojenia zmieszanego z rozdrażnieniem. — Może strzeliłeś fleszem, jak przebieraliśmy się w szatni na boisku? Zawsze wiedziałem, że masz skrzywione zapędy.

Parsknięcie śmiechu Marty wygłuszył bliski kontakt z kołdrą.

— Poczekaj no tylko, zaraz sprawię, że gorąco zatęsknisz za najdroższą rodzinką — mruczał cicho Nott, znów wgryzając się w fajkę. Ton jego głosu poddawał w wątpliwość wypowiedziane słowa. — Ha!

— Pokazuj — rzucił Goyle ze zniecierpliwionym westchnieniem, które gwałtownie urwało się w połowie. Zapadła cisza, którą przerywało wyłącznie trzaskanie ognia w piecu, a atmosfera zgęstniała tak szybko, że Marta aż oderwała się od materaca. — O cholera, Malfoy…

Wydawało się, że po twarzy Abraxasa przemykało tyle najróżniejszych emocji, ile czarnych scenariuszy w jego myślach. Linia jego ramion zdradzała napięcie, palce wbiły się w ściskane w garści karty, a usta rozchyliły się nieznacznie w oczekiwaniu.

— Nott! — Goyle zakrztusił się popijaną w międzyczasie ognistą whisky. — TY EROTOMANIE! — ryknął śmiechem, odrzucając głowę do tyłu. — Jesteś moim bohaterem, poważnie… Niezły numer wykręciłeś koledze z dormitorium, ty pozbawiony litości rozpustniku.

Śmiał się dalej, nie zważając na pobladłego Abraxasa. Marta zajrzała przez ramię wspartych plecami o jej łóżko chłopaków i pochyliła się ku nim, mrużąc oczy, żeby porządnie przyjrzeć się klatkom filmu.

W pierwszym momencie nie wiedziała dokładnie, na co patrzyła, lecz po kilku sekundach uderzyła w nią tak mocna fala zrozumienia, że z wrażenia Marta zapomniała języka. Przed oczami miała blondynkę o obfitym biuście, który podskakiwał w górę i w dół między poszczególnymi klatkami, a powód tego hipnotyzującego zjawiska stanowiło coś, co znajdowało się poza kadrem, a czego Marta wolała sobie nie wyobrażać. Wystarczał jej widok uciętych pod zagięciem kolan, lecz uniesionych zgrabnych nóg.

Nagich.

Zobaczywszy wstrząśniętą minę Tomarty, Abraxas zerwał się na równe nogi i wyszarpnął rolkę filmu z rąk Notta. Rozciągnął ją i podstawił pod światło, marszcząc brwi.

— Z czego tak darłeś łacha, Goyle? — spytał, zdezorientowany. — Co to za jedna?

Tym razem Nott wybuchnął wariackim śmiechem.

— Och, Malfoy… — Goyle podniósł się z ziemi i z brzdękiem odłożył na stolik nocny pustą butelkę whisky, zanim poklepał Abraxasa po ramieniu. — Przypatrz się dobrze. Buźka jest trochę rozmazana i nie na każdej klatce ją widać, ale krew z krwi powinieneś rozpoznać, chyba nie?

Abraxas na moment opuścił rolkę, zanim zbliżył ją do oczu. Dopiero po kilku sekundach krew odpłynęła mu od twarzy. Zasiana jego spojrzeniem cisza oszałamiała do tego stopnia, że Marta przyłapała się na wstrzymaniu oddechu.

— Kiedy?

Goyle przetarł twarz dłonią, ledwo zauważalnym pokręceniem głową dając sygnał Nottowi, który był zbyt pijany, żeby dostrzec zbliżające się zagrożenie. Abraxas raz po raz zginał i rozprostowywał palce, a żyła na jego szyi uwydatniła się i drgała w rytmie nabierającego tempa pulsu.

— Dobrze wiesz kiedy — odparł Nott, nadal prosząc się o wybicie bezwstydnie szczerzonych zębów. — Ale jeśli chcesz być na kogoś wkurzony, to jak już na Toma…

Marta wytrzeszczyła oczy na moment przed tym, jak Abraxas odwrócił się ku niej. Zrobił to tak błyskawicznie, jakby trzaśnięto z bicza i tak też Marta się poczuła: jakby dostała z niego prosto w twarz. Otworzyła nieznacznie usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

— Bo? — wycedził. — Co ma z tym wspólnego Tom?

— Przecież tam byłeś — żachnął się Nott, wywracając oczami z takim dramatyzmem, że aż zakreślił półokrąg całą głową. — Widziałeś, jak się do niego wdzięczyła. Niewiele brakowało, a zaczęłaby po nim skakać na naszych oczach. Nie mogłem nic na to poradzić, szczerze mówiąc, tak naprawdę to mógłbym się uznać za ofiarę… Miałem wtedy szesnaście lat, byłem zaledwie dzieckiem z matczynym mlekiem pod nosem, a ona dojrzałą, cholernie dorodną kobietą z niezaspokojonymi żądzami, w dodatku niepocieszoną po odrzuceniu przez Toma…

Abraxas doskoczył do niego w ułamku sekundy, szarpnięciem za fraki podnosząc go do pionu. Ślimacze mrugnięcia Notta i jego rozkojarzony wzrok dawały do zrozumienia, że nie do końca rozumiał, w jaki sposób nagle znalazł się na nogach, dociśnięty do ściany.

— Przerobiłeś moją siostrę? W MOIM WŁASNYM DOMU?! — ryknął mu w twarz Abraxas.

— Jak już — Nott z głupawym uśmiechem starł kropelkę śliny spod oka — to ona przerobiła mnie. Byłem bezbronny i znajdowałem się w szponach uroku jej obfitych krągłości. Nie możesz mnie winić, stary. Każdy skorzystałby z okazji zobaczenia cycków słynnej Amary Malfoy.

— Tom nie skorzystał. — Abraxas mocniej docisnął go do ściany, co tylko wywołało większy uśmiech na twarzy Notta. — Dobrze. Wierz mi, że przy najbliższej okazji do odwiedzin waszej śmiesznej posiadłości przelecę twoją matkę, Nott. Nie zapomnę też sfotografać każdej pozycji, w której będę ją posuwał, rozumiesz?

Goyle po części zakrztusił się śmiechem, po części prychnięciem niedowierzania.

— Chyba ojca.

Abraxas gwałtownie puścił Notta, który gruchnął w podłogę niczym worek kartofli, i zbliżył się do Goyle’a. Ten również nie zdawał się zastraszony niemą groźbą, lecz nie z powodu zamroczenia alkoholem, a przez różnicę w budowie ciała. Choć Abraxas dorównywał mu wzrostem, nie mógł się mierzyć z chodzącą górą mięśni, jaką był Goyle.

— Coś ty powiedział?

— Słyszałeś mnie dobrze, Malfoy. Oświeć nas wreszcie, bo wszyscy się nad tym zastanawialiśmy. Jesteś ciotą czy nie?

Na dźwięk słowa „ciota” Abraxas otrząsnął się, jakby dostał z siarczystego policzka w twarz. Rzucił przelotne spojrzenie Tomarcie, która cały ten czas siedziała na łóżku, zamrożona przez niedowierzanie w scenę, jaka właśnie odgrywała się na jej oczach.

— Myślisz, że jestem ciotą, bo nie interesuje mnie oglądanie szlamich gaci? — spytał z głosem ociekającym pogardą. — Wyobraź sobie, że niektórzy z nas nie plują na honor własnej rodziny, Goyle. W życiu nie dotknąłbym żadnej szlamy, nie chcę ich nawet oglądać na oczy. Są dla mnie jak skrzaty domowe, chociaż te są przynajmniej przydatne.

— Tak, tak, mówiłeś to już. — Goyle machnął na niego ręką, niewzruszony tym monologiem. — Wiemy, patrzysz na mnie i Notta z góry, bo czasem obracamy szlamy. Sęk w tym, że czystokrwistych też nie obracasz.

Abraxas prychnął ze zniecierpliwieniem, lecz Marcie wydało się, że uleciało z niego trochę pewności siebie. Przyłapała się na tym, że przez ułamek sekundy życzyła mu najgorszego za te okropne słowa na temat mugolaków.

— Czystokrwiste dziewczyny nie dają przed ślubem, Goyle.

— Nie — wtrącił Nott, który dopiero co zebrał się w sobie, żeby stanąć na równe nogi — ale obciągają całkiem chętnie. Z kolei Cyrilla Rosier… — Przymknął oczy, zatapiając zęby w dolnej wardze dla podkreślenia, co za „wspaniałości” wyprawiała wspomniana dziewczyna. — Cyrilla też grzecznie zachowuje dziewictwo dla męża, ale tylko w jednej dziurze…

Podczas gdy Goyle zaśmiał się nieprzyjemnie, Marta obumarła wewnętrznie i czekała na anielski orszak, który miał przetransportować ją do nieba.

— Jedną z tych dziur musisz znać całkiem dobrze, co, Malfoy? — rzucił. — Posuwasz w nią jakiegoś innego pedała czy to ty jesteś w nią posuwany?

— Dość! — Marta starała się zaprowadzić porządek, ale ku jej zaskoczeniu, nikt nie zwrócił na nią uwagi. Odchrząknęła i przybrała groźniejszy ton, mówiąc: — Goyle, to zaszło za daleko!

Wreszcie zdał sobie sprawę z tego, że wydano mu rozkaz, niestety Abraxas miał inne zamiary. Doskoczył do Goyle’a i zamachnął się na niego. Cios pięścią zderzył się z kwadratową szczęką, natomiast potężne łapska Goyle’a zacisnęły się na koszuli Abraxasa, ciągnąc go za sobą w tył. Wpadli na stolik nocny, który załomotał o ścianę, lampa z abażurem z trzasnęła o ziemię, a oni padli na łóżko. Nie przerywając szamotaniny, runęli na ziemię po jego drugiej stronie.

— O to ci chodziło, co, Malfoy? — zaśmiał się chrapliwie Goyle, dysząc ciężko. Najwyraźniej Abraxas miał więcej siły, niż ten się spodziewał. — Jara cię to, że jesteś pode mną, co?

Zamiast odpowiedzi otrzymał pięść w podbrzusze. Rozwścieczony Goyle szarpnął Abraxasem za fraki i trzasnął jego głową w podłogę. Raz po raz rozlegały się krótkie stęknięcia bólu i odgłos lądujacych ciosów, które wyrwały Martę z paraliżu. Odepchnęła na bok rozbawionego Notta, i złapała Goyle’a za przygotowaną do kolejnego uderzenia rękę, lecz ta wyszarpnęła się jej bez wysiłku i z gruchotem łamanych kości spotkała z nosem Abraxasa.

—

Depulso!

— krzyknęła, dobywszy różdżki. Goyle rąbnął o przeciwległą ścianę, po drodze łamiąc zwalistym cielskiem jedną z kolumn łóżka. — Malfoy…?

Zamierzała spytać, czy wszystko z nim w porządku, lecz jego zmasakrowana twarz sprawiła, że słowa zamarły jej w gardle. Szczękę miał przetrąconą, ze nosa siekała krew, a nieopodal na podłodze dostrzegła dwa zęby, od widoku których treść żołądka podeszła jej do gardła.

Złapała go za rękę i spróbowała podnieść, lecz z oszołomienia jego ciało pozostało prawie całkowicie bezwładne. Stęknęła z wysiłku, wciągając go na łóżko, i krzyknęła:

— Wynocha! Obaj!

Goyle uniósł ręce w poddańczym geście i wraz z podśmiechującym pod nosem Nottem zamknął za sobą drzwi dormitorium. Kołyszący się z przodu w tył Abraxas splunął krwią na podłogę, przy okazji pozbywając się kolejnego trzonowca.

—

Episkey!

— Marta skrzywiła się lekko, słysząc trzask nastawianej kości nosa i wskakującej na odpowiednie miejsce szczęki. — Na brodę Merlina, po co skakałeś z pięściami na Goyle’a?!

Abraxas wykonał znikomy ruch głową, nito skinięcie czy potrząśnięcie, wciąż polegając na Marcie do utrzymania się w pionie. Raz po raz zamykał i szeroko otwierał oczy, jakby latały mu przed nimi mroczki.
Wyglądał tak żałośnie, że z całego serca pożałowała nienawiści, którą czuła wobec niego za każdym razem, gdy używał słowa „szlama”. Jak mogła być tak okrutna? Przecież w tamtym momencie po prostu starał się chronić siebie samego! — Zaraz cię opatrzymy, okej? — spytała, pokrzepiająco ściskając jego ramię. Kolejnym machnięciem różdżki przyzwała książkę na temat pierwszej pomocy ze ściennej półki. Przekartkowała ją i wymruczała pod nosem kilka formułek leczniczych, które zatamowały krwotok z nosa. — Żyjesz? Lepiej?
— Mmh, taa… Chyba nieźle mi przyłożył…

— Nieźle? Wybił ci trzy zęby — powstrzymała się od wykrzyknięcia tych słów. Starała się delikatnie rzucić na niego

Chłoszczyć

, lecz Abraxas i tak skrzywił się, gdy usuwała krew z jego twarzy, czym odsłoniła głęboką ranę wargi. — Ten Goyle to jakiś przeklęty prymityw.

Abraxas chyba starał się wzruszyć ramionami, ale zamiast tego bardziej zatoczył się w przód. Gdyby nie zakleszczone wokół jego ręki palce, zaliczyłby kolejne spotkanie z podłogą. Marta gorączkowo przekartkowała książkę, tym razem w poszukiwaniu zaklęcia zasklepiającego.

—

Vulnera Sanetur

— wymamrotała. Powtórzyła formułkę dwukrotnie, żeby całkowicie zasklepić rozciętą wargę. — Jak się czujesz? Dochodzisz do siebie czy mam cię zaprowadzić do skrzydła szpitalnego?

— Zasrany Goyle… Tylko go dorwę… Pokażę mu…

— Zostaw go w spokoju. — Potrząsnęła jego ramieniem, chcąc przywołać go do porządku, a ten podniósł na nią skołowany wzrok. Gdy tak chwiał się na łóżku, poddając się jej zabiegom leczniczym, wyglądał niczym bezbronne dziecko. — Pogadam z nim, żeby dał ci święty spokój, ale ty też go nie prowokuj. — Głęboko z jej piersi wyrwało się ciężkie westchnienie. — I lepiej poszukaj sobie jakiejś dziewczyny.

— Po co…

— Po co. Po prostu, znajdź sobie jakąś i niech Goyle i Nott zobaczą chociaż parę razy, jak się z nią całujesz — nakazała mu, czując, że jej porada nie była całkowicie moralna, jako że odbywałaby się kosztem dziewczyny, ale wolała nie być świadkiem kolejnej bójki. — Potem możesz powiedzieć, że była irytująca czy coś.

— Ale ja nie chcę…

— Malfoy — upomniała go takim tonem, jakby beształa niesfornego przedszkolaka. — Musisz. Albo ci dwaj nie dadzą ci spokoju.

— Nie. — W jego głosie zabrzmiała nuta stanowczości, szybko przytłoczona przez desperację. Pochylił się i wsparł czoło o brzuch Marty, zaczepiając dwa palce o szlufkę jej spodni. — Nie. Chcę całować się z tobą.

Przymknęła oczy. Serce się jej zakrajało, więc wsunęła żylastą dłoń Riddle’a w mlecznobiałe włosy Abraxasa, delikatnie je przeczesując. Modliła się w duchu, żeby nie uznał tego gestu za przyzwolenie. Chciała mu choć trochę ulżyć, ale równocześnie obawiała się, że byłaby skłonna pocieszyć go tak, jak sobie wymarzył, nawet jeśli kosztowałoby ją to przeżycie pierwszego pocałunku w obcym ciele.

Wolała się nie zastanawiać, jak zareagowałby Riddle, gdyby dowiedział się o tej sytuacji. Wystarczająco mieszała już w jego relacji z Abraxasem.

— Wydaje mi się, że możesz mieć wstrząśnienie mózgu — powiedziała ostrożnie, odsuwając się od niego. Odwróciła wzrok, żeby nie patrzeć w jego szare oczy, w których pojawił się przebłysk zranienia, i rzuciła książkę na łóżko. — Nie ma tu nic na temat odrastania zębów, więc i tak musisz iść do pielęgniarki.

Drzwi do dormitorium uchyliły się ostrożnie. Na widok badającego teren Avery’ego, zmusiła się do przybrania władczego tonu i powiedziała:

— Zaprowadź Malfoya do skrzydła szpitalnego. Widziałeś gdzieś tę amebę, Goyle’a?

— Tak… Jest w pokoju wspólnym.

— Świetnie.

Avery w pośpiechu wyprowadził Abraxasa z dormitorium, a Marta odczekała chwilę, zanim podążyła za nimi korytarzem. Pokój wspólny byłby całkowicie opustoszały za sprawą późnej pory, gdyby nie wyciągnięty na kanapie Nott oraz rozwalony w fotelu Goyle, który zamilkł, gdy zobaczył ją na horyzoncie.

— Nie uciekliście z podkulonymi ogonami — stwierdziła, przesuwając między nimi spojrzeniem. Trzeźwiejszy niż chwilę temu Nott zamarł, mimo że przymierzał się do wstania, a z kolei Goyle jakby się skurczył. — Świetnie. Mam wam coś do powiedzenia.

Goyle odchrząknął, starając się przybrać upartą minę, i rzucił defensywnie:

— Sam się o to prosił. Widziałeś.

— To on zadał pierwszy cios — zgodziła się bezbarwnym głosem, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. — Mam was wszystkich serdecznie dość, ale to Malfoy przynajmniej się do czegoś nadaje, w przeciwieństwie do was dwóch. Dzień w dzień marnujecie tlen i zmuszacie mnie do słuchania waszego prymitywnego ględzenia. Wydawało mi się, że to naprawdę nieskomplikowany koncept, ale skoro muszę wam to wyłożyć łopatologicznie, proszę: wasze gładkie, pozbawione pojedynczej myśli złożonej móżdżki nie mają szans dorównać Malfoyowi w przydatności dla sprawy Rycerzy. — Zamilkła na moment, obserwując ich twarze. Nie wiedziała, czym są ci przeklęci Rycerze, ale gdy tylko padła o nich wzmianka, Goyle i Nott nagle stali się podwójnie skupieni. Czymkolwiek była ta organizacja, sama jej nazwa podziałała na nich jak kubeł lodowatej wody. — Podnoszenie ręki czy różdżki na Malfoya jest równoznaczne z zaatakowaniem kogoś wyższego rangą.

Skwaszona mina Notta mówiła sama za siebie, lecz jego wzrok utkwił nieruchomo gdzieś na horyzoncie, dając do zrozumienia, że niechętnie, acz nieuchronnie zbliżał się do pogodzenia ze słowami Tomarty. Goyle natomiast rzucał jej nieme wyzwanie poprzez wojowniczą minę i żyłę prężącą się na grubym karku za każdym razem, gdy zgrzytał zębami. Poza znajdowaniem się w innym ciele, Marta miała też za sobą wsparcie w postaci reputacji, lecz zdrowy rozsądek potrzebował chwili, żeby przebić się przez całun chwilowego zaniepokojenia.

Goyle nie odezwał się ani słowem. Ledwo dostrzegalnie skinął głową z tak skrzywioną miną, jakby zaakceptowanie, że „pedał” jest od niego ważniejszy, było poniżej jego godności. Mimo wszystko nie odezwał się słowem, gdy Marta odwróciła się na pięcie i pomaszerowała schodami ku wyjściu z pokoju wspólnego.

Znużenie jej nie opuściło, lecz nie miała ochoty wracać do zadymionego fajką dormitorium, nie wspominając o dalszym przebywaniu w towarzystwie Malfoya, który lada chwila wróci ze skrzydła szpitalnego, a który — jak podejrzewała — po wyleczeniu wstrząśnienia mózgu zacznie się panoszyć pokoju niczym urażony szlachcic. Tym razem może i miał ku temu wszelkie prawo, ale po ponad tygodniu w chłopięcym ciele Marta oddałaby wszystko, żeby posłuchać niekończących się żali obsesyjnie zazdrosnej Donny czy zostać obrzuconą mięsem przez Olivię.

To niepojęte, bzdurne, wręcz kretyńskie, ale prawdziwe. Z niezaprzeczalnym sentymentem wspominała każdą (metaforalną i nie) nogę podstawioną przez Olivię, każdy jej dopiekający uśmieszek, gdy dostała lepszą ocenę z wypracowania, każdą pełną wrzasków i wyzwisk kłótnię. Kość niezgody między nimi zawsze stanowiło niezdrowe, momentami wręcz patologiczne pragnienie rywalizacji i wywyższenie się jedna ponad drugą, ale Marta nie mogła zaprzeczyć, że nagromadzający się przez te sytuacje stres miał pozytywne aspekty. Wątpiła, czy bez osób pokroju Riddle’a i Olivii znalazłaby w sobie tyle samozaparcia i motywacji, aby wspiąć się na wyżyny wyników w nauce.

W międzyczasie napięcia między Nottem, Goyle’em i Malfoyem brały się wyłącznie z uprzedzeń, które z kolei podsycały ich skłonności do agresji. Obrzydliwie bogaci, pochodzący z wpływowych czystokrwistych rodzin i niezainteresowani niczym poza dogadzaniem sobie używkami i przyjemnościami cielesnymi z tego prostego powodu, że nic nie stało na przeszkodzie, aby resztę życia przeleżeli do góry brzuchem. Kariera czy jej brak nigdy nie stanowiłyby dla nich żadnego zmartwienia, a w razie znudzenia hedonistyczną egzystencją, pracę w Ministerstwie Magii otrzymaliby za pstryknięciem palców krewnego z koneksjami i sutą sakwą galeonów.

Marta włóczyła się bez celu po zamku, próbując skupić się na rozwiązaniu problemu zamiany ciał, lecz jej myśli nieustannie uciekały w różne kierunki. Raz przed oczami miała pełne szczenięcej nadziei oczy Abraxasa, raz magiczne liny szarpnięciem za kark powalające Olivię na ziemię, raz spetryfikowaną, leżącą w skrzydle szpitalnym dziewczynkę.

Moment przed tym, jak Marta znalazła się niedaleko drogi wiodącej do zadania sobie pytania, czy Rycerze mieli coś wspólnego z dziwnymi atakami na mugolaków, za jej plecami rozległ się przeraźliwy zgrzyt. Podskoczyła, gwałtownie wyrwana z przemyśleń, wpatrując się w przeciwległy koniec korytarza.

Otulony półmrokiem posąg jednookiej czarownicy odsuwał się od ściany, ujawniając ziejącą ciemność tajnego przejścia, z którego zgrabnie wyskoczyła drobna sylwetka. Odległość nie pozwalała Marcie na jakąkolwiek ocenę tego, na kogo patrzyła, lecz znajomy sposób poruszania się stanowił podpowiedź.

Riddle zniknął w rozgałęzieniu korytarzy, a oddalał się tak szybko, że poruszająca się półbiegiem Marta prawie zgubiła jego trop. Instynkt pchnął ją w kierunku znajdującej się niedaleko damskiej łazienki. Znów dostrzegła zza rogu zaledwie wypolerowany but na niewielkim obcasie i podążyła jego śladem, zachodząc w głowę, dlaczego Riddle jeszcze nie zorientował się, że był śledzony. Przebłyski jego raz po raz rozpływającego się w powietrzu profilu układały się w pogrążoną w myślach, zaaferowaną czymś całość.

Zauważyła rąbek długiej spódnicy znikający w progu łazienki i udała się jego śladem, żeby stanąć oko w oko z niezdrowo bladym Mariddle’em. Minę miał dziwną, nietypową — wyrażającą niemijające zaabsorbowanie tematem znanym tylko jemu, zmieszaną z dodatkiem zaskoczenia, może nawet rozczarowania. Oczy miał lekko, choć wciąż niepokojąco rozszerzone. Błyszczało w nich jeszcze coś innego, daleko spokrewnionego z szaleństwem.

— To ty — stwierdził z zawodem. Opuścił wzdłuż ciała rękę, którą dotychczas trzymał w okolicach torby, przygotowaną na wyjęcie różdżki. — Widzę, że zasmakowałaś.

Zdążył sprawdzić wszystkie kabiny toaletowe w poszukiwaniu nieproszonych gości, zanim zbita z tropu Marta spytała:

— Co takiego?

— We mnie.

Wzniosła oczy ku sufitowi, wyciskając z płuc rozdrażnione westchnienie. Jego komentarz był rzucony mimochodem, bez większego zaangażowania, choć nie bez zwyczajowej nuty pogardy, która towarzyszyła większości wypowiedzi Riddle’a.

— Daleko mi do Malfoya — skwitowała z przekąsem. Zastanawiała się, czy powiedzieć mu o tym, do czego doszło wcześniej w dormitorium (czy przejąłby się losem swojego… swojego kogo? Przyjaciela? Kochanka? Wysłannika? Pionka?), lecz uznała, że nie warto marnować na niego oddechu. Riddle wciąż wydawał się tkwić gdzieś indziej, a jej obecność zdecydowanie nie interesowała go na tyle, aby zostawić przemyślenia na inną chwilę. — Widziałam cię przy posągu jednookiej czarownicy. Możesz mi wyjaśnić, dlaczego opuszczasz zamek w moim ciele?

— Co? — spytał, szczerze skonfundowany. Między jego brwiami pojawiła się drobna pionowa zmarszczka. — Ach, to. Hm, sprawy biznesowe.

— Sprawy biznesowe — powtórzyła, splatając ręce na piersi. — Sprawy biznesowe Toma Riddle’a załatwiane przez Martę Warren.

— W rzeczy samej — odparł krótko, ostrzegawczo. Przyłożył rękę do brzucha i na moment znów się zdekoncentrował. — Skoro już się tu napatoczyłaś, Warren, przypomnij mi jedną rzecz. Chyba ci mówiłem, że masz nocą siedzieć w dormitorium, a nie wałęsać się jak sierota po zamku?

Wymamrotała ciche „z nas dwóch to nie ja jestem sierotą”, a Riddle, oparty plecami o przeciwległą wykafelkowaną ścianę, nagle popatrzył na nią kątem oka w sposób komunikujący „co powiedziałaś?”. Marta pożałowała swojego chwilowego rozdrażnienia. Innego dnia tak okropna myśl nie pojawiłaby się jej nawet w głowie, tego była pewna, jednak sytuacja z dormitorium najwyraźniej odcisnęła na niej większe piętno, niżby się tego spodziewała.

— Warren?

— No? — spytała, nawet zadowolona z siebie. Chwilę temu z jej gardła wyrwał się dziwny, niemożliwy do zidentyfikowania dźwięk, który mógł oznaczać wszystko. Ważne, że było ją stać chociaż na to „no?”

— Odnoszę nieodparte wrażenie, że zadałem ci przed chwilą pytanie.

— Cóż. — Odchrząknęła. — Patrol. Jesteś prefektem.

Tym razem Riddle przybrał minę wyrażającą zdumienie i zwątpienie zarazem, jakby był opiekunem nieszczególnie bystrego dziecka, niezdolnego do wskazania związku przyczynowo-skutkowego w swoim toku rozumowania. Marta zachowała milczenie, z tyłu głowy na nowo przeżywając wczorajsze wspomnienia z tej samej łazienki. Leżała całkiem niedaleko miejsca, w którym stał teraz Riddle.

Jak wyglądałoby to, gdyby chciał wyciągnąć jej duszę siłą? Przypominałoby to podważenie jej niczym łomem i wyszarpnięcie ze środka, czy może tkanki rozrywające się jedna po drugiej? Jak kłębowisko pękających żył?

Przełknęła ślinę.

— Jesteś żałosna — stwierdził, marszcząc nieznacznie nos, jakby podstawiono mu pod niego coś o nieprzyjemnym zapachu. — Na twoje szczęście mam dziś całkiem dobry humor. Byłby szampański, gdyby zamiast ciebie napatoczył się za mną do łazienki ktoś inny.

— Co? Kto znowu?

Wyjął różdżkę z przerzuconej przez ramię torby i zaczął nieśpiesznie polerować ją rąbkiem szkolnej szaty.

— Chętnie popojedynkowałbym się z kimś, kto chciałby napaść na biedną, małą „Warren”. — Prychnął cicho, sam do siebie, jakby ubawiło go własne wyobrażenie. — Chciałbym zobaczyć ich twarze…

— Nie wystarczyło ci wyżycie się na Alfredzie?

— Żałosna, zabawna. Jaka wielopłaszczyznowa — ironizował z cieniem uśmieszku ciągnącym za kącik jego ust. — Gdybym się na Longbottomie wyżył, skończyłoby się na tym, że leżałby w kałuży swoich szczyn. Z tego co pamiętam, wyszedł z klasy o własnych siłach. Ale — schował różdżkę z powrotem do torby, nie zwracając uwagi na ożywającą ulgą pierś Marty — przyznam, że zadowoliło mnie jego późniejsze zachowanie. Za każdym razem gdy się na ciebie, cóż, na mnie patrzył, wyglądał tak, jakby dostał z

Confundusa

między oczy. Pewnie dalej łamie sobie mózg, dlaczego jego najdroższa „koleżanka” potraktowała go z taką zaciętością. Osobiście uważam, że powinien mi podziękować za bycie impulsem, który po tych wszystkich latach wznowił jego aktywność mózgową.

— Daj sobie na wstrzymanie, Riddle — powiedziała szorstko, zaciskając pięści. Rozluźniła dłonie dopiero, gdy wbijające się w skórę paznokcie sprowadziły ją na ziemię. — Gdyby Alfred nie był inteligentny, nigdy nie zostałby prefektem naczelnym.

Riddle poddał to w wątpliwość prychnięciem.

— Inteligencja nie ma nic wspólnego z otrzymaniem odznaki prefekta naczelnego — poinformował ją uprzejmym, zwodniczo pogodnym tonem, po którym wiedziała, czego się spodziewać. — Odznakę dostaje się za charyzmę, co swoją drogą wyjaśnia, dlaczego prefektem naczelnym Ravenclawu została ta cała Astra Greengrass, a nie ty. Nie radzisz sobie z ludźmi, wcale. Niewielu potrafisz do siebie przekonać, a ci, których jako tako przekonałaś, nie mają cię na liście priorytetów. — Zadumał się teatralnie. — Może to jakieś niedorozwinięcie?

Marta wywróciła oczami, plując sobie w brodę za to, że podążyła za tym chamem. Powinna była opuścić łazienkę po pierwszej obeldze, ale najwyraźniej faktycznie była wybrakowana, choć wyłącznie pod względem samooceny.

Gdy ruszyła w kierunku drzwi, za jej plecami rozbrzmiało ciche podśmiewanie się pod nosem, należące do gatunku tych pustych i nieszczerych.

— Czekaj, przypomniało mi się coś — rzucił niespodziewanie, gdy złapała za klamkę. — Miałem cię o coś spytać już w zeszłym tygodniu, ale wiecznie grałaś mi na nerwach i wylatywało mi to z głowy.

— Więc? — mruknęła po chwili tkwienia w ciszy. Napięte od zbyt długiego czasu mięśnie jej ciała prosiły, wręcz błagały, żeby poruszyła nogami i zatrzasnęła za sobą drzwi, a następnie bezpiecznie zwiększyła odległość dzielącą ją od Riddle’a.

— Dlaczego ta gangrena w dziewczęcej skórze łazi po dormitorium, cała wysmarowana śluzem? — spytał ze szczerym zainteresowaniem. Gdy Marta zerknęła na niego przez ramię, zdumiała się, widząc błysk rozbawienia w jego oczach. — Nie wiedzieć czemu, Donna podziękowała mi za te widoki.

Marta miała ochotę się roześmiać na samo wyobrażenie grubej warstwy ślimaczego śluzu zwisającego z twarzy Olivii, zdołała się nawet blado uśmiechnąć, lecz co innego przykuło jej uwagę. Gdyby Riddle dorwał się do jej pamiętnika, odpowiedź na swoje pytanie znalazłby właśnie w nim.

— Powiedziałam jej, że to sprawdzony sposób na pozbycie się trądziku.

Z gardła Riddle’a wyrwał się cichy pomruk. Jego spojrzenie na moment stało się mgliste, jakby znów gdzieś odpłynął myślami, lecz ułamek sekundy później niemal przyszpilił nim Martę do drzwi.

— Tak? — spytał niskim, podejrzliwym głosem. — Warren, możesz mi powiedzieć, gdzie podział się twój trądzik?

Nie odpowiedziała. Riddle nie przeczytał jej pamiętnika, a jego szanse na to drastycznie spadły, gdy ten przeszedł w ręce zdesperowanej Donny. Nawet jeśli się domyślił, nie miał żadnych dowodów pod postacią sporządzonego pismem Marty wyznania winy.

— Rozumiem — powiedział. — Może nie jesteś aż tak nudna, za jaką cię początkowo brałem. Namówienie jej do smarowania się śluzem to czysty infantylizm, ale przeniesienie na nią własnej choroby? To już wyrachowany ruch, Warren. Nie sądziłem, że z ciebie taka żmija.

— Nie jestem żmiją — odparła, otwierajac drzwi.

— Wiesz co jeszcze o tym myślę? —
Usłyszała za plecami jego kroki. Serce nieprzyjemnie zadudniło jej o żebra. — Zdajesz sobie sprawę z tego, że użyłaś na niej czarnej magii?

Marta cała zesztywniała.

— Niczego takiego nie zrobiłam.

— Ależ zrobiłaś — zaprzeczył, wspierając ramię o framugę drzwi, i skrzyżował nogi w kostkach na kształt pochylonej litery „L”. — Wyczytałaś to gdzieś czy zaklęcie samo do ciebie przyszło?

Milczała.

— A więc samo — zawyrokował, a ona poczuła się tak, jakby stała przed nim całkowicie naga. Czytał w jej twarzy niczym w otwartej księdze. — Masz do tego naturalne predyspozycje. Jeśli chcesz, mógłbym cię nauczyć tego i owego.

Marta potrząsnęła głową, pozbawiona możliwości wysławiania się. Instynkt podpowiadał jej odrzucenie w trzy diabły wszystkiego, co mówił do niej Riddle, niestety prawda była taka, że jeśli ktokolwiek rozpoznałby czarnomagiczne zaklęcie, byłby to właśnie on.

— Nie? Jesteś pewna? — dopytywał. Błysk w jego oku niepokoił, mimo że żartobliwy ton wypowiedzi nie pozostawiał wątpliwości, że Riddle wyłącznie z niej drwił. — Wielka szkoda. Twoje umiejętności czarnomagiczne rozkwitłyby pod moją opieką. Do tego odrobina tresury i nawet mógłbym zrobić z ciebie swoje zwierzątko domowe.

Marta otrząsnęła się niczym po wymierzeniu siarczystego policzka. Niewiele brakowało, a powiedziałaby coś, czego słono by pożałowała, lecz wtedy twarz Riddle’a wykrzywił krótkotrwały grymas bólu. Zmienił ułożenie ciała i przytknął dłoń do brzucha na chwilę przed tym, jak obrócił się na pięcie i pomaszerował w stronę toalet. Pierwsze postawione przez niego kroki były spokojne, lecz każdy kolejny spychał go coraz bliżej granicy paniki, którą przekroczył w momencie zatrzaśnięcia za sobą drzwi kabiny.

— Riddle? — zawołała za nim, skonfundowana. Przez moment rozważała wykorzystanie tej okazji do bezkonfliktowego ulotnienia się z łazienki, lecz przed podjęciem decyzji o wycofaniu coś tknęło ją, żeby pójść jego śladem. — Riddle — powtórzyła, teraz już z pełnym zrozumieniem. Szybkie obliczenia nie tylko potwierdziły jej domysły, ale i sprawiły, że spłynął na nią gorący strumień wstydu.

— Warren — odpowiedział po namyśle. Jego głos był lekko ochrypnięty, chociaż zarazem imponująco bezbarwny, zważywszy na zaistniałą sytuację. — Jak to zatrzymać?

— Zatrzymać? Nie da się.

— Da się — odwarknął tak szybko, jakby smagnął z bicza. — Magia. Magia nie ma żadnych ograniczeń.

— Cóż, jeśli wymyślisz jakiś sposób, daj mi znać — rzuciła na wpół żartobliwym i użalającym się nad sobą tonem. Oparła się o umywalki naprzeciwko jego kabiny i skryła twarz w dłoniach. — Bezpieczny dla zdrowia sposób, oczywiście.

— Nie chodzicie w takim stanie co miesiąc na lekcje.

— Chodzimy… To naturalne — odparła z trudem. Rozmawianie na temat damskich problemów z Riddle’em to ostatnia rzecz, o zaserwowanie jakiej mogłaby posądzić dziś okrutny los, lecz najwyraźniej brakowało jej wrażeń.

— To słabość. — Rozległo się głuche zderzenie torby z kafelkami, a następnie odgłosy przeszukiwania jej wnętrza. Mijały kolejne nieskończone niczym wieczność sekundy. —

Chłoszczyć.

Marta jęknęła bezgłośnie we wnętrze dłoni. Właśnie jej zakrwawiona bielizna przechodziła zabiegi czyszczące za sprawą nie byle jakiego chłopaka, ale Riddle’a. Miała po dziurki w nosie tej całej odstręczającej, ekstremalnie uwłaczającej zamiany ciał. W tym momencie zrobiłaby wszystko, nawet zaprzedałaby duszę diabłu, żeby tylko przerwać tę okrutną farsę.

Rozbrzmiały kolejne odgłosy, tym razem szeleszczące i papierowe, szybkie.

— Co robisz? — spytała przerażonym półszeptem.

— Jak to co? Muszę jakoś dojść do biblioteki.

— Chyba nie zamierzasz użyć papieru toaletowego?! Chryste, Riddle! — Sama dobyła różdżki i rzuciła niewerbalne

Accio

na ogólnodostępne w skrzydle szpitalnym przybory menstruacyjne. Złapała je w locie. — Masz, załóż to.

Spróbowała przecisnąć je przez szparę w ledwo co uchylonych drzwiach, lecz od drugiej strony Riddle wpadł na pomysł zatrzaśnięcia ich z powrotem na palcach Marty. Z jej gardła wyrwał się zduszony okrzyk, gdy dociskała promieniującą bólem rękę do piersi. Niewiele dzieliło ją od rzucenia tego wszystkiego w diabły, jednak zmieniła zamiary na widok dłoni wyciągającej się ku niej przez niewielką szczelinę.

— Pas sanitarny i kilka wkładek wielorazowego użytku — powiedziała, wręczając mu je. — Zahaczasz pas o wkładkę z obu stron i zakładasz.

— Domyśliłbym się — odparł nerwowo.

— Pewnie tak, ale uznam to za podziękowanie.

Spodziewała się usłyszeć pochodną często używanego przez niego argumentu, że „nie przechodziłby tego, gdyby nie ona, więc nie ma jej być za co wdzięczny”, ale jej przewidywania się nie sprawdziły. Być może Riddle był zbyt zaaferowany poradzeniem sobie z pasem sanitarnym, żeby mieć głowę do wymyślania kontr.

Minęło porządne kilka minut, zanim drzwi kabiny toaletowej wreszcie stanęły otworem. Od pasa w dół sylwetkę Riddle’a skrywała luźna, sięgająca kostek czarna spódnica, lecz Marta nie mogła oprzeć się wrażeniu, że stał w nienaturalnym rozkroku. W połączeniu z niezdrowo pobladłą cerą, niepasującym do niego lekkim przygarbieniem i napiętą okolicą brzucha wyglądał tak żałośnie, że Marta raz jeszcze machnęła różdżką, a w jej dłoni wylądował przyzwany ze skrzydła szpitalnego flakonik.

— To nalewka pani Goldie — powiedziała, wręczając mu ją. — Specjalna, na bóle menstruacyjne.

Riddle porwał flakonik, ale nie wypił jego zawartości. Przyglądał się mu przez dłuższą chwilę, podstawiając go pod światło lamp, a następnie ze skwaszoną miną wsunął go do kieszeni.

— Jak długo?

— Jak dlugo co?

— Jak długo to trwa, Warren.

— Och. — Raz jeszcze się zmieszała i poczuła, jak w jej policzki wgryza się gorąco. — Cóż, zależy od kobiety, ale w moim przypadku pięć dni. Dwa pierwsze są najgorsze, ale potem już z górki. Pod koniec już prawie nie boli.

Riddle zamknął oczy, jakby słuchanie jej sprawiało mu fizyczny ból, i uciszył ją uniesieniem dłoni. Poświęcił czas na powolne rozmasowanie skroni, w czasie którego mamrotał pod nosem coś sam do siebie, a Marcie udało się wychwycić z tego zaledwie kilka słów, między innymi „defekt”, „udręka” i „inwalida”. Spuszczał z pary do czasu, aż przeniósł na Martę spojrzenie pełne wzgardy.

— Wracaj do dormitorium — nakazał. — Natychmiast.

Wolała nie poddawać testowi jego burzy hormonalnej, więc wycofała się z łazienki bez słowa pożegnania i ruszyła zaczarowanymi schodami w stronę lochów.

----- CHAPTER BREAK -----

Poniedziałek przyniósł ze sobą dżdżyste powietrze, mleczną mgłę i gwiżdżące podmuchy wiatru, który wzruszał masywem drzew Zakazanego Lasu. Nieszczęśliwcy z zielarstwem w dzisiejszym planie lekcji wyglądali, jakby poruszali się po błoniach w zwolnionym tempie, desperacko przytrzymując czapki na głowach i odlatujące im z karków szaliki. Toczyli tak zażartą, pełną napięcia walkę z żywiołem, że nie zaśmiali się, gdy jednemu z nich wiatr podciął nogi, posyłając go na plecy. Zamiast tego chwycili go pod ręce i zaciągnęli do szklarni tak, jakby byli lojalnymi wobec swoich braci żołnierzami ostrzeliwanymi przez niemieckie pociski.Olivia zaśmiała się, widząc tę scenę. Jej perlisty chichot brzmiał przekonująco mimo przesadnej dziewczęcości, która doprowadzała Martę do szału od ostatniej pół godziny. Hornby napatoczyła się do biblioteki i wraz z głupiutkimi koleżankami od plotek zajęła stolik pod oknem, tuż za swoim ukochanym „Tomem”. Trajkotały o chłopcach i żbliżającym się leniwymi krokami Balu Bożonarodzeniowym, a ich największym zmartwieniem było zastanawianie się, co włożą na tę okazję.Marta, mimo sięgającego zenitu rozdrażnienia (przez nie kilkukrotnie przyłapała się na czytaniu tego samego akapitu w jednej z ksiąg wykradzionych z Zakazanego Działu), nie potrafiła przestać im zazdrościć. Marzyło się jej przeprowadzanie podobnej rozmowy z kimkolwiek, a przede wszystkim marzyło się jej posiadanie tyle pewności siebie, żeby martwić się wyłącznie doborem odpowiedniej kreacji, a nie tym, czy w ogóle zostanie przez kogoś zaproszona.Zerknęła na przybity do boku regału kalendarz i sposępniała jeszcze bardziej. Najbliższy weekend w Hogsmeade wypadał dokładnie w tym tygodniu, co oznaczało, że jeśli nie uda się jej odwrócić zamiany ciał (a Riddle nie spełni swojej groźby o wyrwaniu z niej duszy siłą), przegapi okazję do zakupów. Do grudnia pozostało wciąż sporo czasu, lecz chcąc nie chcąc, udzielił się jej entuzjazm siedzących za nią dziewcząt.Wyobraziła sobie siebie pod postacią Riddle’a, przymierzającą barwne, tiulowe sukienki, i uśmiechnęła się kąśliwie. Zmuszenie jego ciała do ubrania się w jakiś niedorzeczny, przesadnie cukierkowy strój dostarczyłoby jej tak potężną dawkę satysfakcji, że zaczęła to poważnie rozważać. Mogłaby urządzić sobie mały pokaz mody w prywatności łazienki przylegającej do dormitorium, a gdyby wreszcie przejadła się jej ta przygnębiająca egzystencja (która z każdym mijającym dniem wydawała się jej coraz bardziej definitywna, niemożliwa do odwrócenia), wystarczyłoby, że wskoczyłaby na stół nauczycielski w Wielkiej Sali, mając na sobie pudrowe rajstopki i różowe tutu, a Riddle natychmiast ukróciłby jej cierpienia.Za jej plecami rozległa się salwa wniebowziętych chichotów, w których centrum zdawała się być Olivia. Marta przetarła oczy i odgarnęła z czoła uparcie opadający na nie lok, a następnie wbiła wzrok w lekturę.— Dokładnie — przytaknęła Olivia, pławiąc się w rozkoszy wzbudzeniem tak wielkiego zainteresowania wśród swojej plotkarskiej świty. — Mam je przy sobie i tylko czekam na odpowiedni moment.— Nie możesz mówić poważnie — odezwała się piskliwie jakaś dziewczyna, którą Marta kojarzyła przelotem ze stołu Ravenclawu. Jej mysi głosik zapadał w pamięć. — Naprawdę? Naprawdę to zrobiłaś? Nie wierzę.— A żebyś wiedziala — odparła Olivia. Rozległo się szuranie, a następnie coś z cichym, głuchym trzaskiem wylądowało na stole. Martę korciło, żeby zerknąć na dziewczęta przez ramię, ale miała problem do rozwiązania, więc pochyliła się nad księgą i wpatrywała się w tekst bez mrugnięcia. — Korci mnie, żeby zrobić to teraz, ale z drugiej strony myślałam też o Balu Bożonarodzeniowym. Niby Bagshot już mnie zaprosił — rozległo się kolektywne „OCH! NAPRAWDĘ?!” — no i się zgodziłam, ale same wiecie…— Bagshot też jest przystojny.Marta poruszyła się niespokojnie na krześle. Sądziła, że po przeniesieniu trądziku na nowego żywiciela sprawi, że zainteresowanie chłopców Olivią się zakończy. Najwyraźniej jej zabawa w głupiutkie niewiniątko działała lepiej, niż Marta przypuszczała. Wyobraziła sobie tamta sytuację w szklarni, zastępując Olivię sobą, a siebie w ciele Riddle’a, cóż, Riddle’em. Spaliłaby się ze wstydu, gdyby musiała rozprawiać przed nim o swoich małych rączkach i udawać słodką idiotkę.— Oczywiście, że jest — wtrąciła jakaś inna dziewczyna tonem znawcy. — Jest jak wyrwany z obrazka z tymi swoimi dołeczkami w policzkach, ale nadal jest blondynem. Żaden blondyn, nieważne jak przystojny, nie może się równać choćby z przeciętnym brunetem.— Och, przestań — dorzuciła swoje trzy grosze kolejna. — Zabiłabym za to, żeby móc pójść z Bagshotem na bal…— Ty to byś zabiła, żeby pójść z kimkolwiek, choćby tym przerośniętym dziwakiem, Rubeusem, czy jak mu tam — odprychnęła poprzednia.— No wiesz co!Rozległo się gwałtowne szuranie krzesła i odgłos butów stukających o posadzkę, a także jadowite chichoty nieumiejętnie tłumione poprzez dociśnięcie dłoni do ust.— Oj, Priscillo, nie obrażaj się! — wykrzyknęła teatralnie Olivia. Odczekała kilka chwil, zanim odezwała się półszeptem: — Ale to sama prawda. Ostatnio widziałam, jak wpatrywała się maślanymi oczami w Irytka.Dziewczęta roześmiały się tak głośno, że zza rogu wyłoniła się wysoka jak tyczka, sępia sylwetka bibliotekarki, pani Keen. Nawet z tej odległości Marta potrafiła zidentyfikować na jej twarzy jeden z najgorszych możliwych wyrazów, kojarzący się z granatową chmurą gradową, która w mistyczny sposób zdawała się oblekać jej całe oblicze.— Nie ma bardziej beznadziejnego przypadku od Priscilli — wyszeptała znów dziewczyna o mysim głosie.— Jest, jest — wtrąciła Olivia. — Ta Marta Warren z mojego roku. Nie potrafi nawet odezwać się do chłopaka tak, żeby z gęby nie wyciekała jej strużka śliny.Marta wbiła paznokcie w skórzane obicie księgi, która wydała spomiędzy stron ostrzegawcze sapnięcie.— A ja słyszałam — odezwała się kolejna — że Bagshot zaprosił ją na spotkanie Klubu Ślimaka. Cornelia była z nimi w szklarni, w sobotę, kiedy profesor Beery poprosił ich o pomoc przy mandragorach. No i Bagshot…— Philipius stroił sobie z niej żarty — kontynuowała obojętnym tonem Olivia, choć Marta rozpoznała w nim ukrytą pod powierzchnią nutę jadu, ale i zaskoczenia. — Sama go na to namówiłam, żeby narobić jej nadziei.— No to chyba wam nie wyszło, bo podobno w ogóle nie była nim zainteresowana…— Och, Betty, proszę cię. Cornelia zawsze plecie trzy po trzy. Zapewniam cię, że niewiele brakowało, żeby Warren padła mu do stóp, taka była wdzięczna, a wtedy on ją wyśmiał. — Olivia powiedziała to z takim przekonaniem, jakby nie wierzyła w żadną inną wersję zdarzeń, nawet jeśli tę dopiero co wyssała z palca. Gdyby nie trądzik, Marta nie miałaby szans odebrać jej głównej roli. — Philipius stracił dla mnie głowę, biedaczek. Może faktycznie powinnam z nim pójść na ten bal, bo jeszcze sobie coś zrobi, jeśli go odrzucę.Marta pokręciła głową z politowaniem, słuchając lawiny „Naprawdę tak myślisz?”, „Chyba nie posunąłby się aż tak daleko?”, „Aż tak za tobą szaleje?” i innych nie do końca szczerych zachwytów, które pompowały wystarczająco już rozdęte ego Olivii.— Ja to bym chciała, żeby mnie zaprosił któryś ze Ślizgonów — wtrąciła Betty, gdy opadło krótkotrwałe poruszenie tendencjami samobójczymi Bagshota.— Który? — zapytała Olivia. Jej ton nie uległ zmiane, ale Marta po prostu wiedziała , że ta ropucha napięła się jak struna, nawet jeśli potrafiła doskonale to ukrywać.— Och, nie twój — zachichotała znacząco Betty. Marta zdała sobie sprawę, że jej plecy zamieniły się w tarczę pod ostrzałem dziewczęcych spojrzeń. — Najbardziej podoba mi się oczywiście Malfoy, jest po prostu jak wyśniony, ale z Notta też bym była zadowolona. Mulciber też jest niczego sobie… Wyobraźcie sobie poderwać któregoś z nich, przecież to tak stare czystokrwiste rody, że mają większe prawo rościć sobie tytuły królewskie niż Windsorowie.— A ta dalej fantazjuje o książętach.— Oczywiście, że tak. Jestem pewna, że są perfekcyjnymi dżentelmenami, nie to co Bagshot, oczywiście bez obrazy, Olivio. Może i nie chcecie tego przyznać, bo zdobycie któregoś z nich jest mało prawdopodobne, ale wszystkie chciałybyście być czarowane bukietami róż, drogimi prezentami i mieć szeptane do ucha słodkie, poetyckie słówka. Jeśli jakikolwiek chłopak będzie potrafić pięknie zatańczyć walca podczas balu, będą to właśnie oni. Pewnie od maleńkości są uczeni tych całych savoir-vivre’ów i tego, jak z odpowiednim szacunkiem powinno się traktować kobiety.Marta z całych sił próbowała przeciwstawić się ochocie wybuchnięcia śmiechem. Chichrała się bezdźwięcznie, rozbawiona niemal na skraj płaczu. Tylko jej czternastoletnia wersja była w stanie dorównać stopniowi urojeń tej całej Betty. Och, gdyby tak mogła wejść do dormitorium swoich „perfekcyjnych dżentelmenów” i zobaczyć slipy Notta zwisające z kinkietu, Avery’ego dokładającego do pieca radioaktywnymi skarpetami Mulcibera, a przede wszystkim usłyszeć tubalny ryk trąb powietrznych wzniecanych przez jelita śpiącego Goyle’a. A ten jej wymarzony Malfoy? Ciekawe, co powiedziałaby Betty, widząc go dopuszczającego się homoseksualnego aktu onanizmu wobec śpiącego Riddle’a!Marta ponownie spuściła wzrok na księgę, czując, że w jej policzki wgryza się rumieniec. Dotychczas starała się nie wspominać tej sytuacji z Abraxasem, lecz teraz na nowo odżyła w jej wyobraźni, wyraźna i ostrzejsza niż kiedykolwiek wcześniej, zwodząca na pokuszenie grzesznym pragnieniem zobaczenia tego, czego tak starannie doglądał pod kołdrą. Przypomniała sobie też ich sypiącą iskrami napięcia scysję w łazience i jego przepełnione szczenięcą nadzieją oczy, gdy opatrywała go po bójce z Goyle’em.Mimo świadomości, że to nie ona była jego prawdziwym obiektem uczuć, Marta nie potrafiła zapanować nad trzepotem skrzydeł motyli odżywających w jej brzuchu. Na świadomym, racjonalnym poziomie nie żywiła wobec Abraxasa niczego poza wzgardą i okazjonalnym współczuciem, ale nie mogła zaprzeczyć, że był pierwszym chłopakiem, z którym — chcąc nie chcąc — znalazła się w sytuacjach tak bliskich czemuś intymnemu. Zasiedlenie się w ciele Riddle’a zmusiło ją do wyjścia ze strefy komfortu więcej razy, niż mogłaby zliczyć, a w dodatku wepchnęło ją na głębokie, zdradzieckie wody poznawania swoich pragnień. Przedtem nocami wzdychała do Alfreda i tych całkowicie platonicznych uścisków, którymi kilka razy ją obdarzył, oraz muśnięć jego pokrytej zgrubieniami dłoni, gdy zeszłej zimy za sprawą przyjacielskiego psikusa wciskał jej śnieg za kołnierz płaszcza…A teraz?Teraz przed oczami miała bezwstydną minę Abraxasa, pociągłe ruchy jego ręki i bladą pierś, tę ścieżkę mlecznobiałych włosków wędrujących w dół pępka. Znów poczuła emocje z tamtego dnia, gdy w łazience złapał ją za sweter i docisnął do ściany. Zanim zorientowała się, co się działo, wystraszyła się go, ale i…— Masz chwilę, Tom?Marta poderwała głowę znad książki, wycierając wilgotny kącik ust. Olivia czekała obok jej stołu, wspierając stertę ksiąg na wypchniętym w bok biodrze, i przypatrywała się jej oczami rozszerzonymi młodzieńczym uwielbieniem.— Nie — odparła zachrypniętym z emocji głosem.— Wiem, że jesteś zajęty, ale zabiorę ci tylko chwilkę. — Olivia odłożyła księgi na blat i sięgnęła do torby, z której wyjęła fioletowo-różowe opakowanie słodyczy, a następnie wcisnęła je w dłonie zaskoczonej Tomarty. — Chciałam ci podziękować za tamten dzień, kiedy pomogłeś mi z wypracowaniem. Dzięki twoim trafnym komentarzom dostałam wyższy stopień.Marta, wciąż targana niegodnymi katoliczki emocjami, prawie wypaplała, że przecież wykradła tamto wypracowanie, a ostatecznie to Riddle oddał je profesorowi Beery’emu, lecz Olivia mówiła już dalej:— Mam nadzieję, że lubisz czekoladowe gały. To wersja premium, trochę nakrapiana. Mnie najbardziej smakują te kawowe, z likierem na bazie irlandzkiej whisky. — Wpatrywała się w Tomartę z dreszczami antycypacji, jakby oczekiwała, że ta od razu weźmie się za pałaszowanie smakołyków. — Pewnie już słyszałeś o Balu Bożonarodzeniowym?— Obiło mi się o uszy.— No tak. A zdążyłeś, no wiesz, zaprosić już kogoś?Kąciki ust Marty pragnęły wykrzywić się w kpiącym uśmiechu, lecz utrzymała je w miejscu. Nonszalancko rzuciła pudełko na blat stołu i opadła na oparcie krzesła, rozciągając rękę wzdłuż sąsiedniego.— Wolałbym przepłynąć hogwarckie jezioro wpław niż marnować czas na tym kretyńskim balu — odparła, dochodząc do wniosku, że Riddle pewnie powiedziałby coś równie pogardliwego na ten temat. — Czy to wszystko, Hornby?— Och, rozumiem. No jak wolisz, ale wiesz, możesz mówić mi po imieniu.— Oczywiście, że mogę, ale nie zamierzam.Twarz Olivii wykrzywiła się w spanikowanym grymasie. Jeszcze przez chwilę strzelała oczami między pudełkiem a „Tomem”, zanim odwróciła się na pięcie i wymaszerowała z biblioteki, z upokorzenia poczerwieniała po czubki uszu i upodobniona do buraka.Marta jeszcze przez chwilę syciła się tym widokiem, zanim doszła do wniosku, że być może powinna była zaprosić ją na bal. Olivia nie tylko nie posiadałaby się ze szczęścia, ale i w pierwszej kolejności poleciałaby wymigać się z towarzyszenia Bagshotowi, żeby następnie pochwalić się swoim zamiłowanym plotkami koleżankom. Gratyfikacja opóźniłaby się o całe miesiące do momentu, aż Riddle wcale nie pojawiłby się pod wejściem do wieży Ravenclawu, żeby eskortować Olivię do Wielkiej Sali, ale za to zemsta byłaby tysiąckroć słodsza. Co prawda gdyby Riddle się o tym dowiedział, pewnie obdarłby Martę ze skóry, ale uważała to za warte wystawienia Olivii na pośmiewisko całego Hogwartu.Zamierzała wrócić do lektury, lecz tym razem nie dekoncentrowało jej niekończące się trajkotanie, a fioletowo-różowe pudełko. Żywiła zdrową dozę nieufności wobec jego zawartości, więc użyła końca różdżki do rozplątania węzła fikuśnej wstążki, a następnie za pomocą czarów uniosła wieczko tak powoli, jakby i tam mogła zastać gniazdo węży.Jak się okazało, pudełko skrywało najprawdziwszą bombonierkę. Ułożone w kształt serca czekoladowe gały czekały na zjedzenie, każda z nich owinięta fantazyjnym sreberkiem i opatrzona wstęgą z informacją na temat smaku nadzienia. Nauczona własnymi błędami Marta sprawdziła każdy zakamarek opakowania w poszukiwaniu zasadzki pod postacią wyskakującego znikąd zdjęcia Olivii, ale po kwadransie skwapliwej inspekcji niczego takiego nie znalazła.Rozejrzała się wokoło, chcąc się upewnić, czy aby przypadkiem nie jest bliska przyłapania na gorącym uczynku przez bibliotekarkę. Porwała czekoladową gałę, schowała ją pod stołem i odwinęła ze sreberka. Wpakowała całą do ust, z zawodem bardziej rozkoszując się palącym smakiem likieru niż czekoladą (przeklęty Riddle, pewnie właśnie przez miesiączkę przejadał jej miesięczny limit słodyczy). Zamknęła pudełko, wciąż przeżuwając, a następnie przyciągnęła bliżej siebie czarnomagiczną księgę i rzuciła na blat zmięte opakowanie.Kątem oka spostrzegła ruch w jego wnętrzu. Uznała to za grę świateł, lecz po chwili rozprostowała je na blacie. Kęs stanął jej w gardle na widok malutkiego, wymiętego zdjęcia. Podobizna Olivii sprzed transplantacji trądziku wdzięczyła się do kamery i zalotnie trzepotała rzęsami, unosząc dłoń do nieśmiałego pomachania swojej ofierze.Marta zamierzała wepchnąć sobie palce do gardła, żeby zwrócić to, co zdążyła przed chwilą połknąć, lecz porażone słodkim uwielbieniem mięśnie rozluźniły się, a jej ręce opadły wzdłuż tułowia, pacnąwszy bezwładnie w boki krzesła.W jej umyśle nie było miejsca na nic innego poza trawiącą ją niczym kwas namiętnością, płomieniem obsesyjnej miłości, a w jej myślach rozbrzmiewało na zapętleniu wyłącznie jedno imię: „Olivia, Olivia, Olivia, Olivia, Olivia, (...)”. Spłynęło również z jej ust, wypowiedziane rozkosznym szeptem, który przeistoczył się w jęknięcie rozczarowania, gdy po rozejrzeniu się wokół nigdzie nie zobaczyła swojej ukochanej.Gdzie była? Dlaczego ją opuściła? Marta nie mogła bez niej żyć!Zerwała się z krzesła, nieporuszona obracającymi się w jej stronę głowami przypadkowych uczniów, a choć początkowo rzuciła się w stronę wyjścia, gwałtownie nawróciła, żeby porwać ze stołu pudełko bombonierek. Nie mogła zostawić za sobą dowodu miłości królowej swego serca, co to, to nie.Przemierzała korytarze niczym trafiona strzałą Amora, zaglądała do mijanych komnat jak w amoku, biegała z dziedzińca na dziedziniec, gdzie podmuchy wiatru uderzały ją w twarz niczym pięści zazdrosnych konkurentów, aż wreszcie spłynęła na nią odrobina zdrowego rozsądku.Co zamierzała? Oczywiście znaleźć się jak najbliżej Olivii, wyznać jej dozgonną miłość, wycałować te jej śliczne, otoczone zaognionym trądzikiem usteczka, ale jak mogła zapomnieć o najważniejszym? Jak wypadłyby jej deklaracje, gdyby uklękła u stóp boginki, Discordii swej hojnej, tak niewdzięcznie, z pustymi rękoma, podczas gdy ona podarowała jej te oto wspaniałe gały?Marta, wciąż opierająca się podmuchom wiatru na opustoszałym dziedzińcu, skryła się w kącie krużganka i wyjęła z torby różdżkę. Wyczyniała nią prawdziwe cuda, lecz żaden z nich nie zaspokoił jej pogoni za perfekcją, która należała się istocie tak makiawelicznie pięknej jak Olivia. Tchnął ją duch inspiracji, który nakazał jej wyczarowanie bukietu czarno-czerwonych róż, a z kolei duch paranoicznego strachu nakazał jej zmniejszyć go do maleńkości, a następnie skryć w kieszeni spodni. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby któryś z jej rywali podchwycił pomysł i sam postanowił złożyć Olivii podobne dary.Marta wyjęła z torby rolkę pergaminu oraz pióro, w pieśni wiatru słysząc desperackie nawoływania: „Olivia, Olivia, Olivia!”, a następnie zaczęła pisać. Po wielu próbach (oraz groźnym łypaniu w stronę źródła wiatru, który tym razem wykrzykiwał „Moja, moja, moja!”) postanowiła pozbyć się wszystkich miłych słówek, teraz czerpiąc natchnienie z głębi swej obsesji.Podczas ocierania łezki wzruszenia okazało się, że wiatr naprawdę był jej rywalem. Nadludzko silnym, bezlitosnym podmuchem wyszarpnął jej pergamin z garści, a następnie potoczył go po obrośniętych kępkami trawy kocich łbach, którymi wyłożono dziedziniec.Marta rzuciła się w pogoń niczym chart. Biegała slalomem między kolumnami podtrzymującymi krużganek, wybijała się w powietrze niczym szukający usiłujący pochwycić znicza, pikowała też ku ziemi, gdy zaszła taka potrzeba. Pergamin pofrunął ku szczytowi fontanny z tańczącymi trytonkami (czy i one wyciągały swoje obślizgłe płetwy po Olivię?!), więc wdrapała się na nią bez chwili wahania. Stopa wymsknęła się jej na mokrym po popołudniowym deszczu kamieniu i Marta runęła w dół. Lądowaniem w brodziku wysłała wkoło bryzgi lodowatej, zabarwionej zielonkawymi glonami wody.Ryknęła z frustracją, przyglądając się skradzionemu pergaminowi. Jeśli chciała zagwarantować sobie miłość Olivii, musiała działać teraz, natychmiast, więc wyskoczyła z fontanny i złapała pozostawioną pod daszkiem torbę, a także odszukała leżącą nieopodal różdżkę. Nie miała już przy sobie choćby kawałka pergaminu, na szczęście w kieszeni szaty znalazła poskładaną na cztery części kartkę. Była mokra, lecz Marta poradziła sobie z tą niedogodnością zaklęciem, a następnie napisała wierszyk raz jeszcze.Ostatni raz sprawdziła każdy zakamarek dziedzińca, sądząc, że w każdym kącie mogła skrywać się Olivia, a następnie weszła przez wrota do zamku. Uczniowie oglądali się za nią, z pewnością doskonale wiedząc, co planowała, więc tylko przyśpieszyła tempa. Mijała zbite grupki małolatów, zachodząc w głowę, dlaczego gromadzili się tak podejrzanie (czy czekali razem na Olivię?). Każdy podsłyszany śmiech uważała za wymierzony w siebie (czy bawi ich płomień pożądania, jakim chcę pochłonąć Olivię?), a każdy strzęp rozmów za związany z obiektem jej dozgonnej miłości (czy rozmawiali o tym, jaka Olivia jest poetycka w swoim niewychowaniu?) Wiedziała, że pragną ją zdekoncentrować, utrudnić jej zadanie, dlatego przemierzała korytarze półbiegiem, bez przerwy rozglądając się dookoła tak desperacko, jakby Olivia była gotowa wyskoczyć z mijanej zbroi, ramy portretu czy skalanej łajnobombą doniczki z obumarłą roślinką.— Stój.Choć Marta odwróciła się błyskawicznie, w jej umyśle ten moment trwał całą nieskończoność, w trakcie której wyobrażała sobie swą ukochaną, wytęskniony widok jej twarzyczki, dotyk skóry na skórze, te usta, miękkie niczym wyśnione…— Warren — Riddle szarpnięciem za łokieć wciągnął ją do pustej komnaty — czy możesz mi wytłumaczyć, co ty wyprawiasz?— Nie, bo odgapisz. — Wyrwała mu się i bezzwłocznie ruszyła w stronę drzwi, które zatrzasnęły się jak za sprawą czarów, mimo że ręce Riddle’a były puste. — Wiedziałam! Też za nią szalejesz!— Za kim, jeśli mogę wiedzieć?— Dobrze wiesz za kim! Nie udawaj! Zamknąłeś mnie tu, żebym nie mogła wyznać jej miłości! — Ledwo wyszarpnęła z szaty różdżkę, ta wyskoczyła jej z dłoni i poszybowała ku Riddle’owi. — To zamach!Bezczelnie śmiał się jej prosto w twarz (według jej interpretacji, drgnienie kącika ust to prawie to samo, co wyśmianie), więc doskoczyła do niego i docisnęła go do ściany. Próbował się uwolnić, lecz zmięła w garści materiał jego bluzki i bez problemu uniosła go tak wysoko, że jego nogi dramatycznie zadyndały nad posadzką.— Wiesz, gdzie ona jest!— Nieźle cię naszprycowała — zauważył, nawet umiarkowanie poruszony tym, jak szybko doszło do eskalacji konfliktu. — Która to wybranka twojego serca, Marto? Któraś ze Ślizgonek, może Lestrange, Rosier? Nie? — Wyjął coś z kieszeni, lecz Marta nie zamierzała spuścić z niego sokolego wzroku. Poruszał oczami z boku na bok, jakby coś czytał, aż wreszcie powiedział: — Ach. Hornby.— Olivia! — wykrzyknęła i puściła go tak niespodziewanie, że po lądowaniu ledwo utrzymał się na nogach. — Widziałeś ją? Gdzie jest? Mówiła coś o mnie? Wiesz, czy pójdzie ze mną na Bal Bożonarodzeniowy? — Jej twarz wykrzywił grymas desperacji. — O, nie — wyszeptała. — Oddaj mi różdżkę. Natychmiast! Muszę się pozbyć Bagshota!— A co ma z tym wspólnego Bagshot? — dopytał oburzająco znudzonym tonem Riddle, poprawiajac wymiętą bluzkę.— Jak to co! Jeśli chce zabrać ją na bal, będzie musiał stoczyć ze mną pojedynek o jej serce!— Mam całkiem dobry słuch, nie musisz się tak wydzierać — poinformował ją, jakby jego życzenia miały dla niej jakiekolwiek znaczenie. — Zaczekaj tu, zaraz przyprowadzę Hornby.Oczy Marty skurczyły się do rozmiaru dwóch wąskich, podejrzliwych szparek.— Mam Malfoya, pamiętasz? — przypomniał jej, stojąc z ręką na klamce.— To nie ma żadnego znaczenia. Olivia jest istotą boską. KAŻDY chce mi ją odebrać, łącznie z tobą, ty podstępna łajzo.— To pewnie zasługa tego śluzu. — Riddle westchnął niecierpliwie. — Musisz mi uwierzyć na słowo, Warren, że…— NIGDY!— Dość. — Nie podniósł na nią głosu, a jednak stanęła jak wryta. Złapał Martę, zatoczył różdżką dramatyczne koło i stuknął nią w ich złączone dłonie. — Właśnie złożyłem Wieczystą Przysięgę. Wrócę tu za pięć minut z Hornby. Siedź cicho, bo ją spłoszysz.Nie dał jej czasu nadziwić się temu, co zaszło, znikając za drzwiami. Marta tkwiła w stuporze, porażona jego wspaniałomyślną ofertą pomocy, a choć podejrzliwy głosik nie do końca zamilkł w odmętach jej umysłu, wiedziała, że Riddle przypłaciłby złamanie Wieczystej Przysięgi śmiercią. Jeśli tylko wykona pierwszy krok do uwiedzenia Olivii, padnie trupem, a Marta bez wahania przekroczy jego zwłoki, żeby złożyć pod stopami ukochanej bukiet kwiatów.Kwiaty!
Wyjęła je z kieszeni i przywróciła do normalnego rozmiaru, wyczekując momentu złączenia ze swoją najdroższą Olivią. Minęły dokładnie trzy minuty i czterdzieści siedem sekund, a drzwi ponownie się otworzyły. Oczy Marty zaszły łzami na widok Riddle’a, który wślizgnął się do komnaty w pojedynkę.— Gdzie Olivia? — wyszeptała, zdruzgotana. Serce krajało się jej na tysiąc drobnych, krwawych kawałeczków, a ręka ściskająca bukiet opadła smętnie wzdłuż ciała.— Już tu idzie. Masz, wypij to.— A po co mi to? — spytała, podejrzliwie zezując to na Riddle’a, to na wciskaną jej w dłoń fiolkę.— Jeśli liczysz na gorące pocałunki, wypijesz to. To na oddech.— Ach, dziękuję. — Pozbyła się korka i powiedziała: — Wiesz, kiedy ci się chce, potrafisz być miły.Wychyliła zawartość fiolki i odrzuciła ją w kąt komnaty. Zamiast posmaku miętowej świeżości w ustach, poczuła się tak, jakby chluśnięto jej w twarz z wiadra lodowatej wody. W nozdrza uderzył ją zapach wilgoci wydzielany przez jej przemoknięte, oblepione glonem szaty, zdarta od upadku skóra na wnętrzach dłoni odżyła piekącym bólem, a mglisty całun eliksiru miłosnego ulotnił się z jej mózgu. Przez pełną otępienia chwilę Marta nie miała pojęcia, gdzie się znajdowała i dlaczego Riddle przyglądał się jej z tak bezwstydnie drwiącym wyrazem twarzy.— Gdzie to masz? — spytał, machnięciem różdżki przywołując z jej ramienia torbę.Marta milczała, przełykając ślinę. W jej ustach panowała istna pustynia.— Co takiego?Riddle zwieńczył przeszukiwanie jej prywatnych rzeczy wyciągnięciem fioletowo-różowego pudełka z czekoladowymi gałami. Miała mu powiedzieć, żeby ich nie jadł, a on już zdążył odwinąć jedną ze sreberka i wcisnąć ją sobie do ust. Jego policzek wybrzuszył się, gdy przez cudowny moment po prostu rozkoszował się smakiem czekolady.— Amortencja — mruknął niewyraźnie. — Nadziałaś się na własny sztylet, Warren.— Na to wygląda — odparła cierpko, kiedy oddał jej różdżkę. Zaklęciem osuszyła swoje szaty i odniosła częściowy sukces w próbie pozbycia się z nich zatęchłego smrodu glonów. — Chryste. Gdybyś przypadkiem się na mnie nie natknął, dalej latałabym po całym zamku jak zbieg z zakładu zamkniętego.— To nie był żaden przypadek. — Szeleścił sreberkiem kolejnej gały i prychnął, zauważywszy skrywane od wewnętrznej strony zdjęcie Olivii. — Obrzydliwe. Gały też, ale twoje dziwaczne ciało je uwielbia.— Jeśli brakuje ci słodyczy, Donna trzyma pod materacem pół Miodowego Królestwa — burknęła niecierpliwie Marta. — Skąd wiedziałeś, skoro to nie był przypadek?Zamiast odpowiedzieć, Riddle wyjął z kieszeni spódnicy niewielki notatnik (w jego garści znalazł się też maleńki biały wąż, ale schował go z powrotem), bliźniaczy do tego, który odszukała w szufladzie Abraxasa. Przekartkował go z rozdrażnieniem, jakby śpieszyło mu się do uwolnienia rąk, aby wrócić do jedzenia, aż wreszcie zatrzymał się na ostatniej stronie i podsunął go Marcie pod nos.

Ropuszko ty moja, gangrenko filuterna

Rozkładasz pieszczotliwie serca mego tkanki

Zsyłasz katusze, trawisz prątkiem nienawiści

A jednak, patrzę i kocham, i z tęsknoty zdycham

Wyżarta larwami miłości twej toksycznej, feerycznej

Kocham każdy pocałunek twój,

Dementorko, konsumujący duch mój

Każde spojrzenie srogie twe,

Bazyliszko, porażające mięśnie me

Każdą pieszczotę otworu gębowego twego,

Śmierciotulko, wyżerającego resztki serca mego

Niewiele brakowało, a oczy Marty wyszłyby z orbit. Raz po raz mocno zaciskała powieki i na powrót je rozwierała, aż wreszcie ciszę przerwał Riddle.— Podoba mi się druga zwrotka — powiedział. Jego twarz pozostała całkowicie pozbawiona emocji, lecz głos zdradzał nikłe oznaki rozbawienia. — Wyraźnie natchnęła cię mroczniejsza część twojej jaźni.— Mnie? Nie żartuj. Przecież ja tego obrzydlistwa nie napisałam.— Chyba mi nie powiesz, że nie poznajesz własnego pisma.Przeżuwając, przyzwolił jej na ostatnie zerknięcie na notatnik, zanim zamknął go i z powrotem schował do kieszeni. W międzyczasie Marta śledziła we wspomnieniach swoje niedawne poczynania. Faktycznie, pamiętała, że coś pisała, lecz jej umysł był wtedy skoncentrowany na paranoidalnym przeświadczeniu, że wiatr (WIATR!) pragnął odbić jej Olivię.Riddle wydobył z kieszeni wężyka i podniósł go na wysokość twarzy, żeby spojrzeć mu w ślepia.— Kocham każdy pocałunek twój, Dementorko, konsumujący duch mój — wyrecytował do niego tak podniośle, jakby stał samotnie na scenie przed obfitującą w tysiące ludzi publicznością. — To ze Śmierciotulką też dobre, może będę tak wołał na Malfoya. W nocy czasem przypomina taką śmierciotulę.Marta miała ochotę zapytać, co miał przez to na myśli (chyba nie robili tego w dormitorium, w obecności reszty śpiących chłopaków?), ale postanowiła, że lepiej będzie się jej żyć w niewiedzy, nawet jeśli drążyło to dziurę w jej krukońskim umyśle.— Powinnaś poczytać Poe’ego — rzucił nieobecnie, wpatrując się w ubrudzony czekoladą kciuk. Namyślał się, ale ostatecznie opuścił rękę. — Nie spodziewałem się, że fanka Jane Austen będzie skrywała tak mroczne żądze.— Nie skrywam żadnych żądzy, Riddle. — Zignorowała jego zaczepne „wszyscy je ukrywacie”, krzyżując ręce na piersi, a choć zamierzała się odwrócić, stanęła do niego bokiem. Dla bezpieczeństwa wolała mieć go w zasięgu wzroku. — Daj mi święty spokój. To wszystko wina Amortencji. To nie była miłość, a obsesja, zazdrość i…— Poniekąd.— Nie poniekąd, a całkowicie. Ten śmieszny wierszyk jest obrzydliwy.— Takie są najlepsze — stwierdził, wciąż odległy duchem. — Krwawe, pełne śmierci. Tylko w ten sposób jestem w stanie stolerować te wszystkie brednie na temat miłości.— Miłość to nie są żadne brednie.— Oczywiście, że są. Nie istnieje coś takiego jak miłość, przynajmniej nie w wydaniu zaślepionej romansem Austen.Marta wyobraziła sobie, jak mówi „A co ty możesz o tym wiedzieć?” i jak dalej toczą się losy tej rozmowy. Na myśl nawinęło się jej to, co Abraxas powiedział na temat wychowującego się w sierocińcu Riddle’a i skutkującym tym niezrozumieniem ludzkich uczuć. Być może jego pole widzenia było zwężone do granic możliwości przez to, że nigdy nie zaznał żadnego rodzaju miłości, nawet tej rodzicielskiej.Ze wszystkich uczniów Hogwartu najmniej chciała empatyzować właśnie z nim, ale nie mogła nic na to poradzić. W wyobraźni stanął jej jedenastoletni Tom: markotny, chudy jak tyczka chłopczyk w przykrótkich szatach z drugiej ręki, z ziemistą cerą i podkrążonymi, smutnymi oczami. Doskonale pamiętała, jak długo trzymał się na uboczu i z nikim nie rozmawiał, każdego dnia po lekcjach uciekając w książki. Pewnie nawet nie wiedział, że te dwie rzeczy ich łączyły.— Zdaje się, że Abraxas cię kocha — powiedziała z lekką chrypką. — Kosztowało go to wczoraj trzy zęby i wstrząśnienie mózgu.— Nonsens. Abraxas jest małym, opanowanym przez hormony dewiantem.Marta nie wiedziała, co na to opowiedzieć. Jeszcze w zeszłym tygodniu Riddle określił go mianem swojego „oddanego przyjaciela”, a teraz za nic miał fakt, że stała mu się krzywda. Dodatkowo nie potrafiła wyobrazić sobie przyjęcia wieści o czyimś zakochaniu w niej w tak wyzuty z emocji sposób.— Szkoda mi go — powiedziała, przyglądając się wciąż ściskanemu w dłoni bukietowi kwiatów. Powąchała je; były bezwonne, więc z zawodem odłożyła je na parapet pokrytego smugami deszczu okna. — Nikt nie zasługuje na to, żeby tak się nim bawić.— Malfoy doskonale wie, kim jestem. Zadurzenie mną to wyłącznie jego wina. — Schował fioletowo-różowe pudełko do swojej torby i złapał za klamkę. — Poza tym jeśli chcesz kogoś żałować, żałuj siebie, Warren.Zanim za Riddle’em zamknęły się drzwi, przez zmniejszającą się szczelinę zobaczyła, jak zlizuje czekoladę z kciuka. Po ekscesach z Amortencją potrzebowała chwili dla siebie, więc nie ruszyła się spod okna, wyglądając na rozciągający się za nim deszczowy krajobraz. Obserwowała uginający się pod naporem wiatru dąb, rosnący niedaleko sowiarni, i dumała nad tym, dlaczego tak przejęła się losem Abraxasa, który nie przepuszczał żadnej okazji do nazywania jej szlamą i pełnego zawiści krytykowania jej wyglądu.Zerknęła na zegarek i opuściła rękę tylko po to, żeby ułamek sekundy później znów poderwać ją w górę. Czterdzieści minut temu powinna była spotkać się z Donną w schowku na miotły! Zapomniała o tym na śmierć!Po dotarciu biegiem na miejsce nie zdziwiła się, gdy zastała całkowicie opustoszały korytarz, jak i schowek. Wróciła się do zaczarowanych kondygnacji schodów i przeskakiwała po trzy stopnie, pędząc w kierunku wieży Ravenclawu. Mimo że nie miała żadnego planu, gdy zobaczyła majaczącą w oddali korpulentną sylwetkę Donny, bez chwili wahania potraktowała ją w plecy Petrificusem Totalusem .Nie było to szlachetne zagranie, lecz na przekór wyrzutom sumienia powiedziała sobie, że za dopuszczenie się zdrady Donna — teraz leżąca twarzą na posadzce — na takie nie zasługiwała.Marta rozejrzała się wkoło, gdy dopadła zesztywniałego ciała koleżanki, a następnie bezceremonialnie wysypała na ziemię zawartość jej torby. Rzuciła kilka zaklęć wykrywających ukryte przedmioty, lecz te niczego nie ujawniły, a jej samej też nie udało się nigdzie znaleźć pamiętnika. Wierzyła, że Donna miała go przy sobie, dlatego przetrzepała kieszenie jej spodni, niestety zastała w nich wyłącznie zmięte papierki po kociołkowych pieguskach.— Obscuro — wyszeptała niższym głosem, żeby uniknąć rozpoznania, a wokół oczu koleżanki owinęła się czarna opaska. Wyjęła różdżkę Donny spomiędzy podręczników, zmiętych kulek pergaminu i innych drobiazgów. — Finite. Donna przetoczyła się na plecy ze sfrustrowanym stęknięciem. Szykowała się do powiedzenia czegoś, lecz zaczątek słowa zamarł jej na ustach, gdy Marta wbiła jej pod gardło końcówkę różdżki.— Gdzie go masz?— Nieważne — prychnęła z zacięciem, nieporuszona groźbą. — Niezły z ciebie szczęściarz, wiesz? Gdybyś nie zachował się jak tchórz i przyszedł pod ten schowek, to…— Nie chcesz testować mojej cierpliwości, Camden. Nie interesuje mnie, jaką zasadzkę na mnie przygotowałaś i czy brał w niej udział Goyle. — Przybranie niskiego, podszytego groźbą głosu Riddle’a okazało się prostsze, niż Marta podejrzewała. Najwyraźniej przebywanie w jego obecności już zaczęło odciskać na niej piętno. — Wyskakuj z notatnika albo Longbottom dowie się o wszystkim.— Mieliśmy umowę — rzuciła z pretensją Donna z miną naburmuszoną jak u kilkulatka, któremu odmówiono kupna nowej zabawki. Mimo ogólnej niechęci, jaką czuła wobec niej Marta, gdy przypominała sobie o Alfredzie, nie mogła odmówić jej odwagi. — Zdjęcie za notatnik.— Nie masz go przy sobie, prawda?Odpowiedziało jej ważące tonę milczenie. Marta przetarła oczy palcem wskazującym i kciukiem, drugą ręką zwiększając nacisk na różdżkę. Donna dopuszczała się mnóstwa rzeczy, których Marta nigdy nie potrafiła (ani w większości nie chciała) zrozumieć, lecz nie widziała żadnego sensu w przychodzeniu na spotkanie z pustymi rękami.— W ogóle go nie masz — stwierdziła ze znużeniem. — Wcale go nie znalazłaś, prawda?— Nie.— Jak to?— Tak to — odparowała Donna, ciasno zaplatając ręce na piersi, wciąż leżąc na plecach. — Kufer Warren jest zabezpieczony lepiej niż Bank Gringotta. Próbowałam wszystkiego, naprawdę wszystkiego, nawet polazłam do biblioteki, żeby poszukać jakichś lepszych zaklęć niż Alohomora czy Peraberto i inne tego typu. Jeśli chcesz odzyskać swój notatnik, musisz sforsować ten zasrany kufer sam.Marta nie poczuła nawet zawodu. W zadumie obserwowała palce lewej ręki Donny, która łudziła się, że niepostrzeżenie identyfikuje rozsypane wokół niej wnętrzności torby.— Rozumiem.Marta jeszcze przez chwilę kucała obok koleżanki, zanim cicho odłożyła przechwyconą różdżkę po przeciwnej stronie, a następnie stanęła na równe nogi. Przez moment przeżywała déjà vu, wisząc niczym kat nad leżącą na podłodze Donną. Oddaliła się czym prędzej, gdy przez myśl przemknęło jej potraktowanie jej jakąś klątwą.Marta zawsze preferowała bardziej wyrafinowane formy zemsty, a poza materiałem przerabianym na obronie przed czarną magią w utarczki fizyczne wchodziła wyłącznie w sytuacjach bez wyjścia. Potrafiłaby zliczyć na palcach jednej ręki, ile razy kłótnie z Olivią eskalowały do konieczności wyjęcia różdżki. Pamiętała te incydenty doskonale, a poza tym jednym, jedynym razem w łazience na King’s Cross, ani razu nie odczuła po fakcie satysfakcji. Nigdy nie ciągnęło jej do przemocy, a jednak — przez trwającą ułamek sekundy chwilę — wizja zemszczenia się na bezbronnej Donnie wydała się jej nie tylko nęcąca, ale i całkowicie usprawiedliwiona.Czerpanie przyjemności z samego wyobrażenia tego aktu zaniepokoiło ją, lecz tylko trochę. Życie miało służyć do stawiania przed ludźmi wyzwań, zwodzenia ich z dobrej ścieżki oraz sprawdzania czystości ich ducha. Marta z całego serca wierzyła w swoją umiejętność opierania się takim impulsom, dlatego nie bała się, kiedy się pojawiały.Bała się przeświadczenia, które powoli, nieuniknienie zagnieżdżało się w jej piersi. Przeświadczenia, że miała wszelkie prawo postąpić tak, jak chciała, i wymierzyć sprawiedliwość Donnie za zdradzenie Alfreda oraz, choć to trywialne, za oszukanie jej w sprawie pamiętnika.

----- CHAPTER BREAK -----

Przemyślenia na temat własnej zdradniczej natury nie pozwalały Marcie zasnąć do drugiej w nocy, a gdy wreszcie znużyło ją zmęczenie, podświadomość nie dała jej ani chwili wytchnienia. Prześladowały ją sny, w których robiła z Donną to samo, co Riddle z nią, a gdy się kończyły, rozpoczynały się na nowo, niemal jednakowe. Jedyną różnicą był wzrastający z każdym snem stopień nasycenia. Całą noc znajdowała się na granicy jawy i czuła — przez kolejne przerażone spojrzenia Donny, wstrzymywany przez nią oddech i ciche okrzyki — jak pierś rozpiera jej dotychczas nieznany rodzaj głodu.Cudem wyrwała się z tego piekła. Odsunęła zasłonę oddzielającą ją od widoku wtulonego w poduszkę Abraxasa, żeby zerknąć na stojący na jego stoliczku nocnym zegarek. Miał rozbrzmieć za pół godziny, a choć jej pierwszą myślą było wstanie z łóżka, z wyczerpania czuła się tak otępiała, że zamknęła oczy jeszcze na chwilę.Tym razem przyśnił się jej Abraxas. Znajdowali się w Zakazanym Dziale, otoczeni przez rozsypane po podłodze księgi. Jego spojrzenie, zacięte i prowokujące w identyczny sposób, co tamtego dnia, sprawiło, że Marta straciła nad sobą kontrolę. Docisnęła go do trzeszczącego, klekoczącego wzruszanymi książkami regału, a on podważył palcem sprzączkę od jej paska, żeby go rozpiąć. Oddalona o setki kilometrów część jej świadomości gorzko zaśmiała się z faktu, że nawet we śnie przeżywała intymne chwile w nieswoim ciele.Ich gęste, choć ulotne niczym przebłyski, uderzały intensywnością wrażeń. Opuszki palców rozróżniały każdy poszczególny splot swetra, gdy ściągała go przez głowę, skóra Abraxasa niczym gorączka emanowała żarem na jej karku, miękkość jego wilgotnych od pocałunków ust narkotyzowała. Napięcie towarzyszące krótkiej szarpaninie porażało jej mięśnie, a dźwięk jego jęku przy uchu doprowadzał ją na skraj wytrzymałości.Guziki śnieżnobiałej koszuli strzeliły, odsłaniając pierś. Marta wciąż czuła widmowe ciało przyciśnięte do swojego, gdy przebudziła się kilka sekund później. Przetoczyła się z boku na plecy, a kołdra zahaczyła się o nią, przyprawiając o niespotykaną wcześniej kombinację dyskomfortu i ciepła, które…Nie, kołdra wcale nie zahaczyła się o nią.Kołdra zahaczyła się o to .Marta przełknęła ślinę, poruszając biodrami. Sądziła, że to uczucie zbiegło ze snu, który wykorzystał jej zmęczenie do podstępnego prześlizgnięcia się do rzeczywistości, lecz los chciał inaczej. Niestosowna dla grzecznej dziewczyny część Riddle’a stała się obco napęczniała i tak twarda, że — jak się okazało, gdy Marta odważyła się spojrzeć w dół — niestraszny był jej ciężar obficie wypchanej pierzem kołdry, która unosiła się, tworząc swoisty namiot. Sam dotyk materiału na jej wrażliwej, obrzmiałej części ciała kusił ją do grzechu ulotną obietnicą zaspokojenia, gdyby tylko sięgnęła w dół, dotknęła…Powstrzymała się przed tym, zatapiając paznokcie w materacu. Zacisnęła powieki tak mocno, że aż zaszumiało jej w uszach, niestety nowe wrażenia jej nie opuszczały. W ciemności jeszcze bardziej skupiła się na kuriozalnie przyjemnej ciężkości i sile, które płynęły razem z tkwieniem w stanie męskiego podniecenia. Będąc sobą, unikała podobnych pokus jak ognia, lecz przeczuwała, że jej prawdziwe ciało oferowałoby zgoła inne odczucia.Toczyła zaciętą walkę z ciekawością, tkwiąc w bezpiecznym, ale zarazem doprowadzającym do szaleństwa bezruchu do czasu, aż Abraxas zaczął się przewracać na skrzypiącym materacu. Marta gwałtownie otworzyła oczy i spanikowała, podnosząc się na poduszkach, żeby złapać skraj odsłoniętej wcześniej kotary. Zaledwie wyczuła ją pod opuszkami palców opuściła rękę, gdy tylko zorientowała się, że kołdra ześlizgnęła się jej z pasa, odkrywając przed nią naprężone do granic możliwości bokserki.Niestety, nie udało się jej uciec od przerażającego porannego wzwodu, wręcz przeciwnie. Podążał za nią niczym rozchybotany wąż, jak na część ciała Riddle’a przystało, a ona odsuwała się do czasu, aż pod łopatki wbiła się jej krawędź skrzypiącego wezgłowia. Czas zatrzymał się, gdy pod wpływem ruchów guzik bielizny wysunął się z dziurki, a spomiędzy połów materiału wyjrzał na Martę skrawek odsłoniętej, różowawej
główki.Krzyknęła, jakby stanęła oko w oko z bazyliszkiem. Abraxas wystrzelił z sąsiedniego łóżka niczym sprężyna, wyszarpnąwszy różdżkę z szuflady stoliczka nocnego. Zamaszyście wymierzył nią w każdy kąt dormitorium, niemal jakby spodziewał się tam zastać zbiegłą z Zakazanego Lasu bestię.— Tom! — rzucił na bezdechu, przecierając twarz rękoma. Marta wykorzystała ten moment na zaplątanie się w kołdrę oraz odwrócenie do niego plecami. — Na brodę Merlina! Myślałem, że skórują cię żywcem!— Koszmar — wypaliła półszeptem. Dyszała jak po przebiegnięciu maratonu. — To tylko koszmar, Abraxasie. Kładź się.— Ech. I tak zaraz miałem wstać. — Machnął ręką, a jego różdżka uznała ten gest za wystarczający do magicznego posłania łóżka. — Co ci się śniło? Merlinie, to musiało być coś mocnego, że tak wrzasnąłeś.— Nie wiem, nie pamiętam — odparła szorstko, rozkojarzona.W napięciu przysłuchiwała się odgłosom krzątaniny. Wolała nie wiedzieć, co by się z nią stało, gdyby zobaczyła Abraxasa w stanie choćby częściowego roznegliżowania, więc umysł wyświadczył jej przysługę, podpowiadając jej kilka niestosownych wyobrażeń. Instynkt kazał jej poruszyć biodrami. Gdy Marta mu uległa, wgryzienie się w poduszkę uratowało ją od jęknięcia. Powietrze świsnęło między rozchylonymi wargami.— Nie wstajesz? — zagadnął sennie. Miała ochotę zatkać mu usta najbardziej przejrzałą parą skarpetek Goyle’a, otworzyć klapę pieca i wcisnąć mu głowę do środka, ale równocześnie rzucić się na niego w grzesznym inaczej celu. — Twój budzik i tak zaraz będzie dzwonić.— Śpię — odwarknęła.Ciche kliknięcie drzwi łazienki przyniosło jej krótkotrwałą ulgę, która przeistoczyła się w obfitujące w szczegóły wyobrażenia, jak Abraxas pozbywa się spodni od piżamy, a następnie wchodzi pod prysznic nagi. Ręka Marty powędrowała pod kołdrę i zdążyła ześlizgnąć się wzdłuż twardego brzucha, zanim wyszarpnęła ją z powrotem na powierzchnię.NIE NIE NIE! Nie będzie obmacywać Riddle’a, a przede wszystkim pod żadnym pozorem jego… jego… NARZĄD nie będzie pierwszym w życiu, którego dotknie!Kotara wciąż nie zakrywała jej całkowicie, więc zaciągnęła ją porządnie, a następnie z zamkniętymi oczami ułożyła się na plecach, wyciągając ręce wzdłuż tułowia, nad kołdrą, niczym pacjentka w Świętym Mungu. Zapanowała nad rozpustnymi myślami dopiero w momencie, gdy wyobraziła sobie reakcję matki. Gdyby tylko zobaczyła swoją córkę w tym stanie (i to jeszcze zaklętą w chłopięcym ciele!), wyrzekłaby się jej w mgnienia oka, zakasałaby spódnicę i pobiegła do kościoła na spowiedź.To wystarczyło, aby niestosowność Riddle’a dosłownie sflaczała. Marta wyskoczyła z łóżka i przebrała się w kącie (na ten czas ubrała maseczkę do spania w obawie, że znów da się zwieść na pokuszenie), korzystając z tego, że reszta chłopaków wciąż spała. Już miała wyjść z dormitorium, gdy ją olśniło.Przez oszołomienie po spożyciu Amortencji nie zwróciła uwagi na to, co tak naprawdę pokazał jej wczoraj Riddle. Skoro w jego notatniku pojawił się wstrząsający wierszyk Marty, wiedział, że „kret” nie tylko wtrącał nosa w nieswoje sprawy, ale i odkrył sposób, w jaki komunikował się z Abraxasem. Ktoś pokroju Riddle’a nie zakładałby naiwnie, że ich zapiski pozostały prywatne, a jednak…A jednak nic jej nie zrobił. Obyło się bez klątw, gróźb, bez wybuchów gniewu i przypominania jej, że do zrujnowania jej przyszłości wystarczało tylko jedno jego słowo.Dlaczego?Na pewno nie okazał jej litości, lecz w parze z tym przekonaniem szła świadomość, że być może jej los był już przypieczętowany.Z łazienki wciąż dobiegał szum wody, a spod drzwi wydobywały się gęste kłęby pary, więc przemknęła na palcach pod łóżko Abraxasa. Spodziewała się, że i tym razem jego półka nocna została zabezpieczona przed intruzami, nawet jeśli rozsądek podpowiadał jej, że to niewykonalne. Między momentem rozstania się z Riddle’em a spotkaniem z Donną minęło zaledwie pół godziny, może czterdzieści pięć minut. Czy tak krótkie okienko czasowe naprawdę pozwoliłoby mu niepostrzeżenie wślizgnąć się do dormitorium? Przecież wieczorami chłopacy wręcz je okupowali w towarzystwie trunków…Postanowiła zaryzykować, zamierzając znów delikatnie uchylić szufladę, żeby złowić uchem syk węży, lecz gdy tylko dotknęła uchwytu, z trudem zdusiła wydzierający się jej z gardła okrzyk. Instynktownie przycisnęła do piersi dłoń zwiniętą w pięść, co tylko przysporzyło jej więcej bólu, a gdy po chwili ciężkiego dyszenia odważyła się ją otworzyć, na język wypłynęła jej kwaśna ślina.Zachowanie spokoju okazało się trudniejsze, gdy musiała opatrzeć samą siebie, lecz z pomocą podręcznika na temat pierwszej pomocy udało się jej pozbyć wszystkich wypełnionych płynem surowiczym bąbli. Była zbyt rozkojarzona wydarzeniami poranka, aby spróbować bardziej wymagających zaklęć niwelujących tkanki bliznowate. Całość skóry wnętrza jej dłoni wyglądała jak jedna wielka, tkliwa, intensywnie różowa blizna. Marta postanowiła, że lepiej będzie zostawić ją pani Goldie.Gdy w drzwiach łazienkowych z cichym kliknięciem przekręcił się zamek, Marta żwawym krokiem wymaszerowała z dormitorium i korytarzyka tylko po to, żeby stanąć jak wryta w pogrążonym w ciszy pokoju wspólnym. W obecnej sytuacji ucieszyłaby się z widoku Olivii, psiakrew, nawet z widoku Riddle’a, a tymczasem była przeszywana na wskroś przez wodnistoniebieskie oczy profesora Dumbledore’a, który obdarzył ją nieznacznym, zabarwionym nutką rozbawienia uśmiechem.— Ach, w samą porę — powiedział, przywołując ją do siebie gestem, podczas gdy Marta dopiero co przestała raz po raz desperacko mrugać, żeby odgonić go niczym nocną zjawę. — Liczyłem, że uda mi się zamienić z tobą słówko przed śniadaniem, panno Warren.Zamierzała spytać, o czym chciał z nią porozmawiać, jednak przed otwarciem ust połknęła język. Gwałtownie opuściła głowę, jakby spodziewała się zastać tam inne ciało. Wciąż była zaklęta w tym należącym do Riddle’a.— Profesorze… Jak? Skąd pan wie?— Zamierzam zaspokoić twoją ciekawość jak najszybciej to możliwe, niestety obawiam się, że pokój wspólny Slytherinu nie jest najdogodniejszym miejscem na odbycie rozmowy o tak poufnej naturze, panno Warren. — Raz jeszcze przywołał ją do siebie gestem, a tym razem Marta posłusznie dołączyła do niego pod schodami prowadzącymi do wyjścia na korytarz. — Dziękuję. Wymazanie pamięci panu Malfoyowi to ostatnie, czego bym dziś pragnął.Marta obejrzała się przez ramię, nie przerywając wspinaczki. Pokój wspólny był pusty, poza ich rozmową pogrążony w sennej ciszy i spowity półmrokiem. Nigdzie nie widziała Abraxasa, nie słyszała też, żeby z przejścia do dormitoriów dobiegał dźwięk zamykanych drzwi.— Gdzie idziemy? — spytała po kilku minutach. Z każdym stawianym krokiem napięcie gromadzące się w jej ciele zdawało się pęcznieć i pęcznieć, napierając na jej płuca, które nie potrafiły nasycić się płytkimi oddychami. Jej myśli nieustannie krążyły wokół powodu dla gotowości do użycia Obliviate. — Do zapomnianej przez czas części zamku — odparł pogodnie profesor Dumbledore. Krańce jego sięgającej ziemi szaty, w odcieniu głębokiego bordo i przyozdobionej złotymi gwiazdami, sunęły po kamiennej posadzce. — Część ta umknęła ze świadomości większości żywych, lecz tak się składa, że nasz najdroższy woźny, pan Filch, wciąż pała do niej wielkim uczuciem.Gestem sprawił, że mosiężna krata uniosła się z metalicznym zgrzytem, wpuszczając ich do wąskiego, łudząco nieskończonego korytarzyka. Gdy do niego weszli, zamknęła się za nimi z tak wielkim łoskotem, że Marta aż podskoczyła, co poniekąd uratowało ją od nadepnięcia na szatę profesora.— Czas — odezwał się niespodziewanie Dumbledore — jest niezwykle frapującym zjawiskiem. Wszechobecny. Bezlitosny w swojej nieustępliwości… — Nieobecny duchem, zajrzał do mijanej celi, gdzie z sufitu na poczerniałych łańcuchach zwisały rozpięte kajdany. — To pasjonujące, jak zaledwie ułamek sekundy potrafi zaważyć, czy nasze dziedzictwo przetrwa, przejdzie transformację, czy bezpowrotnie przepadnie.— To prawda — odparła ze skołowaniem, gdy ponownie zapadła cisza. Posłusznie przeszła przez wskazane jej drzwi i znalazła się w rozległej, pozbawionej okien komnacie skąpanej w jasnoniebieskiej, pozaziemskiej poświacie. — O matko, gdzie jesteśmy? — spytała z podziwem.— Duchy przywłaszczyły sobie to miejsce na rzecz urządzania przyjęć z okazji rocznic śmierci. Uroczystości te są bez dwóch zdań prawdziwie czarujące, niestety nie mógłbym ich polecić ludziom o wrażliwych żołądkach.— Rozumiem.— Niemniej, możliwość zobaczenia na własne oczy komnaty pełnej unoszących się w tańcu duchów to naprawdę urzekające przeżycie — kontynuował, podczas gdy Martę tak poruszyły wyobrażenia, że dopiero po chwili zorientowała się, że profesor Dumbledore pobudził do życia parę skrzypiec, które kołysały się na drewnianym podeście, grając fragment drugiego Waltza od Shostakovicha. — Coś niezapomnianego. Prawdziwy spektakl wielkiego piękna i magicznego wdzięku.— Och, być duchem i móc spędzić wieczność w tańcu — powiedziała półżartem, posyłając Dumbledore’owi nieśmiały, speszony uśmiech.— Obawiam się, że perspektywa ta straciłaby na uroku w momencie, gdy nieuniknienie zrozumiałabyś, że pod powierzchnią wizji romantycznej wieczności duchy są zaledwie cieniem swojego prawdziwego ja. Cieniem zamkniętym w świecie, który już nigdy nie będzie w pełni do nich należeć — wyjaśnił, a choć jego głos pozostał zabarwiony uprzejmością profesora cierpliwie tłumaczącego coś swojej uczennicy, Marta odniosła wrażenie, że powiedziała coś niestosownego. — Mimo że tajemnica spowijająca istnienie duchów bez wątpienia fascynuje, nie możemy zapomnieć, że ich ostateczny los jest tragiczny.— Nie powinnam była z tego żartować, profesorze — bąknęła, czując, że rumieniec podgryza jej policzki. — Przepraszam.— Ależ panno Warren, nie ma powodu do przeprosin. Młodość niesie ze sobą unikatowe perspektywy na otaczający nas świat, co więcej, perspektywy te są kluczową częścią dorastania. Jednak w miarę jak uczymy się i doświadczamy więcej, musimy pamiętać, aby nie ryzykować zatraceniem się we własnych ideałach i fantazjach. — Przymknął oczy, a gdy na powrót je otworzył, wydawał się podwójnie skupiony. Przetransmutował parę skrzypiec w dwa krzesła i przyzwał je z podestu za pomocą niewerbalnego Accio . — Niestety nie przyprowadziłem cię tutaj w celu udzielania ci lekcji życiowych, panno Warren. Proszę, usiądź.Zajęli miejsca, a obleciana nagłym stresem Marta splotła dłonie na podołku, ściskając kolana razem. Na skroni poczuła nieśmiałe zaczątki zimnych potów.— Pytałaś, skąd wiem o waszym kłopotliwym położeniu. Tak się składa, że obserwuję Toma, odkąd miałem przyjemność spotkać go po raz pierwszy w sierocińcu, gdzie się wychowywał. Był niekonwencjonalnym dzieckiem, wykazującym wykraczające poza jego wiek dojrzałość, wnikliwość i inteligencję, którym towarzyszyła niepokojąca aura rezerwy i dystansu. Choć wierzę w opinię profesora Beery’ego, że jesteś obiecującą młodą aktorką, obawiam się, że przy twoim empatycznym usposobieniu nigdy nie będzie ci dane wiarygodnie wcielić się w rolę Toma.Mimo wiedzy, że profesor Dumbledore czeka na odpowiedź, być może choćby na jakąkolwiek najdrobniejszą reakcję, nie potrafiła niczego z siebie wyłuskać. Wpatrywała się w niego niewidzącymi oczami, w równym stopniu oszołomiona i przerażona.— Czyli… czyli wszyscy profesorowie wiedzą, tak? — wydukała, ignorując wyczarowany na poczekaniu stoliczek, który powoli niczym piórko opadł między nimi na podłogę. Magiczny imbryczek nalał pachnącej ostrym imbirem herbaty do filiżanek. — Od kiedy?— Nie, panno Warren. Wie jedynie nasza trójka. — Założył nogę na nogę i splótł dłonie na kolanie. — Byłem świadom od samego początku. W Hogwarcie nie ma drugiej osoby posiadającej tak rozległe zrozumienie Toma jak ja. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że nawet najmądrzejsze umysły ciała pedagogicznego pozwoliły się omamić jego urokowi. — Gestem zachęcił ją do poczęstowania się herbatnikami, które pojawiły się wraz z talerzykiem na przykrytym barwnym obrusem stoliku. — Jak oboje doskonale wiemy, Tom nie ma sobie równych w tworzeniu iluzji. Wszyscy profesorowie poza jednym
zapamiętają go jako cichego, spokojnego młodzieńca ze świetlaną przyszłością.Marta bez przekonania złapała herbatnik, ale żołądek zwinął się jej w supeł na samą myśl o przełknięciu go. W zamyśleniu pokiwała głową, woląc nie przewidywać, w jakim kierunku zmierzała ta rozmowa.— Dlaczego nam pan nie pomógł, profesorze? — spytała cicho, przypominając sobie te wszystkie okropności, które przeżyła z ręki Riddle’a. Gdy mówiła dalej, w jej głos wkradła się niemożliwa do zamaskowania gorzkość: — Przepraszam, jeśli to zabrzmi nieuprzejmie, ale skoro wiedział pan od samego początku, dlaczego pozwolił pan nam się męczyć aż tak długo?— Doskonałe pytanie — pochwalił ją, jakby nie dosłyszał jawnej urazy wynikającej z jej słów — choć odpowiedź na nie nie należy do prostych. Na przestrzeni lat przerabiałem z wami ten scenariusz wielokrotnie, panno Warren. Metodą prób i błędów doszedłem do wniosku, że pozwolenie wydarzeniom na obranie naturalnego biegu akcji jest nie tylko najbezpieczniejszym rozwiązaniem, ale i na pewien sposób przynoszącym korzyści wam obojgu. — Sięgnął za kołnierz szaty, skąd wyjął okrągły przedmiot z maleńkimi pokrętłami i umiejscowioną w centrum klepsydrą. Zahaczył złoty łańcuszek wokół palca i zbliżył dłoń ku Marcie, aby umożliwić jej dobry widok. — Czy wiesz, co to jest?— To zmieniacz czasu, profesorze — wyszeptała, wstrząśnięta. Tymi czterema słowami odpowiedziała samej sobie na setkę pytań, które wykwitły w jej umyśle podczas słuchania wypowiedzi Dumbledore’a.— W rzeczy samej, zmieniacz czasu. — Nieśpiesznie skinął głową, wyrażając uznanie. — Jestem ciekaw twojej perspektywy, panno Warren. Jak myślisz, jakie są moje motywacje ku podjęciu się tak niebezpiecznego wyzwania, jakim jest podróż w czasie?— Ja… Ja nie mam pojęcia, sir.— Proszę, śmiało.— Cóż, na pewno nie z mojego powodu — odparła z szorstkością, która zaskoczyła ją samą. Przybrała przepraszającą minę i odłożyła na spodek filiżanki grożący rozkruszeniem się herbatnik. — Miałam na myśli to, że znalazłam się w tej sytuacji dziełem okrutnego przypadku, profesorze. Nie wiem dlaczego, ale pańskie podróże w czasie są ewidentnie pokierowane Riddle’em.— Choć nie zawsze tak było, zaiste masz rację w stwierdzeniu, że Tom jest centralnym punktem, podstawą moich motywacji, lecz twoje założenie nie jest w pełni trafne z dwóch powodów. Oczywiście, niezależnie od tego w pełni rozumiem, dlaczego wyciągnęłaś takie a nie inne wnioski — zapewnił ją, gdy poruszyła się niespokojnie na krześle. — W rzeczywistości motywuje mnie los tysięcy istnień, z twoim włącznie. Choć wiem, że z pewnością będzie ci trudno w to uwierzyć, uważam, że odgrywasz kluczową rolę w misji, której się podjąłem.Marta stłumiła w zarodku chęć niedowierzającego prychnięcia. Uważała, że lepiej nie wymawiać na głos swoich wątpliwości.— Co miał pan na myśli, mówiąc, że nie zawsze tak było? — spytała.— Ach. Widzisz, po raz pierwszy wyruszyłem w podróż w czasie ponad dwadzieścia lat temu od obecnej daty, z powodu działań mojego byłego przyjaciela, Gallerta Grindenwalda — wyjaśnił rzeczowo. — Poza zafascynowaniem tym, jak jego działania ukształtują przyszłość, czułem się w obowiązku pokrzyżowania jego planów, co jak doskonale wiesz, uczyniłem. Niemniej gdy oryginalnie przeniosłem się do lat siedemdziesiątych obecnego wieku, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że Grindenwald został dawno zapomniany przez magiczną społeczność Wielkiej Brytanii. Niestety nie oznaczało to, że nasi rodacy żyli spokojnie. Tym razem terror uderzył w serce kraju za sprawą innego czarnoksiężnika, który zaskarbił sobie sympatię i, w wielu przypadkach, dozgonną wierność swoich zwolenników. W zaledwie kilkadziesiąt lat udało mu się nie tylko spolaryzować społeczeństwo, ale i rozpętać dwie wojny czarodziejów.Marta dyskretnie uszczypnęła się w nadgarstek.— Czy pan profesor sugeruje, że tym czarnoksiężnikiem jest… Riddle?— Staje się nim, tak — odparł, skinąwszy głową. Gestem sprawił, że do jego filiżanki wskoczyła kostka cukru, a łyżeczka zamieszała herbatę i po osuszeniu się spoczęła na spodku. — Poświęciłem lata na podjęcie niezliczonych prób niedopuszczenia do klęski, jaką sprowadzi na nasz kraj.— A teraz ja utknęłam w jego ciele — wykrztusiła, wstrząśnięta. — W ciele mordercy. Profesorze, dlaczego opowiada mi pan to wszystko? Dlaczego…— Tom jak na razie jest siedemnastoletnim młodzieńcem — poprawił ją cierpliwie Dumbledore. — Choć i teraz potrafi zasiać głęboko w człowieku ziarno strachu, wierz mi, panno Warren, że jest niczym w porównaniu do osoby, którą staje się w przyszłości.— Dlaczego? — dociekała, tym razem poirytowana. Po tym wyznaniu nieszczególnie obchodziła ją semantyka. — Utknęłam w nim na dobre, tak? Jestem kluczowym elementem tylko dlatego, że nigdy nie uda się nam odwrócić tej przeklętej zamiany, a on nigdy nie jest w stanie sięgnąć po władzę w ciele mugolaczki, czy tak?Kącik ust profesora Dumbledore’a zadrżał.— Ależ nie, panno Warren, wręcz przeciwnie. Przywrócenie waszych dusz do odpowiednich ciał jest nie tylko możliwe, ale i całkiem proste. Wystarczy dokładnie odtworzyć wszystkie kroki, które tamtego dnia sprowadziły na was te tarapaty.— Przecież je odtworzyliśmy, profesorze.— Czy aby na pewno?— Tak — powiedziała przekonana, że nic im nie umknęło. — Riddle wypił Amortencję. Uwarzyłam ją w dokładnie ten sam sposób, co wcześniej. Nic się nie stało.— Proszę, przypomnij sobie tamten dzień, panno Warren. — Dumbledore podmuchał na herbatę i przyłożył filiżankę do ust. Upił kilka łyków, a następnie uniósł wyczekująco brwi. — To szalenie ważne, abyś sama wydedukowała, co sprawiło, że znaleźliście się w tej sytuacji.Poczuła się tak, jakby znów znajdowała się przed egzaminatorami podczas zdawania sumów.— Na pewno nic szczególnego nie wydarzyło się podczas zielarstwa — zaczęła rozmyślać na głos — w końcu nawet nie weszłam wtedy z Riddle’em w żadną interakcję. Wdaliśmy się w dyskusję na temat wilkołaków podczas obrony przed czarną magią, ale była to lekcja czysto teoretyczna, nawet nie wyjęliśmy różdżek. Dokończyłam warzenie Amortencji… — Zamilkła, gdy spostrzegła, że profesor ułożył piramidkę ze złączonych dłoni. Coś w tym oszczędnym geście podpowiedziało jej, że była na dobrej drodze. — Nie zamierzałam użyć jej wtedy, podczas lekcji eliksirów, ale… ale…Nie dostrzegła żadnej wskazówki na twarzy swojego rozmówcy. Mina Dumbledore’a pozostała nieprzenikniona.— Profesor Slughorn przyrządził dla nas jakiś dziwny wywar z krwi jednorożca — kontynuowała szybko, półszeptem. — Powiedział, że była pozyskana w czysty sposób, zresztą sam pan to wie, przecież widziałam panów wtedy razem przed Wielką Salą, profesor Slughorn miał przy sobie tę fiolkę… Ale dlaczego? Dlaczego inhalowanie się tym wywarem weszło w reakcję z Amortencją?— Obawiam się, że nie jestem w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania tej natury. Widzisz, ta dziedzina magii pozostaje w większej mierze niezbadana, co więcej, posiadane przez nas strzępy informacji nie zostały pozyskane dzięki intencjom płynącym z czystego serca — wyjaśnił pokrzepiającym tonem, jakby doskonale wiedział, w jakim kierunku powędrowały myśli Marty. — Co nie oznacza, że nie szukam odpowiedzi. Wielokrotnie starałem się odtworzyć uzyskany przez was efekt, niestety żadna z moich prób nie zakończyła się sukcesem. Jedynym logicznym wnioskiem wydaje się więc, że kluczowy element sukcesu stanowi coś, czego nie mogę zasymulować w środowisku eksperymentalnym. Wygląda na to, że jest nim między innymi niezdolność Toma do kochania, w konsekwencji której pozostaje odporny na działanie Amortencji.Marta zorientowała się, że od pewnego czasu przysłuchiwała się Dumbledore’owi z otwartymi ustami. Zamknęła je, potrząsając głową, jakby miało jej to pomóc w uporządkowaniu myśli. Miała do niego tyle pytań!— A więc mówił prawdę — zauważyła w konsternacji. — Wspominał, że Amortencja na niego nie działa. Sądziłam, że to kłamstwo, ale… Profesorze, co miał pan na myśli, mówiąc „między innymi”?— Jak doskonale wiesz, Tom przejawia niezdrowy stopień fascynacji czarną magią. Niektóre z jego eksploracji w tej dziedzinie skutkowały poważnymi konsekwencjami.— Czy jego dusza uległa skorumpowaniu?— Preferowałbym nie rozwijać tego tematu, panno Warren — upomniał ją spokojnym, lecz stanowczym tonem. — Każdy z nas posiada mnóstwo aspektów, które wolelibyśmy ochronić przed osądem innych, lecz stan naszych dusz jest najbardziej intymnym z nich. — Przeszywał ją rozbierającym na części pierwsze spojrzeniem tak długo, że zawstydzona swoją wścibskością Marta spuściła głowę. — Instynkt podpowiada mi, że masz jeszcze jedno pytanie. Być może na nie z czystym sumieniem będę mógł udzielić ci odpowiedzi.— Tak, ale… Cóż, podejrzewam, że też może być uznane za zbyt prywatne. — Marta wyprostowała się sztywno na krześle. — Zastanawiałam się, dlaczego Riddle nie potrafi kochać. Mugolskie nauki rozróżniają pewne zaburzenia, które mogłyby wywołać takie, hm, wybrakowanie emocjonalne, ale nie jestem z nimi dobrze zaznajomiona…— W rzeczy samej, w tych zagadnieniach mugole wyprzedzają nas swoimi odkryciami o setki lat — powiedział z uznaniem Dumbledore. — Choć nie jestem specjalistą w dziedzinie psychiatrii, myślę, że można założyć, że Tom demonstruje objawy pewnych zaburzeń. Socjopaci są zdolni do miłości, choć przejawia się ona w inny sposób, obsesyjny i zaborczy. Niemniej jednak zaburzenia tej natury nie są prawdziwym powodem, dla którego Tom jest niezdolny do miłości. Widzisz, w rzeczywistości nie tylko go obserwuję, ale i studiuję jego korzenie, rodzinę. W ten sposób z wielkim żalem odkryłem, że Tom został poczęty pod działaniem Amortencji.Marta wstrzymała oddech. Krew tak szybko odpłynęła jej z twarzy, że z wrażenia aż zakręciło się jej w głowie.— O mój Boże — szepnęła. — Jego… jego matka została wykorzystana. Gdybym o tym wiedziała, nigdy w życiu nie posunęłabym się do dolania mu Amortencji, profesorze. Musi mi pan wierzyć, nie miałam takich intencji, naprawdę…Dumbledore uciszył ją nieznacznym uniesieniem dłoni.— Spokojnie, panno Warren. Doskonale znam intencje, którymi się kierowałaś, i pozwolę je sobie spisać na karb błędów młodości — odparł wyrozumiale, lecz rozpalona wstydem Marta uważała, że za popełnienie tak ogromnej głupoty należy się jej surowa kara. — Matka Toma działała z pełną premedytacją podczas pojenia jego ojca Amortencją. Choć wywodziła się z niegdyś potężnego czarodziejskiego rodu, brakowało jej dojrzałości i zdolności krytycznego myślenia. Naiwnie uważała zajście w ciążę za lek na krzywdy, które wyrządziła swojemu wybrankowi, więc wyzwoliła go spod więzów Amortencji, lecz wbrew jej przewidywaniom, ten wcale nie postanowił zostać z nią ze względu na dziecko. Wyrzekł się ich obojga i wrócił do swojej wioski, a ona niedługo później tragicznie zmarła przy porodzie.— Och. — Marta potrzebowała porządnej chwili, żeby pozbierać myśli. — Czy… czy on o tym wie? Czy wie, że nie jest sierotą?— Obawiam się, że nią jest. Jego ojciec zmarł zeszłego lata, ale tak, Tom jest w pełni świadom prawdy na temat swojego pochodzenia. Wbrew temu, co podejrzewasz, wcale nie odczuwa z tego powodu negatywnych emocji.— To znaczy?— Dla Toma miłość nie pełni żadnego celu poza byciem kolejną słabością. Podejrzewam, że satysfakcjonuje go fakt, że jeszcze nie jest w stanie odczuwać tej emocji.— Jeszcze?— Widzisz, panno Warren — nabrał głębszego wdechu — mam powody, aby podejrzewać, że ta jakże niekonwencjonalna zamiana dusz doprowadzi do odzyskania przez Toma iskierki człowieczeństwa, którą odebrały mu warunki, w jakich został poczęty.Marta tkwiła w stuporze dłuższą chwilę.— Przepraszam, ale… Ale chyba pan nie twierdzi, że przypadkowe konsekwencje mojego błędu zatrzymają go przed wywołaniem dwóch wojen?— Ależ nie, oczywiście, że nie. — Dumbledore uśmiechnął się nieznacznie, prawie jakby próbował jej zakomunikować, że niewiele w tej sytuacji było dziełem przypadku. — Uważam, że to podwalina, na której będzie nam dane postawić pierwsze kroki ku lepszej przyszłości.Marta zamrugała, przekonana, że się przesłyszała.— Nam?— Jeśli tylko zgodzisz się asystować mi w misji rehabilitacji Toma, tak. Nam.— Profesorze! — wydusiła, powstrzymując impuls pchający ją do wstania z krzesła. — Naprawdę nie pojmuję, dlaczego potrzebuje pan akurat mojej asysty. Jestem zwykłą uczennicą, mam siedemnaście lat i nie mam pojęcia, w jaki sposób można zrehabilitować chłopaka tak, tak… rozbestwionego jak Riddle. Skoro pan nie potrafi tego osiągnąć, ja na pewno nie mam ku temu żadnych szans!— Jak już mówiłem, panno Warren, uważam cię za kluczowy element układanki. Pomijając twoją niesamowitą wrażliwość na cierpienie innych oraz zdolność do współodczuwania z każdym, nawet osobami, które wyrządziły ci krzywdę, po przywróceniu was do właściwych ciał Tom z różnych powodów będzie uważał za konieczne zatrzymanie cię w swoim otoczeniu. Doskonale wiesz, że nigdy nie pałał do mnie sympatią. Podejrzewam, że jego nieufność wobec mojej osoby jest bezpośrednią konsekwencją naszego pierwszego spotkania w sierocińcu. Widzisz, Tom zawsze żywił wiarę, że jest kimś wyjątkowym. Gdy tamtego dnia to potwierdziłem, w ekscytacji pozwolił, aby jego maska ześlizgnęła się na kilka chwil, ujawniając jego prawdziwe oblicze. — Dumbledore przyjrzał się jej tak uważnie, jakby próbował zasygnalizować, że nadszedł koniec przyjemnej pogawędki (tak jakby nasza dotychczasowa rozmowa była pozbawiona wagi, pomyślała Marta). — Panno Warren, jestem w tej chwili wielce daleki od żartów. Jeśli ktokolwiek na tym świecie ma szansę wpłynąć na tego chłopaka, będzie to ktoś, kogo nie uważa za zagrożenie. Ktoś, kogo zlekceważy, ale równocześnie uzna za interesującego albo dostatecznie przydatnego, aby trzymać go blisko siebie.— Rozumiem pański punkt widzenia, profesorze. Byłabym nawet skłonna się z nim zgodzić gdyby nie fakt, że Riddle nie tylko mnie lekceważy, ale i wcale nie uważa mnie za interesującą, nie wspominając o mojej wątpliwej przydatności.— Czy aby na pewno? — zapytał, pochylając się ku niej nad stołem. Spojrzenie jego wodnistoniebieskich oczu było tak intensywne, że Marta z trudem utrzymywała kontakt wzrokowy. — Zatem czy moje przypuszczenia są błędne, panno Warren? Tom wcale nie sądzi, że doprowadziłaś do zamiany dusz poprzez użycie czarnej magii?— Tak, myśli tak… Ale przecież to nie może być prawda, profesorze — odparła drżącym z emocji głosem.— Jak mówiłem, te rejony magii są niewystarczająco zbadane, aby wydawać jakiekolwiek osądy. Zapytałem o to, jako że pod pewnymi względami procesy myślowe Toma są naprawdę przewidywalne.— Nawet jeśli ma pan rację, to nie zmienia faktu, że kiedy tylko uda nam się odwrócić zamianę, za pomocą krwi jednorożca ostatecznie udowodnię, że nie działałam z premedytacją. Z tego co zdążyłam zauważyć, Riddle ma wielu znajomych, którzy maczają palce w czarnej magii, a którzy nie zaskarbili sobie jego autentycznej sympatii.— Umyślnie nie dostrzegasz różnicy między sobą a którymkolwiek z jego, z braku lepszego słowa, przyjaciół. Żadna inna dusza nie zagrzała miejsca w jego ciele, panno Warren, tak samo jak żadna inna dusza poza tą należącą do Toma nie rozgościła się w twoim. Choć oboje tego nie chcecie, łączy was niepowtarzalne, mistyczne przeżycie. Zjawisko niemożliwe do zreplikowania.Marta pragnęła natychmiast poddać te słowa w wątpliwość, zaprzeczyć jakoby cokolwiek łączyło ją z Riddle’em, niestety nie potrafiła wydusić słowa. Przełknęła ślinę, uciekając wzrokiem po komnacie skąpanej w niebieskawym świetle. Wcześniej uważała je za urzekające i nieziemskie, lecz teraz zdawało się potęgować panujący głęboko w lochach chłód.— A co jeśli ja tego wszystkiego nie chcę, profesorze? — spytała półszeptem, zaciskając splecione dłonie na podołku. — Jeśli nie marzę o niczym innym tylko o powrocie do swojego normalnego życia, spokojnego i przede wszystkim pozbawionego Riddle’a?— Wybór należy do ciebie i tylko ciebie, panno Warren. Jeśli pragniesz powrotu do normalności, wybierz ją. Choć nie jestem w stanie zagwarantować, że Tom zniknie z twojego życia, w razie potrzeby zawsze będę gotów służyć ci pomocą — odparł z przekonaniem, które przemieniło się w prawdziwą pasję, gdy kontynuował swoją przemowę: — Alternatywę stanowi wybór czynienia większego dobra, przysłużenia się nie tylko naszemu krajowi, ale i całemu światu. To byłby akt najwyższego poświęcenia. Panno Warren, jeśli się nam powiedzie, ocalimy niezliczoną ilość istnień. Jeśli się nam powiedzie, za pięćdziesiąt lat twoi rówieśnicy nie będą zmuszeni ginąć w murach tego zamku, przeciwstawiając się najpotężniejszemu czarnoksiężnikowi, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi.Te słowa wstrząsnęły Martą po sam rdzeń.— Profesorze, ja… — Pokręciła spuszczoną głową, przymykając oczy. — Chciałabym panu pomóc, naprawdę, ale nie sądzę, że podołam takiemu zadaniu.— Czy zyskałabyś wiekszą wiarę w swoje możliwości, gdybym wyznał, że w 1998 roku Tom zostaje pokonany przez trójkę niewiarygodnie odważnych siedemnastolatków?Zaśmiała się cicho pod nosem, mimo że od rozbawienia dzielił ją przygniatający jej serce głaz poczucia obowiązku. Być może dzięki temu poświęceniu udałoby się jej nie tylko odmienić malujące się w krwawych barwach losy przyszłości, ale i stać się lepszą osobą? Czy w ciągu ostatnich dwóch tygodni nie zarzucała sobie wielokrotnie bycia tak potwornie zawistną? Czy nie zauważyła, że z dnia na dzień powoli stawała się coraz gorsza? Czy złożenie Dumbledore’owi obietnicy pomocy równocześnie nie stanowiłoby ratunku dla jej zbłąkanej duszy?— A jeśli się zgodzę?— Jeśli się zgodzisz, panno Warren, zanim przywrócimy was do właściwych ciał, będziesz musiała zgłębić pod moim okiem techniki świadomego stosowania Oklumencji — odparł, a gdy zauważył, że szykowała się do zadania pytania, uciszył ją uprzejmym gestem. — W rzeczy samej, świadomego. Ludzie reagują na przeciwności losu na różne sposoby, lecz ty wielokrotnie wybierałaś zdystansowanie się. Powstrzymywałaś się od okazywania emocji, które mogłyby przynieść ci dodatkowe konsekwencje z rąk twoich oprawców. Dystans, wyciszenie się i oczyszczenie umysłu to fundamentalne założenia Oklumencji.Pierwszym instynktem Marty było zaprzeczenie, lecz gdy poświeciła temu dłuższą chwilę zastanowienia, zrozumiała, że profesor Dumbledore miał rację. Nie zawsze udawało się jej wygrać walkę z emocjami, czasem wcale nie próbowała się im przeciwstawiać, ale w ciągu tego miesiąca w Hogwarcie nieraz doszło do opisywanej przez niego sytuacji.Niemniej wydawało się jej, że te osiągnięcia nie były tak spektakularne, jakimi próbował je przedstawić. Owszem, schlebiał jej (poza tym przez myśl jej przemknęło, że taka Olivia na pewno nie potrafiła stosować Oklumencji, świadomie czy nie), lecz wolała przygotować się na ciężką orkę niż zakładać, że posiadała wrodzony oklumencyjny talent.— Więc ile czasu będę musiała jeszcze spędzić w ciele Riddle’a, zanim da nam pan krew jednorożca?— Nasza pierwsza sesja nauki odbędzie się po twoich dzisiejszych zajęciach, panno Warren. Będziemy je kontynuować do momentu, aż będę nie tylko usatysfakcjonowany twoimi postępami, ale i zyskam całkowitą pewność, że będziesz w stanie przeciwstawić się legilimencyjnym zdolnościom Toma. — Dumbledore obdarzył ją nadzwyczaj ciepłym, wyrażającym podziękę uśmiechem, za co Marta była mu wdzięczna. Nie wiedziała, jak długo siedziała jak na szpilkach, lecz ten drobny gest pozwolił jej rozluźnić napięte do granic możliwości mięśnie. — Niestety obawiam się, że nie mogę dostarczyć ci krwi jednorożca. Jestem przekonany, że Tom uznałby za podejrzane, gdybyś nie tylko wpadła na rozwiązanie waszego problemu, ale i bez najmniejszego trudu weszła w posiadanie rzadkiej magicznej substancji o tak potężnym działaniu.— Ma pan rację — przytaknęła niechętnie. Podążyła za przykładem Dumbledore’a i wstała od stołu. — Mam później przyjść do pana gabinetu?— Spotkamy się tutaj. — Gestem sprawił, że drzwi komnaty stanęły otworem. Gdy przemierzali gęsiego wąski korytarz, na pożegnanie dodał: — Ćwiczenia Oklumencji rozpoczynają się teraz, panno Warren. Z pewnością nasza rozmowa wywołała w tobie całkowicie zrozumiały rozgardiasz emocjonalny. Proszę, zrób wszystko, co w twojej mocy, aby nad nim zapanować.— Oczywiście.Obdarzył ją tak pokrzepiającym uśmiechem, że gdy Marta udała się na śniadanie, a następnie na lekcje, wierzyła całym sercem, że uda się jej zapanować nad rozpierającą jej pierś ekscytacją. Zegar zaczął tykać. To kwestia czasu — godzin, minut, sekund. Nic więcej nie stało na przeszkodzie przed powrotem do odpowiedniego ciała. Przestanie nosić te idiotyczne, bulwersująco obcisłe spodnie, już nigdy nie usłyszy pobijającego rekordy Guinnessa pierdnięcia Goyle’a (w każdej kategorii: głośności, długości trwania, walorów zapachowych oraz smakowych), a przede wszystkim już nigdy nie poczuje, jak coś bestialsko (bezwstydnie!) dynda jej między nogami.Planowała rzucić się Alfredowi na szyję, wytarmosić go za te policzki, od rozgrzewających uśmiechów okrągłe jak jabłuszka, a następnie wyściskać Donnę. Chociaż wątpiła, czy uda się jej podnieść ją z ziemi, właśnie tak wyobraziła sobie tę scenę: siebie odchylającą się w tył, z rękami splecionymi za plecami zdziwionej, rozchichotanej i umiarkowanie zazdrosnej Donny. Chociaż niewiele łączyło ją z Astrą, a z Olivią jeszcze mniej, je też porwie w objęcia.— Z czego się tak cieszysz, Warren?Niski, podejrzliwy głos Mariddle’a wyrwał ją z marzeń na jawie. Czekał obok jej biurka, z ręką zahaczoną o pasek szkolnej torby. Gdy stał w ten sposób, z biodrem wypchniętym w bok, wyglądał w jej skórze całkiem dziewczęco, mimo że prawie nigdy nie starał się zachowywać pozorów.— Bal — wyrzuciła z siebie pierwszą lepszą myśl. — Cieszę się na bal.Riddle podejrzliwie zmrużył oczy, lecz gdy tylko do komnaty wlał się zastęp uczniów, usiadł w swojej ławce, obdarzając Alfreda wyćwiczonym uśmiechem.Przymierzanie sukienek z Donną, zakupy, niekończące się rozmowy o tańcach! Próby kółka teatralnego, przymierzanie kreacji, tworzenie rekwizytów, ozdabianie sceny, przedstawienie, w którym grała główną rolę!Marta wyobrażała sobie te wszystkie wspaniałości, ignorując pojawienie się profesor Merrythought, gdy coś poczuła. Najpierw zrzuciła to na karb przeciskającego się między jej krzesłem a tylną ławką Abraxasa, który nie omieszkał położyć dekoncentrującej dłoni na jej ramieniu, lecz kuriozalne wrażenie powtórzyło się, prawie jakby coś muskało tył jej głowy.Muśnięcie przerodziło się w intensywniejszy ucisk. W odpowiedzi na niego Marta wstrzymała oddech i instynktownie wypchnęła na brzeg umysłu te same wyobrażenia, co wcześniej. Znów widziała swoje ręce oplecione wokół emanującego ciepłem karku Alfreda. Tak mocno skupiła się na jego uśmiechu, tym jego ledwo dostrzegalnie, acz urzekająco ukruszonym rogu jedynki, że serce zabiło jej szybciej. Poruszyla się niespokojnie na krześle i wsunęła dłoń w gęste loki, pocierając miejsce, w którym czuła wścibską, podejrzliwą obecność Riddle’a, a następnie ośmieliła się odeprzeć jego wpływ.Wycofał się. Na moment przed tym, jak zerknęła na niego przez ramię, już wiedziała, że zrobił to bardziej z zaskoczenia stawianym oporem niż z przymusu. Choć jego oblicze pozostało pozbawione wyrazu, jedna brew uniosła się nieznacznie na krótko przed tym, jak wbił wzrok w krzątającą się po komnacie profesor Merrythought, zagubioną w wygłaszaniu monologu na temat zagrożeń płynących z niekontrolowanego rozrastania się populacji błotoryjów.Czy Riddle przedostał się w pełni do jej umysłu?Marta nie miała pojęcia, jak odpowiedzieć sobie na to pytanie. Oklumencja i Legilimencja to dziedziny magii, które dawno zostały wykreślone z zakresu magicznej edukacji. Oczywiście znała ich podstawy i garść suchych informacji, które wyczytała kiedyś w bibliotece, lecz posiadana przez nią wiedza teoretyczna nie zawierała żadnych wskazówek na temat tego, jakie uczucie towarzyszyło padnięciu ofiarą Legilimencji.Odpowiedź dostała pod postacią Riddle’a przyglądającego się Alfredowi z niemożliwą do opisania martwicą spojrzenia. W tym momencie Riddle jawił się jej niczym naukowiec w wykrochmalonym białym fartuchu, gotów do przeprowadzenia wiwisekcji na swoim obiekcie badań bez najmniejszego drgnienia powieki.To porównanie zmroziło Martę do szpiku kości. Niespełna godzinę temu odbyła kuriozalną rozmowę z profesorem Dumbledore’em i z szoku (bo chyba nie z rozsądku!) zgodziła się na próbę pomocy w rehabilitacji tego upiornego chłopaka. Przecież nikt godzien uratowania nie wpatrywał się w tak pozbawiony serca sposób w drugiego człowieka!Marta zasępiła się, choć tylko po części z powodu przygniatającego ją ciężaru świadomości, jakiej Syzyfowej pracy się podjęła. Mimo że nie należała do osób, które poddawały się na samym starcie, zrozumiała, że podjęła decyzję pod wpływem silnych emocji. Część z nich kotłowała się w niej nawet teraz, a najsilniej pobrzmiewało utrudniające skupienie się oszołomienie, trwanie w podziwie dla Dumbledore’a za jego poświęcenia dla przyszłości magicznej Wielkiej Brytanii, nie wspominając o zagrożeniu, na jakie świadomie wystawiał się każdego dnia, gdy igrał ze zmieniaczem czasu.Uważała swoją decyzję za prawidłową, niestety nie zmieniało to faktu, że powinna była lepiej ją przemyśleć. Zadać więcej pytań. Dowiedzieć się od Dumbledore’a wszystkiego, czego potrzebowała. Wyciągąć z niego wszystkie informacje, jakie posiadał o teraźniejszym jak i przyszłym Riddle’u, kimkolwiek się stawał.Jej najgorszym błędem było wystawianie osądów. Skarciła się za to, że jeszcze chwilę temu uznała go za niegodnego pomocy. Co ona mogła o tym wiedzieć? Skąd brała się w niej ta pewność, to przekonanie, że jej ocena jest słuszna? Dumbledore miał nad nią przewagę wieku dodatkowo okraszonego wszystkimi latami, które spędził w podróżach w czasie. Skoro on widział w Riddle’u szansę na rehabilitację, Marta nie powinna mu jej odmawiać, nawet jeśli cała ta sytuacja wydawała się jej zwyczajnie szalona.Skupiała się na próbach wyciszania umysłu, a choć z początku nie szło jej to zbyt dobrze, po pewnym czasie starań udało się jej uspokoić rozbiegane myśli. Monolog profesor Merrythought, kręcącej się nieopodal ich ławki, dobiegał do niej jakby z oddali, a wywołany wyznaczoną misją niepokój wygłuszył się. Marta trwała w tym stanie do czasu, aż kątem oka podchwyciła lecącą do Abraxasa papierową kulkę.Wylądowała na jego podręczniku. Rozprostował ją, skrzywił się z niesmakiem i zmiął ją tak gwałtownie, że Marta instynktownie obejrzała się na Goyle’a, który zgrywał niewiniątko, udając zainteresowanie wykładem.— Co to? — spytała cicho, skinąwszy na zaciśniętą pięść Abraxasa.— Nic. Głupoty.— Jeśli Goyle…— To nic takiego, Tom.Mimo że wszedł jej w słowo tak ostro, spokój jej nie opuścił. Rozmyślała jeszcze chwilę nad tym, co powinna zrobić, aż wreszcie ośmieliła się rozewrzeć palcami zaciśniętą pięść Abraxasa. Stawiał tak mocny opór, że pod bladą skórą uwidoczniły mu się żyły, lecz niespodziewanie sam otworzył dłoń.Była pusta.Cokolwiek napisał do niego Goyle, te słowa wywołały u Abraxasa tak silne emocje, że w przejawie spontanicznej magii wysłał kulkę pergaminu w niebyt. Wymownie odwrócił głowę w kierunku okna i chociaż wykonał taki ruch, jakby zamierzał cofnąć rękę, pozwolił, żeby Tomarta dyskretnie ją uścisnęła.Obejrzała się na profesor Merrythought (przepytywała klasę z taktyk na zakończenie inwazji kwintopedów na Wyspie Posępnej), a następnie urwała kawałek pergaminu i napisała:„Nie masz wyboru. Znajdź sobie kogoś.”Podsunęła go Abraxasowi, ale był zbyt nadąsany, żeby odpisać. Przesunął wzrokiem po jej wiadomości i wydał z siebie ciche prychnięcie, zanim wrócił do obserwowania wzruszanych wiatrem drzew za oknem. Nie uszło jej uwadze, że mimo zapierania się nogami i rękami, czerpał satysfakcję z jej atencji.„W takim razie uznaj to za polecenie” — napisała. Nie rozumiała, dlaczego przejmowała się jego losem, podczas gdy on przy każdej okazji wyzywał prawdziwą ją od szlam, ale każde kwestionowanie tych skomplikowanych uczuć kończyło się wspomnieniem tego, jak żałośnie wyglądał po bójce z Goyle’em. — „Jest taka Betty w Ravenclawie. Podobasz się jej.”Tym razem Abraxas złapał za pióro. Sposób, w jaki przechwycił pergamin, znajdował się zdecydowanie bliżej wyszarpnięcia.„Nie żartuj sobie ze mnie. Betty. To jakaś szlama?”„Nie. Beatrice McLaggen, rocznik pod nami.”Abraxas zawahał się.„To nie ma racji bytu.”„To idealna zasłona dymna” — sprzeciwiła się szybko Marta, zamierzając kuć żelazo póki gorące. — „McLaggenowie są półkrwi, owszem… Ale Betty jest największą plotkarą w Hogwarcie. Nawet nie zdążyłbyś jej pocałować, a o waszej wielkiej, romantycznej miłości wiedziałby cały zamek. Nott i Goyle daliby ci święty spokój. Nie musiałbyś się ich bać.”Z gardła Abraxasa wydobyło się niskie prychnięcie. Zaczął pisać „Nie boj…”, lecz przerwał w momencie postawienia koślawej kropki nad literą J. W nieobecny sposób odłożył ptasie pióro na bok, zanim złapał pergamin w obie ręce i uniósł go, studiując go uważnie.Zmarszczył brwi i zerknął na prawą rękę Tomarty, która zacisnęła się kurczowo na jej własnym piórze.— Co z twoim pismem, Tom? — spytał. — Jest zupełnie inne.Marta poczuła, jak krew odpływa jej od twarzy. Natychmiast spróbowała się wyciszyć, uspokoić dudniące w piersi serce, a gdy panika opadła, odwróciła dłoń wnętrzem do góry i otworzyła ją, ukazując Abraxasowi rozległą, soczyście różową bliznę. Chwała Bogu, że zdobyła ją podczas porannej próby przeszukania jego półki nocnej.— Powinieneś iść z tym do pielęgniarki — odparł Abraxas, krzywiąc się. — Wygląda paskudnie.Marta odchrząknęła, w duchu dziękując profesorowi Dumbledore’owi za wszystko. Gdyby nie uświadomił jej, że nieświadomie raczkowała w dziedzinie Oklumencji, najpewniej gapiłaby się na Abraxasa z otwartymi ustami, niezdolna do żadnej reakcji czy wyduszenia najkrótszego słówka.— Pójdę po lekcjach — powiedziała po chwili, ku swemu zdziwieniu odnosząc sukces w przybraniu lekceważącego tonu głosu Riddle’a. — A ty weź Betty w obroty.Machnął na nią ręką, lecz Marta nie miała mu tego za złe. Choć jako córka bogobojnej katoliczki nie do końca potrafiła zrozumieć koncept bycia zainteresownym tą samą płcią, empatyzowała z nim. Być może Abraxas nie kotłowałby w sobie aż tylu negatywnych emocji, gdyby środowisko nie zmuszało go do ukrywania przed światem prawdy na swój temat.Mimo że udawał zdegustowanego jej sugestią, zauważyła, że podczas przerwy obiadowej przeczesywał wzrokiem oblężony uczniami stół Ravenclawu. Przyłapała go na tym dwukrotnie, a wtedy Abraxas złożył na cztery części trzymanego przed twarzą Proroka Codziennego i ostentacyjnie odszedł od stołu.Marta wykorzystała tę okazję na ulotnienie się z Wielkiej Sali bez wzbudzenia niczyjego zainteresowania. Goyle i Nott nigdy nie wypytywali jej, gdzie się wybierała, co na początku swojej przygody w ciele Riddle’a uznała za obojętność, lecz teraz wiedziała, że w przeciwieństwie do Abraxasa nie poczuwali się do śmiałego zakładania, że mieli prawo znać plany swojego przywódcy.— Profesorze — odezwała się, gdy dotarła od tej samej komnaty, co rano — wiem już, jak ważna jest nauka Oklumencji, ale zastanawiałam się nad czymś. Nie odpowiedział pan wprost na moje pytanie.Profesor Dumbledore pogładził się po białej, sięgającej pasa brodzie i udzielił jej głosu oszczędnym gestem.— Mówił pan, że będziemy się jej uczyć aż do skutku, z czym nie mam problemu, ale… naprawdę tęsknię za dziewczynami, po prostu za swoim życiem — przyznała, kurczowo zaciskając dłonie wokół paska torby. Gdy wypowiedziała te słowa na głos, poczuła nieśmiałe zaczątki wzruszenia, od którego prawie zadrżał jej głos. — Chciałabym jak najszybciej wrócić do swojego ciała, a nie powiedział mi pan, kiedy będę mogła to zrobić.Dumbledore zbliżył się do niej, żeby położyć jej żylastą dłoń na ramieniu. Ścisnął je lekko, jakby chciał jej dodać otuchy.— Powiedziałaś, że wiesz już, jak ważna jest nauka Oklumencji, panno Warren — zauważył, przyglądając się jej bacznie sponad okularów-połówek, nisko osadzonych na jego haczykowatym nosie. — Czy coś się stało?— Tak — wykrztusiła, zaskoczona tym, z jak wielkim oporem przyszło jej wypowiedzenie tego na głos. Znikąd narósł w niej stres. Porankiem znajdowała się w zbyt wielkim szoku, żeby się zorientować, że dawno przekroczyła postawioną jej przez Riddle’a granicę. Pod patronatem Dumbledore’a wyrzucenie z Hogwartu raczej jej nie groziło, lecz nie wiedziała, czy ochroniłby ją przed gniewem Riddle’a.— Zważywszy na okoliczności, zakładam, że Tom wykonał próbę wtargnięcia do twojego umysłu. Mam rację, panno Warren?— Tak, ale niczego się nie dowiedział, profesorze — wyjaśniła szybko, czując rumieniec zakłopotania podgryzający jej policzki. — Przynajmniej tak mi się wydaje. Zauważył zmianę w moim zachowaniu, no i o nią zapytał, a ja próbowałam wymyślić coś na poczekaniu, ale najwyraźniej nie uwierzył… A potem poczułam coś, jakby otarcie się, o, tutaj — wsunęła dłoń w miękkie, luźne loki — i nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale zamiast się wyciszyć, najpierw przywołałam swoje wcześniejsze myśli o, cóż, o moim koledze, a potem jakoś… jakoś naparłam jaźnią na Riddle’a? Wypchnęłam go?Mina profesora Dumbledore’a pozostała nieprzenikniona, lecz jego uścisk na jej ramieniu wzmocnił się, zanim zdjął z niej dłoń. Pokiwał głową w zadumie, milcząc przez tak długi czas, że Marta ze stresu nieświadomie zaczęła wykręcać sobie palce.— Próba dywersji oraz odparcie legilimencyjnego ataku — odezwał się, puszczając mimo uszu ciche „Nie nazwałabym tego atakiem, profesorze”, które wybąkała pod nosem Marta. — Jak wspominałem, masz naturalne predyspozycje do Oklumencji, panno Warren. Choć należy ci się pochwała za utrzymanie bystrego umysłu w tak nieprzewidywalnej sytuacji, muszę cię przestrzec, że następnym razem może się to okazać niewystarczające. Tom posiada wręcz nadprzyrodzoną zdolność demaskowania najlepszych kłamstw, a jeśli dopuścisz do tego, żeby zaczął cię podejrzewać o posiadanie ukrytych motywów, obawiam się, że oporem i dywersją tylko go sprowokujesz.— Rozumiem — odparła, w równej mierze przybita, co podniesiona na duchu.— Wracając do twojego oryginalnego pytania, panno Warren, uważam, że najlepiej będzie, jeśli podejmiesz tę decyzję samodzielnie — powiedział. Na widok miny Marty, zdominowanej przez zaskoczenie, wyjaśnił: — Gdyby nasza współpraca została zaaranżowana co do najmniejszych szczegółów, Tom bez wątpienia zwietrzyłby podstęp, dlatego tak ważne jest, abyś kierowała się głosem serca. W końcu to dzięki jego dobroci masz szansę wpłynąć na Toma. — Przyglądał się jej lśniącymi zaciekawieniem oczami, jakby był zdolny wyczytać z niej wszystkie wątpliwości, a szczególnie te związane z jej „czystym sercem”. — Należy jednak dokonać tej decyzji z pełną świadomością legilimencyjnych umiejętności Toma, panno Warren. Już teraz potrafi zastosować ją w niewykrywalny dla ofiary sposób, wykorzystując przeciwko niej jej własne zaaferowanie myślami czy silnymi emocjami. Dopuszczenie do tego, żeby nad nami panowały sprawia, że naturalne, defensywne bariery umysłu opadają. Właśnie dlatego opanowanie Oklumencji powinno stanowić dla ciebie priorytet najwyższej wagi.Jeśli profesor Dumbledore pragnął odwieść ją od pomysłu natychmiastowego zakasania rękawów, udało mu się to, choć tylko częściowo. Nie poddawała w wątpliwość jego ekspertyzy, wręcz przeciwnie: brała ją za pewnik, lecz nie umiała odepchnąć od siebie myśli, że im dłużej będzie odbywać prywatne, trzymane w tajemnicy lekcje Oklumencji z najbardziej znienawidzonym przez Riddle’a profesorem, tym trudniej będzie jej wiarygodnie ukrywać ekscytację ze zbliżającego się powrotu do normalności.Skoro profesor Dumbledore nakazał jej podążanie za głosem serca, właśnie to zamierzała zrobić. Odczuwała fizyczną potrzebę znalezienia się we właściwym ciele, tęskniła do siebie samej i wątpiła, czy szkolenie się w Czarodziejskiej Akademii Teatralnej pomogłoby jej w zachowywaniu się jak gdyby nigdy nic.— Dobrze — powiedziała, gdy zauważyła, że Dumbledore wyczekiwał jej reakcji. — Obiecuję, że przemyślę sobie pana słowa.— Znakomicie. Dziękuję, panno Warren. — Skinął głową na znak aprobaty, dobywając różdżki zza pazuchy. — Słowem ostrzeżenia: jak z pewnością się domyślasz, nauka Oklumencji nie należy do przyjemnych. Niemniej jednak zapewniam cię, że możemy przerwać naukę w każdej chwili.— Zaczynajmy, profesorze.Kącik ust Dumbledore’a wyciągnął się ku górze.— Być może jest w tobie trochę Gryfonki, panno Warren.— Ach, wątpię — odmruknęła, odwzajemniając uśmiech. — Bez obrazy, profesorze, ale bycie chłopakiem to najgorsza rzecz, jaka mi się w życiu przytrafiła, więc mam już tego wszystkiego po prostu dość.

----- CHAPTER BREAK -----

Lekcja Oklumencji rozpoczęła się bezpośrednio po obiedzie, a zakończyła późnym wieczorem, pozostawiając Martę w stanie takiego wyczerpania — psychicznego i fizycznego — że wbrew wcześniejszym założeniom popędziła nie na spotkanie z Riddle’em, a z łóżkiem. Gdy tylko jej ważąca tonę głowa dotknęła poduszki, Marta zapadła w tak twardy sen, że nie wybudziła się nawet wtedy, gdy chłopacy z dormitorium urządzili kolejną libację, a Abraxas próbował wybudzić ją potrząsaniem za ramię.
Powstała z martwych po dziesiątej, co było sprzeczne z jej naturą porannego ptaszka. Wraz z uniesieniem powiek jej wzrok padł na zaklętą półkę nocną; jeszcze przed wczorajszą lekcją z Dumbledore’em planowała się do niej włamać, lecz teraz, wraz z rozstąpieniem się mgieł zmęczenia, spłynęło na nią olśnienie. Przetrzepała kieszenie szaty, a następnie torbę, w której odnalazła wymięta kulkę.

Pozbyła się z kartki niepokojącego wierszyka, ody do Olivii, a następnie nakreśliła na nim niedbałym, pełnym egzaltacji pismem: „Wiem! Wiem, jak to odwrócić!”

Mimo że wcześniej osłanianie się Oklumencją nie należało do prostych, teraz sprawiało jej wysiłek z rodzaju tych, które możnaby przyrównać do ruszenia odlanymi jak z ołowiu nogami dzień po spontanicznym przebiegnięciu maratonu. Być może kontaktowanie się z Riddle’em w takim stanie nie należało do najmądrzejszych decyzji, lecz Marta czuła, że nie może zwlekać ani chwili dłużej.

Wpatrywała się w kartkę jak zahipnotyzowana, a po około kwadransie z westchnieniem zmusiła się do wzięcia prysznica, podczas którego rozmyślała, jak wspaniale będzie położyć kres tej farsie szukania po omacku mydła i modlenia się, żeby odpowiednio wysoko podnieść nogę podczas wychodzenia z wanny. Mimo wielu pokus uznawała te dwa traumatyczne, bezbożne tygodnie za pomyślne.

Nie otrzymała żadnej odpowiedzi, więc udała się na śniadanie, gdzie — jak wierzyła — ostatni raz zaspakajała dziwne potrzeby śniadaniowe Riddle’a, gdy kątem oka złowiła pojawienie się jego sylwetki w rozwartych wrotach Wielkiej Sali. Ledwo dostrzegalnie skinął na nią głową i zniknął z pola widzenia, a ona zerwała się z miejsca, ignorując zaciekawione spojrzenia Ślizgonów.

Trzymała się kilkanaście metrów za nim, doskonale wiedząc, gdzie się kierował. Zaprowadził ją do najrzadziej uczęszczanego, pachnącego gęstym kurzem zakamarka biblioteki, poświęconego naukom mugolskim, i z miną zdradzającą ślady poirytowania oparł się o regał.

— Więc, Warren? — odezwał się, łapiąc pierwszą lepszą księgę z półki. Przekartkował ją, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w spis treści. — Naprawdę wiesz czy po prostu znów dałaś się ponieść desperacji? W końcu niewiele brakuje, żeby zegar przestał tykać.

Marta przez chwilę trwała w stuporze, przypomniawszy sobie o wyznaczonym jej limicie czasowym. Przez Dumbledore’a na śmierć o tym zapomniała, lecz teraz nie miało to większego znaczenia, nawet jeśli wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej nieprzyjemny dreszcz.

— Popełniliśmy błąd — zaczęła, ściszając głos. Wiedziała, że o tej porze nie istniały szanse, aby ktoś przypałętał się akurat tu, lecz wciąż pozostawała pani Keen, która za punkt honoru obierała sobie strzeżenie każdego kąta biblioteki. — Założyliśmy, że zamiana dusz była konsekwencją czegoś, co zrobiłam, i owszem, do pewnego stopnia tak było. Myślę, że doszło do magicznej reakcji, wtedy, na lekcji ze Slughornem, kiedy kazał nam pochylić się nad kociołkiem z wywarem z krwi jednorożca. Pamiętasz?

Riddle kiwnął głową, a jego spojrzenie stało się jeszcze bardziej nieobecne, ręce znieruchomiały na kurczowo zaciskanej książce.

— Potrzebujemy czysto pozyskanej krwi jednorożca — kontynuowała Marta — i przepisu na ten wywar. Jeśli uda się nam je zdobyć, jesteśmy wolni, koniec tej okropnej męczarni. Tylko nie mam pojęcia, skąd wytrzaśniemy krew.

— Od Slughorna — wymamrotał, zamyślony.

— Skąd ta pewność? Na lekcji zużył całą fiolkę, przecież sam widziałeś.

— Slughorn miewa gest, ale nie jest bezinteresowny. Nie zmarnowałby krwi na lekcję eliksirów, gdyby była to jedyna fiolka, którą posiadał. — Powoli zamknął książkę. — Musimy włamać się do jego gabinetu i ją wykraść.

— A co jeśli zdążył ją sprzedać? — zauważyła. — Wspominał, że jest droga.

— Lepiej dla ciebie, żeby nie zdążył — odparł szorstko z niecierpliwości. — To będzie proste, Warren. Slughorn je mi z ręki, dlatego zapukasz do jego gabinetu i wymyślisz coś, żeby go od niego odciągnąć, zabierzesz go gdzieś. Potem się spotkamy i zobaczymy, czy twoje małe olśnienie pozwoli ci dożyć rana.

Gdzieś, głęboko pod ciężkim z toporności całunem Oklumencji, Marta zapragnęła mu się odszczeknąć.

— Idziemy teraz? — spytała, starając się dodać do głosu odrobinę stresu.

— A co, podoba ci się zabawa w dom z Abraxasem? — Odłożył książkę na regał, a z jego ust spłynęło ciche „pfft”. — Tak, teraz, Warren. Wyobraź sobie, że mam lepsze rzeczy do roboty niż bycie planetą, wokół której orbituje niezamykająca się jadaczka Donny.

W drodze do lochów pielęgnowali zapadłą między nimi ciszę, każde zaaferowane własnymi planami i wyobrażeniami co do czekającej ich przyszłości. Riddle schował się w najbliższym schowku na miotły, a Marta przybrała minę najbardziej usłużnego prefekta, na jaką było ją stać, pukając do gabinetu.

Już myślała, że Slughorna nie było w środku, gdy zasuwka wydała metaliczny dźwięk, a klapka w drzwiach otworzyła się, ukazując poirytowane oblicze profesora. Kępki siwych włosów po bokach głowy miał w nieładzie, jakby jeszcze nie zdążył ich przeczesać, oczy lśniące i nienaturalnie ruchliwe, a kark otoczony pluszowym kołnierzem bordowego szlafroka.

— Tom — odezwał się ze zmarszczonymi brwiami, lecz wbrew oczekiwaniom, jego oblicze nie złagodniało. — To nieodpowiednia chwila, chłopcze. W weekendy przyjmuję uczniów po południu, więc wróć o tej porze.

— Profesorze — wtrąciła szybko, gdy już przymierzał się do zamknięcia klapki — to nie może czekać. Proszę.

Slughorn obrzucił ją chłodnym, wręcz nieufnym spojrzeniem, które niebywale zdziwiło Martę. W trakcie lekcji zachowywał się tak, jakby nie widział świata poza Riddle’em, więc dlaczego stawiał jej taki opór?

— Dobrze. Daj mi chwilę, żebym włożył coś bardziej stosownego.

Zatrzasnął klapkę w drzwiach, zza których niosło się echo jego dudniących kroków. Mimo prób okludowania umysłu, puls Marty skoczył, a ona nie potrafiła wymyślić żadnego pretekstu do wyciągnięcia profesora z gabinetu. Spodziewała się, że gdy tylko ją ujrzy, sam wyrwie się na ochotnika do spędzenia razem czasu, być może dla ucięcia sobie pogawędki na temat świetlanej do urzygu przyszłości Riddle’a, a nie chłodu i nieprzystępności.

Postanowiła działać. Wślizgnęła się do pogrążonego w ciemności schowka i wyszeptała:

— Coś ty mu zrobił? Patrzy na mnie jak na kupę smoczego łajna!

Riddle zarechotał nieprzyjemnie pod nosem, z nudów przekładając między dłońmi pełzającego węża.

— Wyleciało mi z głowy, że nie lubi zostawać ze mną sam na sam.

— Wyleciało ci z głowy? Jesteś niemożliwy! Co mam teraz zrobić, skoro…?

— Powiedz, że musi zobaczyć coś na drugim piętrze, za posągiem Almerica Sawbridge’a — wtrącił z rozdrażnieniem. — Chyba potrafisz być stanowcza, aspirująca aktoreczko?

Nie miała czasu na kontynuowanie tej przepychanki słownej, dlatego bez zbędnego komentarza wyszła z powrotem na korytarz. Ledwo znalazła się pod drzwiami gabinetu, te stanęły otworem, a przebrany w ciemny komplet szat Slughorn niechętnym gestem zaprosił ją do środka.

— Nie nie, profesorze. Musi pan coś zobaczyć na drugim piętrze, to ważne.

Siwa, krzaczasta brew Slughorna powędrowała ku górze w przejawie podejrzliwości, lecz jego nachmurzone oblicze złagodniało, jakby pogłębione napięciem zmarszczki obmyła niespodziewana ulga. Gdy przemierzali lochy, kilkukrotnie próbował zagadnąć, o co chodziło, ale Marta starała się go zbyć kombinacją niepokojąco lakonicznych odpowiedzi oraz przepraszających min, których nerwowość była autentyczna.

Gdy znaleźli się na odpowiednim piętrze, zwolniła kroku, natomiast profesor Slughorn przyśpieszył go na widok zwartego kółeczka uczniów gromadzących się pod wspomnianym pomnikiem.

— Rozejść się! Natychmiast! — zarządził stanowczym głosem, przechodząc między błyskawicznie rozstępującym się tłumem. — Och, na galopujące gargulce!

Zza kamiennej podstawy wystawała para lśniących, ciasno zawiązanych butów. Marta przełknęła ślinę, zerknąwszy ponad ramieniem kucającego Slughorna na kolejną ofiarę tajemniczych ataków. Chłopczyk zastygł z wyrazem przerażenia na twarzy, w garści ściskając półprzezroczystą, mieniącą się srebrnymi refleksami pelerynę, w której rozpoznała tanią niewidkę z Zonka. Zanim Alfred wyszedł na prostą na piątym roku, kupował ich na pęczki (szybko traciły swoje właściwości), żeby móc razem z kolegami podrzucać łajnobomby do gabinetu Filcha czy Izby Pamięci na szóstym piętrze.

— Dlaczego nie wezwałeś pielęgniarki, Tom? — spytał Slughorn, zaklęciem unosząc skamieniałe ciało trzeciorocznego Puchona. — Skrzydło szpitalne jest bliżej niż mój gabinet.

— Jakaś uczennica przekazała mi tę informację, profesorze — wymyśliła na poczekaniu Marta, na którą nieprzychylne spojrzenie Slughorna podziałało niczym przywracający do świata żywych policzek. — Nie wiedziałem dokładnie, co tu znajdziemy, dlatego uznałem, że przyda mi się pańska asysta.

— Och, rozumiem — odparł po zwłoce, wyraźnie uspokojony. Pokiwał nieobecnie głową i odesłał ją gestem. — Zajmę się resztą. Możesz wracać do swoich zajęć, Tom.

Marta trzymała się w bezpiecznej odległości, śledząc go na pierwsze piętro. Gdy tylko z łoskotem zamknęły się za nm wrota skrzydła szpitalnego, wyjęła kartkę z notatnika Abraxasa i co chwilę nerwowo zerkała to na nią, to na zegarek, przysiadłszy na najwyższym stopniu schodów. Minęło ponad pół godziny od znalezienia chłopczyka, co razem z wędrówką na drugie piętro z samego serca lochów dawało ponad czterdzieści pięć minut, gdy na kartce pojawiły się słowa „Hangar na łodzie”.

Wyszła z zamku spokojnie, z wysoko podniesioną głową i rękami wciśniętymi w kieszenie czarnych spodni, mimo że rwało ją do biegu. Minęła grupkę rozchichotanych plotkar, którym przewodziła Olivia, i przez chwilę obawiała się, że ta ruszy w ślad za nią, na szczęście nie odważyła się. Być może chłód, z jakim została potraktowana w bibliotece (nie wspominając o — w mniemaniu Olivii — nieudanej próbie naszprycowania „Riddle’a” Amortencją), ostudził jej obsesyjny zapał.

Wędrówka do hangaru na łodzie zajęła Marcie cały kwadrans, mimo że po wyjściu na błonia nabrała tempa, przepełniona ekscytacją. Zbiegła z setki zawiłych schodów, nie przejmując się przenikającymi ją do szpiku kości powiewami wiatru, i wślizgnęła się do środka.

Chlupot wody uderzającej o łódź chyboczącą się na lekkich falach zagłuszał bulgotanie kociołka, przy którym niezgrabnie przysiadł Riddle, nie przejmując się tym, że w tej pozycji świecił wystającymi spod spódnicy kolanami opiętymi przez czarne rajstopy.

— Obyś miała rację, Warren — rzucił półszeptem, machnięciem różdżki wprawiając chochlę w okrężny ruch — bo z tego co pamiętam, dałem ci czas do wieczora.

Marta nie odezwała się, usiadłszy obok niego. Spuściła nogi z krawędzi kamiennego pomostu, wpatrując się w migotliwe refleksy na poruszającej się tafli jeziora.

— Masz Amortencję?

— Noszę ją przy sobie codziennie — odmruknęła, sięgając do kieszeni po fiolkę. Z emocji nogi miała miękkie, więc rzuciła ją Riddle’owi. — Jak myślisz, znów będzie boleć?

— Nie.

Czarna, przyozdobiona mglistym błyskiem fala liznęła podeszwę buta Marty. Na zewnątrz szumiało od nikłych opadów deszczu.

— Czy powiedziałbyś mi, dlaczego tak myślisz, gdybym spytała?

— Nie.

Mimo że nie było jej do śmiechu, z jej gardła wyrwał się niski, naznaczony beznadzieją chichot. Dobry Boże, jak miała trafić do tego chłopaka? Jeśli Dumbledore nie był kiedyś szaleńcem, podróże w czasie z pewnością sprawiły, że się nim stał.

— A zostawisz mnie w spokoju, kiedy będzie po wszystkim?

Wypuścił krótki oddech ze świstem niedowierzania, może zniecierpliwienia. Mimo że zapadło między nimi milczenie, a pozioma zmarszczka na czole Riddle’a i napięta brew sygnalizowały najwyższe skupienie na przyrządzaniu wywaru, coś podpowiedziało Marcie, że podejmował decyzję.

Gdy tylko ta myśl zaświtała jej w głowie, podniósł na nią spojrzenie znad kociołka. Podszyty czerwienią błysk w jego czarnych oczach świadczył o poziomie zrozumienia, które przeszyło Martę na wskroś.

— No no. — Zacmokał, jakby zachwycał się bazgraniną kilkulatka, lecz gdzieś pod powierzchnią zwyczajowego lekceważenia wkradła się przelotna obawa. — Szybko się mnie uczysz, Warren. Jeśli jesteś taka bystra, za jaką się uważasz, może nawet przyda ci się to w przyszłości. — Z głuchym, metalicznym dźwiękiem zastukał chochlą o kant kociołka i odłożył ją na bok. Zaśmiał się sam do siebie pod nosem. — Jeśli ją będziesz miała.

Marta wywróciła oczami.

— Zadziała, Riddle. Czuję to.

— Hmm, z pewnością — mimo że zakpił z niej otwarcie, jak zawsze, końcówkę zdania pochłonęło załamanie głosu, po którym domyśliła się, że opary wywaru już zaczęły na niego oddziaływać. — Pewnie pocieszy cię to, że w najbliższym czasie nie będę miał ochoty cię oglądać, Warren — wstrzymał oddech — więc wykorzystaj ten czas mądrze. — Wypuścił resztkę powietrza z płuc, dociskając nos do ramienia. — Ty pierwsza, tak jak wtedy.

Powątpiewała, czy kolejność miała jakiekolwiek znaczenie, lecz posłusznie podciągnęła pod pierś nogi, które dotychczas zwisały z murka nad wodą, i przesunęła się bliżej kociołka. Mimo że wspomnienie wrażeń z tamtej kluczowej lekcji eliksirów stało się już ulotne, gdy tylko nabrała głębokiego wdechu, wiedziała, że tym razem było inaczej. Jej myśli pozostały racjonalne przez kilka sekund (zastanawiała się, czy Riddle nie zmienił czegoś w przepisie), a następnie rozpierzchły się niczym dym na wietrze. Cokolwiek zrobił jej tamtego dnia Riddle, że przestał jej doskwierać ból w klatce piersiowej, teraz zrozumiała, że wcale niczego nie zaleczył. Jątrząca się w jej wnętrzu rana została zaledwie powierzchownie opatrzona. Wyciszona, uśpiona czekała na ten moment, żeby przypomnieć Marcie o swoim istnieniu, a wywar krwi jednorożca przeniknął do jej głębi, wsiąkł w nią niczym woda w spragnioną glebę, kojąc każde zadrapanie, każdą ranę na jej bezdźwięcznie skowyczącej duszy.

— Dość — szorstki głos dobiegał do niej jakby z zzaświatów — dość, Warren. Posuń się.

— Mmmphh… Jeszcze chwila…

Imadła pochwyciły jej ramiona, a choć Marta ani myślała przerwać te rozkosze, jej mięśnie stężały z opóźnieniem. Odepchnięta wylądowała na boku, dziełem przypadku łapiąc równowagę na moment przed tym, jak prawie przechyliła się za krawędź pomostu. Rozgorzała w niej złość, która nie potrafiła przekuć się w żadne działanie. Obserwowała Riddle’a oddychającego nad kociołkiem, z błyskającymi jej przed oczami wyobrażeniami uderzenia go, kopnięcia, wrzucenia do wody; zrobiłaby cokolwiek, żeby odebrać mu to, czego tak desperacko łaknęła.

Sekundy, minuty przesypywały się jej przez palce niczym piasek, ale równocześnie gdyby nie ruchy Riddle’a — głęboki, urywany wdech, naznaczony natychmiastową tęsknotą wydech pełen świstów, przerwa, jeszcze intensywniejsza powtórka — Marta żywiłaby przekonanie, że czas stanął w miejscu. Długie cienie podwieszonych pod sufitem belek przesuwały się, zadaszony hangar na łodzie oblał się ciepłym, świetlistym blaskiem późno popołudniowego słońca, a Marta z fascynacją obserwowała usianą drobnymi wybojami wędrówkę fiolki, która wysunęła się z kieszeni spódnicy Riddle’a.

Pełne drgnień kryształowe dźwięki turkotały po szorstkim kamieniu. Już wyobrażała sobie to satysfakcjonujące plusk!, gdy fiolka uderzy w taflę jeziora, a powołany do życia okrąg zachlupocze, rozrośnie się i rozpłynie, stanie się jednością z ciałem wody.

Cudacznie uśmiechnięta, wyobraziła sobie, jak pochwyceniem jej zmienia przyszłość, i zapragnęła tego dokonać. Jej ciało poruszyło się z opóźnieniem, przewracając ją na brzuch z umęczonym sapnięciem, a rozczapierzone palce wyciągniętej na skraj możliwości ręki porwały fiolkę z brzegu pomostu.

Marta zaśmiała się z policzkiem dociśniętym do chropowatego kamienia, rozkoszując się chłodem szkła, jego każdą ozdobną krzywizną. Zachwycała się perłowym wirowaniem Amortencji, przeświecającym spomiędzy jej kurczowo zaciśniętej garści, i pojęła jej wagę, tę metaforyczną, nierozerwalną z jej losem.

— Riddle — wychrypiała, z trudem ogarniając go wzrokiem, mimo że znajdował się na wyciągnięcie ręki, wciąż pochylony nad kociołkiem, nie, obejmujący go rękoma, z twarzą ukrytą w jego parującym wnętrzu. — Riddle…

Nie zareagował, równocześnie zawieszony w błogim bezruchu i napięty do granic możliwości, gdy tylko rozbrzmiał jej głos. Stężał pod jej dotykiem, gotów do stawiania oporu.

Nie rozpoznała własnego śmiechu, odbijającego się dudniącym echem od ścian hangaru. Bawiło ją to łudzenie się, że mógł się jej sprzeciwić, to ona była chłopakiem, silniejszym i wyższym, a on zniewoloną narkotycznymi wziewami dziewczyną. Gdyby chciała, gdyby tylko chciała, ogłuszyłaby go, utopiła, odebrała mu kociołek…

Tchnięta zaborczym pragnieniem, złapała go za ramiona i pchnęła na ziemię, przypominając sobie o fiolce, która wymsknęła się jej spomiędzy palców, żeby wylądować między fałdkami podwiniętej spódnicy Riddle’a. Marta złapała ją i odkorkowała pstryknięciem kciuka, kolanem dociskając go do ziemi, a wolną ręką rozwierając mu układające się w bezładne słowa usta.

Gdy eliksir uderzył w tył jego gardła, między gwałtownym krztuszeniem się Riddle wypluł tak wiele, że jego broda i policzki zamieniły się perłowobiałym blaskiem, a okulary skropliły świetliste refleksy.

Marta, wciąż klęcząc na nim, w oszołomieniu zachwiała się. Jej ręka ześlizgnęła się po mokrym uchu i zaplątała we włosach, zanim znalazła oparcie w gruncie. Ledwo powstrzymała się przed padnięciem na Riddle’a, gdy magia wyszarpnęła ją całą z piersi i pchnęła w leżące pod nią ciało.

Rozległy się dwa oddechy, niczym nabierane pierwszy raz w życiu, gwałtowne i reanimacyjne, pierwotne. Dotychczasowy przebłysk świadomości pożegnał się z Martą, teraz pochłoniętą przez narkotyczne wziewy.

Przed całkowitym poddaniem się rozkosznemu obezwładnieniu powstrzymywał ją ciężar na klatce piersiowej. Próbowała się od niego odsunąć, podnieść, uciec gdzieś, a gdy nagle rozpłynął się w powietrzu, Marta gwałtownie usiadła, zderzając się z czymś ciałem.

Zdążyła unieść powieki, żeby zobaczyć młócącego rękoma Riddle’a, który przechylił się i zniknął za krawędzią pomostu. Rozbryzg wody ochlapał jej twarz, cucąc na tyle, że cała rozchwiana zbliżyła się na czworakach do brzegu. Hangar falował, tańcząc rytmicznie z boku na bok, wynurzający się z czarnych odmętów Riddle wił się przed nią, gdy otrzepywał włosy z wody niczym pies, ocierał rękoma oczy i twarz tak kuriozalnie rozciągniętą, jakby dopiero co wydostał się spod pędzla Edwarda Muncha.

— Warren — wycharczał, brodząc w jej kierunku. Woda sięgała mu do pasa, biała koszula przylegała do ciała, przeświecając na odcień skóry. — Po co żeś się tak zerwała, ty idiotko?

Marta roześmiała się szaleńczo. Zmieniajaca kierunki siła grawitacji oddziaływała na nią tak mocno, że przechyliła się w bok i przysiadła na biodrze.

— Z czego się śmiejesz?

Nawet gdyby znała odpowiedź na to pytanie, nie potrafiłaby jej wyartykułować. Zaśmiewała się do rozpuku do czasu, aż brutalne szarpnięcie za kostkę posłało ją w lodowate objęcia wody. Jej usta rozświetliły nieprzeniknioną czerń rojem białych bąbelków, pomiędzy którymi mignęło jej coś bladego, palce, wyciągające się w jej stronę dłonie, plączące się w jej włosy i łapiące pod gardło.

Nie było temu końca. Powietrze zastąpiła spływająca w dół jej gardła woda, chlupocząca wokół niej, obmywająca jej twarz, żołądek, chłodząca płuca, cofająca się wraz z kaszlem i zalewająca ją raz jeszcze.

Gdy plecy Marty spotkały się z twardym gruntem, siła uderzenia wydobyła z jej ust odrobinę wody, a gniewnie wymamrotane zaklęcie

Anapneo

wypchnęło resztę. Marta krztusiła się, pluła desperacko strugami wody i śmiechem, który przeszywał jej płuca bólem, gdzieś między spowijającą ją wciąż narkotyczną chmurą widząc zawieszoną nad sobą twarz Riddle’a.

Dopiero wtedy w pełni pojęła, że im się udało. Przyglądał się jej z góry, przemoczony do suchej nitki. Duże krople skapywały z krętych kosmyków jego czarnych włosów, blada skóra lśniła, nasiąknięte wodą spodnie wisiały na nim ciężko. Podczas tych wszystkich spędzonych wspólnie w Hogwarcie lat Marta miała niezliczoną ilość okazji do podziwiania jego uśmiechów, lecz ten, który właśnie wykrzywiał jego twarz, sprawił, że poczuła się, jakby oberwała między oczy z

Confundusa

. W jednej chwili pojęła, że każdy poprzedni był kłamstwem, a teraz, gdy je wspominała, wydawały się spreparowane, prawie jakby ktoś wyciął perfekcyjny uśmiech modela z rozkładówki i przykleił go do twarzy Riddle’a. Sztuczne, wszystkie, każdy jeden, ale ten? Ten wilczy, diabelski uśmiech, wypełniony po brzegi wynaturzoną atrakcyjnością, ku przerażeniu Marty, był całkowicie autentyczny.

— Podobało ci się, Warren? — spytał, pochylając się nad nią. Wzdrygnęła się, gdy soczysta kropla ześlizgnęła się wzdłuż kołnierzyka jego przemoczonej koszuli, kapnąwszy jej na policzek. — Może powinienem cię częściej odurzać…

Martą wstrząsnęła ostatnia salwa kaszlu. Przetoczyła się na bok i wypluła resztki wody z płuc, drżąc na całym ciele.

— Przesadziłeś — wychrypiała i przełknęła ślinę, krzywiąc się z bólu emanującego ze zdartego gardła.

— Jeszcze chwilę temu się z tego śmiałaś.

— Byłam… Jestem pod wpływem! — Podparła się na zgiętym łokciu, przymykając oczy, żeby się uspokoić. Kamienne ściany hangaru nie przestawały się kołysać, przez co zrobiło się jej niedobrze. — Mogłeś mnie utopić.

— Ach, nie dramatyzuj. To nic takiego. — Zaśmiał się, a dotąd nieznana nuta w jego głosie przywiodła na myśl coś, co kojarzyło się Marcie niemal jakby z nieugaszonym pragnieniem. — Nikt cię nigdy nie podtapiał, Warren? Ten cały Longbottom też nie?

— Dobry Boże, Riddle, co ty bredzisz? — Podniosła głowę, żeby na niego spojrzeć. Jego mina głodnego kota nie pozostawiała wątpliwości, że chętnie zaciągnąłby ją z powrotem do wody. — Dlaczego Alfred miałby mnie podtapiać? — wymamrotała, skołowana. — W jakim świecie to byłoby normalne?

Riddle wzruszył niewinne ramionami.

— W zeszłym roku Nott przytrzymał swoją dziewczynę pod wodą, jak próbowała wyłowić jabłko z okazji Dnia Duchów.

Marta na wpół kaszlnęła i prychnęła. Tamta scena porządnie wryła się jej w pamięć: Nott podkradł się od tyłu do Andromedy, niewerbalnym zaklęciem związał jej nadgarstki, a następnie złapał ją za kark i zanurzył jej głowę w głębokiej, metalowej misie z wodą. Mieszaninę głupawych śmiechów Notta i Goyle’a słyszała tak dobrze, jakby znajdowali się tu teraz z nimi. Przywołujący ich do porządku ryk gajowego, Ogga, też dudnił jej w uszach.

— W takim razie nic dziwnego, że go zdradza — odparła ze zdegustowaniem. — Alfred nie jest taki jak wy.

— Hm, nie? Czyli jaki?

— Zdeprawowany.

Riddle zaśmiał się szczekliwie, zaklęciem kolejno osuszając części garderoby.

— Longbottom nie różni się niczym od reszty chłopaków w jego wieku, mówiłem ci to już.

— Nigdy nie zrobiłby czegoś takiego Donnie…

— A gdyby wiedział, że go zdradza? — podsunął z umiarkowanym zaangażowaniem. — Przemoc to naturalna ludzka potrzeba fizyczna, Warren, nawet jeśli w większej mierze musieliśmy się jej wyrzec przez presję społeczeństwa. Każdy z nas ją w sobie ma, czy tego chcesz, czy nie, ty, Longbottom… Wszyscy.

— Żyjesz w świecie urojeń, Riddle.

— Tak? To dlaczego Abraxas spuścił Gangrenie taki łomot na obronie przed czarną magią?

Marta podniosła się z ziemi na drżących nogach. Wyczekiwanemu z zapartym tchem momentowi powrotu do właściwego ciała towarzyszyło więcej złego niż dobrego — nie potrafiła przestać szczękać zębami, zimno przenikało ją do szpiku kości, a przemoknięte, przyklejone do ciała ubrania potęgowały przenikliwość podmuchów wiatru.

— Bo chciał dostać wybitny? — odburknęła, rozglądając się w poszukiwaniu różdżki i okularów. Nigdzie ich nie widziała, na jednej ze stóp brakowało jej też buta.

— Hmm, tak. Nie ma drugiego tak pilnego ucznia jak Abraxas. W każdym razie dzięki za udział w przyjacielskich sportach wodnych, Warren. Znajdę cię, kiedy cię będę potrzebował.

Gdy ruszył ku wyjściu z hangaru, Marta była bliska odetchnięcia z ulgą.

— Jeszcze jedno — zawołała za nim słabym głosem. — Skąd wiedziałeś, co jest za pomnikiem?

— Szedłem się z tobą spotkać. — Zatrzymał się wpół kroku, z ręką na klamce. — To chyba logiczne, że moim priorytetem był powrót do odpowiedniego ciała, a nie jakiś dzieciak, który uciął sobie drzemkę pod pomnikiem.

Mimo że najkrótsza droga z wieży Ravenclawu faktycznie prowadziła właśnie przez ten korytarz, Marta i tak zmrużyła podejrzliwie oczy.

— Och, błagam cię — prychnęła. — Doskonale wiesz, że nie uciął sobie drzemki. Został spetryfikowany.

— A więc to dlatego wydawał się ponadprzeciętnie zesztywniały.

— Jesteś prefektem naczelnym, mogłeś chociaż po drodze wezwać pielęgniarkę!

— Wtedy byłem Martą Warren. — Uśmiechnął się półgębkiem, zbyt zadowolony ze swojej odpowiedzi, żeby jej nie poirytować. — Nie martw się. Te dwa tygodnie były dla mnie jak wakacje, odpocząłem, nawet przeczytałem tę durną „Dumę i uprzedzenie”, więc odzyskałem siły. Teraz z poczuciem najwyższego obowiązku oddam się obowiązkom prefekta. Zadowolona?

Marta wywróciła oczami, z zaskoczeniem stwierdzając, że tym razem ten przejaw frustracji nie przywołał na twarz Riddle’a żadnego grymasu. Kącik jego ust uniósł się lekceważąco dopiero wtedy, gdy ogarnął wzrokiem jej żałosny stan. Wyglądała jak wymizerowany, wyciągnięty z kąpieli kocur, z wciąż wytrzeszczonymi po niedawnym podtapianiu oczami, posiniałymi z zimna wargami i oblepiającymi jej bladą twarz kosmykami ściemniałych od wilgoci włosów.

Riddle podszedł do kołyszącej się na lekkich falach łódki, niewerbalnym

Accio

przyzywając z otaczających ją wód najpierw but, który upadł niedaleko stóp Marty, a następnie jej różdżkę i okulary, które z kolei wylądowały w jej wyciągniętych rękach.

— No — odezwał się tonem rodzica, który dopiero co uspokajająco pocałował drobne otarcie na kolanie swojego dziecka — już lepiej, Warren?

Na pożegnanie wykrzywił pogardliwie wargi, kręcąc głową, i wyszedł z hangaru. Skarciła się w duchu za odczuwany wobec niego przebłysk wdzięczności, przez następny kwadrans starając się nie opróżnić zawartości żołądka. Gdy mdłości minęły, a falowanie gruntu i ścian przeistoczyło się w zaledwie rozchwianie, drżąca z wyziębienia Marta odważyła się schylić, żeby ubrać but. Mimo że myślała już całkowicie racjonalnie, wciąż towarzyszyło jej wrażenie odrealnienia, a ściskana skostniałymi palcami różdżka poprzez łączącą je więź dawała do zrozumienia, że rzucanie zaklęć w tym stanie mijało się z celem.

Wbrew zdrowemu rozsądkowi, udało się jej prawie całkowicie wysuszyć ubrania, lecz spoczęła na laurach, gdy rajstopy sparzyły jej skórę, wydzielając lekki swąd spalenizny. Ruszyła w drogę powrotną po setce schodów prowadzących na wschodni dziedziniec zamku, po drodze ignorując zaciekawionych i rozbawionych uczniów, którzy pokazywali sobie palcami jej przemoczone włosy. Choć doświadczyła w życiu wielu podobnych sytuacji, najczęściej zainscenizowanych przez Olivię ku uciesze gawiedzi, teraz bycie obiektem drwin dotknęło ją mocniej, niż miało w zwyczaju. Być może dlatego, że ostatnie dwa tygodnie spędziła w skórze kogoś, kto nie tylko cieszył się poszanowaniem u dosłownie wszystkich, ale i wzbudzał niepokój w tych, przed którymi ujawnił skrawek swojej prawdziwej twarzy.

Mimo wyziębnięcia do szpiku kości, gdy dotarła pod zaczarowaną kołatkę, nostalgiczne ciepło obmyło jej serce na widok Philipiusa Bagshota. Mamrotał pod nosem stek przekleństw, które normalnie przyprawiłyby ją o święte oburzenie, kopnął drzwi i tym razem zaklął głośniej z bólu.

— Zasrane ptaszystko, no gadaj, czymże do cholery jesteś! — fuknął, palcem odgrażając się kołatce. Podskoczył, gdy rozbawiona Marta stanęła u jego boku. — O, to ty, Warren. — Zmieszał się, a rysy jego przystojnej twarzy ściągnęła rezerwa. Najwyraźniej wciąż był zraniony po tym, jak Mariddle odrzucił jego awanse. — Nie mam pojęcia, o co chodzi tym przeklętym drzwiom.

— A jak brzmi zagadka?

— Czym jestem? — zakłapała odlanym z brązu dziobem kołatka.

— Skoro nie jesteś ptakiem, orłem ani kołatką, to chyba wrzodem na dupie — warknął Bagshot, nie dając Marcie zabrać głosu.

— Pytaniem — odparła, a drzwi stanęły otworem. Gdy ugodzony do żywego Bagshot popatrzył na nią wyniośle, odżyło w niej poczucie wyższości.

— Na gacie Merlina, powinni je jakoś dostosować. — Oczami wyobraźni widziała, jak stroszy pióra niczym wzburzone ptaszysko. — Przecież gdyby przypałętały się tu jakieś pierwszoroczniaki, nigdy nie wlazłyby do środka.

— Tak? — Marta ułożyła usta w podkówkę, patrząc po wyłożonym granatowo-brązowymi poduszkami i kocami kąciku, gdzie uczniowie pokroju Bagshota spędzali czasem noce. — Jakoś ich tu nie widzę.

Z zadartym nosem wmaszerowała do pokoju wspólnego. Cieszyła oczy jego pięknem, bielą i jasnymi błękitami, gwiazdozbiorami pobłyskującymi złotem wokół kryształowego żyrandola zwisającego z kopulastego sklepienia odzwierciedlającego gwieździstą noc, a przede wszystkim tym, jak kontrastował z wspomnieniem przygaszonego, zielonkawego wnętrza pokoju wspólnego Ślizgonów. Marzyła, żeby już nigdy w nim nie postanąć.

— A tobie co się stało, że wyglądasz jak zmokła kura? — odezwała się Olivia, która siedziała na fotelu z nogami przerzuconymi przez podłokietnik. Ze zmarszczonym nosem przewracała strony katalogu z ofertą sukienek Madame Malkin. — Ślizgoni wcisnęli ci łeb do kibla?

Wbrew wszelkiemu rozsądkowi, Marta wyszczerzyła zęby.

— Nie. Tak się składa, że wrzucili mnie do jeziora.

— Co? — Alfred podniósł głos, ogarniając spojrzeniem poprzyklejane do jej twarzy strąki włosów. Odchrząknął, z uporem nie patrząc na nadstawiającą ucha, otoczoną jego ramieniem Donnę. — Którzy? Goyle i Nott, tak?

— Nie masz swojej wieży, Longbottom? — rzucił przechodzący za jego plecami Bagshot, ewidentnie poirytowany tym, że najlepsze miejsca wokół kominka były już zajęte. — Czasem mam wrażenie, że spędzasz tu więcej czasu niż we własnej.

— Nieważne. — Marta kichnęła z piskliwym „aaa-psik!”, które przyprawiło Alfreda o drgnienie wargi. Odprowadziła Bagshota spojrzeniem zdającym się komunikować: nie warto. — Kiedy następna próba kółka teatralnego?

— Nie zmieniaj tematu…

— Alfred — upomniała go Donna. Na widok jej lekko poczerwieniałych od gniewu policzków Marta pożałowała, że wspomniała o kółku. Dawno nie musiała przejmować się kwestią teraz nieuchronnego pocałunku podczas zbliżającego się przedstawienia. — Powiedziała, że to nieistotne.

— Ślizgoni nie mogą bezkarnie wrzucać dziewczyn do jeziora — upierał się.

— To bez znaczenia — zgodziła się Marta. — Stało się, mieli ubaw po pachy, nie chcę do tego wracać, dobrze? — Gdy zobaczyła, jak otworzył usta do kontry, dodała: — Proszę, uszanuj moją decyzję.

— No dobrze, jak chcesz. — Alfred nie wyglądał na przekonanego, lecz uniósł ręce w geście poddania się. — Pierwsza próba jest w przyszły piątek.

Olivia podniosła się niczym królowa lodu, rzuciwszy na stolik przeglądany wcześniej katalog. Gdy tylko zniknęła w korytarzyku prowadzącym do dormitoriów dziewcząt, Marta złapała go, niemal drżąc z niecierpliwości podczas siadania na zagrzanym fotelu.

— Ceny zakrawają o pomstę do nieba — odezwała się Donna, wciąż przegrywając sromotną walkę z zazdrością, która przyprawiła jej głos o opryskliwość. — Podoba mi się ta na stronie trzynastej, chyba sobie taką uszyję.

Marta otworzyła katalog na wspomnianym miejscu. Czarna, przyozdobiona migoczącymi, srebrnymi cekinami sukienka nie trafiała w jej gusta, lecz potrafiła wyobrazić sobie w niej Donnę. Ciasno obejmujący figurę krój podkreśliłby jej krągłe biodra, rękawek ukryłby przedramiona, na punkcie których miała kompleksy, a kopertowy dekolt przyciągnąłby oko do jej — jak powiedziałoby to dobrze wychowane alter ego Goyle’a — największych atutów.

— Myślę, że będziesz w niej ładnie wyglądać — powiedziała szczerze.

— Zjawiskowo — wtrącił Alfred, wykorzystując okazję do udobruchania swojej dziewczyny — jak we wszystkim.

Donna wywróciła oczami, choć minę miała rozanieloną.

— A ty wreszcie masz jakiś pomysł, co założyć? — spytała. — Wcześniej zachowywałaś się tak tajemniczo…

— Och, setki — odmruknęła Marta z uśmieszkiem, przypominając sobie te wszystkie kreacje, w których wyobrażała sobie Riddle’a. Jeśli czegoś miała żałować na łożu śmierci, to zmarnowania okazji do wdrożenia tych wyobrażeń w życie. — Myślałam o czymś jasnoniebieskim.

— Jesteś pewna? — Donna przyglądała się jej z lekko przymrużonymi oczami niczym specjalistka oceniająca, czy uroda modelki współgra do danej kreacji. — Jaki odcień konkretnie? Źle dobrany niepotrzebnie podkreśli twoją bladą skórę…

— Doskonale wiesz, że uważam ją za ładną — przypomniała jej Marta, która co roku późną wiosną nie przyjmowała zaproszeń na wspólne opalanie się na błoniach. Łatwo łapała poparzenia słoneczne. — Chcę ją podkreślić.

— No jak uważasz.

Alfred pocałował Donnę w czoło, zanim wstał z kanapy i powiedział:

— Zbieram się.

— Gdzie? — dociekała.

— Muszę zrobić rundkę po zamku.

Marta przerwała oglądanie sukienek, żeby spotkać się z nim spojrzeniem. Zastanawiała się, czy Donnie też zdarzało się niekiedy odgadnąć jego myśli; wyglądał teraz niczym dziecko przyłapane na gorącym uczynku. Zamierzał zrobić rundkę wokół błoni, a cień jego dawnego łobuzerskiego uśmiechu świadczył, że i on czytał teraz Marcie w myślach. Gdyby nie obecność Donny, powiedziałaby mu, żeby nie marnował czasu.

— No to pa, misiaczku.

Rumieniec zakłopotania podgryzł jego policzki. Odwzajemnił pożegnanie, które wykręcało Martę z zażenowania (choć i trochę z zazdrości), i wyszedł z pokoju wspólnego, przy okazji wpuszczając do środka grupkę chłopców usmarowanych na twarzy czekoladą, przyciskających do piersi stos opakowań słodyczy z Miodowego Królestwa.

— Może też bym ci coś uszyła?

— A co z naszym wyjściem do Hogsmeade? — spytała zdezorientowana Marta. Nie chciało się jej wierzyć, żeby Riddle z samego rana odbębnił umówioną dwa tygodnie temu wyprawę do sklepu Gladraga.

— No, przecież jutro idziemy — przypomniała jej Donna — ale mówiłaś, że nie masz kasy.

— Coś tam mam…

Zawahała się, przypominając sobie tamten wieczór, kiedy Riddle wrócił z Hogsmeade tajemnym przejściem za posągiem jednookiej czarownicy. Chyba nie przywłaszczyłby sobie jej oszczędności?

Nie, na pewno nie. W Hogwarcie nie istniało pojęcie kradzieży, a wszystkie jego najdrobniejsze przejawy były surowo karane…

Odgoniła od siebie te myśli. Nie zamierzała poprzez zaprzątanie sobie nim głowy zabić poczucia ulgi wywołanego powrotem do odpowiedniego ciała. Tak się składało, że nie zamierzała zaprzątać sobie nim głowy wcale, a przynajmniej przez najbliższe kilka dni. Na podjęcie się próby rehabilitacji miała czas do czerwca.

…co nie zmienia faktu, że Riddle niezaprzeczalnie czuł się bezkarny…

— Wiesz, co słyszałam? — Donna przesunęła się na kanapie, żeby pochylić się przez podłokietnik w stronę fotela Marty. — Rzekomo Bagshot zaprosił Olivię na bal.

Marta uniosła brew, bez słów pytając „rzekomo?”

— Obiło mi się o uszy.

— No chyba w to nie wierzysz?

— Nie wiem. Bagshot i Olivia mieli swoje momenty.

— Mieli, ale wtedy jej twarz nie wyglądała jak… — Donna odchrząknęła, patrząc znacząco na Martę, która jeszcze niedawno słyszała podobne komentarze na swój temat. — Cóż, nie wyglądała

tak.

No i sama wiesz. — Zabawnie poruszyła brwiami. — Ty i Bagshot.

— Nie ma czegoś takiego jak „ja i Bagshot”.

— No wiem, wiem, nie zgodziłaś się z nim pójść, ale przecież sama nawijałaś latami, że jest przystojny jak marzenie. Dalej nie rozumiem, czemu odprawiłaś go z kwitkiem.

— Może dlatego, że jest zadufanym w sobie gburem? — podsunęła Marta. — Poza tym wolę brunetów.

Donna zachichotała, w większej mierze zwyczajnie, dziewczyńsko, lecz poniekąd trochę jakby w duchu Olivii.

— Tak tak, brunetów, to znaczy pana Darcy’ego. — W jej oczach błysnęła cieplejsza iskierka. — Ale może gdybyś z nim poszła na ten cały wieczorek u Slughorna, który, nawiasem mówiąc, chyba zawsze był twoim mokrym snem, to Bagshot zaprosiłby cię na bal?

— Jeśli już mam iść na bal z chłopakiem, który uważa się za mądrzejszego ode mnie, niech chociaż faktycznie taki będzie — skwitowała kwaśno.

— Czy aby przypadkiem słynna Zaciekła Ciemiężycielka Chłopców — mówiła z wręcz z kościelną podniosłością Donna —
o, Marta Tępicielka Warren, nie jest o krok od przyznania, że w tej szkole istnieje chłopak, ktory

jest

mądrzejszy od niej?

— Nie — odparła; chyba się właśnie nie zawahała?

— To raczej pójdziesz sama…

— Niech tak będzie.

— Nie bądź uparta jak oślisko. — Donna przeciągnęła się na kanapie z urokiem porządnie odżywionego kota i pociągnęła w dół sweter odsłaniający fałdkę nad biodrem. Alfred czasem z pasją ją za nią chwytał. — Chłopcy się teraz za tobą oglądają, nie zauważyłaś? Znajdź jakiegoś bruneta, który ma potencjał przyłożyć się do nauki kroków, i przeżyj z nim swój książkowy moment tańca z panem Darcym. — Poruszyła rękoma, jakby roztaczała przed nimi dwiema wizję. Oczy jej lśniły. — Wyobraź sobie udekorowaną Wielką Salę, dobrą jazzową muzykę, chłopaków w odświętnych szatach i garniturach, tańczące pary… Sama doskonale wiesz, że jeśli nie dasz któremuś szansy, będziesz żałować.

Oczywiście, że Donna miała rację. Marta niechętnie trawiła jej słowa przez porządny, pełen zadumy moment, zanim podążyła za nią do dormitorium. Wyciągnięta na łóżku Olivia mamrotała pod nosem, powtarzając materiał, a Donna zniknęła w łazience.

Gdy oczy Marty spoczęły na przekrzywionym, wystającym spod łóżka boku kufra, przypomniały się jej wcześniejsze rozważania. Uklękła przy nim, odblokowując zatrzaski, które — ku jej zaskoczeniu — okazały się niezabezpieczone żadnym zaklęciem, i ostrożnie uniosła wieko. Z zacienionego wnętrza nie wydobył się żaden niepokojący syk, więc odrzuciła je w tył i przejrzała swoje rzeczy.

Sakiewka z oszczędnościami zdecydowanie zmarniała, lecz przebłysk irytacji szybko minął, gdy pod stosem ksiąg i skrzyneczką ze składnikami na eliksiry nie znalazła tego, czego szukała. Materiał starej spódnicy po matce, w którą zawijała pamiętnik, nie skrywał niczego.

----- CHAPTER BREAK -----

Zapomniwszy o różdżce, Marta z udręczonym stęknięciem wywróciła kufer na drugą stronę, a następnie odepchnęła go na bok. Setkę razy przejrzała cały swój dobytek, a gdy pamiętnik nie zmaterializował się z nicości przed jej oczami, przekroczyła bałagan, żeby przetrząsnąć szuflady komody i półki nocnej. Zignorowała przyglądającą się jej ze zdegustowaniem Olivię, wymijając jej łóżko, żeby wtargnąć do zajętej łazienki. Pochylona nad umywalką Donna opuściła różdżkę, którą poprawiała skręt rzęs, i zmarszczyła brwi na widok Marty przekręcającej zamek w drzwiach, które dodatkowo potraktowała zaklęciem wyciszającym. Wiedziała, że po drugiej stronie Olivia pewnie już dociskała do nich ucho.— Grzebałaś w moim kufrze?— Co? Po co bym miała?— Mów szczerze, błagam. Grzebałaś czy nie?— Nie.Niewzruszona Donna wróciła do mamrotania pod nosem zaklęć upiększających.— Wiem, że wcześniej próbowałaś się do niego dostać. — Marta zdziwiła samą siebie tym, że złapała ją za rękę; z kolei Donna utrzymała zimną krew. — Nie wiem dlaczego — nałożyła nacisk na to słowo — ale wiem, że to robiłaś. Myślałam, że sobie odpuściłaś i zdjęłam zaklęcia, a teraz nie ma tam tego.— Tego?— Donna.— Naprawdę nie wiem, o czym mówisz. I tym bardziej nie wiem, dlaczego się tak unosisz. — Oswobodziła nadgarstek z uścisku Marty, rzucając jej nieme wyzwanie z miną upartego przedszkolaka. — Nie grzebałam w twoim kufrze, mam lepsze rzeczy do roboty.— Skończ z tymi gierkami, błagam cię. — Marta potarła skronie, przymykając oczy. Starała się okludować umysł, ale było już na to za późno, poza tym wciąż czuła się nie do końca sobą po wdychaniu wywaru z krwi jednorożca. — Wiem o wszystkim, Donna. Poważnie. Wiem, co zrobiłaś.— Do cholery, nie grzebałam w twoim zasranym kufrze, po co bym miała? Żeby oglądać twoje babcine galoty?— Nie. Wiem, co zrobiłaś Alfredowi.Donna raptownie zamknęła usta. Zreflektowała się szybko, przybierając godną podziwu minę głębokiego niezrozumienia i splatając ręce na piersi.— Niby co zrobiłam Alfredowi?— Naprawdę muszę wymawiać te obrzydlistwa na głos? — rzuciła sfrustrowana Marta, zagradzając jej drogę do drzwi, gdy zamierzała się do nich przedostać. — Ty i Goyle. Łazienka na pierwszym piętrze. Tyle wystarczy, żeby odświeżyć ci pamięć? — Przydzieliła jej porządną chwilę na odpowiedź, a gdy zapadła między nimi gęsta cisza zaczęła grać jej na nerwach, nie wytrzymała: — Jesteś okropna. Alfred jest dla ciebie taki dobry, nie widzi poza tobą świata, nie chce słuchać tych wszystkich plotek, które krążą po zamku, a ty go zdradziłaś! Jesteś wyrachowana, jesteś żałosna, jak mogłaś? Jesteś…Na widok lśniących od łez oczu Donny głos uwiązł jej w gardle. Spodziewała się, że Donna wyprze się wszystkiego, że pójdzie w zaparte, a jednak odwróciła się do niej plecami, wycierając policzki i kurcząc się w sobie. Widoczny w lustrze skrawek profilu niweczył jej próby ukrycia swojego roztrzęsienia, które sprawiło, że Marta pożałowała wtargnięcia do łazienki. Owszem, planowała konfrontację, ale zamierzała najpierw sobie to wszystko przemyśleć, ułożyć plan, a nie tak na nią naskoczyć.— Nie chciałam — odezwała się tak piskliwie, że trafiła we wrażliwy, podatny punkt serca Marty — naprawdę, naprawdę nie chciałam… ale… bałam się, rozumiesz? Dalej się boję.— Ty? Ty się bałaś?— Tak, ja! — Donna podniosła łamliwy głos i żałośnie pociągnęła nosem. — Złapali mnie, rozumiesz? Od razu, drugiego września. Wyskoczyłam do lochów, do kuchni, bo przez ten przeklęty esej z zaklęć nie zdążyłam na kolację, no i wciągnęli mnie do jakiejś opuszczonej komnaty… Było ich pięciu. Pięciu chłopaków i ja. — Porwała chusteczkę higieniczną z pudełka i wydmuchała nos, a jej rysy wykrzywił gniew. — Niech rzucają na mnie Petrificusa , tak jak kiedyś, niech rzucają na mnie czarnomagiczne klątwy, mam to dosłownie tak głęboko w dupie, że nawet nie jesteś sobie w stanie wyobrazić. Przeżyję. Przeżyję każde zaklęcie. Każde, ale nie… — Schowała twarz w dłoniach. — Tak cholernie się bałam, rozumiesz? Potrafisz to sobie w ogóle wyobrazić?Marta potrząsnęła głową, mimo że Donna nie widziała tego gestu.— I wtedy odezwał się Goyle — kontynuowała ze zgorzknieniem — ten idiota nawet nie starał się zmienić głosu, od razu go rozpoznałam, chociaż miał maskę. Wkurzyłam się, powiedziałam, że wiem, że to on. Nagle wszyscy byli cicho, jakby języków w gębach zapomnieli. No i w wielkim skrócie Goyle poszedł ze mną na umowę, ale to nie tak, że miałam jakiś wielki wybór… Bo co to za wybór? Wbrew mojej woli albo za moją wymuszoną zgodą? To jedno to samo…— Donna — wyszeptała Marta. — Ja… Ja nie wiedziałam, ale… Naprawdę…— Nieważne. — Otarła gniewnie łzy z zaczerwienionych policzków. Trzęsła się z emocji, lecz tym razem nie było to załamanie, a zazdrość, nieufność. Zawiść. — Znasz już prawdę, no i co teraz? Wydasz mnie, tak? Pewnie od razu pobiegniesz do Alfreda, co?— Donna! Przestań, przecież…— Wiem, że masz na niego oko. Nie kłam, chociaż teraz bądź ze mną szczera.Marta niecierpliwie przetarła usta, kupując sobie trochę czasu na odpowiedź.— Tak, podkochiwałam się w nim kiedyś, zadowolona? Ale teraz to nie ma żadnego znaczenia! Jest z tobą , szaleje za tobą, nie za mną! Tak, miałam do niego słabość, ale jesteś moją koleżanką, nie zrobiłabym ci takiego świństwa!Donna przyglądała się jej spod byka, ale jej oblicze delikatnie złagodniało.— Czyli mu nie powiesz?Marta załamała ręce.— Chryste, przecież to ty powinnaś mu powiedzieć!— Nie, nie mogę. Zerwie ze mną.— Musisz. To wypłynie, Donna, predzej czy później, chyba wiesz, jaki jest Goyle… Nie raz słyszałam, jak przechwala się dziewczynami, które obmacywał… Im dłużej będziesz czekać, tym gorzej będzie. Nie wiem, może Alfred zrozumie, może nie, ale jeśli będziesz to przed nim ukrywać, to…— To co? — wtrąciła. Mimo że ton jej głosu był wyzywający, udręczona mina wskazywała, że Donna wiedziała, że lepiej jest dokonać dobrego wyboru.— To mój przyjaciel. Będę zmuszona mu powiedzieć. Jeśli tego nie zrobię, zeżre mnie sumienie. Alfred zasługuje, żeby znać prawdę.Donna z westchnieniem przysiadła na wannie, zaciskając palce wokół jej krawędzi. Lekko zbladła, przez co jej naturalnie rumiane, piegowate policzki przyciągały wzrok. Na przemian kręciła głową, zaciskała usta i marszczyła brwi, jakby w myślach przeprowadzała zażartą debatę z samą sobą.— Nie mów mu, proszę — wymamrotała wreszcie, osuszając oczy chusteczką. — Zrobię to sama, ale potrzebuję czasu. Muszę się zastanowić, jak mu to powiedzieć, na pewno tak, żeby nikomu tego nie zgłosił…— Ale dlaczego nie chcesz tego zgłaszać? To nieakceptowalne, poza tym nie jesteś jedyna. Alfred wspominał dwa czy trzy tygodnie temu, że coś podobnego przytrafiło się innej dziewczynie, więc…— Nie — przerwała jej Donna. — Nie ma mowy, rozumiesz? Nie chcę tego zgłaszać. To uwłaczające. Nie będę latać na skargę i robić z siebie pośmiewiska na całą szkołę tylko po to, żeby Ślizgoni dostali parę razów. Pod tym względem ten świat niczym nie różni się od mugolskiego. Nie tkną ich, nie spotkają ich żadne konsekwencje. To dzieciaki wysoko postawionych pracowników ministerstwa, ludzi z kontaktami i skrytkami u Gringotta wypchanymi galeonami. Zgłaszając to, nie osiągnę dosłownie niczego, a wieść się rozniesie. Sama wiesz, że tutaj niczego nie da się utrzymać w sekrecie.— Dobrze — odparła niechętnie Marta. Nie mogła się kłócić z tymi argumentami, a tym poddała się wpływowi gorzkich wyrzutów sumienia za to, jak beznamiętnie potraktowała ją w plecy Petrificusem Totalusem podczas próby przejęcia pamiętnika. — To twój wybór, ale powiedzieć Alfredowi musisz. Nie wiem, może jak już to zrobisz, uda mi się jakoś ci pomóc, przegadać mu do rozsądku, żeby tego nie zgłaszał. Może się uda.— Wątpię. Wiesz, jaki jest, odkąd na piątym roku dali mu odznakę prefekta. — Donna uśmiechnęła się blado, porozumiewawczo. Spuściła wzrok. — Poza tym odkąd spędził wakacje na stażu w biurze aurorów, ciągle nawija o jednym. Niby tylko zajmował się robotą papierkową, ale… — Machnęła ręką. — Zresztą, sama wiesz. Widziałaś, jak się ostatnio zachowywał.Sęk w tym, że Marta nie widziała. Za jedyną wskazówkę służyły jej słowa Notta, który twierdził, że Alfred wciskał nos nie tam, gdzie trzeba. Jeśli naprawdę kręcił się wokół nich, a w szczególności wokół tych całych Rycerzy, musiała go przed tym przestrzec.— Skąd wiesz? — odezwała się nagle Donna, podnosząc się z krawędzi wanny. Głos miała zachrypnięty, mimo że płacz już jej przeszedł, sprawiała też wrażenie całkowicie spokojnej.— Coś gdzieś podsłyszałam, ale nie byłam pewna, czy to prawda — odparła, prawie ulegając impulsowi, żeby do niej podejść i ją przytulić. Zatrzymała się w pół kroku, pytając: — Zamierzałaś mu w ogóle powiedzieć? Kiedykolwiek?Donna przekręciła zamek w drzwiach łazienki.— A uwierzyłabyś mi, gdybym powiedziała, że tak?— Cóż… chciałabym ci wierzyć.Donna zaśmiała się gorzko pod nosem.— No widzisz.Wyszła, zostawiając Martę sam na sam z myślami. Autentycznie pragnęła jej wierzyć, nawet jeśli wiele świadczyło przeciwko niej. Owszem, próbowała zachować to wszystko w tajemnicy, pomagając Tomarcie w zdobyciu dziennika, poza tym jej frywolne chichoty nie sprawiały wrażenia, jakoby była szczególnie przymuszana do oddawania się czynnościom z Goyle’em, ale to nie oznaczało, że wraz z upływem czasu nie nawróciłaby się na lepszą ścieżkę. Marta była też gotowa zawierzyć, że nie zawsze składająca się w logiczną całość opowieść skrywała niedopowiedzenia, którymi Donna nie chciała się z nikim dzielić. Marta też nie wyobrażała sobie zwierzać się z bycia wykorzystywaną profesorowi Beery’emu, opiekunowi Ravenclawu, a już szczególnie żadnej z dziewczyn. Nawet jeśli Donna powinna wiedzieć, że Marta zachowałaby dyskrecję, nie miała obowiązku przeżywać na nowo tamtego okropnego wspomnienia, żeby zadowolić czyjąkolwiek ciekawość.Marta wciąż czuła na sobie gryzący w nozdrza zapach stojącej wody po incydencie z jeziorem, więc wzięła szybki prysznic (nigdy przedtem nie przyglądała się własnemu ciału z takim uwielbieniem), a choć zwyczajowo ograniczyłaby się do wysuszenia i upięcia włosów, złapała leżący na półce „Almanach kokieteryjnej czarownicy” i wypróbowała kilka zaklęć. Dopiero wtedy poczuła ogrzewające ją po koniuszki palców ukojenie tęsknoty za byciem dziewczyną. Nawet jeśli znajdowanie się w skórze Riddle’a szło w parze z luksusami takimi jak poszanowanie i siła, za nic nie wybrałaby ich ponad bycie sobą. W tym momencie wręcz zakochiwała się w lekkim podkręcaniu rzęs i podkreślaniu naturalnego odcienia ust, nie wspominając o czystej rozkoszy, jakiej dostarczało jej przeczesywanie włosów palcami. Uwielbiała, jak ich ciemnobrązowy odcień kontrastował z jej bladą skórą i jasnoniebieskimi oczami, a chociaż na codzień zawsze upinała włosy, dziś zaklęciem ułożyła je w łagodne fale i pozwoliła, żeby z wdziękiem okalały jej twarz.Zignorowała przyglądającą się jej z zaintrygowaniem Olivię, a następnie wymaszerowała z dormitorium. Zamierzała nagadać Riddle’owi, zażądać oddania pamiętnika, niestety po obejściu całego zamku tkwiła w kropce. Spodziewała się zastać go w bibliotece, lecz Zakazany Dział świecił pustkami, nie znalazła go też w żadnej z łazienek, wokół których się kręcił (tej najwyraźniej poświęconej spotkaniom z Abraxasem, ani tej damskiej na pierwszym piętrze), więc podejrzewała, że musiał udać się do dormitorium. Spędziła zbyt dużo czasu, wałęsając się po lochach w okolicach wejścia do pokoju wspólnego Slytherinu, lecz w pewnym momencie z zatrwożeniem zorientowała się, że to idiotyczny pomysł. Robiło się coraz później, a ona z własnej woli wystawiała się Ślizgonom jak na tacy.Zbliżała się pora kolacji, więc udała się do Wielkiej Sali. Ze zmrużonymi oczami przeczesywała wzrokiem stół Slytherinu, chociaż powinna była wiedzieć, że to bezsensowne. Naturalnie, bez najmniejszego wysiłku odnalazła go wzrokiem, gdy tylko wraz z podążającą za nim wiernie świtą wkroczył do środka przez rozwierające się, huczące wrota. Na ten widok przypomniała sobie słowa profesora Dumbledore’a i, choć niechętnie, zgodziła się z nimi całym sercem. Nigdy w życiu nie byłaby w stanie wiarygodnie odegrać energii, jaką roztaczał wokół siebie Riddle. Po porannej kąpieli w jeziorze przebrał się w wykrochmaloną koszulę, która — jak znała z doświadczenia, wielokrotnie mając ją na sobie — nosiła ślady zużycia przy mankietach i wzdłuż guzików, lecz ukrywał je cały jego sposób bycia: perfekcyjna postawa, wypięta pierś, cień czarującego uśmiechu zagnieżdżony w prawym kąciku ust. Nie zdziwiłaby się, gdyby Riddle wkroczył do Wielkiej Sali w szatach zdartych z bezdomnego, a wszyscy byliby zbyt oślepieni jego władczą prezencją i zagarniającym przestrzeń krokiem, żeby to zauważyć. Nie tylko uważał się za ósmy cud świata, ale i sprawiał, że nie dało się temu zaprzeczyć.— Cieknie ci z gęby, Warren — odezwała się siedząca po jej prawej Olivia, której pojawienia się Marta nawet nie zarejestrowała. — Chciałabym zjeść kolację bez widoku kałuży twojej śliny na stole, jeśli byłabyś tak miła.— Wal się, Hornby.Olivia pochyliła się w jej stronę pod pretekstem wbicia widelca w ociekającą tłuszczem kiełbaskę na półmisku.— Co, będziesz sobie go wyobrażać przed spaniem? — zagadnęła i z zołzowatym uśmieszkiem otaksowała Martę wzrokiem. — Myślisz, że ktoś taki jak on w ogóle na ciebie spojrzy? W twoich mokrych snach… Nie, nawet tam nie.Marta zaczynała skłaniać się ku wnioskowi, że przeżyła ciężki kryzys psychiczny, gdy jeszcze niedawno wspominała tę kanalię z sentymentem. Mimo że powinna wykorzystać nadarzającą się okazję na poćwiczenie okludowania umysłu, wyobraziła sobie, jak opowiada Olivii całą prawdę. Od pierwszej nocy w skórze Riddle’a, poprzez branie w nim pryszniców i mycie jego wcale nie tak perfekcyjnego ciała (ciężko stwierdzić, skoro starała się na nie nie patrzeć; niestety dotykanie go surrealistycznie ekscytowało, do czego nie przyznałaby się pod groźbą tortur), po sam fakt, że częściowo widziała jego… jego…Choć jeszcze chwilę rozpierała ją satysfakcja, Marcie zrzedła mina. To nie tak, że całkowicie zapomniała o tamtym wydarzeniu (nie z powodu braku prób wyparcia go z umysłu), lecz teraz uderzyła w nią opóźniona fala zażenowania, wstydu i zakłopotania. Jednym było patrzenie w oczy Riddle’a zaklętego w drobnej dziewczynie, drugim wytrzymywanie spojrzenia spotęgowanego przez miażdżącą osobę, którą stawał się w swoim ciele.— Jesteś beznadziejnym przypadkiem — skwitowała zadowolona z siebie Olivia. Pewnie sądziła, że Marta naprawdę się w nim podkochiwała, co rzecz jasna było jednym wielkim absurdem. — Na twoim miejscu w ogóle nie pokazywałabym się na balu. Tylko narobisz wsi.— Co narobi i gdzie? — zagadnęła Donna, dosiadająca się po ich przeciwnej stronie, wciąż pod rękę z Alfredem.— Jeśli ktoś przy tym stole ma szanse narobić wsi na balu, będziesz to ty — wtrącił. Wciąż tkwiąca w stuporze Marta (jak mogła spojrzeć Riddle’owi w oczy, wiedząc, że on nie wiedział, że ona widziała kawałek jego…?) miała nadzieję, że posłała Alfredowi coś, co chociaż przypominało uśmiech wdzięczności. — Daj sobie na wstrzymanie. Wiecznie jej dogryzasz.Olivia zmarszczyła nos, przyglądając mu się z pogardą.— Po pierwsze: nie mieszaj się w nieswoje sprawy, niespełniony rycerzyku. Po drugie: stół Gryffindoru jest tam, więc jeśli coś ci się nie podoba, możesz się przesiąść. No chyba że Donna nie wypuści cię spod swojego pantofla.— Zostaw go w spokoju — rzuciła ostrzegawczo Donna.— Bo co? Przygnieciesz mnie swoim spasłym dupskiem, Camden?Policzki Donny zapłonęły krwistym odcieniem szkarłatu, a sięgająca po maślaną bułeczkę ręka zamarła. W międzyczasie jak Marta otwierała usta do skomentowania zapryszczonej mordy Olivii, Alfred przywołał gestem rozkojarzonego Philipiusa, który kierował się ku wyjściu, przegryzając tosta.— Bagshot, pozwól na chwilę — powiedział. — Przypomnij mi, co wczoraj mówiłeś na boisku quidditcha.— A konkretniej? — odburknął z pełnymi ustami Philipius.— No, z kim idziesz na bal?Olivia zbladła tak gwałtownie, że stała się niemal przezroczysta.— Aa, to. — Bagshot wyprostował się, z pełnym wyższości uśmieszkiem patrząc wprost na Martę. Przeżuł i połknął. — Z Cyrillą. Wszyscy się zakładali, że nie sprzątnę jej Riddle’owi sprzed nosa i oto ona, słodziutka, niegrzeczna Cyrillka jest moja.Strzepał z ramienia niewidzialny pyłek, perfidnie błysnął zębami i odszedł rozkołysanym w ramionach krokiem kogoś, kto uważał się za króla świata. W przeciwieństwie do Riddle’a, według Marty prędzej nadawał się na pałacowego błazna.— Jak mówiłem, daj sobie na wstrzymanie — podsumował Alfred, nakładając sobie na talerz kopę jedzenia. — Nie chciałbym powtarzać, co powiedział Bagshot, kiedy się dowiedział o tej plotce, że niby idziecie razem.Po chwili pełnej desperackiego otwierania i zamykania ust, prychania i przybierania raz rozwścieczonych, raz grożącymi rozpłakaniem min, Olivia zahałasowała odkładanymi sztućcami i wymaszerowała z Wielkiej Sali.— Wiedziałeś i nic mi nie powiedziałeś? — fuknęła rozeźlona, ale i uradowana Donna. Oczy mieniły się jej niczym gwiazdy. — Co o niej mówił?— Nieważne.— No weź, powtórz.— Nie.Jego opór tylko sprawił, że Donna podekscytowała się jeszcze bardziej.— Proszę, noo, muszę wiedzieć, jak ją zrównał z ziemią…Alfred ledwo dostrzegalnie pokręcił głową, spotykając się porozumiewawczym spojrzeniem z Martą.— Nie — odparł łagodnym, ale jednoznacznie niepodlegającym dyskusji tonem. — Bagshot to prymityw. Wypowiada się o dziewczynach, jakby istniały tylko w jednym celu. Nie zamierzam tego powtarzać, Donna, więc skończ prosić.— No dobrze. — Popatrzyła w bok, żeby ukryć wywrócenie oczami. — W każdym razie to nie fair, że taki paszkwil jak ona łazi sobie bezkarnie po zamku. Dlaczego Ślizgoni się nią jeszcze nie zainteresowali?— Nie mów tak — obruszył się. — Jest okropna, nie ma co zaprzeczać, ale nikt nie zasługuje na to, żeby na niego napadać. Chyba nie mówisz, że gdyby do tego doszło, to byś to pochwaliła?— No, nie całkiem… Ale czasem myślę, że przydałoby się, żeby jej ktoś wbił do głowy trochę rozumu…— Przestań. Olivia jest tylko zakompleksioną dziewczyną.— A co ma do tego bycie dziewczyną? — dociekała Donna, unosząc brew.— Tylko tyle, że Ślizgoni dokładają szczególnej uwagi, żeby spędzić z wami więcej czasu. Nie możesz poważnie życzyć jej tego, co spotkało tamtą Gryfonkę.Mimo że Donna się zmieszała, uwydatniające się mięśnie szczęki Alfreda zwiastowały, że to nie koniec światopoglądowej sprzeczki, więc Marta wykorzystała tę okazję do ulotnienia się. Dobrze się składało, bo akurat Riddle rozstał się z Abraxasem na korytarzu, pod otwartymi wrotami.— Do zobaczenia i dzięki za ratunek — rzuciła, łapiąc z półmiska maślaną bułeczkę.— Gdzie idziesz? — zawołał za nią Alfred. — Już późno.— Spokojnie, panie prefekcie. Grzecznie wracam do dormitorium.Żeby go uspokoić, przyłączyła się do grupy Krukonek opuszczających Wielką Salę, jednak odłączyła się od nich na pierwszym piętrze. W drodze do biblioteki przyłapała się na nerwowym oglądaniu się przez ramię, mimo że godzina nie była jeszcze aż tak poźna. Jeśli uda się szybko porozmawiać z Riddle’em, powinna do dwudziestej uwinąć się z powrotem do wieży Ravenclawu.Pani Keen była zajęta przekazywaniem małej Puchonce stosu książek z niechęcią godną nadopiekuńczej, spanikowanej młodej matki, więc Marta wślizgnęła się między działy i przemierzyła je tak szybkim krokiem, że odgłosy jej butów stukających o posadzkę współgrały z przyśpieszonym biciem serca. W myślach rozpoczynała konfrontację z Riddle’em na różne sposoby, ukradkiem dobywając różdżki pod bramą prowadzącą do Zakazanego Działu.— Panno Warren — usłyszała za plecami głos, na którego dźwięk cała zesztywniała — uczniowie nie mają wstępu do Zakazanego Działu.— Ja… Ja, hm, przepraszam, chciałam tylko…Profesor Merrythought uciszyła ją oszczędnym gestem. Jej poznaczona głębokimi zmarszczkami twarz wyrażała znużenie całodniowym wysłuchiwaniem wymówek uczniów.— Najwyraźniej odejmowanie punktów nie robi na tobie żadnego wrażenia — powiedziała surowo. — Nie wiem, co się z tobą ostatnio dzieje, dziewczyno, ale być może szlaban przemówi ci do rozsądku.Marta przyglądała się jej z otwartymi ustami. Odejmowanie (w liczbie mnogiej!) punktów? Riddle!— Mój gabinet, przyszły piątek, bezpośrednio po lekcjach. — Profesor Merrythought zbliżyła się do wrót, żeby stuknąć w nie różdżką. Fioletowe zaklęcie wniknęło w klekoczącą kłódkę. — Dobrej nocy, panno Warren.Marta pożegnała się zatrwożonym półszeptem (nigdy nie dostała szlabanu!) i czmychnęła między regały, prawie wybijając sobie zęby przez potknięcie się o niedosunięte do stołu krzesło. Ledwo złapała równowagę, stanęła oko w oko z Riddle’em, który wykrzywił wargi w pogardliwym grymasie i wyminął ją w drodze do profesor Merrythought. Marta złowiła okiem tytuł ściskanej przez niego książki: „Wilcze Bezprawie: Dlaczego wilkołaki nie zasługują na życie”.— Lizus — powiedziała sama do siebie, kiedy oddalił się na tyle, że nie mógł jej usłyszeć.Zdjęła kilka książek z regału, żeby mieć na niego widok. Nachmurzona profesor Merrythought szczerze się rozpromieniła, mimo że po godzinach lekcji dostawała reakcji alergicznych na widok innych uczniów, a następnie wdała się z nim w dyskusję, przytakując z ożywieniem i przeglądając zawartość książki.Po kwadransie zasiadła do lektury, a Riddle pożegnał się z nią i odwrócił z powolną, wyważoną gracją węża, który cały ten czas doskonale zdawał sobie sprawę z obecności ofiary, żeby spojrzeć wprost na wyglądającą na niego Martę. Choć w pierwszym momencie się wzdrygnęła, kiwnęła na niego.Ku jej zaskoczeniu, podszedł do niej bez zwłoki, co więcej, gdy wyłonił się zza regału i wsparł o niego ramieniem, z jego twarzy zniknął wcześniejszy chłód. Pochylił głowę, przez co miękkie loki opadły mu na część czoła, a coś w tym widoku sprawiło, że Marta zapomniała, jak się oddycha. Pomijając tę całą tragedię z zamianą dusz oraz przelotne dyskusje na lekcjach, nigdy dotąd nie miała okazji rozmawiać z nim w ten sposób. Gdy byli otoczeni przez innych uczniów i oddzieleni rzędami ławek — ona wściekła jak osa, on pewnie zbyt zajęty bronieniem swoich niedorzecznych teorii, żeby zauważyć, z kim w ogóle rozmawiał — wzbudzał w niej wyłącznie zawiść. Teraz, mimo dzielącej ich przestrzeni, czuła się przytłoczona tym, jak górował nad nią wzrostem, z jaką nonszalancją się zachowywał. Uległa impulsowi nakazującemu jej postąpienie o krok w tył, co nie uszło jego uwadze. Kącik jego ust zadrżał.— Merrythought zawsze spędza sobotnie wieczory w bibliotece — poinformował ją, zaglądając przez przerwę w książkach na profesorkę. — Jestem ciekawy, jakie zaklęcie rzuciła na kłódkę.Marta otrząsnęła się spod działania aury, jaką roztaczał.— Tak, to szalenie fascynujące — wysyczała. — Powiedz mi, Riddle, o czym ona mówiła? Jakie odejmowanie punktów? Na czym cię przyłapała, co? I gdzie, psiakrew, jest mój pamiętnik?— Spokojnie, straciłem może z trzydzieści.— Trzydzieści! — wypaliła, wyrzucając ręce w powietrze. — Co robiłeś, codziennie dawałeś się przyłapać na wykradaniu się z Hogwartu czy jak?— Dobrze, że o tym wspominasz. — Odciągnął rękaw białej koszuli, żeby spojrzeć na mający dobre czasy za sobą zegarek. — Jest za późno, żebyś tu była, Marto.— Nie Martuj mi tutaj, ty perfidny, mały zło…— Zastanawiam się, czy angielski nie jest twoim rodzimym językiem? Jest? W takim razie stanowi to dla mnie zagadkę, dlaczego nie rozumiesz, że masz się nie włóczyć po zamku nocą.— Chryste, Riddle. Jeśli z jakiegoś powodu nie chcesz, żeby natknęli się na mnie twoi koleżcy, po prostu każ im mnie omijać! — fuknęła, poirytowana jego protekcjonalnym tonem.— Nie mówię o swoich koleżkach.— Zresztą, nie interesuje mnie to. Oddawaj mój pamiętnik, wiem, że go masz. Nawet nie marnuj oddechu na kłamstwa.— Ludzi mojego pokroju nie stać na marnowanie chociaż jednego oddechu — odparł, ruszając między regały innego działu, gdy na horyzoncie pojawiła się grupka uczniów. Marta podążała za nim, nie chcąc zostać zobaczoną w jego obecności. Zatrzymali się w zacienionym zakamarku. — Poza tym, jak wspominałem, z nas dwojga to ty jesteś kłamczuchą.Wiedziała, najzwyczajniej w świecie wiedziała, że pragnął wstawić jakiś ociekający pogardą epitet przed „kłamczuchą”. Szczerze nienawidziła, gdy udawał grzecznego chłopca.— Po prostu mi go oddaj.— Oddam. Rzecz jasna wtedy, kiedy skończę go czytać.— Riddle, ty przeklęty… — Ugryzła się w język, gdy wyzywająco uniósł brew. — Ja zostawiłam twoje rzeczy w spokoju. Do diaska, nawet brałam prysznice w całkowitej ciemności, żeby nie pogwałcić twojej prywatności, a ty nie dość, że okradłeś mnie z pieniędzy, to jeszcze przywłaszczyłeś sobie mój pamiętnik!Choć jego twarz pozostała bez wyrazu, w oczach błysnęło mu rozbawienie.— Doceniam twoje poświęcenie — odparł bezbarwnie — ale tak się składa, że byłem tobą, więc wszystkie te rzeczy należały do mnie.— Nie wiem, jaka poroniona logika doprowadziła cię do takich wniosków, Riddle, ale jakbyś nie zauważył, nie jesteś już mną, więc pamiętnik nie należy do ciebie!— To prawda. Najlepiej będzie więc uznać, że go pożyczyłem.— Ukradłeś.— Zamierzam go zwrócić, więc pożyczyłem.— Żeby coś pożyczyć, trzeba mieć zgodę właściciela.Przybrał tak perfekcyjną minę niewiniątka, że na jej oczach przeistoczył się w niezdolnego do grzesznych uczynków anioła. Ten popis aktorstwa sprawił, że Marta była skłonna uwierzyć, że wszystkie cherubiny miały ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, czarne jak smoła włosy i oczy podszyte demonicznym czerwonym błyskiem.— Proszenie się kogokolwiek o zgodę to koncept, który niestety jest mi obcy.— Zauważyłam — odparła gorzko.— Być może się co do ciebie myliłem — powiedział, sięgając do torby po jej pamiętnik. Zdawałoby się, że otworzył go na przypadkowej stronie. — Spodziewałem się, że będziesz odchodzić od zmysłów na samą myśl, że przeczytam twoje dziewczyńskie wynurzenia, na przykład takie jak te z czwartego roku: „Drogi pamiętniczku” — uśmiechnął się drapieżnie — „Donna nie dawała mi dziś spokoju, coś czuję, że Olivia ją do tego podpuściła. W każdym razie chciały, żebym napisała listę chłopaków, którym „pozwoliłabym zrobić ze sobą wszystko”. Oczywiście nie złapałam się na haczyk, przecież to jasne, że Olivia puściłaby tę listę w obieg, nie jestem głupia, ale o pamiętniku nie wiedzą, prawda?…”Uchylił się zręcznie, gdy ręce Marta doskoczyła do niego z wyciągniętymi rękoma. Czerwieniła się na twarzy równie intensywnie co wtedy, gdy na czwartym roku kryła się po kątach, wypisując te wierutne bzdury.— Oddaj mi to, Riddle.— Pierwsze miejsce. Wielu ludzi byłoby zaszczyconych — powiedział, nie pozostawiając wątpliwości, że sam się do nich nie zaliczał. Zamknął pamiętnik z głuchym trzaskiem. — Powiedz mi, jak bardzo cię ubodło to, że odrzuciłem zaproszenie Bagshota? W końcu niemal depcze mi po piętach. — Zacmokał, lekko kręcąc głową. — Piąte miejsce, trzy pode mną puste.Zamknęła oczy, żeby się uspokoić. Nienawidziła się za to, że nie była tak przebiegła jak on. Gdyby sama wpadła na pomysł włamania się do Wieży Ravenclawu i zabezpieczenia swoich rzeczy po zamianie dusz, być może nie znajdowałaby się teraz w tej urągającej sytuacji.— Pisałam te głupoty, jak miałam czternaście lat — odparowała, krzyżując ręce na piersi. — Byłam kochliwą, naiwną i głupkowatą dziewczyną, owszem, ale wyobraź sobie, że nie cierpię Bagshota, więc nie, nic mnie nie ubodło. Jest idiotą, który poza ładną buźką nic sobą nie reprezentuje. Jeśli nawet miałabym okazję przyjąć jego zaproszenie, zrobiłabym to tylko ze względu na Klub Ślimaka.— Rozumiem. W takim razie jak ma się twoje zadurzenie moją osobą, kiedy już poznałaś mnie osobiście? — spytał, gładząc długimi palcami skórzaną okładkę pamiętnika. — Będziesz się teraz płaszczyć pod moimi butami jak Abraxas?Prychnęła tak głośno, że nie zdziwiłaby się, gdyby pani Keen wybrała się na misję ukrócenia życia kogoś, kto śmiał zagłuszyć biblioteczną ciszę.— Niedoczekanie twoje, Riddle.— Dobrze. Mam dość tych żałosnych umizgów, nie wspominając o jego niedorzecznych tendencjach do chorobliwej zazdrości i roszczenia sobie do mnie praw.Podniósł na nią wilczy wzrok znad pamiętnika, jakby chciał wygłosić pod jej kątem obraźliwy komentarz, lecz zobaczył coś ponad jej ramieniem. Marta odwróciła się, w ostatniej chwili łapiąc widok obściskującej się pary. Nie przerwali pożerania się nawzajem nawet na chwilę, podczas prób znalezienia prywatności w zapomnianym zakamarku biblioteki obijając się od regału do regału. Zbyt zajęci pośpiesznymi pieszczotami i wygłodniałymi pocałunkami, prawie nieświadomie wylądowali w dziale zatrwożonej Marty i zobojętniałego Riddle’a, który pochylił głowę, żeby spojrzeć na nich ponad grzbietami książek.W dziewczynie o wspaniałej grzywie czarnych loków rozpoznała Cyrillę Rosier, zgrabną Ślizgonkę o szlachetnych, wręcz królewskich rysach twarzy i nagannej reputacji. Zaciskająca się na jej piersi dłoń jakiegoś Puchona przyprawiła ją o rozpustny i — zdaniem blednącej Marty — udawany jęk rozkoszy. Oplotła rękoma jego kark, przyciągając go jeszcze bliżej siebie, choć zdawało się to już niemożliwe, i pocałowała z tak bezpruderyjną pasją, że podpuściła chłopaka do podciągnięcia jej spódnicy.— Dobry Boże — szepnęła Marta. — Riddle, jesteś prefektem.— W rzeczy samej — odparł cicho, bez mrugnięcia wpatrując się w coraz śmielej dobierającą się do siebie nawzajem parę. Bezszelestnie wsparł przedramię o wyższą półkę regału, pochylając się do przodu, żeby nie musieć aż tak opuszczać głowy.— No, to powiedz im coś.— W jakim celu? — Zerknął na nią przelotnie z tak dogłębnym niezrozumieniem, że sama już nie wiedziała, czy w nie wierzyć, czy nie. — Niech się parzą.— Parzą? To nie są zwierzęta.— Ależ są. Każdy, kto pada ofiarą tych prymitywnych popędów, jest zwierzęciem.Marta straciła wątek, wytrzeszczając oczy na widok lądującej na podłodze bielizny Cyrilli. Nie dość, że ta rozpustna dziewucha nie miała na sobie pończoch, zamiast zwykłych majtek z nogawkami nosiła takie zakrywające zaledwie pośladki, co sprawiło, że zbulwersowana Marta otrząsnęła się z szoku. Przesunęla się o krok w bok, zamierzając wykorzystać niepokojące zafascynowanie Riddle’a, aby sięgnąć mu do torby.— To co wy właściwie robicie z Abraxasem? — wyszeptała szorstko przez ściśnięte gardło. Nie poznała w życiu większego hipokryty. — Głaszczecie się nawzajem po główkach?— W pewnym sensie — odparł z krzywym uśmiechem, wciąż zaabsorbowany, choć nie bez pogardliwego grymasu. Ta odpowiedź sprawiła, że Marta, czująca pod opuszkami palców porowaty materiał torby, przypomniała sobie część jego ciała napierającą na materiał bokserek. — Widzę, że moje przyjacielskie relacje z Abraxasem niezdrowo cię fascynują, Warren. Chyba można go uznać za niebrzydkiego, więc nie powinno mnie to dziwić.— Niebrzydkiego? — wydukała, pąsowiejąc. Cofnęła rękę, żeby nerwowo wygładzić nią spódnicę. — Chyba żartujesz. Połowa Hogwartu się za nim ogląda.— Nie tracę czasu na zastanawianie się, co ludzie myślą o mnie, a tym bardziej o kimś tak mało znaczącym jak Abraxas — poinformował ją pozbawionym wyrazu głosem, odrywając wzrok od Cyrilli majstrującej przy rozporku Puchona. Po twarzy Riddle’a przemknęło nacechowane okrucieństwem rozbawienie. — Jesteś pewna, że interesuje cię to, co uważam za pociągające? Nie patrzę na ludzi w tych samych kategoriach, co wy, więc moja odpowiedź nie przypadłaby ci do gustu. — Poruszył się tak szybko, że była pewna, że złapie ją za nadgarstek. Zamiast tego pokazał jej wnętrze własnej dłoni, wciąż pokryte wściekle różową tkanką bliznowatą. — Też chcesz takie? — zagadnął głosem podszytym groźbą. — Następnym razem, kiedy dotkniesz moich rzeczy, zadbam o to, żebyś miała blizny na całe życie, Warren. A teraz zjeżdżaj stąd, mam dość twoich idiotycznych pytań.Mimo świadomości, że nie rzucał słów na wiatr, Marta ledwo powstrzymała się przed odszczeknięciem mu się. Okręciła się na pięcie i bezszelestnie wymknęła się spomiędzy regałów w kierunku wyjścia z biblioteki. W zawrotnym tempie dotarła do kołatki, przy okazji odpowiedzi na zagadkę wpuszczając do pokoju wspólnego gromadę poczerwieniałych z wytężania umysłów pierwszoroczniaków. Z tyłu głowy wciąż miała słowa Riddle’a.W pierwszym momencie założyła, że mówił o pociągu do własnej płci, jednak poddała to w powątpiewanie, wracając w myślach do tego, jak upiornie się jej przyglądał, kiedy wyciągnął ją z jeziora. Rozchylone wargi i noszące znamiona fiksacji spojrzenie podpowiadały jej, że naprawdę wyobrażał sobie wtedy, jak znów wciąga ją do wody.Wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej dreszcz.— Gdzie byłaś? — zaćwiergotała Donna, zamykając okno za odlatującym na miotle Alfredem. Otaksowała spojrzeniem rozpuszczone, lekko pofalowane włosy Marty i podkreślone rzęsy. — Widzę, że wzięłaś się do roboty. To dobrze, ładnie ci tak.— Co znowu?— No, ewidentnie szukasz sobie partnera na bal! — Donna zachichotała, znacząco patrząc na puste łóżko Olivii. — Ale by było, nie? Uparła się, że nikogo nie znajdziesz, a wychodzi na to, że to ona pójdzie sama jak palec.— Hm, po prostu chciałam sobie to trochę poćwiczyć przed grudniem. Sama wiesz, że nie jestem w tym najlepsza.— Najwyżej ci pomogę, przecież to pięć minut — zaoferowała cała w skowronkach. Skoro Alfred spędził z nią tu wieczór, najwyraźniej ich kłótnia zniknęła z horyzontu, a upokorzenie Olivii tylko podsyciło jej wyborny humor. — Ale wiesz, że chodzenie z rozpuszczonymi włosami nie jest teraz za bardzo modne. Na bal musisz je upiąć!— No tak, po prostu trochę bolała mnie głowa — wymamrotała Marta, nie wiedząc, jak dobrze uargumentować nagłe zainteresowanie wzmożonym dbaniem o siebie. Chyba lepiej było przytaknąć, że szukała partnera. — Zresztą to wszystko i tak trzeba dopasować do sukienki, więc nie ma co się jeszcze nad tym zastanawiać.— Racja. Pomyślimy jutro.Jako że Olivia miała w zwyczaju okupować łazienkę przez nieskończoność, Marta zasłoniła się kotarą i szybko przebrała w kącie. Długo wyczekiwany moment położenia się we własnym łóżku przywitał ją abstrakcyjnym wrażeniem nieprawidłowości. Tak przyzwyczaiła się do zajmowania większej przestrzeni na materacu, że poczuła się mała, niska. Jeszcze dziwniejsza okazała się myśl, że poprzedniej nocy leżał tu nie kto inny, a Tom Riddle. Mimo zmęczenia nie potrafiła przestać się zastanawiać, jak niczego nieświadomym dziewczynom współżyło się z nim pod jednym dachem. Być może w ciągu dwóch tygodni spędził z nimi tak mało czasu, że swoim ciętym językiem nie doprowadził do zagłady ich relacji.— Marto, nie chcesz pogadać? — dobiegł ją głos Donny.— A o czym?— Chcesz czy nie?— No dobra.Donna wślizgnęła się na jej łóżko, konspiracyjnie wyglądając zza kotary na krzątającą się po dormitorium Olivię. Westchnęła, układając się pod kołdrą obok Marty, która wyobrażała sobie, jak zareagowałby na to Riddle. Nie wykluczone, że do tego doszło. Chciałaby widzieć jego minę.— Znalazłaś ten cały notatnik? — wyszeptała Donna. — Ja go nie wzięłam, przysięgam.— Wiem. — Marta z westchnieniem przekręciła się na bok, żeby nie czuć się jak sardynka w puszce. — Ale to już nieistotne.— Czyli ten chłopak wykradł go z powrotem? — spytała z zaintrygowaniem. Gdyby jej okrągłe jak spodki oczy powiększyły się choć odrobinę bardziej, stałaby się własną karykaturą. — No, nie udawaj głupiej. Nie wiem, kto to był, ale brzmiał całkiem-całkiem.— Donna! — odfuknęła cicho. — To było jedno wielkie nieporozumienie, nie zaprzątaj sobie tym głowy, proszę. Poza tym jak ktoś może brzmieć całkiem-całkiem?— A nie wiem, ale może. Wiesz, że… — Zawahała się, lekko zarumieniona. — Wiesz, że docisnął mnie do ściany?— Co? — Marta starała się udawać zaskoczoną, w rzeczywistości powstrzymując się przed zgrzytaniem zębami. Trudno było nie zapomnieć, jak zachwycona wydawała się jej oślepiona opaską koleżanka, będąc sam na sam z „nieznanym chłopakiem”. — O czym ty mówisz?— No, wciągnął mnie do schowka i próbował szantażować, żebym przyniosła mu ten notatnik. — Donna zmrużyła oczy, uważnie skanując twarz Marty. — W co ty się wplątałaś? Kto to jest i dlaczego nie chciałaś mu go oddać? Powiedział, że go ukradłaś.— Nieprawda, nic takiego… — Odchrząknęła, bliska palnięcia głupstwa w kontrze na te jawne kłamstwa. — Nieważne.— Ważne. Myślisz, że zaprosi cię na bal?Marta parsknęła śmiechem.— Myślisz, że ktoś, kogo okradłam, zaprosiłby mnie na bal?— Hm, czemu nie? — Donna zaśmiała się cicho pod nosem. — Jeśli chcemy zobaczyć, jak Olivia pada trupem ze wstydu, musisz kogoś sobie znaleźć, choćby był to ten cham ze schowka. To twój obowiązek, rozumiesz?— Tak tak, dobra.— Daję ci czas do listopada! — poinformowała ją, zrzucając z siebie kołdrę. — Jeśli do tego czasu nikogo nie znajdziesz, biorę sprawy w swoje ręce.— Nie ma mowy.— Nie masz wyboru!Donna zachichotała, zasuwając kotary, zanim położyła się do własnego łóżka. Marta poprawiła poduszkę, przed zaśnięciem wyobrażając sobie, jakiegoś cudaka, którego przedstawiłaby jej Donna. Żeby uniknąć tej niezręcznej sytuacji, była gotowa zasymulować zachorowanie na smoczą ospę i spędzić wieczór w towarzystwie pielęgniarki, pani Goldie.W niedzielny poranek coś wyrwało ją ze snu tak gwałtownie, że wciąż zamroczona wymamrotała:— Boże, błagam, niech ktoś wsadzi temu wieprzowi korek w d…— Co ta wariatka bredzi? — odezwała się chrapliwie Olivia.— Chyba mówiła coś o wieprzu… — odpowiedziała Astra.Śmiech Olivii zagłuszyło głuche łomotanie w okno. Marta usiadła, odciągając kotary. Zaczerwieniona z zakłopotania wymacała na półce nocnej okulary i wsunęła je na nos, żeby zobaczyć, jak Donna szybko przeczesała poszarpane włosy palcami, zanim otworzyła okno Alfredowi.Zeskoczył z parapetu, rzucając miotłę na podłogę. Policzki miał zaczerwienione od bezlitosnych smagnięć wiatru, a minę wyrażającą skruchę.— Longbottom — odezwała się chłodno Astra — naprawdę, częstotliwość twoich odwiedzin przerasta ludzkie pojęcie. Dziewczyna ci nie ucieknie, co więcej, stwierdziłabym, że trochę dystansu dobrze wam zrobi!— Cóż, tak się składa, że przyleciałem tu po ciebie — odparł, pomagając Donnie zamknąć okno. — Tak było szybciej. Naczelni mają zebrać pozostałych prefektów i z opiekunami swoich domów stawić się w gabinecie profesora Dippeta.Donnie opadła szczęka, a Marta pod kołdrą uszczypnęła się w udo.— Dyrektor chce nas widzieć? — zapytała Astra, błyskawicznie podnosząc się z łóżka. Szczelnie opatuliła się szlafrokiem i wsunęła stopy w kapcie. — Czy coś się stało?— Coś musiało, ale Dumbledore nie powiedział mi nic poza tym, że po wyjściu mamy zamknąć wejścia do pokojów wspólnych.— Co? — wtrąciła Donna. — Zamykacie nas tu? Dlaczego? A co ze śniadaniem? I z wyjściem do Hogsmeade?Olivia prychnęła cicho.— Hogsmeade jest odwołane — wyjaśnił, kiwnąwszy głową, gdy Astra poprosiła go o danie jej pięciu minut i zniknęła w łazience razem z kupką ubrań. — Podejrzewam, że co do reszty to się dowiemy dopiero u Dippeta.— Ale naprawdę nic nie wiesz? — dociekała Donna.— Nic.— Aha… To Dumbledore kazał ci tu przyjść po Astrę?— No, nie do końca… — Odchrząknął nerwowo. — Weźmiemy waszych prefektów z piątego roku, wrócimy się po moich i pójdziemy do Dippeta razem.Wciąż zapatulona w kołdrę Olivia przekręciła się na bok, żeby móc na nich spojrzeć. Z wrednym uśmieszkiem wtuliła twarz w poduszkę.— Longbottom, ty lowelasie — skomentowała.Alfred wzniósł oczy ku sufitowi, machnąwszy różdżką. Kotary łóżka Olivii zasunęły się, odcinając ją od reszty dormitorium.— Ej!— Nie patrz tak na mnie — zwrócił się do przyglądającej mu się podejrzliwie Donny. — Przecież nie mogłem puścić Astry samej. Skoro chce nas widzieć sam dyrektor, musiało stać się coś poważnego.— Nie byłaby sama, skoro ma zebrać tych z piątego roku i opiekuna domu — fuknęła, naburmuszona i coraz czerwieńsza z każdym wypowiedzianym słowem.— Wiesz, jaki jest Beery — odpowiedział ze zniecierpliwionym westchnieniem, przecierając oczy palcem wskazującym i kciukiem. — Pewnie jak co sobotę napruł się w Trzech Miotłach.— Jestem gotowa. — Astra wyłoniła się z łazienki, przypinając odznakę prefekta naczelnego do eleganckich, czarnych szat. — A z tą co?Ze skonfundowaną miną wskazała na trzęsące się kotary, które nie chciały ustąpić wyrzucającej z siebie przekleństwa Olivii.— Wyświadczyłem wam małą przyslugę — odparł Alfred, zerknąwszy przelotnie na zegarek. — Dobra, lecimy. Czekajcie na instrukcje.W próbie zakopania toporu wojennego cmoknął Donnę w usta, zanim pomógł Astrze wdrapać się na parapet. Gdy zniknęli, dosiadłszy wspólnie miotły, Marta powiedziała:— Przesadzasz.— Nie wiesz, o czym mówisz. — Donna rzuciła się na łóżko niczym zbuntowana nastolatka. — Ciekawe, co byś powiedziała, gdybyś miała chłopaka, który tak chętnie dogląda innych dziewczyn!— Chudszych od ciebie dziewczyn — dodała Olivia, szarpnięciem zrywając kotary. Zaczerwieniona z wysiłku, rzuciła je na ziemię. — Wiesz, że mogli iść do Wieży Gryffindoru na piechotę, co nie, Camden?— Przymknij się, pryszczyco — warknęła Marta. Zwróciła się do Donny, która podniosła się do pozycji siedzącej, zakrywając brzuch poduszką: — Nie słuchaj jej. Alfred jest szarmancki, to chyba jedyny autentyczny dżentelmen w całej szkole. Powinnaś się cieszyć, że tak bardzo szanuje kobiety.— Och, Chryste — jęknęła Olivia. — Zachowuje się tak, bo na coś liczy!— Ty to chyba masz guza mózgu — skomentowała Marta. — No i patrz, co zrobiłaś…Olivia wyszczerzyła się jadowicie, gdy drzwi zatrzasnęły się za Donną. Marta poświęciła chwilę na zebranie sił psychicznych, zanim szybko przebrała się w dzienne ubrania i zeszła do pokoju wspólnego. Roiło się w nim od rozemocjonowanych, w większości wciąż noszących piżamy uczniów, pośród których nigdzie nie dostrzegła koleżanki. Wyjście na korytarz rzeczywiście zostało zabezpieczone zaklęciem, więc wdrapała się po krętych schodach na dach, gdzie zastała Donnę opartą o ząb blanków. Narzuciła na jej ramiona zabrany z dormitorium płaszcz.— Niepotrzebnie przejmujesz się gadaniną Olivii — zagadnęła do niej, stając obok. Trawa lśniła szronem po nocnym przymrozku, a przez rozcięcie w chmurach wypadł bladożółty promień słońca, kładąc się łuną na widzianym w oddali północnym dziedzińcu. — Dobrze wiesz, że chciała się na tobie zemścić za to, jak wczoraj została upokorzona.— Mhm.— Alfred za tobą szaleje, nie masz się czego bać…— Oczywiście, że mam. Kiedy tylko powiem mu prawdę, rzuci mnie i znajdzie sobie inną, jakąś chudszą — odparła szorstkim od emocji głosem Donna. Uparcie odwracała głowę tak, żeby Marta nie mogła spojrzeć jej w oczy. — Boże, codziennie się zastanawiam, co on ze mną robi. Przecież jest taki wysportowany! Odkąd tak rozrósł się dzięki grze w quidditcha, ogląda się za nim mnóstwo płytkich dziewuch, nawet te, które wcześniej nawet by na niego nie spojrzały! Ten związek to i tak była kwestia czasu…— Och, nie mów tak. — Marta przełknęła komentarz dotyczący tego, że kto jak kto, ale Donna też zaliczała się do tych „dziewuch”. — Wcale nie jesteś…— Daruj sobie kłamstwa. Jestem spasła.— Nosisz kilka nadmiarowych kilogramów, owszem, ale wcale nie jesteś spasła! — obruszyła się szczerze. — Uważam, że ci z nimi do twarzy, naprawdę! Poza tym Alfred lubi cię taką, jaka jesteś, i tylko tyle powinno się liczyć.— Ta, jasne…Marta objęła ją ramieniem, trwając w ciszy. Nie wiedziała, co jeszcze mogłaby dodać, żeby odpędzić jej smutki, więc postanowiła zmienić temat.— Nie rozumiem, czemu odwołali Hogsmeade.— No nie? — Mimo pociągania nosem, Donna się ożywiła. — Nikogo tam nic nie atakuje, więc jak już, powinni nas zmusić do wyjścia! A Ślizgoni to już w ogóle… Niech sobie mnie petryfikują, ile chcą, ale chociaż po przedstawieniu, po balu! — Uśmiechnęła się blado. — Bóg jeden wie, jak chętnie przespałabym egzaminy…— Naprawdę uważasz, że to sprawka jakiegoś ucznia? — spytała Marta, w myślach wędrując do oczywistej osoby.— A kto? Chyba nie któryś z profesorów?— Cóż… To niewykluczone, ale chyba żaden z nich nie żywi aż tak nienawistnych poglądów wobec mugolaków…— Jeśli ktokolwiek z nich je żywi, byłaby to Merrythought.Marta z cierpką miną pokiwała głową. Komentarz Donny należał do trafnych; do najbardziej progresywnych profesorów w Hogwarcie zaliczał się Dumbledore, a do najmniej bez dwóch zdań Merrythought. Mimo że stanowisko opiekuna Slytherinu zajmował Slughorn, to ona pozwalała Ślizgonom na najwięcej, nie wspominając o nieustannym przymykaniu oka na ich wybryki, czego najlepszy przykład stanowił Abraxas rzucający na Olivię czarnomagiczne zaklęcie podczas lekcji. Czarna magia była w Hogwarcie zakazana, a jednak nie spotkały go żadne konsekwencje, obyło się też bez reprymendy słownej.— A może to ktoś spoza Hogwartu? — podsunęła Donna. — Alfred wspominał, że są tajne przejścia, które prowadzą poza zamek. Nigdy mi żadnego z nich nie pokazał, ale…— Kto wie, to też możliwe. — Ciałem Marty wzruszył dreszcz, gdy uderzył w nie silny podmuch wiatru, odrzucając ich włosy za ramiona. — Powinnyśmy wracać. Jesteś boso! Nie jest ci zimno?— Co jak co, ale posiadanie ochronnej warstwy tłuszczyku ma swoje zalety.Już w lepszej atmosferze zeszły z powrotem do pokoju wspólnego, gdzie nie znalazły ani jednego wolnego miejsca. Donna oparła się o tył kanapy na której wyciągnął się drzemiący z otwartymi ustami Bagshot, a Marta rozejrzała się wkoło. Niedaleko nich stała osamotniona dziewczynka, trzymająca się na uboczu głośnej grupy pierwszorocznych chłopaków, blada niczym duch i przytłoczona.Zachęcona gestem, niepewnie zbliżyła się do dziewczyn.— Chcę do domu — powiedziała tak cicho, że jej cienki głosik niemal zginął pośród gwaru rozmów. Spuściła głowę, zawstydzona. — Do mamy.— Spokojnie, wszystko będzie dobrze. — Marta kucnęła obok niej, łapiąc ją za ręce. — Jak ci na imię?— Ruby…— Ruby, tutaj nic nam nie grozi — zapewniła ją, gestem wskazując otaczających ich uczniów. Przybrała dobrą minę do złej gry. — Widzisz? Nikt się niczym nie przejmuje.— Niektórzy nawet dobrze się bawią — wtrąciła Donna, kładąc dłonie na jej drobnych ramionach.— No właśnie.— I tak chcę do domu. — Ruby smętnie pociągnęła nosem, ocierając mokre policzki. — Moja jedyna koleżanka od początku roku leży w skrzydle szpitalnym. Nikt inny mnie nie lubi…Donna i Marta spojrzały po sobie, zanim ich uwagę przyciągnęły otwierające się drzwi. Astra wkroczyła do pokoju wspólnego razem z dwójką prefektów z piątego roku, w garści trzymając grubą rolkę pergaminu. Machnięciem różdżki położyła kres rozgrywającej się pod jej nogami rundzie gargulków, a następnie stanęła na wyczarowanym naprędce schodku.— W związku z najnowszym przypadkiem spetryfikowania, dyrektor Dippet wprowadził nowe środki bezpieczeństwa — ogłosiła, pobieżnie przesuwając wzrokiem po rozprostowanym pergaminie. — W najbliższym czasie uczniowie będą odprowadzani przez prefektów na posiłki i zajęcia w trzech grupach, a następnie eskortowani z powrotem do pokojów wspólnych. Samodzielne poruszanie się po korytarzach jest surowo zabronione, a z kolei dzisiejsze wyjście do Hogsmeade, jak już niektórzy z was wiedzą, zostało odwołane.— A co z biblioteką? — zawołał okularnik o lisiej twarzy. — Jak mamy odrabiać zadania domowe, jeśli nie możemy wychodzić z pokojów wspólnych?— Jestem pewna, że jakoś temu zaradzimy…— Co z biblioteką! — prychnęła z niedowierzaniem Olivia, która stała oparta o ścianę niedaleko wejścia do dormitoriów. — Lepiej niech nam powiedzą, kogo tym razem spetryfikowano i co dyrekcja zamierza z tym zrobić!Rzadko się im to zdarzało, ale Marta i Donna dołączyły do szmeru gorliwego przytakiwania, przetaczającego się przez cały pokój wspólny. Uczniowie patrzyli po sobie, zgodnie kiwając głowami, a nastepnie zaczęli zasypywać Astrę pytaniami.— Spokojnie, spokojnie! — Zmarszczyła nos jak zawsze, kiedy coś szło nie po jej myśli. — To nie wszystko. Dyrektor zarządził również, że całą niedzielę spędzimy w Wielkiej Sali. Macie pół godziny na ubranie się i…— Mamy być zamknięci w Wielkiej Sali? — spytał Bagshot i usiadł na kanapie, przeciągając się po drzemce. — Po co? Dlaczego?Astra zacisnęła cierpko usta.— Na to pytanie nie mogę odpowiedzieć…— Och, przestań — burknęła Olivia. — Przecież do południa i tak się to rozniesie.— Być może masz rację, ale nie ja nie przyłożę do tego ręki — uparła się Astra. — Jak mówiłam, za pół godziny zbiórka pod wyjściem. Zabierzcie tylko najpotrzebniejsze rzeczy!— Chryste, co to ma być? — Donna nachyliła się ku Marcie, z niepokojem zerkając na trzęsącą się ze strachu Ruby. — Co z nią zrobimy?— Do mamy!— Sama nie wiem — odparła Marta. — Chyba powinnyśmy ją zabrać do Beery’ego.— Powodzenia. Ja idę się przebrać.Donna dołączyła do Olivii w drodze z powrotem do dormitoriów, a Marta z westchnieniem złapała Ruby za rączkę i poprowadziła ją do Astry, która przyciszonym głosem sprzeczała się z Bagshotem.— Beery jest w swoim gabinecie? — wtrąciła Marta, gdy Philipius nabierał głębokiego wdechu przed kontynuowaniem swojej tyrady.— Tak, jest, ale nie możesz iść do niego sama — odparła Astra, trzymając dłoń przed twarzą zaczerwienionego Bagshota. Zwróciła się do niego gniewnym półszeptem: — Na brodę Merlina, dowiesz się w swoim czasie!— Daj spokój, Greengrass! — kontynuował z policzkami zaróżowionymi z gniewu. — Tylko ty i ten niedorobiony prefekt Hufflepuffu trzymacie język za zębami, Longbottom już na pewno powiedział wszystko Gryfonom, a Riddle…— Alfred na pewno zachowa dyskrecję, rano też nic nie chciał nam powiedzieć — wtrąciła poirytowana Marta.— Nikt cię nie pytał, Warren.— Dość! — syknęła Astra. — Spadaj, Bagshot, bo doniosę na ciebie Beery’emu. A ty — zwróciła się już milszym głosem do małej Ruby — dlaczego chcesz go zobaczyć? O co chodzi?— Bo chcę do domu! Nie chcę tu już dłużej być! Chcę do normalnej szkoły!Astra wpatrywała się w nią bez słowa, zszokowana. Potrzebowała porządnej chwili, żeby zrozumieć, co miała na myśli przez słowo „normalnej”.— Wierz mi, że nawet teraz Hogwart jest bezpieczniejszy niż jakakolwiek mugolska szkoła, biorąc pod uwagę toczącą się wojnę…— Nie interesuje mnie to! — Ruby tupnęła nóżką. Jej wcześniejszy strach przekuł się w tak imponującą jak na jej gabaryty wściekłość, że Bagshot zamknął usta, a kilka osób obejrzało się na nią z zaciekawieniem. — Chcę do domu, już!Astra wydawała się bliska ustąpienia, lecz gdy tylko stało się jasnym, że zamierza wyprowadzić Ruby z pokoju wspólnego, chmara uczniów ruszyła w stronę wyjścia, mówiąc coś na przemian o śniadaniu, bibliotece i zadaniach domowych.— Stać! — krzyknęła Astra, przywołując ich do porządku ostrzegawczym Depulso , przez które każdy nadgorliwiec jak jeden mąż cofnął się o krok. — Na brodę Merlina, naprawdę zamierzacie nadstawiać karku dla jedzenia?!— Ja ją wezmę — zaoferowała Marta, łapiąc Ruby za dłoń. — Za pięć minut będę z powrotem, obiecuję.— Dobrze, dziękuję, ale błagam, nie idź nigdzie indziej!— Jasne.Niedługo później Marta stała u podnóży krętych, drewnianych schodów prowadzących do wieży Ravenclawu. Zapukała do gabinetu profesora Beery’ego, nerwowo przestępując z nogi na nogę i rozglądając się po nienaturalnie wyludnionym, uderzającym ciszą korytarzu. Postacie z portretów wędrowały między ramami niczym myszki, wymieniając się nowymi informacjami.— Panna Warren — przywitał ją gburowatym tonem Beery, wystawiając porośniętą marnymi kępkami włosów głowę za próg, żeby popatrzeć w obie strony. — Odłączyłyście się od grupy? Gdzie prefekci?— Ruby chce wrócić do domu.— Do domu? — zdumiał się tak efektownie, jakby w życiu nie słyszał bardziej niedorzecznego pomysłu. — A w jakim to celu? Wizyty rodzinne muszą być ustalane z zastępcą dyrektora, panno, ech, panno Smith?— Mam na nazwisko Squire! — poprawiła go Ruby, przeciskając się między jego nogami a framugą do wnętrza gabinetu.— Ach, no tak, tak, oczywiście, panno Squire… — wybełkotał skonsternowany Beery. — No dobrze, nie widzę przeciwwskazań, żeby w drodze wyjątku przystać na tę prośbę, tak, tak, sytuacja jest dość nietypowa… Panno Warren, proszę wejść do środka i zamknąć za sobą drzwi, zaraz będziemy z powrotem i odeskortuję was do Wielkiej Sali…Zniknęli w zielonych płomieniach kominka, zostawiając Martę samą. Wykonała polecenie, a nawet dla uspokojenia rozbieganych myśli przekręciła klucz w zamku, zanim zaczęła chodzić z kąta w kąt.— No, już, załatwione! — Beery wyskoczył z kominka. Kaszlnąwszy, otrzepał szatę z popiołu. — Idziemy!— A gdzie Ruby, profesorze?— Och, panna Smith zostaje u rodziców! — Miną dał do zrozumienia, co o tym wszystkim sądził. — W mojej opinii jest to jedno wielkie głupstwo, ale nie dali sobie przemówić do rozumu. Niestety tak już jest z mugolskimi rodzinami, rozumiem, że wizja spetryfikowanego dziecka jest dla nich obca i przerażająca, ale w gruncie rzeczy przecież tak naprawdę nic tym uczniom nie jest! Przygotujemy z panią Goldie eliksir z mandragor i wszystko wróci do normy! — Gdy skończył ze wzburzeniem potrząsać głową, przylizał kępki brunatno-siwych włosów. — No, już już, nie ma czasu do stracenia, później załatwię całą papierologię. Jestem potrzebny dyrektorowi Dippetowi!Niemal wygonił ją z gabinetu, który zamknął roztargnionym machnięciem różdżki. W drodze do Wielkiej Sali ukrócał w zarodku wszystkie jej próby wypytania, co się stało, zamiast tego z pasją opowiadając o swoich planach na wystawienie Fontanny Szczęśliwego Losu.— Och, w sam raz! — ucieszył się, gdy podczas schodzenia ze schodów w oddali dostrzegł korowód uczniów. — Dołącz do nich, proszę, a ja…Marta przestała go słuchać, a choć w pierwszej chwili przyśpieszyła, zamarła w miejscu, rozpoznając zielono-srebrne akcenty szat.— Są dość daleko, profesorze…— Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi, Riddle! — zawołał na bezdechu Beery. Najwyraźniej sama przeprowadzona przyśpieszonym krokiem wędrówka wystarczała, aby przyprawić go o rumieńce zmęczenia. — Bądź tak miły i zabierz ze sobą pannę Warren.Riddle, który pilnował końca korowodu, zatrzymał się. Przytaknął pozbawionym wyrazu głosem, z wsuniętymi w kieszenie dłońmi czekając, aż Marta go dogoni. Z grymasem na twarzy odprowadził spojrzeniem Beery’ego, oddychającego jeszcze ciężej podczas powrotnej wspinaczki w kierunku gabinetu dyrektora.— Warren — odezwał się karcącym tonem — możesz mi wyjaśnić, dlaczego nie jesteś z resztą Krukonów? Czy ty w ogóle potrafisz wykonywać najprostsze polecenia?— Brzmisz jak zdarta płyta, daruj sobie — odburknęła. Przeczucie tchnęło ją do obejrzenia się przez ramię, gdzie na jednej ze zlatujących zaczarowanych kondygnacji schodów dostrzegła rzeszę Gryfonów, na których czele stała znajoma, szeroka w barkach sylwetka. — Idź, poczekam na Al…— Słyszałaś swojego opiekuna domu.— Ale…— Naprawdę myślisz, że to podlega dyskusji, Warren? Rusz się.— Wiesz co — powiedziała, mimo uparcia posłusznie dotrzymując mu kroku — zachowujesz się gorzej niż rozwydrzone dzieciaki. Czy poniósłbyś jakieś druzgoczące koszta, gdybyś był trochę milszy?— To niesamowite, że ktoś o tak niskim polocie potrafi żyć złudzeniami na temat własnej inteligencji — prychnął, nabierając tempa. Końcówka korowodu Ślizgonów powoli zbliżała się do rozwartych wrót Wielkiej Sali. — Czy ostatnie dwa tygodnie niczego cię nie nauczyły, Warren? Naprawdę nie przyszło ci do głowy, że być może najpierw musisz zasłużyć na zaszczyt bycia traktowaną tak, jak sobie tego życzysz?— Każdemu należy się podstawowy szacunek, Riddle.— Szacunek to przywilej, a nie prawo. Gdybyś była tak mądra, za jaką się uważasz, już dawno zrozumiałabyś, że twoje szanse na zdobycie mojego szacunku są znikome. Powinnaś zadowolić się robieniem tego, co ci każę, żeby zasłużyć na moje dobre słowo.— Słyszałeś o pojęciu megalomanii? — zapytała, lecz poza krzywym, stanowiącym niemą groźbę spojrzeniem została zignorowana. Przeczuwała, że kontynuowanie tego tematu nie przyniosłoby jej niczego dobrego. — Masz może coś wspólnego z tym, co się właśnie dzieje?— Być może powinnaś rozważyć wizytę w skrzydle szpitalnym — powiedział, wyzuty z emocji. — Choć niewiele po tobie oczekuję, Warren, tak zaawansowane upośledzenie intelektualne może być spowodowane urazem mózgu.Marta przełknęła soczystą obelgę, w duchu przypominając sobie o przymusie okludowania umysłu. Gdyby robiła to od rana, utrzymywanie spokoju przyszłoby jej znacznie łatwiej niż obecnie.— To może chociaż mi powiesz, po co przeszukują szkołę?Riddle uśmiechnął się tak, jak zawsze, lecz po wczorajszych wydarzeniach w hangarze ten grymas bardziej przypominał Marcie obnarzenie zębów.— Ten stary idiota, Dippet, myśli, że gdzieś w Hogwarcie czai się mityczny potwór — odparł zastanawiająco pogodnie, zadzierając głowę w wyrazie wyższości. — Nie mogę się doczekać, aż zobaczę tę bandę pomyleńców ganiającą od komnaty do komnaty za czymś, czego nie mają szans znaleźć.— Skąd ta pewność, że nie mają szans? — mruknęła, przystając razem z nim w wejściu do Wielkiej Sali. Ślizgoni potężną falą oblegli należący do nich stół.— A co, czyżbyś widziała gdzieś potwora, Warren?— Potwora, nie wiem… ale coś widziałam.Zmarszczył brwi, pierwszy raz przyglądając się jej ze szczerym zainteresowaniem. Na widok pojawiających się półmisków z potrawami oraz mieszaniny apetycznych zapachów zamierzała ulec burczącemu żołądkowi, lecz Riddle zagrodził jej drogę.— Jak to możliwe? — zapytał. — Co dokładnie widziałaś?— Wszystko w porządku, Marto? — usłyszała za sobą głos Alfreda.— W jak najlepszym, Longbottom.— Nie mówiłem do ciebie. — Alfred stanął u jej boku, imponując jej tym, jak bez mrugnięcia wytrzymał miażdżące spojrzenie Riddle’a. — Chodź, jestem ciekaw, skąd się tu wzięłaś, skoro Krukoni idą za nami.Złapał ją delikatnie za łokieć i poprowadził w bok. Gdy obejrzała się przez ramię, gdzieś ponad dziesiątką głów wlewających się do sali Gryfonów dostrzegła loki oddalającego się Riddle’a.— Więc?— To długa historia — odparła, a gdy Alfred przybrał wyczekującą minę, wyjaśniła: — Szłam na dół z Beerym, ale śpieszyło mu się do Dippeta i akurat napatoczyli się Ślizgoni, więc kazał mi do nich dołączyć.— A o czym rozmawiałaś z Riddle’em?— A co? — spytała ze skonsternowaniem. Mimo że była mu wdzięczna za wyratowanie jej z tamtej sytuacji, nie spodobał się jej niemal podejrzliwy ton, w jakim zadał to pytanie. — Czy to zbrodnia rozmawiać ze Ślizgonem?— Nie, oczywiście, że nie — zreflektował się, prawie jakby zaskoczyła go własna reakcja. — Po prostu… Nie wiem, po prostu znam go trochę lepiej niż ty i wiem, że potrafi być natrętny. Odniosłem wrażenie, że chciałaś odejść, a on ci na to nie pozwolił. Chciał coś od ciebie? Czy się mylę?Marta miała ochotę zaśmiać się ponuro.— Ach, wiesz, jaki on jest — odmruknęła wymijająco, machnąwszy ręką. — Nie potrafi pogodzić się z przegraniem dyskusji o tej idiotycznej publikacji Emeretta Picardy’ego, pamiętasz, z tamtej lekcji obrony przed czarną magią.— Aha. — Nieprzenikniona mina Alfreda nie stanowiła żadnej podpowiedzi, czy wierzył w jej słowa. W zamyśleniu potarł brodę. — No dobrze… Gdyby cię zaczepiał, daj mi znać.— Jasne.Marta odprowadziła go spojrzeniem, gdy wrócił do nadzorowania ogonka gryfońskiego korowodu, a następnie zebrał resztę podlegających pod niego prefektów i zamienił kilka słów z profesorem Dumbledore’em. Zajęła miejsce zdala od rozochoconych, rzucających się na jedzenie krukońskich pierwszoroczniaków, w trakcie nakładania owsianki do miski bez dwóch zdań czując koncentrujące się na niej widmowe promienie nienawiści. Nigdzie nie dostrzegła Olivii ani zieleniejącej z zazdrości Donny, więc zasłoniła się leżącym nieopodal Prorokiem Codziennym i dyskretnie przeskanowała powoli wypełniające się uczniami wnętrze.Po drugiej stronie komnaty Riddle z uprzejmą miną niewiniątka kontynuował rozmowę z profesorem Slughornem, nie zdając sobie sprawy z istnienia coraz bardziej zdezorientowanej Marty. Obserwowała go jeszcze przez chwilę, chcąc się upewnić, czy aby na pewno nic jej z jego strony nie groziło. Dopiero gdy uspokojona zamierzała wrócić do jedzenia, zauważyła wpatrującego się w nią bez mrugnięcia Abraxasa.— Tu jesteś! — Donna opadła na ławkę obok niej, przysuwając bliżej talerzyk z masłem. Nasmarowała nim hojnie bułkę, zaglądając po serach i szynkach. — I co, dowiedziałaś się czegoś od Beery’ego?— Tak — odparła Marta, poruszając się niespokojnie. Gdyby mogła zmienić dowolny drobny detal w przeszłości, nie dopuściłaby do tego, żeby Abraxas wszedł w posiadanie kryształowej kuli. — Podobno planuje zbudować obracającą się scenę…— Tak myślałam, że nie puści pary z ust — odmruknęła Donna i oblizała koniuszek palca. — Astra milczy jak zaklęta, a z Alfredem jeszcze nie rozmawiałam, był zajęty odpędzaniem się od Bagshota.Marta postanowiła zatrzymać dla siebie to, co powiedział Riddle. Wróciła w myślach do widoku ciemnozielonego pancerza z łusek, który widziała przez dziurkę od klucza w łazience prefektów. Czy naprawdę tamtego wieczora znajdowała się tak blisko grasującego po Hogwarcie potwora…?— Jak myślisz, co przekonałoby Alfreda do powiedzenia nam czegoś więcej, co? — kontynuowała Donna, gdy wchłonęła już jedną bułkę i przygotowywała sobie drugą. — Jaki pożytek mam z chłopaka prefekta, jeśli niczego ciekawego się od niego nie dowiaduję?— To chyba dobrze, że podchodzi na poważnie do powierzonych mu obowiązków?— Och, przestań. Przecież to nic takiego, sama doskonale wiesz, że do południa plotki się rozniosą, a z nimi nigdy nie wiadomo, ile w nich prawdy… — Nalała im herbaty do filiżanek. — Byłaś jeszcze w pokoju wspólnym, jak Astra mówiła, że może spędzimy tu noc?— Co takiego? Tutaj? Niby gdzie, na stołach?Donna parsknęła śmiechem.— No, myślę, że się ich pozbędą! Nie wiem, o co chodzi i dlaczego nie możemy wrócić do dormitoriów, ale w sumie nie mam nic przeciwko. Będzie fajnie! Powygłupiamy się, poopowiadamy straszne historie i — zniżyła głos do szeptu — może nikt nie zauważy, jak wślizgnę się Alfredowi do śpiwora.— Donna!— No co? To byłaby nasza pierwsza noc razem — zachichotała, rumieniąc się jak mała dziewczynka. Wywróciła oczami na widok zatrwożonej miny Marty. — Och, nie bądź już taka nudna. Nasza pierwsza noc, którą grzecznie razem prześpimy, zadowolona?— Czy ty sugerujesz, że…? Że wy już…?— Tak, pierwszy raz w wakacje.
Pierwszy raz!
— Och.— A co, jesteś ciekawa? — spytała Donna, przeżuwając bułkę. — Jak to jest?— Yyy… Nie nie, po prostu się tego nie spodziewałam…— Jest trochę dziwnie — przyznała, zamyślona. — Nie jestem pewna, czy to w ogóle lubię.Marta wpatrywała się w nią, zszokowana po sam rdzeń jestestwa. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała, a już tym bardziej nie po Donnie, która sprawiała wrażenie skorej do podejmowania się najznamienitszych czynności . Gdy odnalazła w tłumie Gryfonów Alfreda, coś dźgnęło ją prosto w serce.— Jak to… dziwnie?— No, po prostu. Nie zrozum mnie źle, podoba mi się wszystko, co jest najpierw, no wiesz, pocałunki, przytulanie, dotykanie się… ale potem, hmm… — Poświęciła chwilę na kontemplację, popijając herbatę. — Alfred chyba za bardzo nie wie, co robić, rozumiesz? Chciałabym, żeby był trochę bardziej zdecydowany, stanowczy, ale on jest taki… miły. Pyta o wszystko. Czy tak może być, czy nie, czy chcę inaczej.— A-aha…— A potem mnie pyta, czego chcę. — Donna pochyliła się w jej stronę, raz jeszcze ściszając głos do szeptu. — A ja mu mówię, że chcę, żeby on chciał, mocno chciał! A on mówi, że przecież chce! Ale Jezu, czy on naprawdę nie rozumie, o co mi chodzi?— Ee, no, ja też nie za bardzo rozumiem…— Och, Marto! Nie chcę, żeby marnował czas na pytania, tylko żeby po prostu, no wiesz… złapał mnie i…— Donna!— No co? Chcę pasji! Chcę, żeby chciał mnie tak bardzo, że po prostu robi wszystko, na co ma ochotę! Ale może mu się aż tak nie podobam, nie wiem.Marta milczała, rozglądając się wokoło po części jakby w poszukiwaniu ratunku, po części w niedowierzaniu. Poznawanie informacji na temat zachowania Alfreda podczas intymnych zbliżeń to ostatnia rzecz, o której chciała się dowiadywać z trzeciej ręki, lecz równocześnie nie potrafiła się nadziwić, że nie zauważyła w nim żadnej zmiany. Może przeżycie pierwszego razu wcale nie było aż tak przełomowe, jak sądziła?Jeśli to prawda, jak wielu uczniów miało to już za sobą, podczas gdy ona nawet się nie całowała?Ta myśl zmroziła ją do szpiku kości. Na racjonalnym poziomie wiedziała, że nie powinna się sugerować doświadczeniami rówieśników, ale jednak…O Boże przenajświętszy! Alfred był już taki doświadczony, nie tylko wyprawiał nie wiadomo co z Donną, ale i najwyraźniej regularnie z nią to robił, a Marta miała go pocałować podczas przedstawienia? Owszem, najpewniej będzie to proste cmoknięcie w usta, ale co jeśli zrobi to jakoś źle? Co on sobie o niej pomyśli? Czy w ogóle da się źle albo dobrze kogoś cmoknąć? A może powinna zrezygnować z roli, oddać ją Olivii, Donnie?— A chcesz wiedzieć, jakie to uczucie? — zagadnęła Donna, odkładając pustą filiżankę.— Odnoszę wrażenie, że chcesz się tym podzielić bardziej, niż ja chcę to usłyszeć.Donna rozchichrała się niczym dziecko przyłapane
przed obiadem
na wykradaniu ciasteczek ze słoika.— Ale nie powiedziałaś „nie” — zauważyła przebiegle. — To naturalne, że interesują cię te sprawy! Nie musisz się tego wstydzić, a poza tym…— Donna — skarciła ją Marta. — Jesteśmy w Wielkiej Sali, otoczone przez setki uczniów. Czy naprawdę uważasz, że opowiadanie o takich rzeczach jest na miejscu? — Porwała bułkę, chociaż nie miała na nią ochoty, i posmarowała ją masłem dla ukrycia drżenia rąk. — Wcale mnie to nie interesuje. Dowiem się w swoim czasie, dziękuję.— Mhm, w tym tempie to pewnie przed trzydziestką.— Nie obrażaj się na mnie za to, że uprzejmie wskazałam ci twój brak dobrego wychowania.— Wiesz co? — Donna oskarżycielsko wymierzyła w nią skórką obieranej pomarańczy. — Znacznie bardziej wolałam tę wcześniejszą Martę. Jasne, chyba musiałaś mieć jakiś potężny zespół napięcia przedmiesiączkowego, bo ostatnio wkurzałaś się o byle pierdołę, ale przynajmniej nie zachowywałaś się jak podstarzała zakonnica.Marta poczerwieniała, po części ze złości na Riddle’a (o czym rozmawiał z Donną lub czego wysłuchiwał?!), po części ze wstydu. Donna nie przejmowała się tak trywialnymi dla niej rzeczami jak ściszenie głosu podczas mówienia o kłopotliwych sprawach, wręcz przeciwnie: w emocjach go podnosiła, co skutkowało tym, że kilku chłopaków o zszokowanych i zniesmaczonych minach odwróciło głowy w ich stronę.— Po prostu uważam — wyszeptała surowo Marta — że może najpierw powinnaś zapytać Alfreda, czy sobie życzy, żeby postronne
osoby wiedziały o tak intymnych aspektach jego życia prywatnego.— Och, nie udawaj, że nie chciałabyś wiedzieć wszystkiego o intymnych aspektach Alfreda.— Przyjaźnimy się! — odpowiedziała nieco zbyt szybko.— Jasne, oczywiście!Donna oddaliła się od stołu, a ściskana przez nią w garści pomarańcza trysnęła sokiem, roztaczając wokół cytrusowy aromat. Marta też miała ochotę zerwać się z miejsca i wymaszerować z Wielkiej Sali, żeby zaszyć się w zacisznym, wyludnionym kąciku biblioteki, niestety pozbawione krztyny logiki działania dyrekcji jej to uniemożliwiały. Żywiła szczerą nadzieję, że przeszukiwanie szkoły zajmie im czas co najwyżej do wieczora, dzięki czemu noc mogłaby spędzić w swoim tak wytęsknionym łóżku, a nie tutaj, na ziemi, zapatulona w nieprzyjemnie śliski śpiwór.Gdy sprzeczki dotyczyły Alfreda, zawsze robiła wszystko, żeby niepotrzebnie nie zaogniać konfliktu, lecz aktualnie nie stanowiło to dla niej żadnej motywacji. Zresztą, co miała tu robić? Przez odprowadzenie Ruby do gabinetu profesora Beery’ego straciła swoje pół godziny na zebranie najpotrzebniejszych rzeczy (nie miała też ochoty być pierwszym śmiałkiem, który odważy się na rzucanie Accio ), a Donna uczepiła się Astry, więc Marcie nie pozostawało nic niż dokończenie śniadania i dołączenie do Alfreda.Mimo że był skupiony na jak najszybszym pochłanianiu jedzenia, jakby spodziewał się lada chwila otrzymać dalsze instrukcje, wyczuł zbliżającą się do niego Martę. Przesunął się na ławce, robiąc jej miejsce, i bez pytania nie tylko nalał jej herbaty, ale i dodał do niego perfekcyjną ilość mleka oraz kostkę cukru.— Dziękuję — bąknęła. Na szczęście siła chłopięcego głodu pchnęła go z powrotem do zajęcia się swoim talerzem, dzięki czemu nie zauważył jej zakłopotania. Na miłość Boską, jeszcze chwilę temu słuchała, czego dopuszczał się z Donną! — Czy to prawda, że Dippet myśli, że w Hogwarcie grasuje jakiś potwór?Uzbrojona w widelec ręka Alfreda zatrzymała się w połowie drogi do ust. Odchrząknął, brwi drgnęły mu na widok poczerwieniałych policzków Marty, lecz pozostawił je bez komentarza.— A od kogo coś takiego słyszałaś?— Czy to ważne? Po prostu słyszałam.— Astra na pewno nic nie powiedziała — zauważył zdawkowo — a z tego co widzę, jesteś pierwszą osobą, która wpadła na szukanie informacji u innych domów. Riddle, tak? Który inny prefekt zlekceważyłby tak pozbawione miejsca na interpretację polecenie dyrektora?— Co ty się na niego tak uparłeś?— A co ty właściwie z nim robisz? — Dolał sobie dyniowego soku, z jawną premedytacją nie patrząc ani na Martę, ani na Riddle’a, na którego z tego miejsca miał wręcz idealne warunki widokowe. — Najwyraźniej wcześniej kłamałaś.— Alfred, przestań — zmieszała się. — Gdyby nie Donna, to bym pomyślała, że…— Że?— Nieważne.Gdy tak przyglądał się jej bez mrugnięcia, intensywnie i niemal jakby wyzywająco, poczuła, jak przy nim truchleje. Doskonale wiedziała, że nic w jego zachowaniu nie miało służyć zastraszeniu jej, lecz znajomość z Riddle’em i spędzenie dwóch tygodni w jego ciele wyczuliły ją na konflikty z chłopakami.Alfred zauważył tę zmianę. Zdjął łokcie z blatu, dzięki czemu przestał zajmować wizualnie aż tyle przestrzeni, a następnie przybrał o wiele bardziej przychylną minę.— Gdyby nie Donna, to co? — zapytał tym razem ze szczerym, lecz zarazem nieśmiałym zaciekawieniem. Jego lekko rozszerzone, wypełnione wyczekiwaniem zielone oczy nie pozostawiały wątpliwości, że zależało mu na odpowiedzi.— Jak mówiłam, nieważne. Mój komentarz byłby nie na miejscu.— Dobrze. — Mimo że pociągnął kilka długich łyków soku dyniowego, Marta zdążyła dostrzec formujący się na jego twarzy grymas rozczarowania. — Wiem, że to nie mój interes, ale cóż, nie chciałbym, żeby… — Potarł czoło, zaciskając powieki. — Ech, nie wiem, jak to ująć, wcześniej ewidentnie mi to nie wychodziło… Po prostu Riddle to nie jest chłopak dla ciebie, okej? Sprawia dobre wrażenie, potrafi być czarujący, kiedy chce, ale to nie jest szczere… Zresztą, na pewno sama wiesz, że chłopacy jego pokroju nie interesują się dziewczynami takimi jak ty, nie na poważnie.— Wow — wymamrotała, niezdolna, aby nie wziąć sobie do serca ostatniego komentarza. Być może gdyby wcześniej nie zadręczała się brakiem doświadczenia, uznałaby wypowiedź Alfreda za słabo ubraną w słowa.— Wiesz, że nie to miałem na myśli. — Złapał ją za dłoń, gdy przymierzała się do wstania od stołu. — Po prostu nie chcę, żeby ktoś cię skrzywdził, okej? Riddle, Bagshot i im podobni traktują dziewczyny przedmiotowo, bo wiedzą, że mogą mieć każdą.— Dziękuję ci za troskę — odparła chłodno — ale lepiej będzie, jeśli zmienimy temat.— No proszę, nie obrażaj się…— A jak ty byś się poczuł na moim miejscu? Właśnie mój najlepszy przyjaciel zasugerował, że jestem niedostatecznie bystra, żeby zdawać sobie sprawę z gierek niepełnosprytnego Bagshota!Mimo oburzenia, poczuła wewnętrzny sprzeciw na myśl o wrzuceniu Riddle’a do jednego worka z tym przygłupem. Owszem, obaj byli obdarzeni nieprzyzwoitą wręcz urodą, ale tylko jeden z nich marnował czas na wykorzystywanie kochliwych, naiwnych dziewczyn.— Jesteś najbystrzejszą osobą, jaką znam — powiedział szczerze Alfred, patrząc gdzieś ponad Martą, i niechętnie puścił jej rękę.— O czym rozmawiacie? — zagadnęła z udawaną słodyczą Donna, wciskając się na ławkę między nimi.— O przeszukiwaniu zamku — odparł z nutą poirytowania, na którą zwróciła uwagę wyłącznie Marta.— Co, po co? Przeszukują zamek? Dlaczego? — wyrzuciła z siebie błyskawicznie Donna. — Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?Sposób, w jaki wypowiedziała ostatnie zdanie, nie pozostawiał wątpliwości, że tak naprawdę na końcu języka miała: „Dlaczego powiedziałeś jej, a nie mnie?”— Marta gdzieś to podsłyszała — wyjaśnił. — Ale nie zamierzam tego ani potwierdzić, ani temu zaprzeczyć. Jakkolwiek to zabrzmi, moja aplikacja do Działu Aurorów się wyróżni, jeśli w trakcie kryzysu udowodnię, że potrafię zachować dyskrecję i że można na mnie polegać. Dumbledore obiecał, że wspomni o tym w liście.Donna machnęła ręką, mamrocząc cicho „tak tak”.— Jakim liście? — zapytała Marta.— Polecającym — odparł takim tonem, jakby już jej to mówił.— Aach, no tak, oczywiście. Nie wiem, dlaczego tego nie skojarzyłam — zaśmiała się nerwowo, odciągając dłoń od skroni w geście zasygnalizowania, że wypadło jej to z głowy. — To miłe z jego strony.— W przeciwieństwie do Beery’ego jest naprawdę w porządku opiekunem — przytaknął, dopijając resztkę dyniowego soku. — A teraz wybaczcie, ale muszę razem z resztą prefektów zorganizować wam coś do roboty.— Jest niedziela — obruszyła się Donna.— Nie musisz się uczyć, jeśli nie chcesz — odparł, wstając — ale Dumbledore chciał, żeby chętni mieli do tego możliwość. Pogadamy później.Wraz ze zniknięciem Alfreda, Donna ulotniła się w ułamku sekundy. Chociaż Marcie nie przeszkadzała wizja nadrobienia zaległości i zajęcia się zadaniami domowymi, nie potrafiła nie zauważyć, że większość uczniów wybrała zbicie się w rozprawiające z przejęciem grupki. Teraz, gdy Astra wsiąknęła w obowiązki prefektów, a Donna się obraziła, Marta tak naprawdę nie miała do kogo otworzyć ust. Wyobraziła sobie, jak na siłę próbuje się dołączyć do innych znajomych z roku. Niezręczność tej wizji sprawiła, że zakuwanie na historię magii zyskało bardziej nęcących barw.Dopiero ponownie pojawiające się na stole półmiski z potrawami uświadomiły jej, jak długo wisiała nad podręcznikami. Roztarła obolały kark, zjadła obiad i postanowiła rozprostować nogi. Kręciła się bez celu po Wielkiej Sali, czując rosnące zakłopotanie wywołane swoim osamotnieniem, a gdy podczas przystanku pod wysokimi witrażami znajdującymi się za pustym stołem nauczycielskim zauważyła drzwi, postanowiła sprawdzić, co się za nimi znajduje.Bez wątpienia nie było to pomieszczenie przeznaczone dla uczniów, lecz skoro przez Riddle’a jej reputacja została zszargana (wciąż nie potrafiła pogodzić się ze zmarnowaniem piątkowego popołudnia na szlabanie u Merrythought), zamierzała choć na chwilę odpocząć od zgiełku panującego w Wielkiej Sali. Zaklęciem rozpaliła ogień w kamiennym kominku i zasiadła na rzeźbionym fotelu z fioletową tapicerką z miękkiego weluru. Kilka machnięć różdżki później miała już na kolanach „Dumę i uprzedzenie”, niewygodne buty na niskim obcasie samodzielnie zsunęły się z jej stóp i ułożyły równiutko przed medalionowym dywanem, a na stoliku kawowym wylądowała butelka kremowego piwa, przyzwana z „tajnego” schowka Donny.Humor Marty przestał się poprawiać, gdy spostrzegła, że Riddle wyjął zakładkę z miejsca, w którym przerwała czytanie. Wizja przewracania dziesiątek stron w poszukiwaniu tej właściwej zmęczyła ją na tyle, że odłożyła książkę, podciągnęła nogi pod pierś i umościła się wygodnie na fotelu. Niewielka komnata szybko wypełniła się rozleniwiającym ciepłem, przyprawiając ją o nasilającą się, trudną do zignorowania falę senności. Jeśli się jej poszczęści, być może obudzi się wieczorem, w sam raz na moment wypuszczenia ich z tego przeklętego więzienia.Zdjęła więc okulary i rzuciła je na stoliczek, wtulając bok głowy w miękkie oparcie, i uległa słabości. Z płytkiej drzemki raz po raz wyrywał ją trzask trawionych ogniem drewien, dlatego za którymś razem nie zwróciła uwagi na ciche kliknięcie.Na moment wstrzymała oddech, gdy poczuła, jak ktoś odsuwa jej włosy sprzed twarzy. Choć w duchu modliła się, aby to Alfred odkrył jej kryjówkę, wiedziała, że nie zdobyłby się na tak poufały gest. Palec Riddle’a założył jej kosmyk za ucho, a gdy ona czekała, aż się od niej odsunie, on widmowym dotykiem prześledził linię jej szczęki i zaskakująco delikatnym ruchem kciuka wspartego pod jej brodą zmusił ją do podniesienia głowy i spojrzenia mu w oczy.

----- CHAPTER BREAK -----

Wykręciła głowę, uciekając od jego dłoni. Wolała nie zastanawiać się nad powodem, dla którego żywił sobie prawo do dotykania jej bez pytania o pozwolenie, dlatego zrzuciła to niepokojące zachowanie na karb kolejnej nieudanej próby manipulacji, jako że Riddle nie pojawiłby się tutaj, gdyby od niej czegoś nie chciał. Nie zdziwiłaby się, gdyby nadszedł czas na kolejne eksperymenty, nawet jeśli wcześniej zarzekał się, że nie będzie ich przeprowadzał na jej ciele.— Po co mnie budzisz? — wymamrotała, rozeźlona.— Co takiego widziałaś?Po namyśle zorientowała się, że nawiązywał do rozmowy, którą przerwali przez Alfreda pod wrotami wiodącymi do Wielkiej Sali. Dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa, gdy wsparł łokcie o szczyt oparcia jej fotela. Znajdowała się o włos żałowania, że odwrócili zamianę dusz.— Niewiele. Z pewnością zadowolisz się informacją, że zgłosiłam to nauczycielom.Ułamek sekundy za późno zorientowała się, dlaczego z takim uporem wpatrywał się w jej oczy. Poczuła, jak napiera na jej nieochronioną jaźń, lecz tuż przed sforsowaniem wrót niespodziewanie się wycofał.— O czym rozmawialiśmy, kiedy Beery cię do mnie posłał? — spytał, wsuwając dłonie w kieszenie. Ten widok pierwszy raz prawdziwie, boleśnie uświadomił Marcie, że Riddle nie potrzebował różdżki, żeby zastosować na niej Legilimencję. — Jak widzisz, potrafię być miły. Nieczęsto się zdarza, żebym to ja wychodził z inicjatywą. Na twoim miejscu nie zmarnowałbym tak dobrej okazji do poprawienia naszych stosunków.Wyprostował się z nieprzeniknioną miną i obszedł drugi fotel, żeby na nim spocząć. Wyciągnął ręce wzdłuż podłokietników, zakładając nogę na nogę, a Marta z niechęcią pomyślała, że nie musiał wkładać wysiłku w roztaczanie wokół siebie aury władczości. Nie potrzebował też słów, żeby zmusić ją do dotarcia do wniosku, że przekaże mu tę informację, nawet jeśli nie zrobi tego dobrowolnie.— Na samym początku roku poszłam wieczorem do łazienki prefektów — powiedziała z oporem — bo potrzebowałam miejsca, gdzie uwarzę Amortencję w spokoju, z daleka od długiego nochala Olivii. W każdym razie zasiedziałam się tam. Gdybym czegoś nie usłyszała, otworzyłabym drzwi i wyszła prosto na to coś, ale… Cóż, kucnęłam i popatrzyłam przez dziurkę od klucza. Nie wiem, co to było, ale było wielkie, zasłaniało mi cały widok, i pokryte ciemnozielonymi łuskami…Riddle zaśmiał się cicho pod nosem, lecz nie z rozbawieniem, a gorzko, nisko.— A jak zareagowali na to nauczyciele?— A co, powiesz mi, dlaczego zostaliśmy tu zamknięci? Co się stało w nocy?Przybrał tak obojętną minę, jakby uważał, że reakcja dyrekcji była srogo przesadzona, i powiedział:— Wschodni korytarz na piątym piętrze został odgrodzony i zamknięty, ale Slughorn powiedział, że na ścianie, pośród spetryfikowanych postaci z obrazów i kolejnego mugolaka, znaleźli wiadomość.— Wiadomość?Kąciki ust Riddle’a ledwo dostrzegalnie wygięły się ku górze.— „Komnata Tajemnic została otwarta. Wrogowie dziedzica, strzeżcie się.” Zapisano krwią.— Wrogowie dziedzica — powtórzyła szeptem, wstrząśnięta. Krwią . — Komnata Tajemnic…— Nie słyszałaś o niej?— Oczywiście, że słyszałam. Po prostu… Nie spodziewałam się czegoś takiego.Zapadła między nimi cisza przerywana jedynie przez ciche trzaski ognia. Marta wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w rozchybotany taniec płomieni raz na jakiś czas wyrzucających w powietrze rozmigotane iskry. Gdy tylko jej myśli popłynęły w kierunku zadania bezpośredniego pytania profesorowi Dumbledore’owi, Riddle wyjął z kieszeni drobnego, białego węża.— Jak wysokie są szanse na to, że trzaśniesz dziś we mnie jakąś klątwą?Riddle podniósł na nią rozochocone spojrzenie. Nie była do końca pewna, czy lubiła, gdy miał dobry humor.— Szanse są zwiększone przez fakt, że nie odpowiedziałaś na moje pytanie.— Nauczyciele…? Nie sądzę, że się tym przejęli, a przynajmniej nie na poważnie. — Wzruszyła ramionami, nie odrywając wzroku od prześlizgującego się między jego dłońmi węża. — Pewnie myśleli, że to jakiś żart albo że coś mi się przywidziało. Dopiero Komnata Tajemnic im uświadomiła, że to, co się dzieje w Hogwarcie, nie jest problemem, który rozwiąże się samoistnie.— Zatem szanse na oberwanie klątwą są stosunkowo niskie.— Ale nie zerowe — mruknęła, z niewiadomego powodu pokrzepiona jego odpowiedzią. Gdyby obiecał jej bezpieczeństwo, bez dwóch zdań wzięłaby to za wierutne kłamstwo.— Nikt w moim towarzystwie nie ma zerowych szans — stwierdził, pozwalając, aby koniec wąskiego ogona węża zacisnął się wokół jego nadgarstka. Podniósł rękę bliżej twarzy, przyglądając się swoim oplecionym palcom. — Więc?— Wiesz, jakie jest moje pytanie.— Musisz je zadać. Nie ma zabawy bez ryzyka.W kominku strzeliło, a iskry posypały się rozkruszającego się drewna wprost na medalionowy dywan, który dzięki ochronnej magii pozostał nietknięty.— Jesteś dziedzicem Slytherina, Tom?— Wiesz, jaka jest odpowiedź.
— Uśmiechnął się nieobecnie. — Chociaż muszę docenić twoją urzekającą próbę użycia mojego imienia, żeby przemówić do tej bardziej… miłosiernej strony mojej duszy.— Jeśli takową w ogóle posiadasz.— Gdybym posiadał, z pewnością poczułbym się pozytywnie dotknięty. To zabawne, jak przypadki losu doprowadziły nas tutaj, do tej komnaty, kiedy twoim przeznaczeniem ewidentnie było wylądować w skrzydle szpitalnym.Marta ucieszyła się z tego, że od momentu przebudzenia z drzemki powoli, cegiełka po cegiełce stawiała w umyśle oklumencyjny mur. Bez niego z pewnością zdradziłaby, że wie o losie, być może nawet o przeznaczeniu znacznie więcej, niż Riddle mógłby podejrzewać.— Czy jeszcze w nim wyląduję?— Nie, a przynajmniej nie z mojej ręki.— Pocieszające — odparła ironicznie. — Dlaczego mówisz ze mną otwarcie?— Bo nikomu nie powiesz, Marto. Nie doniesiesz na mnie, nie odwrócisz się ode mnie, nie wbijesz mi noża w plecy. — Pogładził palcem grzbiet węża, a coś w tym widoku sprawiło, że Marta zmarszczyła brwi. Nie przypominała sobie, żeby wcześniej widziała, jak okazuje mu jakąkolwiek pieszczotę. — Wiesz, co by cię za to spotkało.— Wiem tyle, że potwór Slytherina, który jest najpewniej bazyliszkiem, grasuje po Hogwarcie w nocy. A ty zakazywałeś mi wychodzić wieczorem poza pokój wspólny.— Być może wreszcie pójdziesz po rozum do głowy i zaczniesz mnie słuchać — odpowiedział, zaciskając pięść wokół węża, który rozpierzchł się w powietrzu w czarnym obłoku dymu. W oczach Riddle’a pojawiła się autorytarność, która nie zwiastowała niczego dobrego. — Nie musisz się obawiać śmierci i spetryfikowania, ale to nie oznacza, że nie ma innych środków na uciszenie cię, na… odseparowanie cię od ludzi, którym chciałabyś wyjawić moje sekrety. Co więcej, znam co najmniej setkę sposobów na to, jak cię ukarać za choćby samotną myśl o odwróceniu się przeciwko mnie.— Dalej nie odpowiedziałeś na moje pytanie — zauważyła, nie widząc innego sposobu na dowiedzenie się czegoś więcej niż bezpośredniość, nawet jeśli mogłaby zostać przez niego zinterpretowana jako drażniąca. — Jestem pewna, że twoi koledzy z dormitorium też by na ciebie nie donieśli, a jednak nie wiedzą, prawda? Jeśli ktoś jest wyjątkiem, będzie to Abraxas.Twarz Riddle’a rozjaśniła się, gdy padło to imię. Jego oczy roziskrzyły się, jakby opowiedziała mu wyśmienity żart.— Pewnie zdziwiłabyś się, gdybym powiedział, że od samego początku miałem największe problemy właśnie z nim ? — Niewiele brakowało, a splunąłby ostatnim słowem. — Doprowadzał mnie do szału. Patrzył na mnie z góry, mimo że od dziecka władałem taką mocą, o jakiej on nie ma nawet szans śnić. Traktował mnie jak przybłędę, jak kundla. Był na tyle mądry, żeby nie rozpowiadać dalej prawdy o miejscu, z którego się wywodzę, ale nie dawał mi o tym zapomnieć. Nawet kiedy odkryłem jego… preferencje, wbite mu do głowy czystokrwiste wartości stały mi na drodze do pełnego owinięcia go sobie wokół palca. Na początku doceniałem wyzwanie, ale im dłużej śmiał uważać się za ważniejszego ode mnie, tym bardziej chciałem zobaczyć, jak zlizuje brud z podeszw moich butów. — Riddle zaśmiał się gardłowo, a oczy spowił mu szkarłatny cień. — Wystarczyło mu udowodnić, że jestem dziedzicem Slytherina, a nagle przestałem być godną pożałowania sierotą, mętem półkrwi. A teraz… powiedzmy, że dogląda językiem stanu nie tylko moich butów, w dodatku robi to z entuzjazmem przewyższającym skrzaty domowe, którym dyryguje w domu.— Riddle — upomniała go zachrypniętym półszeptem, zarumieniona.— Więc nie — kontynuował, jakby nie zabrała głosu — Abraxas nie poznał prawdy dlatego, że jest dla mnie ważny. Jest niczym więcej, a zwolennikiem. On, jego dzieci i jego wnuki będą padać u moich stóp, jak setki tysięcy innych, ale ty…Marta wstrzymała oddech.— Tak, ty — powtórzył, posyłając jej tak czarujący, odurzający uśmiech, że na moment zapomniała, że przyznał się do nasyłania potwora Slytherina na bezbronnych mugolaków. — Ty dziełem przypadku stałaś się inna. Wyróżniłaś się. Nie będę udawał, że jest mi to w smak, że nie wywołałaś tym dla mnie masy komplikacji, ale zarazem, jeśli moje domniemania są prawdziwe, zbliżyłaś mnie o krok do celu, któremu od jakiegoś czasu poświęcam całą swoją energię.— Jakiego… Jakiego celu?— Marto,
co dzieje się, gdy dusza opuszcza ciało?Poruszyła się niespokojnie na fotelu, wygładzając rąbek spódnicy. Od pojawienia się Riddle’a siedziała napięta jak struna, dlatego mięśnie podziękowały jej za tę nieznaczną zmianę pozycji.— Ciało żyje dalej — odpowiedziała, z oporem wracając w myślach do tamtej upiornej lekcji obrony przed czarną magią, gdy profesor Merrythought pokazywała im ruchome zdjęcia więźnia Azkabanu, z którego dementory wyssały duszę. Mniej wstrząsnęły nią wizerunki poddanych lobotomii pacjentów psychiatrycznych.— Ciało żyje dalej, tak… ale co dzieje się z człowiekiem?— Oczekujesz odpowiedzi popartej naukowymi faktami?Uśmiechnął się.— Nie.— Skoro pozbawione duszy ciało dalej żyje, a wszystkie funkcje organizmu pozostają zachowane, wierzę, że… człowiek i tak umiera. Nawet jeśli jego powłoka trwa, on sam umarł. Nie można żyć bez duszy.— Zgadzam się — odparł, pochylając się ku niej nad podłokietnikiem. Nie miała pojęcia, czy mówił szczerze, ale wytrzymywanie intensywności jego spojrzenia należało do jednych z najtrudniejszych rzeczy, z jakimi przyszło się jej zmierzyć w całym życiu. — Zatem musisz się zgodzić, że dwukrotnie doprowadziłaś do naszej krótkotrwałej śmierci.— Nie — wyrzuciła z siebie błyskawicznie.— Ależ tak. Nasze ciała żyły, musiały, żeby dusze znalazły w czymś zaczepienie, ale my sami… umarliśmy na czas tej, z braku lepszego słowa, podróży.— Ale byliśmy w tym czasie świadomi — zauważyła ze wzburzeniem. — To nie pasuje do teorii ze śmiercią. Chyba nie sądzisz, że ofiary pocałunku dementorów zachowują duchową świadomość? To niemożliwe. Nie w tym miejscu.— Masz na myśli Królestwo Boże?Rozdrażnił ją cień uśmieszku igrający w kąciku jego ust, ale skinęła głową.— Królestwo Boże nie istnieje, Marto. Twój Bóg to wymysł ludzi przerażonych śmiercią, a równocześnie zbyt słabych, żeby się jej sprzeciwić. Dusze to nic innego jak materia, która w przeciwieństwie do naszych ciał, po śmierci nie ulega rozkładowi, a zostaje poddana dalszej podróży.— Jeśli coś jest wymysłem, to reinkarnacja — prychnęła defensywnie.— Nie mówię o reinkarnacji, choć jej teoria leży gdzieś niedaleko tego, co mam na myśli.— Nie umarliśmy.— Zatem myślisz, że hogwarckie duchy żyją?— Oczywiście, że nie.— A jednak są świadome.— Riddle, to coś innego. Część ich duszy przeszła dalej, a część utknęła tutaj, z ich własnego wyboru, i teraz jest niezdolna do opuszczenia śmiertelnego świata.Jego mina nie pozostawiała wątpliwości, że posądzał ją o mówienie od rzeczy. W pewnym sensie mogła to przyznać, w końcu nigdy dotąd nie miała możliwości podjęcia się teologicznej dyskusji, w którą uwito czynnik nadnaturalny. Nie potrafiła wytłumaczyć tego, w co wierzyła pełną piersią, całym sercem, a co pozostawało niewytłumaczalne nawet dla niej samej. Na tym polegała wiara: na zaakceptowaniu, że Bóg sprawował pieczę nad każdym, nad całym światem, nawet jeśli ścieżki jego działań pozostawały mistyczne i niezbadane.— Dopóki nie odrzucisz tych czczych mrzonek na temat życia po śmierci, nie będziesz w stanie pojąć tego, o czym mówię. Nie ma Boga, nie ma reinkarnacji, nie ma żadnej innej bajki, jaką opowiadają sobie ludzie, żeby spokojnie zasnąć w nocy. Jest tylko magia. Życie i śmierć. Materia uwięziona gdzieś pomiędzy.— Więc twierdzisz, że wysłałam nas gdzieś pomiędzy. Nadal nie rozumiem, w jaki sposób…— Pomiędzy jest nieistotne. Liczy się tylko to, że nas zabiłaś. — Uciszył ją gestem, gdy otworzyła usta do kontry, i ze zniecierpliwionym westchnieniem przeczesał loki palcami. — Nie jesteś głupia. Wiesz, jaka magia jest związana ze śmiercią. Najczarniejsza.— Zaawansowana czarna magia wymaga premedytacji — odparowała.— Nasza wiedza w tej dziedzinie jest skrajnie wybrakowana i ograniczona, a od pewnego czasu dodatkowo tłamszona przez takich głupców jak Dumbledore. — Wstał z fotela, nie zwracając uwagi na to, jak się wzdrygnęła, i wsparł się przedramieniem o gzyms kominka. — Ta rozmowa służy wyłącznie uświadomieniu ci, że niezależnie od tego, w co chcesz czy nie chcesz wierzyć, dziełem okrutnego przypadku złączyłaś nasze losy w najbardziej nierozerwalny sposób, jaki tylko możesz sobie wyobrazić. Nawet ja myślałem, że to niemożliwe, wszystkie księgi twierdziły inaczej, a jednak…— Riddle. — Marta też podniosła się z fotela i podeszła do niego, wciąż boso. — Chyba nie sugerujesz, że… Nie. To wszystko, co mówiłeś o duszach, ich świadomości… Nie możesz sugerować, że nasze dusze są ze sobą związane?Jego twarz pozostała niewzruszona, a w czarnych oczach lśniła pustka.— A jeśli sugeruję właśnie to?— To niemożliwe.Odetchnął w taki sposób, jakby cały dzień użerał się z upartym dzieckiem.— W wieku jedenastu lat wyrwano cię z tego wybrakowanego, posępnego świata, a ty naprawdę dalej myślisz, że są na tym świecie rzeczy niemożliwe? Dostałaś szansę na śnienie snów, o jakich żaden mugol nie śmiał śnić*, a ty nią wzgardzasz. Zresztą, jak wielu ludzi twojego pokroju.— Wszystko ma swoje limity, Tom.— Limity nie istnieją — prychnął. — Wszystkie ograniczenia, jakie znasz, są fałszywe. To wymysły, które wzięły się ze słabości. Moralność, czystość, etyka. Jedna wielka fikcja.— W takim razie co powstrzymuje cię przed zerwaniem naszego połączenia?Pierwszy raz od początku tej dyskusji spojrzał na nią ze śladem zainteresowania, podczas gdy ona pragnęła móc zatrzymać teraz czas. Pod wyciszającym emocje płaszczem oklumencji ta rozmowa ją przerastała, przerażała. Oddałaby wiele, żeby móc zawiesić Riddle’a w tym momencie, odnaleźć Dumbledore’a i porozmawiać z nim, poprosić go, żeby jej powiedział, że wszystko, co usłyszała, to wierutne kłamstwa.— Naprawdę jesteś niegłupia — przyznał takim tonem, jakby jego wcześniejsze wątpliwej jakości komplementy były jawnym kłamstwem. — Nie tak naiwna, jak się spodziewałem… Cóż, Warren. Nie zamierzam wchodzić w szczegóły, ale przecięcie połączenia wiązałoby się dla mnie z poniesieniem ogromnych kosztów. Dusze… Dłubanie w nich wiąże się z ryzykiem nieproporcjonalnym do chwili rozrywki, jaką przysporzyłoby mi pozbycie się ciebie.— Nie interesują mnie te rzekome koszta, Riddle. Skoro wiesz, jak pozbyć sie tego połączenia, masz to zrobić.— Nawet jeśli byłabyś gotowa umrzeć, tak, umrzeć , nie interesują mnie twoje żądania. Nie wyrządzę sobie nieodwracalnej krzywdy z niczyjego powodu, a już tym bardziej z twojego. — Zmierzył ją lekceważącym spojrzeniem. — Lepiej będzie, jeśli zaczniesz się godzić z nową rzeczywistością już teraz, bo wierz mi, że wszystkie inne, które mogę ci dać, nie będą tak przyjemne jak ta obecna. Co więcej, powinnaś uważać to za zaszczyt.— Zaszczyt? — rzuciła z niedowierzaniem. — Wcale nie uważasz, że jestem inna, nawet jeśli dziełem chorego przypadku się „wyróżniłam” na tle twojego pieska, Abraxasa. Nie zamydlisz mi oczu, Riddle. Nasyłasz bazyliszka na jedenastoletnie dzieci. Jest mi WSTYD, że mam z tobą cokolwiek do czynienia.Odeszła od niego i zgięła się, żeby złapać ustawione przed dywanem buty, lecz w kark wpiły się jej silne niczym imadła palce. Riddle poderwał ją do pozycji stojącej i docisnął do ściany tak szybko, że nie zdążyła nawet krzyknąć.— Źle mnie zrozumiałaś, Warren — wysyczał jej w ucho. — Opowiastka o Abraxasie nie miała sprawić, żebyś poczuła się jedyna w swoim rodzaju, ty wredna, mała szlamo. Nie chcesz mojej protekcji? Uważasz, że jesteś ponad moje wspaniałomyślne gesty? Uważasz, że jesteś ponad mnie ? — Zawiesił głos, jakby dawał jej szansę na odpowiedź, lecz gdy tylko otworzyła usta, mocniej wpił palce w jej kark. — Zatem dokonałaś wyboru. Być może napuszczę na ciebie swoje psy jeszcze dzisiaj, co ty na to? Lubią dręczyć takie jak ty, szczególnie Nott i Goyle. A może wytargam cię w nocy za włosy i podstawię pod nos bazyliszkowi? Hmm?Tym razem zabrakło jej słów. Uderzyła w nią obezwładniająca fala przerażenia, przynosząca ze sobą wspomnienia posmaku jeziora w ustach, chłodu wody niemiłosiernie wdzierającej się do jej płuc.Ocknęła się, gdy lekko nią potrząsnął.— Riddle! — wyszeptała w panice.— Tom.— Tom!— Tak lepiej, Warren. Popatrz, jak szybko uczysz się nowych sztuczek. — Wciąż dociskał jej policzek do ściany, znajdując się za nią, więc widziała tylko, jak jego oddech nieznośnie wzruszał rozczochranymi włoskami nad jej uchem. — A teraz błagaj o wybaczenie.Łzy wściekłości zapiekły ją w oczy.— Puść mnie, proszę.— Nie masz błagać o litość, tylko o wybaczenie.Przez ułamek sekundy oboje się napięli, słysząc ciche skrzypnięcie. Marta zesztywniała jeszcze bardziej, widząc Abraxasa, a Riddle wyraźnie się rozpromienił, emanując żywszą, nieprzewidywalną energią.— Powiesz mi wreszcie, o co chodzi z tą szlamą? — spytał Abraxas. Rysy jego lisiej twarzy wykrzywiło znużenie, gdy przed zamknięciem drzwi rzucił ostatnie spojrzenie na Wielką Salę.— To nasza nowa przyjaciółka — odparł rozbawiony Riddle.— Mhm. — Mina Abraxasa nie pozostawiała wątpliwości, za kogo tak naprawdę uważał Martę. — A wie?— Właśnie dlatego się zaprzyjaźniliśmy. — Przeciągnął kciukiem po jej skórze, ale nie zmniejszył nacisku wokół jej karku. — Zaraz wyjdziemy.Abraxas odetchnął głęboko, kręcąc głową, i posłusznie opuścił komnatę. Jego zniknięcie wyrwało Martę z resztek szponów szoku, który dotychczas porażał jej mięśnie. Spróbowała wyślizgnąć się spod dłoni Riddle’a, ale moc zaklęcia odepchnęła jej wymachujące ręce.— Wiedz jedno, Warren — powiedział, pochylając się nad nią. — Jeśli zechcę, żebyś wylizała mi buty, zmuszę cię do tego. Dlatego na twoim miejscu poważnie zastanowiłbym się, czy warto grać mi na nerwach. Jeśli będziesz robić to dostatecznie długo, równie dobrze możesz zająć miejsce Abraxasa. — Odwrócił ją ku sobie szarpnięciem, a ona przylgnęła plecami do ściany. Wolną rękę wsparł obok jej głowy. — Potrafię być miły, ale w granicach rozsądku, dlatego to ostatni raz, kiedy toleruję brak szacunku. — Uniósł kpiąco wargę. — No, daję ci pozwolenie na zabranie głosu.Przez głowę przemknęło jej, że właśnie czegoś takiego się obawiała. Riddle’a wiszącego nad nią jak kat, korzystającego z przewagi fizycznej, żeby zapędzić ją w kąt i zastraszyć. Nie potrzebował magii, żeby wyrządzić jej krzywdę.— A jeśli nie chcę go zabrać? — spytała po chwili ciszy.— Ciężko mi w to uwierzyć — odparł — ale niech będzie. Zachowuj się jak na grzeczną szlamę przystało, słuchaj się mnie i siedź cicho. Przeczuwam, że to ostatnie nie potrwa zbyt długo.Gdy wreszcie odsunął się od niej, Marta potrzebowała skupić całą siłę woli, żeby powstrzymać się przed odetchnięciem z ulgą. Nie zamierzała dawać mu kolejnej dawki satysfakcji, nie teraz, kiedy ewidentnie czuł się niczym król świata.Wyszedł, więc drżącymi rękoma założyła buty i wsunęła na nos okulary, które zostawiła na stoliczku, a następnie spakowała książkę do torby. Nie wyobrażała sobie powrotu do Wielkiej Sali i udawania, że wszystko jest w porządku, podczas gdy nie potrafiła zapanować nad cisnącymi się jej do oczu łzami. Potrzebowała samotności, takiej prawdziwej, niemożliwej do przerwania przez Riddle’a wślizgującego się do komnaty w towarzystwie Abraxasa, dlatego — mimo oporu przed wysokością — otworzyła okno i wdrapała się na parapet.Mimo że Wielka Sala mieściła się na parterze, z tej strony zamku grunt znajdował się niżej, niżby sobie tego życzyła. Opuściła się na rękach i niezgrabnie wylądowała na wilgotnej od porannego deszczu trawie. W trakcie wędrówki po błoniach zziębła, więc przyzwała płaszcz z dormitorium i ledwo go ubrała, usłyszała za sobą łoskot wrót.— Profesorze! Przestraszył mnie pan na śmierć!Stojący w progu Dumbledore gestem zachęcił ją do podążenia za nim. Poprowadził ją zdala od wysokich witrażowych okien pod zadaszoną część dziedzińca. Spojrzał na poszarzałe niebo na kilka sekund przed tym, jak rozległ się szum uderzających w podłoże kropel, niemal jakby wiedział, że nadejdzie deszcz.— Zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień, panno Warren? — zagadnął pogodnie, splatając opuszczone dłonie razem. Szerokie rękawy jego jasnoniebieskiej szaty ukryły je niemal w całości.— Wie pan, tak? — wyrzuciła z siebie nieco napastliwie, co Dumbledore wspaniałomyślnie zignorował. — Czy Riddle mówił prawdę, profesorze?— Wiem, czego mogę się spodziewać po was w danych ramach czasowych, owszem, niestety nie jestem wszechwiedzący, panno Warren. Jak wspominałem, razem z Tomem odbyłaś tę podróż wiele razy, lecz każda z nich różni się od poprzedniej, nieraz diametralnie, więc jestem zmuszony prosić cię o sprecyzowanie pytania.— Riddle powiedział, że jest dziedzicem Slytherina, to po pierwsze.Dumbledore potwierdził te słowa skinieniem głowy.— Po drugie — odezwała się cicho, udręczona i przytłoczona uczuciem zbrukania — powiedział, że przez zamianę nasze dusze są związane ze sobą. Czy to prawda, profesorze?— Tak i nie, panno Warren. — Nieznacznie uniósł dłoń, gdy szykowała się do zadania kolejnego pytania. — Stan mojej wiedzy nie uległ zmianie od ostatniego razu, gdy poruszaliśmy ten temat, dlatego z przykrością muszę stwierdzić, że zagadnienie zamiany dusz jest dla mnie jednakowo wielką zagadką, co dla Toma. Pod pewnymi względami kieruję się domniemaniami, tak samo jak on.— Domniemaniami — powtórzyła półszeptem. — Ale profesorze. Ja nie chcę mieć z nim nic wspólnego!— Los znacznie częściej jest okrutny niż łaskawy, panno Warren.— Okrutny? — Wypuściła powietrze ze świstem, nie potrafiąc znaleźć słów na opisanie tego, jak się czuła po szarpaninie i groźbach w komnacie. — Zrehabilitowanie tego chłopaka jest niemożliwe. Niewykonalne.— Jeśli mogę spytać — położył jej dłoń na ramieniu i ścisnął je pokrzepiająco — do czego doszło między wami?— Cóż, rozmawialiśmy o tym wszystkim, o czym panu wspominałam, a potem ten… ten psychopata powiedział, że powinnam czuć się zaszczycona, że jestem z nim związana! — wykrzyknęła, zbulwersowana. — Przecież to niedorzeczne, przecież on krzywdzi dzieci! Być może powinnam bardziej okludować, nie wiem, ale stwierdziłam, że jest mi wstyd za to połączenie, a wtedy on zaczął mówić naprawdę okropne rzeczy, profesorze, docisnął mnie do ściany, groził mi…Chciała powiedzieć coś jeszcze, choć nie wiedziała co dokładnie. Zamknęła usta, ogarnięta przez trudne do wyjaśnienia wrażenie, że przez ten słowotok wyszła w oczach Dumbledore’a na głupią, rozhisteryzowaną dziewczynę.— Dlaczego mi pan nie powiedział? — spytała, tym razem z rezerwą. — Może panowanie nad emocjami wychodziłoby mi lepiej, gdybym od samego początku wiedziała, że to Riddle stoi za spetryfikowaniami? Gdybym wiedziała o połączeniu dusz?— Panno Warren, zanim odpowiem na twoje pytanie z najwyższą dozą szczerości, na jaką mnie stać, pragnę zaznaczyć, że całkowicie rozumiem twoje obawy. Wszystko, co czujesz w obecności Toma, jest jak najbardziej naturalne… i o to w tym właśnie chodzi. — Zsunął dłoń z jej ramienia, obdarzając ją ciepłym, naznaczonym zmartwieniem uśmiechem, który nie sięgnął jego oczu. — To kluczowe, aby Tom nie tylko dobrowolnie otwierał się przed tobą, ale i abyś ty dostarczała mu prawdziwych reakcji na jego wyznania. Czy jesteś pewna, że zdołałabyś go oszukać, perfekcyjnie odgrywając szok, strach i złość, gdy przedstawił ci tę teorię na temat połączenia waszych dusz?— Ja… Nie, profesorze. Nie.— Musisz mi wierzyć, panno Warren, że zdaję sobie sprawę z tego, jak wielkie brzemię złożyłem na twoich barkach, ale równocześnie zapewniam cię, że ta rzeczywistość, w której właśnie rozmawiamy, jest jedną z niewielu dających mi nadzieję na lepsze jutro.Marta nie potrafiła ukryć zaskoczenia. Obecność Dumbledore’a, choć powiązana z najbardziej skomplikowanym aspektem jej życia, napawała ją takim poczuciem bezpieczeństwa, że nieświadomie przerwała okludowanie umysłu.— To. — Zatoczyła koło rękoma. — To jest rzeczywistość, która daje panu nadzieję? W takim razie co dzieje się w innych? Rzeź? — Zaśmiała się głucho, ponuro. — Przepraszam za bezpośredniość, ale ile razy jest pan skłonny odnieść porażkę, zanim przestanie pan próbować?— Źródłem mojej nadziei jesteś ty, panno Warren. Na wiele sposobów, tu i teraz, Tom posuwa się szybciej i dalej w swoich planach niż kiedykolwiek wcześniej, ale zarazem wykazuje zwiększoną podatność na twoje towarzystwo. Widzisz, wiele razy przeprowadzaliśmy tę rozmowę, a jednak pierwszy raz mówisz mi, że Tom wyznał ci tak wiele, tak szybko.Dumbledore popatrzył na nią sponad okularów-połówek z tak żywą pasją, że gdyby nie została wcześniej potraktowana tak brutalnie, być może zdołałby ją nią zarazić.— Skoro tak, to do czego innego dochodziło w tej komnacie, profesorze?Jego uśmiech przygasł, a wzrok nieobecnie potoczył się po pagórkach błoni. Oddech, który wyrwał mu się z piersi, brzmiał, jakby Dumbledore nagle znalazł się na skraju wyczerpania.— Panno Warren, spytałaś, ile razy jestem skłonny ponieść porażkę. Cenię sobie twój intelekt i jestem świadom, że oboje wiemy, w jak nieprzyjemne kierunki poprowadziłaby nas ta konkretna odpowiedź. — W zamyśleniu pogładził koniuszek sięgającej mu pasa białej brody. — Jeśli naprawdę chcesz się tego dowiedzieć, jestem gotów uchylić przed tobą rąbka tej tajemnicy, lecz… być może kierują mną egoistyczne pobudki, owszem… lecz chciałbym cię przed tym przestrzec. To, co wydarzyło się tam, w innych liniach czasowych, nie jest waszą przeszłością. To przeszłość obcej ci Marty i jeszcze bardziej obcego Toma, chłopca, którego z tutejszym łączy zaledwie życiorys, pełen cierpienia i trosk, braku miłości. Tom, którego znamy, choć wciąż oddalony od niewinności, nie zasługuje na bycie osądzanym za czyny, jakich nigdy się nie dopuścił.— Ale to nadal my, profesorze.— Czy aby na pewno, panno Warren? Czy byłabyś taką samą osobą, gdyby twój ojciec wciąż żył? Albo wręcz przeciwnie, czy stałabyś się tą samą Martą, gdyby zmarł, zanim miałabyś szansę go poznać? Gdybyś nigdy nie poznała prawdziwej rodzicielskiej miłości, gdybyś czerpała jej przykłady od matki, która bez wpływów twojego ojca wyrzekłaby się córki czarownicy?— Naprawdę? — spytała tak cicho przez zmiażdżone emocjami gardło, że nie usłyszała samej siebie. — Naprawdę się mnie wyrzekła?— Czy jesteś pewna, że chcesz znać odpowiedź?Marta zwiesiła głowę jak zbity pies. Nie potrzebowała słyszeć tych słów z ust Dumbledore’a, skoro sama doskonale wiedziała, dlaczego matka od września odpisała wyłącznie na jeden wysłany przez nią list.— Poznałem wiele twoich wersji — odezwał się wciąż poważnym, choć świeższym tonem, jakby wyczuł, że pragnęła zmiany tematu — i wierz mi, że czasem, gdyby nie ta sama twarz, nie byłbym ich w stanie rozpoznać. — Ścisnął jej ramię, chcąc dodać jej otuchy. — Niewiele z nich miało w sobie tak perfekcyjną kombinację ciepłego serca, ale i pełnej świadomości tego, kim były. Masz do zaoferowania to, czego Tom łaknie, choć jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy, a zarazem jesteś kimś, kto myśli za siebie i nie ulega ślepo jego manipulacjom czy urokowi.Marta dyskretnie otarła wilgotne policzki. Nigdy nie sądziła, że jeszcze bardziej zatęskni za ojcem, a jednak. Dzięki niemu miała matkę…— A Abraxas, profesorze? — rzuciła niezobowiązująco. — Riddle wspominał, że miał z nim problemy.Dumbledore pokiwał głową.— Tak, młody pan Malfoy oryginalnie jako pierwszy przykuł moją uwagę, niestety kombinacja czystokrwistej indoktrynacji, jakiej go poddano, rozdętego ego i pozbawionego trosk wychowania sprawiała, że zawsze lekceważył naturę Toma. Tak naprawdę lekceważą się obaj nawzajem, lecz tylko jednego doprowadzi to do, zdawałoby się, nieuchronnej porażki… — Wyjrzał spod daszku chroniącego krużganek, żeby zyskać widok na wieżę zegarową. Deszcz ustał. — Obawiam się, że nasza rozmowa dobiegła końca, panno Warren. Jest szansa, że wystarczająco szybkie tempo uchroni cię przed kolejnym szlabanem.Mimo że najchętniej nigdy nie wróciłaby do zamku, wiedziała, że nie miała innego wyboru, chyba że zdecydowałaby się siłą odebrać Dumbledore’owi zmieniacz czasu. Podczas biegnięcia wzdłuż witraży Wielkiej Sali zastanawiała się, gdzie by się przeniosła. Pierwszą myślą, jaka przyszła jej do głowy, była możliwość zobaczenia ojca, lecz szybko przyćmiła ją zaduma. Czy oparłaby się ciekawości, gdzie za pięć, dziesięć lat poprowadzi ją związana z Riddle’em dusza?Wdrapanie się z powrotem na wysoki parapet nie należało do prostych, szczególnie w butach na niskim obcasie, lecz po kilku próbach udało się jej przerzucić nogę na drugą stronę. Zdążyła zamknąć okno, poprawić podwiniętą spódnicę i rozwiane od biegu włosy, a drzwi komnaty stanęły otworem.

----- CHAPTER BREAK -----

Nigdy wcześniej nie ucieszyła się tak na widok Olivii, która obrzuciła ją pogardliwym spojrzeniem i przyzwała kogoś gestem. Wbrew przewidywaniom, nie stanęła oko w oko z rozdrażnioną profesor Merrythought czy zdegustowanym przymusem wykonywania swoich obowiązków Beerym, a z Alfredem. Choć równoczesne wyrażanie ulgi, radości i poirytowania wydawało się niemożliwe, udało mu się przywołać te wszystkie emocje na twarz.
— Gdzie byłaś? — Przeszedł przez drzwi tak szybko, że Olivia nie zdążyła zejść mu z drogi i sama też znalazła się w środku. — Wiesz, ile czasu cię szukaliśmy? Na gacie Merlina, zauważyłem, że gdzieś cię wcięło, ale Astra mówiła, że może poszłaś z jakąś grupą do łazienki… Ale potem przejęliśmy zmianę po Ślizgonach i Puchonach, a na liście z nazwiskami wychodzących nie było twojego.

— Wybacz, potrzebowałam chwili dla siebie i nie pomyślałam, żeby komukolwiek powiedzieć, że tu siedzę…

— Nic dziwnego — mruknęła Olivia, chłonąc wystrój komfortowo urządzonego wnętrza. — Typowa Warren.

— Co z tobą? — spytał Alfred, podchodząc bliżej. Ściszył głos, żeby nie zostać podsłuchanym przez Olivię, która już nadstawiała ucha: — Płakałaś? Masz czerwone oczy.

— To nic takiego — wymamrotała zmieszana, zdejmując płaszcz — coś z moją mamą, wiesz, jaka ona jest…

Mimo krótkiego wahania przygarnął ją do siebie i objął tak mocno, że gdyby nie okludowanie umysłu, rozkleiłaby się. Wtuliła twarz w emanujący ciepłem sweter na jego piersi, chociaż nie powinna. Olivia już pewnie obmyślała najlepszy sposób na wbicie szpili w serce Donny tak głęboko, że ta nie zamieni z Martą słowa przez następny tydzień.

— Głowa do góry — powiedział, odsuwając się od niej. — W tym roku weźmie cię do domu na święta.

— Pewnie masz rację — odparła z pełną świadomością, że ta kwestia przesądziła się pierwszego września. Ruszyła za nim w kierunku wyjścia. — I co, chyba nie musimy tu… spać.

Wskazówki zegara zawieszonego nad wyjściem z Wielkiej Sali wskazywały dopiero dwudziestą, lecz z pięciu stołów pozostał jedynie ten nauczycielski. Podłużne ławki przesunięto pod ściany, gdzie siedziała część starszych uczniów. Młodsi wylegiwali się już na wierzchach kolorowych śpiworów, przebrani w piżamy korespondujące barwami z ich domami; grupa rozchichotanych dziewcząt z czwartego roku przenosiła swoje rzeczy bliżej „dyskretnie” wypinających klatki piersiowe chłopaków o poważnych minach, a gdzieś w oddali Astra konfiskowała pstrokaty zestaw miniaturowych łajnobomb.

— Wszystko jest już gotowe, rozłożyliśmy się o, tam. — Alfred wskazał przerzedzony punkt w centralnej części komnaty. — Donna ma twoją piżamę. Ostatnie wyjście do toalet jest za kwadrans, więc w razie czego się nie spóźnij.

Pomaszerował w kierunku przepychających się pierwszorocznych, a Marta niezręcznie przystanęła obok Olivii, która skanowała uczniów wzrokiem.

— Pomagałaś Alfredowi mnie szukać? — zagadnęła prześmiewczo, ze zwyczajową nutą napięcia. Nigdy nie potrafiła się jej wyzbyć, gdy rozmawiała z Olivią. — Dobrze się czujesz?

— Wyświadczałam Astrze przysługę — odparła sztywno. — Wiem, że użalanie się nad sobą to twoje ulubione hobby, Warren, ale jeśli chcesz tak desperacko zwrócić na siebie uwagę, kończąc jako najnowsza ofiara spetryfikowania, może nie ciągnij ze sobą na dno Astry. Żaden inny prefekt nie beknąłby za zgubienie Krukonki.

Marta przeczesała palcami splątane włosy. Stały się nieprzyjemne od panującej na zewnątrz wilgoci, więc wyjęła klamrę z kieszeni spódnicy i ujarzmiła je szybkim upięciem.

— A już myślałam, że się o mnie martwisz, Hornby.

— Ja? O ciebie? — Choć prychnęła tak ostentacyjnie, jakby zależało od tego jej życie, Marta przysięgłaby, że dostrzegła na jej ustach widmowy uśmieszek. — Prędzej piekło zamarznie. Poza tym, mam…

Marta wzdrygnęła się, gdy Olivia dotknęła jej ramienia. Nigdy dotąd nie zdażyło się, żeby połączył je jakikolwiek fizyczny kontakt, który nie byłby nacechowany złą wolą, więc tym bardziej zaskakiwał nieprzypadkową delikatnością.

— Co to? — spytała Olivia, skinąwszy na nią ze zmarszczonymi brwiami.

— Co takiego?

Marta wykręciła głowę jak najbardziej mogła, ale nie dostrzegła niczego nieprawidłowego. Gdy dotknęła skóry, była nienaruszona, wychłodzona po niedawnym biegu przez błonia, całkowicie normalna poza lekką nadwrażliwością na dotyk.

— No, skąd masz te sińce, Warren?

Nawet okludowanie umysłu nie ułatwiło jej drogi do wymyślenia wiarygodnej wymówki. Sińce znajdujące się w jakimkolwiek innym miejscu, rzecz jasna poza typowym limem pod okiem, mogłaby usprawiedliwić wypadnięciem z okna w trakcie nielegalnej przechadzki po błoniach, ale te na karku? Podejrzewała, że jedno spojrzenie w lustro potwierdziłoby jej domysły. Wyobrażała sobie pięć okrągłych krwiaków, pożółkłych na obrzeżach. Usprawiedliwienie ich było niemożliwe.

— Siedź cicho — powiedziała i pośpiesznie rzuciła na siebie pierwsze lepsze zaklęcie lecznicze, mając nadzieję, że choć trochę zaradzi potencjalnym pytaniom. Do licha, jak wytłumaczyłaby to Alfredowi? Biorąc pod uwagę dzisiejsze „zbiegi okoliczności”, natychmiast pomyślałby o Riddle’u, a to nie skończyłoby się dla niego dobrze.

Olivia nie odpowiedziała, nie spuszczając dociekliwego spojrzenia z jej karku, więc Marta przeszła przez środek komnaty, gdzie we wskazanym przez Alfreda miejscu znalazła Donnę. Mimo że jej granatowo-brązowa piżama była lekko przyciasna, wyglądała w niej całkiem uroczo, leżąc na brzuchu i wymachując beztrosko nogami podczas przeglądania tygodnika Czarownica.

— Masz — powiedziała, podając Marcie wypchaną po brzegi kosmetyczkę, z której wystawał metalowy pojemnik z mydłem. — Jeszcze powinnaś zdążyć się umyć.

— Dzięki.

Do łazienki, razem z resztą ostatniej grupy, eskortowała ją pobladła ze strachu prefekt naczelna Hufflepuffu. Gdy Marta wróciła do Wielkiej Sali, wszyscy byli już na miejscu. Alfred pochylał się nad chichoczącą Donną, szepcząc jej coś do ucha, Astra przeglądała podręcznik, a Olivia przetransmutowała zawiniątko ubrań w dodatkową poduszkę.

— No, wreszcie jesteś — mruknęła Donna, siadając po turecku. — Popatrzcie, co udało mi się zdobyć.

Rozejrzała się w poszukiwaniu nadzorującego ich profesora Beery’ego, który przy nauczycielskim stole z trudem opierał się wadze powiek, i wyjęła ze śpiwora maleńką buteleczkę. Magią przywróciła jej normalny rozmiar, dyskretnie prezentując każdemu po kolei etykietę ognistej whisky.

— Skąd to masz? — wtrąciła zdegustowana Astra.

— A czy to istotne?

— Oczywiście, że tak. Muszę zdecydować, ile punktów regulaminu złamałaś.

— Hmmm, a jakbym powiedziała, że dostałam to od twojego ukochanego Tomusia?

Policzki Astry zaróżowiły się.

— Kłamiesz.

Donna wybuchnęła śmiechem.

— No raczej! — Wskazała ich zaskoczone miny, łapiąc się za brzuch. — Ale przyznaj sama, że wtedy byś nikogo nie zakapowała, co? Dlatego skoro już wiemy, że jesteś skłonna do wyjątków, dziś wieczór też nie piśniesz słówka.

— Tom nigdy nie złamałby punktu regulaminu.

Alfred i Marta spotkali się spojrzeniami.

— To udowadnia, jak mało go znasz — wtrąciła Olivia, poprawiając poduszkę za głową. Westchnęła, przekręcając się na bok.

— A niby

ty

go znasz? — prychnęła Astra.

— W przeciwieństwie do ciebie, ja spędzam z nim czas prywatnie, a nie na zebraniach prefektów. — Z wyzywającą miną podparła się na łokciu. — I jeśli myślisz, że zaprosi cię na bal, muszę cię rozczarować. Uważa cały ten pomysł za idiotyczny.

Marta udała zainteresowanie materiałem śpiworu, gdy nieme porozumienie z Alfredem przeistoczyło się w naznaczoną dociekliwością presję. Jeśli Riddle zaprosi kogokolwiek na bal, współczuła tej dziewczynie z całego serca.

— Dobra, dość kłócenia się o chłopaka, który prędzej zainteresowałby się starą Merrythought niż wami dwoma — zarządziła Donna, stuknięciem różdżki otwierając butelkę (Marta uznała ten komentarz za wyjątkowo zabawny). Przetransmutowała etykietę w tę z kremowego piwa, mimo że nikt wkoło nie zdawał się przejmować tym, co robili. — Gramy w „prawdę czy wyzwanie”, co wy na to? Z tym że można się wycofać, ale wtedy…

Potrząsnęła butelką.

— To bezsensowne — zauważyła Astra. — Po co grać, jeśli się można wycofać z jednej jedynej zasady gry?

— Żeby się upić, rzecz jasna — odparła Donna takim tonem, jakby zwracała się do pozbawionego szarych komórek gumochłona. — Idziemy po kolei, no! Alfred, prawda czy wyzwanie, misiaczku?

— Wyzwanie.

Donna wyszczerzyła się, jakby miała już za sobą więcej niż kilka łyków ognistej.

— Chcę, żebyś namiętnie pocałował tę dziewczynę, którą uważasz za najpiękniejszą w całym zamku.

Mimo że Alfred nigdy nie stronił od publicznych okazów uczuć, coś sprawiło, że na jego twarz wstąpiło krótkotrwałe zwątpienie. Wsparł rękę za rozłożonymi w centrum śpiworów smakołykami i pochylił się, żeby przygarnąć Donnę do siebie i pocałować ją tak, jak sobie zażyczyła.

— Jakie to słodkie — mruknęła Olivia. Wskazała palcem na swoje otwarte usta i odegrała pantomimę odruchów wymiotnych, a Astra i Marta nie potrafiły nie obdarzyć jej porozumiewawczymi uśmieszkami, nawet jeśli preferowały inny typ humoru.

Alfred odsunął się od Donny, patrząc wszędzie, gdzie popadnie.

— Dobrze, to teraz ja — odezwała się z westchnieniem Astra. — Mogę wybrać kogo chcę?

Wszyscy jak jeden mąż obojętnie wzruszyli ramionami.

— No to niech będzie Olivia. Prawda czy wyzwanie?

— Hmm. Kto jak kto, ale pani prefekt wymyśli nudne wyzwanie, więc… prawda.

— Znakomicie. — Astra przybrała tak surową minę, że Donna błyskawicznie otrząsnęła się z resztek rozkojarzenia po pocałunku z Alfredem. — Czy miałaś coś wspólnego z tym, jak w czerwcu przed ostatnim uroczystym podwieczorkiem prefektów moje włosy spontanicznie zafarbowały się na zielono?

— Jestem pewna — Olivia przełykała śmiech — że Tom lubi zielony. W końcu jest Ślizgonem!

— Wyglądałam jak trytonka wyłowiona z jeziora! — zaperzyła się Astra, posyłając rozbawionemu Alfredowi mordercze spojrzenie. Natychmiast spoważniał. — Czyli zrobiłaś to, tak? Czego użyłaś, żeby uzyskać tak odrażający, brązowawy odcień zieleni? Pamiętasz, jak długo nosiłam czapkę? Merlinie, był początek lata!

Olivia pociągnęła potężnego łyka ognistej whisky.

— Teraz ja. — Odsłoniła w uśmiechu wszystkie zęby. — Warren. Prawda czy wyzwanie?

Nauczona doświadczeniem Marta wiedziała, jakich wyzwań mogła się spodziewać po kimś pokroju Olivii. Mimo że nie chciała wysłuchiwać poleceń, z których i tak by się wycofała, a które najpewniej miałyby na celu zrujnowanie spokoju Donny i Alfreda, prawdy obawiała się równie mocno.

— Prawda.

— Kto ci to zrobił?

Donna błyskawicznie przeskanowała twarze kolejnych członków grupy, chcąc wydedukować, czy ktoś poza nią też nie wiedział, o czym była mowa, a z kolei Marta pożałowała przekładanie czyjegoś związku ponad własne dobro. Zaledwie zwilżyła wargi ognistą whisky.

— O nie nie, to nawet nie był łyk — upomniała ją Donna. — O czym ona mówi? Kto co zrobił? O co chodzi?

— Nie twoja kolej — odparła Marta i tym razem naprawdę się napiła. Gdyby miała przy sobie teraz zmieniacz czasu, po powrocie z łazienki zasymulowałaby ból głowy, żeby móc w spokoju wślizgnąć się do śpiwora i udawać, że śpi. — Olivia, prawda czy wyzwanie?

— Hm, hm, hm. Wyzwanie?

— Wyzywam cię, żebyś w przyszłości nie zadawała mi pytań dotyczących tego tematu.

Olivia zaśmiała się dźwięcznie i nawet bez niechęci przyznała:

— Sprytnie.

— Olivia — odezwał się zachrypniętym głosem Alfred — prawda czy wyzwanie?

— Ohoho! — Klasnęła w ręce. — Wyzwanie.

— Wybacz, Marto — powiedział przepraszająco, choć jego twarz wcale nie przejawiała oznak skruchy. Prędzej determinację. — Opowiedz nam, do czego wcześniej nawiązywałaś.

— Ej! — oburzyła się Marta. — To wcale nie jest wyzwanie, bardziej podpada pod prawdę…

— Wcale nie — wtrąciła Donna. — Jakby nie patrzeć, oczekuje, żeby coś zrobiła.

Ku zaskoczeniu wszystkich, Olivia wyjęła butelkę spomiędzy kurczowo zaciśniętych dłoni Marty i pociągnęła z niej łyk, roztaczając wokół siebie aurę godnej hollywoodzkiej aktorki skąpanej w stroboskopie scenicznych świateł.

— Teraz ja! — Niewiele brakowało, a Donna trzęsłaby się z niecierpliwości niczym narkomanka na głodzie. — Olivia! Prawda czy…

— Nie, dość! — zaprotestowała Marta. — Nie gram, idę spać i tak się składa, że Olivia też jest wyjątkowo senna!

— Jestem, och, naprawdę? Nie zauważyłam…

— Hornby, na miłość Boską, pójdź mi na rękę, a obiecuję, że na następnej lekcji ze Slughornem podpiszę swój eliksir twoim nazwiskiem!

— Olivia! — jęknęła Donna, przybierając minę błagającego o jedzenie zwierzaka. — No, powiedz, proszę! Chodzi o tego chłopaka ze sch…?

Marta zerwała się na równe nogi i zarzuciła śpiwór na głowę oszołomionej koleżanki. Astra wybuchnęła śmiechem.

— Chłopaka? — zdumiała się teatralnie Olivia, przenosząc ociekający satysfakcją wzrok na pobladłego Alfreda. — Ze sch… ze schowka? Warren, ty niegrzeczna dewotko! Dobrze, pójdę spać, ale tylko jeśli oddasz swój eliksir jako mój, a mój jako swój.

Marcie zrzedła mina.

— To przesada.

— Szkoda… — Olivia ziewnęła bez przekonania, krótko, poklepując się palcami po ustach. — Dziwnym trafem senność powoli mnie opuszcza…

— Dobra, Chryste, bylebyś nie kazała mi oddać Slughornowi swoich gadzich szczyn, ty zołzo.

— Mamy umowę. — Olivia przypieczętowała te słowa uściśnięciem jej ręki, zanim chwiejnie wstała. — Już nie mogę się doczekać miny Slughorna, hi hi, a w międzyczasie idę się przejść. Moja świta mnie potrzebuje!

Marta zdjęła śpiwór z zaczerwienionej ze zbulwersowania Donny i, chcąc nie chcąc, z braku innych opcji ułożyła go obok Alfreda. Wślizgnęła się do środka i odwróciła do towarzystwa plecami, zaciskając powieki tak mocno, jakby po podniesieniu ich wszechświat był jej winny przetransportowanie jej do dormitorium, do ciepłego, bezpiecznego łóżka, gdzie wydarzenia tego potwornego dnia okazałyby się jednym wielkim koszmarem.

Niestety nic takiego nie miało miejsca. Ponad powoli przygotowującymi się do snu uczniami dostrzegła Olivię dołączającą do swoich przyjaciółek od plotkowania, a niedaleko za nimi zgraję Ślizgonów z siódmego roku. Goyle wiercił się w śpiworze, ewidentnie podpity Nott miał problem z odnalezieniem suwaków własnego (zdawałoby się, że miał z tym coś wspólnego wyszczerzony Mulciber, ukrywający dociśniętą do boku uda różdżkę), Abraxas dystyngowanie wyciągnął się na swoim, z ręką wspartą za plecami, a Riddle…

Gdy ich oczy się spotkały, Martę zmorzyła magiczna fala senności. Dzieląca ich odległość nie ułatwiała obserwacji, więc być może nie zdążył zauważyć, że na niego patrzyła. Powtarzała to sobie do znudzenia, ignorując prosty fakt, że sama nie miała najmniejszych problemów z dostrzeżeniem, że dwa górne guziki jego piżamowej koszuli były rozpięte.

Wraz z wybiciem dwudziestej drugiej, unoszące się w powietrzu świece zgasły. W Wielkiej Sali zapadła ciemność przełamywana mętną, srebrzystą łuną sączącą się z księżyca i gwiazd zdobiących zaczarowane sklepienie. Donna rozprawiała z Astrą pełnym niedowierzania półszeptem, a leżący na plecach Alfred, mimo zachowania ciszy, niemal zdawał się buzować ciekawością, która emanowała z jego napiętego ciała.

Marta przebudziła się w środku nocy, mrużąc oczy przed białym promieniem. Olivia uciszyła ją przyłożeniem palca do ust, skinąwszy na zaplątaną w jeden śpiwór parę. Donna wtulała policzek w pierś Alfreda, a on obejmował ją ciasno ramieniem, z twarzą zwróconą ku Marcie.

— Warren — odezwała się cicho Olivia, kucnąwszy obok jej śpiworu. Stuknęła czymś szklanym w posadzkę, pewnie butelką, i pochyliła się nad nią, żeby wyszeptać jej wprost do ucha: — Wypytałam kilka dziewczyn i wiem, kto kręcił się koło tamtej komnaty.

Marta przetarła zaspane oczy.

— Hornby — ostrzegła ją. — To nie twoja sprawa.

— Moją sprawą jest to, co uznam za stosowne. — Olivia ułożyła się obok niej, gasząc różdżkę. Brakowało miejsca, przez co leżały jedna obok drugiej, ściśnięte niczym sardynki w puszce. Końce ich nosów niemal się stykały. — Nie będę owijać w bawełnę. Nie spodziewałam się, że jesteś aż tak zdesperowana, że pozwolisz Malfoyowi traktować się jak szmatę.

— Coś ty powiedziała?

— Nie zaprzeczaj. Betty jest w nim zabujana, gapiła się na niego cały dzień i widziała, że tam wchodził — odparła poważnie, ze stoickim spokojem. — Podobno długo tam nie zabawił, ale najwyraźniej równocześnie dostatecznie długo, żeby narobić ci sińców.

— Mówiłaś o tym Betty? Że był tam ze mną?

— Nie.

Marta nie wiedziała, czy powinna w to wierzyć. W ciemności nie mogła posiłkować się analizą mimiki czy emocjami migającymi w oczach rozmówczyni.

— Dlaczego?

— Nie mówimy teraz o Betty ani o mnie, Warren.

— Tak się składa, że nie mówimy wcale.

— Skoro chcesz, żebym puściła tę informację w obieg…

— O co ci chodzi? Czego oczekujesz, co? Jeśli myślisz, że wyciągniesz ze mnie coś jeszcze bardziej upokarzającego, muszę cię zmartwić, bo…

— Boże, Warren, nie udawaj tępej. — Olivia westchnęła niecierpliwie, owiewając ją zabarwionym ostrym aromatem whisky oddechem. — Nie lubimy się, czasem nienawidzimy, owszem, ale chyba nie powiesz mi, że gdybyśmy zamieniły się miejscami, dałabyś mi święty spokój?

— A ty nie udawaj, że zależy ci na moim dobrze — odparła skonsternowana Marta.

— Nie powiedziałabym, że mi jakkolwiek na tobie zależy — skorygowała ze znużeniem. — Prędzej… Prędzej czysto wkurwia mnie to, co się dzieje w Hogwarcie, a co od lat przechodzi bez echa. Napady na mugolaków. Urodzone z galeonem w ustach ślizgońskie śmiecie, które myślą, że mogą rościć sobie prawo do pomiatania innymi i do obmacywania bezbronnych dziewczyn. Ile dzieciaków musiało zostać spetryfikowanych, zanim Dippet, ta wycieraczka dla czystokrwistych, zainteresował się sprawą?

— Po pierwsze, jesteś półkrwi — wyszeptała Marta, w ciepłych objęciach śpiworu uszczypnąwszy się w udo — i nic z tego cię nie dotyczy, po drugie przypominam ci, że pod pewnymi względami nie jesteś od nich lepsza.

— Wiem, że uważasz mnie za zło wcielone, ale wyobraź sobie, że mam pełno koleżanek z mugolskich rodzin. Chcesz to zaakceptować czy nie, to, co się tu dzieje, dotyczy nas wszystkich. A co do tego drugiego, weź nie dramatyzuj.

— Nie dramatyzuj? Poza tym, że jesteś nawalona, to jeszcze niemożliwa.

— Merlinie. Czasem uważam, że powinnaś mi dziękować za dostarczanie ci porządnej terapii szokowej. Gdzie byś beze mnie była, co, Warren? Gdybym się przy tobie nie wywyższała, nie miałabyś takiego parcia na szkło, żeby podciągnąć się w nauce. Gdybym nie łoiła ci skóry za każdym razem, kiedy beczałaś z powodu byle gówna, nigdy w życiu nie wyrosłabyś z mazania się w kiblu co drugą przerwę.

Marta zorientowała się, że przysłuchiwała się tej wypowiedzi z otwartymi ustami, więc powoli je zamknęła. Tkwiła w głębokim szoku spowodowanym tym, z jaką nonszalancją pominięto fakt, że większość przelanych przez nią łez była wywołana właśnie okrutnymi docinkami Olivii.

— Przyznam, że w zasadzie mam wyłączność na dręczenie cię — kontynuowała szeptem; Marta wolała nie komentować tego potłuczonego, pijackiego bełkotu — ale naprawdę myślałam, że masz do siebie więcej szacunku. Poważnie? Poważnie, Warren? — powtórzyła z naciskiem. — Na łeb upadłaś, że pozwoliłaś Malfoyowi na coś takiego?

Milczenie.

— Zresztą, czy on nie jest przypadkiem… no wiesz, homoseksualistą?

— Najwyraźniej nie — odparła po chwili wahania Marta, zachodząc w głowę, dlaczego poczuwała się do wykorzystania okazji do wstawienia się za Abraxasem.

— Dziwne. — Mimo ciemności, niemal widziała skrzywioną minę Olivii. — Mam nosa do takich rzeczy. No, w każdym razie, nie zawiedź mnie. Zgłoś komuś tego piegowatego księcia albinosów, najlepiej Dumbledore’owi. Beery nie bierze tych rzeczy na poważnie.

— Nie bądź śmieszna.

— Z nas dwóch tylko ty jesteś śmieszna. — Olivia odsunęła głowę, żeby lekko pstryknąć ją z palca w nos, i znów się zbliżyła. Marta zdecydowanie wolała ją na trzeźwo. — Powiedziałabym nawet, że przezabawna, ale cholernie zdesperowana. To aż niesmaczne, wiesz? Jak tak czasem…

— Hornby — wtrąciła rozdrażniona — nie zamierzałam o tym wspominać, ale jesteś przebrzydłą hipokrytką, wiesz?

— Jaa? — zdumiała się z rozbawieniem Olivia. — Oświeć mnie, Warreniątko.

— Chyba nie sądziłaś, że twoja plotkarska świta nie będzie ćwierkać też o tobie? Podsłyszałam, że próbowałaś naszprycować Riddle’a Amortencją.

Ku jej zdziwieniu i poirytowaniu, Olivia zaśmiała się trochę zbyt głośno jak na późną porę. Marta znieruchomiała, wsłuchując się w oddechy dociśniętego do jej pleców Alfreda, który pewnie próbował we śnie odsunąć się od podążającej za nim Donny.

— Posłuchaj mnie teraz uważnie — odezwała się Olivia, wciąż alkoholowo rozchichotana — bo powiem to tylko raz: tak, dałam się trochę ponieść, przyznaję… Ale co zrobiłabyś na moim miejscu, gdybyś pewnego pięknego dnia weszła do kibla, a tam na desce klozetowej kociołek z Amortencją? No powiedz mi, ale szczerze, Boże, z czystym sercem. Nie naszprycowałabyś Riddle’a? Nie spróbowałabyś?

Kłamstwo nie przebiło się przez ściśnięte gardło Marty.

— Jest wrednym dupkiem — powiedziała zamiast tego.

— Achh, no jest… Hm… Wiesz, chyba takich lubię. — Poruszyła się, szukając wygodniejszej pozycji, przypadkiem ocierając się nosem o nos Marty. — Przyznam, że to nie było zbyt mądre posunięcie, ale jeśli nie teraz, kiedy? Kiedy będę po dwudziestce? — Zawiesiła głos, nabierając kilka głębszych wdechów. Gdy ponownie się odezwała, brzmiała poważniej. — Zawsze mnie coś zastanawiało na twój temat.

— No, wyduśże to z siebie — odparła, chociaż nie była pewna, czy naprawdę chciała usłyszeć, co Olivia miała do powiedzenia.

Przerwał im wiercący się Alfred, który dotkliwie szturchnął Martę w kręgosłup, zanim jego ręka z głuchym szelestem wylądowała przepasana przez jej talię. Szok poraził wszystkie jej mięśnie, gdy Alfred przygarnął ją ciasno do siebie, wtulając twarz w jej włosy i mamrocząc pod nosem coś, co zdecydowanie nie było imieniem Donny.

Olivia zaśmiała się w niebogłosy, twarz Marty zajęła się żywym ogniem, a oszołomiony Alfred podniósł się na łokciu i po kilku chwilach zrezygnował z szukania po omacku różdżki. Ostatni raz przejechał dłonią wzdłuż brzucha Marty, choć okrytego śpiworem, wciąż niezaprzeczalnie o wiele bardziej płaskiego niż ten należący do jego krągłej dziewczyny.

— Przepraszam, ja, to…

— Alfred, misiaczku?

— Longbottom, ty… — Olivia zachłysnęła się powietrzem. — AAAAAA!!!

Zerwała się na równe nogi, wydzierając się, jakby skórowano ją żywcem. Trzasnęło szkliście, rozległ się wodnisty chlupot, okrzyk oburzenia. Gdzieś ponad nimi rozbłysła różdżka przerażonej nie na żarty Puchonki, rzucając światło na panicznie przeskakującą z nogi na nogę Olivię, która potrząsała pochyloną głową i uderzała się po karku, aż wrzasnęła wyżej niż dotychczas. Sięgnęła za dekolt, skąd wydobyła coś podłużnego, poruszającego się, i rzuciła to wprost na kolana szamoczącej się ze śpiworem Marty.

— Wąż! — krzyknęła Donna. — AŁAAAA, patrz, co robisz!!!

Ale Marta nie patrzyła. Przeleciała przez Alfreda i ześlizgnęła się z Donny, piszcząc jak najęta. Niczym z oddali dobiegł ją ryk tubalnego rechotu Goyle’a, podniesione głosy i śmiechy zaspanych uczniów. Część świec rozbłysła na zaczarowanym sklepieniu, gdy profesor Merrythought wypadła z komnaty nieopodal stołu nauczycielskiego, trzaskając drzwiami. Zawiązując szlafrok, ruszyła półbiegiem przez pomieszczenie, a znajdujący się na jej drodze uczniowie chowali głowy i podciągali nogi, żeby nie zostać stratowanymi.

— Na piekielne gargulce! — wyrzuciła na wydechu, zbulwersowana. — Co tu się dzieje? Panno Warren, panno Hornby, proszę mi NATYCHMIAST wytłumaczyć, dlaczego pobudziłyście wszystkich umarłych! W tej chwili!

— Wąż, pani profesor!

— Panno Hornby, nie ma tu żadnego węża!

— Był, był! Łaził mi po karku, potem rzuciłam go na Warren, na jej nogi, a ona…

Olivia przerwała bezładne wskazywanie to na śpiwory, to na Alfreda i Donnę, to na podnoszącą się do pionu Martę, żeby złapać się za nogę. Pisnęła cicho, bardziej z szoku niż z bólu, gdy zobaczyła strużkę krwi ściekającą z własnej stopy. Wystawał z niej kawałek ciemnego szkła.

— No pięknie, ale żeś narobiła, dziewczyno!

Profesor Merrythought chwyciła ją za łokieć, pomagając jej w odsunięciu się od szczątków butelki, ale nagle ją puściła. Schyliła się znacznie zręczniej, niż możnaby się spodziewać po kobiecie w tak zaawansowanym wieku, i złapała fragment butelki, wciąż opatrzony etykietą kremowego piwa. Nie musiała nabierać głębokich wdechów, żeby poczuć prawdę; gryzący w nozdrza aromat ognistej był wyczuwalny nawet dla stojącej po przeciwnej stronie roztrzęsionej Marty, która odnalazła wzrokiem Riddle’a. Leżał rozłożony na plecach, z dłońmi splecionymi za głową i wpatrywał się w lewitujące świece, jakby to nie on był sprawcą tego całego zamieszania.

— Alkohol, tak? — spytała groźnie profesor Merrythought. — Upiłyście się, a potem postanowiłyście pobudzić wszystkich dookoła, dobrze rozumiem?

— Nie nie, pani profesor, to nie tak! — sprzeciwiła się Marta.

— Ja naprawdę widziałem węża — wtrącił wstrząśnięty Alfred, a Donna gorliwie mu przytaknęła. — Albo chociaż jakąś jaszczurkę, nie wiem…

— Longbottom, już ja nie zapomnę przekazać profesorowi Dumbledore’owi, że jego wychwalany pod niebiosa prefekt naczelny zignorował zakaz dzielenia śpiworów — upomniała go Merrythought, machnięciem różdżki obwiązując bandażem stopę Olivii. Kolejnym wyczarowała drewnianą linijkę. — Panna Hornby wiecznie sprawia problemy, ale ty, panno Warren? Być może kilka razów przypomni wam obu, że znajdujecie się w prestiżowej szkole magii i czarodziejstwa, a nie na nocowaniu u koleżanki!

Marta wytrzeszczyła oczy, rozglądając się wokoło, jakby spodziewała się otrzymać pomoc, natomiast Olivia z zaciętą miną wyciągnęła przed siebie dłonie zwrócone wnętrzem do góry. Dzielnie, bez zająknięcia się przyjęła na nie cztery razy, a przy piątym spomiędzy jej rozchylonych warg wyrwało się zduszone, gardłowe stęknięcie. Profesor Merrythought zamachnęła się kolejne pięć razy, dmuchnięciem odganiając ze skroni kosmyk siwych włosów, i zwróciła się ku przerażonej Marcie.

Nigdy wcześniej nie dostała razów. To kara, którą głównie stosowano na niemożliwych do opanowania innymi środkami chłopakach, takich pokroju Goyle’a i ferajny, nie na grzecznych, niemających sobie równych w posłuszności uczennicach!

— Rączki — poinstruowała ją profesor Merrythought. Gdy nie doczekała się reakcji, dodała: — Dziewczyno, daję ci dziesięć sekund albo podwoję liczbę razów.

Marta wbiła zęby w dolną wargę i zamknęła oczy, wystawiając dłonie. Dudnienie przyśpieszonego pulsu słyszała wraz z szumem krwi w uszach, policzki piekły ją od upokorzenia, a serce łomotało w piersi szybciej i szybciej z każdą sekundą oczekiwania. Gdy uniosła powieki, zobaczyła odrywającą się od jej dłoni linijkę i pędzącą na nie raz i raz jeszcze, ze świstem.

Opadały się i wznosiły od siły uderzenia, lecz profesor Merrythought nie zdawała sobie sprawy, że poza przyprawianiem samej siebie o wydatną żyłę na skroni, nie zadawała Marcie najmniejszego bólu. Skoncentrowane nagromadzenie magii asekurowało przestrzeń między jej skórą a lądującą głucho linijką.

Przy ósmym razie Marta raz jeszcze odszukała Riddle’a wzrokiem, przypominając sobie o przybieraniu krzywych min, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Tym razem nie wpatrywał się już w sufit, a prosto w nią, podparty na wyciągniętej za plecami ręce. Zza jego ramienia wystawały rozczochrane srebrnoblond włosy Abraxasa. Nie widziała jego twarzy, ale dwa tygodnie spędzone w Ślizgońskim towarzystwie wystarczyły, żeby rozpoznała sięgający jego oczu uśmiech.

— Jeśli do rana któraś z was wyda z siebie chociaż jeden dźwięk — powiedziała Merrythought — następna kara nie będzie tak lekka. Hornby, Warren, do spania, natomiast pan Longbottom bierze swój śpiwór i wybiera się z nim na drugi koniec komnaty. Natychmiast.

Donna obdarzyła dziewczyny pełną pretensji miną, co zostało skwitowanie pogardliwym prychnięciem ze strony Olivii, przyglądającej się zaczerwienionym dłoniom, natomiast Marta, dla ukrycia braku obrażeń, schowała zaciśnięte pięści za plecami.

— Wszystko w porządku? — spytał cicho Alfred.

— Nie było aż tak źle — odparła. — Nie przejmuj się tym.

Nie wyglądał na przekonanego, lecz nie miał innego wyboru i odszedł ramię w ramię z karcacą go przyciszonym głosem Merrythought.

— Stara prukwa — warknęła Olivia, zaklęciem pozbywając się szczątków butelki i kałuży ognistej whisky. — Mogła chociaż wyleczyć mi stopę, niech nie udaje, że nie umie… Gdyby Longbottom rozciął sobie paluszek na pergaminie, ten wredny babsztyl zaraz zamieniłby się w drugą panią Goldie, żeby tylko nie przelać kropelki czystej krwi.

— Och, po prostu tu chodź. — Rozeźlona Marta złapała za różdżkę. —

Vulnera Sanetur.

— Hm, nieźle — przyznała niechętnie Olivia, gdy odwiązała bandaż, żeby odsłonić pozbawiony rany po szkle spód stopy. — Chyba nawet pasowałby ci ten śmieszny pielęgniarski czepek, Warren. — Zbliżyła się do niej pod pretekstem wystawienia rąk do leczenia, tak naprawdę zamierzając szepnąć jej w ucho: — Zastanów się nad tym, co mówiłam. Może i ukryjesz ślady po Malfoyu, ale po co chcesz go chronić? Żaden z niego Darcy.

----- CHAPTER BREAK -----

Hogwart huczał od plotek o przeszukiwaniu zamku, lecz ku zaskoczeniu Marty (i rozczarowaniu desperacko łaknącej zaspokojenia ciekawości Donny), nie wypłynęły w obieg żadne najmniejsze poszeptywania o potworze. Jeśli którykolwiek prefekt poza Riddle’em wiedział coś konkretnego na ten temat, Marta darzyła ich jeszcze większym szacunkiem. Uważała, że za utrzymanie tego w ukryciu należało im się wyróżnienie, być może nawet upamiętniająca to osiągnięcie złota plakietka, powieszona w Izbie Pamięci w sekcji przeznaczonej dla szczególnych osiągnięć prefektów.
Spodziewała się, że po zdarzeniach z niedzielnego uwięzienia w Wielkiej Sali stanie się obiektem bacznych obserwacji Olivii, lecz ta traktowała ją z zastanawiającym dystansem, jakby ich zabarwiona alkoholem rozmowa była niczym więcej niż wytworem wyobraźni. W obawie przed nieuniknioną niezręcznością interakcji z Alfredem, omijała go szerokim łukiem, co okazało się łatwiejsze ze względu na przymus eskortowania uczniów z miejsca na miejsce, dzięki czemu brakowało mu czasu na miotlarskie odwiedziny u Donny.

Choć ostatnie dni przyniosły Marcie długo wyczekiwany wypoczynek od obecności Riddle’a w jej życiu, każdy kolejny zdawał się przygniatać ją dodatkową porcją lodowatego poczucia nieuchronności. Upływ czasu pomógł jej w zrzuceniu klapek z oczu: wierzyła całym sercem, że ich dusze zostały związane razem. Być może Riddle zbliżył się do swojego celu, lecz dla niej ta znajomość nie wiązała się z niczym poza konsekwencjami.

Więcej razy, niż mogłaby zliczyć, przyłapywała się na snuciu wyobrażeń, jak Dumbledore postanawia spisać ich na straty i wybiera się w kolejną podróż. Wystarczyło kilka, może kilkanaście obrotów pokręteł na zmieniaczu czasu, aby ta tutejsza Marta przestała istnieć. Wtedy ziściłaby się inna, nowa, pełna tak rozczulającej naiwności, że jednak zwątpiła, czy chciałaby zrzucić na nią przygniatający kark bucior Riddle’a.

— Warren, mówię do ciebie.

Wzdrygnęła się, zerkając przez ramię na Olivię.

— Co znowu?

— Jak to co? Zapomniałaś o naszej umowie?

Gdyby Marta zaprzeczyła natychmiast, skłamałaby. Chociaż zarobienie dla Olivii wybitnego jeszcze kilka dni temu przyprawiało ją o zgrzytanie zębów i skręty żołądka, perspektywa ta bladła jednak przy fantazjowaniu na temat śmierci swojej tutejszej formy.

— Masz. — Olivia z premedytacją rzuciła fiolkę z eliksirem tak, żeby Marta nie miała szans jej złapać. Szkło zadźwięczało w kontakcie z podłogą, zwracając uwagę kilkorga uczniów. — No, dawaj swój.

Marta nie była w humorze na spory, więc bez komentarza przywołała fiolkę za pomocą

Accio

i przekazała wyszczerzonej od ucha do ucha Olivii truciznę własnego wyrobu. Gdy tak spojrzała ostatni raz na mętnozieloną miksturę, zwątpiła, czy spisała się na wybitny. Ostatnimi czasy nie grzeszyła koncentracją.

— Dzięki.

Olivia z wysoko podniesioną głową pomaszerowała do Slughorna, który zaglądał do kociołka stojącego po drugiej stronie komnaty Alfreda. Marta nie miała ochoty patrzeć profesorowi w twarz, jak odda mu stworzoną przez Olivię abominację, dlatego odesłała fiolkę zaklęciem na jego biurko, posprzątała stanowisko pracy i wraz z wybiciem dzwonka jako pierwsza wyszła na korytarz, nie zamierzając czekać na uformowanie się grupy eskortowanej przez Astrę.

— Warren — usłyszała za sobą, gdy uszła zaledwie kilka kroków.

Widok Riddle’a nie cieszył, lecz okazało się, że istniało coś jeszcze gorszego: Riddle z Nottem i Malfoyem u boku, z tyłu obstawiony przez dwie góry mięśni pod postacią Mulcibera i Goyle’a. Miny wszystkich poza Abraxasem wyrażały jedną wielką niepewność i Marta wcale im się nie dziwiła. Uderzyła ją świadomość, że nigdy nie widziała Riddle’a z własnej inicjatywy rozmawiającego z mugolaczką.

— Sposoby, na jakie okazujesz wdzięczność, nigdy nie przestaną mnie zadziwiać — powiedział z drwiącym uśmieszkiem. — Wyświadczyłem ci przysługę, a ty mnie unikasz.

Gdyby nie okludowanie umysłu, które powoli zaczęło wchodzić jej w nawyk, pewnie spotkałaby się plecami ze ścianą w momencie, gdy chłopacy utworzyli wokół niej szczelny mur z ciał. Chyba uważali, że do ich zadań należy asekurowanie wizerunku Riddle’a.

— Może wcale cię nie unikam — odparła, ostentacyjnie przesuwając wzrokiem po twarzach Ślizgonów. Nie mogła nie zauważyć, że przyglądający się jej ze zmrużonymi oczami Abraxas przypominał kojota czekającego na odpowiedni moment do wyskoczenia z zarośli, żeby jednym kłapnięciem zębów przerwać jej udrękę. — Może po prostu jesteś wiecznie otoczony wianuszkiem wielbicieli.

Nie dał po sobie poznać, czy rozpoznał jej blef, lecz w odpowiedzi wsunął dłonie w kieszenie i odprawił chłopaków kiwnięciem głowy. Tylko uwydatniający się mięsień szczęki zdradził, że jego pokłady cierpliwości topniały z każdą sekundą, podczas której Abraxas trwał u jego boku.

— Nie zapomniałem — powiedział do niego Riddle. — Widzimy się za kwadrans.

Abraxas odetchnął z rozdrażnieniem, rzucił ogarniętej ulgą Marcie ostatnie wyrażające dogłębną pogardę spojrzenie i poszedł w ślad za przyjaciółmi.

— Nie ma potrzeby, żebyś się aż tak cieszyła — stwierdził Riddle. — Mogę się spóźnić, jeśli tylko rozbudzisz we mnie ochotę na spędzenie z tobą więcej cennego czasu.

— Tak? Co tym razem, Riddle?

Crucio?

— Była wdzięczna, że na moment rozdzieliła ich biegnąca w przeciwną stronę wataha rozchichotanych pierwszorocznych, którzy odłączyli się od grupy prowadzonej przez prefekt Hufflepuffu. Marta wolała nie sprawdzać, czy i tym razem odgadnęła jego zamiary. — Zresztą, myślałam, że nie będziesz się pokazywać w moim towarzystwie przed swoimi czystokrwistymi popychadłami.

— Miałaś nadzieję — poprawił ją. — Na twoje nieszczęście żaden z nich nie jest na tyle głupi, żeby kwestionować moje decyzje. Gdybym zapragnął zaprosić Dumbledore’a na herbatę do Puddifoot, nie odważyliby się nawet zadać mi jednego pytania na ten temat.

— Może otwarcie ich nie kwestionują.

— Wcale.

— Dobrze. Wiesz najlepiej,

Tom.

— W rzeczy samej. Jak miło słyszeć to z twoich ust, Marto. — Puścił ją przodem, gdy wymijali czwartorocznych przypuszczających szturm na ruchome schody. — O co chodziło z Hornby?

— Takie tam głupoty — odparła, wznawiając wędrówkę na piąte piętro, gdzie za kwadrans miała się odbyć lekcja historii magii. — Jeśli chcesz się poskarżyć, że ktoś inny niż ty dostąpił dziś zaszczytu dręczenia mnie, z zażaleniami skieruj się do niej. Nie mam dziś do ciebie głowy, więc proszę, daj mi spokój.

Riddle uniósł brew w taki sposób, jakby odgadnęła jego myśli. Gdy tylko na horyzoncie, ponad dziesiątkami poruszających się głów uczniów dostrzegła otwarte drzwi do odpowiedniej sali, złapał ją za łokieć i wepchnął do najbliższego schowka.

— Brzmi, jakbyś miała pytania związane z tym, o czym rozmawialiśmy w komnacie.

— To spora nadinterpretacja — fuknęła, poprawiając wymięty rękaw szaty. — Ale skoro już jesteś tak uprzejmy, że przetrzymujesz mnie w tej śmierdzącej brudnym mopem klitce, tak, możesz mi odpowiedzieć na kilka. Na przykład czy zamierzasz przestać nasyłać bazyliszka na mugolaków i czyją krwią napisałeś tamtą wiadomość na ścianie.

— Hm. Czwórka w półtorej miesiąca to mało zadowalający wynik — poinformował ją poufałym, lecz zarazem poważnym tonem, jakby znajdował się teraz na lekcji eliksirów i prywatnie omawiał ze Slughornem skomplikowane zagadnienia przy jego biurku. — Ale nie chciałbym, żeby dyrekcja podjęła jeszcze bardziej drastyczne środki, zanim zdejmą ze mnie Namiar, więc jak na razie pozostałe mugolaki będą musiały poczekać na swoją kolej. — Wyczarował wątły okrąg światła na końcu różdżki. — A krew? Była twoja, oczywiście.

Bezwstydnie wyszczerzył zęby.

— Upuszczałem jej sobie po trochu przez dwa tygodnie — wyjaśnił ze stoickim spokojem, podczas gdy ona zbierała szczękę z podłogi. — Żartuję, Warren. Zarżnąłem parę kogutów od Ogga. Jakby nie patrzeć, wystarczająco już się w tobie nakrwawiłem.

— Jesteś nienormalny.

— Hm, być może. Daj mi znać, kiedy spotkasz normalnego geniusza.

— Matko, do tego jeszcze nieznośny — burknęła, rozcierając zmarszczone czoło. Wolała zmienić temat jak najszybciej, żeby niepotrzebnie nie zastanawiać się nad tym, czy naprawdę zabił koguty, a tym bardziej nie wspominać tamtego uwłaczającego dnia, gdy musiała go instruować, jak radzić sobie z miesiączką. — Zachowujmy się tak, jakby ta cała zamiana ciał nigdy nie miała miejsca, błagam. A jak już przy Hornby jesteśmy, mogę cię o coś prosić?

— Możesz poprosić, tak.

— To nie będzie wymagać od ciebie żadnego wysiłku, po prostu odwołaj Abraxasa. Kazałam mu utrudnić jej życie, ale chyba już dość się namęczyła.

Riddle przyglądał się jej z trudną do rozszyfrowania miną stanowiącą mieszaninę kpiny i zaintrygowania, ale zarazem poirytowania.

— Zmiękło ci serce? — prychnął. — Naprawdę wystarczy jedna rozmowa w innym tonie, żeby zrobiło ci się żal kogoś, kto uprzykrza ci życie od pierwszego dnia w Hogwarcie?

Zasępiła się. Jak dużo pamiętnika już przeczytał?

— Podsłuchiwałeś nas? — zapytała zamiast tego. — Jak?

— Chyba nie spodziewałaś się zachować prywatność?

— Mam do niej prawo, Riddle.

— I tu się mylisz. Masz tylko takie prawa, jakie ci przyznam. — Zerknął na zegarek. — Cóż, na szczęście wystarczy nam jeszcze czasu na jeden krótki test. Wyciągnij rękę.

Jej ciało zareagowało błyskawicznie, chowając obie za plecami; nawet Oklumencja nie pomogła jej przezwyciężyć strachu przed bólem. Nie pozostawało jej nic jak wierzyć, że Riddle nie połączył tych kropek.

— Jaki znowu test? Co chcesz zrobić?

— Nic, czego musisz się obawiać. Obiecuję.

— Twoje obietnice nie mają żadnego pokrycia.

— Skąd ten wniosek? — Złapał ją za ramię i zmusił do odwrócenia dłoni wnętrzem do góry. — Każda z niewielu złożonych przeze mnie obietnic została spełniona. Nie rzucam słów na wiatr.

Zamierzała poddać to w wątpliwość, lecz zamknęła usta na widok tego, jak powoli zsunął z palca serdecznego złoty pierścień o czarnym, nietypowo ukształtowanym kamieniu. Ten sam, który spadł jej z komody na głowę pewnego feralnego poranka, gdy niewinnie próbowała dostać się do kufra Riddle’a w poszukiwaniu podręcznika na zaklęcia.

Upuścił pierścień na jej dłoń i zachmurzył się.

— Nic się nie stało — stwierdził ze skonsternowaniem.

— A co, oczekiwałeś, że padnę trupem? — spytała ironicznie.

— Nie potrzebuję obłożonej klątwą biżuterii, żeby cię zabić. — Musnął go palcem. — Na mnie reaguje.

Wzdłuż kręgosłupa Marty przebiegł dreszcz. Gdy Riddle dotknął pierścienia, ten pozostał nieruchomy na jej dłoni, lecz równocześnie przez kilka chwil pulsował mocnym tętnem, niemal jakby zaklęto w nim żywą, bez wątpienia czarnomagiczną istotę.

— Co to tak naprawdę jest?

Wsunął go z powrotem na szlachetnie długi palec. Wyglądał z nim dobrze na dłoni, niemal jakby został stworzony do noszenia tak bez wątpienia kosztownych, być może nawet bezcennych rzeczy.

— Hm… Powiedzmy, że artefakt.

— Oczywiście, artefakt — powtórzyła podejrzliwie. Wyciąganie z niego prawdy nie miało sensu, chyba że chciała wypróbować swoją teorię z

Cruciatusem

. — Skoro nasze dusze są połączone tak jak twierdzisz, dlaczego pierścień zareagował na mnie w twoim dormitorium, kiedy byłam tobą, a teraz nie?

Światło wydobywające się z różdżki rzucało białą łunę na dolną część jego twarzy. Mimo że oczy Riddle’a spowijał półmrok, wydawało jej się, że mignęło w nich rozdrażnienie.

— Porozmawiamy później, Warren.

Zamaszyście otworzył drzwi na pusty korytarz. Pod przeciwległą ścianą z dłońmi w kieszeniach czekał na niego Abraxas, rozprostowując dotychczas skrzyżowane w kostkach nogi.

— Malfoy, jestem świadom, że defekty genetyczne takie jak albinizm powodują głuchotę, ale jak dotąd na nią nie cierpiałeś. Jeśli się mylę, popraw mnie.

— Kwadrans już dawno minął.

— Nie przypominam sobie, żebym ci mówił, że masz za mną łazić jak bachor porzucony przez matkę na Nokturnie, jeśli się nie stawię — wycedził, podchodząc do niego. Mimo że oczy Abraxasa rozszerzył szok, kącik ust mu drgnął.

— Panna Wallenby — odezwał się dobiegający jakby z zaświatów głos profesora Binnsa, który przeniknął przez ścianę akurat w momencie, gdy Riddle złapał Abraxasa u podstawy szyi. — Tak myślałem, że mi kogoś brakowało podczas sprawdzania obecności. Zapraszam do sali.

Marta ruszyła za Binnsem, rzucając przez ramię ostatnie spojrzenie na chłopaków. Riddle z zadziwiającą wiarygodnością przeobraził agresywny gest w niewinne poprawianie krawata Abraxasowi, a ten natomiast wpatrywał się w swojego oprawcę z tak szczenięcym uwielbieniem, że niewiele brakowało, aby jego oczy zmieniły się w serca niczym w gazecianych komiksach.

— Idę do biblioteki — usłyszała za plecami szorstki głos Riddle’a.

— Ale…

— Później, Malfoy. Napatocz mi się pod nogi jeszcze raz, to zapewniam cię, że załatwię cię tak, że zapomnisz, z jakiej rodziny pochodzisz.

Marta potrząsnęła głową, zastanawiając się nad tym, co poszło nie tak w życiu Abraxasa, żeby podobało mu się takie traktowanie, i zajęła miejsce w ławce obok ciskającej gromy oczami Astry.

— Gdzie się włóczyłaś? — wyszeptała napastliwie, pochylając się ku niej. — Jesteś świadoma, że jeśli coś ci się stanie, to ja stracę odznakę prefekta naczelnego?

— Szłam z Puchonami — odparła na odczepkę Marta, wyjmując rolkę pergaminu, pióro i podręcznik na blat ławki.

— To ciekawe, bo Longbottom wypytywał ich prefektów i nikt cię nigdzie nie widział.

— Och, przestań. Naprawdę myślisz, że ci z piątego roku by mnie rozpoznali? Przecież nigdy nie zamieniłam z nimi słowa, po prostu doczepiłam się do ich grupy. — Kłamstwo spłynęło jej z ust z taką łatwością, że Marta zdziwiła samą siebie. Brzmiała równie przekonująco, co Riddle. — A Alfred powinien zainteresować się Gryfonami.

Astra nie kryła zaskoczenia.

— Czemu jesteś na niego taka cięta? Czy to nie ty gadałaś jak najęta, że jest wzorem do naśladowania?

— Nie jestem cięta — zaperzyła się — ale taka jest prawda. To ty jesteś prefekt naczelną Ravenclawu. Jeśli będzie niepotrzebnie zaprzątał sobie mną głowę, jeszcze ktoś mu się wywinie z grupy i będzie przez to miał problemy.

— Dobrze wiedzieć, że bardziej przejmujesz się nim niż mną.

Marta powstrzymała się od komentarza. Właśnie dlatego nigdy nie zapałała szczególną sympatią wobec Astry: uważała, że powinna być na pierwszym miejscu dla wszystkich, niezależnie od tego, jakie łączyły ją z nimi stosunki.

— O której prowadzisz grupę do biblioteki?

— Dopiero o siedemnastej — odparła chłodno Astra. — Pierwszoroczniaki mają po południu lekcje latania, pewnie po wszystkim będą nie do opanowania, dlatego wolałam się zająć nimi sama.

— Powodzenia.

— Prędzej przydałaby mi się dodatkowa cierpliwość. Może ich nie spetryfikuję, ale Merlin jeden wie, że czasem mam ochotę ich pozabijać, jak tak wrzeszczą na korytarzach. Prawie jakby to były jakieś banshee, a nie dzieci.

Marta zaśmiała się cicho pod nosem, lecz mina zrzedła jej w momencie, gdy wylądowała przed nią zmięta kulka papieru. Nie potrzebowała jej rozprostowywać, żeby wiedzieć, czyją wiadomość zawierała; siedzący z Donną trzy rzędy z tyłu Alfred wzrokiem wypalał jej dziurę w plecach.

„Gdzie byłaś?” — głosiło jego pozbawione gracji pismo.

Marta złapała za pióro, ale po namyśle jednak je odłożyła. Rozważała między użyciem tej samej wymówki co podczas rozmowy z Astrą a dosadnym napisaniem, że cierpiała na damskie problemy (to ucięłoby dalsze rozmowy). Zrezygnowała z obu opcji. Nie chciała kłamać, nie jemu, jedynej osobie, którą mogła nazwać prawdziwym przyjacielem.

Niestety powiedzieć prawdy też nie mogła, dlatego wybrała milczenie. Po lekcjach dołączyła do grupy Astry w drodze na obiad i usiadła obok Donny, pierwszy raz w życiu ciesząc się, że Alfred nie dołączył do nich przy stole Ravenclawu.

— Jak tam? — zagadnęła pozbawiona apetytu Marta. Nalała herbaty do filiżanki i ogrzała wokół niej zziębnięte ręce. Październik rozpoczął się zaledwie tydzień temu, a już niósł ze sobą hulejący wiatr i niską temperaturę.

— W porządku.

Lakoniczna, pozbawiona entuzjazmu odpowiedź Donny mówiła sama za siebie. Nie miały wielu okazji do rozmowy po niedzielnych wydarzeniach, ale gdyby wiedziała o tym, jak półprzytomny Alfred poufale przygarnął do siebie Martę, do wybuchu doszłoby znacznie wcześniej.

— Hm… czy… rozmawialiście o sama wiesz czym?

— Co? — Mina Donny wyrażała dogłębne niezrozumienie. — A, to. Nie.

Marta czekała na rozwinięcie wypowiedzi, niestety się go nie doczekała.

— To w takim razie o co chodzi? — dociekała, chociaż tak naprawdę skręcało ją z chęci zapytania, dlaczego jeszcze nie wyjawiła mu prawdy na temat bycia wykorzystywaną przez Goyle’a.

Donna posłała jej krzywe spojrzenie.

— O nic takiego.

A więc jednak chodziło o Martę. Znając Donnę, powodów mogła mieć miliony, począwszy od całkowicie trywialnych, takich jak wysłanie liściku przez Alfreda na lekcji historii magii, poprzez to, jak już dwukrotnie zaangażował się w poszukiwania Marty. Oczywiście było to coś, co zrobiłby dla każdego ucznia, ale Donna dopatrzyłaby się ukrytych motywów nawet w rytmie oddechów, jeśli tylko by chciała.

— Alfred zaraz będzie prowadzić grupę do biblioteki — odezwała się niespodziewanie, przeżuwając kęs pieczeni — pewnie chcesz do niego dołączyć?

Marta nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Oczywiście, że chciała iść do biblioteki! Miała trzy eseje do napisania na przyszły tydzień, nie wspominając o tym, że najpewniej po dzisiejszej lekcji eliksirów bezpowrotnie straciła w oczach profesora Slughorna. Jeśli chciała, żeby nie spisał jej na straty, jej wypracowanie o najsilniejszych truciznach musi być tak dobre, że aż wykurzy go z butów.

Kątem oka zobaczyła, jak Alfred podnosi się od stołu Gryffindoru, przywołując swoją grupę do zbiórki. Gdy wszyscy byli już gotowi, zgodnie z przewidywaniami przesunął wzrokiem po Krukonach i, niemal jakby wiedziony instynktem, błyskawicznie odnalazł Donnę i Martę, która błagała w myślach, żeby nie zrobił tego, co wiedziała, że zrobi.

— Idziecie z nami do biblioteki?

Choć jego zielone oczy wyrażały czujność, obdarzył je obie tak ciepłym uśmiechem, że Marta na moment zapomniała o zmartwieniach. Z przykrością wróciła na ziemię, przypominając sobie, że to nie chłopak dla niej. Nawet jeśli poznanie prawdy zakończyłoby jego związek z Donną, było już za późno. Marta zawsze pragnęła oddać się komuś, kto zachowywał czystość dla tej jedynej osoby tak samo jak ona, a nawet jeśli w przyszłości zostałaby zmuszona do odrzucenia tych ideałów, wolałaby nie przyjaźnić się z byłą partnerką swojego hipotetycznego ukochanego, a tym bardziej z byłą partnerką, z którą stracił dziewictwo. Samo wyobrażanie sobie siebie jako dziewczyny Alfreda przyprawiało ją o poczucie bycia niedostatecznie… cóż, niedostatecznie wszystkim, czym była Donna, a czym ona nie.

— Nie mogę — odparła lodowato Donna. — Mam szlaban.

— Za co? — spytała Marta.

— Nie twoja sprawa.

Marta wywróciła oczami, słysząc ten ton godzien pyskującego rodzicom dzieciaka, lecz wolała nie dolewać oliwy do ognia. Co miała zrobić? Pójście z Alfredem teraz oznaczało, że mogłaby wrócić do dormitorium później z grupą Astry, która zabawi w bibliotece do kolacji. Nie zamierzała zmarnować takiej okazji ze względu na fochy Donny.

Złapała jabłko na drogę i dołączyła do grupy Gryfonów czekających pod rozwartymi wrotami. Na całe szczęście baczna obserwacja, czy nikt nie wybiera się na samodzielną przechadzkę, absorbowała Alfreda na tyle, że nie podjął żadnego poważnego tematu do rozmowy. Trzy po trzy opowiadał Marcie o wczorajszym treningu quidditcha, mając oczy dookoła głowy, a ona w tym czasie bezmyślnie wpatrywała się w linię jego szerokich ramion, opiętych czerwono-złotym swetrem, który tak bardzo komplementował jego ciepłą urodę, że po prostu idąc obok niego, paradoksalnie poczuła się bezpieczna.

— Wiem, że masz pełno nauki — odezwał się, kiedy zapędził ostatniego dzieciaka do biblioteki — ale możemy chwilę pogadać?

Niechętnie skinęła głową.

— Świetnie, dzięki — powiedział sztywno, pocierając kark z taką miną, jakby nie wiedział, od czego zacząć. — No… Wiesz co, nie spodziewałem się, że akurat ty… Nie, inaczej. — Odchrząknął nerwowo. — Marto, to, co się dzieje w Hogwarcie, jest poważne. Doskonale o tym wiesz, dlatego nie rozumiem, dlaczego ledwo parę dni po ogłoszeniu nowych zasad ze wszystkich osób w szkole akurat ty już je łamiesz.

— Nie złamałam żadnych zasad — odpowiedziała zgodnie z prawdą. Nawet jeśli nie zamierzała przyznać, że to Riddle towarzyszył jej w drodze na historię magii, wciąż był prefektem naczelnym. — Niepotrzebnie się zamartwiasz, naprawdę.

— Donna mi mówiła, że to nie moja sprawa i nie wiem, może ty też tak uważasz, może przesadzam i wtrącam się tam, gdzie nie powinienem, ale po prostu chciałbym wiedzieć…

— Alfred — weszła mu w słowo, żeby nie zadał jej bezpośredniego pytania. Odwracanie jego uwagi wciąż wywoływało w niej wyrzuty sumienia, ale te były lepsze od prób wymigania się od odpowiedzi, które nie przyniosłyby niczego dobrego. — Donna jest… Sam wiesz, jaka ona jest. Musisz mi wierzyć, że naprawdę doceniam wszystko, co robisz i to, jak bardzo troszczysz się o każdego w twoim otoczeniu. Jesteś najlepszym prefektem naczelnym ze wszystkich, bo autentycznie ci zależy na dobrze reszty uczniów, szczerze. I jesteś wspaniałym przyjacielem.

Alfred zaczerwienił się lekko, uciekając wzrokiem gdzie popadnie.

— No, przestań — bąknął, oszołomiony takim natłokiem komplementów.

— Mówię stuprocentowo poważnie. — Dyskretnie uścisnęła jego rękę. — Szkoda, że Donna widzi w twojej dobroci serca tylko powody do zazdrości.

— Hm… Tak. No tak.

Marta wykorzystała jego zakłopotanie, żeby zapuścić się w labirynt regałów z książkami. Ciągle widziała Alfreda gdzieś kątem oka, dlatego weszła na wyższy poziom biblioteki i znalazła zaciszny kącik, gdzie przez następne dwie godziny psuła sobie wzrok podczas przeszukiwania tysiącstronicowych tomiszcz poświęconych najbardziej skomplikowanym zagadnieniom w dziedzinie eliksirów, z jakimi kiedykolwiek przyszło się jej zmierzyć. Liczyła, że znajdzie tam coś, zawarcie czego w wypracowaniu skłoniłoby Slughorna do nawiązania z nią równie poufałej pogawędki co te, które prowadził z Riddle’em.

Zerknięcie na zegarek sprawiło, że zastanowila się, czy aby przypadkiem i on nie znajdował się wciąż w bibliotece. Porzucił na jej rzecz plany z Abraxasem, a jego nagłe rozdrażnienie wskazywało, że wynik testu z pierścieniem nie przypadł mu do gustu. Kiedy kładł go na jej rękę, sprawiał wrażenie, jakby robił to z czystej formalności, jakby był przekonany, że pierścień zareaguje na nią w podobny sposób, co na niego.

Co oznaczał ten brak reakcji? Skoro wytrącił Riddle’a z równowagi…

Marta niechętnie spakowała rzeczy do torby i zeszła po spiralnych, drewnianych schodach na parter. Wkradanie się do Zakazanego Działu w środku dnia nie należało do najmądrzejszych pomysłów, lecz wiedziała, że szukając Riddle’a gdziekolwiek indziej, straciłaby czas.

Brama była otwarta, więc wślizgnęła się do środka. Czym prędzej pomaszerowała na sam koniec, do sekcji z miejscami do pracy, gdzie dostrzegła go pochylonego nad książką. Podpierał się na dłoni znikającej między gęstwiną czarnych loków, tak niecodziennie poszarpanych, jakby jeszcze niedawno rwał sobie włosy z głowy. Szary sweter z zielonymi lamówkami leżał niedbale przerzucony przez środek blatu, podręczniki wysypywały się z przekrzywionej torby, co tak bardzo do niego nie pasowało, że Marcie nie tylko zapaliły się lampki ostrzegawcze, ale i wbrew wszelkiemu rozsądkowi, w serce ukłuła ją cieniuteńka igła współczucia.

Mimo że nie starała się zachować ciszy, gdy wpadła do Zakazanego Działu, Riddle zauważył jej przybycie dopiero w momencie, gdy usiadła na krześle obok. Roztarł nastroszoną brew i wrócił do lektury.

— Wszystko w porządku, Tom?

Zignorował ją, przewracając stronę.

— Wiem, że mi nie ufasz, ale tak jak sam mówiłeś, ugrzęźliśmy w tym bagnie razem — kontynuowała ostrożnie. — Powiedz mi, czego tutaj ciągle szukasz, to może uda mi się coś znaleźć. Pomóc ci.

Mimo że przesuwał wzrokiem po tekście i nic nie wskazywało na zbliżające się przerwanie czytania, bała się zbyt długo patrzyć mu w oczy, jakby mogło to na niego podziałać niczym płachta na byka. W oczekiwaniu na odpowiedź zliczała w duchu wszystkie różnice w jego dzisiejszym wizerunku: byle jak podwinięte rękawy białej koszuli, poluzowany i wymarszczony kołnierzyk, krawat zwisający z oparcia jego krzesła. W połączeniu z roztrzepanymi lokami i cieniami pod oczami, przypominał popadającego w szaleństwo naukowca, który od miesięcy stara się rozwiązać skomplikowany problem.

— Dobrze, jak wolisz.

Wstała i nie bez ociągania obeszła jego krzesło. Wyglądał tak żałośnie, otoczony wysypującym się z torby rozgardiaszem i wachlarzem z oprawionych w czarną skórę ksiąg, że nawet instynkt samozachowawczy nie pomógł jej w oparciu się przed położeniem mu dłoni na ramieniu. Ścisnęła je lekko, niepewnie i poczuła, jak jej palce drżą, ogrzewane od spodu ciepłem emanującym przez sztywny materiał koszuli.

Zbyt szybko się odprężyła, widząc, jak pod wpływem jej dotyku zamknął oczy. Gdy otworzył je kilka sekund później, jego spojrzenie kipiało furią.

W jednym momencie stała nad nim, w drugim półki trzeszczącego regału dotkliwie wbijały się w plecy. Riddle nawet jej nie dotknął; sama się wycofała, gdy na nią ruszył.

— Nie rób mi krzywdy — wyszeptała przez zmartwiałe wargi. Jeszcze dwa tygodnie temu to Abraxas stał w jej miejscu, a ona odgrywała rolę napastnika, tak jak pochylony nad nią Riddle teraz. Ironia tej sytuacji nie bawiła. — Proszę.

— A jeśli chcę?

Potrząsnęła głową, nie potrafiąc wydusić ani słowa.

— Ależ chcę. Nie jesteś nawet w stanie sobie wyobrazić jak bardzo. — Wzdrygnęła się, gdy podniósł rękę, lecz wbrew oczekiwaniom, wcale nie złapał jej za szyję jak Abraxasa, a wsparł przedramię o regał. — Jedno mnie interesuje. Dlaczego ty się nigdy nie bronisz, Warren?

— Ja… — Ocknęła się z szoku, odzyskując trochę opanowania. — To może ci się wydać szalone, ale nie wszyscy czerpią przyjemność ze sprawiania innym bólu.

— Może i nie wszyscy, ale zdecydowanie więcej osób, niż chciałabyś zaakceptować — stwierdził rzeczowo. — Powinnaś się bronić… ale nie przeciwko mnie. Niepotrzebnie byś mnie sprowokowała. Abraxas już się tego nauczył, chociaż on lubi bawić się z ogniem.

Ciałem Marty wstrząsnął dreszcz. Ze wszystkich chłopaków w dormitorium to on znajdował się najbliżej Riddle’a pod każdym względem, poczynając od przyjaźni, bycia jego prawą ręką w sprawie Rycerzy i kończąc na ich intymnych relacjach. Skoro przyrównywał ją do Abraxasa, naprawdę nie zamierzał dać jej świętego spokoju. Choć te przemyślenia wcześniej były obecne w jej umyśle, teraz przygniotła ją świadomość, że Riddle będzie trzymał ją na krótkiej smyczy i mieszał w każdym aspekcie jej życia.

— Po co pomagałeś mi z Merrythought, skoro tak bardzo cieszy cię cierpienie innych?

— Czy to nie oczywiste? Prawo do dręczenia cię przysługuje tylko mnie.

Marta zaśmiała się ponuro.

— Zabawne, Warren?

— Tak się składa, że Olivia powiedziała niedawno coś podobnego…

— Na jej miejscu nie testowałbym tej teorii.

— Przekażę — odparła zachrypniętym głosem, co wywołało błysk rozbawienia w jego oczach. W tym świetle wydawały się czarne jak dwa bezdenne, wciągające ją tunele. Przypominały jej o teorii poświęconej gwiazdom zbyt wielkim, żeby nie zapaść się w sobie. W zeszłym roku wygrzebała coś na ich temat w zakurzonym dziale poświęconym astrofizyce.

— Ciekawi mnie, czy zaimponował ci mój popis magii.

Marta utrzymała obojętną minę, mimo że zaskoczył ją ten dobór słów. Czy Riddle chciał jej zaimponować? Wypowiedział to zdanie z chełpliwością, która zawsze towarzyszyła rozmowom o jego osiągnięciach, niestety towarzyszyła jej też nuta poufałości. Prawie jakby oczekiwał, że Marta zacznie pękać z dumy nad tym, z jak potężnym czarodziejem przypadek związał jej duszę. W rzeczywistości ta perspektywa przerażała ją jeszcze bardziej niż dotychczas.

— Nawet nie wiedziałam, że można jej w ten sposób użyć — odpowiedziała ostrożnie, mając nadzieję, że takie pochlebstwo mu wystarczy.

— Magia nie ma limitów, mówiłem ci to już. — Nie poruszył się, a jednak poczuła pod brodą widmowe muśnięcie skoncentrowanej energii. — Mogę jej używać na każdy sposób, jaki tylko sobie wyobrażę… — Powoli zwiększał nacisk na jej gardło. — Mógłbym cię zabić bez wyciągania rąk z kieszeni, gdybym tylko tego chciał. Czy wtedy byś się przede mną broniła?

Wbiła zęby w dolną wargę, wstrzymując oddech.

— A

zamierzasz

mnie zabić?

— Musisz się zgodzić, że byłoby to sprawiedliwe — odparł z jawnym przeświadczeniem, że nawet nie wpadłaby na pomysł, żeby się z nim kłócić. — Zabiłaś mnie dwukrotnie. Po prostu bym ci się odwdzięczył, najchętniej więcej niż raz… Niestety na razie stoi to pod znakiem zapytania.

Marta wpatrywała się w niego bez mrugnięcia. Co miał przez to na myśli? Więcej niż raz… Jakie konsekwencje miała ta przeklęta zamiana?

— A co z naszymi duszami? — nasunęła, chociaż z igrającego w kąciku jego ust uśmiechu wywnioskowała, że to nie moment na umieranie.

— Z naszymi duszami…

Poruszył się, jakby coś usłyszał, a wtedy i uszu Marty dobiegły odgłosy cichych, ostrożnie stawianych kroków. Nie zdążyła zrobić nic poza wymsknięciem się spod wspartej obok jej głowy ręki Riddle’a, a z przejścia między regałami wyłonił się Alfred. Jego łobuzerski uśmiech zgasł niczym zduszony między palcami płomień zapałki.

— Co tu robisz? — wypaliła, zamrożona w szoku.

— Widziałem, jak tu wchodzisz — powiedział szczerze, równie wstrząśnięty, co ona. — Zamierzałem się na ciebie zaczaić i cię wystraszyć, jak będziesz wychodzić, ale kończył mi się czas, wiesz, grupa…

Marta pluła sobie w brodę. Gdyby nie zebrało się jej na pocieszanie Riddle’a (co z perspektywy czasu wydało się jej jeszcze większym idiotyzmem niż napojenie go Amortencją), nie zostałaby przyłapana na gorącym uczynku. Gdyby tylko pozwoliła mu marynować się w swoim rozdrażnieniu, być może przerażeniu nieposiadania całkowitej kontroli nad sytuacją, Alfred nie chłonąłby teraz wzrokiem całej tej sceny; swetra rzuconego na usiany rozgardiaszem stół, krawatu przewieszonego przez oparcie odsuniętego krzesła, poluzowanego kołnierzyka i dwóch odpiętych guzików koszuli Riddle’a, a przede wszystkim jego tak niecodziennie tkwiących w nieładzie loków.

Dobry Boże, pomyślała.

— Bez obaw, Longbottom — odezwał się, stając za Martą. Zbyt blisko, żeby położyć kres formującym się w umyśle Alfreda wnioskom. — Możesz odejść. Dopilnuję, żeby Warren została odpowiednio ukarana za włamanie się do Zakazanego Działu bez zgody nauczyciela.

Alfred zaśmiał się gorzko, kręcąc głową w jawnym zawodzie.

— Ukarana, taak. Ciekawe masz formy kar, Riddle.

Odwrócił się sztywno, nie patrząc na nią, i z pięściami wciśniętymi do kieszeni skierował się ku wyjściu, co miało swoje dobre strony: nie zobaczył, jaki rodzaj uśmiechu wykrzywił wargi Riddle’a. Pobladła Marta wpatrywała się w niknące w cieniu plecy Alfreda, a gdy zniknął jej z oczu, impuls pchnął ją jego śladem.

— Nie skończyliśmy, Warren.

— Skończyliśmy.

— Nie. — Złapał ją za przedramię i pociągnął z powrotem. — Powiedz mi, nie nudzi ci się to, że Longbottom traktuje cię jak niezdolne do podejmowania samodzielnych decyzji dziecko?

— Wiem, że koncept troszczenia się o innych jest dla ciebie całkowicie obcy, Riddle — warknęła, wyrywając rękę z jego uścisku — ale wyobraź sobie, że w przeciwieństwie do ciebie inni nie mają z tym problemu. Być może potrafiłbyś to zrozumieć, gdybyś nie wychował się w sierocińcu.

Jedynie lekkie drgnienie brwi zdradziło jego zaskoczenie. Wbrew przewidywaniom Marty, jej bezmyślny komentarz nie wywołał gniewu ani żadnej jego pochodnej, prawie jakby Riddle brał pod uwagę możliwość, że w trakcie zamiany dusz wbrew jego woli pozna kilka sekretów.

— Poza tym — dodała, kiedy jego milczenie zaczęło przyprawiać ją o rosnący niepokój — czy aby przypadkiem sam nie traktujesz mnie jednakowo?

Zaprzeczył lakonicznym ruchem głowy.

— W przeciwieństwie do Longbottoma uważam, że jesteś jak najbardziej zdolna do podejmowania samodzielnych decyzji. Różnica jest taka, że zamiast cię infantylizować, ja po prostu nie zamierzam ci pozwolić na ich podejmowanie.

Miała ochotę parsknąć śmiechem, mimo że wcale nie było jej do śmiechu.

— Może w jakimś krzywym zwierciadle jego zachowanie jest infantylizujące, ale tak naprawdę to twoje ma potencjał doprowadzić kogoś do autentycznej infantylizacji.

— Być może — przyznał. — Na szczęście tak się składa, że akurat tobie to nie grozi. Tak naprawdę zamierzam w ten sposób cię od siebie uzależnić i zmusić do bycia uległą.

Powiedział to z tak kamienną twarzą, że Martą aż wstrząsnęło. Nie pozostawiał wątpliwości, że uważał swoje stwierdzenie za niewykraczające poza żadne normy społeczne, ale i że to zachowanie, rozszczenie sobie praw do zdominowania drugiej osoby było czymś normalnym, czymś na porządku dziennym. Prawie jakby oczekiwał, że prędzej czy później każdy w życiu wybierał jedną z dwóch ról.

— Longbottom gra mi na nerwach — przerwał milczenie, zasiadając przed rozrzuconymi po stole księgami. — Na pewno byłoby ci go szkoda, gdyby przytrafiło mu się coś niefortunnego, jeśli nie porzuci swojej żałośnie szlachetnej, skazanej na niepowodzenie misji trzymania cię ode mnie na odległość.

— Niby co mam zrobić? — rzuciła z pretensją, chociaż w głębi duszy poczuła przemożną chęć powiedzenia czegoś nieodwracalnego. — Nie jestem w stanie wybić mu z głowy akurat tego!

— Odnoszę wrażenie, że wielkodusznie ci w tym pomogłem. — Przeczesał loki palcami, zanim wsparł głowę na ręce. Stojący nieopodal świecznik rzucał chybotliwe, złowieszcze cienie na jego bladą twarz. — Alfred nie potrafi znieść myśli, że jego niewinny, czysty kwiatuszek może w rzeczywistości być zdolny do obściskiwania się po kątach.

— Nigdy nie byłeś w większym błędzie — odparła, starając się zachować spokój. — Mylisz się co do niego, a ja… Nienawidzę cię, Riddle. Za wszystko.

— Wiem.

— I jeśli jeszcze raz obrazisz Alfreda, rzucę w ciebie jakąś klątwą.

— Autentycznie nie mogę się doczekać, jak ci się za to odwdzięczę.

Marta zdusiła okrzyk irytacji, który chciał wyrwać się jej z gardła, i wypadła z Zakazanego Działu, nie przejmując się tym, czy ktokolwiek ją widział.

Jak mogła być tak głupia? Dlaczego sama z własnej nieprzymuszonej woli uznała, że szukanie Riddle’a to dobry pomysł? Dlaczego myślała, że istnieją jakiekolwiek szanse, aby powiedział jej nad czym pracuje?

Uderzająca po oczach pustka świadczyła, że Alfred zdążył zebrać grupę podlegających mu uczniów i wyprowadzić ich z biblioteki. Pokonana wróciła więc na piętro, gdzie starała się skupić na kontynuowaniu pracy nad wypracowaniem z eliksirów, niestety nie potrafiła przestać zastanawiać się, jak wybrnąć z tego bagna. Gdyby cała ta scena nie wyglądała tak dwuznacznie, prawie jakby dopiero co dopuszczała się z Riddle’em gorszących aktów (tak, sama perspektywa całowania się z nim była dla niej „gorszącym aktem”), jeszcze na domiar złego NA STOLE, jakby była jakąś rozpustną dziewuchą pokroju Donny…

— Zbieramy się — powiedziała po dwóch godzinach Astra, stukając palcem w blat. Poczekała, aż Marta odeśle zaklęciem wszystkie księgi i pozbiera swoje rzeczy, a następnie zeszły razem na główny poziom biblioteki. — Wiesz, jak szłam tu o siedemnastej, minęłam się z Alfredem na korytarzu. Był jakiś dziwny. Wiesz może, co się stało?

— Nie mam pojęcia — odmruknęła Marta.

— Kolejna scysja kochanków. — Astra przewróciła oczami, gestem przywołując grupkę Krukonów pod wrota, gdzie powoli zbierali się uczniowie, zaganiani przez Riddle’a, który doprowadził się do porządku. — Och.

— Co „och”?

— Damskie sprawy — odszepnęła z nieciekawą miną, gładząc się po podbrzuszu. — Wezwałabym sobie coś na ból od pani Goldie, ale przecież nie przy takiej publiczności. Gdybyśmy tylko mogły zajrzeć do skrzydła szpitalnego, hm… Tom? — zawołała jeszcze bardziej przymilnym głosikiem, niż jej naturalny.

Szykujący się do wyjścia Riddle przerwał liczenie głów w stadku najmłodszych Ślizgonów, nakazał im gestem nieruszanie się z miejsca, a następnie podszedł do dziewczyn.

— Tak?

— Byłbyś tak miły i wyświadczyłbyś mi przysługę? — zaćwiergotała. Mimo że była jedną z najładniejszych dziewczyn w Hogwarcie, z uroczą króliczą twarzyczką i niepowtarzalnymi blond loczkami, tak intensywnie zalotny trzepot rzęs jej nie pasował. — Muszę wyskoczyć do skrzydła szpitalnego, a jest już trochę późno i…

— Oczywiście, z chęcią odprowadzę Krukonów na kolację — zaoferował z perfekcyjnie uprzejmym uśmiechem. — Skrzydło jest po drodze, więc może umilisz mi kawałek tej drogi swoim towarzystwem?

Trafiona strzałą Amora Astra zarumieniła się delikatnie i dołączyła do niego na przodzie grupy Ślizgonów, posyłając Marcie spojrzenie, z którego jasno wynikało, że błagała ją o ubezpieczanie tyłu korowodu.

Choć Marta wiedziała (jeśli wierzyć Riddle’owi), że w najbliższym czasie nie groziło im żadne niebezpieczeństwo, postanowiła przystać na tę prośbę. Nic ją to nie kosztowało, a przynajmniej uniknie towarzystwa pewnego niechcianego osobnika, równocześnie trochę wynagradzając Astrze swoje wcześniejsze zniknięcia.

Należenie do trzech najwyższych osób w całej grupie oznaczało kolący w oczy widok na Riddle’a okręcającego sobie wokół małego palca Astrę, która bezrefleksyjnie spijała każde słowo z jego ust, przytakując i zaśmiewając się perliście, z godną pozazdroszczenia gracją i kokieteryjnością. Choć z początku Marta uważała to wszystko za jedną wielką farsę, nie mogła się nie zastanowić, czy aby przypadkiem Riddle naprawdę nie zamierzał „zaszczycić” jej swoim zainteresowaniem. Astra należała do wpływowego i czystokrwistego rodu Greengrass, a sama — jak na wywodzenie się z takiej linii — prezentowała dość postępowe poglądy i nigdy nie dała Marcie odczuć, że uważała ją za gorszą. Plany Riddle’a po Hogwarcie pozostawały zagadką, lecz jeśli zamierzał pozyskać dostęp do fortuny i kontaktów w Ministerstwie Magii, mimo jego mugolskiego nazwiska Astra mogłaby mu ułatwić wejście na tę drogę.

Niziołki zatrzymały się tak gwałtownie, że Marta nadepnęła na tył buta rudowłosej, nastroszonej z gniewu dziewczynki. Nie zamierzała pokrzyżować własnych planów wytłumaczenia wszystkiego Alfredowi (nie wiedziała jeszcze, jak to zrobi, ale zdawała sobie sprawę, że pojawienie się w Wielkiej Sali w towarzystwie Riddle’a wpłynęłoby na jej wizerunek równie dobrze, co skazaniec umorusany krwią od stóp do głów zarzekający się o swojej niewinności), dlatego dołączyła do Astry, gdy ta rozstała się z Riddle’em przed wyjściem prowadzącym do zaczarowanych schodów.

— A ty gdzie, Warren? — usłyszała za plecami.

— Idę z Astrą…

— Tak, zamierzałyśmy iść razem — potwierdziła Astra, łapiąc Martę pod ramię, gdy Riddle przeniósł na nią czujne spojrzenie. — Jeszcze raz dzięki, jesteś niezastąpiony, naprawdę… I nie mogę się doczekać.

Pociągnęła ją do skrzydła szpitalnego. Wyszczerzona od ucha do ucha, promieniała tak niewiarygodnie intensywnym szczęściem, że niewiele brakowało, a zaczęłaby emitować światło.

— Nie możesz się doczekać? — zagadnęła Marta, gdy stało się jasne, że Astra za bardzo buja w obłokach, żeby samodzielnie wpaść na pomysł wyjaśnienia, o czym rozmawiali. — Czego? Zaprosił cię na bal?

— Och, nie… Nie, ale myślę, że to zrobi. — Przeprowadziła Martę przez wrota i nie puściła jej ręki nawet wtedy, gdy podeszła do ustawionego w kącie wózeczka z ogólnodostępnymi eliksirami na łagodne przeziębienia i inne dolegliwości. — Zaprosił mnie na ten podwieczorek u Ślimaka.

— I się zgodziłaś.

— Oczywiście, że się zgodziłam! — wypaliła Astra, poniekąd rozbawiona, ale i podejrzliwa ze względu na pełen przestrachu ton Marty. — Nie mów nic nikomu, proszę. Merlinie, nawet nie wiesz, jak bardzo chcę utrzeć Olivii nosa. W przyszłą sobotę zobaczy, jak się stroję, pokażę ci później tę sukienkę, w każdym razie będę wyglądać NIEZIEMSKO, kiedy jej powiem, że Tom zaprosił właśnie mnie… — Zachichotała niczym złośliwy duszek. — Myślisz, że zzielenieje z zazdrości?

— Pewnie tak.

Astra skrzywiła się, przełykając nalewkę na bóle menstruacyjne.

— Dzięki, że ze mną poszłaś. Co prawda nie spodziewam się, żeby Tom zadawał takie niestosowne pytania, ale w razie gdyby zainteresował się moim zdrowiem, powiem, że to tobie coś dolegało.

— Okej…

— A ty co taka ponura? Nie cieszysz się moim szczęściem? — Astra dała jej figlarnego kuksańca w bok. — Głowa do góry, jak już tam będę, szepnę Slughornowi dobre słówko na twój temat!

Cicho wymamrotane podziękowania Marty były tylko częściowo szczere. Nie chciała niczyjej pomocy, niestety Riddle miał trochę racji, gdy zasugerował, że jeśli chce zostać dostrzeżona i wzięta pod uwagę, powinna zacząć grać w grę, a nie czekać na gwiazdkę z nieba. Czarodzieje półkrwi i mugolacy nie mogli liczyć na takie samo traktowanie jak czystokrwisty Abraxas, który do klubu Ślimaka dostał się tylko ze względu na rodowe nazwisko, a jednak ta gorzka niesprawiedliwość zniechęcała ją do wkupowania się w łaski Slughorna.

— Dobry wieczór — przywitała je pani Goldie, wyglądając na nie ze swojego małego biura podczas wkładania pielęgniarskiego czepka na głowę. — W czymś wam pomóc, dziewczyny?

— Nie trzeba, już pędzimy na kolację.

— Moment — wtrąciła Marta, rzucając ukradkowe spojrzenie na parawany przesłaniające spetryfikowanych pacjentów. Płaszczenie się przed Slughornem było poniżej jej godności, ale na szczęście istniały inne sposoby na urozmaicenie swojego życiorysu przed wkroczeniem w dorosłość. — Zastanawiałam się, czy może nie potrzebuje tu pani pomocy?

— Interesujesz się pielęgniarstwem, panno…?

— Warren, Marta Warren — przedstawiła się, uścisnąwszy zadbaną dłoń pani Goldie. Złoty, połyskujący na jej nadgarstku zegarek komplementował ciepły odcień jej czarnej skóry. — Tak, można tak powiedzieć. Jestem niezła w zaklęciach leczniczych i myślę, że spodobałaby mi się praca, w której pomaga się innym.

— Możnaby coś dla ciebie zorganizować, niestety w obecnych warunkach panujących w Hogwarcie… — Pokręciła przepraszająco głową. — Nie sądzę, żeby było to możliwe.

— Dlaczego nie? Biblioteka jest na tym samym piętrze, więc mogłabym tutaj przychodzić na przykład raz w tygodniu razem z biblioteczną grupą, a później z nią wracać.

— Brzmi wykonalnie — niespodziewanie wsparła ją Astra. — Odstawienie jej tutaj to chwila.

— Dobrze — stwierdziła po namyśle pani Goldie. — Porozmawiam z twoim opiekunem, ale niczego nie obiecuję.

— Dziękuję!

Dziewczyny pożegnały się z pielęgniarką i po zjedzeniu szybkiej kolacji, podczas której rozmawiały o uzdrowicielstwie, wróciły razem z sennymi pierwszoroczniakami do wieży Ravenclawu. Gdy tylko Marta przekroczyła próg dormitorium, została zmieciona z powierzchni ziemi nienawistnym spojrzeniem Donny, która zerwała się z łóżka i z zadartym nosem zamknęła się na trzy spusty w łazience.

— Boże — mruknęła Marta. — Ktoś ma jakiś pomysł, o co jej znowu chodzi?

— Jak to o co? — odezwała się ze znudzeniem Olivia. Leżała w poprzek łóżka, z głową zwisającą poza krawędź materaca. Końcówki jej jasnobrązowych włosów muskały granatowy dywan z wzorem gwiazdozbiorów. — O jutrzejszą próbę.

Machnięciem różdżki wyczarowała dwie szmaciane lalki i nawiązała kontakt wzrokowy z Martą, gdy zmusiła je do spłaszczającego ich głowy pocałunku, szepcząc: „Ty i Alfred”, czym tylko udowodniła, że było z nią coś poważnie nie w porządku.

— Nawet na nią nie idę, mam szlaban u Merrythought.

— O, dała ci jednak za tę scenę z Wielkiej Sali? — dopytała Astra takim tonem, jakby nie wierzyła w istnienie węża.

— Tak — skłamała Marta, ignorując wwiercające się w nią spojrzenie. — A wiecie za co Donna dostała? I u kogo?

— Nie — zachichotała nieprzyjemnie Olivia. — Musiała odwalić coś grubego, mówię wam. Nie chce pisnąć ani słówka i co najlepsze, Longbottom też nic nie wie. Pytał się

mnie

, rozumiecie jego stopień zdesperowania? Genialne.

— Czy ty jesteś jakimś wampirem energetycznym? — wtrąciła zdegustowana Marta.

— Mmm, tak. Z ciebie ssie się najlepiej, Warren. Mniam, mniam.

— Spadaj, ty wywłoko — odparła, chociaż ten głupi komentarz jakimś cudem ją rozbawił. Nie pomogło to, że Olivia machnięciem różdżki wyczarowała sobie tak długie kły, że nie potrafiła zamknąć ust do czasu wygłówkowania przeciwzaklęcia.

— Skoro Alfred nie wie, to moja teoria poszła się walić — odezwała się Astra. — Myślałam, że może ich na czymś przyłapali. Wiecie, jaka cięta jest na te sprawy stara Merrythought. Ogólnie się z nią zgadzam, szkoła to nie miejsce na tego typu intymne interakcje, ale trochę przesadza. Ostatnio widziałam, jak zaklęciem rozdzieliła jakąś Puchonkę i jej chłopaka, a tylko się całowali!

— Już bez takich — powiedziała Olivia. — Gdyby tylko Tom pstryknął palcami, zakryłabyś się sukienicą i rozłożyła przed nim nogi.

— Olivia! — wykrzyknęła czerwieniąca się Marta.

— Wiesz co — odparła Astra — czasem zachowujesz się gorzej niż ta świnia w ludzkiej skórze, Goyle.

— Dobrze, pozwólcie mi, że przetłumaczę to na wasz cnotliwy język: gdyby Tom wręczył ci bukiet czerwonych róż, zabrał na romantyczną randkę, a potem niewinnie zasugerowałby ci dostosowanie rozstawu nóg do jego potrzeb, zrobiłabyś to.

Astra, choć wciąż zniesmaczona, uśmiechnęła się tajemniczo i powiedziała:

— Być może.

— Co być może? — zapytała Donna, która stanęła w otwartych drzwiach łazienki. Skrzyżowała ręce na obfitej piersi, skanując podejrzliwym spojrzeniem twarze każdej dziewczyny po kolei. — Obgadywałyście mnie?

— Wyobraź sobie, że mamy dużo lepsze tematy do rozmowy — odpowiedziała Olivia, tym razem prezentując pocałunek szmacianych lalek właśnie jej i czerpiąc pokłady przyjemności z coraz surowszej miny koleżanki. — Ale tak, w sumie to cię obgadywałyśmy.

— Och, Merlinie, skończ mieszać w kotle — jęknęła Astra, a następnie zwróciła się do Donny: — Nie, nie obgadywałyśmy cię.

— Rozmawiałyśmy o moim jutrzejszym szlabanie — dodała Marta, gdy tylko zauważyła, że koleżanka przejawiała pierwsze oznaki udobruchania.

— Ty też masz szlaban? — wypaliła. — Za co?

Okazja była wyśmienita, żeby odwrócić jej wcześniejszą pyskówkę przeciwko niej, lecz Marcie zależało na zachowaniu cywilizowanych stosunków z dziewczynami z dormitorium na tyle, na ile mogła.

— Merrythought się na mnie ostatnio uparła — odpowiedziała pokrętnie. — Przekażesz Beery’emu, że u niej siedzę?

— No no, przekażę. — Rozpromieniona Donna złapała ją za rękę i pociągnęła w stronę swojego kufra. — Patrz, co wysłała mi mama! Wspominałam jej w liście, że chcę spróbować coś dla nas uszyć, no i wysłała mi takie kolory…

Marta usiadła razem z nią na ziemi, nawet Astra z zaciekawieniem przypałętała się bliżej, żeby zerkać im ponad ramieniami. Donna najpierw zaprezentowała czarny, gruby materiał na swoją kreację, omawiając plan odpowiedniego dostosowania kroju do swojej figury, a następnie zaczęłą wyjmować z kufra cienkie, delikatne tkaniny.

— Wiem, że chciałaś całą jasnoniebieską, ale mama wysłała, co miała — wyjaśniła, wskazując na gamę odcieni, która rozpoczynała się na lekko prześwitującej bieli, a kończyła na pomarańczach i zieleniach. — Może uda się uszyć z tego coś sensownego, jak myślisz?

Marta pokiwała głową, przeciwstawiając się rosnącej ochocie do okazania rozczarowania. Biel można było połączyć ze wszystkim, ale pomarańcz i zieleń na kimś o jej bladej karnacji nie zapowiadały się pozytywnie.

— Coś wymyślimy — przyznała, wiedząc, że bez oszczędności nie powinna zaglądać w darowanemu koniowi w zęby. — Podziękuj ode mnie mamie, dobrze?

----- CHAPTER BREAK -----

Tym razem piątkowe popołudnie nie przyniosło ze sobą szczęścia związanego z rozpoczęciem weekendu, a widmo szlabanu u profesor Merrythought, które gromadziło nad Martą niczym kłębowisko czarnych chmur. Wisienkę na torcie tego okropnego dnia stanowił Alfred; omijał ją szerokim łukiem od samego rana, poza lakonicznym przywitaniem nie zaszczycił jej ani jednym słowem i dziwnym trafem nie wpadł na pomysł przygarnięcia jej do swojej grupy, gdy zaraz po obiedzie zmierzał z Gryfonami do biblioteki. Choć bycie ofiarą tak chłodnego ignorowania początkowo ją raniło, wraz z upływem czasu zaczęło coraz bardziej irytować. Owszem, Alfred jako jej przyjaciel miał prawo do wyrażania wątpliwości i obaw wobec towarzystwa Riddle’a, ale strojenie fochów z tego powodu uważała za jedną wielką przesadę.Zapukała do gabinetu, przełykając ślinę, żeby rozluźnić zaciskające się ze stresu gardło. Gdy została wpuszczona do środka, przed biurkiem stała już przygotowana dla niej ośla ławka, a na niej spoczywała rolka pergaminu, pióro i kałamarz. Ich widok sprawił, że odetchnęła z ulgą; nie wiedziała, jakiego typu kary powinna spodziewać się po tak mało empatycznej profesorce, ale pisanie zdań, choć odmóżdżające, było do wytrzymania.— Profesor Beery przekonywał mnie, że twoja obecność jest niezbędna na dzisiejszej próbie — odezwała się Merrythought, gestem nakazując zajęcie miejsca. — Być może ten szlaban nauczy cię, że twoje pogarszające się z dnia na dzień zachowanie ma konsekwencje nie tylko dla ciebie, panno Warren. Z tego co wiem, ilość prób jest ograniczona ze względu na zachowanie waszego bezpieczeństwa, a czas do grudnia zleci jak z różdżki strzelił. Dlatego na twoim miejscu nie ryzykowałabym opuszczenia kolejnych prób.— Tak, pani profesor. To już się nie powtórzy, obiecuję.Gdy profesor Merrythought tak mierzyła się z Martą spojrzeniami, z trudną do odgadnienia miną i głęboką zmarszczką na czole, wyglądała jeszcze mniej sympatycznie niż zwykle.— Zatem nie przeciągajmy — zadecydowała, machnięciem różdżki wyczarowując zegar, który opadł na jej biurko powoli niczym piórko, rozchybotany z boku na bok. — Za równe dwie godziny sprawdzę twoje postępy. Jeśli objętość mnie nie zadowoli, nie będę miała wyrzutów sumienia, jeśli każę ci tu zostać dłużej. Czy to jasne, panno Warren?— Oczywiście.— Dobrze. Chcę, żebyś napisała esej na temat swojego zachowania. Tego, w jaki sposób negatywnie wpłynęłaś na innych uczniów, jakie dokładnie punkty regulaminu złamałaś i jakie niecne pobudki tobą kierowały, oraz jakich kroków się podejmiesz, żeby się nie stoczyć, dziecko.— Odnośnie tych punktów regulaminu — odezwała się Marta, z trudem przełykając komentarz odnośnie „staczania się” — ma pani na myśli tylko sytuację z biblioteki czy też tę z Wielkiej Sali?Profesor Merrythought zamrugała powoli, jej spojrzenie było spowite mgłą niezrozumienia.— Ach, tak. Skoro już mi o tym przypomniałaś, uważam, że najlepiej by było, jakbyś uwzględniła wszystkie incydenty, jakich się dopuściłaś w ciągu ostatnich trzech tygodni. — Wyciągnęła rękę. — Twoja różdżka, panno Warren.Marta miała ochotę trzasnąć z czoła w biurko. Skąd miała wiedzieć, jakie punkty regulaminu złamał Riddle, gdy bezczelnie panoszył się po zamku w jej ciele?Posłusznie oddała różdżkę do konfiskaty i zabrała się za pisanie. Sądziła, że kara nie należy do najgorszych, lecz w rzeczywistości podsumowanie (w swojej ocenie) nieprawd na temat własnego zachowania i tego, jak rzekomo doprowadzi ją do ruiny, okazało się uwłaczające. Merrythought nie ukarałaby szlabanem swojego pupilka, gdyby dopuścił się tego samego przewinienia, więc tym bardziej tak dobra uczennica jak ona w ogóle nie powinna się tu znajdować.Równocześnie podniosły głowy znad pergaminów, gdy rozległo się pukanie. Profesor Merrythought przybrała swoją zwyczajową minę, przesiąkniętą niechęcią do osoby, która śmiała ją nawiedzać, i przerwała ocenianie stosu wypracowań, zanim poszła otworzyć drzwi.— Och! Jaka miła niespodzianka… Proszę, wejdź, Tom. O, to dla mnie?— Długodojrzewający miód pitny — powiedział Riddle, przybierając ton o idealnym balansie między pewnością siebie a czymś, co Marta określała „nienachalnym dupowłazstwem”. — Nie wypada przychodzić w odwiedziny z pustymi rękami, a już szczególnie do niemającej sobie równych pani profesor…Merrythought zaśmiała się w sposób jednoznacznie wskazujący na połechtane ego,
prowadząc go wzdłuż gabinetu do bocznych drzwi, którymi wchodziło się do prywatnych komnat. Riddle wykorzystał jej nieuwagę, aby przystanąć obok kurczowo ściskającej pióro Marty. Niewiele brakowało, żeby zaczęła mamrotać pod nosem obelgi pod jego adresem.— Hmm — zamyślił się półszeptem, pochylając się nad nią. — Zgadzam się z każdym słowem tego eseju, Marto. Byłaś ostatnio bardzo niegrzeczną dziewczynką… Ciekawe, co powiedziałby na to biedny Longbottom.— Odwal się — fuknęła, zasłaniając pergamin przedramieniem. — Odpowiedz mi na dwa pytania, Riddle. Czy kupiłeś miód pitny za te pieniądze, które mi ukradłeś, i jakie punkty regulaminu złamałeś, kiedy mną byłeś?— To inwestycja w przyszłość — poinformował ją, poruszając butelką. — A co do drugiego… Pewnie bardzo chciałabyś wiedzieć. — Wszedł do komnat Merrythought i powiedział: — Przepraszam, przy okazji zamieniłem słówko z koleżanką.— Och, nie szkodzi, nie szkodzi — odparła. — Nie zamykaj drzwi, muszę mieć na nią oko, czy aby przypadkiem się nie obija. A więc tak, przeczytałam tę książkę Emeretta Picardy, coś wspaniałego, naprawdę, kawał porządnego dziennikarstwa, muszę przyznać…Marta miała ochotę zapchać sobie uszy watą, niestety przeszkadzał jej w tym brak różdżki. Skupienie się na eseju szło jej jak po gruzie już wcześniej, a teraz, gdy doświadczyła tak zaskakującej, diametralnej przemiany Merrythought, była bliska spisania tego zadania na straty. Liczyła, że profesorka puściła w niepamięć większość przewinień, których dopuścił się „Mariddle”, więc równie dobrze mogła sobie wmawiać, że po tak szampańskim wieczorze nie będzie się jej chciało przejrzeć treści eseju.Czas mijał, a uszy Marty krwawiły. Wysłuchiwanie ich niedorzecznej dyskusji na temat korzyści płynących z nałożenia dodatkowych ograniczeń na likantropów było ponad siły. Obecnie traktowano ich jak obywateli ostatniej kategorii, spychano ich na margines społeczny, a choć Marta mogła w pewnym stopniu pochwalić chęć ochrony reszty magicznej społeczności, nie potrafiła się nadziwić, jak dwóch inteligentnych (przyznawała to z niesmakiem) ludzi mogło uważać, że w ten sposób dokonanoby ogromnej zmiany na lepsze. Skoro wilkołaki już żyły w podziemiach, zdala od czarodziejskich osad i miast, autentycznie nic nie uległoby zmianie dla przeciętnego czarodzieja, gdyby wprowadzono taki, a nie inny reżim.Wybiła dziewiętnasta. Marta ostentacyjnie odłożyła pióro, zakręciła kałamarz i zwinęła pergamin w rolkę, mając nadzieję, że profesor Merrythought zauważy jej zakończenie pracy, lecz miód pitny rozwiązał jej język i sprawił, że rozprawiała z Riddle’em tak poufale, jakby rozmawiali równy z równym, a nie nauczyciel z uczniem. Gdy minął pełen frustracji kwadrans (teraz nie pozostało jej nic, jak obserwowanie ich kątem oka podczas częstowania się trunkiem, za który zapłacono jej oszczędnościami!), miała dość.Wstając z krzesła, starała się narobić jak najwięcej hałasu, szurając jego nogami o podłogę i wzdychając ciężko, lecz nie doczekała się najmniejszej reakcji, więc porwała rolkę pergaminu i wmaszerowała przez otwarte drzwi do oświetlonej lampami olejnymi komnaty.Zarówno Merrythought i Riddle przenieśli na nią spojrzenia wypełnione tak autentycznym zaskoczeniem, że było jasnym, że oboje zapomnieli o jej obecności. Ustawiona między nimi na stole butelka świeciła pustką, a blat pokrywały niedbale ułożone książki, pełne podkreśleń i pozaginanych rogów stron.— Ach, już skończyłaś? — zagadnęła do niej Merrythought, odchrząknąwszy z zakłopotaniem. Wskazała na komodę, gdzie leżała różdżka Marty. — Dobrze, dziękuję… Zostaw pergamin na moim biurku i możesz wracać do siebie.Marta nie zamierzała zmarnować tak dobrej okazji do ulotnienia się, lecz gdy tylko odwróciła się na pięcie, usłyszała za plecami zabarwiony alkoholową nutą głos Riddle’a:— Skoro już tu jestem, odprowadzę ją. — Mimo tej deklaracji, nie podniósł się z krzesła. Wręcz przeciwnie, pochylił się w stronę profesor Merrythought, jakby ich rozmowa nie dobiegła jeszcze końca. — Jeszcze jedna rzecz odnośnie poprzedniego tematu…— Oczywiście, że zarekomenduję cię na to stanowisko, Tom — uprzedziła go. Najwyraźniej rozumieli się bez słów. — Nie miałam drugiego tak zdolnego ucznia jak ty, nie wspominając o twoim wrodzonym talencie do mojego przedmiotu, ale musisz wiedzieć, że sama rekomendacja nie wystarczy. Armando niejednokrotnie napominał mi, że czasy jego dyrektury w Hogwarcie chylą się ku końcowi, a jeśli mam być szczera, moim zdaniem powinien przejść na emeryturę dekadę temu. Armando bez wahania dałby ci tę posadę, chłopcze, on cię wręcz uwielbia, niestety obawiam się, że do czasu mojego odejścia ktoś inny zdąży przejąć jego stanowisko.— Chcesz zostać profesorem? — nie powstrzymała się od wtrącenia Marta. — Ty?— Tak się składa, że kształtowanie młodych umysłów to coś, co napawa mnie wielką pasją — odparł uprzejmie, mimo że jej niedowierzanie nie należało do tych z gatunku pozytywnych. — Nie uważasz, że posiadam do tego typu zawodu naturalne predyspozycje? — Gdy Marta zasznurowała wargi, zwrócił się do profesor Merrythought: — Jak pani myśli, kto ma szanse objąć stanowisko dyrektora?— Och, przecież doskonale wiesz, Tom. Jeśli nie znajdzie się jakiś atrakcyjny kandydat z zewnątrz, Albus tak naprawdę nie będzie miał żadnej konkurencji. — Wstała, machnięciem różdżki pozbywając się pustej butelki i brudnych szklanek. — Myślę, że czas na was. Powinniście jeszcze zdążyć na kolację.Riddle podziękował za gościnę, zdumiewająco dobrze opierając się alkoholowej bełkotliwości, która była widoczna w jego rozluźnionych mięśniach twarzy i większej skorości do uśmiechów, i już miał wyjść, gdy profesor Merrythought zawołała:— Książka, Tom. Książka.Podziękował jej raz jeszcze, odwracając się z lekką chwiejnością, i wyprowadził Martę z komnaty. Podczas kierowania się ku wyjściu z gabinetu złowiła uchem, że jego kroki umilkły, więc spojrzała na niego przez ramię. W ostatniej chwili przyuważyła, jak chował coś do kieszeni.— Ej — wymamrotała, widząc jego iście anielską minę. — Zabrałeś coś.— Tak? — spytał, wystawiając rękę, żeby popchnąć ją ku drzwiom, ale się odsunęła. — Co takiego zabrałem?— Nie widziałam co, ale widziałam, że to zrobiłeś. — Stanęła jak wryta, gdy złapał ją za ramię i zamierzał poprowadzić dalej, jakby była niesfornym dzieckiem. — Łapy przy sobie, Riddle, to po pierwsze. Po drugie natychmiast odłóż to, co stamtąd wziąłeś.— Dlaczego miałbym to odłożyć?— Bo cokolwiek wziąłeś, Merrythought nigdy w życiu nie będzie podejrzewać o to ciebie! To ja siedziałam w jej gabinecie sama przez prawie dwie godziny!Riddle wyszczerzył się tak chytrze, że Marta jakimś cudem poczuła się trafiona jego czarem. Nigdy, przenigdy w życiu nie imponowali jej szkolni rozrabiacy (dlatego zainteresowała się Alfredem dopiero po piątym roku, gdy wydoroślał), nie miała też słabości do chłopaków, których przyszłość malowała się wyłącznie w bandyckich barwach, lecz wbrew wszelkiemu rozsądkowi coś w Riddle’u na nią wpłynęło. Poza momentami, gdy wzbierająca w nim frustracja nadawała mu nieprzewidywawlności, rzadko widywała na jego twarzy tak autentyczne, niekontrolowane emocje. Ten rodzaj chaotycznego rozgorączkowania widziała na nim jedynie wtedy, gdy wyciągnął ją z jeziora.— Nie wpadłaś na to, że może właśnie o to chodziło?— Riddle! Pokaż mi to, natychmiast.Odetchnął z trudną do wytrzymania frustracją godną Donny i puścił rękę Marty, żeby wcisnąć jej w garść trzymaną pod pachą książkę. Wsunął dłoń do kieszeni; jej materiał wybrzuszył się, jakby obracał coś między palcami, wahając się, czy powinien ujawnić prawdę.— Żadnych więcej węży — uprzedziła go.Uśmiechnął się nikczemnie.— Riddle.— Nie potrafisz się dobrze bawić — stwierdził prześmiewczo obrażalskim tonem. — Szkoda, ale podejrzewam, że na zabawę przyjdzie jeszcze czas.Wyjął z kieszeni coś, co ukrył w zaciśniętej pięści. Przyglądał się Marcie ze spuszczoną głową, a przez te piękne, błyszczące niepewnością czarne oczy niemal upodobnił się do przyłapanego na gorącym uczynku, obawiającego się kary jedenastoletniego chłopca, którego tak dobrze pamiętała. Świadomość, że wciąż tkwiła w nim niewinność, gdzieś głęboko, zakopana pod skłonnościami do okrucieństwa i dominacji, sprawiła, że Marta poczuła dziwny ucisk w piersi.Odwrócił dłoń wnętrzem do góry i powoli rozprostował palce, odsłaniając niewielki przycisk do papieru w kształcie urokliwego zajączka z oklapniętym uchem.Marta otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Dyskretnie uszczypnęła się w udo, nie wierząc własnym oczom. Riddle — ten sam Riddle, który ją podtapiał, groził jej śmiercią, zwyzywał ją od szlam — ukradł zajączka.— Po co ci to?— Nie wiem — odparł szczerze, bez mrugnięcia wpatrując się w swoją zdobycz. Oczy błyszczały mu się nieproporcjonalnie do jej wartości, wyłącznie sentymentalnej.— To po co to ukradłeś?— Nie wiem — powtórzył, na moment bardziej zdezorientowany niż ona sama. — Chyba przypomniał mi się królik chłopaka z sierocińca, Billy’ego Stubbsa — wyjaśnił, przezornie chowając zająca do kieszeni, niemal jakby spodziewał się, że Marta mu go odbierze. — Też był biały, z jednym wybrakowanym uchem.— Aha — odparła, nie wiedząc, co innego powiedzieć. — Dziwi mnie, że ktoś taki jak Merrythought wybrał akurat ten przycisk do papieru…— To prezent — podekscytował się, wyjmując go raz jeszcze. Odwrócił go do góry nogami; na płaskim spodzie widniała wyblakła inskrypcja o częściowo zatartej czasem treści: „…i lata wspólnej radości, G. M.” — Myślisz, że będzie jej go brakować? — spytał ze szczenięcą nadzieją.Marta uśmiechnęła się blado, na wpół szczerze. Nawet krótkotrwały, wyzwolony alkoholem przebłysk niewinności Riddle’a był naznaczony chęcią sprawienia komuś przykrości, co równocześnie bawiło i przyprawiało ją o dyskomfort.— Bez wątpienia — mruknęła. Zgodnie z przewidywaniami, ta odpowiedź go usatysfakcjonowała. Ciasno oplótł zająca palcami i wcisnął go do kieszeni, zerknąwszy na zamknięte drzwi prowadzące do gabinetu Merrythought. — Chyba powinieneś położyć się spać.— Jest dziewiętnasta — prychnął, tym razem brzmiąc bardziej jak swoja trzeźwa wersja osobowości. Jego czarne oczy znów rozświetlił figlarny błysk, niestety tym razem podszyty czerwienią, która nigdy nie zwiastowała niczego dobrego. — Chodź, pokażę ci coś.Gdy Marta nie ruszyła się z miejsca, wrócił się i złapał ją za przedramię.— Gdzie idziemy? — zapytała, woląc nie stawiać oporu podczas bycia ciągniętą przez opustoszały korytarz. Mimo że godzina nie należała do późnych, zakaz samodzielnego poruszania się po zamku oznaczał, że w razie sprowokowania Riddle’a nie istniał nikt, do kogo mogłaby zwrócić się po pomoc. — Tom, odpowiedz…— Na pierwsze piętro.— Po co?Obdarzył ją niepokojąco szerokim uśmiechem.— W takim razie sam to sobie trzymaj — powiedziała, mając nadzieję, że uda jej się odwrócić jego uwagę książką. Przyjął ją z powrotem, puściwszy jej rękę, co przyprawiło ją o taką ulgę jak nigdy. — Nie wierzę, że przekonałeś Merrythought do tych idiotyzmów.— Przekonałem? — zdumiał się, prowadząc ją w dół schodów, których poręczy uczepił się dla utrzymania prostego kursu. — To ona mi go poleciła. Była jego fanką na długo przed moimi narodzinami.— I co, naprawdę uważasz wymysły Picardy’ego za prawdziwe?— Oczywiście, że nie — odparł z wyraźną urazą — większego gówna w życiu nie czytałem. Byłoby mi wstyd, gdybym musiał podpisać się własnym nazwiskiem pod tym stekiem bzdur.— Że co? — wydusiła. — A nie jest ci wstyd, że publicznie przyznajesz się do wyznawania tych samych poglądów? W imię czego?— W imię wkupienia się w łaski Merrythought, rzecz jasna — prychnął, wciąż majstrując ręką w kieszeni z zającem. — Podczas gdy ty użalasz się nad sobą, bo Slughorn nie zwraca na ciebie uwagi, ja działam. Powiem wszystko, co muszę, żeby osiągnąć swoje cele. To odróżnia ludzi takich jak ja od ludzi takich jak ty — powiedział surowszym tonem. — Przywódców od wyznawców.Marta uznała, że najmądrzejszą decyzją będzie wysłuchanie jego słów bez komentarza. Oklumencja pomogła jej wygasić pragnienia, których spełnienie do końca wybiłoby go z poprawionego alkoholem humoru.— Emerett Picardy jest imbecylem — kontynuował — ale nawet imbecyle są przydatni. Ich żałosna chęć zabłyśnięcia i niewiarygodny tupet przyczyniają się do polaryzacji społeczeństwa, a właśnie na tym mi zależy. Jego poglądy to idealne zasłony dymne, które w odpowiednim czasie umożliwią mi wprowadzenie prawdziwych zmian. Zmian, które doprowadzą do odbudowania potęgi.— Czyli posada profesora ma tylko ci pomóc w praniu mózgów, tak? — spytała gorzko.— Wreszcie zaczynasz nadążać, Warren — przyznał i złapał ją za łokieć, żeby się zatrzymała. Tak niespodziewanie poklepał po głowie, jakby była jego zwierzątkiem, że nawet nie zdążyła zaprotestować, a było już po wszystkim. — Teraz pokażę ci coś, co zobaczysz tylko raz w życiu.Ku jej przerażeniu, wycofał się tyłem w stronę wejścia do damskiej łazienki. Po paru próbach po omacku odnalazł klamkę i pchnął drzwi plecami, odsłaniając wszystkie zęby w piorunującym uśmiechu, który napawał Martę dreszczem i grozą.— Nie idziesz? — spytał po pewnym czasie. Przyglądał się jej bez mrugnięcia, z rozchylonymi ustami i zmarszczonymi brwiami, jakby w swoim niewinnym zawodzie nie potrafił pojąć, jak mogła odrzucić taką propozycję.— Oczywiście, że nie — odparła, a rumieniec wzburzenia zaróżowił jej policzki. — Chyba sobie ze mnie kpisz.— Nie rozumiem.Naprawdę nie rozumiał. Choć przekonała się już, jak świetnie potrafił odgrywać każdą rolę, jaką tylko zapragnął, wierzyła całym sercem, że nie widział w tej sytuacji niczego niestosownego.— Nie wejdę z tobą do łazienki, Riddle, to chyba oczywiste.— Dlaczego nie? Chcę ci pokazać małą… W sumie można by to nazwać zjeżdżalnią. Spodoba ci się — zamilkł raptownie, z bezwstydnym błyskiem w oku. Zamierzał dodać „obiecuję”, lecz zaiste był słowny. O czymkolwiek bredził, Marta wiedziała, że pożałowałaby przekroczenia progu. — Zresztą, to damska łazienka — zauważył, rozchybotanym palcem wskazując na tabliczkę na drzwiach.— To ta damska łazienka, o której mówią twoi koledzy! — wypaliła, zaciskając pięści. —
Nawaliłeś się miodem pitnym, który kupiłeś za wykradzione mi pieniądze, i teraz chcesz pokazać mi „coś fajnego” w łazience, gdzie na porządku dziennym dochodzi do, do… — zająknęła się, przypominając sobie kolana Donny przed butami Goyle’a. — Do OBSCENICZNYCH scen?!Trwał w nacechowanej skonfundowaniem ciszy przez bezbożnie długi moment, aż wreszcie przez jego rozluźnioną twarz przemknęło zrozumienie.— Marto — powiedział zachrypniętym od alkoholu głosem — skąd wytrzasnęłaś tak zdrożny pomysł? Naprawdę myślałaś, że chcę ci pokazać swojego…? — Sięgnął do drugiej kieszeni, wydobywając z niej oplatającego się wokół jego palców białego węża o lśniących łuskach. — Bardzo, bardzo nieładnie…— Zostaw mnie w spokoju — wycedziła, gdy podszedł do niej z ręką wyciągniętą na wysokości jej twarzy. Wąż rozchylił pyszczek i zasmakował jej zapachu trzepoczącym językiem. — Weź go ode mnie!— Dlaczego? — zaśmiał się wilczo, stawiając kolejny krok w jej stronę. Marta zderzyła się plecami z wychłodzonym kamieniem. — On tylko chce się z tobą pobawić. Pytanie brzmi, czy ty chcesz pobawić się z moim wężem, Marto?Gdy rozdwojony język musnął jej policzek, w jej dłoni pojawiła się różdżka. Brwi Riddle’a podskoczyły.— Naprawdę? — zadrwił po tym, jak wbiła mu ją w podbrzusze. — Naprawdę ze wszystkich możliwych razów zamierzasz bronić się właśnie teraz, z powodu niewinnego komentarza? — Opleciony wokół jego palca wąż samoistnie podwoił rozmiar, ogonem przytrzymując się nadgarstka Riddle’a. — Jeden ruch, Warren. Jeden drobny ruch, a każę mu wgryźć się w twoje oko. Bardzo chciałbym usłyszeć ten mokry dźwięk, kiedy wyskoczy z oczodołu… No, zrób mi tę przyjemność…Milczała. Cieszyła się, że Riddle nie mógł dostrzec, jak jej uścisk na różdżce osłabł. Niewiele brakowało, aby wysunęła się jej z dłoni.— Jedyne, za co mogę pochwalić tę twoją niedorzeczną wiarę, to udany symbolizm. Moi mali przyjaciele symbolem szatana. — Zaśmiał się gardłowo, podążając spojrzeniem niżej, z jej ciskających gromy oczu na muskany przez węża policzek. Niżej. — Zastanawia mnie jedno, Warren. Czy gdybym kazał ci teraz otworzyć usta, uznałabyś strach za dostatecznie dobrą motywację do wpuszczenia go do środka?— Co?— No proszę. Otworzyła… i to bez pytania.— Jesteś chory. Psychicznie.— Zastanowiłabyś się dwukrotnie nad wypowiadaniem takich słów, gdybyś wiedziała, jak skończyli skretyniali lekarze, którzy próbowali wystawić mi jakąś mugolską diagnozę. Księża też, zresztą, oni i to ich pismo święte… — syczał nienawistnie, podczas gdy mięśnie jego szczęki uwydatniły się. — Na szczęście twoje oburzenie jest śmieszne. W dodatku ta cała scena, różdżka… Naprawdę, jak Boga kocham , ta próba bronienia swojej przyzwoitości była tak żałośnie urzekająca, że okażę ci litość.— Wypluj Jego imię ze swoich plugawych ust.— Jeśli mi się nie znudzisz, Warren, nadejdzie taki dzień, kiedy udowodnię, że twój Bóg jest zbiorowym wytworem wyobraźni — powiedział i zazgrzytał zębami, opuszczając rękę, w której coraz mocniej ściskał węża. — Niczym więcej, a mokrym snem miernot fantazjujących o życiu po śmierci, żeby mieć nadzieję na lepsze jutro, na zdobycie którego są zbyt słabe. Widzisz, nie jesteś wyjątkowa. Tak naprawdę beze mnie jesteś niczym . To ja nadaję ci jedyną wartość, jaką posiadasz. Gdyby nie zamiana dusz, Warren, leżałabyś z resztą szlam w skrzydle szpitalnym, tak jak było ci pisane. Ale to nie oznacza, że zaskarbienie sobie mojej… sympatii jest niemożliwe. Jeśli dobrze rozegrasz swoje karty, jeśli udowodnisz, że nie jesteś aż tak bezużyteczna…Marta roześmiała się cicho, czym zaskoczyła nie tylko Riddle’a.— Może i uważasz mnie za bezużyteczną — wysyczała — ale wierz mi, że jestem wyjątkowa.— Widzę, że stajesz się śmielsza.— Silne emocje mają tendencje tak wpływać na ludzi.— Och, czyżby? Silne emocje?— Głęboka nienawiść, na przykład.— Tak? W takim razie drżę z niecierpliwości, co wyciągnie z ciebie miłość — odparł, jednym płynnym ruchem zaplątując palce w jej upiętych włosach. Pociągnął za nie tak mocno, że z ust Marty wyrwał się jęk bólu. — Pokochasz mnie, tak jak reszta moich popychadeł. Będziesz błagać o moją uwagę, Warren, na kolanach. Będziesz z własnej woli dziękować za każdym razem, kiedy nazwę cię szlamą. Sprawię, że docenisz zalety życia z moim butem na karku, ty niewdzięczna szmato. — Złapał ją za twarz, dotkliwie zatapiając paznokcie w jej skórze, żeby zmusić ją do spojrzenia mu w oczy. Czerń tęczówek zlewała się w przepełnioną szaleństwem jedność ze źrenicami. — I wiesz co mogę ci obiecać? Będę czerpał perwersyjną przyjemność z łamania twojego ducha, ze zmuszenia cię krok po kroku do odrzucenia wszystkich ideałów, którymi się kierujesz. Zdeprawuję cię, Warren, a ty mi za to podziękujesz.Odepchnął ją w bok tak gwałtownie, że nie utrzymała równowagi. Zsunęła się po kamiennej ścianie i uderzyła w posadzkę, a różdżka wymsknęła się jej z dłoni, upadając gdzieś z cichym stukotem. Marta trzęsła się na całym ciele, lecz zamiast strachu, panował nad nią gniew. Ulegnięcie mu byłoby tak proste i słodkie, lecz nie wątpiła, że w tym momencie przebłysk satysfakcji zakończyłby się dla niej śmiercią.— Prędzej piekło zamarznie, Riddle!Odwrócił się, ale nie zatrzymał. Idąc tyłem, rozłożył ręce na boki i pożegnał się słowami:— Piekło jest puste, najdroższa, a wszystkie diabły są tutaj.*Z trudem podniosła się z ziemi, a choć miała ochotę schować się do łóżka, weszła do łazienki. Włosy częściowo wysypały się jej z upięcia, więc doprowadziła je do porządku, a następnie zaleczyła płytkie, przypominające półksiężyce rozcięcia, gdzie paznokcie Riddle’a zatopiły się w jej policzkach. Pozbawione dowodów przemocy odbicie w lustrze wyciągnęło na wierzch świadomości słowa wypowiedziane przez Olivię w Wielkiej Sali.Wpadła do pokoju wspólnego Krukonów jak burza, lecz dzięki temu, że pękał w szwach od uczniów, którzy przez obostrzenia nie mieli się gdzie podziać, nikt nie zwrócił uwagi na jej niecodzienne zachowanie. Choć puste dormitorium stanowiło tak desperacko potrzebną jej bezpieczną przystań, coś zalegającego w martwej ciszy nie pozwoliło jej usiąść. Chodziła z kąta w kąt, aż wreszcie wyruszyła na poszukiwania.Znalezienie kogoś pośród setki kłębiących się jeden na drugim Krukonów nie należało do łatwych zadań, lecz krótkie nasłuchiwanie za nigdy nierozbrzmiewającym złośliwym śmiechem pchnęło ją w górę spiralnych schodów, na balkon położony u szczytu wieży. Zwykle temperatury październikowego zmierzchu odstraszały uczniów w cieplejsze, pozbawione gwałtownych porywów wiatru miejsca, lecz dziś nawet tu nie można było liczyć na ucieczkę od tłoku.Olivia opierała się o kamienny murek, wpatrując się w ciemną przestrzeń bez mrugnięcia, sprawiając wrażenie zaabsorbowanej myślami. Między jej szczupłymi palcami tlił się wypalony do połowy papieros.— Pamiętasz, o czym mówiłaś w Wielkiej Sali? — spytała Marta, stając obok.Olivia przeniosła na nią zaskoczone spojrzenie i zaciągnęła się dyskretnie, zerknięciem przez ramię upewniając się, czy na balkonie nie pojawili się prefekci.— A co, książę znowu złoił ci skórę? — rzuciła niezobowiązująco.— Obie wiemy, że jesteś ostatnią osobą, której z czegokolwiek bym się zwierzała, Hornby.— A jednak tu sterczysz.— Jestem tu, bo zastanawiałam się nad tym, że masz dość tego, co się dzieje w Hogwarcie. Ty i ja mamy diametralnie różne podejście do tych spraw, zdaję sobie z tego sprawę, ale jeśli… chciałabyś coś z tym zrobić, być może mogłabym ci w tym pomóc.— Tak? — spytała Olivia i skubnęła zębami kącik warg. — O czym ty teraz dokładnie mówisz, Warren?— Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, jak to możliwe, że Ślizgoni nigdy nie zostali przyłapani na gorącym uczynku? Dlaczego zawsze znajdują się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie, żeby napaść na jakiegoś mugolaka?Olivia skinęła nieznacznie głową, wypuszczając dym bokiem ust. W jej oliwkowych oczach błysnęło zainteresowanie.— Nie zamierzam wchodzić w szczegóły, ale przypadkiem dowiedziałam się, że jedna osoba ustala czas i miejsce, druga przekazuje je reszcie i wtedy działają — wyjaśniła szybko Marta. — Nie pozwól, żeby sodówa uderzyła ci do głowy, Hornby, ale tak, po Riddle’u jesteś najlepsza na obronie przed czarną magią. Jestem pewna, że gdybyś chciała coś z tym zrobić, wziąć sprawy w swoje ręce…— Sugerujesz, że ty wskażesz mi, gdzie mam być, a ja mam samodzielnie poradzić sobie z bandą Ślizgonów? — prychnęła ze zmarszczonymi brwiami, choć błąkający się w kąciku jej ust uśmieszek świadczył o połechtanym ego. — Wiem, że nie masz ze mną żadnych szans nawet w mój najgorszy dzień, Warren, ale aż tak dobra nie jestem.— Przecież nie oczekuję, że wyzwiesz ich kolejno do pojedynku — zasępiła się Marta, choć wiedziała, że komentarz koleżanki był trafny. — Nie wiem, może mogłabym pójść z tobą, żebyś nie była sama…— Ty? Taka pacyfistka? Jesteś na to zbyt miękka.— No to co proponujesz? — spytała. — Nie udawaj, że nie jesteś zainteresowana.— Jestem zainteresowana — przyznała Olivia, gasząc papierosa o murek. Pstryknięciem palców rzuciła go w roztaczającą się wokół wieży przepaść. — Ale ktoś taki jak ty nadaje się co najwyżej na czujkę. Sama na pewno się za to nie wezmę, ale może gdybym znalazła sobie wsparcie, co najmniej dwie osoby…— Niby kogo?— Jest kilka takich, które podzielają moje frustracje.— Podzielanie frustracji nie oznacza, że odważą się na taki krok.— To prawda, dlatego muszę wybadać teren, zanim dam ci odpowiedź. Poza tym jak na razie i tak powinien być spokój, skoro traktują nas jak skazańców — odparła Olivia, przyglądając się Marcie z trudnym do zdefiniowania uśmiechem. — A jeśli Malfoy jest wśród nich? Czy twoje serduszko zniosłoby cios, gdyby mu się coś przytrafiło?— Nic mnie z nim nie łączy — zaperzyła się. Nie mogła dłużej go bronić kosztem swojego komfortu. Gdyby Olivia puściła jakąś plotkę w obieg, Marta spaliłaby się ze wstydu. — To, do czego doszło w tamtej komnacie, to idiotyczna sprzeczka, która wymknęła się spod kontroli. Nie interesuje mnie, czy coś mu się stanie. Jeśli należy do tej paczki, zasługuje na to, co go spotka.— Cholera, Warren — mruknęła Olivia. — Nie dawaj mi powodów, żebym cię szanowała, bo jeszcze się zaprzyjaźnimy.Marta prychnęła.— Po tych wszystkich latach?— Racja. W przeciwieństwie do ciebie, mam wystarczająco dużo koleżanek — zadecydowała drwiąco, kładąc jej rękę na ramieniu. — Jestem pewna, że dam ci znać, kiedy tylko zwolni się miejsce na liście oczekujących.Marta wywróciła oczami, odsuwając się w tył, gdy zza krawędzi murka niespodziewanie wyłonił się Bagshot. Płynnie zeskoczył ze szkolnej miotły i rzucił ją w kąt między dwoma kamiennymi ławkami, przeczesując blond włosy palcami. Gdy uśmiechnął się półgębkiem, w jego policzku pojawił się wręcz hollywoodzki dołeczek.— Masz fajkę, Hornby?Otworzyła paczkę z eleganckim logiem Picadilly, czekając, aż się obsłuży. Chociaż jak zawsze w otoczeniu chłopaków przybrała milusiński wyraz twarzy głupiutkiego niewiniątka, w spojrzeniu kryła urazę.— Powiem wam, dziewczyny — wymamrotał, wsuwając papierosa między wargi — że Gryfoni mają przesrane. Nie mogę się doczekać miny Długodupnego, kiedy rozniesiemy ich na boisku. — Uniósł rękę, gdy Marta otworzyła usta. — Wiem, wiem, Warren. „Alfred jest dobrym graczem” — naśladował jej sposób wypowiedzi przesadnie cienkim głosikiem, przy okazji zapalając papierosa płomykiem tańczącym na końcu różdżki. — Longbottom to, Longbottom tamto. Może nie posuwałby Donny, gdybyś nie była tak irytująca.Gdy w sygnale oburzenia z płuc Marty świsnęło powietrze, wycofał się z rękoma uniesionymi w kpiąco przepraszającym geście.— Co za bezczelny…— No no, Warren, bo się zapowietrzysz — mruknęła z uśmieszkiem Olivia, choć też wpatrywała się w plecy oddalającego się Bagshota z intensywną niechęcią. — Ale może ma trochę racji? Ten pociąg już odjechał. Obie wiemy, że nawet gdyby zerwał z Donną, nie odważyłabyś się do niego wystartować.— Przyjaźnimy się. To wszystko — odparła Marta, w duchu gratulując sobie za dozę obojętnością, z jaką wypowiedziała te słowa. Złapała porzuconą szkolną miotłę i ze względu na długą spódnicę usiadła na niej bokiem. — Jeśli Astra zacznie zadawać pytania, wymyśl coś.Odleciała, nie czekając na odpowiedź Olivii.

----- CHAPTER BREAK -----

Zgodnie z przewidywaniami, profesor Dumbledore czekał na nią w komnacie duchów, choć nie skontaktowała się z nim w żaden sposób. Podczas dosiadania miotły zamierzała przeprowadzić z nim długą rozmowę, być może wręcz przesłuchać go na temat Riddle’a, wyciągnąć z niego każdą najdrobniejszą informację, lecz po przybyciu na miejsce opuściła ją wiara, że uchylonoby przed nią rąbka choć jednej tajemnicy. Sądziła, że uczucie, które ogarniało ją w towarzystwie Dumbledore’a, minie wraz ze świeżością incydentu z Riddle’em, lecz nie mogła się bardziej mylić. W ciągu następnego tygodnia spotykała się z Dumbledore’em co wieczór, żeby szlifować Oklumencję, a jednak kłębiąca się w niej uraza zyskiwała na rozmiarach. Nie wątpiła, że był jej sojusznikiem, lecz równocześnie zniknęły złudzenia, że może liczyć na ratunek z jego strony. Gdyby potrzebowała przedyskutować z nim strategię z potencjałem na rehabilitację Riddle’a, bez dwóch zdań podzieliłby się z nią swoimi wnikliwymi spostrzeżeniami, lecz gdyby znalazła się na drugim końcu różdżki, podczas gdy z ust Riddle’a spływałaby inkantacja

Avada Kedavra,

profesor Dumbledore przekręciłby pokrętło na zmieniaczu czasu i udał się w dalsze poszukiwania tej jednej jedynej Marty Warren, która nie rozczaruje go niepowodzeniem.

Losy jej przyszłości, choć przeklętej przywiązaniem do Riddle’a, spoczywały wyłącznie na jej barkach. Jeśli chciała przeżyć, musiała stać się aktywnym graczem. Wkupić się w łaski tego potwora, ujarzmić go tak, aby sam był tego nieświadomy, przekonać go do siebie. Jak? Nie miała pojęcia, ale za najbardziej kluczowy aspekt tego procesu uważała zachowanie kontaktu ze swoją prawdziwą naturą, bo chociaż nie mogła liczyć na Dumbledore’a tak, jakby sobie tego życzyła, wierzyła, że siła jego intelektu wielokrotnie przewyższała jej własny. Ukrywał przed nią wiele, jednak nie wzbraniał się przed wskazaniem jej zalet, jakie posiadała. To one stanowiły jej przewagę nad Riddle’em, a ona musiała nauczyć się ją wykorzystywać.

Jedna zagadkowa kwestia powracała do niej niczym bumerang. Skoro Dumbledore kazał jej kierować się intuicją i głosem serca, dlaczego przemilczał jej wady? Każdy je posiadał, a coś w niej bez wątpienia musiało działać na niekorzyść w relacjach z Riddle’em.

— Dziękuję wam za dzisiejszą próbę — odezwał się profesor Beery, wyrywając Martę z przemyśleń. — Jest ogrom rzeczy, nad którymi musimy popracować, no, jest co udoskonalać, że tak powiem, ale bez obaw! Do Balu Bożonarodzeniowego zrobię z was prawdziwych aktorów — zaśmiał się z miną niepozostawiającą wątpliwości, że gdyby nie jego patronat, kółko teatralne nie miałoby żadnych szans wystawić choćby przeciętnego przedstawienia. — A teraz pokażę wam coś, z czego jestem niezmiernie dumny, no no, chodźcie!

Zachęcił ich gestem do podejścia do stojących w kącie stosów kufrów. Magią wydobył środkowy z nich, odrzucił w tył wieko i pociągnął za drążek, co sprawiło, że z pogłębionego czarami wnętrza wyłonił się stojak z kostiumami.

— Wspaniałe, prawda? — spytał, pęczniejąc z dumy, jakby jego zasługą było coś więcej niż wydanie Donnie paru instrukcji koniecznych do spełnienia jego wizji.

— Hmm, tak… Wspaniałe to odpowiednie słowo — bąknęła przez zmartwiałe wargi Marta, gdy Beery wcisnął jej w ręce wieszak z sukienką i akcesoriami dla postaci Amaty. — Donna — zwróciła się do niej dyskretnie — jesteś pewna, że ten dekolt ma być taki… no, taki…

— Ależ tak! — wtrącił Beery. — Oczywiście, że tak, widzisz, panno Warren, właśnie takie ubrania noszono w tamtym okresie. W teatrach wystawiają Fontannę w całkowicie niezgodny z oryginalną opowieścią sposób, mianowicie ubierają trzy siostry w drogie suknie, podczas gdy prawdziwy urok ich historii leży w tym, że były przeciętnymi czarownicami, które zostały obdarowane przez Fontannę Szczęśliwego Losu darami przewyższającymi materialne bogactwa…

Zdjął kolejne wieszaki ze stojaka, rozdając kreacje pośród głównych aktorów. Alfred dostał lekką zbroję i wyrzeźbiony na kształt paszczy lwa hełm, a także wyłożoną klejnotami replikę miecza Godryka Gryffindora; nowa w kółku teatralnym, odgrywająca rolę Althedy Betty otrzymała zniszczoną szatę żebraczki i tobołek na kiju; z kolei Olivii przypadła luźna, poszarzała koszula szpitalniana, co przyprawiło Martę o kąśliwy uśmieszek. Beery przelotem wspomniał jej, że nowonabyty trądzik Olivii nada realizmu roli obłożnie chorej Aszy.

— Bez ociągania, raz raz! — zawołał, przepędzając ich w stronę odgrodzonej sekcji komnaty. — Musimy sprawdzić, czy kostiumolożka spisała się na medal!

Marta bez przekonania wślizgnęła się za parawan i po upewnieniu się, że nie będzie widoczna z żadnej strony, przebrała się. Jej kostium składał się z białej koszuli o bufoniastych, zakończonych koronką rękawkach, które powinna zsunąć na wysokość dekoltu, lecz nie pozwalała jej na to przyzwoitość (i tak czuła się już za bardzo odsłonięta); z czarnej, pozbawionej udziwnień spódnicy do kostek oraz czarnego, renesansowego gorsetu wiązanego z przodu. Gdyby nie ta potworna, skandaliczna koszula, kostium miałby potencjał przypaść jej do gustu.

— Panno Camden, pomóż koleżance, proszę — powiedział profesor Beery, kiedy Marta wyłoniła się zza parawanu. Donna z naburmuszoną miną pociągnęła jej rękawki w dół i zdecydowanie zbyt ciasno zasznurowała gorset, miażdżąc Marcie żebra. — Wspaniale, po prostu wspaniale… Zwykła, ładna barmanka, tak… O!

Odwrócił się, gdy rozległ się klekot lśniących, srebrych pancernych butów. Beery poprawił mocowania napierśnika Alfreda i zdjął hełm z jego głowy, żeby wcisnąć mu go pod pachę.

— Tak tak, będziesz miał go na sobie tylko podczas sceny z popiełkiem, to znaczy Rubeusem, resztę czasu będziesz trzymać go w ten sposób, o… — mruczał pod nosem Beery. — Chociaż, może…

Gestem przywołał naburmuszoną Donnę, a następnie razem zajęli się wprowadzaniem poprawek do kostiumów reszty obsady. Podczas gdy Marta z niedowierzaniem wpatrywała się w odbicie w lustrze (gorset naprawdę potrafił stworzyć coś z niczego), usłyszała za sobą metaliczny stukot.

— Ee, Marto? — spytał Alfred, odchrząknąwszy. — Możemy pogadać?

— Tak tak, oczywiście — wypaliła, zdziwiona, że sam zrobił pierwszy krok. Od incydentu w Zakazanym Dziale, kiedy przyłapał ją w towarzystwie Riddle’a, omijał ją szerokim łukiem. — Ja, no, chciałam ci to wszystko wytłumaczyć, to nie tak jak myślisz, sam wiesz, ale…

— Spokojnie, już wszystko rozumiem — powiedział, kładąc jej dłoń na ramieniu. Obejrzał się na zwróconą do nich tyłem Donnę i poprowadził Martę za najbliższy parawan, za którym nie przestał uciekania wzrokiem gdzie popadnie. — Teraz już wiem, o co chodziło i poważnie, jest mi cholernie głupio, że zachowywałem się prawie dwa tygodnie jak skończony kretyn, nie powinienem. — Westchnął. — Naprawdę, nie spodziewałem się po tobie czegoś takiego — dodał cicho, z podziwem.

— Ale… Że co?

— A wy co tu robicie, gołąbeczki? — rozległ się za ich plecami szept Olivii. Wślizgnęła się do środka z krzywym uśmiechem. — Kluseczka będzie smutna.

— To nie twoje zmartwienie, Hornby — odparł chłodno Alfred, sztywniejąc.

— Och, pozwolę sobie być innego zdania, to moja bardzo dobra koleżanka z dormitorium…

— Spadaj, Olivio, rozmawiamy — wtrąciła Marta, chcąc wyprowadzić ją zza parawanu. Jakiś przebrany za drzewo drugoroczniak przypałętał im się pod nogi i zamarł, wytrzeszczając oczy, zanim odbiegł do kolegów. — A z tym małym co?

— To samo, co z Longbottomem — odparła Olivia, przywierając plecami do ściany i zapierając się nogami w miejscu. — No, daj spokój, już jej tak nie zakrywaj — dodała, gdy Alfred narzucił Marcie na ramiona przywołane zaklęciem okrycie. — Cyca już się w życiu naoglądałeś…

Alfred i Marta równocześnie spąsowieli; Marta czym prędzej zawiązała pelerynę pod szyją.

— Longbottom — kontynuowała Olivia — nie mów mi, że cię to gorszy. Donna ma znacznie większe.

— Nie o to chodzi — wymamrotał przez zagryzione zęby. — Proszę cię, nie dawaj mi powodów do żałowania, że doszliśmy do ugody.

— Jakiej znowu ugody? — spytała Marta.

— No jakiej? — rzuciła Olivia, wywracając oczami. — Mam pierwszego członka swojej obstawy.

— Co? Alfreda? — zdumiała się Marta. Zwróciła się do niego: — Ale przecież jesteś prefektem naczelnym! Nie możesz brać udziału w czymś takim, zresztą, nie powinieneś, skoro liczysz na ten list z rekomendacją od Dumbledore’a.

— Niby tak — przyznał — ale przemyślałem to sobie. Skoro Ślizgoni nigdy nie zostali przyłapani na gorącym uczynku, my też mamy na to małe szanse. Wszyscy wiedzą, co dzieje się w Hogwarcie, wszyscy mają podejrzenia, że stoją za tym czystokrwiści, ale Dippet nie chce ryzykować utraty funduszy, jakie wyciąga z darowizn z rodzin pokroju Malfoyów. Ktoś musi wziąć sprawy w swoje ręce i szczerze mówiąc, przyda mi się trochę praktyki, zanim zostanę Aurorem.

— Dwie osoby to za mało — sprzeciwiła się Marta, czując nagłą potrzebę, żeby wycofać się z tej całej propozycji.

— Przypominam cię, że chciałaś mnie na nich posłać sama — zaśmiała się Olivia. — Nie popuść ze strachu, bo Donna nie ucieszy się ze zrujnowania kostiumu. Rozmawiam z kimś jeszcze. Powinniśmy mieć jeszcze trzecią osobę, ale na razie pertrakcje trwają. Zdążę, zanim podasz nam pierwsze miejsce i czas.

— O matko,

naprawdę

chcecie to zrobić? Jesteście pewni? Oboje?

— Tak — potwierdzili.

— Chryste, no dobrze — mruknęła nieobecnie Marta, zastanawiając się, jak dostać się do notatnika Riddle’a bez równoczesnego wysłania się w zaświaty. — Ale zastanówcie się jeszcze nad tym, okej?

Olivia machnęła na nią ręką i odeszła, natomiast Alfred rzucił pozbawione przekonania „jasne”, kierując się w stronę rozprawiającego z przejęciem profesora.

Gdy przymiarki dobiegły końca, Alfred zebrał członków pozostałych dwóch domów (żaden Ślizgon nie pokusił się o przynależność do kółka), a Beery odeskortował dziewczyny pod samą zaczarowaną kołatkę, co przez kombinację kulistej postury i braku ruchu niemal przypłacił zawałem serca.

— Kostiumy były piękne, naprawdę — powiedziała Marta, gdy weszły do pustego dormitorium. — Spisałaś się na medal, szczególnie z tą koszulą dla Olivii. Jeśli mogłabym mieć jakąś sugestię, na twoim miejscu ogarnęłabym jeszcze jakiś kaftan bezpieczeństwa.

Donna rozchmurzyła się, parsknąwszy śmiechem.

— Komiczne, Warren — rzuciła z wyższością Olivia. — Przynajmniej nie moje cycki zobaczy cały zamek.

— Bez przesady — burknęła pobladła Marta. — Nie było aż tak źle. Prawda, Donna?

— To jedyny raz, kiedy ona ma coś przeciwko dekoltowi, w końcu Alfred spalił raka.

— Przestań! — zganiła Olivię i zwróciła się do koleżanki: — To nieprawda.

Złapana na haczyk Donna odwróciła się na pięcie i wymaszerowała z dormitorium, trzaskając drzwiami z taką mocą, że zgromadzony na pobliskiej komodzie bałgan ożył. Coś z głuchym stuknięciem uderzyło w granatowo-srebrny dywanik.

— Przestań ją nakręcać — powiedziała Marta, posyłając pękającej z dumy Olivii lodowate spojrzenie podczas sięgania na ziemię. — Jak ty byś się czuła, gdybyś była na jej miejscu i…

Zamilkła, widząc w ręce przycisk do papieru w kształcie zająca.

— Co to za brzydactwo? — spytała skrzywiona Olivia.

— To… Tego tu nie powinno być.

— Bo?

— Bo nie…

Wzrok Marty natychmiast powędrował do kufra. Zanim odstawiła przycisk do papieru, zerknęła na jego spód (po inskrypcji nie pozostał ani ślad), a następnie zignorowała dociekliwą minę koleżanki i podeszła do swojej części dormitorium. Bała się zacząć od najważniejszego, więc kolejno ostrożnie zajrzała do każdej szuflady swojej komody, sprawdziła szafkę nocną, a gdy nic nie wydało się ruszone z odpowiedniego miejsca, wysunęła kufer spod łóżka i uklękła obok niego.

— Widzę, że już totalnie upadłaś na łeb, Warren — skomentowała Olivia, która przyglądała się tej scenie z rosnącym niepokojem, i zamknęła się w łazience.

Marta uniosła wieko, tworząc zaledwie kilkumilimetrową szczelinę. Z wewnątrz nie wydobył się najcichszy syk, dlatego zebrała się w sobie i otworzyła kufer. Na szczycie równego stosiku podręczników spoczywał pamiętnik. Przeczuwała podstęp, lecz po rzuceniu na niego kilku prostych zaklęć wykrywających uroki nie otrzymała żadnego efektu, a po pobieżnym przejrzeniu okazało się, że Riddle naprawdę nie zrobił niczego więcej poza zwróceniem tego, co „pożyczył”.

Jedyne, co dodał od siebie, to do nakreślonego na szybko szkicu sprzed paru lat, przedstawiającego nikogo innego, a właśnie jego (siedzącego z profilu, pochylonego nad otwartym podręcznikiem, z lokami miękko opadającymi na czoło), dokleił żółtą karteczkę z wiadomością: „Popraw się jeszcze trochę, a być może w przyszłości zlecę ci namalowanie mojego portretu”.

Gdyby sytuacja była inna, a Riddle wszedłby w posiadanie samego szkicu, spaliłaby się ze wstydu, niestety rzeczywistość malowała się w o wiele bardziej ponurych barwach. Skoro oddał pamiętnik bez walki, przeczytał go w całości. Do końca obdarł ją z prywatności i zapoznał się z ponad sześcioma latami przemyśleń i wydarzeń z jej życia.

Wiedział o niej wszystko.

Marta zamknęła kufer i machnięciem różdżki odesłała go na miejsce, a następnie z udręczonym jęknięciem rzuciła się na łóżko. Nie zdążyła dobrze zamarynować się w negatywnych emocjach, a przez pościel poczuła szybki, rytmiczny ruch tuż pod swoimi plecami.

Przekręciła się na brzuch i stanęła na czworaka, odgarniając kołdrę. W centrum białego prześcieradła leżał wpatrujący się w nią wąż.

Zerwała się z łóżka i rzuciła w niego pierwszą rzeczą, która trafiła się jej w ręce. Wąż wystrzelił na nią z przeciągłym, agresywnym sykiem. Wylądowała na podłodze, szamocząc się i starając go od siebie opędzić, lecz ten zażarcie pełzł w jej stronę, rzucał się na nią, jakby zależało od tego jej życie.

Marta zorientowała się, że nie próbował jej ukąsić, dlatego w przebłysku odwagi złapała go w garść tuż za głową. Wąż wciąż wił się w jej uścisku, gdy drzwi łazienki trzasnęły w ścianę.

— Co do cholery, Warren?! — wykrzyknęła Olivia, kurczowo ściskając różdżkę. Podtrzymywała na piersi ręcznik, którym się owinęła, a z włosów obficie skapywała jej woda.

— Nic, nic się nie stało — wymamrotała Marta, chowając węża za plecami. Nie potrafiła uwierzyć w to, że jeszcze nie zatopił w niej kłów. Każdy mięsień jej ciała napinał się w oczekiwaniu na ból. — Ja… Hm, s-spadłam z łóżka.

—

Co?

— prychnęła. — Spadłaś z łóżka i wydarłaś się tak, że słychać echo w lochach?

Marta zaśmiała się nerwowo.

— Jakoś tak wyszło… — odparła, rozmyślając gorączkowo, jak pozbyć się koleżanki. W międzyczasie wąż ciasno oplatał ogon wokół jej nadgarstka. — Tak się zmartwiłaś moim losem, że zamierzałaś ratować mnie w samym ręczniku? — zakpiła.

— Och, wal się.

— Z takim duchem walki Tiara chyba powinna była przydzielić cię do Gryffindoru…

Olivia zatrzasnęła za sobą drzwi, wracając do łazienki. Marta otworzyła trzeszczące okno, z trudem odplątała ogon ze swojej ręki i już miała rzucić węża w przepaść, gdy nawiązała z nim kontakt wzrokowy. Poruszał niewinnie końcówką języka wystającą z małego pyszczka, przyglądając się jej nie ze strachem (nie wiedziała, czy gady odczuwały tego typu emocje; jeśli tak, ten nie dawał tego po sobie poznać), a z wyczekiwaniem.

Wiedziała, że był nieprawdziwy. Dostateczną ilość razy zobaczyła na własne oczy, jak Riddle wzywa go z niebytu i odsyła go tam z powrotem w kłębie czarnego dymu. Znane jej na pamięć podstawowe zasady magii mówiły, że przetransmutowane albo wyczarowane stworzenia to zaledwie tchnięte pozorem życia istoty pozbawione uczuć, potrzeb fizjologicznych, a nawet bijącego serca, a jednak…

Po chwili wahania zdecydowała się zamknąć okno. Nie wypuściła węża, który na powrót przyległ do niej ciałem, zaskakująco silnym jak na swoje małe gabaryty, i opuściła rękę. Uczucie ciasno zwartych łusek sunących po skórze uważała za tak okropne, że wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej dreszcz obrzydzenia.

Gdy tylko jej uścisk wokół głowy węża zelżał, ten skorzystał z okazji do wsunięcia się do kieszeni jej spódnicy. Marta musnęła materiał drżącymi palcami, a następnie skierowała się ku łóżku. Pośród rozgardiaszu, wywołanego jej gwałtownym zerwaniem się z materaca i szamotaniną, znalazła skrawek pergaminu. Tym razem głosił: „Twój nowy przyjaciel”.

— Raczej nowy sposób na inwigilację — powiedziała z rozdrażnieniem, wyrzucając wiadomość do kosza.

Dochodziła już dwudziesta pierwsza, więc wykorzystała nieobecność koleżanek do przebrania się w koszulę nocną, a gdy tylko przykryła się kołdrą, wąż wychynął spomiędzy stosiku ubrań czekających na zabranie do prania przez skrzaty domowe, a następnie ze zdumiewającą prędkością wspiął się po nodze łóżka, żeby dołączyć do Marty.

Nie panowała na odruchem odtrącenia go od siebie, lecz nim się spostrzegła, umknął przed jej ręką i wślizgnął się pod kołdrę, musnąwszy jej łydkę. Niemal wyskoczyła ze skóry, na szczęście okrzyk zamarł jej na ustach, gdy drzwi dormitorium otworzyły się, a do środka weszła ziewająca Astra.

— Jak tam próba? — zagadnęła, przecierając zaspane oczy, które przypominały dwie mikroskopijne szparki. Tak naprawdę niezainteresowana odpowiedzią, dodała: — Jutro wielki dzień.

— Ach no tak! — udała przejęcie Marta. — Herbatka u Ślimaka…

— Chodź, pokażę ci tę sukienkę, dopóki Olivii nie ma.

Chciała wstać, ale poczuła, jak wąż oplótł się jej wokół kostki. Gdyby miała na sobie piżamowe spodnie, mogłaby go ukryć pod nogawką, a teraz?

Choć wykręcało ją obrzydzenie, spróbowała bezowocnie zepchnąć go stopą. Przywarł do niej tak ciasno, jakby zależało od tego jego życie, wydając z siebie stłumiony, ostrzegawczy syk.

— No, idziesz? — spytała ze zmarszczonymi brwiami Astra.

— Skurcz w łydce, moment.

Wymówka nie brzmiała przekonująco, na szczęście wystarczyła, aby Astra pochyliła się nad otworzonym kufrem. Marta uniosła kołdrę i wyszeptała: „Nigdzie nie idę, obiecuję!”, co skutkowało podejrzliwym trzepotem języka. Po chwili (namysłu?) wąż zsunął się na prześcieradło.

Wyskoczyła z łóżka jak sprężyna, nie chcąc dać mu szansy na zmianę zdania, i podeszła do Astry, która przyłożyła do ciała ciemnoszmaragdową sukienkę koktajlową, kobiecą, w dobrym guście, i uśmiechnęła się z podekscytowaniem.

— Co uważasz?

— Hm… Zdecydowanie odpowiednia do towarzyszenia prefektowi naczelnemu Slytherinu — skomentowała Marta, czując, jak w obawie o koleżankę jej puls wzrasta.

— Pokazałabym ci, jak w niej wyglądam, ale sama wiesz — mruknęła, skinąwszy w stronę łazienki, gdzie właśnie umilkł szum wody. — Spodziewałam się większych zachwytów — dodała nieco podejrzliwie. — Masz pojęcie, ile ta sukienka kosztowała? To najnowsza kolekcja Malkin!

— Jest naprawdę śliczna.

— Szkoda, że masz taką patykowatą figurę, bo mogłabym ci ją potem dać. Nie noszę takich rzeczy więcej niż raz — westchnęła Astra, taksując ją krytycznym wzrokiem. Marta wcale nie uważała, że jej figura należała do patykowatych, wręcz przeciwnie: poza kilkucentymetrową różnicą we wzroście, natura obdarzyła je obie średnim biustem i doskonale komponującymi się z nimi biodrami. Tak naprawdę Astra wcale nie zamierzała podarować jej żadnej sukienki. — Chodź, pokażę ci, co mi dał!

— O, prezent? — mruknęła z „zaskoczeniem” Marta.

— Taki drobiazg… — Astra złapała ją za rękę i poprowadziła pod komodę, na której stał przycisk do papieru. — Powiedział, że przypomina mu mnie.

Marta włożyła całe siły w odwzorowanie przekonującego uśmiechu. Chociaż takie wyznanie mogło być podszyte częściową prawdą, w końcu twarz Astry miała królicze rysy, prawda była inna. Pozostawało jej wierzyć, że bezimienny królik Billy’ego Stubbsa kontynuował pozbawione trosk i bólu kicanie po ziemskim padole.

— Mam nadzieję, że Abraxas pożyczy mu coś eleganckiego — kontynuowała Astra, chowając sukienkę do kufra. — Na codzień wygląda nienagannie, ale chyba nie tylko ja zauważyłam, że jego ubrania są nieco… no wiesz, że warto by je wymienić na nowe?

— Nie zauważyłam — odparła szorstko Marta. Gdy tylko wsunęła się z powrotem pod kołdrę, zesztywniała, czując węża oplatającego jej kostkę niczym kajdany. — Skoro sama uważasz, że wygląda nienagannie…

— Chodzi o to, że mógłby wyglądać jeszcze lepiej — wyjaśniła z rozmarzonym westchnieniem. — Ma taki potencjał. Skrojone na wymiar szaty z magicznych materiałów, porządne buty, dodatki i mógłby zacząć sprawiać wrażenie dobrej partii… Tatko urządziłby mi pogadankę o poszanowaniu do samej siebie, gdyby wiedział, z kim zgodziłam się pójść. No i ten zając — zachichotała, jakby uważała ten prezent za rozczulający, ale równocześnie niedojrzały. — Po co mi przycisk do papieru? Ucieszyłabym się z biżuterii…

— Zgodziłaś się pójść z prefektem naczelnym i — słowa uwiązły w gardle Marty, gdy tylko zorientowała się, co zamierza powiedzieć — najlepszym uczniem Hogwartu, ulubieńcem Dippeta. Może i Riddle nie ma fortuny i czystokrwistego nazwiska, ale jeśli ktoś zrobi karierę po skończeniu szkoły, będzie to on.

Chryste, pomyślała. Najgorsze jest to, że wcale nie bronię go ze względu na chłonącego każde słowo węża!

— Och, wiem wiem, masz rację — odparła niezrażona Astra. — Jestem tego wszystkiego świadoma i właśnie dlatego daję mu szansę. Poza tym to nie tak, że myślę o nim na poważnie.

— Nie? Przecież ty i Olivia sprzeczacie się o niego siódmy rok z rzędu.

— Nie ma sobie równych w Hogwarcie — wyjaśniła takim tonem, jakby mówiła o najbardziej oczywistej rzeczy pod słońcem. — Dobrze wiesz, z jakiej rodziny pochodzę. U nas nie liczy się wygląd i umiejętności magiczne, choć te są zdecydowanie mile widziane, a wpływy, czystość krwi, a jeśli nie ona, w końcu jesteśmy postępowi — powiedziała z dumą — to powiązania z potężnym, sławnym rodem lub chociaż czarodziejem. Tatko nigdy nie pozwoliłby mi wyjść za Toma, ale to nie oznacza, że nie mogę zostać zapamiętana przez dziewczyny takie jak ty jako jedyna, która go oczarowała.

Marta otworzyła usta, ale nie wydał się z nich żaden dźwięk. W jednym zdaniu Astra zdołała obrazić ją, każdą dziewczynę w Hogwarcie i do tego wylać wiadro pomyj na Riddle’a, do którego wzdychała przez ponad sześć lat!

— A jeśli miałby powiązania? — spytała wreszcie, przełykając zalegającą jej w ustach gorycz. — Słyszałam taką plotkę, że niby Slughorn uważa, że Riddle musi pochodzić z jakiegoś potężnego rodu, żeby być aż tak uzdolnionym.

— Slughorn to ekscentryczny czarodziej, ale mój tatko mówi, że ma nosa do takich spraw. Nie bez powodu nie zdarzyło się jeszcze, żeby ktoś z Klubu Ślimaka nie zrobił kariery… Ale tak czy siak, cóż, jeśli Tom wykazałby w przyszłości zainteresowanie małżeństwem z jakąkolwiek czystokrwistą dziewczyną, żadna głowa rodziny nie dopuściłaby do tego bez wcześniejszego potwierdzenia jego drzewa genealogicznego.

— Nawet jeśli wciąż byłby tylko półkrwi?

— Och, Marto — mruknęła Astra tak, jakby zwracała się do dziecka. — Nie słyszałaś tego ode mnie, ale istnieją sposoby na zakopanie wiedzy na temat czyjegoś nieodpowiedniego pochodzenia, jeśli tylko jest tego warty.

— I jak często do tego dochodzi?

— Ach — mruknęła ze znaczącym uśmieszkiem — kto wie.

Marta zgasiła lampkę nocną, postanawiając zostawić komentarze dla siebie. W głowie się jej nie mieściło uganianie się przez sześć lat za chłopakiem tylko po to, aby uznać jego status za nieodpowiedni, ale to nie pierwszy raz, gdy uznała czystokrwistych za odklejonych od rzeczywistości.

Zaśnięcie z wężem w łóżku okazało się dokładnie tak trudne, jak podejrzewała. Dopiero koło drugiej w nocy zmorzył ją sen, dlatego gdy powstała z martwych o świcie, poczłapała do łazienki z zawiniątkiem ubrań, całkowicie zapomniwszy o swojej nowej „biżuterii”, która tak bardzo wzięła sobie do serca inwigilację, że przetrwała nawet opryskanie wrzącą wodą ze słuchawki prysznicowej. Mimo że ta upartość węża stanowiła przypomnienie, że był jedynie magicznym tworem, Marta poczuła wyrzuty sumienia.

Schowała go do kieszeni spódnicy i po śniadaniu udała się z pierwszą lepszą grupą do biblioteki, gdzie do późnego południa w trakcie czekania na Riddle’a zdążyła wykuć materiał na kilka lekcji do przodu i przy okazji odrobić kilka prostszych zadań domowych. Za resztkę oszczędności dobiła targu z przewodniczącym klubu Gargulkowego, a następnie zajęła stolik z widokiem wprost na Zakazany Dział, więc gdy tylko usłyszała znajomy metaliczny klekot jego bramy, odesłała książki zaklęciem na półki i wślizgnęła się do środka.

— Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? — spytała zamiast powitania, niby przypadkiem kładąc torbę na blacie w taki sposób, aby wysunęło się z niej kilka podręczników, a pośród nich tomik wierszy Poe, wynaleziony kilka godzin wcześniej w dziale mugolskiej literatury.

— Nie spodziewałem się, że uznasz to za zaszczyt — odparł monotonem Riddle, nie podnosząc wzroku znad lektury.

— Abraxas byłby o to zazdrosny, więc…

Nie obdarzył jej żadnym komentarzem, lecz w rozbawieniu głośniej wypuścił powietrze nosem. Nie dosiadła się do niego, a oparła lędźwiami o parapet wysokiego okna, które uchyliła pod pretekstem wpuszczenia odrobiny świeżego powietrza do intensywnie pachnącego starymi księgami wnętrza.

— No? — dociekała.

— Zdaje się, że dzięki mojej wyrozumiałej naturze masz parę sprawnych oczu, Warren — wymamrotał, rozdrażnionym gestem odgarniając loki znad czoła. — Powinnaś widzieć, że jestem zajęty.

— A więc po to jest ten wąż? — spytała, wyjmując go z kieszeni. Daleko jej było do darzenia tego abstrakcyjnego stworzenia sympatią, lecz dla powodzenia misji zmusiła się do pogładzenia go najpierw po łebku, a później wzdłuż usianego łuskami zwartego ciała. — Żeby wiedzieć, gdzie jestem, z kim, co robię i mówię, ale żebyś równocześnie nie musiał cierpieć katuszy w moim towarzystwie?

— Coś w ten deseń — odparł tonem nauczyciela dającego pochwałę uczniowi, choć myślami wciąż przebywał gdzieś indziej.

— Dałam mu imię.

Westchnął z takim udręczeniem, jakby właśnie zsyłano go na całą wieczność w dziewiąty krąg piekielny.

— O?

— Tak. Nazywa się Hisstopher.

— Hisstopher — prychnął, wreszcie podnosząc głowę znad księgi. — Pomieszało ci się coś, Warren? Nie masz prawa nazywać mojego węża, a już tym bardziej nadać mu tak skrajnie żałosnego, urągającego dumie imienia.

— To tylko zwierzątko — odparła, wzruszywszy ramionami. Zerknęła na swoją torbę, a Riddle podążył za linią jej spojrzenia. — Poza tym ty nigdy byś go nie nazwał, więc ktoś musiał to zrobić.

Choć wpatrywała się w tylko w tył jego głowy, coś w zmianie ułożenia ramion i w lekkim wyproście pleców podpowiedziało jej, że zauważył tomik wierszy. Sięgnął po niego i zdążył odwrócić się w jej stronę z ustami gotowymi do wygłoszenia komentarza, gdy złoty gargulek wytoczył się z torby i donośnie uderzył w podłogę. Marta, która z najwyższą uwagą doglądała zwiniętego we wnętrzu jej dłoni węża, widziała kątem oka, jak kulka potoczyła się gdzieś w kierunku przejścia między regałami.

— Coś ci spadło? — mruknęła niewinnie.

Zanim odwróciła się ku otwartemu oknu, dostrzegła, jak ręka Riddle’a mimowolnie podążyła do kieszeni z różdżką. Jego syndrom wewnętrznej sroki aktywował się, gdy po chwili wahania bez słowa podniósł się z krzesła i wyruszył na poszukiwania gargulka.

— Wybacz — wyszeptała do węża na sekundę przed tym, jak rzuciła nim w przepaść.

Na palcach zbliżyła się do przewieszonej przez krzesło torby Riddle’a, słysząc, że jego stłumione odległością kroki umilkły gdzieś kilka rzędów dalej. Dopiero po nieznośnie długiej chwili paniki użyła niewerbalnego

Accio

, żeby przywołać mały notatnik. Ręce się jej trzęsły podczas używania kolejnego zaklęcia, tym razem duplikującego. Szybko przerzuciła kilka stron, szczerząc się jak wariatka z powodu odniesionego sukcesu, i wcisnęła zmniejszoną czarami replikę w jedyne miejsce, które uważała za bezpieczne i przed wężem, i przed Riddle’em: do stanika. Zdążyła poprawić luźny sweter i opaść na wciąż ciepłe krzesło, gdy za jej plecami rozległy się kroki.

— Co robisz?

— A wygląda, jakbym co robiła? — spytała, przewracając stronę księgi, którą wcześniej studiował.

— Irytowała mnie — odparł, stając obok. Wciąż przesuwała wzrokiem po tekście, ale kątem oka, między wypuszczonymi zza ucha włosami widziała jego bladą dłoń, zaciśniętą wokół czegoś drobnego. — Wróć się kilka stron, to zobaczysz coś fajnego.

Rozważyła to. Mogła ryzykować trwałą szkodą na psychice poprzez wystawienie się najpewniej na zdjęcie jakichś makabrycznych czarnomagicznych powikłań, żeby poprawić mu humor, albo ryzykować tym, że coś w jej zachowaniu zdradzi, że wcale nie zajmowała się czytaniem. Gdy zerknęła na Riddle’a, na jego rozluźnionej twarzy nie dostrzegła ani krztyny podejrzliwości.

— Nie mam ochoty na oglądanie flaków — powiedziała, ustępując mu miejsca. Podczas gdy on bez słowa usiadł i mimo widocznego jak na dłoni rozproszenia starał się wrócić do lektury, ona poprawiła swoją leżącą na boku torbę. — Nie, nie nie nie…

Wysypała jej zawartość na blat tak gwałtownie, że Riddle odruchowo schował obie ręce pod stół. Pieczołowicie przejrzała wszystkie rzeczy, zanim wymamrotała:

— No nie wierzę, że go zgubiłam! Dopiero co go kupiłam!

— Sprzątaj ten bałagan — odburknął szorstko, lecz znała go już na tyle dobrze, żeby dosłyszeć w jego głosie nutę ciekawości. Dla lepszego efektu odsunęła kilka krzeseł i zajrzała pod stół. — O czym ty bredzisz?

— O gargulku! — wypaliła. Adrenalina wciąż szumiała jej w uszach, przez co z nieuwagi uderzyła głową w spód blatu, co zostało skwitowane cichym, diablim chichotem. — Chciałam go dać Alfredowi na święta — wyjaśniła, rozmasowując rosnącego guza. Miała nadzieję, że wyłożone prawdą kłamstwa nie wzbudzą jego zainteresowania. Alfred zbierał gargulki, a przed powrotem do szkoły naprawdę rozważała sprawienie mu takiego prezentu. — To jakaś głupia edycja kolekcjonerska, pozłacana, on zbiera takie rzeczy…

— Chciałaś mu dać

jednego

gargulka? — zakpił, mimo że oczy rozbłysły mu podekscytowaniem.

— Był drogi! Może gdybyś mnie nie okradł, Riddle, byłoby mnie stać na cały zestaw…

— Wydałabyś tyle pieniędzy na gargulki dla Longbottoma? — kontynuował, wykonując dyskretny gest. Marta domyśliła się, że właśnie wsunął zdobycz do kieszeni, i ostatkami sił powstrzymała się przed wybuchnięciem śmiechem. — Powinienem był oskubać cię co do ostatniego złamanego knuta, skoro i tak zmarnowałaś te pieniądze.

— A więc wreszcie przyznajesz się do kradzieży — zauważyła, sięgając mu przed nosem, żeby złapać tomik wierszy. — Gargulka też wziąłeś, prawda?

Rzuciła

Accio

, w duchu podziwiając mistrzowsko kamienną twarz Riddle’a. Przeczuwała, że nie potrzebował różdżki, żeby magią utrzymać wszystko, co chciał, na miejscu.

— Nie łap mnie za słówka, Warren — ostrzegł ją. — Nie wziąłem twojego kretyńskiego gargulka, ale muszę przyznać, że zazdroszczę temu, kto dokonał tego chwalebnego czynu.

— Kretyński przycisk do papieru też ukradłeś.

— Byłem pijany. — Wzruszył ramionami. — Poza tym, pozbyłem się go.

— Wiem, Astra chwaliła się prezentem — powiedziała, wahając się. Jeszcze moment temu planowała wycofać się z Zakazanego Działu dokładnie w momencie, gdy skończy odgrywać przedstawienie, lecz teraz jej nogi nie chciały ruszyć się z miejsca. — Dlaczego ją zaprosiłeś?

— Jest znośna. Jak na czystokrwistą snobkę — wyjaśnił, wyciągając Marcie tomik z rąk. Odchylił się do tyłu na krześle i wsparł nogi na sąsiednim, podczas gdy ona usiadła na blacie. Dopiero po chwili dotarło do niej, że nie powinna czuć się w jego towarzystwie tak swobodnie. — Co jest powodem, dla którego nie zaprosiłem ciebie.

— Nie żartuj sobie ze mnie — wypaliła, czując, jak cała krew odpływa jej od twarzy. Zakręciło się jej w głowie.

— Dlaczego nie? — spytał, a choć przybrał głos niewiniątka, równocześnie wyszczerzył się w sposób godny węża, który skusił Ewę na potępiający ludzkość kęs jabłka. — Miny robisz równie przednie co wtedy, kiedy ci grożę. Czy naprawdę aż tak bardzo byś

cierpiała

, gdybym spojrzał na ciebie z zainteresowaniem, Marto?

— Cierpieniem bym tego nie nazwała — wymamrotała, żeby ostudzić jego entuzjazm. — Karą, już prędzej.

— Karą? Po oszałamiającej lekturze twojego pamiętnika nie pozostaje mi nic innego, jak poddać te słowa w wątpliwość — mruknął, kartkując tomik. — Zdaje się, że twoim największym zmartwieniem jest pójście na bal w pojedynkę. Ktoś tak desperacko łaknący męskiej akceptacji jak ty z pewnością doceniłby zaszczyt towarzyszenia komuś o moim statusie, czy nie?

— Nie potrzebuję twojej jałmużny — wycedziła mimo świadomości, że po prostu nie mógł odmówić sobie okazji do dręczenia jej. Zsunęła się ze stołu, czego natychmiast pożałowała; ze stresu nogi miała jak z waty.

— Ach tak? — Bezceremonialnie złapał trzy strony i powolnym ruchem wyrwał je z tomiku. — Znaleźli się jacyś chętni na grzeczną chrześcijankę, oczywiście poza Longbottomem? Nie zauważyłem, żeby był na takie szczególny popyt.

Z całego serca pragnęła zmyślić istnienie zainteresowanego nią amanta, żeby tylko zetrzeć mu z ust ten pyszny uśmieszek, ale wiedziała, że rozpoznałby tak słabe kłamstwo bez najmniejszego wysiłku.

— Popyt — powtórzyła, rozzłoszczona. Dziewczyny to nie zalegające na sklepowych półkach produkty, żeby był na nie popyt albo nie! — Czemu tak się na niego uparłeś, co? Tak bardzo ci wadzi tym, że potrafi myśleć sam za siebie w przeciwieństwie do twoich czystokrwistych koleżków, którzy uważają go za zdrajcę krwi?

— Myśli sam za siebie? — zdumiał się z teatralną podniosłością. — Przecież on robi wszystko, żeby się upodobnić do swojego starszego brata, Franka. To on jest powodem, dla którego twój wyidealizowany Alfred nie widzi niczego gorszącego w niszczeniu tysiącleci rodzinnej tradycji poprzez umawianie się z jedną szlamą i jechaniu na ręcznym do drugiej. Nawet ta jego…

— RIDDLE! — wyszeptała z furią, w ostatniej chwili powstrzymując się od wykrzyknięcia na pełne gardło. W gruncie rzeczy znajdowali się w bibliotece.

— …ambicja zostania aurorem jest zerżnięta od starszego braciszka. To Frank myśli, a Alfred ślepo za nim podąża. Jedyna kluczowa rzecz, która ułatwia mi rozróżnienie jednego od drugiego, to zacofane do prymitywnego, wręcz mugolskiego stopnia preferencje co do partnerek.

— A co to niby ma oznaczać?

— Podczas gdy Frank ożenił się z aurorką, Alfred… cóż, może powinnaś podjąć z nim głębsze tematy do rozmowy niż dotychczas.

— O nie, co to, to nie. Nie pozwolę ci namieszać w moich relacjach, ty zawistny manipulancie — wycedziła, wyrywając mu z rąk tomik. Wcisnęła go do torby i zarzuciła ją sobie na ramię. — Wiem, co próbujesz osiągnąć, Riddle. Nie wiem dlaczego, ale chcesz mnie skłócić ze wszystkimi. Najpierw próbowałeś zepsuć moje relacje z Donną, potem ledwo co pierwszy raz w życiu przeprowadziłam cywilizowaną rozmowę z Olivią, to nasłałeś na nas węża, a teraz zaczynasz z Alfredem. Nie oczekuję, że ktoś taki jak ty, taki… brutal w pełni to zrozumie, ale dla twojej wiadomości, nawet gdybyś próbował, nie miałbyś szansy dorosnąć mu do pięt.

Riddle zaśmiał się ponuro, bez podniesienia się z krzesła zręcznie łapiąc pasek jej torby, gdy ruszyła do wyjścia. Trzymał go tak mocno, że Marcie nie pomogła nawet napędzana frustracją próba wyswobodzenia się.

— Jak czytasz te swoje ukochane książki, że nie wyciągasz z nich żadnych wniosków? — spytał, okręcając sobie raz pasek wokół dłoni. Jednym szarpnięciem przyciągnął ją całą bliżej siebie. — „Duma i uprzedzenie”, „Małe kobietki”… Nie zliczę, ile razy przeczytałem te twoje naiwne, pozbawione krztyny refleksji westchnienia za życiem w tamtych czasach. Jeśli właśnie czegoś takiego chcesz, złotej obrączki na palcu jako znaku bycia kupioną i miałkiej egzystencji oprawionej wyłącznie etykietką posłusznej żony, niczym więcej… Longbottom chętnie ci to da.

Marta zmrużyła podejrzliwie oczy.

— Małżeństwo to nie transakcja — odparła, a gdy Riddle przybrał wyzywającą minę, dodała: — Dla ciebie na pewno, ale nie dla mnie. Pomijając to, że z Alfredem łączy mnie tylko przyjaźń, nie widzę powodu, dla którego miałbyś go krytykować za zapędy, których on zdecydowanie nie posiada, ale

ty

już tak.

— Och?

— Dlaczego Astra? Bo jej rodzina jest czystokrwista, ale równocześnie otwarta na…

— Chyba nie myślisz, że moim wielkim planem jest płaszczenie się przed ojcem tej rozpieszczonej dziewuchy? — prychnął i uśmiechnął się półgębkiem bez wyraźnego powodu, tak dziwnie, że przez niespełna sekundę zamiast „czarującego” młodzieńca na jego miejscu ujrzała przebłysk szaleńca wyrywającego się z kaftanu bezpieczeństwa. — Nie potrzebuję aranżowanego małżeństwa z jakąś siksą, żeby dojść do władzy. Widzisz, Warren, nie zamierzam tylko zdobyć potęgi, wywalczyć sobie szacunku wśród czystokrwistych, ja zamierzam

stworzyć

ich definicję na nowo. Świat, który znasz teraz, za piętnaście, dwadzieścia lat przestanie istnieć — kontynuował z tak wstrząsającą zuchwałością, jakby już teraz nie miał żadnych wątpliwości co o ziszczenia się swoich wizji. — A jeśli rzeczywiście mam pewne… tendencje do rządzenia twardą ręką i oczekiwania od otaczających mnie ludzi wielkich poświęceń, czy naprawdę jestem aż tak zły, jeżeli wynagrodzę wam wszystkim to tak sowicie, że nie pożałujecie bycia wiernymi?

— Jeśli nie mają innego wyboru niż ci służyć, tak, jesteś.

— Służyć — powtórzył z igrającym w kąciku ust diabelskim uśmiechem. — Każdy ma wybór, nawet ty, Marto. Naturalnym biegiem rzeczy wybory prowadzą do następstw, z których jedne są pozytywne, drugie negatywne.

— Po prostu użyj słowa „konsekwencje”, przecież o to ci chodzi, prawda? — spytała, zarzucając sobie torbę na ramię. Skoro ją puścił, albo spodziewał się, że zostanie, albo zmierzał do końca rozmowy.

— Moneta ma tylko dwie strony — odparł takim tonem, jakby wyjaśniał dziecku, dlaczego słońce wstaje na wschodzie. — Ktoś wygrywa, ktoś inny przegrywa.

— A co z tymi, którzy nie opowiedzą się po żadnej ze stron?

— To proste. Ci, którzy nie są za mną, są przeciwko mnie — wyjaśnił ze stoickim spokojem. — Potencjalnych konsekwencji błędnego wyboru się domyślasz, ale to nie oznacza, że odebrałem ci wolną wolę.

— Drugiego tak łaskawego dyktatora nie widział świat — zakpiła na odchodne, nie mogąc się powstrzymać od wywrócenia oczami. W luźno zwisającej dłoni wciąż trzymał strony tomiku. — Co stamtąd wyrwałeś?

— Nie takiego — odparł. Złożył je na pół i wsunął je do tylnej kieszeni spodni. — Tylko wiersz, który przypomina mi o tobie.

Podczas wychodzenia z Zakazanego Działu przyłapała mięśnie nóg na próbie odmówienia jej posłuszeństwa, niemal jakby jej podświadomość nie potrafiła poskromić ciekawości. Ta tylko przybrała na ponurej intensywności, gdy w ciągu najbliższych kilku dni Marta zapoznała się z paroma pracami Edgara Allana Poe. Coś, co wcześniej wzięła za tomik wierszy, okazało się zbiorem jego twórczości, a przygodę tę rozpoczęła od przerażającego opowiadania pod tytułem „Kot”, które sprawiło, że równocześnie obawiała się jak i łaknęła zapoznania się z treścią wyrwanego przez Riddle’a wiersza.

Wąż odnalazł drogę powrotną niedługo później. Nie chciała czuć, jak wspina się wzdłuż jej nogi, pod spódnicą, dlatego podniosła go z ziemi w pełnym przygotowaniu na ból, który nadszedł w najmniej spodziewanym momencie: kiedy leżała w ciepłym łóżku, zawieszona między błogą granicą snu a jawy. Wymierzona kara była krótka, lecz dotkliwa i na tyle wyrachowana, że dwa drobne nakłucia nie ustępowały sile znanych jej zaklęć leczniczych.

Od feralnego spotkania Klubu Ślimaka atmosfera w dormitorium dziewczyn stała się tak gęsta, że możnaby ją ciąć nożem, a rzucenie jednym błahym komentarzem niejednokrotnie doprowadziło do wybuchu trzeciej wojny światowej. Marta doszła do wniosku, że bardziej niż na Riddle’u Olivii tak naprawdę zależało na życiu w stanie niekończącego się napięcia. Tworzenie konfliktów, otaczanie się nimi i podsycanie ich to jej druga natura, która nie pozwalała jej pogodzić się z odniesieniem sromotnej porażki w rywalizacji o względy Riddle’a.

Chociaż Marta i Donna starały się unikać Olivii i Astry, nie mogły pozostać obojętne na nieustannie wiszące w powietrzu gradobicie. Wkrótce wszystkie cztery patrzyły na siebie nawzajem spod byka, wygłaszały pod nosem kąśliwe komentarze i nie mogły znieść swojego towarzystwa do tego stopnia, że nawet po zgaszeniu świateł w dormitorium wykłócały się z taką pasją, jakby w ramach Modelu ONZ toczyły dyskusję mogącą zaważyć o losach całego świata.

— Wiesz co? — odezwała się Donna, ale Marta natychmiast weszła jej w słowo:

— Daj mi święty spokój. — Zacisnęła dłonie tak mocno na filiżance, że nie zdziwiłaby się, gdyby porcelana na jej oczach rozsypała się w drobny mak. — Nie chcę słuchać o

niczym

, co robiłaś z Alfredem, choćbyście w świetle księżyca latali nago wokół sowiarni.

— Lepiej mi powiedz, Warren, dlaczego twoja pierwsza myśl to nagi Alfred!

— Lepiej mi powiedz, dlaczego ty mu jeszcze nie powiedziałaś!

Marta pożałowała podniesienia głosu, gdy tylko siedzący blisko nich uczniowie przerwali jedzenie, aby na nie spojrzeć. Rzadko zdarzały się jej takie wybuchy emocji, lecz po tygodniu egzystowania w białej gorączce, godnej rozbrajania tykającej bomby, miała wszystkiego po dziurki w nosie.

— To nie jest twoja sprawa! — wyszeptała z furią Donna. Jej na codzień rumiane policzki zabarwiły się krwistym odcieniem szkarłatu. — Zrobię to, kiedy uznam za stosowne.

— Odnoszę nieodparte wrażenie — wycedziła Marta — że ten „stosowny” czas nigdy nie nadejdzie. Nie zamierzasz zrobić tego wcale, a może nawet liczysz, że magicznie zapomnę albo…

— Może

powinnaś

zapomnieć.

— A co to niby ma oznaczać?

Donna wzruszyła ramionami, przybierając minę niewiniątka.

— Czy ty próbujesz mi właśnie grozić? — zdumiała się Marta. Starała się pohamować skaczący puls poprzez okludowanie umysłu. —

Ty?

Niby czym?

— Po prostu stul pysk albo tego pożałujesz — rzuciła tak agresywnie, że Martą aż wstrząsnęło. — Mam dość oglądania tej twojej przemądrzałej, świętoszkowatej gęby. Doskonale wiem, że uważasz, że Alfred zasługuje na kogoś lepszego ode mnie i wierz mi, że wiem, że tylko czekasz na to, aż się rozejdziemy. Jesteś przebrzydłym sępem, Warren.

Marcie opadła szczęka, a gdy tylko podnosząca się od stołu Donna posłała jej jadowity uśmiech, oklumencyjna tama runęła, posyłając na nią potężną falę gniewu.

— Jak śmiesz! — zawołała za nią, ale Donna nawet się nie odwróciła. Z zadartą głową zmierzała ku wyjściu z Wielkiej Sali. — Nie skończyłyśmy rozmawiać!

Środkowy palec był jedyną odpowiedzią, jaką otrzymała, dlatego zerwała się z miejsca i nerwowym marszem dogoniła koleżankę. Odwróciła ją ku sobie chwytem za ramię, ale Donna w odwecie pchnęła Martę tak mocno w pierś, że ta się zatoczyła.

— Co ty wyprawiasz? — wyszeptała. Poczerwieniała na twarzy, gdy zorientowała się, jak wiele osób zwróciło na nie uwagę. — Na głowę upadłaś?! Chcesz, żeby odjęli nam punkty?

Donna zaśmiała się głucho. Wykorzystała nieuwagę prefektów, z których większość jadła właśnie kolację, żeby wymknąć się na korytarz. Nie miały wiele czasu na prywatną rozmowę; Marta zauważyła, że pierwsze szepty zaczęły toczyć się przez stół Gryfonów prosto do żyjącego w błogiej nieświadomości Alfreda.

— Jakbyś nie zauważyła, w dupie mam punkty — warknęła Donna, gdy Marta podążyła jej śladem. — Nie chcę cię widzieć w jego otoczeniu, rozumiesz? Odezwij się do niego tylko słowem, a zobaczysz, do czego jestem zdolna, żeby chronić nasz związek.

— Tak? Dogadzanie ludzkiemu wieprzowi też się w to wlicza?

Jak na okrągłego niziołka, Donna poruszyła się zaskakująco szybko. Gdy otwarta dłoń z siarczystym trzaskiem zderzyła się z policzkiem Marty, okulary spadły jej z wyrażającej głęboki stupor twarzy. Oczy zaszły jej czerwienią na sekundę przed tym, jak impuls nakazał jej złapać Donnę za usiane wsuwkami upięcie włosów i szarpnąć.

Rzuciły się na siebie z rozdrapującymi skórę paznokciami, jednakowo słabowicie zaciśniętymi pięściami i stopami celującymi w piszczele. Podczas gdy Donna nie przestawała pluć wyzwiskami i epitetami oscylującymi wokół różnych odmian na „worek kości”, Marta — poza syknięciami bólu, godnymi rozwścieczonego kota prychnięciami i triumfalnymi okrzykami — zachowała komentarze dla siebie. Raz dzięki trafnie lądującym ciosom była pewna wygranej, żeby nagle Donna szarpała nią jak szmacianą lalką; raz godziła się z gorzkim posmakiem porażki mieszającej się z metaliczną nutą krwi na języku tylko po to, żeby niespodziewanie wykręcić przeciwniczce rękę tak dotkliwie, że jej uszy rozpływały się w rozkoszy nad odgłosami panicznych pisków.

— Donna! Marta! Co wy do cholery wyprawiacie!

Nie przerwały, aż ich nie rozdzielono. Alfred uniemożliwił Donnie wyrwanie się do przodu, dla dodatkowego zabezpieczenia zakleszczając naprężoną dłoń wokół jej nadgarstka, natomiast Martę pochwycono od tyłu. W przeciwieństwie do zachowującej się jak rozwścieczone zwierzę Donny, jasność umysłu uderzyła w nią natychmiastowo. Gniew wciąż buzował w każdym jej mięśniu, krew i adrenalina szumiały w uszach, lecz wola walki wraz z resztką sił uszła z niej niczym para.

Gdy blade dłonie rozluźniły uścisk wokół zagięć jej łokciów, żeby spocząć na jej ramionach, poddała się. Ze zwieszoną we wstydzie głową pozwoliła sobie znaleźć oparcie w piersi Riddle’a.

— Ładnie — wyszeptał, pochylając się nad nią. Jego wargi muskały kosmyk, który całkowicie wyswobodził się z rozsypującego się upięcia jej włosów. — Następnym razem nie zapominaj, kim jesteś. Jedno porządne

Evellere Clavum

i ta szmata nie miałaby cię czym tak pocharatać. — Odetchnął jej prosto w ucho. Martę przeszył dreszcz, gdy wymruczał: — Mmm, a jak by wrzeszczała…

— Donna! — krzyknął Alfred, gdy z jej ust spłynęła zdumiewająca, pozbawiona ładu i składu litania obelg. — Uspokój się!

— Zapanuj nad swoją wybranką, Longbottom — odezwał się drwiąco Riddle, przerywając moment tego makabrycznie intymnego porozumienia poprzez schowanie dłoni do kieszeni. — Aż jej ślina z gęby tryska.

Pozbawiona jego zakotwiczającego dotyku Marta wcale nie straciła wrażenia bycia otoczoną patronatem zapewniającym jej wrażenie bezkarności i niewypowiedzianego wsparcia. Poprawiła sweter, wygładziła spódnicę i zebrała włosy w szybki kok, walcząc z wewnętrznym sprzeciwem. Pochwała Riddle’a nie powinna mieć dla niej żadnej wagi, a jednak w tej potwornej sytuacji znaczyła o wiele więcej, niż byłaby skłonna przyznać.

Wciąż nabuzowana Donna nie znajdowała się w stanie pozwalającym na pojęcie tego, jak blisko stał za Martą, lecz trzymającemu nerwy na wodzy Alfredowi to nie umknęło. Linia jego ust stwardniała, rysy twarzy ściągnęły się z rezerwą, lecz spojrzenie zielonych oczu wyrażało nieme pytanie, którego treść Marta doskonale znała. Zastanawiał się właśnie, czy jej znajomość z Riddle’em była warta pozyskiwania informacji mogących im posłużyć do przeszkodzenia w napadach na mugolaków.

Co by powiedział, gdyby znał prawdę? W jaki sposób by na nią spojrzał? Propozycja ze stawianiem oporu zaskarbiła sobie jego szacunek, więc podjęcie się współpracy z Dumbledore’em zrobiłoby na nim wrażenie, ale reszta? Począwszy od małostkowego planu zemsty, infantylnego planu z Amortencją, kończąca się podwójną śmiercią zamianą dusz…

— Zabiorę je do skrzydła szpitalnego — powiedział Alfred, gdy Donna ograniczyła się do przeszywania wszystkich poza nim morderczym spojrzeniem. — Dzięki za pomoc, Riddle, ale nie jesteś tu już potrzebny.

— Nie sądzę, że te dwie powinny przebywać teraz w swoim towarzystwie — odparł, z kpiącym drgnieniem wargi chłonąc wzrokiem szramy ciągnące się z jej policzków na szyję, skołtunione włosy i trzęsące się z nerwów ręce.

— Myślę, że poradzę sobie z dwoma dziewczynami — prychnął Alfred. Zazgrzytał zębami, gdy w odpowiedzi dostał powątpiewające spojrzenie, na szczęście trzymał nerwy na wodzy, dzięki czemu zmusił się do posłania Marcie kolejnego niemego pytania.

— Poradzę sobie z tym sama — powiedziała, wykonując porozumiewawcze, ledwo dostrzegalne skinienie. Nie wiedziała, czy przekazał Donnie jakiekolwiek wieści na temat ich sprzymierzenia z Olivią, dlatego wolała zachować dyskrecję. Odwet potencjalnie skutkowałby puszczeniem w obieg informacji o ich planie.

Alfred nie wyglądał na zadowolonego, jednak zachował wątpliwości i ewentualne sprzeciwy dla siebie. Z wyraźną niechęcią i napięciem gromadzącym się w linii jego ramion złapał dłoń Donny, a następnie pociągnął ją schodami w górę, na pierwsze piętro. Marta nie słyszała, co do niej mówił, ale napastliwa maniera, z jaką zarzucał ją słowami, nie pozostawiała wątpliwości, że beształ ją jak dziecko.

W kontraście Marta otrzymała nikły, lecz niewątpliwie pochlebny uśmiech oraz towarzystwo w drodze do najbliższej łazienki. Riddle zwrócił jej okulary i wsparł się plecami o wykafelkowaną ścianę tuż za jej plecami, nie spuszczając z niej wzroku.

Odbicie w lustrze wstrząsnęło nią po sam rdzeń. Ta krótka szarpanina nie miała żadnego porównania do bójki Abraxasa z Goyle’em, ale widok swojej delikatnej twarzy oszpeconej przez siniec na policzku, ślady zadrapań i barwiącą jej usta krew, wciąż wypływającą z napuchłego rozcięcia od wewnętrznej strony wargi, stanowiły dla niej równie wielki szok co tamto zdarzenie.

— Jestem zadowolony, że wreszcie zrobiłaś pierwszy krok do wykształcenia w sobie instynktu do samoobrony — powiedział, przyglądając się jej bez mrugnięcia — ale równocześnie irytuje mnie twój opór przed złapaniem za różdżkę. Mogłaś zakończyć tę farsę jednym celnym zaklęciem, ale wolałaś pozwolić tej brudnej szlamie położyć na tobie ręce.

— Nie wiem — wymamrotała, nie mając ochoty wdawać się z nim w przepychanki słowne — nie przyszło mi to nawet do głowy. W sensie, wyjęcie różdżki. To się po prostu… stało. Nie wiem, co ci mam powiedzieć.

— Że następnym razem ją wyjmiesz — odparł, przesuwając spojrzeniem po jej figurze. — Nie jesteś najniższa, ale wciąż drobna. Nie stać cię na wdawanie się w szarpaniny z napastnikami. Obecnie nie nadajesz się do toczenia jakichkolwiek pojedynków, więc najmądrzejszą strategią jest zadanie pierwszego ciosu. Nikt nie spodziewa się po tobie okrucieństwa i jeśli masz choć trochę oleju w głowie, obrócisz tę słabość na swoją korzyść.

— Ale nie przeciwko tobie.

— Nie.

— Nie zauważyłam, żeby zagrażał mi ktoś inny niż ty.

Zbliżył się, żeby sięgnąć do jej kieszeni, skąd wydobył ciasno zwiniętego węża. Rzucił na niego czar, którego wyszeptanej formułki nie zrozumiała, i po chwili przekładania go między rękoma wsunął go z powrotem na miejsce, nie poczuwając się do wyjaśnień mimo jej dociekliwego spojrzenia.

— Nie stanowię dla ciebie żadnego zagrożenia, Marto.

Wcale nie zdziwiła jej emanująca z jego oczu szczerość. Riddle miał własne interpretacje otaczającej go rzeczywistości i nawet jeśli całym sercem wierzył w wypowiedziane słowa, nie oznaczało to, że rozumieli je jednakowo. Byłaby skrajnie głupia, gdyby nie poddała tego stwierdzenia w wątpliwość i jeszcze głupsza, gdyby próbowała się z nim spierać w tym temacie. Dyskusja z kimś żyjącym w alternatywnej, dyktatorskiej krainie marzeń nie przyniosłaby jej niczego poza bólem głowy.

— Poprzez „zagrożenie” masz na myśli śmierć, prawda?

— Oczywiście — odparł takim tonem, jakby nie istniał cały wachlarz zachowań, które wpasowałyby się pod to słowo. — Teraz, w Hogwarcie nic ci nie grozi, z niczyjej ręki, ale kiedy go opuścimy, rzeczywistość się zmieni. Z biegiem lat spodziewam się zebrać rzeszę wiernych zwolenników, ale i wrogów. Kiedy się dowiedzą, czym tak naprawdę jesteś, jeśli ktoś odkryje ten sekret, staniesz się dla nich żywym celem.

Opuścimy.

Liczba mnoga tego słowa przypomniała jej, że życie nie kończyło się na bezpiecznej przystani, jaką był Hogwart i obserwujący ich bacznie profesor Dumbledore. Riddle już teraz z niewiadomej przyczyny wikłał ją w sieć swoich planów.

— W takim razie czym jestem? — wyszeptała, posmutniała. — Co ja nam zrobiłam, Tom?

Jeśli chciał milczeniem nadać wagi swoim słowom i rozbudzić w niej ciekawość, „udało mu się to” byłoby niedopowiedzeniem.

— Rzuciłaś mi linę ratunkową. Taką, której zawsze będę mógł sięgnąć, gdziekolwiek się znajdę — wyjaśnił, kładąc jej dłoń na ramieniu z zamiarem obrócenia jej ku sobie, lecz nie zdążył. Zrobiła to z własnej woli. — To połączenie jest bezcenne. Jeśli dokonasz słusznego wyboru, Marto, wynagrodzę ci jego nawiązanie po strokroć. Dam ci szacunek, którego tak desperacko łakniesz. Staniesz się poważana. Twoj głos nie tylko zyska znaczenie, ale będzie miał potencjał zasiewać w innych zazdrość, przerażenie, chęć bycia tobą, usługiwania ci. Ze mną nie pobrudzisz sobie rąk niczym, czego tylko zapragniesz. Dam ci to wszystko — powiedział, z zaskakującą delikatnością przesuwając kciukiem po jej policzku. Tak niewinny, niemal czuły dotyk w zestawieniu z kuszącymi słowami elektryzował. — Staniesz się czymś więcej, niż jesteś to sobie w stanie wyobrazić, jeśli tylko odważysz się powierzyć mi swój los.

Wiedziała, co robił. Doskonale wiedziała, a jednak nie potrafiła przestać wyobrażać sobie, jak czułaby się podczas tych wszystkich paskudnych sytuacji z przeszłości, gdy brakowało jej choćby najmniejszego wsparcia ze strony Donny czy Astry, gdyby tym razem jednak miała po swojej stronie Riddle’a. Roztaczana przed nią wizja przyszłości wabiła, nawet jeśli jeżyła się setką haczyków tylko czekających na to, żeby zatopić się w jej skórze.

— Całym sobą potwierdzasz istnienie Boga, wiesz? — spytała przez ściśnięte gardło, mimowolnie wypowiadając na głos swoje myśli.

— Podejrzewam, że wcale nie uważasz mnie za żywe ucieleśnienie boskiej opatrzności — powiedział, uśmiechając się półgębkiem.

— Nie. Dziwnym trafem uważam, że znajduję się blisko podpisania paktu z diabłem.

— O? — udał zainteresowanie. — Jestem ci wdzięczny za komplement, nawet jeśli z dzieł fikcyjnych prędzej przyrównałbym się do postaci Mefistofelesa od Goethe’ego.

— Ha! — zaśmiała się, dopiero po chwili uderzona gromem świadomości, że śmiech ten był całkowicie szczery. Jeszcze później trafiło do niej, że nazwał Biblię fikcją! — Jak na kogoś, kto pogardza wszystkim, co mugolskie, jesteś zaznajomiony z zastanawiającą liczbą klasyków mugolskiej literatury.

Wygięta ku górze linia jego ust stwardniała, zanim powiedział:

— Wakacje w sierocińcu nie opływają w atrakcje.

— No tak — zmieszała się, stawiając krok w tył. Choć Riddle już dawno opuścił rękę, którą wcześniej pogładził jej policzek, znacznie bardziej niepokoiło ją to, jak blisko siebie stali podczas przeprowadzania całej tej dyskusji. — Zabierają was gdzieś chociaż?

Tak naprawdę nie oczekiwała odpowiedzi, licząc, że zmienienie kursu na prywatne tematy zniechęci go do kontynuowania poprzedniej rozmowy, którą obecnie wolała przypisać omamom wywołanym przez wysoką gorączkę. Niestety przelotne otarcie czoła wierzchem ręki nie potwierdziło tych podejrzeń.

— Nad morze — odparł, gdy zabrała z umywalki swoją różdżkę i schowała ją do kieszeni. Razem wyszli z łazienki, kierując się opustoszałymi, pogrążonymi w półmroku korytarzami w stronę zaczarowanych schodów. — Co roku.

Rzuciła mu z ukosa podejrzliwe spojrzenie, które uszło jego uwadze. Odpowiadał lakonicznie, lecz wciąż

odpowiadał

, podczas gdy ona spodziewała się z jego strony ciszy czy jakimś cudem odwróconego przeciwko niej drwiącego komentarza. Nie potrzebował wiedzy z pamiętnika, żeby już teraz znać jej największe słabości (w oczach profesora Dumbledore’a zalety, przypomniała sobie z zapałem), a tym bardziej nie zawahałby się ich wykorzystać.

— Wnioskuję, że nie przypada ci to do gustu.

— Wyjazdy, tak jak wszystko inne związane z sierocińcem, są mi w najlepszym przypadku obojętne — odparł, wpatrując się w swoje buty podczas wspinaczki po schodach. — Morze lubię.

— Naprawdę? — zdziwiła się. — Nie wyobrażam sobie ciebie pluskającego się w wodzie i zażywającego kąpieli słonecznych.

Zaiste, wizja Riddle’a z okularami przeciwsłonecznymi na nosie, przebranego w same kąpielówki, ze spienioną, srebrną falą obmywającą mu kolana wydała się jej co najmniej nie na miejscu.

— Głównie czytam — wyjaśnił na wydechu. Jeśli chciał zaintrygować ją tą chęcią uchylenia przed nią rąbka tajemnicy jego przeszłości, udawało mu się. — Spaceruję. Obserwuję.

Dobry Boże, dlaczego kąciki jej ust wędrowały ku górze?

— Po plaży?

— Częściej wzdłuż klifów.

— Widoki muszą być ładne — odmruknęła sztywno, nagle nie mając zielonego pojęcia, w jaki sposób z nim rozmawiać. Czternastoletnia Marta wyrżnęłaby całą konkurencję w pień, żeby zyskać szansę na przeprowadzenie z nim choćby cienia tej pogawędki, natomiast obecna czuła, jak jej wnętrzności wykręcają się przez niezręczną ciszę, jaka między nimi zapadła. — Hm, czyli lubisz lato? W sensie, po prostu jako porę roku, niezwiązaną z sierocińcem…

— Nie. Nienawidzę upałów — odparł ze śladem szorstkości, niespodziewanie skręcając w boczny korytarz, mimo że zaczarowane schody mieli prawie na wyciągnięcie ręki. Marta zawahała się, myśląc o bezpieczeństwie pokoju wspólnego, ale ostatecznie ruszyła za nim. — Widziałaś morze zimą?

— Widziałam — bąknęła, zdziwiona, że zadał jej tak niewinne pytanie. Jak dotąd jego zainteresowanie nigdy nie prowadziło do niczego dobrego, ale być może i to uda mu się okraszyć jakąś obelgą. — Dlaczego pytasz?

— Po nic — powiedział z rezerwą, prawie jakby zirytowała go własna ciekawość. — Jak miałem z sześć lat, wyobrażałem sobie, że i ono staje się martwe i zawieszone w bezruchu, tak jak wszystko inne zimą. Dopiero potem zrozumiałem, że tak nie jest, ale ta myśl ciągle do mnie wracała. Do teraz wyobrażam je sobie takie przed snem, noc w noc. Nieruchomiejące, kiedy wydam rozkaz. Pogrążone w sztormie, kiedy sobie tego zażyczę. I wiesz co?

Pokręciła głową, niezdolna do wyduszenia choćby słowa. Zorientowała się, że wstrzymywała oddech dopiero w momencie, gdy zatrzymali się przed obrazem przedstawiającym morski krajobraz: niebo pochłonięte przez zabarwione pudrowo-niebieskim zmierzchem chmury i pozbawioną fal zatokę. Pojedynczy łabędź odcinał się królewską bielą od intensywnie błękitnej tafli wody.

— W dniu, kiedy Dumbledore odwiedził mnie w sierocińcu, zrozumiałem, że to wszystko jest możliwe. Ten stary głupiec myślał, że nie zauważyłem, jak podejrzliwie na mnie patrzył, że nie rozumiem, w jaki sposób imbecyle jego pokroju kontrolują i ograniczają nasze wolności. Namiar — prychnął jadowicie. — Istnieją sposoby, żeby go obejść, ale ktoś mojego pochodzenia nie powinien być zmuszany do życia z poczuciem, jakby na dwa miesiące w roku amputowano mu ręce. Jakby wracanie do sierocińca nie było wystarczająco uwłaczające… — Zawiesił głos, ze zmarszczonymi brwiami wpatrując się w obraz. Rysy jego twarzy wyostrzyły się tak bardzo, że przez moment wydały się Marcie niemal nieludzkie. — Czy potrafisz sobie w ogóle wyobrazić, jak to jest udawać każdego dnia?

— Podejrzewam, że nie jest łatwo nosić maskę — odparła ostrożnie, zachodząc w głowę, dlaczego jej to wszystko mówił. Wciąż spodziewała się, że odkryje przed nią drugie dno, makabryczne i pełne strachu, mimo że wydawał się po prostu pogrążony w przemyśleniach.

Może Dumbledore miał rację, mówiąc, że to tutaj Tom wykazuje największą podatność na jej wpływy, nawet jeśli wcale nie pojmowała, czym one były. Przecież nie mogło chodzić po prostu o wysłuchanie tej opowieści?

— Nie noszę maski — powiedział monotonnym głosem. — Noszę drugą skórę. Wchodzę w nią co rano, naciągam ją na siebie. Tylko dlaczego?

Dlaczego

jestem zmuszany, żeby ukrywać to, kim jestem? Dlaczego Dumbledore i Ministerstwo Magii myślą, że mają jakiekolwiek prawo, żeby mnie kontrolować?

— Ja… Nie wiem — bąknęła, zrozumiawszy, że wcale nie zadał hipotetycznego pytania. Oczekiwał odpowiedzi i oczekiwał jej teraz. — Namiar jest nałożony na każdego nieletniego czarodzieja bez wyjątku, a co do reszty… Sam musisz przyznać, że twoje metody bywają okrutne.

Potrząsnął głową z taką miną, jakby wygadywała głupoty.

— Są samozachowawcze.

— Tom — zwróciła się do niego prawie jak do dziecka. — Nie możesz mówić o samozachowawczości w momencie, kiedy nasyłasz bazyliszka na uczniów, z których wszyscy chyba nawet nie zamienili z tobą ani jednego słowa. Ta pierwsza dziewczynka ma tylko jedenaście lat.

— To nieistotne — sprzeciwił się. — Nie chodzi o nich. Zamierzałem wysłać wiadomość i właśnie to udało mi się osiągnąć. To ostrzeżenie, którego wcale nie musiałem wydawać. To akt miłosierdzia.

— Bądź poważny.

— Powiedz mi, Marto. Czy gdyby początkiem września Niemcy poinformowali nas o wystrzeleniu tamtej rakiety, która spadła w Londynie, musiałabyś obawiać się o los matki? Nie. Zostałaby ewakuowana razem z resztą ludzi zamieszkujących tamten rejon. Nikt by nie umarł.

— To prawda — przyznała nie bez oporu — ale różnica jest taka, że nikt nie rozumie twojej wiadomości.

— Zrozumieją ją w przyszłości — bezsprzecznie zakończył spór, rzucając ostatnie spojrzenie na obraz. — Liczy się tylko to, że wciąż motywuje mnie ta myśl z dzieciństwa. Nikt i nic nie stanie na mojej drodze do osiągnięcia potęgi. Wszystko będzie pod moją kontrolą, nawet jeśli będę musiał posunąć się do niewyobrażalnych czynów. Położę kres ruchowi obrotowemu Ziemi, pozbędę się wiatru. Morze będzie tak nieruchome, jak sobie to wyobrażałem.

----- CHAPTER BREAK -----

Zostanie odprowadzoną pod samą zaczarowaną kołatkę przez nikogo innego, a Toma Riddle’a, okazało się zadziwiająco zbliżone do tych wszystkich wyobrażeń, którymi przed laty raczyła się do poduszki. Rzecz jasna nie spowijała ich aura romantyzmu, obyło się też bez trafienia strzałą Amora; zastąpiło je siedzące głęboko w niej napięcie zmieszane z trudną do wyjaśnienia gorączkową ekscytacją, która nieodparcie przywodziła Marcie na myśl te wszystkie czarno-białe fotografie mugoli pozujących do zdjęcia z zakutymi w stalowe obroże tygrysami; rozpromienione oczy i rozciągnięte w histerycznych uśmiechach wargi, w których krzywiźnie krył się przelotny spazm mięśnia, zdradzający gromadzący się pod powierzchnią strach.Rozmawianie z nim na temat książek to część ziszczonych wyobrażeń, choć oczywiście dyskusja przebiegła diametralnie inaczej. Zamiast wzdychać nad geniuszem Jane Austen czy Louisy May Alcott, nie pozostawił na nich suchej nitki, zamiast tego wznosząc na piedestał takie gotyckie dzieła jak „Diable Eliksiry” Hoffmanna („Istna wiwisekcja najmroczniejszych ludzkich pragnień, grzechu i zła, skorumpowania duszy.”), „Drakulę” Stokera („Drakula był metaforą zanieczyszczenia krwi angielskiego społeczeństwa.”), a także nowelę „Upadek domu Usherów” Poe’ego („Właśnie taki los podzielą czystokrwiści, jeśli nie zmusi się ich do zobaczenia wartości wyższych niż galeonów.”)Żadne z jej wyobrażeń nie kończyło się też pytaniem:— Czy moja moc cię przeraża?— Jeszcze nie zatrzymałeś morza.Bez słowa pożegnania Tom zszedł z krętych schodów, a Marta mimo zmęczenia tak inteligentną pogawędką odgadnęła rozwiązanie zagadki. Pokój wspólny ożywiała niosąca się z radia muzyka, która przeskoczyła z klasycznej na jazzową za sprawą majstrujących przy pokrętle chłopaków, co spotkało się z kokieteryjnymi pretensjami i fochami dziewcząt dotychczas ćwiczących boso taneczne kroki.Przeszła do wąskiego korytarzyka prowadzącego do poszczególnych dormitoriów, od razu zauważając pochyły snop światła sączący się przez uchylone drzwi. Gdy po chwili nasłuchiwania ucichło chaotyczne pochlipywanie Donny, zrezygnowała z wejścia do środka.— Możecie w to uwierzyć? — spytała łamiącym się głosem, podczas gdy Marta wsparła się ramieniem o ścianę, z tyłu głowy odtwarzając wspomnienie ich szarpaniny. — Myśli, że to wszystko moja wina! Chyba podczas ostatniego meczu dostał o raz za dużo z tłuczka! Naprawdę, poważnie, czy on nie widzi tego, JAK ona na niego patrzy?— Jeśli mam być szczera, Camden, on na nią patrzy jednakowo — powiedziała Olivia.— Merlinie, nie odzywaj się, jeśli nie masz niczego konstruktywnego do powiedzenia! — zrugała ją Astra. Marta wyobrażała sobie, jak siedziała z Donną na jednym łóżku i gładziła jej trzęsące się od płaczu ramiona. Gdy ośmieliła się zajrzeć do środka, jej domysły się potwierdziły.— Mój komentarz był konstruktywny. Nikt nie kazał jej cisnąć się w związek z jedynym chłopakiem na całym świecie, który jest tak zdesperowany, żeby ślinić się akurat do Warren.— Wypad! — krzyknęła Donna. Coś miękkiego z głuchym trzaskiem zderzyło się z drzwiami, prawie je zamykając. — Wynoś się stąd, ty chodząca pryszczyco!— Jak chcesz — odparła Olivia — ale teraz czuję się zmuszona dodać, że jego zainteresowania tobą też nie rozumiem. Trwa druga wojna światowa, mugole żyją na racjach, a ty po wakacjach wróciłaś chyba kolejne pięć kilo bardziej spasła. Zażerałaś się przydziałem dla całej rodziny czy jak?Marta drgnęła, instynktownie chcąc wycofać się do pokoju wspólnego, ale było już za późno. Stanęła oko w oko z Olivią, która uniosła brew na jej widok, zanim wyszła na korytarz, zamykając za sobą drzwi.— Nieźle nabruździłaś — skomentowała, z tylnej kieszeni spodni wydobywając paczkę papierosów. Parę razy uderzyła nią w spód dłoni, aż wreszcie wsunęła jednego między wargi i przypaliła go różdżką.— Musisz? Tutaj?— A wychodziłaś dzisiaj? Pizga tam — odparła, wzruszywszy ramionami. Z zadowolonym uśmieszkiem popisała się wypuszczeniem dymnego oczka. — Kto cię tu przyprowadził, co? Chyba nie Alfred?— Pielęgniarka.— Nie byłaś w skrzydle szpitalnym, beksa już nam wszystko opowiedziała.— Dobrze, powiem ci prawdę — westchnęła. — Eskortował mnie tu sam Jezus Chrystus.— Oho, o czym rozmawialiście? O twoich planach wstąpienia do zakonu? — zażartowała, chowając papierosa za plecami, gdy otworzyły się któreś drzwi dormitoriów należących do wcześniejszych roczników. Równocześnie przegoniły rękoma dym, zanim w ciemnym korytarzyku pojawiła się drobna sylwetka.— O! — zawołała Betty. — Świetnie się składa, chciałam ci coś powiedzieć… Nie zgadniesz!Odkąd Marta poznała ją za sprawą kółka teatralnego, nie potrafiła jej utrzymać w szufladce pozbawionej skrupułów plotkarskiej świty Olivii. Okazało się, że Betty z równą pasją zaczytywała się w romansidłach, wzdychała do tych samych fikcyjnych amantów, choć w przeciwieństwie do Marty, najbliższy jej sercu był nie pan Darcy, a Laurie z „Małych Kobietek”. Te cechy wspólne, połączone z wręcz bajkową urodą Betty — cynoworude włosy, zawsze związane w dwa warkocze na modłę „Ani z Zielonego Wzgórza”, piegowate, okrągłe policzki i te wspaniałe, tchnięte wiecznym duchem podekscytowania szmaragdowe oczy — sprawiały, że Marta natychmiast obdarzyła ją sympatią.— No, zgaduj zgaduj! — popędziła ją Betty. Wachlowała dłonią przed twarzą, znajdując sie na skraju wybuchnięcia kaszlem za sprawą dymu. — No dobra — dodała, gdy Olivia wzruszyła ramionami. — I tak byś nie zgadła. Zostałam zaproszona! Na bal!Wydała z siebie tak wysoki pisk, że Marcie zadzwoniło w uszach.— Akurat to bym chyba zgadła — odparła Olivia, tym razem obdarzając koleżankę uśmiechem. Betty była zbyt zaaferowana przebieraniem nogami w miejscu, żeby zauważyć, że znajdowało się w nim więcej zazdrości niż radości z jej szczęścia. — No, z kim idziesz? Widzę, że cię od tego rozsadza.— No jak to z kim! — wykrzyknęła, łapiąc je obie za ręce. Potrząsała nimi chaotycznie, dzieląc się z dziewczynami swoją energią. — Z ABRAXASEM!!!Twarze Marty i Olivii zgasły, jakby pstryknięto przełącznikiem światła. Instynktownie wygłaszane gratulacje zakończyły żywot podczas pierwszej sylaby, żar spadł z papierosa, powoli wypalając dziurę w spodniach Olivii, która ocknęła się jako pierwsza. Przeklęła cicho pod nosem, otrzepując kolano i rzuciła napastliwie:— Zaprosił cię?— No… No tak — zmieszała się Betty. — Zagadał do mnie dzisiaj, jak nasze grupy stały w zbiórce obok siebie, zanim wyprowadzili nas po kolacji z Wielkiej Sali… Myślałam, że się ucieszysz.— Cieszę — odparła ze szczerością godną wielkiego ekranu i odwzajemniła uścisk dłoni koleżanki. — Po prostu mnie zaskoczyłaś. Wiesz… Rozmawiałyśmy o czymś z Martą.— Och, nie chciałam wam przerwać — zapewniła je Betty. — Dobranoc! Pogadamy o tym jutro, pokażę ci w katalogu sukienki, pomożesz mi wybrać, co?— Jasne.— Z Martą? — zapytała po chwili ciszy. — Nagle stałam się „Martą”?— Nie podniecaj się — burknęła Olivia. — Wiesz coś już?— To znaczy?— Boże, Warren. O tym.— Jeszcze nie.Olivia odetchnęła ciężko, patrząc w ślad za oddalającą się korytarzem Betty.— Wiesz, że jeśli on położy na niej ręce, będziesz temu współwinna, bo go nie zgłosiłaś? — spytała natarczywie, miażdżąc Martę spojrzeniem. — Zresztą, to nie istotne. Porozmawiam sobie z nim.— Co? Chyba sobie żartujesz.— A czemu bym miała? — prychnęła, machnięciem różdżki pozbywając się wciąż tlącego się papierosa. — Nie wiem, co on ci nagadał, żebyś go tak broniła i udawała, że to ja robię z igły widły, ale wyobraź sobie, że nie wszyscy są tak miękcy jak ty. Nie chcesz go zgłaszać? Świetnie, twój wybór. Samolubny i idiotyczny, ale kim jestem, żeby cię osądzać?— Brzmi, jakbyś jednak troszkę osądzała — mruknęła po części rozbawiona, po części poirytowana Marta.— Tylko trochę. Gdybym mogła, zesłałabym cię do Azkabanu.Weszły razem do spowitego ciemnością dormitorium. Marta dziękowała niebiosom za to, że od strony łóżka Donny dobiegały ją ciężkie, miarowe oddechy koleżanki. Przemknęła na palcach do łazienki, a po odbyciu wieczornej toalety wślizgnęła się do łóżka. W trakcie całego zamieszania z rozhisteryzowaną opowieścią Donny, Olivią i Betty, Marta zdążyła na śmierć zapomnieć o Riddle’u, ale gdy tylko wąż oplótł się wokół jej kostki, zalały ją wspomnienia z całego dnia. Tuż przed zaśnięciem przyłapała się na myśli, że zaczynała poniekąd rozumieć Abraxasa.Zorientowała się, że chociaż niezakończone przemocą interakcje z Tomem mogła zliczyć na palcach jednej ręki, fakt ten — zamiast napawać ją zdrowym dodatkowym przestrachem — przyprawiał ją o kuriozalne poczucie bycia wyróżnioną. Jak dotąd w Hogwarcie jedynie Abraxas (nie licząc profesora Dumbledore’a) znał Toma od tej strony. Tych dwóch pod pewnymi względami łączyła jednostronna, fałszywa relacja zbudowana na żądzy dominacji, lecz nie można było odmówić, że to Arabraxas stawiał na tyle duży opór, aby zasłużyć sobie na poznanie większej ilości sekretów Toma niż reszta.A teraz znała je i ona. Pycha, którą zawsze w nim widziała, okazała się szczytem góry megalomanii. Perfekcyjne uśmiechy były sztuczne, podczas gdy te prawdziwe porażały brutalną mocą. Zasługująca na nagrodę Brytyjskiej Akademii Filmowej rola usłużnego prefekta to nic więcej, a niemal nieprzenikniona zasłona dymna, skrywająca mroczne, pełne zepsucia pragnienia zdominowania całego świata, która uświadamiała Marcie, że chciałaby zobaczyć, jak Tom na jej oczach zatrzymuje morze.
***
Końcówka października przyniosła ze sobą niespodziewane ocieplenie. Balkon wieży Ravenclawu pękał w szwach od uczniów pragnących wygrzać się w ostatnich promieniach rozleniwiającego słońca, a roztaczające się stamtąd widoki powalały na kolana feerią czerwono-złotych barw. Marta cieszyła oczy usianą liśćmi trawą, która lśnila od popołudniowego deszczu, gdy koło drzwi prowadzących do pokoju wspólnego podniósł się szmer poruszenia.— Uwaga! Mam nowe ogłoszenie! — rozbrzmiał donośny, lecz stłumiony przez ciasny wianuszek uczniów głos Astry. — Podejrzewam, że części z was przypadnie do gustu. Dyrekcja odpowiedziała na żądania pewnej grupy uczniów — kontynuowała, posyłając spojrzenie paczce Olivii i Bagshota — i zadecydowała, że uczniowie, którzy ukończyli siedemnaście lat, mogą poruszać się samodzielnie po zamku, rzecz jasna jeśli tego chcą. Godzina nocna pozostaje niezmieniona! — podniosła głos, gdy wybuchła mieszanina wiwatów i jęki oburzenia. Kilkunastu chłopaków z czwartego i piątego roku zagłuszyło wszystko długim „BUUU!!!” — O dziewiętnastej wszyscy bez wyjątku mają być z powrotem w pokoju wspólnym i ostrzegam was, że osobiście zamierzam sprawdzać obecność.— Ja mam siedemnaście lat pierwszego stycznia! — wrzasnęła któraś z koleżanek Betty.— Gratuluję — skwitowała kwaśno Astra. — Od pierwszego stycznia będziesz mogła…— Ale to za dwa miesiące!— To nie jest isto…— To bezsensowny debilizm! — wtrącił ktoś inny. — Mamy swoje prawa! Wszyscy, nie tylko wy na siódmym roku!— Tak! On ma rację!— TAAAAK!!!— MA-MY DOŚĆ! — zaczął skandować Bagshot, szturchając swoich koleżków, mimo że ten problem go nie dotyczył. Dołączyli do niego, tworząc taki hałas, że Marta zakryła uszy. Olivia z uśmiechem na ustach klaskała z rękoma podniesionymi nad głowę. — MA-MY DOŚĆ! MA-MY DOŚĆ! MA-MY DOŚĆ!— NIKT, KTO NIE JEST PEŁNOLETNI, NIE MA PRAWA ODDYCHAĆ BEZ ASYSTY PREFEKTÓW, ROZUMIEMY SIĘ?!— MA-MY DOŚĆ! MA-MY DOŚĆ! MA-MY DOŚĆ!
Astra bez powodzenia starała się zaprowadzić porządek razem z dwojgiem pozostałych prefektów, ale Marta nie zamierzała marnować tak wspaniałej okazji na czekanie, jak rozwinie się sprawa tworzącego się ruchu oporu. Niepostrzeżenie wślizgnęła się między paczkę Olivii i Bagshota, zza kamiennej ławki wydobywając pierwszy lepszy model szkolnej miotły, a następnie wdrapała się na murek, żeby odlecieć jak najdalej tego harmidru.Nigdy nie przepadała za lataniem na miotle, jednak wieczorne wymykanie się na lekcje z profesorem Dumbledore’em pomogło jej odnaleźć przyjemność w pieszczocie rozwiewającego włosy wiatru i tych wszystkich widokach, których nigdy nie mogłaby doświadczyć, gdyby stała dwoma nogami na błoniach.Pierś rozpierała jej radość z nowopozyskanej wolności. Nie chciała cieszyć się nią w samotności, dlatego zdecydowała się złożyć Alfredowi niezapowiedziane odwiedziny pierwszy raz, odkąd zeszłego lata wszedł w związek z Donną.Okrążyła wieżyczkę z dormitoriami chłopców, lecz to należące do siódmego rocznika świeciło pustkami. Podążyła więc do wysokich okien głównej wieży, przez które zobaczyła istny rój Gryfonów tłoczących się w pokoju wspólnym. Rzuciła Alohomorę i stanęła na kamiennym parapecie, nie znajdując nawet milimetra wolnej przestrzeni, żeby zejść na ziemię.— Ej, wy tam, zróbcie miejsce! — zawołał Alfred, a tłum powoli zaczął ustępywać mu z drogi. — Effy, będziesz tak miła i dokończysz za mnie, co?Otoczył Martę silnym ramieniem w pasie, co zostało skwitowane kilkoma gwizdnięciami i przedrzeźniającymi rechotami, a następnie postawił ją na równe nogi z taką łatwością, jakby ważyła niewiele więcej niż piórko. Złapał jej dłoń w swoją, rozgrzaną i jak zawsze dodającą otuchy, żeby zaprowadzić Martę do spiralnej klatki schodowej, która prowadziła do chłopięcych dormitoriów.— O co chodzi? — spytał, przystając na stopniach. — Coś się stało?— Nie nie, po prostu korzystam z nowonabytej wolności. Dawno tu nie wpadałam i uznałam, że może cię odwiedzę.Alfred przetarł twarz, posyłając jej znaczące spojrzenie. Wiedział, że tak naprawdę chciała powiedzieć: „Dawno nie mieliśmy okazji porozmawiać bez Donny”.— Nie żebym cię tu nie chciał, ale sam nie wiem, czy to dobry pomysł — powiedział wreszcie. — Wiesz, jakie ostatnio są między nami stosunki. Napięte.— To mało powiedziane — odparła z wahaniem, nagle żałując ulegnięcia impulsowi. — Zresztą… Nie przegadaliśmy tego i tak naprawdę nie wiem, co ty o tym wszystkim sądzisz. Nie zdziwiłabym się, gdybyś, no wiesz, gdybyś mnie znienawidził czy coś.— Znienawidził ciebie? — zdumiał się. — Niby za co?— Bo wdałam się w bójkę z twoją dziewczyną…?— Donna zaczęła — sprzeciwił się. — Wiem o tym. Na początku nie chciała się przyznać i zwalała winę na ciebie, że niby nie dawałaś jej spokoju, że to ty ją popchnęłaś, ale przepytałem parę osób i wszystkie potwierdziły, że to ona pierwsza przeszła do rękoczynów. Jak ją z tym skonfrontowałem, to jeszcze się okazało, że dała ci w twarz!— No tak, to prawda, ale…— Nie ma żadnego ale.— Przecież mogłam stamtąd odejść. To ja pociągnęłam ją za włosy i zaczęłam to wszystko, zresztą…— Marto. — Położył jej dłoń na ramieniu. — Nie potrafię sobie wyobrazić rzeczywistości, w której uznałbym ciebie za winną czegoś takiego. Nie jestem głupi. Znam was od lat i wiem, jakie obie jesteście. Bronisz jej teraz, bo jest ci głupio i czujesz wyrzuty sumienia, i nie chcesz, żeby między mną a nią były jakieś konflikty z twojego powodu — powiedział, doskonale punktując wszystkie emocje, które kotłowały się w jej piersi od tamtego zdarzenia. — Nie powinnaś tego robić. Szczerze mówiąc, powinnaś być zła. Przecież Donna nie ma prawa podnosić na ciebie ręki.— Bylam zła — zaparła się, chociaż tak naprawdę po fakcie omijała koleżankę głównie z przyzwyczajenia do unikania konfliktów, a nie z powodu rozdmuchanej urazy. — Ale ile mogę się na nią boczyć jak dziecko? Stało się i to nie do końca tak, że jej nie sprowokowałam. Powiedziałam coś naprawdę, naprawdę okropnego, poszarpałśmy się…— Nie — wtrącił. — Zła na mnie . — Na ciebie? A niby za co?— Że do tego w ogóle dopuściłem — westchnął, przysiadając na schodach. Zajęła miejsce obok niego, wygładzając spónicę na kolanach. — Wiem, że nie daje ci spokoju tak samo jak zresztą mnie. Wiecznie myśli, że ją z kimś zdradzę i aż zacząłem się zastanawiać, czy nie ma tej jakiejś choroby, paramoidy, czy jak to tam nazwali ci mugolscy lekarze.— Paranoi? — poprawiła go, wspominając jego miny podczas zajęć mugoloznawstwa, na które chodzili razem do piątego roku. Wychowywany w magicznej wiosce Alfred nigdy nie potrafił się nadziwić, że mugole potrafią „ze śrubek i pokręteł” zbudować „karoce poruszające się bez koni”.— Tak, tego — kontynuował, przeczesując ciemnoblond włosy palcami. — No sama powiedz, że coś z nią jest nie tak.— Wydaje mi się, że po prostu jest… że za bardzo nie ma pewności siebie. Odkąd tylko postawiła nogę w Hogwarcie, słyszy komentarze i docinki na temat swojej wagi. Nie wiem, pewnie myśli, że przez to ją rzucisz i znajdziesz sobie kogoś innego.— To największa głupota, jaką w życiu słyszałem — oburzył się — przecież podoba mi się taka, jaka jest! Cały czas jej to mówię, powtarzam w nieskończoność, a ona jedno to samo, w kółko… Męczy mnie to już. Zresztą nawet nie wiem, czy mi jeszcze na tym wszystkim zależy.— Ale jak to?— Po prostu. Po tym wszystkim, co mi opowiedziała… Nie widzę w tym już sensu. Znasz ją, wiesz, jaka potrafi być, jeśli tylko się nie obraża na cały świat, ale to chyba nie jest dziewczyna dla mnie. Obiecałem jej, że tego nikomu nie zgłoszę, chociaż powinienem, dalej mi na niej zależy, w końcu tak długo się przyjaźniliśmy… Ale, no… Ciężko to wyjaśnić.Marta wpatrywała się w niego niewidzącymi oczami. A więc Donna wreszcie się przyznała. Wyjawiła prawdę o tamtym zdarzeniu z łazienki i o poprzedzającym je napadzie Ślizgonów.— Powinieneś dać jej jeszcze jedną szansę — powiedziała, zaskakując samą siebie. — To znaczy nie chcę, żeby to wyglądało tak, że ją popieram, ale to naprawdę nie była jej wina.— Przestań — prychnął.— Naprawdę! Nie wiem, ile ci opowiedziała, nie chcę się w to wtrącać, ale taka jest moja szczera opinia. Możesz zrobić z nią, co ci się podoba, ale tak uważam.— No nie wiem — wymamrotał bez przekonania. — Skoro naciskasz, zastanowię się nad tym. Może gdyby obiecała, że się poprawi i nie będzie już taka zazdrosna o byle co… — W zamyśleniu potarł kwadratową szczękę, a Marta nie potrafiła nie przykuć uwagi do pokrywającego jej lekkiego zarostu. Niewielu chłopaków w jego wieku potrafiło wyhodować więcej niż przyprawiającego o niesmak rzadkiego wąsa, więc naturalnie (jak sobie powtarzała) ciekawiło ją, jakby wyglądał, gdyby tak nie golił się przez kilka dni. — Naprawdę nie rozumiem dziewczyn. Autentycznie.— Nie dramatyzuj — zaśmiała się cicho. — Nie może być aż tak źle, skoro wytrzymujesz z nami wszystkimi.Wzruszył ramionami z przekorną miną.— Muszę wracać do obowiązków, dzieciaki same się nie upilnują — powiedział, podnosząc się ze schodów. — Następnym razem pogadamy o czymś innym niż Donna.— Trzymam za was kciuki.Uścisnęli się na pożegnanie i rozeszli każde w swoją stronę. Gdy Marta wychodziła przez kuliste przejście prowadzące do portretu Grubej Damy, słyszała, jak za pomocą kilku słów przywołał do porządku wszystkich Gryfonów na raz. W przeciwieństwie do Toma, nie roztaczał wokół siebie aury autorytaryzmu, nie, Alfred najzwyczajniej w świecie był po prostu lubiany. Nie musiał uciekać się do dominacji, gróźb czy obietnic o podarowaniu gwiazdki z nieba, żeby zaskarbić sobie sympatię i szacunek współuczniów.— Dzień dobry, panno Warren.Marta zatrzymała się raptownie. W progu otwartych drzwi stał nie kto inny, a profesor Dumbledore, przyglądający się jej dociekliwie sponad okularów-połówek nisko osadzonych na jego haczykowatym nosie. Gestem zaprosił ją do swojego gabinetu, a ona podążyła za nim bezmyślnie, z szybciej bijącym sercem. Nie rozumiała, dlaczego się zestresowała; choć początkowe lekcje Oklumencji wiązały się z odkrywaniem przed profesorem swoich wstydliwych wspomnień, zdążyła się z tym już pogodzić. Dumbledore zawsze traktował ją z życzliwością i podnoszącym na duchu ciepłem, a jednak coś w tym niespodziewanym spotkaniu sprawiło, że wnętrza jej dłoni pokryły się cienką warstewką potu.— Czy coś się stało, profesorze? — spytała, gdy wskazał jej ustawione przed swoim biurkiem krzesło. Usiadła, jak zwykle splatając dłonie na podołku.— Ależ nie, panno Warren. Jeśli przyprawiłem cię o niepotrzebne nerwy, proszę o wybaczenie — powiedział, uspokajająco podnosząc dłoń podczas zajmowania miejsca na pikowanym, skórzanym fotelu. — Chcę cię też zapewnić, że nic, o czym będziemy tu dziś rozmawiać, nie opuści tego gabinetu.Gdy Marta zmarszczyła brwi w niezrozumieniu, wskazał na jej czarną spódnicę. Musnęła kieszeń, w której poczuła zwarte ciałko zwiniętego wokół siebie węża.— O matko — wymamrotała, zarumieniona. — Nawet o tym nie pomyślałam, przepraszam.Dumbledore dał jej do zrozumienia wyrozumiałą miną, że wszelkie przeprosiny były zbyteczne.— Wygląda na to, panno Warren, że twoje wysiłki przynoszą zauważalne efekty — stwierdził, rozsiadając się wygodniej. Wsparł ręce na podłokietnikach i stworzył piramidkę ze złączonych palców. W odpowiedzi na jej zdezorientowaną minę, dodał: — Istotnie, uważam ten fascynujący popis magii za całkiem ewidentny dowód na to, że czynisz niezaprzeczalne postępy. Moim skromnym zdaniem, jeśli Tom widziałby cię w tym samym świetle, co resztę swoich, z braku lepszego określenia, przyjaciół, nie kierowałby się tak desperacką potrzebą, żeby sprawować nad tobą pieczę w każdym momencie dnia.— Pieczę — powtórzyła głucho. — Profesorze, chyba nie chce mi pan powiedzieć, że on się o mnie… boi?W wodnistoniebieskich oczach Dumbledore’a błysnęło zrozumienie, jakby doskonale wiedział, że wahała się między użyciem słowa „boi” a „troszczy”. Potwierdzał to cień uśmiechu, który rozmył się gdzieś między otaczającą jego cienkie wargi siwą brodą.— To oczywiste, że w tym konkretnym momencie Tom uważa cię za jeden z najistotniejszych elementów swojej przyszłości — powiedział — więc owszem, jak najbardziej, panno Warren. Rzecz jasna nie jest to równoznaczne ze stwierdzeniem, że jego inwigilacja jest pokierowana wyłącznie troską o twój los. Tom od najmłodszych lat przejawiał tendencje do pewnych ekscentrycznych zachowań. Wielokrotnie zaobserwowałem u niego skłonności do nadmiernej, wręcz osobliwej koncentracji na osobach czy rzeczach, które uważa za kluczowe do osiągnięcia swoich celów.— Wcale nie zauważyłam, żeby się na mnie koncentrował — zaprotestowała gorliwie, lecz gdy tylko ostatnie słowo spłynęło z jej ust, pojęła, że kierowała nią wyłącznie obawa. Wraz z tą świadomością w jej umyśle zaświtała myśl, że nie chciała wierzyć we wszystkie przemieszane z groźbami obietnice, wizje, jakie roztoczył przed nią Tom, a które właśnie nabrały realnej wagi. — Profesorze — wymamrotała, odchrząknąwszy — jeśli mogę spytać, kiedy Tom ma urodziny?— Trzydziestego pierwszego grudnia — odparł, przyglądając się jej z zaciekawieniem. — Zakładam, że za tym pytaniem nie kryje się niewinna chęć sprawienia mu prezentu, panno Warren?Marta zasłoniła usta, śmiejąc się cicho, z zakłopotaniem.— Nawet jeślibym chciała, nie byłoby mnie na to stać. Rozkradł połowę moich oszczędności! — wypaliła, w odpowiedzi otrzymując pełne zrozumienia kiwnięcie głową. — Przyszło mi to do głowy, bo już dwukrotnie wspominał o Namiarze. Niedawno w kontekście, który nie wydaje mi się za bardzo istotny, ale za pierwszym razem mówił o otwieraniu Komnaty Tajemnic.— Kontynuuj, proszę — powiedział, zachęcając ją do tego gestem.— Nie pamiętam dokładnie, jakie pytanie wtedy zadałam, w każdym razie chciałam się dowiedzieć, jak długo zamierza nasyłać bazyliszka na mugolaków. Stwierdził, że ze względu na wasze działania, to znaczy dyrekcji, musi zwolnić tempa, a przynajmniej do czasu, aż zdejmą z niego Namiar — wytłumaczyła szybko. — Nie uważa pan tego za niepokojące? Przecież to prawie brzmi tak, jakby zamierzał posunąć się o krok dalej, kiedy tylko nie będzie mu groziło natychmiastowe zlokalizowanie przez władze!— To jak najbardziej trafna dedukcja — przyznał — lecz podczas wszystkich odbytych przeze mnie podróży w czasie Tom bez niczyjej ingerencji dochodził do podobnych wniosków, mianowicie wyższą wartość niż zapoczątkowanie czystki etnicznej stanowiło dla niego uchronienie Hogwartu przed zamknięciem. Rzecz jasna nie kierował się wyrzutami sumienia, a wyłącznie troską o własne dobro. Jak już doskonale wiesz, panno Warren, Tom z całego serca nienawidzi powrotów do sierocińca. Fakt ten w połączeniu z planami zakończenia pełnej, siedmioletniej czarodziejskiej edukacji oraz wzorowym zdaniem owutemów skłania mnie ku wnioskowi, że podzielił się z tobą obawami, a nie planami na przyszłość. Widzisz, zbyt bardzo zależy mu na utrzymaniu nienagannej reputacji i dalszym odgrywaniu roli młodego czarodzieja o świetlanej przyszłości, żeby ryzykować zamknięciem szkoły oraz przymusem dostosowania swoich pieczołowicie sporządzonych planów do alternatywnej rzeczywistości.— Więc uważa pan, że mugolakom nic nie grozi, tak?— Jak najbardziej — potwierdził z pełnym wagi skinieniem głowy. — Wierzę, że nie daję ci powodów do wątpienia w moje poświęcenie dla sprawy zapewnienia bezpieczeństwa wszystkim uczniom Hogwartu, panno Warren.— Nie — odparła cicho, speszona. — Po prostu, nie wiem, chyba… chyba się trochę bałam. Tom naprawdę brzmiał tak, jakby zamierzał doprowadzić do jakiejś tragedii i uciec ze szkoły, ale skoro pan mówi, że nikomu nic się nie stanie…— Niestety muszę ze smutkiem wyznać, że nie odnoszę wyłącznie sukcesów, panno Warren. W niektórych przypadkach, mimo moich syzyfowych wysiłków, szkolne działania Toma prowadzą do śmierci — powiedział z najwyższą powagą. — Zapewniam cię jednak, że tamte poprzednie wcielenia nie miały najmniejszych szans na rehabilitację. W obecnej osi czasowej wszystkie znaki wróżą dobrze na przyszłość.Marta zesztywniała na krześle, nieświadomie zatapiając paznokcie w drewnianych podłokietnikach. Wpatrywała się w Dumbledore’a niewidzącym wzrokiem, mrugając w osłupieniu.— Tom kogoś zabija? — wyszeptała. — Kogo? To znaczy, wiem, że nie powinnam pytać, ale sam pan rozumie, ja…— Głęboki wdech, panno Warren — poinstruował ją kojącym głosem, a ona spełniła polecenie. — Wspomniany uczeń jest obecnie bezpieczny. Za każdym razem, gdy dochodzi do tego tragicznego wydarzenia, ma ono miejsce bezpośrednio przed zaniehaniem przez Toma otwierania Komnaty Tajemnic.— Dobry Boże — powiedziała, wstrząśnięta. Zatrzepotała powiekami, żeby odgonić napływające jej do oczu łzy. — Przepraszam, profesorze, nie wiem, co się ze mną dzieje. Myślę, że, że… na jakimś poziomie miałam świadomość, że jest do tego zdolny, ale pana słowa nadały temu wszystkiemu szokującego realizmu…— Jeśli miałaś choćby najmniejsze wątpliwości co do wagi naszej misji, liczę, że to je rozwiało. Niemniej, raz jeszcze muszę cię prosić, abyś nie potępiała znanego ci Toma za grzechy, które popełnili jego poprzednicy.— Nie potępiam go, chyba — odpowiedziała szczerze, zamyślona — ale to nie znaczy, że ten tutejszy się do tego nie posunie, profesorze.— Gdyby nie miał predyspozycji ułatwiających popełnienie aktów największego zła, nie byłoby nas tutaj — podsumował Dumbledore z grymasem, w którym rozpoznała próbę pocieszającego uśmiechnięcia się. — Myślę, że najlepiej będzie nie kontynuować więcej tego tematu, panno Warren. Dziękuję ci za poświęcenie mi swojego czasu, szczególnie w tak piękny dzień — powiedział, podnosząc się z fotela, żeby odprowadzić ją ku wyjściu. — Chyba że, oczywiście, jest jeszcze coś, o co chciałabyś mnie zapytać?— Tak, w sumie tak. Czy wie pan, co Tom mógł mieć na myśli, kiedy mówił, że rzuciłam mu „linę ratunkową”?Oblicze Dumbledore’a przestało się rozpogadzać. Wykonał taki ruch, jakby zamierzał na powrót usiąść, lecz ostatecznie zbliżył się do okna i wyjrzał na skąpane w złocistych promieniach słońca błonia.— A więc wyjawia przed tobą coraz więcej — powiedział po długim namyśle. — Rodzaj magii, o której myśli, jest tematem surowo zakazanym w Hogwarcie. Poruszanie tak mrocznych, zepsutych kwestii z uczniami jest skrajnie nierozsądne, panno Warren.— Och, przepraszam, nie wiedziałam — bąknęła, czerwieniąc się tak intensywnie, że w duchu podziękowała Dumbledore’owi za niespuszczanie wzroku z krajobrazu za oknem. — W takim razie skąd Tom…?— Wszystko ma niezmienny początek w jednym słowie, z którego istnienia od urodzenia aż po dzień śmierci nie zdaje sobie sprawy większość czarodziejów, panno Warren. Nieważne, jakich starań się podejmę, Tom zawsze je odkrywa, zawsze chce wiedzieć więcej — mówił ze strapieniem i dystansem, którego nigdy wcześniej nie słyszała w jego głosie. — Nieposkromiony głód wiedzy, obsesyjność Toma prowadzą go ku tym rejonom magii niemal tak, jakby był im przeznaczony. Nie każdy profesor Hogwartu podchodzi do tego tematu z odpowiednią ostrożnością, jednak mogę cię zapewnić, że osoba odpowiedzialna za poszerzenie wiedzy Toma nie tylko pojęła powagę swoich błędów, ale i nie popełni ich drugi raz.Marta otworzyła usta, żeby natychmiast je zamknąć. Od samego początku było jasne, że Dumbledore uważał za słuszne trzymanie jej w niewiedzy odnośnie wielu spraw, lecz teraz po raz pierwszy wydawał się nie kierować ani jej dobrem, ani powodzeniem misji. Zwiększony dystans między nimi, odwrócenie się do niej plecami oraz naznaczony surowością, stwardniały głos niemal przywodziły jej na myśl… nieufność.— Profesorze — odezwała się cicho — chyba pan nie myśli, że byłabym zdolna do użycia tej magii, żeby mu pomóc? Przyrzekam, że nigdy, przenigdy w życiu nie zrobiłabym czegoś takiego. Nawet najmniejsze skłonności do czarnej magii są czystym przejawem zła.Gdy Dumbledore wreszcie na nią spojrzał, w jego oczach nie odnalazła niczego poza smutkiem.— Przyrzekam, że nie mam żadnych wątpliwości co do czystości twojego serca, panno Warren — powiedział, okrążając biurko, żeby położyć jej dłoń na ramieniu. — Niestety zbyt wiele razy doświadczyłem widoku najbardziej nieskazitelnych serc, jakie tylko możesz sobie wyobrazić, skażonych złem. Wpływy czarnej magii działają w zastraszająco niebezpiecznym tempie, dlatego muszę cię przestrzec. Jeden wybór podjęty w momencie zachwiania wiary wystarczy, aby bezpowrotnie zmienić trajektorię naszej przyszłości, panno Warren. Oboje doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, z jaką łatwością i, trzeba dodać, rozkoszą Tom potrafi pchnąć swoje ofiary na skraj wytrzymałości psychicznej. Dlatego żywię gorącą nadzieję, że nasza dzisiejsza rozmowa ostatecznie uzmysłowiła ci, jak w istocie kluczowe jest to, abyś teraz, szczególnie teraz trzymała się swoich wartości.Zsunął dłonie na jej przedramiona i uścisnął je tak mocno, jakby uważał za konieczne podkreślenie kolejnych słów.— Nie możesz dopuścić do tego, żeby jego urok przesłonił ci widok, panno Warren. Tom posiada niesamowite zdolności do sprawiania, że ludzie wierzą w każde jego kłamstwo, w te wszystkie obietnice, które wydają się zbyt piękne, aby być prawdziwymi. Nie istnieje odpowiednie słowo, żeby podkreślić to, jak fundamentalnie ważne w tym momencie jest zachowanie trzeźwości umysłu.Wytrzymanie przeszywającego na wskroś spojrzenia Dumbledore’a okazało się tak trudne, że Marta pękła po kilku sekundach. Przytłoczona, cofnęła się o krok, uciekając wzrokiem gdzie popadnie.— Ja…Ugryzła się w język, gdy tylko zrozumiała, że jej słowa byłyby kłamstwem. Zamierzała zaprzeczyć, jakoby Tom miał na nią jakikolwiek wpływ, mimo że jeszcze wczoraj zachwycała się poczuciem elitarności, jaka towarzyszyła świadomości, że znała go od strony innej niż wszyscy. Elitarność ta teraz wydawała się jej wręcz odurzająca, a zarazem niebezpieczna.— Oczywiście, profesorze — powiedziała. — Ma pan pełną rację.Gdy po wymienieniu pożegnań zamknęła za sobą drzwi gabinetu, przez chwilę nie mogła ruszyć się z miejsca, przygnieciona niemającymi końca pretensjami wobec samej siebie. Cały ten czas żywiła przekonanie, że przeszła tak ogromną przemianę, odkąd w wieku czternastu lat wzdychała do chłopców i przeżywała wyimaginowane, godne pióra Jane Austen historie miłosne z każdym, który dziełem czystego przypadku utrzymał z nią kontakt wzrokowy na dłużej niż dwie sekundy, podczas gdy tak naprawdę nie zmieniła się wcale. Niezdrową fascynację przeciwną płcią zastąpiła pragnieniem bycia szanowaną i zauważoną, najpierw za cel obierając otrzymanie aprobaty profesora Slughorna oraz zaproszenie do Klubu Ślimaka, a teraz…Cóż, teraz była równie naiwna, co czternastoletnia Marta. Jeśli chciała coś osiągnąć, powinna zapracować na to własnymi rękoma, a nie liczyć, że pierwszy lepszy chłopak (nawet jeśli posiadał moc, o jakiej ona nie mogła nawet zamarzyć, wpływowych czystokrwistych znajomych, szacunek i sympatię całego ciała pedagogicznego, no, prawie całego, z dyrektorem na czele…) podsunie jej to na srebrnej tacy pod sam nos!Dlatego po śniadaniu nie udała się z resztą siódmego rocznika na błonia, żeby pokorzystać z pięknej pogody, a do skrzydła szpitalnego. Nic nie wyniknęło z pamiętnej rozmowy z panią Goldie, ale Marta pocieszała się, że niekoniecznie oznaczało to kategoryczną odmowę.— Wróciłaś — powiedziała zamiast przywitania pani Goldie, gdy Marta zapukała w otwarte drzwi jej gabinetu przylegającego do sali. — Tak myślałam, że cię tu jeszcze zobaczę.— Czy zapadł jakiś werdykt? — zagadnęła nieśmiało.— Werdykt? Nie, nie. — Pani Goldie pokręciła głową, nie podnosząc wzroku znad stosu pergaminów. — Profesor Beery jest jedyny w swoim rodzaju — stwierdziła z kwaśnym uśmiechem. — Jeśli nie mówi się do niego o czymś, co dotyczy wystawianego przez was przedstawienia albo bezpośrednio jego samego, wszystkie informacje wlatują mu jednym uchem, żeby natychmiast wylecieć drugim. Jestem przekonana, że jego przejście do Czarodziejskiej Akademii Teatralnej to cios, po którym Hogwart się nie podniesie.Marta wyszczerzyła zęby.— Bez dwóch zdań nie ma drugiego tak zaangażowanego w losy szkoły i uczniów profesora.Mimo ciepła emanującego z roziskrzonych oczu, pani Goldie dała jej do zrozumienia spojrzeniem, że obgadywanie członków ciała pedagogicznego dobiegło końca.— Skoro profesor Beery nie wyraził sprzeciwu, nie widzę powodu, dla którego nie miałabym cię przyjąć pod swoje skrzydło — zadecydowała po chwili namysłu. — Oczywiście twoja asysta będzie miała charakter głównie ograniczający się do podawania uczniom wskazanych przeze mnie eliksirów na przeziębienie czy inne niegroźne dolegliwości. Może w przyszłości nadarzy się okazja, żebym nauczyła cię kilku zaklęć uzdrawiających.— Stosowałam już kilka z dobrym skutkiem — rzuciła Marta z lekkim rumieńcem dumy. — Episkey i Vulnera Sanetur. — Rozumiem — mruknęła pani Goldie, przyglądając się jej badawczo. — Mogę spytać, gdzie i na kim miałaś możliwość je zastosować?— Eee… na sobie.— Nastawiałaś samej sobie kość? W Hogwarcie?Marta pożałowała próby zabłyśnięcia intelektem. Powinna była trzymać gębę na kłódkę!— Jeślibym była twoją profesorką, musiałabym cię teraz pouczyć na temat konieczności zgłaszania wszelkich przemocowych oraz naruszających szkolny regulamin zachowań swojemu opiekunowi — powiedziała z powagą, żeby niespodziewanie posłać Marcie psotliwy uśmiech. — Zakładam, że rzuciłaś te zaklęcia poprawnie, bo w innym wypadku pamiętałabym ponowne łamanie i nastawianie spartaczonej roboty.— Może to nieskromne, ale osoba, na której ćwiczyłam, odzyskała piękną buźkę.Pani Goldie wydęła usta.— W takim razie co byś powiedziała na małą prezentację? — spytała, wskazując na znajdujący się za plecami Marty model anatomiczny ludzkiego szkieletu.— Ale tak już? Teraz?— W tym zawodzie nie ma miejsca na wahanie ani zastanawianie się, Marto — pouczyła ją, podnosząc się z obrotowego krzesła. Machnięciem różdżki sprawiła, że lewa stopa pękła w poprzek, a prawa rozsypała się w drobny mak. — Jednej chwili możesz smacznie spać, drugiej radzić sobie z otwartym złamaniem lub, co gorsza, z całkowitym brakiem kości.— Brakiem?— Częsty błąd początkujących uzdrowicieli — odparła pani Goldie, wzruszając niewinnie ramionami. — Dobrze, że twój pacjent nie stracił nosa. Odrastanie kości to wystarczająco paskudna i bolesna sprawa — zacmokała — ale kości twarzy? To ci dopiero gehenna!W pierwszej chwili Marta parsknęła śmiechem na wyobrażenie pozbawionego nosa Abraxasa, w drugiej trafił ją grom przerażenia. Chyba musiałaby go ogłuszyć, żeby nie przyprawić go o dodatkową traumę po bestialskim pobiciu przez Goyle’a, a następnie anonimowo podrzucić pod wrota skrzydła szpitalnego!— No, śmiało.Marta wyjęła różdżkę, lecz mimo zachęty dopiero za trzecim razem udało się jej zadowalająco poskładać stopy modelu w spójną całość. Pani Goldie testowała jej umiejętności przez kolejne dziesięć minut, podczas których Marcie szło coraz lepiej, aż wreszcie powiedziała:— Jak na żółtodzioba… bardzo obiecująco. Oczywiście nastawianie kości prawdziwym pacjentom, panikującym i wrzeszczącym w niebogłosy, jest znacznie trudniejsze, ale tak czy siak masz duży potencjał — pochwaliła ją, kiwając głową z uznaniem. — Jak wygląda sprawa z twoimi stopniami z eliksirów?— Same wybitne.— Ach tak? Podoba mi się twoja wiara we własne umiejętności, nawet jeśli czasem w praktyce brakuje ci pewności siebie… Mogę spytać, co cię bardziej interesuje, pielęgniarstwo czy uzdrowicielstwo? I dlaczego?— Och, jeszcze nie miałam okazji nad tym pomyśleć — mruknęła. — Stopnie mam tak dobre, że bez problemu mogłabym później dostać się na kierunek uzdrowiciela, ale sama nie wiem… Na pielęgniarstwie mogłabym znaleźć pracę tego pokroju, jaką ma pani. Pomaga się innym, ale obowiązki nie spędzają snu z powiek ani jakoś specjalnie nie przeszkadzają w prywatnym życiu, prawda?— Tak, oczywiście zależy, gdzie byś się zatrudniła. Mam dwie przyjaciółki, które pracują u Świętego Munga, jedna jest pielęgniarką na oddziale zamkniętym, gdzie opiekuje się pacjentami wymagającymi całodobowej opieki i poza okazyjnym zagrożeniem życia bardzo to sobie chwali. Druga natomiast jest na oddziale urazów pozaklęciowych i tam zajmuje się wszystkim, od prawdziwych drobnostek typu zaklinowane w nosie mandarynki po powikłania wywołane nieprawidłowym zastosowaniem zaklęć. Czasem jest zabawnie, czasem frustrująco; z kolei uzdrowicielstwo to zawód, któremu trzeba oddać się w całości.— Pielęgniarstwo zdecydowanie bardziej do mnie przemawia.— Nie odpowiedziałaś, dlaczego cię interesuje ta ścieżka kariery.— Wspominałam pani, że czuję, że to coś, w czym mogłabym być dobra — odparła, chowając różdżkę. — Poza tym, że chciałabym zrobić cokolwiek, żeby móc pomóc tym biedakom — gestem wskazała parawany przesłaniające spetryfikowanych uczniów — myślę, że to szanowany, potrzebny zawód. Szczególnie w tych czasach.— Tak, w tych szczególnie — przytaknęła pani Goldie, przenosząc spojrzenie na stojącą na biurku ramkę z czarno-białym zdjęciem. Przedstawiało ją samą, stojącą pod rękę z inną kobietą w pielęgniarskim kitlu i czepku. — To moja dobra przyjaciółka, Frances. Straciłam już rahubę, gdzie stacjonuje, tak często ją przenoszą, a listy przychodzą coraz rzadziej… Ale wojna miewa swoje plusy. Jeślibyś się sprawdziła i faktycznie uznała, że ten zawód jest dla ciebie, mogłabym pociągnąć za kilka sznurków, żebyś odbyła praktykę w terenie razem z nią.— Naprawdę? — wydukała, zaskoczona. — Naprawdę by mnie przyjęła z tak małym doświadczeniem?— Nauczyłabym cię najważniejszych rzeczy, typu tworzenia maści na różne dolegliwości skórne, sprawdziła twoją wiedzę w zakresie eliksirów leczniczych i tak dalej, a reszty nauczyłabyś się tam. Zapotrzebowanie jest tak wysokie, że biorą wszystkich, którzy się nadają.— Byłoby wspaniale! — ucieszyła się Marta, samą siebie zaskakując tym, że klasnęła w ręce. Nie pozwoliła zgasić tego zapału wiszącej nad nią świadomości, że te plany dostaną szansę na wejście w życie jedynie po zakończeniu innej misji. — Mogę zacząć nawet teraz, oczywiście jeśli ma pani czas…— Pokażę ci to i owo za godzinkę, dobrze? Muszę skończyć spisywanie zamówienia na składniki na eliksiry, środki do dezynfekcji i inne takie, ale w tym czasie możesz zająć się czytaniem czegoś z tamtej półki — powiedziała, wskazując na górny rząd.Mimo rozpierającej jej ekscytacji, Marta zmusiła się do spokojnego przejrzenia zbioru ksiąg poświęconych uzdrowicielstwu. Między innymi znajdował się tam ten sam tytuł o pierwszej pomocy, który znalazła w dormitorium chłopaków (dziewczęce go nie posiadały, co potraktowała jako ciekawostkę), a także książki z przepisami na eliksiry i maści, jednak jej uwagę przyciągnął biały grzbiet z postawionymi w pionie krwawymi literami słowem „Anatomica”. Okładka przedstawiała ludzkie serce, natomiast pełen tytuł brzmiał: „Anatomica, Atlas anatomii człowieka — zaklęcia, przeciwzaklęcia”.Przysiadła z nim na parapecie, jako że w małym biurze brakowało miejsca na rozstawienie drugiego krzesła, i uchyliła okno, żeby choć trochę skorzystać z pięknej pogody. Przyjemny, ciepły wiaterek poruszał kosmykami jej włosów podczas przeglądania spisu treści. Z powodu ignorancji czarodziejskiego programu nauczania jej wiedza w temacie ograniczała się do podstaw wyniesionych z kilku lat nauki w mugolskiej szkole, lecz paląca chęć odświeżenia sobie budowy człowieka błyskawicznie została przyćmiona przez podtytuł: „Układ rozrodczy — budowa, opis, zaklęcia : a) kobieta, b) mężczyzna”.Zerknęła na panią Goldie, energicznie skrobiącą piórem po pergaminie, i z konspiracyjnie pochyloną głową odszukała odpowiedni rozdział. Gorliwie studiowała przekrój damskich narządów płciowych (nic w życiu nie zdumiało ją tak jak fakt, że miała tam na dole trzy dziurki, a nie dwie!), czytała opisy funkcji każdego z osobna i przesuwała wzrokiem po wypisanych zaklęciach, lecz niewiele pozostawało jej w głowie. Gdy przewróciła stronę, zatrwożyła się na widok bardziej intymnej perspektywy na to, co miała między nogami. Poczuła się niemal tak, jakby zajrzała komuś pod spódnicę, co sprawiło, że zapragnęła zamknąć książkę i odłożyć ją z powrotem na półkę, ale równocześnie powstrzymywała ją przed tym świadomość, że dwie, może trzy kolejne strony dzieliły ją od…— Jest dziś naprawdę ładnie — odezwała się pani Goldie tak niespodziewanie, że Marta zamknęła atlas z donośnym TRZASK! niczym przyłapana na gorącym uczynku — zejdzie mi tu trochę dłużej, niż się spodziewałam. Jeśli chcesz, możesz iść poczytać na błonia i wrócić tu później.— Ooo, tak? — wypaliła Marta, zeskakując z parapetu. Na widok badawczo ściągniętych razem brwi pani Goldie i błąkającego się w kąciku ust uśmiechu poczuła, jak rumieniec podgryza jej policzki. — To dobry pomysł, tak, przejdę się…— Jednak bez atlasu? — zagadnęła, gdy Marta zbliżyła się do regału. — Coś jest z nim nie tak?— Eee, nie, myślałam, że wymienię na coś, ee, łatwiejszego… może te uzdrawiające nalewki, maście albo coś…— Skoro jesteś tak dobra z eliksirów, jak twierdzisz, złapiesz to wszystko w locie. Znajomość anatomii to podstawa, więc wybrałaś idealną lekturę na początek.— Niby tak, hm…— Jeśli okaże się dla ciebie zbyt skomplikowana, być może byłoby warto pomyśleć nad innym zawodem.— Nie nie, wezmę — rzuciła szybko Marta, szarpiąc się z torbą, żeby wcisnąć do niej nieporęczny atlas. Krzywy uśmieszek pani Goldie świadczył o poziomie rozrywki, jaki czerpała z tej interakcji. — Do zobaczenia później!Gdy tylko drzwi zamknęły się za Martą, przyłożyła dłonie do rozgrzanych policzków. Wystrzeliła ze skrzydła szpitalnego tak szybko, jakby spetryfikowani uczniowie mieli lada moment podnieść się z łóżek i zacząć się z niej nabijać, a drogę w dół schodów pokonała biegiem, mimo że niezliczoną ilość razy widziała, utratą jak wielu zębów kończyły się podobne wyścigi.Przemaszerowała przez wybrukowany dziedziniec, całkowicie zdominowany przez siódmy rocznik Puchonów, i przeszła przez kamienną bramę. Od strony błoni strzegły jej ustawione po obu bokach pomniki uskrzydlonych wieprzy; na jednym z nich siedział Bagshot, rozmawiając z wyciągniętymi na trawie kolegami.— O, Warren — odezwał się, gdy już prawie ich minęła — czekaj no chwilę, mam pytanko.— Jakie?— Czy boli cię serduszko?Marta zmarszczyła brwi, patrząc po rechoczących chłopakach.— Jesteś na słońcu parę godzin, a już dostałeś udaru?— To ty nie wiesz? Ojoj-ojojojoj!— Nie wiem czego?— Ach, nie mam pewności, czy jestem najlepszą osobą, żeby przekazywać ci takie smutne wieści.— Boże, gadaj.— Hmm… Powiedzmy, że wasze małe przedstawienie stoi pod znakiem zapytania.— Niby dlaczego?— Bo Longbottom rzucił rolą — powiedział, bezwstydnie wyszczerzony od ucha do ucha. — Dowiedziałem się tego z zaufanego źródła, nie zgadniesz od kogo.— Zmyślasz — rzuciła butnie, mimo że wiara we własne słowa zaczęła ją opuszczać jeszcze zanim je wypowiedziała. — Od kogo? Od Olivii?— Gdzie tam. Powiedział mi sam mózg operacji. Człowiek orkiestra. Wirtuoz z metr pięćdziesiąt wzrostu.— Beery? — zdumiała się, taksując go krytycznym spojrzeniem. — A niby dlaczego miałby powiedzieć akurat tobie?— Na gacie Merlina, a niektórzy twierdzą, że jesteś taka bystra — prychnął ostentacyjnie, czym wzbudził salwę tłumionych chichotów wśród kolegów, którzy podnieśli się na łokciach, żeby mieć na nią lepszy widok. — Osobiście wcale tego intelektu po tobie nie widzę, ale mniejsza z tym. Beery’emu brakuje głównego aktora, więc oczywiście — strzepał niewidzialny pyłek z ramienia — zwrócił się z tą propozycją do mnie.— Chyba sobie jaja robisz.— Jaja to on ci może pokazać — burknął jeden z chłopaków, a reszta ryknęła tak dzikim śmiechem, że rozłożone na trawie nieopodal grupki uczniów popatrzyły na nich z zainteresowaniem.Marta, czerwieńsza od dorodnego muchomora, nie miała pojęcia, co zrobić. Stała jak wryta i zapałała ogniem nienawiści do każdego z osobna, niestety największy żywiła wobec siebie. Pyskówki tego typu zawsze były jej piętą Achillesową.— Nie no, panowie, to trochę za szybko! — odezwał się Bagshot, gdy już nacieszył oczy jej zakłopotaniem. — Jestem dżentelmenem, prawda? — Ta sugestia wywołała jeszcze większą lawinę zwierzęcych ryków. — Wiesz, jak powiedziałem o tym Olivii, to prawie się udusiła ze śmiechu… ale potem mnie przed tobą przestrzegła.— Nie mam ochoty dłużej tego wysłuchiwać — warknęła Marta, wreszcie odzyskując kontrolę nad ciałem. Odwróciła się na pięcie i ledwo ruszyła w byle jaką stronę (za jedyny wyznacznik uznała brak chłopców), usłyszała za sobą tąpnięcie zeskakującego z pomnika Bagshota, a następnie kroki. — Daj mi święty spokój!— Ależ nie mogę, od tego zależy dobro całego kółka teatralnego! — zapiszczał, zaskakująco dobrze imitując podekscytowaną Betty, i zatrząsł rękami dla podkreślenia jej zwyczajowego rozegzaltowania. Ostatni raz obejrzał się na kolegów i dogonił Martę. — No i co o tym myślisz, Warren? Powinienem posłuchać rady Olivii?— Jeśli ci powiedziała, że masz odrzucić propozycję Beery’ego, to tak!Poruszała się jak najszybciej potrafiła bez przechodzenia do półbiegu, a jednak kretyńsko długonożny Bagshot nie tylko dotrzymywał jej tempa, ale uważał za komiczne okazyjne zagradzanie jej drogi.— Przestań włazić mi pod nogi — fuknęła na niego, gdy w jego policzku pojawił się ten dołeczek, do którego w innych, bardziej skretyniałych czasach wzdychała z rozmarzeniem. Wyminęła go, obierając inny kurs.— Przepraszam, masz chyba jakieś przyciąganie — zaśmiał się cicho, wciskając dłonie do kieszeni. Kontynuował irytowanie jej, tym razem idąc tyłem o krok przed nią, a ona życzyła mu potknięcia się o te jego błazeńsko wielkie stopy. — Nie jesteś ani trochę ciekawa? Wcale? — zaczepiał ją bez końca. — No dobrze, już tak nie błagaj! Olivia powiedziała mi, że jeśli wezmę tę rolę, to potem się od ciebie nie opędzę. Ma rację?— Że co? — prychnęła, znów dostosowując kierunek ucieczki, gdy niespodziewanie wyrósł jej przed nosem. — Nie wiem, o czym mówi ta poczadziała raszpla, ale mogę ci przyrzec, Bagshot, że nie istnieje żadna rzeczywistość, w której…!— Tak tak, jasssne — zagłuszył ją westchnieniem, wywracając oczami. Zbliżył się do niej z powalającym uśmiechem, więc w poszukiwaniu ratunku odbiła w prawo. Dopiero wtedy zaświtało jej w głowie, że chyba stał za tym konkretny cel. — Nie ma w tej szkole dziewczyny, która byłaby odporna na to wszystko. — Gestem ogarnął swoją twarz i ciało. — Szczególnie taka ty.— Proszę cię, daj mi…— Grzeczna romantyczka — kontynuował, z najwyższą przyjemnością sącząc każde słowo — marząca o wielkiej miłości ze swoim idealnym księciem, niedoświadczona…Ostatnie słowo zmroziło Martę do szpiku kości. Ta reakcja musiała zostać zdradzona przez jej twarz, jako że przepełnione pychą oblicze Bagshota rozbłysło jeszcze większym podekscytowaniem.— A więc to prawda — dodał z satysfakcją. — Nie wierzę we wszystkie głupoty, o jakich papla Olivia, a jednak. Mówiła, że nawet się nie całowałaś.— Powiedz mi jedno, Bagshot — wycedziła przez zaciśnięte zęby; serce tłukło się w jej piersi tak głośno, że z trudem słyszała samą siebie. — Myślisz, że podzieliłabym się taką informacją z największą plotkarą i żmiją Hogwartu?— O, czyli kłamała? — zdumiał się teatralnie. — Skoro tak, to pewnie nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli przećwiczymy akurat tę jedną kluczową scenę.Stanęła jak wryta, porażona gromem olśnienia, gdy postawił w jej stronę pełen tupetu krok. Szkolne mury, przenikające chłodem jej plecy, pozbawiły ją kolejnej drogi ucieczki, Bagshot celowo zaganiał ją jak bydło prosto do wyludnionego, pozbawionego bliskich wejść do zamku rejonu błoni!— Ostrzegam cię, Bagshot — powiedziała, poniekąd dumna z siebie, że udało się jej wypowiedzieć to zdanie bez żadnego „eee”, ze stanowczością i groźnie wycelowanym w jego pierś palcem. — Odwal się ode mnie albo opowiem wszystko Cyrilli.— Śmiało — przyjął wyzwanie, opierając dłoń obok jej głowy. — Najwyżej to ciebie zabiorę na bal.Gdy tylko pochylił się ku niej z zamkniętymi oczami, czmychnęła mu pod ręką. Przez głowę śmignęło jej wspomnienie zakończonej bójki z Donną i wyszeptanej przez Toma formułki zaklęcia, lecz jak na złość zbyt duży atlas utrudniał jej wydobycie różdżki w trakcie półbiegu ku szklarniom. Akurat przekonywała się w duchu, że istniał więcej niż cień szansy na to, że profesor Beery właśnie doglądał tam mandragor, gdy szamotanina z torbą zakończyła się rozsypaniem całej jej zawartości po trawie.— Pomogę ci — zaoferował roześmiany Bagshot.Gdy Marta się na niego obejrzała, zauważyła, że dopiero co schował coś do tylnej kieszeni spodni.— Pomożesz? Ty to zrobiłeś! — krzyknęła, odnajdując różdżkę pośród różnych drobiazgów. Zaklęciem wysłała je z powrotem na miejsce, lecz Bagshot zdążył złapać w locie atlas.— A co my tu mamy? — spytał, wykonując zręczny unik przed jej wyciągniętymi rękoma. Złapał brzeg stron i zaczął wypuszczać je z uścisku jedna po drugiej, żeby przejrzeć wszystkie ilustracje. Przez jego twarz przemknął szok, momentalnie zastąpiony przez dzikie rozanielenie. — Warren, Warren, Warren…Tym razem rzuciła się ku szklarniom biegiem, trawiona przez taki rodzaj wstydu, jakiego nie doświadczyła nigdy w życiu. Chciała umrzeć, Boże, chciała, żeby to wszystko zakończyło się raz na zawsze! Jej życie było okrutną czarną komedią, śmieszną dla wszystkich poza nią samą!— Czekaj! Mam dla ciebie propozycję!Wpadła do szklarni, zatrzaskując za sobą drzwi. Zamierzała rzucić na nie zaklęcie ryglujące, byleby choć na chwilę opóźnić goniącego ją Bagshota, ale zorientowała się, że jej ręce były puste. W trakcie tej chaotycznej ucieczki musiała upuścić różdżkę!Bagshot wepchnął się do środka, mimo że próbowała zabarykadować wejście własnym ciałem. Oddychał ciężko, niestety zadyszka nie starła mu z twarzy tego bezwstydnego uśmieszku. Nie pozostało jej nic innego, jak gorliwie przekonywać samą siebie, że gdyby nie była skończoną idiotką, mogłaby teraz podziwiać, jak wpływają na niego efekty jakiejś paskudnej klątwy. Najpaskudniejszej, jaka istniała!— Jeden buziak, Warren — zaproponował, próbując pokazać jej rysunki w atlasie (broniła się odwracaniem głowy i zamknięciem oczu, gdy podsuwał jej książkę pod nos) — i nie pisnę słówka o tym, czym zajmujesz się w wolnym czasie. No, nie bądź taka… to nieuniknione. I tak do tego dojdzie.— Do czego? — usłyszała zza pleców znudzony głos.Na widok Abraxasa kamień spadł jej z serca tylko po to, żeby po chwili przygniotło ją spojrzenie Toma, który wyłonił się zza rogu. Nie lubiła, gdy jego twarz wykrzywiały tak dziwne miny; wydawał się równocześnie rozbawiony, ale i emanujący wzgardą, podekscytowany, ale i dogłębnie zdegustowany. Marta pocieszała się myślą, że przynajmniej tym razem nie miała nic wspólnego z zapoczątkowaniem tego koktajlu emocji.— A, takie tam — odparł szorstko Bagshot, patrząc na ilustracje — sprawy kółka teatralnego.Abraxas dyskretnie odchrząknął, na co Tom — ku rosnącemu przerażeniu Marty — pociągnął w górę rozpięty rozporek. Zbliżył się do nich z psotliwym błyskiem w oku, mimo że gdzieś pod wachlarzem czarnych rzęs czaił się chłód podszyty podejrzliwością.— Ciekawi, jak naczelny wzór cnoty całego Hogwartu spędza wolne popołudnie? — zagadnął Bagshot, posyłając Marcie jadowite spojrzenie, zanim odwrócił atlas w stronę chłopaków. — Coś w tych czerwonych policzkach mi mówi, że najbardziej zainteresowało ją właśnie to.Bezlitośnie powoli przewrócił stronę, żeby pokazać im wszystkim ukazanego z bocznej perspektywy członka w pełnej erekcji. Marta poczuła, jak ciało znów odmawia jej posłuszeństwa, a cała krew odpływa od twarzy tak szybko, że zrobiło się jej lekko w głowie. Nie potrafiła oderwać wzroku od ilustracji, a chociaż patrzenie na nią w tym towarzystwie uważała za gorsze od tortur Cruciatusem , jeszcze gorsze byłoby zobaczenie ich min.Podczas gdy ona zaklinała rzeczywistość, chcąc sprowadzić na siebie coś, co uwolni ją od tej męczarni (spontaniczne omdlenie, pozbawiające życia trafienie gromem z jasnego nieba, zsynchronizowane uderzenie dziesięciu plag egipskich w budynek szklarni), atlas w pełnej ciszy przeszedł w inne ręce. Tom wydał z siebie cichy, trudny do zdefiniowania pomruk, zaglądając kilka stron w tył, a następnie w przód. Zanim Marta zdążyła zareagować, wszyscy zobaczyli ten BEZBOŻNY w swoim rozkraczeniu przekrój kobiety.Abraxas jak za pstryknięciem palców zamaskował początkowe obrzydzenie poprzez wykrzywienie warg w zblazowanym grymasie, natomiast Bagshot i — czego się nie spodziewała, a co okazało się tysiąckroć gorsze od setek tysięcy, MILIONÓW Cruciatusów — Tom równocześnie przenieśli spojrzenia na nią. Zapytana o to, gdzie patrzyli, Marta po godzinnym podtapianiu wyznałaby, że nie były to jej oczy.Nigdy w życiu tak mocno nie pragnęła śmierci. W ułamku sekundy zaplanowała wszystko: ucieknie stąd, żeby pozostać gdzieś w ukryciu do wieczora, a na krótko przed godziną nocną rzuci się ze szczytu sowiarni, ściskając w garści dwa listy samobójcze. Jeden zaadresowany do matki, przepraszający ją za wszystko, co związane z czarami; drugi do profesora Dumbledore’a, w którym przyznaje się do porażki i błaga go, aby cofnął się siedemnaście lat w czasie i dostosował przeszłość tak, aby się nigdy nie narodziła. Wierzyła z całego serca, że tak wstrząsający poziom wstydu podążyłby za nią wszędzie tylko nie do Nieba, jako że wstęp do niego straci w momencie zbrukania się popełnieniem grzechu śmiertelnego.— Cóż — głos Toma wyrwał ją z wyobrażeń, jak pozwala, żeby wielka kałamarnica pociągnęła ją na samo dno jeziora (ten rodzaj śmierci wydał się jej najbardziej dramatyczny) — wygląda na to, że ją zdemaskowałeś, Bagshot. Zawsze zgadzałem się z Molierem — dodał, przeszywając ją tak intensywnym spojrzeniem, że nie miała innego wyboru, a pod nim struchleć. — W „Świętoszku” pisał, że najgłośniej krzyczą ci, co najwięcej grzeszą. Zdaje się, że powinnaś nadrobić braki w lekturze, Warren. Krytyka hipokryzji religijnej to coś dla ciebie.Zatrzasnął atlas z głuchym hukiem i wcisnął jej go w ręce. Zanim się odwrócił, nawiązał przelotny kontakt wzrokowy z Abraxasem, przejawiającym pierwsze objawy obrażenia na cały świat, a ten zarzucił rękę na ramię Bagshota i powiedział:— Dobrze się składa, że tu jesteś. Ojciec kazał mi z tobą pogadać, miał jakieś pytanie odnośnie tego, w czym specjalizuje się twój pradziadek, Otto. Pośród Malfoyów cieszy się naprawdę wielkim poważaniem…Z dziecinną prostotą posłużył się pochlebstwami i odwrócił uwagę Bagshota, wyprowadzając go ze szklarni. Marta odczekała kilka chwil, zanim złapała za klamkę, ale drzwi ani drgnęły. Szarpnęła za nie raz, drugi, żeby po odwróceniu stanąć oko w oko z Tomem. Uwydatniający się mięsień szczęki i stwardniałe rysy twarzy świadczyły tylko o jednym.— Gdzie twoja różdżka? — spytał, stawiając krok w jej stronę, przez co poczuła się, jakby odtwarzała sytuację sprzed kwadransa.— Upuściłam.— Upuściłaś?Przytaknęła cicho ze spuszczoną głową, nie do końca wiedząc, dlaczego w tym momencie zdominował ją wszechogarniający wstyd, a nie przerażenie. Być może gdyby ta urągająca dumie interakcja z Bagshotem nie ciągnęła się tak długo albo gdyby zostawiła ten przeklęty atlas w skrzydle szpitalnym, tak jak planowała, nie znajdowałaby się teraz w takiej rozsypce.— Może to i lepiej — odparł półszeptem, ujmując ją pod brodę. Delikatnym, ale stanowczym gestem zmusił ją, żeby popatrzyła mu w oczy tylko po to, aby wedrzeć się siłą do jej osłabionego umysłu.

----- CHAPTER BREAK -----

Stawiała tak niewielki opór, że bolało jedynie przez chwilę. Gdy profesor Dumbledore przypuszczał atak na jej umysł, odczuwała jego obecność w swojej głowie z każdej strony, jednakowo intensywną i napierającą, lecz Tom działał inaczej. Jego moc okrążyła ją w ułamku sekundy, badając powłokę wytworzonej przez nią bariery, a po znalezieniu słabego punktu błyskawicznie się przez niego przebił, z początku przeszywając ją niczym szpikulcem, lecz wraz z upływem czasu i ilością wydobywanych wspomnień jego obecność upodobniła się do tnącego, zakończonego pętlą leukotomu. Precyzja, z jaką poruszał się w jej jaźni, była godna psychochirurgów, którzy bezpowrotnie zmieniali życia swoich pacjentów za pomocą lobotomii.

Po zaledwie kilku chwilach pojęła, z jak wielką wyrozumiałością i troską obchodził się z nią profesor Dumbledore. W jego towarzystwie potrafiła ćwiczyć przez nawet kilka godzin, a teraz, nieprzygotowana i rozhisteryzowana, w ułamku sekundy opadła z sił. Zabrakło jej ich tak skrajnie i błyskawicznie, że nawet nie zdołała przerazić się perspektywą wyjawienia prawdy. Być może gdyby zachowanie Bagshota wywołało w niej choć odrobinę słabsze emocje, Tom wyczułby jej stres, uznałby stawianie bardziej zdecydowanego oporu za podejrzane, lecz — na szczęście — wycofał się z jej umysłu w momencie, gdy siedziała na parapecie, w gabinecie pani Goldie.

— Jesteś niereformowalna — zawyrokował, nie przejawiając szczególnego przejęcia tym, że Marta przelewała mu się przez ręce. Zamiast ją złapać czy podtrzymać, wsparł dłoń u podstawy jej szyi, na obojczykach, a następnie docisnął ją do trzeszczących szklanych drzwi, co nieco ją otrzeźwiło. — Powiedz mi, Warren, co jest z tobą nie tak? Z czego bierze się twoja rażąca niekompetencja? Czy to te wszystkie naiwne romanse doprowadziły twój mózg do takiego stopnia niedorozwoju, że nie jesteś w stanie rozpoznać sytuacji zagrożenia? A może liczyłaś, że Longbottom spadnie ci z nieba niczym

deus ex machina

i stanie na straży twojej cnoty, hm? A może liczyłaś, że zrobię to ja? — Zaśmiał się tak gromko, jakby nigdy nie zaświtałby mu w głowie tak niedorzeczny pomysł. — Nie interesują mnie takie żałosne ofiary losu jak ty, więc zrób mi tę łaskę i nawet na to nie licz. Nawarzyłaś sobie piwa z Bagshotem, zachowując się jak roztrzepana kretynka, to sama je wypijesz.

— To nie moja wina! — sprzeciwiła się zachrypniętym głosem. Miała ochotę odepchnąć jego rękę, ale w obecnym momencie prowokacja nie przyniosłaby niczego dobrego. — Boże, czy ja chciałam, żeby on za mną polazł? Nie! Zresztą, sam widziałeś! Wyjęłam różdżkę, zamierzałam trzasnąć mu w tę nadętą paszczę jakąś klątwą, ale on akurat znalazł tamtą stronę i… — Pękła pod bezlitosnym spojrzeniem Toma, opuszczając głowę. Mimo że najlepszym wyborem byłoby przyznanie się do „błędu”, te słowa nie przeszłyby jej przez gardło. Nie powstrzymała się też przed gniewnym wymamrotaniem: — To

nie jest

moja wina, że ludzie mnie tak traktują.

— Jest. Sama ich do tego zapraszasz — powiedział. — Całą sobą. Swoim do bólu poprawnym, grzecznym zachowaniem. Chudymi nadgarstkami, szyją delikatną jak u łabędzia — przesunął po niej kciukiem, zniżając głos do zabarwionego zamyśleniem półszeptu — słabym ciałem. Tymi oczami przepełnionymi skrajną naiwnością i desperacką potrzebą dopatrywania się dobra w każdym. To wszystko wręcz doprasza się przemocy.

Marta otworzyła usta, żeby zaprzeczyć, jakoby którakolwiek z wymienionych przez niego rzeczy była jej winą (być może ostatnia; pierwszych dwóch nie brała pod uwagę, w końcu Hogwart pękał w szwach od ułożonych dziewcząt, którym nikt nie groził i nie traktował ich jak worek treningowy!), lecz w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Komentarze na temat jej wyglądu brzmiały w jego ustach tak niecodziennie, że wręcz podejrzanie.

— Nie interesują cię takie żałosne ofiary losu jak ja, pamiętasz? — przypomniała mu, odważywszy się zdjąć z siebie jego rękę. Na szczęście nie miał nic przeciwko.

— Nie w ten sposób — odparł z niepokojącym drgnieniem kącika ust. Nie potrzebowała ani znaku więcej, żeby pożałować swoich słów. Pytanie tylko, jak gorzko. — Ale może powinnaś? Nie jesteś byle jaką ofiarą losu. Jesteś

moją

ofiarą losu. Może w moim interesie leży poważne zainteresowanie się twoją… czystością.

— Nie rozśmieszaj mnie — wymamrotała, skołowana. Nic w jego stonowanej minie nie stanowiło podpowiedzi, na ile właśnie sobie żartował; wolała też przyjąć, że mieli na myśli dwa różne rodzaje czystości. — Sam mi obiecałeś, że dopilnujesz, żebym porzuciła wszystkie swoje wartości.

— W rzeczy samej — przyznał, uniesieniem palca sygnalizując, że jej argument był niezwykle trafny. — Jak sama zauważyłaś, to do mnie należy prawo, a także pierwszeństwo w przeciągnięciu cię na ciemną stronę i zmuszeniu do porzucenia tych swoich śmiesznych ideałów. — Zmierzył ją spojrzeniem otwarcie szacującym jej wartość, prawie jakby oceniał, czy ta gra była warta świeczki. — Skoro nic tylko udowadniasz, jak wielką sierotą jesteś, wdajesz się w śmieszne szarpaniny ze szlamami, gubisz różdżkę i przynosisz mi wstyd nieumiejętnością prostej odmowy takiemu półmózgiemu śmieciowi, jakim jest Bagshot, nie widzę innej opcji niż otoczenie cię swoim patronatem. Nie potrafisz poradzić sobie sama? Nie będziesz musiała. Zadbam o wszystko, Marto.

Zatkało ją. Żywe poruszenie, z jakim wypowiadał te słowa, nie pozostawiało wątpliwości, że nie dawał jej nawet możliwości podjęcia dyskusji w temacie, a jego wyzywająca mina stanowiła poświadczenie tego, do czego by doszło, gdyby tylko odważyła się powiedzieć „nie”.

— Co to niby znaczy? — spytała, cała napięta ze stresu o to, w jak wielkie bagno właśnie wdepnęła. — Co rozumiesz przez to, że o wszystko „zadbasz”?

— Tylko tyle, że w twoim interesie jest niedopuszczenie do sytuacji podobnych do tej, która niedawno miała miejsce. A jeśli dopuścisz, upewnię się, żeby już więcej do tego nie doszło.

W jego wykonaniu te słowa mogły oznaczać dosłownie wszystko. Mimo że jeszcze po szarpaninie z Donną znalazła pocieszenie w obecności Toma, teraz cały ten „patronat” odbijał się jej czkawką.

— Więc jeśli Bagshot zaczepiłby mnie jeszcze raz… zrobiłbyś mu coś?

Wydął usta w akcie udawanej obojętności, choć bylo jasnym, że pragnął się uśmiechnąć. Widziała to w jego roześmianych oczach, drgnieniu mięśni policzków i spowijającej go aurze diabelskiej psoty.

— Powiedzmy, że dam mu do zrozumienia, że nikt nie dotyka tego, co należy do mnie — odparł tak zwodniczo niewinnym tonem, jakby właśnie rozmawiali o ładnej pogodzie za oknem. — Rzecz jasna w takim wypadku
musiałbym też ukarać ciebie. Uważam, że odpowiednia dyscyplina jest jednym z najważniejszych aspektów prawidłowego wychowania.

— A kim ty jesteś, żeby mnie wychowywać?

Boże, pomyślała, gdy tym razem nie powstrzymał się od odsłonienia wszystkich zębów w iście upiornym uśmiechu, wręcz kipiącym świadomością, że odcięto jej już wszystkie drogi ucieczki. Chciałaby móc szczerze powiedzieć, że to on wykopał jej ten grób, lecz po prawdzie niejednokrotnie aktywnie w tym uczestniczyła.

— Być może łatwiej byłoby ci to wywnioskować, gdybym użył innego słowa: tresury — powiedział. — Kim jestem, Warren? Twoim właścicielem.

Otrząsnęła się jak po wymierzeniu siarczystego policzka.

— Nie udawaj zaskoczonej — kontynuował z jawną, okrutną rozkoszą — pogwałciłem twoją prywatność na wszystkie sposoby, jakie tylko możesz sobie wyobrazić. Zmusiłem cię do noszenia mojego szpiega w kieszeni. Przyznam, nie wytresowałem cię jeszcze na tyle dobrze, żebyś zadowalająco wykonywała moje polecenia, ale to tylko kwestia czasu. Co jeszcze muszę zrobić, żebyś przestała żyć w cukierkowej krainie fantazji i wreszcie zrozumiała, że będziesz miała tylko taką przyszłość, na jaką ci zezwolę? — spytał, wyczekująco unosząc brwi. — Czy powinienem pokazać ci to w bardziej dobitny sposób? Zobrazować ci to lepiej niż dotychczas, tylko jak? — zadumał się ostentacyjnie. — Co byś powiedziała na noszenie obroży?

— Tom, proszę cię — zwróciła się do niego ze zrezygnowaniem godnym wypalonej zawodowo przedszkolanki — nie rób tego.

— Ale dlaczego? — dociekał z ustami ułożonymi w smutną podkówkę. — Skoro Bagshot mógł się z tobą zabawiać, ja tym bardziej mam do tego prawo.

Zazgrzytała zębami.

— Nikt się ze mną nie zabawiał.

— Nie?

— Wiesz o mnie wszystko — przyznała wbrew sobie. — Czytałeś mój pamiętnik.

— Nie mogę się doczekać, aż znowu włamię się do waszego dormitorium, żeby przeczytać najnowszy wpis. „Drogi pamiętniczku” — przybrał prześmiewczo rozentuzjazmowany głosik — „Tom nie zachował się dziś jak dżentelmen. Zamiast ochronić mnie przed Bagshotem, chętnym na rozpięcie guziczka mojej bluzeczki, potraktował mnie jak psa.” — Wyszczerzony od ucha do ucha, machnięciem różdżki przyzwał z nicości skórzaną obrożę, która samoistnie zapięła się wokół jej szyi, i dopasował ją zdecydowanie za ciasno. — No, nie bądź taka nudna. Jeśli grzecznie zrobisz rundkę po szklarni, dam ci przysmak… I może jakąś nagrodę.

Przełknęła cisnące się jej na usta przekleństwo, gdy nie spuszczał z niej oczu podczas zapinania jej smyczy. Owinął ją sobie kilka razy wokół dłoni, jakby spodziewał się oporu, i lekkim pociągnięciem zachęcił Martę do ruszenia się z miejsca.

— Nagrodę? — spytała przez zaciśnięte zęby.

— Od dłuższego czasu mam ochotę zrobić coś, co by ci się nie spodobało — zaćwiergotał radośnie, idąc tyłem, żeby podziwiać ją w pełnej krasie, całą rozpaloną od upokorzenia. — Mogę przełożyć to na później.

— Co takiego?

— Nie zdecydowałem jeszcze dokładnie, co zrobię z Longbottomem, ale skłaniałem się ku wypatroszeniu.

Uśmiechnął się szerzej, bezwstydnie i diabolicznie, gdy przestała stawiać opór na smyczy. Wsunął różdżkę do tylnej kieszeni spodni.

— Jaka grzeczna psinka — pochwalił ją, na moment odwracając się do niej plecami, żeby wyminąć wysokie donice z bujnymi kolcokrzewami. Odstawiając na bok antypatię do profesora Beery’ego, trzeba było mu przyznać, że rękę do roślin miał jak nikt inny. — Proszę, odbierz to jako komplement: jesteś do tego stworzona.

— Obiecaj, że nic mu nie zrobisz — poprosiła, podchodząc bliżej, ale Tom tylko nabrał tempa.

— Nie.

— W niczym ci nie przeszkadza.

— Oczywiście, że przeszkadza — zaprotestował żywo, szarpnąwszy za smycz dla podkreślenia tych słów. Porażona bólem Marta zatoczyła się w przód, prawie strącając z drewnianego stanowiska doniczkę z jakąś sadzonką. — Przeszkadza mi, że się wokół ciebie kręci. Przeszkadza mi, że ten zdrajca krwi kładzie na tobie swoje brudne łapska. Przeszkadza mi to, że gdyby nie on, uległabyś mi szybciej.

— Teraz jestem uległa — odparła, łapiąc za smycz, żeby zamortyzować następne szarpnięcie. Tom uniósł wyzywająco brew, więc opuściła ręce, pokonana.

— Zaczynasz rozumieć, jak można mnie zadowolić — przyznał, tym razem prawie przeciągając ją na zakręcie przez stos worków z ziemią. Została im ostatnia prosta pełnego okrążenia. — Wiesz co, Warren? Myślę, że jak tylko wrócisz dziś do dormitorium, napiszesz w tym swoim śmiesznym pamiętniku coś, czego nigdy nie przyznałabyś na głos.

— Niby co?

— „Nie mów tego nikomu, drogi pamiętniczku” — zachichotał dziewczyńsko — „ale podoba mi się to. Jestem dumna z tego, że to właśnie mnie Tom chciał mieć na końcu swojej smyczy. Czuję się wyróżniona, że to właśnie on jest moim pierwszym i jedynym panem. Jeśli tylko byłby trochę milszy, nie pogniewałabym się, gdyby to on zechciał odpiąć gu…”

Marta miała dość tak, jak nigdy w życiu. Wykorzystała to, że szedł sprężystym krokiem, jak gdyby nigdy nic patrząc przez siebie, żeby wyszarpnąć mu różdżkę z kieszeni. Tom wyczuł, co się święci, lecz nie zdążył odtrącić jej ręki. Zamiast tego złapał ją za włosy i szarpnął, obnażając dziko zęby, a jej mimo bólu udało się rzucić pierwsze lepsze zaklęcie, jakie przyszło jej do głowy.

Rzuciła nim tak mocno, że przeleciał przez sięgającą sufitu ścianę wielokolorowego bluszczu zębiatego. Kolejnym zaskakująco zręcznym machnięciem różdżki posłała w niebyt obrożę i smycz, zanim siła pchnięcia pociągnęłaby ją za nim, a następnie pobiegła łeb na szyję w przeciwną stronę.

W czasie gdy zza szelestu wzruszonych liści wydobyło się gardłowe, noszące ślady oszołomienia stęknięcie, Martę opuściła zdolność trzeźwego myślenia. Przebiegła przez przeszklony tunel prowadzący do ostatniej szklarni i odbiła się od zaryglowanych magicznie drzwi. Ręce tak się jej trzęsły, że

Alohomora

zadziałała dopiero za drugim razem, a gdy Marta wpadła do środka, momentalnie zrozumiała swój błąd. Jedyna droga do wyjścia znajdowała się za jej plecami.

Ledwo ukryła się między sięgającymi jej pasa donicami, podczas kucania przeklinając ograniczającą ruchy spódnicę, Tom obwieścił swoje przybycie wygłodniałym śmiechem.

— Wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze? — zagadnął. — Zrobiliśmy pełne okrążenie. Longbottom dożyje nastepnego dnia, czego niestety nie mogę powiedzieć o tobie.

Wywróciła oczami, jeszcze bardziej się kurcząc, gdy usłyszała zbliżające się kroki. Napięła się w przygotowaniu do rzucenia kolejnego zaklęcia, tym razem ogłuszającego, czekając, aż choć skrawek Toma wyłoni się zza wysokich łodyg.

Niewiele brakowało, a zrobiłaby to, lecz ku jej zaskoczeniu poszedł dalej, rozglądając się. Jego kroki stały się ostrożniejsze, kolana ugięły się nieznacznie, a linia ramion napięła jak u drapieżnika czającego się w wysokiej trawie na zwierzynę.

Dominująca część niej chciała się poddać, a pozostała podzieliła się między pragnieniem ratowania się ucieczką i potencjalnym odroczeniem zemsty a kontynuowaniem walki. Przygniatała ją świadomość, że nieważne, jaką przewagę udałoby się jej uzyskać nad Tomem, nie miała przeciwko niemu żadnych szans.

Mimo przekonywania samej siebie, że najlepiej będzie wyjść z ukrycia i przekazać się w jego ręce, licząc na typową dla niego formę litości, nie potrafiła się do tego zmusić. Zareagowała pod wpływem impulsu, cisnąwszy zaklęcie w przeciwległą szybę. Wzruszane śmignięciem powietrza liście rozbrzmiały szelestem, a czerwony snop odbił się od magicznej bariery i pomknął rykoszetem w stronę Toma.

Wyślizgnęła się spomiędzy donic, kątem oka zauważywszy, jak zakrył głowę rękoma. Nie przebiegła nawet połowy szklarni, a skoncentrowana moc uderzyła w zgięcie jej kolan, posyłając ją prosto na kamienne płyty, spomiędzy których wyrastały zdeptane kępki trawy.

Marta zdążyła przekręcić się na bok, zanim but przyszpilił jej nadgarstek do ziemi. Pod bezlitosnym naporem nie miała innego wyjścia, jak wypuścić różdżkę spomiędzy palców, lecz nie zamierzała dać Tomowi satysfakcji natychmiastowym poddaniem się. Gdy tylko schylił się, żeby odzyskać swoją własność, Marta zakasała spodnicę i kopnęła go w piszczel. Zachwiał się, więc rzuciła się na niego i wylądowała na nim, waląc rękoma na oślep niczym rozszalałe zwierzę.

Spodziewała się wszystkiego, tylko nie tego. Złapania za włosy, ciosu w twarz, zepchnięcia takim samym magicznym zrywem, jaki powalił ją na ziemię, ale Tom zaledwie unieruchomił jej nadgarstki. Gdy nie doczekała się bólu, uniosła powieki. Rozpalał go tak grzeszny płomień najczystszej formy rozkoszy, że od czubka głowy po stopy obmył ją lodowaty strumień strachu.

Zdążyła jeszcze pomyśleć, że zakończony trójkątnym ostrzem ogon i kręte, wyrastające spomiędzy loków rogi skomplementowałyby jego diabelską urodę, zanim dowiedziała się, co go tam cieszyło. Wcale nie patrzył na nią, a

nad

nią.

Coś gładkiego musnęło jej kark, żeby błyskawicznie opleść jej szyję i zerwać ją z torsu Toma. Marta zdążyła spojrzeć prosto w ciemnoróżową, otoczoną zębami
głębię otworu gębowego ludołówki, zanim snop zaklęcia przemknął tuż przed jej twarzą, amputując oplatający ją język. Padła na kolana, krztusząc się i zrywając pozostałości liścia z szyi. Gdy tylko Tom pchnął ją na plecy, żeby usiąść na niej okrakiem, roześmiała się histerycznie, zrozumiawszy, że wcześniej wcale nie stawiał oporu.

— Widzę, że nie tylko ja wyśmienicie się bawię — mruknął, dociskając jej ręce do ziemi. — Niestety nawet najlepsza zabawa musi dobiec końca.

Crucio.

Milisekunda wystarczyła, żeby ból przeżarł ją niczym kwas. Jej ciało zajęło się roztapiającym zakończenia nerwowe ogniem, skóra zrywała się z niej w całości setki tysięcy razy, lodowate szpikulce przeszywały jej oczy i rzeźbiły wzory we wnętrzu jej czaszki, a kości kruszyły się w pył. Jedyna koherentna myśl, jaka pojawiła się w jej głowie po utraceniu kontaktu z rzeczywistością, to pogodzenie się z byciem zesłaną na wieczne tortury wprost w czeluście piekieł.

Agonia ustała. Marta spanikowała, porażona szokiem, że wciąż żyła. Próbowała się wyrwać, szamotała się jak rozszalała, lecz przygniatający jej tułów ciężar i para dłoni wpijających się w ramiona trzymały ją na miejscu. Przed oczami wciąż latały jej mroczki, a zawieszone nad sobą oblicze widziała tylko wtedy, gdy przenosiła wzrok w boczne punkty sufitu. Mimo targającego nią pierwotnego strachu, otumanienie okazało się posiadać dobre strony: przez cudownie błogi w swojej naiwności moment sądziła, że Tom to jakiś przypadkowy chłopak, który znalazł ją na ziemi i starał się jej pomóc. Niestety prawda spadła na nią z mrożących krew w żyłach świstem niczym ostrze gilotyny.

— Twój pierwszy raz za tobą — powiedział z dumą świeżo upieczonego ojca, gdy opadła z sił. — Poradziłaś sobie znacznie lepiej, niż myślałem. Abraxas się zmoczył.

Marta zamrugała, wpatrując się w niego jak zahipnotyzowana. Czuła, że nawet gdyby chciała mu odpowiedzieć, nie potrafiłaby przekuć myśli w słowa. Jej przeszywany skurczami język i zdarte od krzyków gardło nie były aktualnie zdolne do niczego.

— Z nim jest całkowicie inaczej — kontynuował pogodnie. — Boi się, ale nigdy nie ucieka, wręcz przeciwnie. Czeka na to. Prowokuje mnie, drażni. Kiedy zbyt długo go ignoruję, bywa, że sam z siebie mnie atakuje. Zapasy, szybki

Cruciatus

, znów zapasy…

Odetchnął z zaaferowaniem, jakby sam siebie przyłapał na niepotrzebnym odchodzeniu od głównego tematu, i ujął Martę pod brodę. Przypatrywał się jej w ciszy, chłonąc widok jej lśniących od łez policzków, sklejonych wilgocią rzęs i zaczerwienionych oczu; przyglądał się jej tak, jakby chciał zapamiętać ten moment na zawsze, ją tkwiącą w rozsypce, wstrząsaną przelotnym spazmem mięśni i niezdolną do nabierania głębokich oddechów.

Dla niego to naprawdę był ich pierwszy raz.

— Wyglądasz zjawiskowo, taka cała zapłakana — skomplementował ją półszeptem, pochylając się nad nią. — Wiesz, co widzę w twoich oczach? Najpiękniejszy rodzaj strachu, tętniący pierwotną energią. Jesteś jak młoda sarna z przetrąconą nogą, wciąż pełna życia i siły mimo bólu, ale i świadoma, że uciekanie przed przeznaczeniem nie ma żadnego sensu. — Przełknął głośno ślinę. — Abraxas taki nie jest. Myśli, że to zabawa. Do pewnego stopnia ma rację i doceniam to, że podkłada się dla zaspokojenia mnie, ale nie rozumie najważniejszego — przerwał, zwilżając kącik ust językiem. — Nie czuje się wobec mnie bezbronny ani zdany na moją łaskę tak jak ty. Myśli, że śmierć z moich rąk go nie dotyczy, bo jest zbyt wysoko urodzony, bo może mi zaoferować swoje koneksje, dostęp do biblioteki, przy której Zakazany Dział blednie. Nie rozumie, że jeśli tylko tego zapragnę, wyrżnę cały jego ród. Przejmę na własność te ich śmieszne posiadłości. Wezmę sobie tę bibliotekę. Założę ich skóry, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ale ty to rozumiesz, prawda? Nie lekceważysz mnie. Wiesz, że nie masz ze mną najmniejszych szans.

Pogładził jej policzek, nieobecny duchem, aż wreszcie spojrzał na nią z żywym zainteresowaniem, ciekaw jej reakcji na te słowa. Podczas gdy ona próbowała zmusić struny głosowe do współpracy, on przeciągnął kciukiem wilgoć na jej usta, prawie jakby chciał, żeby zasmakowała łez, których był autorem.

— Nikt — nie udało się jej wydać dźwięku, ale Tom odczytał to słowo z ruchu warg.

— Nikt nie ma ze mną szans — potwierdził, skinąwszy głową. — Cały świat padnie przede mną na kolana.

— Utknęłam — udało się jej wydusić na głos, lecz tym razem nie odgadł tego, co miała na myśli, o czym świadczyła jego uniesiona brew. — Z tobą. Na dobre.

Obdarzył ją prawdziwie ciepłym uśmiechem. Wyglądał na jego twarzy tak groteskowo, jakby na moment w jego ciele zamieszkał ktoś inny. Tom, który nie został poczęty z gwałtu, pod działaniem Amortencji, a zwyczajny chłopak z ciężkim, lecz nie aż tak tragicznym życiem, jakie spotkało go w sierocińcu.

— Tak, dokładnie tak — wyszeptał szybko, gdy gdzieś głęboko w niej puściła ostatnia wynędzniała oklumencyjna tama. Marta rozpłakała się jak dziecko, strącając okulary z twarzy, żeby docisnąć palce do oczu. — Należysz do mnie, na zawsze, tylko do mnie, rozumiesz? — wymamrotał kojąco, napierając piersią na jej dłoń, gdy spróbowała go od siebie odsunąć. Wsunął rękę pod jej łopatki i przygarnął ją do siebie tak mocno, jakby pragnął złączyć się z nią w jedno. — Zabiorę cię ze sobą.

— Ale ja mam rodzinę — jęknęła prosto w jego ciepły sweter. — Moja mama…

— Nie masz matki — sprzeciwił się, ostrzegawczo wpijając jej palce w skórę. — Ta mugolka nigdy o ciebie nie dbała. Zawsze byłaś jej obojętna, a potem jeszcze cię znienawidziła. Za to, czym jesteś. Wydała cię na świat i zostawiła na pastwę losu, jakbyś była śmieciem. Przynajmniej tyle, że nie miała czelności umrzeć tak jak moja — prychnął ze wzgardą, równocześnie gładząc roztrzęsioną Martę po włosach. Hipnotycznie kołysał się z nią w ramionach. — Ja i ty. Jesteśmy związani, było nam to pisane, rozumiesz? Nierozerwalni. Nieśmiertelni.

Nie przerwał. Marta nie potrafiła rozróżnić, czy zasypywał ją strzępami luźnych myśli, planami na przyszłość czy czczą gadaniną; próbowała zadawać mu pytania, a on albo je ignorował, kontynuując tyradę, albo słuchał jej uważnie, żeby zarzucić ją nieznanymi jej magicznymi terminami i używać słów, których nie znała. Odniosła wrażenie, że wpuścił ją do wezbranego powodzią strumienia swojej świadomości, więc przestała się odzywać i pozwoliła mu się ponieść. Nie potrafiła się nadziwić, jak doszło do tego, że znalazła się w ramionach tego obłąkanego chłopaka i dlaczego, na Boga, czuła się w nich tak, jakby po wędrówce przez targane śnieżycą pustkowia wreszcie dotarła do buchającego ciepłem domu.

Łzy wciąż napływały jej do oczu, lecz teraz stanowiły już zaledwie ostatnie podrygiwania konającego żalu. Od śmierci ojca nieustannie towarzyszyła jej gorzka świadomość, że po zakończeniu edukacji nie może liczyć na matkę; nawet w obliczu wojny fanatyzm religijny pchnąłby ją ku wyrzeknięciu się jedynej córki. Ironia uderzyła w Martę z taką mocą, że pierwszy raz od momentu rzucenia

Cruciatusa

nie wstrząsł nią ani ból, ani płacz.

— Co cię tak bawi?

— O Boże — wymamrotała, krztusząc się śmiechem. Podparła się na wyciągniętej za plecami ręce, drugą ocierając lepkie od zaschniętych łez policzki, a następnie wsunęła na nos odnalezione nieopodal okulary. — Nawet święta z tobą spędzę. Z tobą — powtórzyła. — Bo matka mnie nie chce.

— Spędzamy ze sobą każdą chwilę — poinformował ją. Gdy musnęła kieszeń, w której spoczywał wąż, dodał: — Nie czujesz tego? Każdy moment, każdy oddech jest wspólny. Na wieczność.

Zmarszczyła brwi.

— Nie czuję czego?

— Mnie. Tego, co ci robię.

—

Nic

mi nie robisz — sprzeciwiła się, skonfundowana. — Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

— Wiesz. Ja czuję…

Przerwał raptownie, nasłuchując. Gdy rozległ klekot otwieranego zamka, wepchnął ją za zastawiony stosem pustych doniczek stół i docisnął jej dłoń do ust tak mocno, że jej pisk zaskoczenia nigdy nie rozbrzmiał.

— Mówiłem — rozległ się monotonny głos Abraxasa — wydawało ci się.

— Nie — mruknął Alfred, jawnie niezainteresowany tym, co miał do powiedzenia jego niecodzienny towarzysz. — Słyszałem coś. Jeśli nie w tej szklarni, to w innej, Malfoy. Po co byś uczepił się mnie jak rzep psiego ogona, jeśli jest inaczej?

Marta spotkała się spojrzeniem z poirytowanym Tomem, który wyraźnie powstrzymywał się przed obrzuceniem Alfreda stekiem wymyślnych obelg. Nieważne, od jakich by go zwyzywał, nie mógł odmówić mu dobrej intuicji.

— Przypominam ci, Longbottom, że oskarżyłeś mnie o stanie na czatach — usłyszała jeszcze odpowiedź Abraxasa, zanim ponownie rozbrzmiał cichy trzask zamykanych drzwi, tłumiąc kontynuację rozmowy chłopaków.

— Doprowadź się do porządku — powiedział szorstko Tom, puszczając ją z wymalowaną na twarzy pogardą, jakby pojawienie się Alfreda było wyłącznie jej winą. — I nie myśl, że rzucałem wcześniejsze słowa na wiatr.

— Zaczekaj!

Zamiast posłuchać, wcisnął dłonie w kieszenie i wymaszerował ze szklarni, otoczony niemal widoczną gradową chmurą. Marta poświęciła porządny moment na gorzkie zaśmianie się ze swojej głupoty (jak mogła chcieć, żeby ten obłąkaniec został i dokończył to, o czym mówił, skoro dopiero co rzucił na nią

Cruciatusa

? Co było z nią nie tak?), zanim posłuchała jego polecenia i wymknęła się ze szklarni.

Jeszcze podczas przepychanki słownej z Bagshotem nie pragnęła niczego innego, jak skonfrontować Alfreda z rzekomymi plotkami na temat tego, czy porzucił rolę, lecz teraz nie miała ochoty ogladać go na oczy. Jeśli naprawdę dokonał takiej decyzji, nieświadomie wywołał efekt kuli śnieżnej. Gdyby nie on, Bagshot nigdy by jej nie zaczepił, a wtedy spędziłaby słoneczne popołudnie nad jeziorem, przeglądając atlas anatomii ludzkiej, za jedyne zmartwienie mając oparcie się pokusie zerknięcia na strony, które teraz wydawały się jej śmiechu warte. Własnie

tym

tak skrajnie podniecała się Donna? To coś wywoływało w niej tak silne rozemocjonowanie? Marta, która upchnęła wspomnienia mycia tej części ciała w najgłębszym zakamarku umysłu (nie wspominając o incydencie z guzikiem bokserek), spodziewała się czegoś więcej. Znacznie więcej.

Jej motywacja do działania wyczerpała się w momencie odnalezienia różdżki na wydeptanej w trawie ścieżce, uświadamiając Marcie, że tak naprawdę nie miała pojęcia, co ze sobą począć. Nie mogła podobnie co reszta uczniów tak po prostu znaleźć sobie towarzystwa, czytać książki czy wyciągnąć się na rozłożonym kocu i zażywać kąpieli słonecznej; tak naprawdę nie wyobrażała sobie robić niczego. Nie po tym, jak dopiero co padła ofiarą Zaklęcia Niewybaczalnego.

Wybrała się więc na spacer, żeby rozchodzić stres, lecz tak naprawdę bardziej przypominało to chaotyczne błąkanie się po błoniach. Chodziła bez ładu i składu, nie zdając sobie sprawy nawet z tego, że słońce zaczęło zachodzić, a chłodny wieczór stał się dodatkowo wietrzny.

— Tu jesteś! — usłyszała.

Alfred pojawił się przed nią jakby znikąd, hamując gwałtownie na miotle. Ciemnoblond włosy miał rozwiane, a rozluźnione ulgą policzki zaczerwienione.

— Chcę być sama.

— Jest po godzinie nocnej — poinformował ją ze zmarszczonymi brwiami. — Olivia wysłała mi wiadomość, że nie wróciłaś. Myślała, że jesteśmy razem… Wszystko w porządku?

— Mhm.

— Na pewno?

Niedowierzająca nuta w jego głosie rozbrzmiała w jej głowie niczym alarm budzika. Nie mogła dopuścić do tego, żeby jej zachowanie wzbudzało podejrzliwość. Wiedziała, że gdyby tylko Alfred dostał powód do podjęcia śledztwa, wziąłby się za nie natychmiast tak jak wtedy, gdy powiedziała, że Ślizgoni wepchnęli ją do jeziora.

— Dostałam list. Od mamy — wyjaśniła, pocierając zziębnięte ramiona. Chłód skóry przebijał się przez cienką tkaninę jej ubrań. — Wygląda na to, że znowu zostaję w Hogwarcie na święta — dodała z kwaśnym uśmiechem.

Alfred odetchnął ze współczującą miną i po chwili ciszy wyciągnął do niej rękę. Marta usiadła bokiem na miotle, a on poszybował w stronę wieży Ravenclawu, przygarnąwszy ją do piersi.

— Zrobiłem tak, jak mówiłaś — odezwał się, gdy przelatywali obok dziedzińca, gdzie zaczepił ją Bagshot. — Porozmawiałem z Donną i… Cóż, to długa historia. Pokłóciliśmy się jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, ale chyba dobrze nam to zrobiło, no i… wróciliśmy do siebie. To znaczy chyba w ogóle się nie rozstaliśmy, ale wiesz, co mam na myśli.

Marta przytaknęła cicho.

— Zgodziła się, że nie powinna się tak zachowywać, odnośnie wszystkiego. Zazdrości, tej całej sprawy z tobą i… No, zresztą. Powiedziała, że postara się nie być tak zazdrosna, ale miała do mnie jedną prośbę…

— Wiem — odparła, z niechęcią wpatrując się w majaczącą na granatowym niebie wieżę Ravenclawu. — Bagshot mi powiedział.

— Bagshot? — zdziwił się. — A skąd on wie?

— Od Beery’ego. Dostał twoją rolę.

Marta powstrzymała impuls pchający ją ku spojrzeniu na minę Alfreda. Kierunek jego myśli mogła wyczuć po samym jego napiętym ciele, nie potrzebowała dalszych podpowiedzi.

— Uparł się na ciebie — stwierdził zachrypniętym głosem. — Bagshot.

Wzruszyła ramionami.

— Nie przeszkadza ci to? — spytał.

— Nie mogę na to nic poradzić.

— Możesz mu powiedzieć, żeby dał sobie święty spokój.

— Wierz mi, że zrobiłam to już wielokrotnie — odpowiedziała gorzko.

— Mam z nim pogadać za ciebie?

— Nie — westchnęła. — Nie. Znudzi mu się za tydzień, maksymalnie dwa. Zobaczysz.

— A jeśli mu się nie znudzi?

— Powinieneś skoncentrować się na Donnie, nie na mnie.

— Koncentruję się na niej, ale to nie znaczy, że zostawię przyjaciółkę w potrzebie.

Marta uniosła głowę, żeby na niego popatrzeć, gdy zatrzymał miotłę na wysokości połowy wieży, ponad oknami pokoju wspólnego. Pierwszy raz udało się jej spojrzeć prawdzie w oczy i odrzucić na bok swoje interpretacje łączącej ich relacji. Alfred wrócił do Donny, a jednak to o nią był właśnie zazdrosny.

— Powiem ci, jeśli będę potrzebować pomocy — odparła, maskując urazę, która chciała wkraść się między jej słowa. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego zachowywał się w ten sposób. Co nim kierowało, jakie były jego pobudki? Chciał mieć je obie?

— Zawsze możesz na mnie liczyć — zapewnił ją z ciepłym uśmiechem i natychmiast pożałowała tamtych okropnych myśli. — Przepraszam, że wystawiłem cię do wiatru. Gdybym wiedział, na jaki Beery wpadnie pomysł… Nie wiedziałem, że Donna wymyśli coś takiego, ale uznałem, że skoro ja czegoś od niej wymagam, będzie fair, jeśli ja też pójdę na kompromis…

— Zrobiłeś to, co musiałeś dla dobra swojego związku — uspokoiła go, łapiąc za drążek miotły, żeby wprawić go w ruch. Miała ochotę zostać sama, a Alfred na całe szczęście nie oponował, gdy skierowała ich ku szczytowi wieży. — Nie masz za co przepraszać. Rozumiem.

— Merlinie — mruknął, przejmując dowodzenie podczas lądowania. Pomógł jej zejść z miotły, ale sam nie zsiadł. — Gdyby Donna była chociaż w połowie tak dojrzała jak ty, moje życie byłoby milion razy łatwiejsze.

— Ale wtedy nie byłaby sobą — powiedziała z wymuszonym uśmiechem. — Dobrej nocy.

— Zaczekaj chwilę. — Nachylił się na miotle, żeby złapać ją za ramię. — Nie wiem, może… może chciałabyś spędzić święta u mnie?

— U ciebie?

— No, tak — bąknął, speszony. — Musiałbym spytać rodziców, wiadomo, ale jestem pewny, że nie mieliby nic przeciwko. Nie powinnaś drugi rok z rzędu siedzieć tu sama.

— Przestań, nie mogę wprosić się do was na święta. No i co z Donną?

— To żaden kłopot, naprawdę, a Donna… Nie musi wiedzieć. Nie da mi to spokoju, jeśli cię tu zostawię.

— Nie będę tu sama, zresztą, w zeszłym roku nie było tak źle. Jest choinka, są prezenty, kolacja… Ropuchy kumkają kolędy — mruknęła, akurat tę część wspominając z sentymentem. Pamiętała też, że Tom wcale nie pojawił się wtedy na uczcie w Wielkiej Sali, niezainteresowany zapoznawaniem się z małą grupką uczniów, która nie wracała do domów na święta. — Poza tym skoro zdecydowałeś się dać swojemu związkowi drugą szansę, nie powinieneś zaczynać od ukrywania takich rzeczy przed Donną. To nie w porządku.

— Wiem — przyznał niechętnie — ale też zachowałbym się nie w porządku, gdybym cię tu zostawił na pastwę losu. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką i fochy Donny tego nie zmienią, więc obiecaj chociaż, że się nad tym zastanowisz.

— Obiecuję.

Przytuliła go na pożegnanie i odeszła, przecierając piekące oczy. Mieszanina wzruszenia i wdzięczności przegrała walkę z gorzką świadomością, że wybór tak naprawdę nie należał już do niej.

----- CHAPTER BREAK -----

Tydzień eksperymentów na siódmym roczniku ośmielił dyrekcję do urządzenia uczty z okazji Dnia Duchów, co osłodziło dzień tym, którzy wciąż czekali na swoje siedemnaste urodziny. Tego roku obyło się bez Notta podtapiającego swoją dziewczynę w balii wypełnionej unoszącymi się na wodzie jabłkami, lecz razem z Goyle’em wyciągnęli się pod stołem Ślizgonów, żeby zaglądać na co ciekawsze skryte pod spódnicami łydki, a gdy jakaś nieszczęśnica podeszła im szczególnie do gustu, posyłali w jej stronę podmuch powietrza. Marta nigdy nie przepadała za tradycją wyławiania jabłek ustami (wypinanie się na oczach całej szkoły to coś, co chętnie robiła Donna), lecz po zyskaniu widoku na czyjeś pstrokate pantalony w jednorożce (czerwona jak burak Betty udała, że nie widzi wyrażającej najwyższe zdegustowanie miny Abraxasa) postanowiła, że lepszym sposobem na świętowanie jest przesiadywanie na wyhodowanych przez gajowego ogromnych dyniach zdobiących każdy dziedziniec. Dzięki ich wyżłobionym na kształt upiornych min wnętrzom, wypełnionym zaczarowanymi świecami, okazały się lepszym miejscem do siedzenia niż kamienne ławki, które przy niższych temperaturach groziły dostaniem wilka.
Marta sądziła, że nadejście listopada natchnie ją większym entuzjazmem, niestety nawet wizja zbliżającego się wielkimi krokami balu oraz przedstawienia nie stanowiły dla niej pocieszenia. Wydarzenia ze szklarni snuły się za nią niczym cień, przenikając jej oklumencyjne bariery i barwiąc otaczającą ją codzienność ponurymi barwami. Coś, co wcześniej wydawało się jej zaledwie przemilczaniem prawdy dla większego dobra, teraz uważała za kłamstwa. Zasypywały ją ruchome piaski relacji z Tomem i spotkań z profesorem Dumbledore’em, o których nie mogła powiedzieć nikomu; przestała też pisać w pamiętniku, nie chcąc, żeby jej myśli i emocje ponownie stały się pożywką dla tego demona noszącego chłopięcą skórę.

Miała świadomość, że dystansowaniem się od przyjaciół dawała mu dokładnie to, czego chciał, lecz nie potrafiła egzystować pełną piersią w dwóch różnych rzeczywistościach; co więcej, omijanie Alfreda po jego propozycji spędzenia wspólnie świąt wydawało się jej jedynym sposobem na uchronienie go przed frustracją Toma. Postawione jej przez Dumbledore’a zadanie straciło w jej oczach na wartości, gdy uświadomiła sobie, że stała się niczym więcej a niewolnikiem liczącym na łaskę swojego pana, a towarzysząca temu presja i poczucie beznadziei sprawiły, że poza lekcjami i posiłkami Marta nie wystawiała nosa z dormitorium. Po obiedzie wracała do łóżka, gdzie zajmowała swoje pędzące łeb na szyję myśli nauką, a gdy przytrafiał się jej wyjątkowo zły dzień, omijała kolację. Czasem brakowało jej nawet chęci, żeby przed spaniem przebrać się w piżamę.

Nie znajdowała ucieczki nawet w snach. Owijający się jej wokół kostki czy nadgarstka wąż swoją przytłaczającą obecnością przyprawiał ją o koszmary, w których budziła się przypięta kajdanami do łóżka, a im więcej starań wkładała w oswobodzenie się, tym dotkliwiej chłodna stal wżynała się w jej skórę. Z biegiem czasu koszmary te przeobraziły się w zwyczajne sny; nie odczuwała w nich strachu, nie szamotała się w panice i nie rozglądała za różdżką, zamiast tego zwyczajnie zdejmując ze stoliczka nocnego zbiór opowiadań Edgara Allana Poe, żeby oddać się lekturze noweli „Berenice”.

Gdy swoje wrażenia po przeczytaniu „Kota” określiła mianem wstrząsu, tak naprawdę nie wiedziała, o czym mówi. Tamto opowiadanie, choć opisujące przerażającą regresję bohatera z kochającego w przemocowego alkoholika, nie mogło się dla niej równać z „Berenice”, jednak nie dlatego, że jedno dzieło uważała za lepsze od drugiego. Tytułowa Berenice, podobnie jak Marta, zawiniła jedynie tym, że związała swój los z Eageusem, chorującym na obsesyjne schorzenie zwane monomanią. Nawet jeśli mugolskie diagnozy nie wystarczały, aby trafnie wyjaśnić zachowanie poczętego pod wpływem Amortencji Toma, niemożliwym było nieporównanie go do głównego bohatera, który napisał:

„W moim dziwacznie zboczonym życiu nie doznawałem nigdy uczuć z serca pochodzących i namiętności moje zawsze wylęgały się w mrokach rozumu.”

Czytając te słowa, wracała do wspomnień ze szlarni; tej karykatury pocieszającego przytulenia, nie noszącego w sobie niczego poza zachłannością i pragnieniem dominacji, tak naprawdę stanowiącego kwintesencję manipulacji. Torturował ją, a potem, gdy pękła, mamił ją makabrycznymi opowieściami o wspólnej przyszłości, tak jakby był na tyle niespełna władz umysłowych, żeby myśleć, że tak po prostu da mu się omotać. Sama lektura pamiętnika, nieidąca w parze z umiejętnością rozumienia ludzkich emocji, nie wystarczyła mu do pełnego rozszyfrowania jej pobudek. Myślał, że przemawiał do jej najskrytszych obaw, a choć rozszyfrował je z dziecinną prostotą, megalomania przeszkadzała mu w pojęciu, że Marta nigdy nie poczułaby się bezpiecznie przy kimś tak bezwzględnym i okrutnym. Utratę ukochanego ojca i odtrącenie ze strony oziębłej matki przypłaciła wytrąceniem z równowagi, a także potrzebą poczucia bycia zaopiekowaną, ale nie zniewoloną. Niestety nie zdziwiłaby się, gdyby w rzeczywistości Toma te dwa słowa miały jednakowe znaczenie.

Jedyne pocieszenie znajdywała w tym, że jego „obietnica” sprawowania nad nią patronatu zdawała się być niczym więcej, a gierką służącą zasianiu w niej jeszcze głębszego strachu. Tom nie szukał z nią kontaktu, co wydawało się dość kluczowe dla tego rodzaju przyrzeczenia, nie wykazywał też zainteresowania jej pozalekcyjnymi zobowiązaniami. Bagshotowi nie przytrafił się żaden tajemniczy wypadek, nie padł też trupem, mimo że rozpuścił na jej temat paskudne plotki (w sumie mógł to być też Abraxas, jednak nie spodziewała się po nim podjęcia aż takiego wysiłku). Podczas kolejnej próby kółka teatralnego Bagshot zajął się czarowaniem wszystkich dziewcząt, a jedynymi odpornymi na jego urok osobami, poza Martą, okazały się Olivia i Betty, którą spowijała aura narkotycznego zauroczenia Abraxasem.

— Wybrałaś już sukienkę?

Marta zorientowała się, że od dłuższego czasu ze skrzywioną miną przyglądała się paradującemu jak paw Bagshotowi. Roztarła skronie i popatrzyła na Betty z uprzejmym uśmiechem,

— Donna miała mi uszyć, ale sama już nie wiem, czy cokolwiek z tego wyjdzie — powiedziała, zerkając w stronę przyjaciół. Alfred z ujemnym entuzjazmem pozował w nowym stoju parobka, a rozchichotana własną opowieścią Donna za pomocą zaklęć wprowadzała poprawki w zbyt luźnych miejscach. —
Jak tak dalej pójdzie, to chyba w ogóle sobie to odpuszczę.

Betty opadła szczęka.

— Nawet tak nie żartuj! Nie ma mowy, nie możesz siedzieć sama w dormitorium, kiedy cały zamek będzie się bawić — wyrzuciła szybko, a nieobecne spojrzenie jej zielonych oczu świadczyło o zamyśleniu. — Może bym ci coś pożyczyła? Mam taką…

— To chyba byłoby zbyt nieobyczajne dla Warren — wtrąciła Olivia, która jakby wyrosła spod ziemi. — Jesteś taka niziutka, Betty, że w twojej sukience, o zgrozo, zaświeciłaby kolanem.

— Nie pomyślałam o tym — wybąkała, speszona. — Myślicie, że jestem za niska dla Abraxasa?

— Nie — odparła Marta, chociaż w istocie ich różnica wzrostu nagle wydała się jej trochę przesadna.

— Za niska? Dla niego? — prychnęła Olivia. — Jeśli jest chłopakiem dla ciebie, wzrost nie ma żadnego znaczenia. Jak padnie przed tobą na kolana, tak jak powinien, i tak będzie niższy. Nie akceptuj niczego mniej, to absolutne minimum.

— Przestań — odpowiedziała Betty, choć zdobiący jej twarz rumieniec świadczył, że ta perspektywa przypadła jej do gustu. — Idę pogadać z Donną, może uda mi się wybadać teren odnośnie tej twojej sukienki, Marto.

— Dzięki. — Gdy Betty odeszła, zwróciła się do Olivii: — Co się z tobą dzieje? Odwiedziły cię trzy duchy świąt? A może zapadłaś na jakąś śmiertelną chorobę i chcesz odkupić swoje winy, że jesteś taka miła?

— A przyszło ci kiedyś do głowy, że tylko wobec ciebie jestem wredna? No, głównie wobec ciebie — dorzuciła z wydumaną miną. — Czy może jesteś tak skupiona na sobie, swoich książeczkach i dramatach przyjacielsko-miłosnych, że przez sześć lat nigdy nie zwróciłaś uwagi na nikogo w swoim otoczeniu w kontekście innym niż ten dotyczący wyłącznie ciebie?

— Wybacz, że po sześciu latach bycia ofiarą prześladowania straciłam ochotę na dopatrywanie się w tobie rzeczy, które wydawały się niemożliwe — odparła kwaśno Marta.

— Ty i te twoje tendencje do dramatyzowania, ach. — Olivia nabrała głębokiego wdechu z uśmiechem godnym wampira energetycznego, który właśnie ładował swoje baterie. — Betty zawsze była dla mnie jak młodsza siostra, a ty… ty w sumie też. Z tą różnicą, że jesteś taką siostrą, której nigdy nie chciałabym mieć.

Marta wywróciła oczami i jako że próba dobiegła już końca, wyszła z komnaty, żeby ukryć rozbawienie. Olivia po kres czasów pozostanie najbardziej nieznośną dziewczyną, jaka kiedykolwiek stąpała po ziemi, lecz ostatnio niepokojąco często udawało się jej przyprawić ją o uśmiech.

— Nie takiej reakcji się spodziewałem — powiedział Tom, gdy w ułamku sekundy jej mina zmarkotniała. Opuścił wspieraną o ścianę stopę i podszedł do Marty, zaglądając ponad jej ramieniem w głąb sali. — Twoje oczy dosłownie zgasły. Zaraz chyba odniosę wrażenie, że wolisz spędzać czas z tą bandą pajaców w rajstopach niż ze mną.

— Ciekawe, co mogłoby za tym stać — odparła szorstko, zamykając drzwi. Skierowała się w przeciwnym mu kierunku szybkim marszem, chociaż tak naprawdę nadłożyła sobie tym drogi do jakiegokolwiek bezpiecznego miejsca.

— Skoro nie wyszłaś stamtąd purpurowa, zakładam, że Bagshot się zachowuje.

Marta zadarła nosa, odetchnąwszy z rozdrażnieniem.

— A co, inaczej kopnąłby w kalendarz?

— Na to akurat za wcześnie, ale nie zdziwiłbym się, gdyby trochę zesztywniał — odmruknął z drgnieniem kącika ust. Gdy ją dogonił, obejrzał się za siebie na wychodzących z komnaty członków kółka teatralnego, rozprawiających wesoło między sobą. — Wstydzisz się mnie, Warren?

Musiałaby być głucha, żeby nie dosłyszeć zmiany w jego tonie.

— Tak się składa, że wolę trzymać cię z daleka od ludzi, na których mi zależy. Jeśli pamięć mnie nie myli, miewasz ciągoty związane z wypatroszeniem niektórych z nich.

— Miewam — przyznał monotonem. — Mówisz tylko częściową prawdę.

— Czego ode mnie oczekujesz, co? — rzuciła, gwałtownie się zatrzymując, gdy tylko zakrył ich róg korytarza. — Upokorzyłeś mnie jak nikt inny — dźgnęła go palcem w pierś, dodając napastliwym szeptem: — i rzuciłeś na mnie

Cruciatusa!

— Uprzedziłem cię, do czego dojdzie, jeśli kiedykolwiek podniesiesz na mnie rękę.

— Nie podniosłam na ciebie ręki tylko się przed tobą broniłam! Nie jestem twoim psem, do diaska, żebyś wyprowadzał mnie na smyczy!

— Było, minęło — powiedział ze znużeniem. — Zapomnij o

Cruciatusie

i dostrzeż człowieka stojącego za różdżką.

Co za psychopata!

— Nienawidzę cię. Po prostu cię nienawidzę.

Odwróciła się tak zamaszyście, że niewiele brakowało, a smagnęłaby go podwianymi włosami w twarz. Dopiero po przejściu kilkunastu kroków zorientowała się, że Tom ruszył za nią ze znacznym opóźnieniem.

— Nie powiedziałaś, że ci się to nie podoba — stwierdził tonem zaskakująco pobrzmiewającym urazą. — Skąd miałem wiedzieć, że cię to nie bawi?

— Ha! — wykrzyknęła i w akcie frustracji wyrzuciła ręce w powietrze. — Nie wiem, pomyślmy! Być może podpowiedź mógłby stanowić fakt, że tylko ty się śmiałeś?

— Dziewczyny nigdy się nie śmieją z takich rzeczy.

— Tom, bądźmy poważni — prychnęła. — Płeć nie ma tu nic do rzeczy.

— Nie według moich obserwacji — sprzeciwił się. — Abraxas nie ma nic przeciwko nawet mocniejszym żartom podobnej natury.

— Abraxas jest wynaturzony i nie dlatego, że gustuje we własnej płci! Życzę mu z całego serca, żeby wreszcie oprzytomniał i znalazł sobie jakiegoś miłego, dobrego chłopaka, a jeśli nie stać go, żeby się z ciebie otrząsnąć, przydałaby mu się porządna spowiedź.

— A mnie nie?

Marta obrzuciła go ostrym spojrzeniem spod zmrużonych powiek.

— Ty cały aż byś syczał, gdyby tak oblać cię wodą święconą — wymamrotała gniewnie, jeszcze bardziej rozeźlona tym, że jawnie przyjął te słowa jako komplement. — Zresztą, nie porównuj mnie do Abraxasa.

— Nie porównuję was, tylko wasze reakcje — poprawił ją z innym typem rozdrażnienia niż zwykle. Nie wiedziała, czy powinna ryzykować kontynuowaniem tej rozmowy, czy brać nogi za pas. — Myślałem, że jesteście tak emocjonalne ze względu na te całe hormony, ale przez twój wybryk z Amortencją wbrew woli poszerzyłem wiedzę o nowe doświadczenia. Wy po prostu czerpiecie jakąś chorą przyjemność z dramatyzowania. Robicie igły widły z czegoś, z czego chłopacy po prostu by się zaśmiali.

— Chorą przyjemność?

Chorą przyjemność?

— zakpiła, taksując go spojrzeniem, które przyprawiło Toma o zaciśnięcie szczęk. — Jak w takim razie
nazwałbyś to, co czujesz, kiedy torturujesz innych?

— Skoro wedłlug ciebie jestem tak zły, że zająłbym się ogniem w momencie przekroczenia progu twojego ukochanego kościoła, dlaczego nie uciekasz?

Zamknęła przygotowane do kontry usta, zastanawiając się nad tym. Nie dlaczego nie uciekała teraz, w tym momencie, a dlaczego od incydentu ze szklarnią ani razu nie przyszło jej do głowy, żeby spakować swoje rzeczy do tobołka i nie wymknąć się z zamku jednym z tajnych przejść. Zamknęłaby tego przeklętego węża w jakimś zaczarowanym pudełku, które zatopiłaby w hogwarckim jeziorze albo porzuciła w Zakazanym Lesie, a potem uciekłaby gdzieś, gdzie nie znalazłby jej ani Dumbledore, ani Tom. W czarodziejskim świecie osiągnęła już pełnoletniość, więc miała wszelkie prawo przerwać edukację w dowolnym momencie; zdjęto z niej Namiar, dlatego nawet jeśli dyrekcję zaniepokoiłoby jej nagłe zniknięcie, tak naprawdę żadne władze nie miałyby wielkich szans jej wytropić. Mogłaby rozpocząć nowe życie gdzieś za granicą, w Stanach Zjednoczonych albo Kanadzie; na początku byłoby ciężko, w końcu nie miała żadnych funduszy, ale zawsze istniała możliwość na zatrzymanie się w jakimś kościelnym przytułku albo…

— Chyba nie jesteś tak skretyniała, żeby myśleć, że bym cię nie znalazł? — powiedział, zamykając jej nadgarstek w stalowym uścisku. Pociągnął ją za sobą, idąc ze zdecydowaniem świadczącym o zmierzaniu w konkretnym kierunku, ale po przejściu dwóch korytarzy zatrzymał się raptownie i wepchnął ją do dopiero co miniętego schowka na miotły. — Nie martw się, dałbym ci trochę czasu, żebyś uwierzyła, że mi uciekłaś — wycedził, zamykając za nimi drzwi. — Nie znajdujesz się nawet w tym samym wszechświecie, co lista moich priorytetów, więc pozwoliłbym ci zaaklimatyzować się w nowym miejscu, zacząć żyć bez strachu i znaleźć nowego Longbottoma. Kiedy tylko poczułabyś się kochana i bezpieczna, wyrwałbym cię stamtąd, a potem zamknąłbym cię na wieczność w podmorskiej mogile, rozumiesz?

Dopiero gdy skończył mówić, Marta zorientowała się, że niewiele brakowało, a stałaby się jednością z chłodną ścianą za plecami. Jedną nogą weszła w wiadro, pewnie podczas odsuwania się od Toma, który zawisł nad nią jak ostrze gilotyny.

— Skoro tak, po co się w ogóle ze mną męczysz? — spytała, a choć pierwsze słowa opuściły jej usta pod postacią ledwo słyszalnego szeptu, końcówka zabrzmiała mocno. — Obiecałeś mi, że mnie nie zabijesz, ale tylko dlatego, że nie możesz mnie zabić, prawda? Jeśli byś mnie zabił, coś stałoby się i tobie, tak? Ty też byś umarł?

Milczenie aż uderzało po uszach.

— Nie. Nie do końca.

Przedostający się przez drzwi cienki snop światła podkreślił jego minę, wcześniej nieustępliwą, teraz wyrażającą niecodzienną dla niego emocję: strach.

— Przeżyłbym to, ale byłbym… niekompletny.

— Straciłbyś kawałek duszy — wyszeptała, wstrząśnięta kierunkiem jej pędzących łeb na szyję myśli.

— Tak myślę.

— Myślisz? Czyli nie jesteś pewien?

Westchnął ciężko, odsuwając się od niej, i przeczesał włosy palcami. Oparł się o skrzypiące pod jego ciężarem drzwi, odchylając głowę do tyłu.

— Te rejony magii są jedną wielką zagadką. Nawet nie masz pojęcia, jak trudno jest znaleźć księgę, której autor chociaż raz wspomni o tym, czym jesteś.

Marta przyglądała mu się w ciszy. Spowijający schowek półmrok sprawiał, że poczuła się niczym bohaterka filmu noir. Tom ze swoją szczupłą, wysoką sylwetką i twarzą pełną ostrych kątów, teraz dodatkowo podkreślonych ciężkim cieniem zalegającym pod kościami policzkowymi, wpasowowywał się w tę stylistykę bez żadnego wysiłku. Do osiągnięcia pełnej perfekcji brakowało mu tylko żarzącego się w bladej dłoni papierosa i gangsterskiego kapelusza. Z łatwością wyobraziła sobie, jak kamera nagrywa go od dołu, żeby nadać mu monumentalności, a ją od góry, żeby umiejscowić ją w roli ofiary.

— Czym tak naprawdę jestem?

W kąciku jego ust pojawił się uśmiech.

— Moim horkruksem.

Zgodnie ze słowami profesora Dumbledore’a, nigdy wcześniej nie słyszała tego terminu.

— Czym jest horkruks? I dlaczego ty nie jesteś moim?

Tom w połowie prychnął, w połowie parsknął śmiechem.

— Bo bym o tym wiedział, czułbym to. Zresztą, nie jestem pewien, czy mógłbym się stać czyimkolwiek horkruksem — wymamrotał nieobecnie, przekrzywiając głowę w zastanowieniu. Przez jego twarz przemknął cień poirytowania, niemal jakby zorientował się, że powiedział zbyt dużo, co zwróciło uwagę Marty. — Chociaż, kto wie. Nie wiedziałem nawet, że ludzie mogą stać się żywymi horkruksami. Według wszystkich informacji, jakie udało mi się znaleźć, to powinno być niemożliwe…

— Czym jest horkruks? — powtórzyła, gdy po dłuższym milczeniu stało się jasnym, że zbyt zagłębił się we własne myśli, aby pamiętać o jej pierwszym pytaniu.

— Łącznikiem. Kotwicą w świecie żywych.

— A skąd to przekonanie, że całkowicie przypadkowy akt zamiany dusz sprawił, że cię „zakotwiczyłam”? — dociekała, przypominając sobie, jak w szklarni mówił o nieśmiertelności. To, co kryło się pod terminem horkruksów, było nie tylko niemożliwe, ale i podważało wszystko, w co wierzyła.

— Horkruks to przedmiot, w którym umieszcza się część swojej duszy, żeby zagwarantować jej przetrwanie — wyjaśnił, patrząc w ciemną przestrzeń. — A ty zabiłaś nasze ciała i zakotwiczyłaś nasze dusze w innych. W esencji zrobiłaś coś niemal identycznego.

— Więc uważasz, że kawałek twojej duszy… żyje we mnie?

— Tak.

Sposób, w jaki wypowiedział to słowo, emanował tak intensywną pewnością siebie, że nietrudno było odgadnąć jego myśli. Traktował ten moment jako jedno wielkie „szach i mat”; horkruksy stanowiły dla niego klejnot koronny w liście argumentów, według których cały jej system wartości, wiara, nic nie miało żadnego sensu. Zakładał, że skoro stała się horkruksem, Bóg nie istniał — dlaczego dałby człowiekowi sposób na pokonanie śmierci i uniknięcie wstąpienia do nieba albo zesłania do piekła?

Niestety zaślepiony swoimi planami Tom nie widział czy też nie chciał widzieć tego, co dla niej stanowiło oczywistość. Nie była hokruksem. Wykrzykiwał to jej instynkt, wykrzykiwało całe ciało, gdy stała obok Toma, gdy jej dotykał. Nie czuła w jego obecności niczego, co mogłaby porównać do tamtego wrażenia przypominającego bicie serca, gdy noszony przez niego na palcu pierścień spadł na nią z komody. Umysł Toma zapętlił się na obsesji uniknięcia jego największego strachu, który teraz wydał się jej niesamowicie oczywisty. Nie planował udowodnić swojej potęgi wyłącznie przez zatrzymanie morza. Zamierzał ją wykorzystać, aby uzyskać nieśmiertelność.

Odwróciła wzrok od pierścienia, nabierając kilku głębokich wdechów, żeby uspokoić rozkołatane serce. Nie potrafiła przestać myśleć, co się z nią stanie, gdy Tom wreszcie przejrzy na oczy.

— Czyli póki żyjemy, oboje nie możemy umrzeć.

Skinął głową.

— Przyjmujesz to z niespodziewaną dozą spokoju.

Marta zaśmiała się, załamując ręce, i schowała twarz w dłoniach.

— Bo uważam to za stek bzdur.

Jeśli rozpoznał te słowa jako kłamstwo, nie dał tego po sobie poznać. Poniekąd mówiła prawdę, nawet jeśli wierzyła w istnienie horkruksów, choć dla niego jej słowa miały sugerować inaczej. Wątpiła, czy spytany wprost przyznałby, że właśnie tym był jego rodzinny sygnet, ale z jakiego innego powodu przeprowadzałby test, dając jej go do dłoni? Nie potrzebowała potwierdzenia, żeby złożyć to wszystko w logiczną całość.

— A więc jednak — powiedziała; własny głos dobiegał do niej niczym z próżni.

Jak

tworzyło się horkruksy? — Nieważne, jak bardzo nie chcesz tego przyznać, jestem dla ciebie ważna.

Tom z przymkniętymi oczami roztarł kark.

— Nie użyłbym tak mocnego słowa.

— To dlaczego po prostu nie spełnisz swoich gróźb? Pokazałeś już, do czego jesteś zdolny. Łatwiej byłoby ci gdzieś mnie zamknąć, tak jak mówiłeś, zamieść moje istnienie pod dywan i mieć to wszystko z głowy, a jednak jestem tutaj i rozmawiam z tobą. Dlaczego? — Nabrała głębokiego wdechu, żeby uspokoić rozedrgany głos, zanim dodała: — Dlaczego, jeśli nie dlatego, że na swój niezrozumiały, zagmatwany sposób chcesz, żebym tu była?

Spodziewała się natychmiastowej drwiny albo chociaż prychnięcia, wyjścia, lecz zamiast tego Tom przyglądał się jej z nieodgadnioną miną. W ciasnym, pachnącym kurzem schowku wystarczył mu jeden krok, żeby zmniejszyć przestrzeń między nimi do niekomfortowego stopnia. Marta poczuła, jak jej ciało napina się partiami, począwszy od ramion, gdy odrzucił za jej plecy kosmyk włosów.

— A więc myślisz, że chcę, żebyś tu była — mruknął, okręcając sobie jeden wokół palca. Pociągnął go lekko. — A może myślisz, że chcę czegoś innego?

— Innego?

— Czegoś innego. Z tobą.

Przełknęła ślinę. Czuła, jak jej coraz mocniej pulsująca tętnica napierała na jego kciuk, gdy przesuwał nim po jej szyi.

— Oczywiście, że tak nie myślę.

— Nigdy nie przeszło ci to przez głowę?

— Masz Abraxasa.

— Czyli myślisz, że go chcę?

Marta aż się zapowietrzyła. Jeśli tym ostrzałem pytań chciał sprawić, żeby pożałowała postawienia tak śmiałej tezy, osiągnął sukces i to z nawiązką.

— Nie wiem, nie jestem ekspertką w… Po prostu nie wiem, dobra? — wymamrotała, zastanawiając się, czy zignorowanie jego ponaglającego gestu wchodziło w grę. — Powinieneś pamiętać, co wyprawialiście w szklarni. Nie było to wcale tak dawno temu.

— Nawet gdybyście się tam nie pojawili z Bagshotem, do niczego by nie doszło — stwierdził, nie przerywając delikatnej pieszczoty szyi. Marta zwinęła dłonie w pięści, wkładając wszelkie starania w utrzymanie spokoju. — Abraxas nie potrafi zrozumieć, że tak naprawdę nigdy go nie chciałem. Brakuje mu ambicji, nie wspominając o wiecznym rozkapryszeniu i błędnym przeświadczeniu o swojej wielkości. Zamierzałem go tylko złamać, upokorzyć zmuszeniem do padnięcia przede mną na kolana. Skąd miałem wiedzieć, że tak się we mnie rozsmakuje? — spytał, z niepokojącym drgnieniem kącika ust sięgając po coś do tylnej kieszeni. — Ale ty doskonale wiesz, jak desperacko żebrze o moją uwagę, prawda, Marto?

Podstawił jej coś pod nos. Gdy wyszeptał

Lumos

, mała kula światła ukazała czarno-białą fotografię przedstawiającą Abraxasa i Tomartę w dormitorium Ślizgonów. Siedzieli pod wygaszonym piecem, pochyleni ku sobie nad kryształową kulą, zaglądając sobie głęboko w oczy.

Marta zatopiła zęby w dolnej wardze. Przeklęty Nott i ta jego mania fotografowania wszystkiego wokoło.

— Ledwo sam siebie rozpoznałem na tym zdjęciu, wyglądam jak zauroczony kundel — skomentował ze zdegustowaniem Tom. — Powiedz mi, czy i o twoją uwagę żebrał?

— Nie…

— Nawet gdybym nie czytał w tobie jak w otwartej księdze, wiedziałbym, że kłamiesz. Abraxas nie potrafi przetrwać tygodnia bez szukania ze mną

kontaktu

. — Tom z cichym pomrukiem spojrzał na fotografię. — Longbottom. Malfoy. Bagshot — wyliczył z pogardą. — Jesteś kochliwa, co?

— Kochliwa? Przyjaźnię się z Alfredem od jedenastego roku życia!

— Lecisz na niego od jedenastego roku życia — poprawił ją, na co zareagowała zduszonym okrzykiem. — To żałosne, jak desperacko łakniesz męskiej atencji. Longbottom od miesięcy obraca twoją jedyną koleżankę, o ile w ogóle można ją tak nazwać, a ty dalej wzbraniasz się rękami i nogami przed przejrzeniem na oczy. Mimo że nie jest już godzien twojej cnoty, dalej widzisz go jako ideał mężczyzny. Malfoy, nawet gdyby nie jego dewiacje, nie dotknąłby szlamy pięciometrowym kijem, a jednak. — Pomachał jej przed nosem fotografią. — Bagshot zaprosił cię na spotkanie u Ślimaka, bo przez sześć lat wspólnej nauki był tak nieświadomy twojego istnienia, że gdy tylko pozbyłaś się trądziku, założył, że skoro przyjaźnisz się z Donną, rozkładasz nogi z równą ochotą co ona. A teraz…

— Tom!

— …kiedy zorientował się, z jakim zacietrzewieniem czekasz na tego jedynego perfekcyjnego dżentelmena, na wytwór wyobraźni, uznał, że łatwo cię będzie wykorzystać. Kombinacja twojej naiwności, głupoty i całkowitego braku umiejętności wybierania właściwego obiektu westchnień zakrawa o skrajny debilizm, Warren. Jesteś godna pogardy.

Pomyślałby ktoś, że po wysłuchaniu tak wielu obfitych w obelgi tyrad Marta wreszcie przestanie brać je do siebie, lecz trafił ją do żywego. Nie nazwałaby tego kochliwością, lecz tak czy siak sądziła, że nazbyt łatwe uleganie czyjejś atrakcyjnej powierzchowności to cecha, która nie przystoi porządnej młodej dziewczynie.

— Gdybym była tak skretyniała, za jaką mnie uważasz, twoje nazwisko znalazłoby się na liście moich rzekomych „obiektów westchnień”, Riddle.

Przez jego twarz przemknął cień poirytowania.

— Tak myślałem, że ci się to podobało.

— Co? — spytała, zdezorientowana.

— To, do czego doszło między nami w szklarni — powiedział tak, jakby miał na myśli coś intymnego. Uśmiech znów został jakby przyklejony do jego twarzy, sztuczny i niesięgający oczu, których czarna głębia wydawała się całkowicie martwa. — Z jakiego innego powodu tak desperacko starałabyś się doprowadzić do powtórki z wrażeń?

— Jesteś niepoważny — wykrztusiła. — Czerpanie przyjemności z czegoś takiego jest niemożliwe. To była czysta agonia.

— Ból to ból — przyznał — ale to

ja

ci go zadawałem. Poza tym nie tylko musisz zrozumieć, gdzie jest twoje miejsce, ale i co jest dla ciebie dobre, Marto — wyjaśnił tonem dorosłego zwracającego się do kilkuletniego dziecka. — Nie karzę nikogo bez powodu… ale przez ciebie trochę tego żałuję — westchnął, chwytając ją pod brodę. Marta zwalczyła ochotę odtrącenia jego dłoni, niepewna, czy aby przypadkiem naprawdę nie przymierzał się do rzucenia kolejnego

Cruciatusa

. — Do twarzy ci ze łzami, a twoje miny urzekały tak bardzo, że chciałbym cię widywać taką częściej. Zdaną na moją łaskę. Polegającą wyłącznie na mnie. Świadomą, że nie pozwolę ci mieć nikogo poza mną.

Nie wiedziała, co dokładnie chciała powiedzieć, lecz słowa i tak ugrzęzły jej w gardle. Jeszcze chwilę temu sądziła, że miał na myśli to samo, co w szklarni — brak rodziny, chorą formę wspólnego życia, jakie jej obiecywał, remedium na samotność i odrzucenie — jednak zaprzeczyły temu dłonie, które odnalazły jej talię. Spoczęły na skórzanym pasku podtrzymującym spódnicę z wysokim stanem. Tom raz jeszcze pochylił się nad nią i owiał ciepłym oddechem jej ucho.

— Pachniesz… książkami.

— A-aha.

Złapała go za ręce, gdy tylko jego zaborczy uścisk zaczął sprawiać jej ból. Odsunęła je i wyślizgnęła się spomiędzy niego a ściany, prawie wybijając sobie zęby przez potknięcie się o wiadro, które załoskotało metalicznie.

— Eee, godzina nocna. Już niedługo. Idę.

— Jesteś ze mną.

— Nie do końca jest to coś, do czego chciałabym się przyznać Astrze.

— A jaki ona ma z tym związek? — rzucił szorstko, łapiąc ją za nadgarstek, gdy tylko otworzyła drzwi. Jego chwyt był zdecydowany, na tyle silny, żeby przy nieco mocniejszym naprężeniu mięśni wywołać ból. — Masz sukienkę na bal?

Marta zamrugała powoli, zastanawiając się, czy się przesłyszała. Gdy Tom ponaglająco uniósł brwi, z jej ust wydobył się trudny do zdefiniowania dźwięk, coś pomiędzy pisknięciem a bełkotem.

— Nie idę — powiedziała tylko, prosząc niebiosa, żeby ta chwila nie była tą, którą się wydawała. Nie mogła być. Nie mieściło się jej to w głowie, że w całym Hogwarcie NIKT poza nim nie wpadł na pomysł zaproszenia jej na bal. Rzecz jasna kierowały nim wyłącznie złe pobudki; chciał znów odebrać jej wybór, czego poniekąd się spodziewała, lecz nie sądziła, że posunie się tak daleko!

— Nie idziesz? — powtórzył. Jego zmarszczone brwi utworzyły między sobą pionową zmarszczkę. — Ty? — prychnął. — Chyba jednak odrobina bólu wpłynęła na twoją pamięć krótkotrwałą. Zapomniałaś, że czytałem te twoje naiwne fantazje na temat wybierania sukienek, ćwiczenia kroków tanecznych i konkurencji z Hornby w szukaniu partnera?

— Nie powiedziałam, że nie chcę iść — odparła, starając się zachować spokój, mimo że próba wyswobodzenia się z jego uścisku skończyła się fiaskiem. — Przypominam ci, że „pożyczyłeś” sobie moje oszczędności. Nie mogę pójść w mundurku, mam rację?

— A ja ci przypominam, że wydałaś to, co ci zostawiłem, na głupiego gargulka, którego po pięciu minutach zgubiłaś. Obawiam się, że nawet gdybym nie przeznaczył twoich pieniędzy na szczytny cel, przeleciałyby ci przez palce jak piasek. Jesteś tak skrajnie nierozsądna, że powinnaś zostać całkowicie ubezwłasnowolniona.

Marta wywróciła oczami.

— Tak, proszę pana.

Kącik ust Toma wygiął się ku górze, kpiąco, ale z ukontentowaniem.

— Tak,

panie

— poprawił ją, wreszcie puszczając jej obolały nadgarstek. — Brzmi znacznie lepiej, nie uważasz?

Odszedł bez słowa pożegnania, wciskając ręce w kieszenie. Niewiele brakowało, aby niewierząca we własne szczęście Marta przebyła drogę do wieży Ravenclawu półbiegiem; serce wciąż niespokojnie dudniło jej w piersi, gdy brała wieczorny prysznic i kładła się do łóżka. Z przyzwyczajenia sięgnęła na stolik nocny po lekturę, lecz natychmiast odłożyła ją z powrotem, gdy przed oczami mignęło jej wyobrażenie pozbawionej zębów Berenice, i przekręciła się na bok, wtulając twarz w poduszkę.

Donna leżała już w sąsiednim łóżku, przebrana w pudroworóżową piżamę i głęboko zaczytana w najnowszym numerze Czarownicy. Mimo że od tamtej pamiętnej szarpaniny nie zamieniły ze sobą ani słowa, przeszedł im już mroźny okres ostentacyjnego zachowywania się, jakby nie istniały dla siebie nawzajem. Było jasnym, że Donna — która straciła nią zainteresowanie w momencie, gdy namówiła Alfreda do porzucenia głównej roli w przedstawieniu — nie wyciągnie pierwsza ręki na zgodę, dlatego Marta spróbowała zwrócić na siebie jej uwagę cichym odchrząknięciem.

— Przepraszam za to, co powiedziałam — mruknęła niepewnie, ale szczerze. — No i za tę całą szarpaninę też.

Donna nie oderwała wzroku od magazynu.

— Dobrze.

Marta powstrzymała się od wypuszczenia przesiąkniętego rozdrażnieniem oddechu.

— Czyli… przyjmujesz moje przeprosiny?

— Tak. — Donna przewróciła stronę, nieznacznie unosząc głowę w zadowoleniu z wygrania pojedynku na milczenie. — Ja też nie powinnam była cię uderzyć. Sorry.

— Nie ma sprawy — odparła speszona Marta. Poświęciła porządną minutę na obserwacje wciąż nieprzejednanej koleżanki i wykorzystała jej nieuwagę, żeby rzucić wyciszające zaklęcie na spodnie, tak aby owinięty wokół jej kostki szpieg niczego nie podsłuchał. — Mogę cię o coś zapytać? Albo w sumie opowiedzieć ci o czymś.

— No.

Poza drgnieniem zadbanych brwi Donna nie dała po sobie poznać, do jakiego stopnia zainteresowały ją te słowa. Odwróciła magazyn w poprzek i rozłożyła ruchomy plakat przedstawiający przystojnego, pozbawionego koszulki gracza quidditcha, i uśmiechnęła się leciutko z błyskiem w oku.

— Stało się coś dziwnego — wyszeptała Marta, jakby bojąc się, że biorąca właśnie prysznic Olivia złowi tę rozmowę uchem mimo zamkniętych drzwi. — Z chłopakiem.

— O — mruknęła z cieniem zainteresowania Donna, lecz wciąż nie podniosła na nią spojrzenia. — Tym ze schowka?

— Yy, nie — skłamała; jeśli Tom naprawdę (wbrew wszelkiemu rozsądkowi!) planował zmusić ją do towarzyszenia mu na balu, wolała, żeby Donna nie spróbowała zabłysnąć w towarzystwie informacjami z pierwszej ręki. — Nie, to ktoś inny.

Donna rzuciła magazyn w kierunku stoliczka nocnego, ale zsunął się z blatu i pacnął o podłogę.

— Inny? Marto, ty kokietko! Kręcisz z dwoma na raz, nie wierzę!

— Z nikim nie kręcę! To nie tak, po prostu…

Zawiesiła głos, gdy rozległ się odgłos przekręcanego zamka. Olivia wyłoniła się z łazienki w kłębach pary, z włosami owiniętymi ręcznikiem i podejrzliwie zmrużonymi oczami, dlatego Marta bezdźwięcznie ułożyła usta w słowa „chodź tu”.

Donna wyskoczyła w powietrze niczym wystrzelona z procy, poprzebierała bosymi stopami w miejscu i wcisnęła się do łóżka Marty, która przesunęła się na skraj materaca. Machnięciem różdżki zaciągnęła kotary i rzuciła na nie zaklęcie wyciszające, a następnie z niepewnością spojrzała Donnie w oczy.

— Ale obiecaj, że nikomu nie powiesz — poprosiła.

— No dobrze, dobrze. Nie powiem — pisnęła Donna, a następnie wykonała przed ustami gest przekręcania klucza w zamku. — Opowiadaj! Bagshot, tak?

— Nigdy! Nigdy w życiu, to skończony kretyn, cham i… po prostu cham!

— Przystojny cham — poprawiła ją automatycznie Donna. — No więc? Jeśli nie on, kto?

— To nieistotne. — Marta zagryzła wargi, zastanawiając się, czy te zwierzenia były grą wartą świeczki. Musiała liczyć się z tym, że każde jedno jej słowo zostanie rozpowiedziane dalej, nawet mimo przyrzeczenia, ale to Donna miała największe doświadczenie z chłopakami. — Byliśmy… To długa historia i nie zamierzam tłumaczyć niczego więcej, więc daruj sobie pytania, ale… byliśmy w schowku na miotły.

— Oho! A zawsze mówiłaś, że obściskiwanie się w schowkach jest poniżej twojej godności — zauważyła żartobliwie, zduszając chichot. Na rozświetlonej ciekawością (i przyprawiającymi ją o upojenie chłopcami) twarzy miała wymalowany tak niecny uśmiech, że Marta pożałowała otworzenia ust. — Widać wystarczy odpowiedni kawaler, żebyś zmieniła gadkę…

— Bo jest poniżej mojej godności. Nie obściskiwaliśmy się, zresztą nie po to tam weszliśmy. Nie robiliśmy niczego, co właśnie sobie wyobrażasz.

Zrezygnowana mina Donny świadczyła, że żałowała tak gwałtownego porzucenia oglądania roznegliżowanych graczy quidditcha.

— No to po co? — spytała z zawodem.

— Rozmawialiśmy o czymś, nieważne o czym. W każdym razie…

— Nie stroj sobie ze mnie żartów, dobra? — wtrąciła, dając jej kuksańca w bok. — Coś czuję, że nie chcesz się przyznać, że to ty coś mówiłaś albo próbowałaś mówić, a jego ręce wybrały się… na przechadzkę?

Marcie opadła szczęka.

— Wiesz co, daruj sobie. Wracaj do czytania Czarownicy.

— No jak już zaczęłaś, to dokończ. Jestem ciekawa.

— A kiedy ty nie jesteś ciekawa? — rzuciła kąśliwie, lecz ku jej niezadowoleniu Donna tylko uśmiechnęła się szerzej i znacznie bardziej niecnie. Dla podkreślenia efektu naciągnęła kołdrę po samą szyję, sygnalizując, że nigdzie się nie wybiera. — Niewiele jest do opowiadania, ale on, no… chyba mnie powąchał?

Cisza dłużyła się, podczas gdy Donna trwała, zawieszona w momencie, ze skonfundowaną miną na twarzy.

— Jesteś pewna, że byłaś w tym schowku z chłopakiem, a nie basetem gajowego?

— Donna.

— Musiałam spytać… To faktycznie dziwne — dodała, zamyślona. — No i co ty na to? Też go powąchałaś?

Marta wywróciła oczami, ale nie mogła powstrzymać zaśmiania się z tego żartu.

— Nie, głupia — odparła. — Ja… Nie wiedziałam za bardzo, co zrobić, chciałam sobie pójść… No i powiedział mi, że pachnę jak… — Poczuła, że się rumieni. (O Boże! Dlaczego?!) — Jak książki.

— O, czyli nie za dobrze.

— Przecież pachną ładnie.

— Raczej śmierdzą.

Marta wzburzyła się jak nigdy w życiu.

— On też spędza dużo czasu w bibliotece, więc podejrzewam, że w tej sprawie może podzielać moje zdanie — wyjaśniła z dyplomatyczną rezerwą, ale rzeczowość zniknęła z jej głosu, gdy tylko uświadomiła sobie, co najlepszego wyprawiała. Dlaczego (na miłość boską!) przejmowała się tym, która z nich miała rację? Przecież nie chciała mieć nic wspólnego z tym wysłannikiem szatana, tym zdeprawowanym, okrutnym i momentami wręcz obłąkanym chłopakiem! Bycie zaproszoną przez niego na bal to najgorsza rzecz, jaka mogłaby się jej przytrafić w życiu, a przynajmniej tak sobie powtarzała, celowo zapominając o torturach

Cruciatusem.

— Aha! — Donna oskarżycielsko wymierzyła w nią palcem; jej piwne oczy rozbłysły blaskiem. — Czyli to też jakiś kujon! W takim razie na pewno nie Bagshot, ale może… Chyba nie Alfred? — spytała podejrzliwie, nagle przypatrując się Marcie niczym żmija gotowa do ataku.

— Chryste! Oczywiście, że nie! Mam ci to przeliterować? P-R-Z-Y-J-A-Ź-N-I-M-Y się, rozumiesz?

— Mhm, przyjaźnicie. — Cała twarz Donny ściągnęła się, jakby przełknęła sok z cytryny. — Jeśli nie wydusisz tego z siebie, będę codziennie łazić do biblioteki, aż się dowiem.

— Powodzenia. Mnóstwo osób regularnie ją odwiedza — odparła z przekonaniem Marta. Nikt nigdy nie podejrzewałby ją o utrzymywanie jakichkolwiek stosunków z Tomem, nie wspominając o byciu przez niego obwąchiwaną (no może Alfred, pomyślała, ale na pewno nie wpadłby na to drugie). — No i co o tym myślisz?

— A co mam myśleć o tym, że zostałaś obwąchana przez jakiegoś dziwaka? — Donna wzruszyła ramionami, przyglądając się badawczo Marcie, która z kolei przyznała w myślach, że kłócenie się z tym stwierdzeniem jest niemożliwe. Nie istniała na tym świecie druga tak daleka od normalności osoba jak Tom. — Zrobił coś jeszcze? Mówił coś innego?

— Nie.

— Pfft. Powiedziałaś to tak szybko, że prawie się splułaś.

— Nie bądź niedorzeczna — wymamrotała z poirytowaniem Marta. Te tematy wytrącały ją z równowagi do tego stopnia, że nawet Oklumencja nie stanowiła wyratowania z opresji. — I nie patrz tak na mnie. Nic więcej ci nie powiem.

— A więc jednak!

— Nieprawda! Nie obściskiwaliśmy się, skończ. Nie jestem taka.

Donna wywróciła oczami.

— Nie wiesz, o czym mówisz. Każda jest taka, tylko jeszcze nie masz doświadczenia — westchnęła, przyjmując do wiadomości, że nie doszło w schowku do żadnych niestosownych aktywności. — Ale chciał cię pocałować, tak? Z jakiego innego powodu byś się tak gryzła w język?

— Bo jesteś okropną plotkarą! I nie, nie przymierzał się do niczego podobnego! Oraz, dla twojej wiadomości, nie pozwoliłabym mu na to.

— Dlaczego? — zdumiała się Donna. — Jest brzydki?

— Nie wszystkie dziewczyny są powierzchowne — rzuciła Marta, w ostatniej chwili powstrzymując się przed dodaniem „tak jak ty”. Na szczęście jej koleżanka nie zwróciła na to uwagi, zbyt zaaferowana wyobrażaniem sobie tajemniczego chłopaka. — Jest… Wygląda nie najgorzej.

Ta wypowiedź niepokojąco uradowała Donnę.

— Czyli jest przystojny, ale go nie lubisz! Ohoho, to ułatwia sprawę! — Zatarła ręce, myśląc tak intensywnie, że Marta prawie widziała zębatki obracające się w jej głowie. — To będzie…

— Przypominam ci, że… że nie lubię w tej szkole żadnego chłopaka! Tylko Alfreda! Rzecz jasna platonicznie!

— …Ślizgon, tak? TAK! — wykrzyknęła Donna, machnąwszy ręką w geście „dobra, dobra” po przytoczeniu Alfreda. — Zarumieniłaś się!

— Nigdy w życiu. Wcale się nie zarumieniłam. — Marta dotknęła rozgrzanego policzka. — Po prostu z tobą jest za ciepło pod kołdrą.

— Ta, jasne. Nie ze mną takie numery. — Donna postukała się palcem w skroń. — Dobrze, w takim razie wystarczy sprawdzić, który Ślizgon żyje z nosem w księgach… Może Selwyn, ten z szóstego roku… Nie? No tak, ty byś kręciła nosem na młodszego. Hmm, no to pasowałby Nott, ale on nienawidzi mugolaków…

— To nie jest żaden Ślizgon — powiedziała błagalnie Marta. — Daj spokój i wracaj do siebie, chcę iść spać.

— Chyba mi nie powiesz, że gdybyśmy się zamieniły miejscami i to ja opowiedziałabym tobie o tajemniczym Ślizgonie z dziwnym fetyszem zapachowym, to zostawiłabyś to bez śledztwa?

— Tak, właśnie tak bym zrobiła. — Marta odwróciła się na drugi bok, zaparła się nogami o bok komody i zaczęła się powoli odpychać, wyciskając Donnę z łóżka. Fraza „dziwny fetysz zapachowy” mimo poirytowania przyprawiła ją o delikatny uśmiech. — Ta niezdrowa ciekawość kiedyś zapędzi cię do grobu, dziewczyno.

— Aach! — Donna trzasnęła nogą w podłogę, ale nie spadła całkowicie. — W takim razie umrę szczęśliwa i bogatsza w wiedzę, z kim okupujesz schowki na miotły.

Marta wyobraziła sobie, jak Donna skrada się za nią po korytarzach niczym agent do zadań specjalnych, i momentalnie zbladła, pozbawiona humoru na głupoty. Przyrzeczenie czy nie, nie potrafiłaby zatrzymać tak gorących plotek wyłącznie dla siebie. Gdyby to się wydało, nie martwiłaby się wyłącznie chorobliwą zazdrością Donny; Astra i Olivia odwróciłyby się od niej raz na zawsze, a dotrwanie do końca roku szkolnego (który napawał ją wystarczającą dawką stresu) przeobraziłoby się w istną gehennę.

— Mówię poważnie. Daj sobie z tym spokój.

— Tak tak — odmruknęła Donna, podnosząc z ziemi pogięty egzemplarz Czarownicy.

Marta fuknęła ze zniecierpliwieniem, przekręcając się na drugi bok. Oczy otwierały się jej jakby wiedzione instynktem, więc wysunęła szufladkę stoliczka nocnego i, próbując po omacku odnaleźć tomik twórczości Poe, zamiast tego natrafiła notatnik.

Ostatnimi czasy zaglądała do niego coraz rzadziej, uspokojona przez przedłużającą się ciszę. Co prawda kilkukrotnie zdarzyło się jej czytać zapisane ręką Abraxasa próby dowiedzenia się czegoś na temat „szlamiej okularnicy”, które zostały skwitowane milczeniem, lecz poza tym aż do dzisiejszego wieczora nie pojawiały się w nim żadne istotne wpisy. Schludna kursywa głosiła: „Przyszły piątek, 19. Wsch. skrz. p. 7. Kwadrans.”

Marta momentalnie odsłoniła kotary, żeby wyjrzeć na Olivię. Tamtejszy kąt dormitorium otulała gęsta ciemność, przełamywana wątłym promyczkiem białego światła. Donna też już się zasłoniła, dlatego Marta z chirurgiczną precyzją wysunęła się z łóżka, ostrożnie, aby sprężyny materaca nie zaskrzypiały, a następnie — gdy upewniła się, że nie zwróciła niczyjej uwagi — przemknęła na palcach na drugą stronę pokoju.

— Mogę? — szepnęła.

— Spadaj, uczę się.

Marta powstrzymała chęć westchnięcia, odsłaniając kotarę. Oczy wyszły jej na wierzch, gdy ujrzała Olivię z twarzą wysmarowaną grubą warstwą ślimaczego śluzu, zza którego przeświecały zaczerwienione punkty trądziku. Olivia opuściła na brzuch podręcznik do historii magii i warknęła:

— Następnym razem, jak będziesz się grzesznie szamotać pod kołdrą, pokażę cię całemu dormitorium, Warren.

— O Boże — zachichotała Marta, przytknąwszy dłoń do ust, żeby nie obudzić śpiącej obok Astry. Ten wyśniony dwa miesiące temu widok rozbawił ją tak bardzo, że nawet nie zarejestrowała, jakie niecne występki zostały jej zasugerowane. — Jeszcze w to wierzysz? Kłamałam!

Olivia zmrużyła oczy, sięgnąwszy po różdżkę. Wbrew oczekiwaniom, nie zemściła się rzuceniem żadnej klątwy, a oczyściła buzię i odrzuciła podręcznik w dolną część łóżka. Nabrała głębokiego oddechu, z przymkniętymi oczami rozcierając skronie.

— Wiem, że kłamałaś — burknęła — ale potem wyczytałam w jakimś głupim magazynie Donny, że Koreanki naprawdę używają śluzu do pielęgnacji skóry. Zresztą, nie zamierzam z tobą o tym rozmawiać. Po co żeś tu przylazła?

— Znam lokalizację — powiedziała już poważniej Marta. Część humoru uszła z niej jak powietrze z przebitego balona, jako że znała z autopsji desperackie łapanie się brzytwy w walce z trądzikiem, a wyrzuty sumienia zawisły jej nad sercem niczym głaz. — Przyszły piątek o dziewiętnastej, we wschodnim skrzydle, na siódmym piętrze. Padło też słowo „kwadrans”.

Czoło Olivii przecięła pozioma zmarszczka.

— W piątek o tej porze nauczyciele mają jakieś zebranie po przeciwnej stronie zamku — zauważyła. — Beery mi wspominał. Powiedział też, że będzie krótkie.

Z gardła Marty wyrwał się cichy, ponury śmiech. Posiadający zażyłe stosunki z tak wielką częścią ciała pedagogicznego Tom z pewnością też o tym wiedział. Zagadka „szczęścia”, które chroniło Ślizgonów przed złapaniem, została rozwiązana.

— Czyli idziemy, tak?

— Oczywiście — prychnęła Olivia. — Pogadam z chłopakami i spotkamy się na miejscu jakieś pół godziny wcześniej. Ty będziesz czujką, a my…

— Kogo masz poza Alfredem?

— Bagshota.

— Bagshota?! — wyszeptała napastliwie Marta, nieproszona wsuwając się pod kołdrę, co zostało skwitowane krzywą miną. — Na głowę upadłaś? To idiota!

— Nie, to kretyn — skomentowała Olivia. — Nie łapiesz? Kogoś takiego nam potrzeba. Jeśli coś pójdzie nie po naszej myśli, zostawimy im go na przystawkę.

— Jezu. — Marta nie kryła szoku wyrachowaniem koleżanki. — A skąd pomysł, że nas nie wyda?

— Tchórzem to on nie jest, poza tym nienawidzi Ślizgonów.

— Nienawidzi ich tylko dlatego, że uważa Toma za konkurencję.

Olivia uniosła brew.

— A od kiedy ty go nazywasz po imieniu?

— Nie doszukuj się teorii spiskowych tam, gdzie ich nie ma — odparła wyniośle Marta. — Nie ufam Bagshotowi. Komu jak komu, ale jemu na pewno nie zależy na chronieniu innych. Sam jest niewiele lepszy od Ślizgonów.

— Ale za to jest szybki i dobry z różdżką w sytuacjach stresowych, nie to co ty. Nie dorównuje mnie, rzecz jasna, ale ma smykałkę do tego typu rzeczy — powiedziała Olivia; komplementy pod adresem Bagshota ledwo przechodziły jej przez gardło. — No i nie wydaje mi się, żebym prosiła cię o opinię. W twoim śmiesznym planie to ja miałam ryzykować najwięcej, więc to mnie przypada w udziale dobranie sobie takich ludzi, jakich chcę.

— Może i tak — przyznała z oporem Marta — ale teraz to ja będę sama, a wy w trójkę.

Olivia wzruszyła ramionami.

— A więc nie ufasz, że twój rycerz w lśniącej zbroi nie dopuści do tego, żeby włos spadł ci z główki? — mruknęła z nieprzyjemnym uśmieszkiem, sięgając do szuflady półki nocnej. Ze środka wyjęła knuta i rzuciła go na kolana Marty. — Jest na nich zaklęcie Proteusza. Kiedy tylko zobaczysz ich na horyzoncie, wyślesz nam wiadomość, ustaliliśmy już kod — podała jej zabazgrany pismem Bagshota kawałek pergaminu — więc porządnie go sobie zapamiętaj. Longbottom dodał ten ostatni specjalnie dla ciebie, gdybyś się bała. — Olivia przekonywująco odegrała odruchy wymiotne, zerkając z rozbawieniem w kierunku łóżka Donny. — Poza tym da ci swoją pelerynę niewidkę.

Marta trwała w nacechowanej podziwem ciszy.

— Przedyskutowaliście to wszystko beze mnie? — wykrztusiła, nie wiedząc, jak powinna się z tym czuć. — Gdybym nie miała naocznego dowodu na to, że wszyscy żyjecie, nie uwierzyłabym, że się przy tym nie pozabijaliście.

— A co mieliśmy zrobić? Wiecznie gdzieś znikasz, poza tym zrobiłaś się jakaś dziwna. Longbottom tak trzęsie o ciebie portami, że gdybyśmy cię nie potrzebowali, wywaliłby cię z całej operacji. Zresztą, jemu też coś odwala.

— Alfredowi? — zdumiała się Marta. — Niby co?

— A co ja jestem, zaklinaczka debili? — Olivia zarechotała, rozbawiona własnymi słowami. — Coś ty mu nagadała? Myślałam, że wreszcie zerwie z Donną i uderzy do ciebie, zacierałam ręce na jakąś smakowitą aferkę, a ten kretyn dalej bawi się z nią w dom, tyle że coraz bardziej zezuje na swoją słodką Martusię. Odnoszę wrażenie, że tym razem nie do końca podoba mu się to, co widzi.

— Daj spokój.

— Myślę, że jest zazdrosny.

Marcie zaschnęło w gardle. Z trudem przełknęła ślinę.

— Longbottom coś wie, prawda? — drążyła ze zmrużonymi oczami Olivia. — Ty z kimś kręcisz. Chyba nie z Riddle’em, co, Warren?

— Na głowę upadłaś.

— Oj, nie. Chyba jako jedyna w tym zasranym dormitorium mam głowę na karku.

— Ty? Sama robisz do niego maślane oczy.

— Ale ja jestem półkrwi — odparła ze stoickim spokojem. — Wiadomo, dlaczego uderza do Astry — poruszyła palcami w geście przerzucania banknotów — a jeśli naprawdę uderza do ciebie, chyba nie jesteś aż tak skretyniała, żeby myśleć, że naprawdę coś w tobie widzi? Dla takich jak on jesteś niczym więcej a szlamą.

Marta nie powstrzymała się od zagryzienia zębów, co nie uszło uwadze Olivii, która wytrzeszczyła na nią oczy. Najwyraźniej aż do teraz nie wierzyła, że jej słowa częściowo trafiają w prawdę.

— NIE kręcę z nim — podkreśliła nerwowym szeptem Marta, żałując, że wdała się w niepotrzebną dyskusję. — Alfred… Boże, nie chce mi się tego wszystkiego opowiadać. Przypadkiem się dowiedziałam, że to Riddle stoi za tym wszystkim, a Alfred przyuważył nas razem, kiedy próbowałam wykraść notatnik, którego Riddle używa do komunikowania się ze swoją bandą popychadeł. Wiesz, jaki jest Alfred, ubzdurał sobie nie wiadomo co i teraz robi mi sceny.

Zmrużone oczy Olivii wciąż przejawiały podejrzliwość, lecz jej ostre rysy twarzy powoli zaczęła wygładzać ulga.

— Jeśli on łazi z nimi na te zasadzki, mamy przesrane — skomentowała.

— Nie sądzę, żeby się zniżał do tego poziomu.

— Oby. — Olivia nie wyglądała na przekonaną. — Dobra, wypad do siebie, Warren.

Marta nie potrzebowała dodatkowej zachęty. Wróciła do własnego łóżka, ucieszona brakiem niewygodnych pytań, i po kilku godzinach walki z niespokojnymi myślami wreszcie zasnęła. Ostatnio nieustannie utykała na granicy jawy a płytkiego snu, a tej nocy nie było inaczej; wydawało się jej, że wąż wyślizgnął się jej z nogawki, żeby zagnieździć się w jej rozpuszczonych włosach. Przebudziła się z widmowym wrażeniem łusek prześlizgujących się po jej skórze, oplatających i ściskających jej szyję. Nie mogąc nigdzie go znaleźć, zrzuciła to na karb kolejnego dziwacznego snu, dla bezpieczeństwa naciągając kołdrę po same uszy.

Tydzień upłynął jej na wracaniu do dormitorium zaraz po obiedzie, jako że to jedyne miejsce, w którym nie spodziewała się zostać zaskoczoną przez niezapowiedziane odwiedziny Toma. Wyjątek stanowiły wizyty w skrzydle szpitalnym, skąd odbierał ją Alfred szukający okazji do odbycia z nią pogawędki bez wiedzy Donny. Rozmawiali o wszystkim i o niczym; Marta była mu wdzięczna za nieporuszanie tematu Toma ani zbliżającej się konfrontacji.

Gdy nadeszła nieuchronna chwila, zebrali się w damskiej łazience na siódmym piętrze, każdy przejawiając inne emocje. Marta nie potrafiła zapanować nad drżeniem dłoni, więc wcisnęła je w kieszenie spódnicy (przed spotkaniem rzuciła na węża

Confundusa

, mając nadzieję, że to wystarczający środek zapobiegawczy), podekscytowanie niemal emitowało światłem z intensywnie niebieskich oczu i chaotycznych ruchów Bagshota, Olivię spowijała aura pragnienia zemsty, a z kolei imponująco spokojny Alfred naturalnie przyjął rolę głównodowodzącego.

— Macie — odezwał się Bagshot, gdy Alfred skończył powtarzać im plan, i rozdał każdemu ciemne zawiniątko. — Wygrzebałem to ze skrzyni z kostiumami.

— A na cholerę nam to? — burknęła Olivia, oglądając czarną pelerynę ze lśniącego materiału. — I tak rzucimy na siebie zaklęcie

Kameleona

.

— To dobry pomysł — przyznał niespodziewanie Alfred, przymierzając białą maskę. — Jeśli dojdzie do otwartej walki, ktoś może zostać trafiony przeciwzaklęciem. W razie czego maski zabezpieczą nasze tożsamości, a dzięki pelerynom nikt nas nie rozpozna po budowie ciała. Ubieraj się — powiedział do Marty. — Pamiętasz wszystkie kody?

— Oczywiście.

— Trzymaj knuta w ręce. Nie chowaj go, żebyś nie musiała potem szukać go po kieszeniach.

Marta westchnęła z lekkim rozdrażnieniem. Opiekuńczość Alfreda zawsze się jej podobała i stanowiła jeden z najważniejszych aspektów, dla których tak długo się w nim podkochiwała, ale nie przypadało jej to do gustu, gdy szło w parze z umniejszaniem jej inteligencji.

— Sama wiesz, że czasem panikujesz — stwierdził przepraszającym tonem, nieświadomy, że ponad jego ramieniem Bagshot wyszczerzył znacząco zęby. — Tylko go nie upuść, dobrze?

Przygarnął ją do boku, a gdy zauważył miny pozostałej dwójki, przesiąkniętym zakłopotaniem gestem zmierzwił Marcie włosy, jakby była jego młodszą siostrą, i odsunął się z lekko zaróżowionymi policzkami. Bagshot szepnął coś do ucha Olivii, która uśmiechnęła się kąśliwie i wywróciła oczami, natomiast Marta pierwszy raz w życiu poczuła się niezręcznie w towarzystwie Alfreda. Te sytuacje zmuszały ją do zgodzenia się z opiniami innych; skoro wiedział, że żywił do niej inne uczucia poza przyjacielską sympatią, ze względu na dobro swojego związku nie powinien z taką chęcią wyciągać ku niej rąk. To niestosowne.

Podał jej wydobytą z torby pelerynę niewidkę, mamrocząc coś pod nosem, i udał zainteresowanie postacią z portretu. Marta zarzuciła ją na siebie, modląc się w duchu, aby sierść demimoza nie straciła swoich właściwości zbyt szybko, i zgodnie z planem samotnie udała się w stronę zaczarowanych kondygnacji schodów.

Zobaczyła ich niemal od razu, choć do uzyskania pewności musiała poczekać, aż zbliżą się o kilka pięter. Goyle opierał się lędźwiami o kamienną poręcz, rozpościerając wzdłuż niej ręce, natomiast Nott z niepoprawnym uśmieszkiem przerzucał między dłońmi coś, w czym rozpoznała zdjęcia.

— Ale przyznaj, pomyślałbyś, że odwali coś takiego? — spytał, pokazując mu fotografię, podczas gdy Marta zmieniała wagę knuta. — Bo ja nie.

— Nie — wymamrotał ucieszony Goyle, stawiając pierwszy krok na siódmym piętrze — ale jestem mu za to wdzięczny. Nie spodziewałem się, że ta mała jest taka zdrowa. Może nam ją odstąpi, kiedy z nią skończy.

— No nie wiem. Ponoć jest w nim porządnie zabujana.

Marta w ostatniej chwili przypomniała sobie o rzuceniu zaklęcia wyciszającego na buty, a następnie ruszyła ich śladem, stąpając na palcach, mimo że poruszała się już całkowicie bezszelestnie. Gdy uspokoiła przyśpieszony oddech, odważyła się zajrzeć na trzymane przez Notta fotografie, ale ich plik zmienił właściciela.

— E tam, zabujana. Przestanie, kiedy tylko się dowie, że pokazał nam te fotki.

— Nie są znowu aż takie mocne.

— Niby nie, ale laski tego typu niechętnie gubią bluzeczki — zarechotał Goyle, wciskając zdjęcia do kieszeni szaty. — Musiał ją nieźle zbajerować, bo nawet Donna jeszcze nie pokazała mi cycków.

Marta przygryzła dolną wargę, powstrzymując się od komentarza. I ci ich nie pokaże, pomyślała.

— Merlinie, tych zdjęć nigdy nie chciałbym zobaczyć — odparł skrzywiony Nott. — Jesteś desperatem, bracie… Cicho.

Wstrzymała oddech, sądząc, że właśnie to zwróciło jego uwagę, lecz Nott złapał Goyle’a za łokieć i pociągnął go za róg korytarza. Na horyzoncie zamajaczyła rozdzielająca się na różne kierunki grupka uczniów z trzech różnych domów, po pożegnaniu wymieniając się jeszcze żartobliwymi komentarzami.

— Murphy jest szlamą, nie?

— Jest — odburknął niechętnie Goyle. — Nie on.

— Mamy tylko kwadrans, braknie nam czasu, żeby…

— Bez przesady — sprzeciwił się. — Pierwszy raz od tygodni mamy okazję się trochę zabawić i nie zamierzam jej zmarnować na rzucenie paru klątw na byle jakiego gościa. Co ja, ciotą jestem?

Nott zerknął na zegarek.

— Dobra — zgodził się z niecierpliwym westchnieniem. — Dobra, ale jeśli przez ciebie się nie wyrobimy, to chyba ocipieję. Ręce mnie swędzą od tygodnia, rozumiesz? Szczególnie, jak słyszę tę zidiociałą okularnicę, co to się jej gęba nie zamyka na lekcjach.

Podskoczył kilkukrotnie z ręką uniesioną jak do zgłaszania się od odpowiedzi, a Marta aż zapłonęła z gniewu. Po pierwsze, jeśli ona była idiotką, on niezdolną do złożonych procesów myślowych amebą, a po drugie odzywała się równie często co Tom. Dziwnym trafem jego nikt nie posądzał o nieumiejętność zamknięcia gęby!

— Kto wie, może się nawinie? — mruknął Goyle. — Nie pogniewałbym się, gdybyśmy się przeszli pod wieżę Ravenclawu. To niedaleko.

— Malfoy mówił, że…

— Malfoy — odprychnął. — W dupie mam kazania Malfoya.

Marta wycofała się na bezpieczną odległość, ze ściśniętym gardłem zapisując na knucie swoją dokładną lokalizację. Zarzekała się w duchu, że przestanie zwracać na siebie niepotrzebną uwagę na lekcjach, ale po chwili odrzuciła ten pomysł, poirytowana. Nie zachowywała się niestosownie, nie prowokowała ubiorem ani wyglądem, więc nie powinna zmieniać się ze względu na dwóch seksistowskich, niedorastających jej intelektualnie do pięt frustratów.

— Może przejdźmy się trochę dalej — zaproponował Goyle, gdy Puchon o nazwisku Murphy minął ich, podgwizdując cicho pod nosem. — Nikogo tu nie ma.

— Jak już, możemy się wrócić. Wschodnie skrzydło, pamiętasz?

Goyle wywrócił oczami, ale mimo poirytowania rysującego się na jego kwadratowej twarzy podążył śladem Notta. Marta przekazała zmianę kierunku na knucie i ruszyła za nimi, słuchając ich jednym uchem. Resztę uwagi poświęcała na nerwowe rozglądanie się wkoło i przekonywanie się, że nikt poza nią nie słyszał serca panicznie dudniącego jej w piersi.

W ostatniej chwili odskoczyła w bok, widząc nieprawidłowe załamanie się światła na wysokiej, okrytej zaklęciem

Kameleona

sylwetce. Po zapachu pasty do polerowania mioteł rozpoznała Alfreda, który zlał się z tłem ściany. Zamieszkująca portret nastroszona czarownica o karykaturalnie długim nosie skanowała korytarz z podejrzliwą miną, niemal jakby też udało się jej coś dostrzec.

— Tam ktoś idzie — mruknął Goyle, nabierając tempa i wskazując na majaczącą w oddali szczupłą sylwetkę.

— Uff — sapnął cicho Bagshot, gdy zderzył się z Martą. W ostatniej chwili zacisnęła palce wokół jego niewidzialnej szaty, uchraniając się przed lotem na główkę i wybiciem sobie zębów.

— Słyszałeś to? — szepnął Nott, odwracając się.

— Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam — odezwał się rzeczowo Goyle — ale możliwe, że puściłem cichacza.

— Jesteś obrzydliwy.

Wiedziona instynktem Marta wsunęła dłoń pod maskę Bagshota i docisnęła ją do jego ust, odnajdując je cudem. Poczuła, jak jego wargi rozciągają się w uśmiechu, a zduszony chichot uderzył w jej skórę falą ciepłego wydechu. Wciąż trzęsący się od niemego śmiechu Bagshot wymacał jej nadgarstek i zmusił ją do opuszczenia ręki, ale zamiast zająć się zadaniem, postanowił uszczypnąć Martę w talię.

— Au!

Nott i Goyle zamarli w półkroku, powoli patrząc za siebie na „pusty” korytarz. Zanim Marta zdążyła zareagować, dwa czerwone snopy zderzyły się z plecami chłopaków, którzy padli jak dłudzy na posadzkę, z twarzami zamrożonymi w wyrazie podejrzliwości zmieszanej ze stuporem.

— Powaliło was? — uniosła się frustracją Olivia, pojawiając się pod ścianą obok nachmurzonego Alfreda, i zerwała z twarzy maskę. — Co wy dwoje wyprawiacie, macacie się czy co?

— No chyba cię pogrzało, ty zarazo! — wykrzyknęła Marta, zrywając z siebie pelerynę niewidkę. — On mnie uszczypnął!

— To po co zaczęłaś się do mnie dobierać? — zaśmiał się szczekliwie Bagshot, który wciąż nie zdjął z siebie zaklęcia

Kameleona

. Przesunął się za roztrzęsioną Martę, na szczęście jego niecne plany zostały pokrzyżowane przez Alfreda, który machnięciem różdżki ujawnił jego lokalizację.

— Rozmawialiśmy o tym — odezwał się takim tonem, jakby karcił rozwydrzone dziecko. — Masz jej dać święty spokój, rozumiesz?

Bagshot z miną niewiniątka uniósł ręce w poddańczym geście.

— Dość tych idiotyzmów — zadecydowała Olivia, stając nad ogłuszonymi Ślizgonami. — Bierzemy ich tam, gdzie mówiliśmy.

— To znaczy gdzie? — wtrąciła Marta, która poczuła się dotknięta pominięciem w całym etapie planowania.

— Longbottom miał dobry pomysł z… — Olivia zawiesiła głos, zauważywszy wystający z kieszeni Goyle’a plik fotografii. Złapała je, a z przejrzeniem każdego kolejnego zdjęcia jej twarz przechodziła transformację, która prędko upodobniła ją do gotowego do wybuchu buchorożca. — Zabiję go. Amputuję mu tego albinoskiego kutasa.

— Hornby — upomniał ją Alfred, zerkając ponad jej ramieniem. Szybko odwrócił wzrok, odchrząknąwszy. — Po prostu się tego pozbądź.

— Ja też chcę zobaczyć! — podekscytował się Bagshot, wyskakując do przodu z wyciągniętymi rękoma. Olivia uchyliła się, ale dwa zdjęcia wyślizgnęły się jej z uścisku i zawirowały w powietrzu, zanim opadły na podłogę. Bagshot błyskawicznie je porwał. — Ooo… Co to za ślicznotka?

— Nie twoja sprawa — warknęła, bezceremonialnie podpalając mu je w dłoniach. Z gardła Bagshota wydarł się zduszony okrzyk, a czerniejące resztki dekoltu Betty zwinęły się wokół siebie, lecąc w dół. — Ma szczęście, zasraniec, bo jakby tu dzisiaj był…

— Dość — uciszył ją Alfred, unosząc rękę. — Bierzemy ich i idziemy, nie możemy tu sterczeć. Ktoś nas przyłapie.

— Idziemy, ale nie tam — powiedziała Olivia, machnięciem różdżki podnosząc ciała chłopaków do pozycji siedzącej. Odwróciła ich do siebie plecami, nie omieszkając przydepnąć im palców, a następnie rzuciła na nich

Incancerous.

Magiczne liny związały Goyle’a i Notta razem tak ciasno, że jedynie ich głowy zwisały luzem. — Bierzemy ich do Wielkiej Sali.

— Co? Nie — sprzeciwił się Alfred. — Nie taki był plan…

— Po co? — wtrącił z zainteresowaniem Bagshot. — Daj jej dojść do głosu, Longbottom.

— Bierzemy ich do Wielkiej Sali, bo zamierzam ich posadzić na stole nauczycielskim, rozebrać do naga i zostawić tak na całą noc. Ci, którzy nie zdążą na poranny pokaz, znajdą ich kompromitujące zdjęcia w każdym kiblu w tej przeklętej szkole.

Bagshot wybuchnął śmiechem, przyklaskując, Alfred trwał w stuporze, a Marta myślała, że się przesłyszała.

— Nie,

nie.

Mieliśmy…

— W dupie mam to, co mieliśmy zrobić, Longbottom — przerwała mu Olivia. — Idziecie z nami albo nie. Jak pękacie, możecie wracać do siebie. Warren?

Marta odsunęła się od sięgającego do niej Alfreda, unikając jego spojrzenia. Wybrana forma zemsty nie należała do wyrafinowanych i gdyby nie zdjęcia Betty, pewnie nie chciałaby mieć z tym nic wspólnego, ale dziś nawet ona zapragnęła wymierzyć sprawiedliwość.

— Poważnie? — spytał Alfred. — Jesteś pewna, że chcesz brać udział w czymś takim?

— Co, Longbottom? — rzuciła z kpiącym uśmiechem Olivia. — Coraz bardziej zdziwiony, że twoja Martusia wcale nie siedzi na piedestale czystości?

— Wiesz co, Hornby, może gdybyś nie zatru…

— Dość! — uciszyła ich Marta, machnąwszy różdżką. Goyle i Nott unieśli się w powietrze. — Jeśli chcecie się o coś sprzeczać, nie o mnie. I dla twojej wiadomości, Alfred, nikt mnie nie niczym „zatruwa”. Tak, uważam, że za zmuszanie dziewczyn do robienia sobie tak obscenicznych zdjęć należy się im upokorzenie równe temu, któremu padłaby ta dziewczyna, gdyby wiedziała, że te dwa wieprze pokazują między sobą jej…

Odchrząknęła.

— Aż tak, Warren? — mruknął Bagshot, zarzucając jej rękę na ramię. Ważył swoje. — Nie potrafisz nawet powiedzieć „biust” albo „piersi”?

— Łapska przy sobie, bo i ty dołączysz do nich na tym stole — fuknęła, odpychając go od siebie.

— Hmm… Odnoszę nieodparte wrażenie, że to znak, że tak naprawdę chciałabyś zobaczyć mnie nago.

Marta zaczerwieniła się po koniuszki uszu i czmychnęła do przodu, nie zwracając uwagi na frunących za nią rozkołysanych Ślizgonów, którzy obijali się o siebie nawzajem i przy ostrych zakrętach wpadali na kamienne poręcze schodów. W drodze na parter nie odezwała się już ani słowem, układając w myślach listę argumentów za wyrzuceniem Bagshota z przyszłych operacji. Więcej niż raz przemknęło jej też przez myśl, co zrobiłby z nim Tom, gdyby dowiedział się o padnięciu tak prymitywnego tekstu.

— No, na co czekacie? — spytał Bagshot, gdy cielsko Goyle’a wylądowało brzuchem na nauczycielskim stole. Wygięty wzdłuż jego pleców Nott zabawnie dyndał nogami po bokach. — Rozbierajcie ich.

— No chyba nie — mruknęła Marta, chowając różdżkę, i stanęła obok Alfreda, który umył od tego zaszczytu ręce.

— Och, Boże — jęknęła Olivia, łapiąc za klamrę od paska Notta. — Wszystko mam robić sama?

Marta odwróciła się w ostatniej chwili, ratując się od widoku tego, co ujawniło jedno porządne szarpnięcie spodni w dół. Wnioskując z ilości szeleszczących dźwięków, Bagshot służył pomocną ręką.

— No — odezwała się zsapana Olivia, zdmuchując kosmyk włosów ze skrojni — teraz dwa razy się zastanowią, zanim odwalą coś równie obrzydliwego.

— Nie jest trochę za zimno, żeby ich tak zostawiać na całą noc? — mruknęła Marta, zaglądając na dzieło przez ułożone poziomo palce. Żywiła przekonanie, że gdyby ujrzała któregoś z nich w pełnym stanie roznegliżowania, lepiej pojęłaby koncept zainteresowania własną płcią.

— Bez przesady — prychnęła Olivia, idąc z nią i Alfredem w kierunku wrót. — Chyba nie jest ci ich żal?

— Nie, ale…

— Patrzcie! — zawołał za nimi rozchichotany jak dziecko Bagshot. — Piękne, prawda?

Nawet przeciwny całemu pomysłowi Alfred nie oparł się rozciągnięciu ust w uśmiechu na widok przyozdobionych własną bielizną Ślizgonów. Czubek głowy Goyle’a opinała para mało wytwornych slipów w czerwono-zielone paski, zza których wystawały kępy nastroszonych włosów, natomiast Nott został zmuszony do wdychania własnych zapachów z naciągniętych mu po sam nos białych bokserek w różowe serduszka.

Olivia zaniosła się śmiechem. Śmiała się tak długo i tak głośno, zgięta w pół i poczerwieniała na twarzy, że zaraziła Martę i Alfreda tym czystym przejawem szczęścia.

— O matko — powiedziała, ocierając łzy z kącików ust, i uzupełniła braki w tlenie porządnym wdechem. — Ktoś z was ma ten aparat? Chryste, naprawdę warto to uwiecznić.

— Nie, ale Nott ma — odparła Marta.

—

Accio

aparat Notta?

Wszyscy doznali jednakowego szoku, gdy przez uchylone wrota śmignął przyzywany przedmiot. Bagshot raz po raz błyskał fleszem, wczuwając się w rolę fotografa poprzez zabawę najróżniejszymi ustawieniami (Marcie najbardziej przypadły do gustu te zdjęcia, które swoim przypadkowym rozmyciem i przygaszonymi barwami podkreślały niewesołość sytuacji, w jakiej znaleźli się Goyle i Nott), a gdy skończył, użył zaklęcia duplikującego na filmowej rolce i przekazał ją Olivii na wyciągniętej elegancko dłoni, zgięty w pół, z ręką przepasaną za plecami.

— Milady — rzekł z zabójczym uśmiechem.

Ku zdziwieniu Marty, policzki Olivii pokrył delikatny rumieniec. Najwyraźniej nawet kość niezgody (nie wspominając o niepoprawnie użytym zwrocie grzecznościowym) to niewystarczający oręż w walce z przystojnym, acz przygłupim łobuzem.

Marta popatrzyła znacząco na Alfreda, który obdarzył ją nikłym uśmiechem, i wyszła razem z nim z Wielkiej Sali. Podczas powrotnej wędrówki do wieży Ravenclawu nie potrafiła w pełni cieszyć się z uchronienia niedoszłej ofiary przed Goyle’em i Nottem. Nawet jeśli Tom nie zdąży zobaczyć tego widoku na własne oczy, cały Hogwart zahuczy od plotek, a samo to spowite legendarnym duchem wydarzenie zapadnie w pamięć uczniów na wiele lat. Pozostawało jej mieć nadzieję, że Tom nie odbierze upokorzenia swoich wysłanników jako atak na niego.

----- CHAPTER BREAK -----

Za namowami Olivii poranna rutyna Marty uległa jednorazowej zmianie. Zamiast odbycia szybkiej toalety i sprintu na śniadanie, żeby zdążyć przed zajęciami do biblioteki, przeczekały, aż wszyscy zamroczeni snem Krukoni opuszczą wieżę Ravenclawu, a następnie rozsiały po niej fotografie. Porozrzucanie ich we wszystkich łazienkach poza tymi znajdującymi się w lochach zajęło im tyle czasu, że nie chcąc spóźnić się na lekcje, Marta zawlokła się na historię magii o pustym żołądku. Gdy usiadła w ławce, przeklęła własną głupotę; profesor Binns nie pamiętał, że istniało coś takiego jak system punktowy i ani ich nie przydzielał, ani nie odbierał, mogła więc zajrzeć do Wielkiej Sali bez konsekwencji i za jednym razem zaspokoić głód i swoją ciekawość, jak przyjęto Ślizgoński „akt” w wykonaniu Notta i Goyle’a. Jak większość uczniów, Tom nie uczęszczał już na historię magii (choć podejrzewała, że i tak będzie zdawać z niej owutemy), więc nawet nie miałby szansy zainteresować się powodem jej spóźnienia.

Tak naprawdę nie potrzebowała widzieć bezpośredniej reakcji rówieśników, jako że po tak porządnej dawce wrażeń nawet monolog Binnsa nie zdołał nikogo uśpić. Komnata huczała od śmiechów i chichotów, a poszeptywania szybko zamieniły się w otwarcie prowadzone rozmowy. Nikt nie przejmował się coraz bardziej podnoszącym głos profesorem, a jedna z Puchonek weszła już w posiadanie kompromitujących fotografii, dzięki czemu zebrała wokół swojej ławki wianuszek wielbicieli podziwiających dzieło Bagshota.

— Jak tam, Warren? — przywitał się z nią godzinę później pod salą do obrony przed czarną magią, co stanowiło dla niej niemałe zaskoczenie. Poza zorganizowanymi atakami, gdy za amunicję służyły mu końskie zaloty, nie zwracał na nią uwagi.

— W porządku — odparła sztywno, skanując korytarz w poszukiwaniu Toma. Nigdzie go nie było. — Z tego co widziałam, twój kunszt artystyczny został doceniony.

Bagshot wyszczerzył się tak bezwstydnie, że aż ścisnęło ją w gardle. Z taką aparycją powinien spędzać dnie i noce na planach filmowych, czarować udopornione na przystojniaków aktorki o oszałamiającej urodzie, a nie mieszać w głowach zwykłym dziewczynom.

— Można powiedzieć, że niedawno odkryłem w sobie smykałkę do tego typu pierdół. — Wzruszył ramionami z udawaną skromnością. — Sama słyszałaś Beery’ego. Mam nieprawdopodbny talent aktorski, twarz stworzoną na wielki ekran i te sprawy.

Straciwszy nim zainteresowanie, Marta weszła do komnaty. Wystarczał jej w życiu jeden megalomaniak i jeśli miała być szczera, wolała tego, który naprawdę był lepszy od innych. W przeciwieństwie do Toma, Bagshot poza urodą i znanym nazwiskiem nie miał nic, czym mógłby się wyróżnić.

Zdziwiła się, zastając w środku cały rocznik Ślizgonów. Abraxas wykłócał się pełnym furii szeptem ze zobojętniałym Tomem, a wnioskując z prawie w całości ściągniętego wypracowania Mulcibera, który zapisał już półtorej rolki pergaminu, dotarli tutaj na długo przed rozpoczęciem lekcji. W ostatniej ławce zamiast głupiego chichrania się zapadła uderzająca po uszach cisza, a Goyle i Nott nawet nie podnieśli zwieszonych wstydliwie głów, gdy Marta ich minęła.

Tom zajrzał przez ramię na wlewających się do środka uczniów, a Marta przysięgłaby, że na jej widok wyostrzone gniewem rysy jego twarzy nieznacznie złagodniały. Ta świadomość z jednej strony stanowiła pocieszenie, jako że nie podejrzewał jej o udział w porannym przedstawieniu, z drugiej jego całkowite przeciwieństwo. Jeśli siła wyższa kazałaby jej wybrać między patrzącym na nią w ten sposób Tomem a piekłem, skoczyłaby w objęcia wiecznych płomieni.

Przyzwał ją do siebie skinieniem głowy, za co oberwało się jej nienawistnym spojrzeniem Abraxasa, którego usta zamarły wpół słowa. Przeczesał mlecznoblond włosy drżącą z nerwów dłonią i z zadartym nosem odwrócił się w stronę szalejącej za oknem wichury.

— Zmiana planów, moi drodzy! — wykrzyknęła profesor Merrythought, pojawiając się w komnacie z rozłożonymi na boki rękoma i uśmiechem z kategorii tych nie zwiastujących niczego dobrego. — Dziś odbędziemy lekcję w terenie!

— Niee — jęknęła Marta, odwracając się ku wyjściu, i stanęła oko w oko z Alfredem. Dobrze się złożyło, że dzięki Merrythought nie podeszła do Toma, bo później nasłuchałaby się wykładów. — Ta stara wiedźma jest bezlitosna. Nie zdążyłam nawet zjeść śniadania.

Alfred zaproponował jej wyjęte z torby jabłko i termos z kawą.

— To lekcja w terenie — powtórzył, gdy pomachała ręką w geście odmowy. Mając świadomość, jak wiele jedzenia potrzebował dorastający chłopak o jego gabarytach, nie chciała, żeby później chodził przez nią głodny. — Nie powinnaś brać w niej udziału o pustym żołądku.

Przekonana, odebrała od niego napełnioną kawą zakrętkę i wypiła całość, zanim jeszcze opuścili komnatę. Po kwadransie porzuciła ogryzek pod dębem, zajęta dolewką, i starała się nie zwracać uwagi na kogoś, kto przeszywał jej plecy spojrzeniem. Nie miała pewności, czy padała ofiarą nienawiści Abraxasa, czy niezadowolenia Toma. W istocie prawdopodobne było, że ich obu.

— Za dzisiejszą lekcję możecie podziękować naszemu niezastąpionemu gajowemu — powiedziała podniesionym głosem Merrythought, prowadząc ich na zacienioną polanę w Zakazanym Lesie. Rosnące gęsto drzewa chroniły ich przed przenikliwymi podmuchami wiatru. — Zgodnie z zaleceniami ministerstwa, błotoryje należy natychmiast zgłaszać departamentowi Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, jako że stanowią poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa magicznych społeczności. Na szczęście Ogg najpierw skonsultował tę sprawę ze mną, wiedząc, że od dłuższego czasu chciałam przerobić z wami coś wymagającego.

— Tak jakby tamten zarażony wścieklizną żmijoptak nie był wymagający — mruknął ktoś z tyłu.

— Ale zimno — poskarżyła się koleżance ciasno opatulona płaszczem Euphemia Lovegood, stawiając kołnierz. Marta też szczękała zębami z zimna, mimo że przed wyjściem z zamku Alfred zarzucił jej na ramiona swoją bluzę.

— Dzięki twojemu drogiemu ojcu, który nalegał na pozwolenie ci kontynuowania moich lekcji, zaraz się rozgrzejesz, panno Lovegood — stwierdziła uszczypliwie Merrythought — no chyba że jak zwykle padniesz jako pierwsza. Jeśli nie zrobi ci się cieplej od wysiłku, jestem pewna, że pani Goldie dostosuje temperaturę do twoich upodobań podczas nastawiania ci kości w skrzydle szpitalnym.

Euphemia nie odezwała się już ani słowem, ze spuszczoną głową przyglądając się obłoconym czubkom swoich butów.

— Dzisiejsza lekcja to zadanie grupowe — kontynuowała Merrythought z kąśliwym uśmieszkiem — szczególnie wartościowa dla każdego, kto w przyszłości planuje wstąpić w szeregi aurorów czy podjąć się jakiegokolwiek zawodu związanego z magicznymi stworzeniami. Dobrze, kto jest chętny opowiedzieć nam co nieco o błotoryjach?

Tym razem to Olivia szarpnęła rękę Marty w dół, wyrzucając własną w górę.

— Panna Hornby.

— Błotoryje preferują atak z zaskoczenia, dlatego w warunkach naturalnych korzystają ze swojego naturalnego kamuflażu, żeby wtopić się w otoczenie. Ich skóra ma podobne właściwości co olbrzymów, przez co są odporne na większość zwykłych zaklęć. Ich styl ataku…

Profesor Merrythought uniosła dłoń.

— Dziękuję, panno Hornby, pięć punktów dla Ravenclawu. Wracając do odporności na zaklęcia, sprawa jest prosta. W pojedynkę żadne z was nie ma najmniejszych szans na wyjście żywo ze starcia z błotoryjem — mówiła, zerknięciem na Toma bez słów komunikując, że stanowił jedyny wyjątek — ale w grupie posiadacie nad nim przewagę. Jeśli utrzymacie zjednoczony front i będziecie dobrze współpracować, powinniście dać sobie z nim radę.

Machnięciem ręki zachęciła ich do wyjścia spomiędzy drzew. Przyprowadziła ich na nieznaną im dotąd polanę, otoczoną z dwóch stron przez usianą kamieniami skarpę, niedaleko której znajdowała się stalowa klatka. W środku na pierwszy rzut oka leżał porośnięty mchem i drobną roślinnością głaz z żółtymi, półprzymkniętymi ślepiami. Zaalarmowany ich obecnością błotoryj dźwignął się na cztery krótkie, mięsiste łapy i wykonał nerwowy obrót, uderzając w pręty grubym, pokrytym łuskami ogonem. Gdy ujawnił przed nimi swoją prawdziwą tożsamość, przypominał skrzyżowaną z aligatorem ropuchę na sterydach.

— Ustawcie się w półkole, w odległości dwudziestu metrów od klatki — poinstruowała ich profesor Merrythought, nieśpiesznie wspinając się na szczyt skarpy, żeby mieć dobry widok na uczniów. — Macie pięć minut na przygotowania.

Marta pożałowała wypicia połowy zawartości termosu, gdy żołądek związał się jej w supeł, przywołując na język gorzki posmak kawy zmieszany z kwaskowatością jabłka. Znienawidziła się za niezdrową manię udowodnienia, że stać ją na perfekcyjne zdanie owutemów z wartościowych przedmiotów (czyli wszystkich poza wróżbiarstwem, mugoloznawstem i opieki nad magicznymi stworzeniami). Gdyby nie ta przeklęta rywalizacja z Olivią, najpewniej złamałaby się psychicznie na koniec szóstego roku po tym, jak podczas nauki zaklęcia

Expecto Patronum

nie udało się jej wyczarować niczego poza mikroskopijnym punkcikiem światła. Z kolei dzięki temu nie musiałaby teraz stawać oko w oko z dorównującym rozmiarami bykowi błotoryjem.

— Już się zmoczyłaś, Warren? — mruknęła uśmiechnięta od ucha do ucha Olivia, pochylając się nad nią. — Zawsze możesz zastosować tę samą strategię, co Lovegood. Napatocz się „przypadkiem” pod linię czyjegoś zaklęcia albo potknij się o własną stopę i wybij parę zębów, żeby cię odesłano do pielęgniarki.

Alfred otworzył usta, ale nagle zdeterminowana Marta uciszyła go gestem, trzymając gumkę między zębami.

— W twoich mokrych snach, Hornby — wymamrotała niewyraźnie, zbierając włosy w kucyk. — Nie chcę zabrzmieć niewdzięcznie, Alfred, ale naprawdę nie musisz mnie zawsze bronić.

Przybrał zaskoczoną minę, a pękająca z dumy Olivia przeszła na przeciwną stronę półkoła.

— Jakoś nigdy ci to nie przeszkadzało.

— I nie przeszkadza — westchnęła. — Po prostu czasem jesteś trochę nadopiekuńczy, nie uważasz?

— Nie.

Porzuciła zamiar łagodnego wytłumaczenia mu, co miała na myśli, gdy dostrzegła na jego twarzy głęboką urazę. Wpatrywał się zacięcie w błotoryja, z którego szerokiej, żabiej paszczy wydobył się niski warkot.

— Och, nie obrażaj się — poprosiła, łapiąc Alfreda za rękę. — Przecież chcę dla ciebie dobrze.

— Dla mnie? — odburknął, patrząc na nią z ukosa.

— Tak. Między innymi właśnie dlatego Donna jest taka zazdrosna.

— Bo nie pozwalam na to, żeby Hornby znęcała się w mojej obecności nad słabszymi?

Dłoń Marty ześlizgnęła się z jego łokcia.

— Nie — odparła, zadzierając nosa. Nie była słabsza od tej purchawy, a już przede wszystkim nie potrzebowała być przed nią chronioną! — Dlatego, że czasem zachowujesz się tak, jakbym to ja była twoją dziewczyną, a nie Donna!

Mimo że pożałowała podniesienia głosu, uspokoiła się, gdy zauważyła, że nikt nie zwracał na nich najmniejszej uwagi, a jej słowa nie dosięgły żadnych niepowołanych uszu. Wbrew zdrowemu rozsądkowi (w końcu od starcia dzieliły ich minuty), uczniowie w większości wymieniali się przerywanymi chichotami poszeptywaniami, od czasu do czasu pokazując sobie palcami ponurego Notta i rozdrażnionego Goyle’a.

— Cóż — mruknął Alfred, ze zgryźliwą miną pocierając wydatną szczękę. — Ciekawe dlaczego.

— A co to niby ma oznaczać?

— A jak myślisz?

Marta zapowietrzyła się ze wzburzenia i pomaszerowała przed siebie. Przez myśl dziecinnie przemknęło jej zajęcie miejsca obok Toma, lecz wiedziała, że stanięcie u boku Olivii wywoła w Alfredzie jednakowo wielkie wzburzenie, równocześnie oszczędzając jej późniejszych dociekliwych pytań. Zresztą, dlaczego w ogóle się tym przejmowała? Do diaska, kim był Alfred, żeby wypytywać ją o stosunki z innymi chłopakami, wtrącać nos w nieswoje sprawy i roszczyć sobie do niej jakichś dziwnych, niezrozumiałych praw, skoro to on miał dziewczynę? Powinien się interesować wyłącznie Donną, szczególnie biorąc pod uwagę, że z jej charakterem była chodzącym ziółkiem!

— Kłopoty w raju?

— Siedź cicho, Hornby.

Olivia wyszczerzyła zęby.

— A ty nie plącz mi się pod nogami, bo jeśli przyjdzie taka potrzeba, stratuję cię bez żadnych wyrzutów sumienia — poinformowała ją, nie omieszkając wysunąć się o krok przed szereg, jakby została wybrana na głównodowodzącą (w podobnych sytuacjach ten zaszczyt bez słów przypadał Tomowi). — I nie myśl sobie, że ci pomogę, księżniczko.

— Czy ty zawsze musisz klepać ozorem, kiedy nikt nie chce cię słuchać? — warknęła Marta, dobywając różdżki. — Nie jestem żadną księżniczką.

— Nie? Udowodnij to — rzuciła jej wyzwanie Olivia. — Przetrwaj do końca lekcji bez chowania się za swoim kochasiem.

Marta zazgrzytała zębami, poirytowana najprawdziwszą prawdą. Zawsze korzystała z opiekuńczości i szarmanckości Alfreda, którego dopiero co niepotrzebnie skrytykowała. Najgorsze w tym wszystkim było to, że gdyby teraz wróciła do niego z podkulonym ogonem, przyjąłby ją bez chwili wahania i pomógłby jej przetrwać tę okropną lekcję w jednym kawałku.

— Wszyscy gotowi?! — krzyknęła do nich Merrythought ze szczytu skarpy i pokręciła ze zdegustowaniem głową, widząc, że Euphemia miała problem z wyplątaniem ręki z zawiniętej podszewki rękawa płaszcza. — Lovegood, litości! Otwieram!

Zaklęcie sprawiło, że zatrzaski bramy odskoczyły. Błotoryj wyszedł na trawę, sunąc potężnym brzuchem po podłożu. Przeskanował żółtymi ślepiami zastęp otaczających go uczniów i poraził Martę spojrzeniem, rozchylając pysk. Zamiast cokolwiek zrobić, stała, jakby sparaliżowało ją od pasa w dół, i otrząsnęła się dopiero w momencie, gdy fioletowy snop uderzył w grunt tuż pod krzywymi łapskami zwierzęcia.

Nie widziała, czyja to sprawka, ale podpowiedź stanowiła przerażona mina chowającej się za Tomem Euphemii. „Zjednoczony front” rozpierzchł się w najróżniejsze strony, gdy błotoryj uniósł cielsko i przypuścił szarżę na wrzeszczącą w niebogłosy dziewczynę, która wzięła nogi za pas. Olivia ramię w ramię z Bagshotem rzuciła się w kierunku bestii, ciskając zaklęciami z imponującą szybkością, a Tom razem z bandą Ślizgonów wycofał się pod targaną wiatrem linię drzew, co zaniepokoiło Martę.

Zamierzała podnieść rzuconą jej rękawicę, dlatego zakasała spódnicę i ruszyła w kierunku panikującej Euphemii, która na oślep rzucała zaklęciami w najróżniejsze strony, biegając chaotycznym slalomem. Olivia i Bagshot uchylili się z gracją przed nadlatującym

Petrificusem Totalusem

, a Marta w ostatniej chwili dała susa w dół, czując, jak włoski na karku stanęły jej dęba.

— Effy, uspokój się! — krzyknęła do niej, ale ta z tylko wykonała kolejny manewr zwodniczy, drąc się, jakby obdzierano ją ze skóry.

— To działa! — zauważył Bagshot. — Patrzcie na nią! Błotoryj nie nadąża!

Bagshot miał rację. Zwaliste cielsko i krępe łapy błotoryja nie zostały stworzone do wykonywania skrętu za skrętem, a tym bardziej piruetów wokół rozszalałej ze strachu ofiary, jednak miał na to swój sposób. Zaryczał, rozdrażniony, i zaparł się nogami w podłożu, otwierając paszczę, z której wystrzelił długi jak u żaby jęzor.

Trafiona w plecy Euphemia zamilkła, padając na mokrą ziemię; kilka osób wybuchnęło nerwowym śmiechem, kilka wstrzymało oddech. Język błotoryja zwinął się ze świstem i raz jeszcze śmignął w kierunku oszołomionej Euphemii.

—

Glacius!

— wykrzyknęła Marta.

Trafiła prosto w cel. Pokrywający się oblodzoną warstwą język najpierw zwolnił lotu, a następnie znieruchomiał i zesztywniał, zawisnąwszy w powietrzu ponad czołgającą się w błocie dziewczyną.

— To jego słaby punkt! — zauważyła z podekscytowaniem Olivia. —

Confringo!

Gdyby pośpieszyła się o sekundę, najprawdopodobniej ściągnęłaby na siebie uwagę błotoryja, lecz ten zdążył skruszyć lód siłą mięśni. Odwrócił się pokracznie i obniżył łeb, zanim wyskoczył w kierunku Marty ze zręcznością, o jaką nigdy by go nie podejrzewała.

Okrzyk zamarł jej na wargach, gdy rzuciła się w tył. Zamknęła oczy, lada chwila spodziewając się zostania zmiażdżoną żywcem przez olbrzymi brzuch, rozszarpaną pazurami i pożartą, lecz nic takiego nie miało miejsca. Przez ostrożnie rozchylone powieki dostrzegła nadlatujący z boku fioletowy błysk, który trafił błotoryja prosto w brzuch.

Flippendo

wyrzuciło go w górę i przyprawiło o spontaniczne koziołkowanie. Oszołomione zwierzę padło na bok z gardłowym charkotem.

Marta usiadła, czując, że włosy i plecy ma oblepione błotem. Trzęsąc się na całym ciele, odnalazła po omacku różdżkę, nie spuszczając oczu z błotoryja. Wymachiwał bezradnie łapami przez dłuższą chwilę, zanim udało mu się rozkołysać i paść z powrotem na brzuch.

— Aa! — pisnęła, gdy palce wpiły się jej w ramię.

— Wstawaj — wymamrotał Tom, szarpnięciem za ubrania stawiając ją na równe nogi. Błotoryj znów namierzył Euphemię, która rzuciła się biegiem w kierunku klatki. — Idź do Malfoya i Notta, natychmiast.

— Nie ma mowy!

— Nie wydaje mi się, żebym dawał ci wybór, Warren. Twoje ukochane oceny nie mają dla mnie najmniejszego znaczenia.

—

Immobulus!

— wykrzyknął ktoś z boku.

— Nie — sprzeciwiła się Marta, strącając z siebie jego rękę. Odwróciła głowę w kierunku Euphemii, która zatrzasnęła się w klatce i wrzasnęła, gdy cielsko błotoryja wgięło sufit do środka. — Wiecznie powtarzasz, że mam przestać być bezużyteczna i nauczyć się bronić, i właśnie to teraz robię. Poza tym jeśli myślisz, że będę bezpieczna z Nottem i Goyle’em, to w życiu się bardziej nie myliłeś.

Tom zmrużył oczy.

— Bo?

— Doskonale wiesz, jak traktują dziewczyny.

— Nie dotkną cię — powiedział tylko, bezceremonialnie popychając ją w ich kierunku. Gdy Marta otworzyła usta do kontry, zapierając się nogami w błocie, dodał: —

Jęzlep.

— Yyauk szhmies! — wybełkotała ostrożnie, po latach przejść z Olivią nauczona już, jak porozumiewać się bez bólu z językiem przyklejonym do podniebienia. — Thom!

— Powinienem robić to częściej. — Wyszczerzył się dziko, popychając ją raz jeszcze. — Rób, co mówię, Warren.

Wnętrzności skręciły się jej z frustracji, ale zmusiła się do ruszenia we wskazanym kierunku. Gdy tylko Tom pobiegł do błotoryja, rzuciła na siebie przeciwzaklęcie, a następnie popędziła ku Olivii i Bagshotowi, którzy wspięli się na połowę skarpy, bez końca wymachując różdżkami. Mimo że stosowali się wytycznych dyrygującej nimi Merrythought, bez wsparcia reszty nie odnosili żadnych efektów. Natchniony szałem błotoryj rozpędzał uczniów, rozbijał ich sprzymierzone grupki i rzucał się na każdego, kto nawinął mu się pod nogi.

— Uważaj! — krzyknęła Marta, gdy Olivia zadarła głowę, żeby spojrzeć na profesorkę. —

Incancerous!

Liny pękły, zanim dano im szansę porządnie opleść się wokół rozwierającego się pyska. Wystrzelony niczym pocisk język trafił w miejsce, w którym jeszcze chwilę temu balansowała Olivia, i wzbił w powietrze tuman kurzu, posyłając w dół lawinę poluzowanych kamyczków. Bagshot zsunął się po zboczu do Olivii i odciągnął ją w bok, umykając przed kolejnym ciosem bladoróżowego jęzora.

— Marto!

Odwróciła się zamaszyście, szukając Alfreda pośród ubrudzonych rówieśników, Ledwo go odnalazła, chłonąc wzrokiem jego wytrzeszczone przestrachem oczy i długie, rozchlapujące błoto susy, coś powaliło ją na ziemię.

Zamroczona, nie od razu rozpoznała osobę, która wycisnęła jej całe powietrze z płuc. Błotoryj przeleciał tak nisko nad nimi, że poruszył włosami szaleńczo uśmiechniętej Olivii. Była w swoim żywiole, z policzkami zaróżowionymi od wysiłku i tryskająca energią.

— Tylko się we mnie nie zakochaj, Warren.

Gdyby Marta nie uderzyła głową w kamień, prychnęłaby. Świat tak szybko wirował jej przed oczami, że ledwo zauważyła, jak Olivia wbiła buty w podłoże i ruszyła przed siebie sprintem godnym profesjonalnej biegaczki.

— Na Merlina, Marto! — wykrzyknął Alfred, łapiąc ją za rękę. Ostrożnie postawił ją na równe nogi, co chwila oglądając się przez ramię. — Ile palców widzisz?

— Hmmph… Dużoo — zachichotała bełkotliwie, widząc więcej niż powinna. Przez dłuższą chwilę nie potrafiła ich zliczyć. — Dwanaście?

—

Rennervate.

Otrząsnęła się, ocucona, choć wciąż trochę rozchwiana. Alfred machał jej ręką przed oczami, drugą zakleszczając wokół jej przedramienia, żeby nie upadła.

— Dobra już dobra, pięć! Wszystko okej, puść mnie.

— Jesteś pewna?

Westchnęła z rozdrażnieniem, a choć zamierzała dołączyć do dowodzonej przez Toma grupy, zauważyła, że brakowało w niej Olivii. Szukała jej w okolicy Bagshota, który podpalił trawę pod łapami błotoryja („Pamiętajcie, że Lovegood siedzi w klatce!” — przypomniała im rozbawiona profesor Merrythought), ale nie znalazła jej nawet po drugiej stronie zwartego zastępu coraz lepiej współpracujących ze sobą uczniów.

— Gdzie Olivia? — spytała, rozglądając się wkoło. — Widzisz ją gdzieś?

— Nie mam poję… Tam! Widzisz? Koło drzew!

Alfred miał rację. Za skarpą, na skraju lasu majaczyły dwie sylwetki, jedna z targanymi wiatrem jasnobrązowymi włosami, druga wyższa i odcinająca się bladością na tle zacienionych zarośli. Olivia wzięła porządny zamach i zderzyła się pięścią z nosem Abraxasa, który zatoczył się w tył i padł na trawę. Mimo że znajdowali się zbyt daleko, Marta skrzywiła się, słysząc widmowy chrzęst łamanych kości.

— O cholera — mruknął Alfred. — Nieźle go trzasła.

— No… Ale i tak jest zołzą — powiedziała Marta, chociaż w jej głosie wbrew woli rozbrzmiało uznanie. — Nie szczerz się tak — upomniała go, gdy z przekorą odsłonił w uśmiechu wszystkie zęby, i dała mu lekkiego kuksańca w bok.

Ucieszona chwilowym zażegnaniem konfliktu, złapała go za dłoń i pociągnęła ku reszcie. Zgodnie z wykrzykiwanymi przez profesor Merrythought podpowiedziami, znajdujący się na skrajach uczniowie ochraniali wszystkich

Protego

za każdym razem, gdy błotoryj atakował językiem, a ci w środku prowokowali go lawiną rzucanych mu pod łapy zaklęć.

Sfrustrowany błotoryj zaryczaj skrzekliwie i wycofał się w kierunku klatki, a zachęcony rozwojem sytuacji Alfred wyprzedził Martę, z przyzwyczajenia nakazując jej gestem zostać z tyłu. Tym razem nie miała mu tego za złe, jako że wciąż od czasu do czasu kręciło się jej w głowie, a jej całe ciało zdawało się wyssane z energii, powolniejsze i osłabione po upadku.

Wsparła dłonie na kolanach, przymykając oczy, i nabrała kilka głębokich wdechów. Ledwo zdołała załagodzić wirowanie świata trwaniem w jednej pozycji, ziemia zatrzęsła się jej pod nogami. Błotoryj raz jeszcze wylądował na odkształconej ciężarem klatce i odnalazł Martę żółtymi ślepiami.

Poślizgnęła się w błocie, kątem oka widząc skaczącą ku niej bestię, i rzuciła się w przeciwnym kierunku. Po dwóch susach coś mokrego zbryzgało jej plecy, a zaskoczone okrzyki uczniów w połączeniu z przeraźliwym skrzekiem błotoryja sprawiły, że obejrzała się przez ramię. Fontanna jasnoczerwonej krwi chlusnęła jej gorącem prosto w twarz, a szamoczące się w amoku cielsko pchnęło ją na ziemię.

Przez zlepione szkarłatem rzęsy zobaczyła podrygujący jej nogami amputowany język. Błotoryj na przemian charczał i krztusił się własną posoką, z sekundy na sekundę wyraźnie tracąc siły i poruszając się coraz wolniej; szaro-brązowe powieki opadały mu na ślepia, których spojrzenie stało się mętne i pozbawione skupienia. Gdy wreszcie łapy ugięły się pod jego ciężarem, wciąż wstrząsały nim spazmy bólu, rzadsze i mniej intensywne z każdą mijającą chwilą.

— Wspaniale, Tom, wspaniale! — wykrzyknęła profesor Merrythought, ostrożnie schodząc ze skarpy. — Dwadzieścia pięć punktów dla Slytherinu! Goyle, Nott, wyciągnijcie pannę Lovegood z klatki.

Tom ze wzgardą szturchnął butem dogorywającego błotoryja, a gdy spojrzał na Martę z góry, zachłysnęła się powietrzem. Nieludzko surowe rysy jego twarzy rozluźniły się, a czarne oczy rozbłysły czerwonym blaskiem. Pod powierzchnią wściekłości zignorowanym rozkazem i wyraźną chęcią mordu, wyzierało z nich coś jeszcze innego, coś tak szczerego, że przeszedł ją dreszcz.

— Longbottom! — zagrzmiała Merrythought, wskazując na wciąż toczącą się na skraju lasu bójkę. — Zapanuj nad swoją koleżanką, natychmiast! Wy dwaj, pomóżcie mu ich rozdzielić!

Tom wyciągnął pomocną dłoń, lecz obawa nie pozwoliła Marcie jej przyjąć. Wstała chwiejnie, przecierając twarz krańcem zrujnowanego swetra. Metaliczny odór krwi przesiąkł ją całą.

— Chryste. Musiałeś to tak przeciągać?

— Hm?

Chociaż przenoszenie wzroku z jednego punktu na drugi przyprawiało ją o coraz silniejsze zawroty ćmiącej bólem głowy, popatrzyła na niego. Spodziewała się dostrzec na jego twarzy udawane niezrozumienie, lecz zamiast tego z przestrachem zauważyła, że Tom się na nią najzwyczajniej w świecie gapił. Tom Riddle, który nigdy nie poświęcał czasu żadnej dziewczynie, bez dwóch zdań przypatrywał się jej roziskrzonymi oczami, jednak jego fascynacja nie miała nic wspólnego ze szczenięcym zauroczeniem, widywanym czasem u chłopców podziwiających urodę koleżanek.

Moc makabrycznej fascynacji Toma wysysała z Zakazanego Lasu cały tlen, a cienie emocji przemykające pod powierzchnią jego twarzy nie dawały Marcie żadnej pewności, do czego zaraz dojdzie. Gdyby znajdowali się teraz w ustronnym miejscu, spodziewałaby się wynagrodzenia swojej niesubordynacji kolejnym

Cruciatusem

.

— Nie mógłbym tego zrobić — powiedział, jakby odgadnął kierunek jej myśli. Kącik jego ust wykrzywił się ku górze. — Nie teraz, kiedy wyglądasz tak… inspirująco.

Wolała nie pytać, co miał przez to na myśli, zresztą pewnie nadejdzie dzień, w którym poczuje to na własnej skórze. Nie bez powodu wypowiadał te słowa teraz, gdy stała przed nim cała obryzgana krwią.

— Przyjdź dziś do Zakazanego Działu.

— Po co?

— Przyjdź — powtórzył z naciskiem. — Punkt siedemnasta.

Odszedł, zgarniając po drodze Goyle’a i Notta, a Marta oczyściła się zaklęciem. Po tym, do czego doszło wczoraj w schowku na miotły, nie wspominając o sposobie, w jaki dziś patrzył na nią Tom, nie uśmiechało się jej spędzanie z nim czasu sam na sam, niestety nie pozostawił jej żadnego wyboru. Gdyby usłyszał jej myśli, pewnie pochwaliłby ją za to, że wreszcie zaczyna rozumieć zasady tej gry, w której tylko on wykonywał ruchy.

Zgodnie z poleceniem profesor Merrythought, Alfred odprowadził Martę do skrzydła szpitalnego, gdzie została na kilka godzin w związku z lekkim wstrząśnieniem mózgu. Leżenie pośród spetryfikowanych uczniów, a szczególnie pierwszej ofiary ataku bazyliszka, przyprawiało ją o wyrzuty sumienia. Widok jedenastolatki zamrożonej w martwym bezruchu podsuwał jej najróżniejsze myśli, lecz najgłośniej rozbrzmiewały te, które wiązały się z chęcią cofnięcia czasu. Gdyby tamtego feralnego wieczora postąpiła inaczej, nigdy nie uwikłałaby się w tę pajęczą sieć, z której już nigdy się nie wyplącze.

Ostatnimi czasy rzeczywistość przygniatała ją do tego stopnia, że mimo świadomości opuszczenia ważnych lekcji zyskanie wolnego dnia ją ucieszyło, nawet jeśli nie od razu okazało się odprężające. Pani Goldie wciąż doglądała jej stanu i podawała jej nalewki na wstrząśnienie mózgu, cicho krytykując pod nosem Merrythought za sposób prowadzenia zajęć, gdy do skrzydła szpitalnego zawitał Abraxas i Olivia, przyprowadzeni tu przez jakiegoś przypadkowego ucznia.

Tym razem obyło się bez odrastania zębów i nastawiania złamanych nosów; najczęstszym obrażeniem na bladej twarzy Abraxasa były pociągłe, krwistoczerwone ślady po paznokciach i rozległe siniaki, które po uderzeniu w nos rozlały się pod oboje oczu, natomiast stan koleżanki zatrwożył Martę. Mimo że Olivia nie wyglądała na roztrzęsioną faktem, że jej napuchniętą, zaróżowioną wargę oszpecała głęboka, mięsista szrama — nie wspominając o pomniejszych siniakach i zadrapaniach na rękach, szyi i twarzy, a także pękniętym naczynku, które zalało białko jej oka krwią — Marta nie mogła uwierzyć w to, że Abraxas podniósł rękę na dziewczynę. Nieistotnym było dla niej to, kto zadał pierwszy cios. O ile zmanipulowanie zauroczonej Betty do obnażenia się, a następnie pokazanie tych zdjęć kolegom to niewybaczalny czyn, za który po części winiła siebie, o tyle oddanie ciosu dziewczynie sprawiło, że Marta zobaczyła go w całkowicie innym świetle. Nie mogła uwierzyć, że troszczyła się i próbowała pomóc komuś, kto tak naprawdę cały ten czas stanowił dla niej potencjalne zagrożenie.

Olivię opatrzono jako pierwszą, więc bez słowa wyszła z wysoko podniesioną głową, a Marta pozazdrościła jej tego niewzruszenia. Nigdy w życiu nie rzuciłaby się z pięściami na chłopaka, a po krótkiej szarpaninie z Donną zyskała świadomość, że tak naprawdę nie wiedziałaby nawet, jak się za to zabrać. Nawet jeśli obie odniosły jakieś powierzchowne obrażenia, ich godna pożałowania bójka bardziej przypominała starcie dwóch kotów, które robią więcej hałasu niż czegokolwiek innego.

Emanująca nienawiścią zazdrość Abraxasa była tak silna, że nawet pani Goldie to zauważyła. Zwykle nie miała oporów przed pójściem na rękę uczniom, którzy symulowali dodatkowe objawy, chcąc wymigać się od lekcji, lecz tym razem jej serce pozostało niewzruszone. Abraxas omiótł spetryfikowanych uczniów, uśmiechnął się krzywo i przygniótł Martę spojrzeniem mówiącym „Ty też powinnaś tu leżeć”, a następnie zamknął za sobą wrota skrzydła szpitalnego.

— Nadepnęłaś temu pięknisiowi na odcisk?

— Najwyraźniej — odparła Marta, odnosząc sukces w przybraniu tak zdezorientowanego tonu, że pani Goldie nie zadała kolejnych pytań mimo czujnie zmrużonych oczu, które świadczyły, że takowe chodziły jej po głowie.

Po kilku ostatnich zaklęciach diagnostycznych (rzuconych samodzielnie pod okiem pielęgniarki) została wypuszczona akurat w sam raz na porę obiadową. Choć sądziła, że po stresie związanym z dzisiejszymi wydarzeniami nie uda się jej niczego przełknąć, zjadła tak dużą porcję obiadu, że Donna powiedziała „Gdybym cię nie znała, uznałabym, że jesz za dwoje!” Marta zaśmiała się cicho, a następnie podniosła się od stołu, rozleniwiona i nieco senna po obfitym posiłku.

Wyminęła zbierającą się pod wrotami powoli formującą się grupę niziołków, zaganianych w jedno miejsce przez Astrę, i rzuciła ostatnie spojrzenie na stół Ślizgonów. Nie dostrzegła Toma wśród jego świty, więc jeśli nie chciała zostać zwymyślana od góry do dołu za spóźnienie, musiała nabrać tempa.

Wbiegła po schodach na pierwsze piętro, minęła skrzydło szpitalne i ruszyła na drugi koniec pustego korytarza. W jego połowie zerknęła na zegarek i przyśpieszyła, widząc, że została jej tylko minuta, a dosłownie ułamek sekundy później coś trafiło ją w plecy.

Zaklęcie zwarło jej nogi razem tak niespodziewanie, że straciła równowagę. Jej bolesny upadek wywołał falę paraliżująco znajomych rechotów. Echo aż trzech par butów szybko uderzających o posadzkę utrudniło jej utrzymanie spokoju podczas przeszukiwania rozsypanej po podłodze zawartości swojej torby.

—

Accio

różdzka szlamy.

Zatrwożona Marta patrzyła, jak jej różdżka wyślizguje się spomiędzy stron podręcznika i szybuje wprost ku otwartej dłoni Abraxasa. Złapał ją ze zblazowaną miną.

— Nieźle ją trzasnąłeś — przyznał Goyle, łapiąc sparaliżowaną strachem Martę za kostki. — Ale ja bym użył innego zaklęcia.

— Jakiego? — mruknął Nott, wsuwając ręce pod jej pachy, i unieruchomił ją, dociskając ją do siebie. Gryzący w gardło, dymny zapach fajki podziałał na nią jak chluśnięcie wodą w twarz, niestety na wyrywanie się było już za późno.

— Powiedzmy, że miałbym teraz ciekawsze widoki — zaśmiał się Goyle, skinąwszy na jej złączone kolana.

— Zostawcie to sobie na potem — rzucił rozeźlony Abraxas, oglądając się przez ramię na pusty korytarz. — Greengrass zbierała grupę, pewnie zaraz tu przylezie. Wnoście ją tutaj, szybko.

Otwierane drzwi pierwszej lepszej komnaty zaskrzypiały, a następnie zatrzasnęły się z hukiem. Gdy Goyle niespodziewanie puścił nogi Marty, jej buty trzasnęły głucho w posadzkę, lecz Nott ani trochę nie rozluźnił uścisku, wręcz przeciwnie: wzmocnił go.

— Łapy przy sobie — udało się jej wykrztusić po tym, jak przeciwzaklęcie musnęło jej złączone nogi. — Nie macie prawa mnie…

— Zamknij tę szlamią mordę — uciszył ją Abraxas, przetrząsając zawartość torby, którą musiał zebrać z ziemi. — Gdzie on jest, co? Gdzie go masz? Musi tu być…

— Może ma go gdzieś w kieszeni — zasugerował Goyle, zbliżając się do niej z obleśnym uśmieszkiem. — Zaraz ją porządnie przeszukam, daj mi chwilę…

Wycofanie się w próbie ucieczki przed Goyle’em przyniosło jeszcze gorsze efekty. Z gardła Notta wydobył się płytki, urywany oddech, zanim machnięciem różdżki wypchnął jej ręce w przód, a następnie związał je w nadgarstkach magicznymi linami. Mimo że nie musiał jej już przytrzymywać, zamiast odsunąć się od niej, przylgnął bliżej do jej ciała, a jego wolna ręka zsunęła się po jej talii, otoczyła biodro i raptownie zamarła podczas drogi w dół.

Marta domyśliła się, że Nott nawiązał kontakt wzrokowy z Abraxasem, którego widziała ponad ramieniem zbliżającego się Goyle’a.

— Mam — powiedział Abraxas, rzucając torbę na ziemię. Przerzucił strony małego notatnika, kręcąc głową z krzywym uśmiechem. — Wiedziałem, po prostu wiedziałem. Z drogi, Goyle — westchnął, odsunąwszy go na bok. — Nie mam pojęcia, dlaczego Tom trzyma cię przy sobie, ani tym bardziej co widzi w takiej brudnej szlamie jak ty, ale to — pomachał jej przed nosem notatnikiem — jest twój upadek, rozumiesz? Jeśli myślisz, że po czymś takim zostaniesz w jego łaskach, jesteś najbardziej skretyniałą szmatą, jaką znam.

Marta zaśmiała się ponuro mimo uwięzienia między młotem a kowadłem. Nawet jeśli okradnięcie Toma miało skończyć się dla niej źle, to nie oni wymierzą jej karę. Wiedziała, że gdy tylko pozna prawdę, będzie chciał zająć się nią osobiście, a ci trzej służyli wyłącznie za narzędzie do napędzenia jej dodatkowego strachu.

— Bawi cię to? — spytał Abraxas, mierząc ją od stóp do głów takim spojrzeniem, jakby patrzył na karalucha, którego przymierzał się zdeptać. — Patrzcie na nią — zwrócił się do chłopaków — ta idiotka dalej myśli, że jest nietykalna.

Stawiane przez niego kroki w kierunku wyjścia uważała za blef, przekonana całym sercem, że każdy kolejny jest tym ostatnim, po którym padną słowa „puśćcie ją”, lecz żadne nie padły. Abraxas wrzucił jej różdżkę do torby, a gdy zatrzasnęły się za nim drzwi, mile zaskoczona mina Goyle’a stanowiła potwierdzenie, że nie tylko Marta nie spodziewała się takiego obrotu sprawy.

— Chwila. Nasza nowa koleżanka potrzebuje jednej poprawki — odezwał się Nott, popychając Martę na ścianę. Przytrzymał jej nadgarstki, zanim zdążyła się na niego porządnie zamachnąć, a następnie wolną ręką zdjął jej okulary. — No proszę. Bez nich jest nawet całkiem-całkiem, nie?

Goyle złapał ją pod brodę, oglądając jej twarz pod różnymi kątami.

— No, nawet — zgodził się bez entuzjazmu — ale cycki mogłaby mieć większe.

Nott zaśmiał się, rzucając jej okulary na ziemię, żeby zgnieść je butem. Kawałki skruszonego szkła rozprysły się po posadzce.

— Wyświadczam ci przysługę — powiedział z udawaną troską, gdy z ust Marty wyrwał się zduszony okrzyk. Serce waliło jej w piersi tak głośno, że ledwo słyszała cokolwiek poza jego dudnieniem. — Tak będzie ci łatwiej znaleźć jakiegoś szlamowatego męża.

— Szlamowatego? — mruknął Goyle, szarpnięciem za liny kładąc kres jej próbie zasłonienia dekoltu. — Przecież robimy kontrolę dóbr! Nie bój się, osobiście dam Longbottomowi znać, czy warto cię obracać.

Gdy tylko poczuła, jak Nott złapał ją za guzik koszuli, zareagowała błyskawicznie. W jednej chwili stała obiema nogami na ziemi, w drugiej jej kolano grzmotnęło go z całej siły w krocze. Zamroczony bólem Nott bez najcichszego dźwięku zgiął się w pół i zatoczył do tyłu, a rozjuszony Goyle doskoczył do Marty, nie zauważywszy jej nadlatujących rąk. Gdyby nie rzucił się na nią takim impetem, nie zrobiłaby na nim wrażenia ciosem w krtań, ale jego własna agresja przyprawiła go o skrzekliwy okrzyk bólu.

Wciąż zanosił się kaszlem, gdy Marta czmychnęła mu pod ręką. Już czuła pod opuszkami palców wystającą z torby różdżkę, lecz w ostatniej chwili Nott zderzył się z nią ciałem, powalając ją na ziemię. Szarpnął ją tak mocno za włosy, że nie zdziwiłaby się, gdyby zostały mu w garści, i docisnął jej policzek do usianej drobinkami szkła ziemi, zanim niespodziewanie ją puścił.

— Cholera! — wykrzyknął, odskakując od niej. — Co to było? Widziałeś to?!

— Nie — wydyszał Goyle, chwytem za biodra przewracając ją na plecy. Spróbował zerwać z niej spódnicę, ale szlufki, w które wpleciony był wżynający się jej w skórę pasek, nie puściły, mimo że wydały z siebie głośny trzask pękających szwów. — Co robisz? Trzymaj ją! Auuu! — zawył, gdy but Marty zderzył się z jego kroczem. — Co za… mała… dziwka…

Trafiła go tak celnie, że padł na podłogę u jej stóp, zwinięty w pozycję embrionalną. Nott ocknął się z szoku, jednak ledwo zanurkował w stronę Marty z przygotowaną do ciosu pięścią, spomiędzy jej wysypujących się z upięcia włosów wyskoczył wąż.

Nie wierzyła własnym oczom. W ułamku sekundy drobne ciałko, zaledwie przecinająca powietrze smuga, nabrało takiej masy, że bez problemu powaliło Notta na ziemię. Miażdżące kostkę Marty łapsko Goyle’a puściło, gdy tylko zobaczył pokrytą białymi łuskami kolumnę mięśni owijającą się wokół Notta.

— Kurwa! — wykrzyknął blady jak płótno Goyle. Buty ślizgały mu się na posadzce, gdy odsuwał się pod ścianę. — Nie wiedzieliśmy! To Abraxas!

Marta na czworakach dopadła swojej torby i choć już sięgała po klamkę, obejrzała się przez ramię. Twarz Notta poczerwieniała, przekrwione oczy wychodziły mu z orbit, a głowę miał odchyloną tak bardzo do granic możliwości, że niemal słyszała nieuchronnie zbliżające się przetrącenie jego karku.

— Zostaw go — wykrztusiła, dopadając wijącego się na podłodze Notta. Wąż oplatał go z taką mocą, że nie potrafiła wsunąć choćby koniuszków palców między szyję a zaciskające się mięśnie. — Puść! No, puszczaj!

Załkała ze szczęścia, gdy napotkała wolną przestrzeń. Złapała węża w obie ręce i choć ważył tak dużo, że aż się przechyliła, udało się jej zerwać go z naprzemian krztuszącego się i desperacko łapiącego oddech Notta.

— Musisz mu powiedzieć — wymamrotał Goyle, zbliżając się do niej na klęczkach. Zamarł, gdy przerażona Marta odskoczyła w tył; prześlizgujący się wzdłuż jej ręki wąż zmniejszył się na tyle, że nie przeszkadzał jej jego ciężar, gdy przeniósł się na jej ramiona. — Musisz mu powiedzieć, że to wina Abraxasa.

Chciała odpowiedzieć, że Tom jej nie słucha, a to całe wydarzenie miało miejsce na oczach szpiega, który przekaże mu wszystko z najdrobniejszymi detalami, ale głos uwiązł jej w gardle. Wcisnęła zmniejszającego się węża do kieszeni spódnicy, porwała z ziemi torbę i wygięte, raniące ją odłamkami szkła oprawki i wybiegła z komnaty.

Dopiero spojrzenie Tomowi w oczy uświadomiło jej, co zrobiła, a przede wszystkim u kogo szukała ratunku. Mimo że nie oczekiwała podejmowania racjonalnych decyzji po tak traumatyzującym przeżyciu, spodziewała się stanąć w twarz z Alfredem, a nie Tomem, który czekał na nią w Zakazanym Dziale, wsparty plecami o regał, z dłońmi wsuniętymi w kieszenie czarnych spodni.

— Chodź tu do mnie.

Wpadła w jego rozwarte ramiona, trzęsąc sie jak osika, i ukryła twarz w jego odurzającej zapachem mirtu koszuli. Tom przygarnął ją do siebie, drugą ręką bez pośpiechu pozbywając się z jej rozsypującego się upięcia kolejnych wsuwek, a gdy ostatnia z nich spadła na ziemię, z zaskakującą troską rozplątał jej włosy palcami.

— Powiedziałeś, że nic mi nie zrobią! — załkała w jego pierś, krztusząc się płaczem, który nabrał na sile wraz ze wzrastającym poczuciem bezpieczeństwa.

— I nic ci się nie stało.

— Złapali mnie, trafili zaklęciem! Zawlekli do jakiejś komnaty, chcieli… mówili…!

— Cii… Cichutko, spokojnie — mówił półszeptem, gładząc ją po głowie. — Nie martw się, ukarzę ich za wszystko. Za każde jedno słowo, za każde spojrzenie, za każde miejsce, w którym ośmielili się ciebie dotknąć, rozumiesz? Cii… Nott znienawidzi cię za to, że go uratowałaś. Potrzymam go tak długo

Cruciatusem

, że będzie błagał o śmierć. A Goyle… Jesteś ciekawa, co zrobię z Goyle’em?

Z gardła Marty wydobył się niemożliwy do rozszyfrowania, zdławiony szlochem dźwięk. Sama nie była pewna, czy pragnęła się tego dowiedzieć.

— Goyle jest niczym więcej a zwierzęciem kierowanym przez prymitywne pobudki i hormony. Skoro tak świerzbią go ręce, skoro tak trudno jest mu nad sobą zapanować, ułatwię mu to. Raz na zawsze — powiedział jej prosto w ucho, muskając je miękkimi wargami, i nieznacznie odsunął ją od siebie, żeby złożyć jej pocałunek na czole. — Nie oszczędzę mu

Cruciatusa

, nie, ale wymiar tej kary rzuci cień na resztę jego życia. Czy to cię zadowala, Marto?

Otarła śliskie, napuchięte od łez policzki i zadarła głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Ich martwica nie pozostawiała wątpliwości, że gdyby z ust Marty spłynęło słowo „nie”, byłby gotów nie tylko poddać ich każdej zasugerowanej przez nią torturze, ale i zabić ich obu. Ten wybór należał do niej.

— Tak.

— Cieszy mnie to — odparł i przygarnął ją do siebie tak mocno, że poczuła się w jego ramionach niczym szmaciana lalka. — Wszyscy mogą się jeszcze okazać przydatni, dlatego dziękuję ci za to, że potraktowałaś ich z taką łaską. W zamian za to zamierzam obdarzyć cię podobną.

Serce Marty wybiło się z powoli uspokajającego się rytmu.

— Co?

— Sama wiesz — powiedział, wzmacniając uścisk jakby w przygotowaniu próbę wyswobodzenia się, lecz Marta nie wykonała najmniejszego ruchu. — Pamiętasz, co mówiłem, że zrobię, jeśli dotkniesz moich rzeczy bez pozwolenia? Nie zapomniałabyś takiej obietnicy, prawda, Marto?

Zmięła w garści emanujący ciepłem materiał jego koszuli, przez który przebijał się rytm przyśpieszonego pulsu.

— Nie, ale…

— Będę wobec ciebie litościwy — przyrzekł, gładząc ją po plecach. — Pozwolę ci nawet wybrać miejsce, w którym chcesz mieć bliznę. Tylko jedną — dodał szybko, gdy wyczuł jej drżenie. — Miało ich być więcej, o wiele więcej, ale zachowałaś się tak, jak należy. Broniłaś się. Nie siedziałaś bezczynnie, kiedy chcieli przywłaszczyć sobie to, co należy do mnie, prawda?

Skinęła głową, wiedząc, że żaden dźwięk nie przeciśnie się przez jej gardło. Mimo że wciąż stała z twarzą wtuloną w jego wilgotną od łez pierś, a sam Tom się nie poruszył, instynktownie wyczuła zmianę atmosfery na chwilę przed tym, jak jego dotyk przeszedł powolną transformację z dotkliwie opiekuńczego w boleśnie zaborczy. Podejrzewała, że stał za tym wydobywający się z jej kieszeni cichy syk węża.

— Mówiłem ci, czego chce od ciebie Longbottom.

Uniosła powieki.

— Myśli, że prędzej czy później będziesz jego — powiedział, odsuwając ją na odległość wyciągniętych rąk i coraz głębiej zanurzając palce w jej ciele. — Chcesz być jego, Warren?

Potrząsnęła głową.

— Dlaczego nie? — spytał i puścił ją, żeby wydobyć różdżkę z tylnej kieszeni spodni. Wyjął jej z garści wygięte oprawki, a po naprawieniu i wsunięciu ich jej na twarz, uleczył drobne zacięcia na jej skórze.

— Przyjaźnimy się — wykrztusiła, gdy wyczarował długi kijek.

— To żadna przyjaźń, jeśli ukrywa się za nią inne ciągoty — mruknął, uderzając nim na próbę we własną dłoń. — Chyba że uważasz inaczej? Myślisz, że relacja może pozostać czysta, kiedy między przyjaciółmi panuje obustronne pożądanie?

— Nie panuje — zaprzeczyła i wzdrygnęła się, gdy powtórzył cios, tym razem mocniej. — To znaczy… Już nie. Nie obustronne. Ja nie.

— Ty nie

co?

— Już go nie chcę. Alfreda.

— O, to interesujące — zdumiał się ostentacyjnie. — Dlaczego?

— Po prostu. Po prostu nie chcę.

Tom pokręcił głową z nieusatysfakcjonowaną miną i złapał ją za rękę.

— Im dłużej będę zawiedziony, tym dłuższa będzie kara — powiedział, kolejno odwracając jej dłonie wierzchem do góry. — Na twoim miejscu zacząłbym mówić.

— Chryste, nie wiem, po prostu… Tłamsi mnie, okej? I nie podoba mi się to, jak traktuje Donnę.

— Uważasz, że ciebie traktowałby inaczej — zauważył monotonnie. — Pisałaś o tym w pamiętniku.

— Och, bo byłam głupia! Uważałam tak, ale zmieniłam zdanie! Nadal jest moim przyjacielem, nie mówię, że nie, ale tym zachowaniem pokazał największą wadę swojego charakteru — wyjaśniła, nie wiedząc nawet, skąd brały się w niej te słowa. Nigdy dotąd nie zastanawiała się nad tym aż tak wnikliwie, a jednak odnosiła wrażenie, że te obserwacje kłębiły się w niej od pewnego czasu. — Skoro… skoro czuje coś do mnie, nie powinien być z Donną. To nie fair wobec niej. Ona może i ma swoje za uszami, ale nikt nie zasługuje na bycie traktowanym jak plan B. Alfred… Moim zdaniem nie traktował jej w ten sposób od początku, ale teraz zamiast z nią zerwać, podtrzymuje ten związek tylko dlatego, że… wie, że bym z nim nie była.

— A nie byłabyś z nim, bo?

— Bo bałabym się, że prędzej czy później ja też stałabym się dla niego planem B — wyrzuciła z siebie, zwieszając smętnie głowę. — Zadowolony?

— Z tego, że wreszcie poszłaś po rozum do głowy? Tak.

Odetchnęła, choć jedynie z częściową ulgą.

— Ile razów?

— A ile uważasz, że powinnaś dostać?

— Nie wiem.

— Jesteś pewna, że chcesz zostawić tę decyzję mnie? — spytał i wsunął jej kciuk pod brodę, żeby zmusić ją do spojrzenia mu w oczy.

— A czy nie powinnam zostawiać ich wszystkich tobie?

Tom wsparł kijek o ziemię, nieznacznie unosząc brwi. Nie miała wątpliwości, że nic nie odwiedzie go od wymierzenia obiecanej kary, ale była mu wdzięczna za każdą sekundę odroczenia bólu.

— Powiedz mi, Marto — szepnął, zakładając jej za ucho kosmyk włosów — chciałabyś znajdować się pod moją pełną kontrolą?

Podobałoby ci się to?

— Pogładził pulsującą tętnicę na jej szyi. — Mów szczerze. Nienawidzę kłamców.

Przełknęcie śliny wiązało się dla niej z takim bólem, jakby gardło nakłuwało jej tysiąc drobnych igiełek. Oczekiwanie od niej szczerej odpowiedzi na takie pytanie uważała za przejaw czystego szaleństwa. Żadna odpowiedź, prawdziwa czy nie, nie przyniosłaby jej niczego dobrego.

— Ja… Nie. N-nie.

— Więc chcesz być ode mnie niezależna? — spytał, a choć jego ton nie zdradzał żadnych oznak gniewu, drgnęła mu powieka.

Marta potrząsnęła głową.

— Używaj słów.

— Nie powiedziałam tego.

— Zatem powiedz, czego chcesz.

— Nie chcę być pionkiem na twojej planszy — powiedziała, zająknąwszy się z obawy, gdy gestem nakazał jej mówić dalej. — Mam świadomość, że tak naprawdę wszystkie ostateczne decyzje należą do ciebie, ale… chcę zachować chociaż częściową autonomię.

Tom zmrużył oczy.

— Po co ci autonomia? — spytał ze szczerym do bólu niezrozumieniem i śladową urazą, jakby spodziewał się całkowicie innej odpowiedzi. — Dlaczego nie chcesz mi się poddać?

Dobry Boże, pomyślała. To dla niego naprawdę niepojęte.

— Chciałeś, żebym była szczera — przypomniała mu ostrożnie, a on ze zniecierpliwioną miną poruszył głową z boku na bok. — Czy wiem, że możesz zrobić ze mną wszystko, co ci się żywnie podoba? Torturować mnie, odseparować od bliskich, kontrolować? Tak. Czy to oznacza, że chcę tych rzeczy? Nie — wyjaśniła, starając się nie zabrzmieć protekcjonalnie. — Skoro, jak twierdzisz, nasze życia są związane razem, jestem przygotowana na te rzeczy, ale nawet w ich obliczu chciałabym po prostu… móc być sobą.

Tom nie obdarzył jej żadną choćby najmniejszą reakcją, która pozwoliłaby jej ustalić, jak skończy się dla niej ten monolog, co nie pokrzepiało.

— Może gdyby przyszłość u twojego boku nie wiązała się wyłącznie z twoim butem na moim karku, gdybyś dał mi szansę i możliwość po prostu być, normalnie żyć, może wtedy nie tyle co pogodziłabym się z odrobiną kontroli, ale i… nauczyłabym się ją docenić, może nawet lubić?

Nabrał głębszego wdechu. Serce Marty stanęło, gdy w oczach Toma błysnęło niezrównoważenie.

— Tak?

— Skoro — wyszeptała — skoro wiązałaby się dla mnie z pewnymi przywilejami…

— Pięć razów, Warren — powiedział zmienionym głosem, raz jeszcze ciągnąc jej ręce w górę. — Chętnie posłuchałbym, jak jęczysz z bólu, niestety nie jesteśmy tu sami. Za każdym razem, kiedy wydasz z siebie dźwięk, zarobisz dodatkowe uderzenie. Rozumiesz?

Przytaknęła, zamykając oczy.

— Patrz na mnie.

Posłuchała, ale kij już szybował w dół. Zachłysnęła się, mimowolnie chowając ręce za plecami.

— Dodatkowy raz — poinformował ją, gestem nakazując jej przybrać poprzednią pozycję. Spełniła polecenie. — Powiedz mi, Warren. Podobałoby ci się, gdybym kontrolował porę i długość twojego snu?

— Nie — powiedziała z pełną świadomością, że obie odpowiedzi przyniosłyby mu jednakową satysfakcję, choć na inne sposoby. Uległość smakowała mu równie bardzo co przymuszanie kogoś do ugięcia się wobec jego woli.

Kolejny cios zderzył się z jej dłońmi, tym razem znacznie silniejszy. Marta zatopiła zęby w dolnej wardze. Jeszcze cztery, pomyślała.

— A gdybym kontrolował to, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczysz matkę?

— Nie.

Ostatkami sił powstrzymała się przed zakwileniem, gdy znów została uderzona. Choć kij w kontakcie ze skórą nie powodował żadnych obrażeń, zaczerwienione wnętrza jej dłoni nosiły podłużny, blady odcisk.

— Zobaczyła grób ojca?

Spojrzała na niego tak nienawistnie, że Tom ucieszył się jak psotliwe dziecko.

— Nie.

Kolejny cios pozbawił ją tchu. Tom wpatrywał się z nadzieją w jej rozchylone w szoku usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

— To, co nosisz?

— A co kazałbyś mi nosić?

Zmylił ją fałszywym zamachnięciem się.

— Hmm… Czarodziejskie szaty? — myślał na głos, opierając kij na ramieniu. — Kobiece, ale nie odsłaniające zbyt dużo ciała. W zasadzie nie odsłaniające niczego.

— Prawie żadna zmiana — skomentowała z nutą poirytowania poprzednim pytaniem.

— Coś drogiego.

— Tak.

— Tak

co?

— Podobałoby mi się to.

Tym razem to on rozchylił usta.

— A więc moja grzeczna katoliczka okazuje się małą materalistką — stwierdził na ułamek sekundy przed tym, jak trzasnął jej w ręce kijem. W oczach Marty zaświeciły łzy. — Czy twój Jezus nie nauczał, abyś nie gromadziła sobie skarbów tu, gdzie mól i rdza niszczą, gdzie złodzieje włamują się i kradną?

Zazgrzytała zębami. Jeszcze tego brakowało, żeby ten istny pomiot szatana przytaczał jej ewangelię świętego Mateusza.

— A co, pozwolisz mi zarabiać na siebie?

Tom wzniósł oczy ku sufitowi, namyślając się.

— Wątpię.

— W takim razie dbanie o mnie i doglądanie tego, czy mam się w co ubrać, jest twoim obowiązkiem.

— Do moich obowiązków będzie należeć utrzymanie cię przy życiu — skorygował wyzywająco. — Zapewnię ci dach nad głową, jedzenie i wodę… kojec do spania.

— Bo na więcej cię nie stać?

Kij przeciął powietrze ze świstem, a Marta — mimo kucnięcia i dociśnięcia do piersi rozpalonych bólem dłoni — nie pożałowała ani słowa.

— Czyli powinienem być właścicielem dóbr w Pemberley i wydawać na ciebie swój roczny dochód dziesięciu tysięcy funtów, żeby cię zadowolić, tak?

— Żaden z ciebie pan Darcy — zaśmiała się gorzko, kręcąc głową. Nie zaskoczyło jej rozdrażnienie dostrzeżone w twardniejących rysach Toma; oczekiwał po niej podobnego oddania, co po Abraxasie, i nie potrafił zrozumieć, dlaczego mu go nie dawała. — Powinieneś nie składać obietnic bez pokrycia. Powiedziałeś, że dasz mi wszystko, jeśli dokonam właściwego wyboru, że wynagrodzisz mi to po stokroć.

Tom zmrużył oczy.

— Więc w zamian chcesz, żebym ubierał cię w drogie sukienki?

— Od czegoś musisz zacząć — odparła beznamiętnie.

— Dobrze — wpił palce w jej przedramię i postawił ją na równe nogi — będę cię ubierał jak swoją lalkę, zadowolona? Uganianie się za dobrami materialnymi i luksusami zawsze było poniżej mojej godności, ale jeśli taka jest twoja cena, zapłacę ją.

Spróbowała się od niego odsunąć, jednak nie pozwolił jej na to.

— Gdzie się wybierasz? — spytał niewinnie. — Jeszcze blizna, zapomniałaś?

— Tutaj — powiedziała, poruszając ręką. — Tu, gdzie mnie trzymasz.

— Materialistka nagle chce podejmować decyzje?

— Nie chcę, żebyś zrujnował mi twarz.

— Nie zrobiłbym tego — zaśmiał się, puszczając ją. Rozpiął jej guzik mankietu i zaczął powoli podwijać rękaw. — Lubię ją taką, jaka jest. Myślałem raczej o jakimś miejscu pod ubraniami… Na przykład o brzuchu.

— Nie — sprzeciwiła się, dostrzegając w jego oczach czystą psotę. — W żadnym widocznym miejscu.

— Widocznym? Komu zamierzasz pokazywać swój brzuch, co, Warren? — spytał, łapiąc ją za koszulę. Szarpnięciem wydobył ją spod spódnicy i przytknął dłoń poniżej jej żeber, krzywiąc się, gdy wydała z siebie zduszony okrzyk. — Siedź cicho. Bibliotekarka przed niczym cię nie uratuje.

— Tom! — skarciła go półszeptem, odtrącając jego emanującą ciepłem dłoń. Zepchnęła na kraniec podświadomości całą pozyskaną z romansów wiedzę, winiąc mięknące kolana na karb strachu przed bólem. — Opanuj się. Nie możesz tak po prostu wkładać mi rąk pod ubrania!

— Nie bądź śmieszna — powiedział z wyrzutem. — Należysz do mnie.

— Autonomia, pamiętasz?

— I tak jest ograniczona.

— Nie aż tak.

Przeszkodził jej w poprawieniu koszuli, łapiąc ją za nadgarstek.

— Czy Longbottom go widział?

— Co? Nie! Oczywiście, że nie! — wyrzuciła z siebie szybko, dodatkowo zlękniona nachmurzonym obliczem Toma. — Przecież wiesz, że nie kłamię. Na miłość Boską, niby w jakich okolicznościach miałabym paradować przed nim z brzuchem na widoku?

— Mógł cię podglądać na próbach.

— Proszę cię! Alfred by czegoś takiego nie zrobił. Nigdy.

— Jesteś naiwna — prychnął z odrazą. — Gdyby było mnie stać na marnowanie czasu, nauczyłbym cię Legilimencji, żebyś mogła na własne oczy zobaczyć, jakie części twojego ciała wyobraża sobie Longbottom. Co z nimi robi. W jakich pozycjach.

Docisnął jej dłoń do ust, zanim w oburzeniu wykrzyknęła jego imię, i napierał na nią tak długo, aż tyły jej nóg zderzyły się z krawędzią stołu. Zmusił ją, żeby usiadła.

— To cud, że wciąż oddycha — wycedził przez zaciśnięte zęby, dobywając różdżki. — A teraz przytrzymaj koszulę albo się z nią pożegnasz.

— Nie. Powiedziałeś, że wybór należy do mnie.

— Bo należy. Zrobię ci bliznę na brzuchu, tak jak chcę, albo na ręce i przy najbliższej okazji zgaszę światło w oczach Longbottoma.

— To nie jest wybór, Tom — upomniała go jak niesforne dziecko — to szantaż emocjonalny. Poza tym chcesz ukarać mnie za coś, co nie jest moją winą. Ukradłam notatnik, zaakceptowałam karę, a teraz wyżywasz się na mnie za coś, z czym nie mam nic do czynienia.

— Czyli

chcesz

— zaakcentował to słowo, jakby się upewniał — żebym ukarał Longbottoma.

— Boże, nie! — sprzeciwiła się, mimo groźby jakimś cudem śladowo rozbawiona. — Naprawdę zamierzasz marnować czas na pozbywanie się każdego, kto popatrzy na mnie z zainteresowaniem?

— Tak — stwierdził z powagą.

Marta odetchnęła, starając się zachować spokój. Czuła się, jakby przeprowadzała rozmowę z trzema osobami jednocześnie: małym chłopcem niechętnym do dzielenia się swoimi zabawkami, odklejonym od rzeczywistości pomyleńcem z zaborczymi tendencjami i przyszłym mordercą.

— Ale dlaczego? — spytała, ośmielając się złapać go za dłonie; sama nie była już pewna, czy za tym gestem w pełni stała próba zapanowania nad sytuacją. Poraziła ją świadomość, że dopiero co przemknęło jej przez myśl, że podobają się jej jego długie, elegancko palce, godne pianisty. Mieli niemal jednakowy odcień skóry. — Dlaczego zakładasz, że pozwolę przywłaszczyć się komuś innemu?

Tom, który dotychczas przyglądał się ich złączonym rękom, podniósł na nią czujny, przejawiający lekkie zaintrygowanie wzrok.

— Twierdzisz, że nie? — wysyczał po długim milczeniu. — Twierdzisz, że nie siedzisz jak na szpilkach, czekając, aż tylko pojawi się jakiś rycerz w lśniącej zbroi, który wyrwie cię z mojej garści?

— Oczywiście, że tak nie twierdzę — odparła. — Po prostu staram ci się wytłumaczyć to, czego nie rozumiesz, Tom. Dlaczego miałabym nie chcieć od ciebie uciec, kiedy mnie upokarzasz i poniżasz, inwigilujesz i torturujesz, a przede wszystkim jesteś o krok od oznakowania mnie jak bydło?

Prychnął tak głośno, że jego myśli stały się oczywiste. Uważał, że wyolbrzymiała.

— Czy chociaż raz przeszło ci przez głowę, że gdybyś obchodził się ze mną inaczej, nie szarpałbyś mną przy każdej okazji i nie dawał mi wiecznie powodu do strachu, to może nie tylko nie chciałabym od ciebie uciec, ale wręcz chciałabym przy tobie zostać? — podsunęła mu z westchnieniem, ukrywając twarz w dłoniach. — Może i na Abraxasa to działa, ale nie na mnie. Jestem dziewczyną, a nie workiem kartofli. Nie potrzebuję ciągłego przypomnienia, że jesteś silniejszy, że nie mam z tobą szans pod względem fizycznym ani magicznym. W ten sposób nigdy nie pozyskasz mojej lojalności.

— Jesteś w błędzie. Strach jest znakomitym motywatorem.

— Powiedz to swoim niedoszłym wyznawcom — odparła gorzko, zsuwając się ze stołu, i zabrała się za poprawianie koszuli. Mimo że jej odpowiedź wyraźnie poirytowała Toma, co rozpoznała po uwydatnionych mięśniach szczęki, nie zatrzymał jej. Być może próby przemówienia mu do rozsądku nie zawsze były z góry skazane na porażkę. — Coś jeszcze?

Uniósł brew, przypatrując się jej bez mrugnięcia.

— Autonomia.

Marta nie dała po sobie poznać, że zaskoczył ją tymi słowami, a choć jej pierwszym instynktem był zamiar podziękowania, ugryzła się w język. Za co tak naprawdę miałaby mu dziękować? Za to, że dłonie wciąż piekły ją po uderzeniach kijem? Za to, że łaskawie nie wymierzył jej obiecanej kary? Za to, że uważał za dar ofiarowanie jej ułamka niegdyś posiadanej przez nią wolności?

Narzuciła torbę na ramię i skierowała się ku wyjściu z Zakazanego Działu, ciesząc się, że nie znajdowała się w skórze Goyle’a, Notta czy Abraxasa. Mimo że oni nie zaprzątali sobie takimi rzeczami głowy, Marta nie potrafiła wyzbyć się z serca obawy o ich los. Wszyscy trzej byli okrutni i pozbawieni choćby krztyny empatii, zamierzali ją skrzywdzić, a jednak, gdy zamykała oczy, pod powiekami migało jej wspomnienie zaczerwienionej twarzy Notta i odcinającego mu dopływ powietrza węża, który teraz tak niewinnie wił się w jej kieszeni. Bała się, że ta scena dołączy do repertuaru powtarzających się co noc koszmarów.

Gdy rozbrzmiały za nią szybkie kroki, nie zdążyła się odwrócić. Tom złapał ją od tyłu i wciągnął między dwa ostatnie regały dzielące ich od wyjściowej bramy, tym razem nie kłopocząc się wyciąganiem jej koszuli na wierzch. Dociskając Martę do półki klekoczącej od wzruszanych impetem książek, wsunął różdżkę przez przerwę w materiale między dwoma guzikami i gdy tylko dźgnął ją w bok, zapiszczała prosto w dociśniętą do jej ust dłoń.

— Może gdybyś wyłącznie ukradła ten notatnik, mógłbym rozpatrzyć sprawę twojej kary z większą łaską, Marto — wyszeptał jej do ucha — ale niestety zdecydowałaś się go użyć przeciwko mnie. Być może odrobina dyscypliny pomoże ci następnym razem dokonać mądrzejszego wyboru.

Z warg spłynęło mu ciche stęknięcie, gdy zatopiła w nim zęby, lecz wbrew oczekiwaniom nie spotkała ją za to dodatkowa kara. Bez wysiłku przeciwstawił się jej próbom oswobodzenia się, a gdy przejadła mu się szarpanina, złapał Martę za gardło i odchylił jej głowę w tył, żeby zmusić ją do spojrzenia mu w oczy.

— Rozważę twoje słowa — zapewnił ją, uśmiechając się półgębkiem. — Jestem nawet skłonny przyznać, że możesz mieć rację. Nie zwróciłem na to wcześniej uwagi, ale w istocie, jesteś dziewczyną. Być może traktowanie cię w ten sam sposób, co mojego gloryfikowanego chłopca do bicia, Abraxasa, nie było jedynym sposobem na pokazanie ci, gdzie jest twoje miejsce. Nie zrozum mnie źle, Marto, w żadnym wypadku nie uważam, że popełniłem błąd, ale uświadomiłaś mi, że ktoś o tak wspaniale cherlawym ciele i umyśle jak ty może lepiej reagować na inne rodzaje… zachęty.

Z jej gardła wyrwał się niezadowolony pomruk, gdy dotychczas miażdżąca ją w pasie ręka odpięła jeden z dolnych guzików koszuli. Palce Toma wślizgnęły się pod materiał i po chwili poszukiwań odnalazły swoje wciąż pulsujące bólem dzieło.

— Nie jestem tak bezduszny, za jakiego mnie uważasz — kontynuował, prześledziwszy długość blizny, a gdy dotarł do jej końca, nie zabrał ręki, niemal jakby czerpał przyjemność z ruchów jej brzucha wywołanych przyśpieszonym oddechem. — Przyznam, czasem zapominam, że nie można wyłącznie rządzić twardą ręką. Jestem łaskawym Panem, dlatego nie użyłem czarnej magii. Gdybym to zrobił, nigdy byś się jej nie pozbyła, ale jeśli mnie zadowolisz, jeśli będziesz się mnie słuchać i zasłużysz na to, wyleczę tę bliznę.

Psotliwy błysk w jego oczach przygasł, a rysy twarzy stwardniały, gdy Tom nie otrzymał upragnionych podziękowań. Niespodziewanie odepchnięta Marta wpadła na regał, dociskając rękę do boku.

— A teraz zejdź mi z oczu — powiedział na odchodne, zauważając łzy gniewu błyszczące w jej oczach. — Jesteś taka żałosna, że postawiłbym dziesięć galeonów na to, że polecisz do łóżka, żeby się wybeczeć.

Patrzyła, jak odchodził z wysoko podniesioną głową i grymasem pogardy na twarzy, i wyobrażała sobie, jak potoczyłyby się jej losy, gdyby wypowiedziała na głos swoje myśli — gdyby chciał postawić na cokolwiek dziesięć galeonów, najpierw musiałby je komuś ukraść.

----- CHAPTER BREAK -----

Następny tydzień stanowił dla Marty całkowicie nowy typ wyzwania. Dotychczas na codzień Tom nie zwracał na nią uwagi, lecz uległo to zmianie. Zauważała na sobie jego wzrok w najmniej oczekiwanych momentach: gdy rozmawiała z Donną czy sprzeczała się z Olivią, skrobała bezmyślnie piórem podczas głowienia się nad skomplikowaną recepturą podczas zajęć eliksirów, a nawet za każdym razem, gdy zgłaszała się do odpowiedzi. Żadna z tych rzeczy nie przypadła jej do gustu, lecz to ostatnie podobało się jej najmniej, jako że Tom za każdym razem uzupełniał jej wypowiedzi o drobnostki i nieistotne szczegóły, którymi ograniczał jej możliwości zdobycia punktów, nie wspominając o spychaniu jej w swój cień.Zachowanie Goyle’a i Notta nie pozostawiało wątpliwości, że spadła na nich surowa kara. Cały tydzień snuli się z kąta w kąt niczym duchy, bladzi i nienaturalnie cisi, ze wzrokiem wbitym w podłogę i ze spontanicznymi drgawkami mięśni, które — jak podejrzewała Marta — były efektem ubocznym długotrwałych tortur Cruciatusem , natomiast ukaranie Abraxasa nie stanowiło dla niej równej oczywistości. Stosunki między nim a Tomem zdawały się podminowane, lecz biorąc pod uwagę kapryśną naturę Abraxasa wcale jej to nie dziwiło; często sprzeczali się i wyprawiali ze sobą rzeczy, których nie rozumiała i rozumieć nie chciała, nawet jeśli czasem ten typ ciekawości kończył się dla niej zmawianiem dodatkowej zdrowaśki przed snem.W przeciwieństwie do Goyle’a i Notta, Abraxas nie bał się patrzeć jej w oczy. Robił to otwarcie i bezwstydnie, często siedząc u boku Toma; Marta odnosiła wręcz wrażenie, że rzucał jej tymi spojrzeniami wyzwanie za wyzwaniem, a coś w tej coraz bardziej otwartej wrogości uświadomiło jej, że do czegoś, co wcześniej uważała za chorobliwą zazdrość (och, jak naiwna była), dołączyła nowa emocja: strach.Ta świadomość przyprawiała ją o ciarki. Gdyby mogła oddać Abraxasowi niezdrową w swojej przesadzie atencję Toma, tak jak zwraca się do sklepu niechciany towar, zrobiłaby to bez wahania. Bała się, że jeśli nie przejdzie mu to godne dziecka nadąsanie, prędzej czy później ludzie w jej otoczeniu zwrócą uwagę na te ciągłe zaczepki na lekcjach. Nie mogła nic poradzić na obecność Toma w swoim życiu i starała się za to nie obwiniać, jednak czułaby się winna za zranienie zapatrzonej w niego jak w obrazek Astry, nie wspominając o ściągnięciu na siebie złośliwości Olivii.Skoro spędzało jej to sen z powiek, Tom oczywiście o tym wiedział. Po dwudniowym weekendzie, w czasie którego nie zobaczyła go ani razu i poczuła się znów niczym zwyczajna dziewczyna, w dormitorium na półce nocnej zastała wazon z imponującym bukietem białych i jasnoniebieskich róż, odcieniem przywodzących jej na myśl morze zimą. Nie wątpiła, że ich kolor został dobrany celowo, lecz Astra zinterpretowała te barwy po swojemu.— Och, jakie piękne — powiedziała, pochyliwszy się nad kwiatami, żeby je powąchać. Przymknęła oczy w rozkoszy, przytrzymując ześlizgujące się jej z ramienia blond loczki. — Moja mama uwielbia kwiaty, właściwie gdyby mogła, spędziłaby z nimi całe dnie w swojej szklarni. Białe najczęściej symbolizują lojalność i szacunek, ale w twoim przypadku chyba czystość i cnotę, prawda? — zachichotała. — Z tego co pamiętam, znaczenie niebieskich jest znacznie ciekawsze: marzenia, nadzieje i… emocje towarzyszące narodzinom miłości.— Marto! — wypaliła poczerwieniała z zachwytu Donna. — Gadaj, natychmiast! Kto je przysłał? Kto, kto? Ten ze schowka? Powiedz, nooo!— Daj spokój — obruszyła się Marta. Zakręciło się jej w głowie. — To jakaś pomyłka.— Tak? — zainteresowała się Olivia, która ukryła zazdrość pod maską uszczypliwości, sięgnąwszy w stronę kwiatów. — To w takim razie zaraz przeczytamy liścik i…Marta błyskawicznie pacnęła ją w dłoń jak irytującego komara, a gdy sama doskoczyła do bukietu, okazało się, że żaden liścik wcale nie został do niego dołączony.— I po co te kłamstwa, co? — kontynuowała Olivia. — Dlaczego nie pochwalisz się swoim amantem? Przyznaj się, że to Goyle.— Śmiej się śmiej — fuknęła Marta, ogarniając gestem zaogniony trądzik na jej twarzy. — W tym stanie nawet Goyle’a byś nie wyrwała.Ten komentarz wywołał lawinę prześladowań, która ciągnęła się przez cały następny tydzień. Jedyne pocieszenie, jakie znalazła pośród podstawianych znienacka nóg, tajemniczo zagubionych wypracowań i dorzuconych do kociołka przypadkowych ingrediencji, to zniknięcie z radaru Toma. Mimo głębokiej niechęci cieszyła się, że zachowanie Olivii nie ściągnęło na nią żadnych konsekwencji, lecz żywiła dziwne przeczucie, że ten stan rzeczy nie utrzyma się wiecznie.Gdy końcówka listopada przyniosła ze sobą pierwsze opady śniegu, cały zamek zatętnił świąteczną atmosferą. Zaledwie trzy dni wystarczyły, aby dojście do szklarni wiązało się z przedzieraniem się przez prawie półmetrowe zaspy, w których wydeptano wąskie, kręte ścieżki, a przebywanie na dziedzińcu łączyło się z nieustannym zagrożeniem bycia obranym za cel rozwrzeszczanych urwisów uzbrojonych w śnieżki. Mimo że Marta lubiła dzieci, widok zbijających się w grupki zarumienionych chłopczyków sprawiał, że czuła w ich otoczeniu dreszcz niepokoju. Zresztą, nawet zamek nie zapewniał bezpieczeństwa; gdy tylko Nott i Goyle odżyli, za punkt honoru obrali sobie zbieranie śniegu do zaczarowanych wiader, a następnie wciskanie go dziewczętom za kołnierz. Rozbestwili się do tego stopnia, że nawet znana z gorszenia dekoltem Cyrilla Rosier zaczęła zapinać koszule pod sam kołnierzyk.Paradoksalnie, to nie przerzucenie strony kalendarza na grudniową uświadomiło Marcie, jak niewiele czasu tak naprawdę pozostało do balu, którego niegdyś tak wyczekiwała, a który teraz wiązał się dla niej ze źródłem niemożliwego do opisania stresu. Uświadomił jej to kolejny prezent, tym razem złożony w sporym pudle na jej pościelonym łóżku.— Patrz! — wykrzyknęła Donna, ciągnąc ją siłą przez cały pokój wspólny, aż znalazły się w dormitorium. — Znów coś do ciebie przyszło!Marta zamarła. Dopiero trzeci z kolei kuksaniec Donny zmusił ją do zerwania szarego papieru i odsłonienia czarnego wieka z logiem składającym się z dwóch srebrnych liter BF.— BF? Co to za marka? — zdumiała się Donna. — Nigdy o takiej nie słyszałam!
Marta nie odpowiedziała, odgarniając na boki czarną bibułkę. Słowa uwięzły jej w gardle, gdy dostrzegła pierwszy skrawek kreacji. Wyjęła ją ostrożnie i w zachwycie na moment zapomniała, jak się oddycha.— Co robisz? — wymamrotała, odwracając się do Donny, która właśnie zsuwała jej z ramion kardigan.— Jak to co? Przymierzasz!Gdyby pozwolono Marcie choć chwilę ochłonąć, pokierowałyby nią zgoła inne emocje, lecz teraz nie potrafiła ochronić się przed zaraźliwą ekscytacją koleżanki. Z pomocą Donny przebrała się i zapięła suwak. Sukienka z częściowo odkrytymi plecami była lekka jak piórko za sprawą wielowarstwowego tiulu spływającego z jej bioder mieniącą się kaskadą aż po podłogę. Wierzchnie partie nakładały się na siebie nawzajem bielą i jasnymi odcieniami błękitu, które stawały się coraz ciemniejsze, im bliżej krańców materiału się znajdowały. Rękawki zdobiła delikatna, dziewczęca falbanka, a całości dopełniał zarzucany na ramiona szal z półprzezroczystej tkaniny.— Merlinie — odezwała się wstrząśnięta Astra. Gdy wreszcie oderwała wzrok od Marty, odwróciła rzucone na poduszkę wieko wierzchem do góry. — Basil Fitz! Skąd miałaś na to pieniądze? Przecież rzeczy z jego kolekcji kosztują fortunę!Oczy Donny niemal wyszły z orbit, a dłonie Marty stały się śliskie od potu. Natychmiast sięgnęła do zapięcia sukienki, niestety nie potrafiła sobie z nim sama poradzić.— Co to za Fitz? — dopytywała Donna.— Amerykański projektant — wyjaśniła Astra, mrużąc oczy. — To ten sam chłopak od róż, tak?— Co? Nie, oczywiście, że nie — obruszyła się Marta, odwracając się do dziewczyn tyłem, żeby nie zobaczyły jej zszokowanej miny. Machnięcie różdżki poradziło sobie z zapięciem, a rozgorączkowanie zagłuszyło wstydliwość, która normalnie powstrzymałaby ją przed przebraniem się przy czujnie obserwujących ją dziewczynach. — Nie bądźcie śmieszne. Jakiego ucznia byłoby stać na coś takiego?— Jak to kogo? Ślizgońską śmietankę towarzyską! — wyrzuciła z siebie poruszona Donna. Oczy mieniły się jej tak, jakby rozbłysły w nich tysiące gwiazd. — Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że…!— Obiecałaś trzymać język za zębami! — upomniała ją Marta.— Och, przestań!— Skończ jęczeć, Camden — rozległ się rozdrażniony głos Olivii zza kotar przesłaniających jej łóżko; Marta nie zdawała sobie sprawy, że ta poczwara ucięła sobie drzemkę w ciągu dnia. — Nawet jeśli Warren nie puści pary z gęby, prędzej czy później i tak się dowiesz. Przynajmniej będziecie mieli o czym gadać z Longbottomem na balu.— Nie jęczę — sprzeciwiła się obrażalskim tonem Donna — tylko cieszę się jej szczęściem, przecież tak długo sobie kogoś szukała! Marto, te wszystkie sekrety są naprawdę niepotrzebne…— Wcale sobie nikogo nie szukałam.— Taa, Darcy sam cię odnalazł — zadrwiła Olivia. — Przypominam ci, że podawanie eliksirów miłosnych uczniom jest niezgodne ze szkolnym regulaminem.— I kto to mówi?Chichot Donny zamilkł gwałtownie, gdy zdała sobie sprawę, że w słowach dziewczyn kryło się coś więcej niż kolejne złośliwości. Gdy nie udało się jej niczego wydusić z Marty, wciągającej na nogi wełniane rajstopy, przesłuchała niemającą o niczym pojęcia Astrę, a następnie ruszyła w kierunku Olivii. Zamaszystym ruchem odsunęła kotary jej łóżka, odsłaniając ją leżącą na plecach, z dociśniętym do brzucha termoforem.— Daj mi święty spokój — burknęła ostrzegawczo Olivia, przewracając się na bok.— Ale…— Nie jesteś przypadkiem spóźniona na swój cotygodniowy szlabanik z Merrythought, baryło?Marta zmarszczyła brwi, zerkając przez ramię na Donnę, która podwinęła rękaw swetra, żeby spojrzeć na zegarek. Mimo zacietrzewionej miny wyraźnie zbladła.— Nie wiem, o czym mówisz — odparła sztucznie i porwała z ziemi swoją torbę, zanim zatrzasnęła za sobą drzwi prowadzące na korytarz.— Jak to cotygodniowy? — spytała Marta. — Od kiedy?— Rusz mózgownicą, to może się domyślisz.— No chyba sobie żartujesz.— Nie.— Olivia, proszę cię — powiedziała z wahaniem. — Chyba nie ma szlabanu co tydzień od tamtego jednego razu…? Kiedy to było, końcem września? Niby za co zarobiłaby tak długi szlaban?— Detektywa to by z ciebie nie było, Warren — mruknęła, spotykając się spojrzeniem z Astrą, która przybrała skwaszoną minę. — My dwie o tym wiemy, ty nie. Jakieś wnioski?Marta nie potrzebowała dalszych wskazówek. Wymaszerowała z dormitorium, a kwadransie spędzonym na poszukiwaniach Toma w bibliotece skierowała się na parter. Dochodziła siedemnasta, co odzwierciedlało wnętrze wnętrze Wielkiej Sali, szumiące cichymi szmerami i przeciętnie zapełnione uczniami spożywającymi późny obiad. Z daleka rozpoznała blond czuprynę znajdującą się prawie na samym krańcu stołu Ślizgonów i ruszyła w jej kierunku.Każdy stawiany przez nią krok topił jej pewność siebie, a wspomnienia z napaści obmywały jej mięśnie chłodem, lecz oklumencyjna bariera pomogła jej oddzielić się od targającej nią paniki.Odchrząknęła, stając naprzeciw pogrążonego w lekturze Proroka Codziennego Abraxasa. Podniósł na nią jasnoszare oczy dopiero wtedy, gdy zwilżył palec językiem i przerzucił szeleszczącą stronę.— Czego? — spytał, taksując ją pełnym wzgardy spojrzeniem.— Gdzie Tom?Podczas gdy Abraxas wzruszył ramionami, siedzący u jego boku Nott z nietuzinkową determinacją wpatrywał się w kawałek pieczeni na leżącym przed nim złotym talerzu.— Na pewno wiesz, gdzie jest — naciskała.— Oczywiście, że wiem.Wypowiedział te słowa z taką wyższością, jakby stanowiły poświadczenie tego, jak nisko w porównaniu do niego znajdowała się w hierarchii, a choć Marta z początku nie rozumiała pochodzenia swojej frustracji, ta trafiła ją jak grom z jasnego nieba. Przez pełną szaleństwa chwilę strunami jej serca poruszała chęć rywalizacji i udowodnienia mu, kto z nich dwojga tak naprawdę był cenniejszy w oczach Toma.— Więc? — spytała.— A czego od niego chcesz?Znów.— A ty wiesz? — zwróciła się do Notta, chociaż ledwo się do tego przemogła.— Nie odpowie ci — odparł za niego Abraxas z cieniem uśmiechu na ustach. — Nie może.— A co to niby oznacza?— Że nie może.— Chryste! — wypaliła, nerwowo rozglądając się wkoło. Mimo że żaden z siedzących za jej plecami Gryfonów nie zwracał na nią uwagi, coraz więcej Ślizgonów patrzyło w jej kierunku z grymasami na twarzach. Nie musieli wypowiadać słowa „szlama” na głos, żeby usłyszała jego echo w głowie. — Tak naprawdę wcale go nie potrzebuję. Powiedz mi chociaż, czy Goyle miał ostatnio jakieś szlabany.— Goyle? Nic ci do tego.Roztarła skronie, przymykając oczy, a gdy na powrót je otworzyła, musiałaby być ślepa, aby przeoczyć, jak Nott skurczył się w sobie. Wzdrygnęła się na widok Toma; pojawił się za nią jakby znikąd, przez co poczuła się niczym mysz, która odkryła, że jedyna droga ucieczki z jej bezpiecznego kąta została zablokowana przez otwierającego paszczę węża.— A myślałem, że chciałaś dla niego łaski — powiedział, wskazując brodą na mielącego jedzenie Notta. Na widok niezrozumienia na twarzy Marty, wyjaśnił uprzejmie: — Powiedziałem mu, że wystarczy jedno spojrzenie albo słowo w twoim kierunku, żeby pożałował swoich narodzin. Nie sądziłem, że będziesz prowokować go do przekroczenia tej granicy.— Przestań — wymamrotała, zerknąwszy na Notta, który trudził się z przełknięciem kęsa. Przeczuwała, że gardło ściskała im jednakowa obawa. — Szukałam ciebie.— Naprawdę? — zdumiał się teatralnie Tom, kładąc jej dłoń na dolnej partii pleców, żeby poprowadzić ją zdala od przysłuchującemu się każdemu ich słowu Abraxasowi, który wyglądał, jakby opracowywał plan pozbycia się jej raz na zawsze. — Odniosłem wrażenie, że mnie unikasz.— Nie ujęłabym tego w ten sposób — odparła wyważonym tonem. — Zresztą ty też nie szukałeś ze mną kontaktu.— To ty zarzekałaś się, że chcesz mnie poznać. Widocznie popełniasz małe grzeszki z coraz większą wprawą.— Nie kłamałam — sprzeciwiła się słabowitym głosem, zauważywszy, że wzrok mijanej przez nich Cyrilli spoczął na lokalizacji ręki Toma. Kolana Marty zmiękły ze stresu na myśl o potencjalnych plotkach, ale nie odważyła się od niego odsunąć. — A przynajmniej w tamtym momencie nie było to kłamstwo.Odetchnął z rozbawieniem.— Jedna mała blizna, nawiasem mówiąc całkowicie zasłużona, i już nie jesteś mną zainteresowana? — spytał, uśmiechając się półgębkiem. — Nie możesz mieć do mnie pretensji za czyny, których dopuściłem się z twojej winy.— To teraz nieistotne — powiedziała, z trudem powstrzymując się od komentarza. — Chciałam cię o coś zapytać. Powiedz mi, czy…Przerwała, porażona posłanym jej z ukosa pełnym wyrzutu spojrzeniem.— To ty mi coś powiedz, Warren — odezwał się z rezerwą. — Czy moje prezenty nie przypadły ci do gustu?Rumieniec zakłopotania rozgrzał jej policzki. Zaaferowanie sprawą Donny wyraźnie przyćmiło jej umysł.— Wybacz — wyszeptała, nie do końca pewna, dlaczego nie potrafiła zmusić strun głosowych do pełnej współpracy. — Ee, kwiaty wzbudziły ogólny zachwyt, a sukienka…— A twój?— Mój też, oczywiście.Kiwnął głową, łaskawie zaprzestając sztyletowania Marty wzrokiem, choć jego dłoń wciąż mocno trzymała w garści materiał kardigana, a kierowanie jej w stronę wyjścia z Wielkiej Sali przeistoczyło się w coraz bardziej zdecydowane popychanie. Wątpiła, czy gdyby przystanęła, obecność innych uczniów powstrzymałaby go przed wyszarpnięcia jej stąd siłą, co pomogło jej w otrząśnięciu się z tej dziwacznej nerwowości.— Były kradzione — stwierdziła, zanim zdążyła porządnie zastanowić się nad tymi słowami.— Kwiaty? Wyczarowane — zaprzeczył monotonem. — Sukienka? Oczywiście, że tak. Co, myślałaś, że z twojego powodu porzucę plany, znajdę uczciwe zatrudnienie i będę zbierać knut do knuta, żeby móc cię ubrać w jakąś śmieszną szmatę od Gladraga albo Malkin? — prychnął. — Może myślałaś, że ją wyżebrzę?— Gdybym wiedziała, że zamierzasz okradać Bogu ducha winnych ludzi…— Nie rozśmieszaj mnie — wtrącił, przeprowadzając ją przez wrota na korytarz. — Założysz ją, bo nie daję ci innego wyboru, a teraz wreszcie okażesz mi należytą wdzięczność, Warren.Wepchnął ją do skrytej za drzwiami spiralnej klatki schodowej, jednej z wielu prowadzących do lochów, i złapał za szyję, momentalnie dociskając ją do ściany. Marta zachłysnęła się powietrzem, a on nie zaszczycił jej żadną reakcją, gdy z błagalną miną spróbowała odciągnąć jego nadgarstek w dół.— Założę ją — zgodziła się szybko, nieco pokrzepiona faktem, że nie zaciskał palców wokół jej gardła. Nie wątpiła, że go do tego korciło. — I jestem wdzięczna.Przypatrywał się jej niemiłosiernie długo, bez wątpienia debatując nad jej losem.— Czy aby na pewno, Warren?Pokiwała głową, na co Tom wygiął usta w wyrażającą rozczarowanie podkówkę.— A nie wyglądasz.— Jestem. — Obawiam się, że w to nie wierzę.— Przestań — poprosiła go ze śladem poirytowania, które wywołało u niego drgnienie brwi. — Czego ode mnie oczekujesz? Że zacznę się przed tobą płaszczyć? Że padnę na kolana, żeby ci podziękować?— Nie potrzebuję podziękowań — zaprzeczył — ale paść na kolana byś mogła.— Bez przesady.— Bez przesady? — powtórzył wyzywająco. — Uważasz za przesadę ugięcie przede mną kolan, podczas gdy ja poświęciłem swój czas, żeby wbrew ograniczeniom aportować się na inny kontynent, rzucić Imperiusa na ochronę i obsługę sklepu, a po wszystkim wyczyścić im pamięć, żebyś mogła bez zmartwień założyć sukienkę wartą więcej, niż potrafić pojąć umysłem?Marta zacisnęła cierpko usta. Sprawa została przesądzona w momencie bezmyślnego rzucenia tych słów na wiatr.— Chyba nie uklęknę przed tobą na schodach, prawda?Tom zdjął dłoń z jej szyi, żeby pociągnąć ją za przedramię w dół spiralnych schodów. Szedł przodem, więc nie widziała jego twarzy, lecz nie mogła się oprzeć wrażeniu, że te słowa go podekscytowały. Czy w podobny sposób Abraxas wywinął się od kary?Choć nie byli na korytarzu sami, nie puścił jej nawet wtedy, gdy minęli grupkę spanikowanych Ślizgonów z szóstego roku (dopiero potem skojarzyła, że nie powinni samodzielnie poruszać się po korytarzach bez nadzoru); Marta miała nadzieję, że uznają tę scenę za nic więcej, a prefekta naczelnego, który przyłapał uczennicę na łamaniu szkolnego regulaminu i prowadził do gabinetu profesora. Nie wiedziała, czy Tom szukał prywatności, czy może miał na oku konkretne miejsce, na szczęście w momencie wepchnięcia jej do komnaty nikt nie widział ich razem.— Klękaj — powiedział tylko i zamknął drzwi zaklęciem, okrążając ją z wymalowanym na twarzy wyczekiwaniem.Mimo że się jej to nie uśmiechało, przeczuwała, że spełnianie podobnych zachcianek naprawdę było kluczem do odwrócenia jego uwagi od wymierzania kar i innych form kontroli, więc po chwili wahania złapała za poły spódnicy. Gdy tylko ugięła pierwsze kolano, rozległ się głos:— Patrz mi w oczy.Zmusiła się do tego i uklękła, bez mrugnięcia utrzymując z nim kontakt wzrokowy, chociaż znajdowanie się przed kimkolwiek w takiej pozycji urągało, a przed nim dodatkowo napawało przestrachem. Tom zbliżył się do niej z dłońmi wsuniętymi w kieszenie spodni i zagadkową, trudną do rozszyfrowania miną.— Twarda? — spytał wreszcie. — Podłoga.— Tak — przyznała Marta, poruszając się z boku na bok w poszukiwaniu pozycji, która nie wiązałaby się dla niej z bólem. Tylko grochu brakowało, żeby uprzykrzyć jej ten moment dwukrotnie bardziej.— To przykre, bo spędzisz tak kolejne pół godziny.Przemilczała te słowa, całą siłą woli walcząc z pragnieniem odwrócenia wzroku. Pękła, zamykając oczy, gdy Tom z drwiącym uśmiechem zanurzył palce w jej włosach i powolnym gestem zaczesał je jej za ucho.— Zamierzać tak stać i na mnie patrzyć?— Nie — odparł, machnięciem różdżki materializując fotel. Zasiadł na nim, wyciągając ręce wzdłuż podłokietników, a na widok dreszczu wzruszającego ramionami Marty spytał z pozorem zmartwienia: — Zimno ci?— Trochę.Uśmiechnął się wilczo.— Kłamiesz — stwierdził z zadowoleniem, pochylając się ku niej z łokciami wspartymi na kolanach. Marta zawiesiła wzrok na sygnecie rodzinnym, a Tom, zauważywszy to, w zamyśleniu poruszył nim na palcu. — Należał do mojego wuja, Morfina. Zesłali go na dożywocie do Azkabanu za pozbycie się paru mugoli. A pierścień… mam powody podejrzewać, że oryginalnie należał do jednego z braci Peverell.W trakcie tej wypowiedzi ton jego głosu zmienił się dwukrotnie. Mimo że imię wuja w ustach Toma ociekało wręcz wstrętem i poczuciem wyższości, wspomnienie o wyroku i morderstwie rozświetliło jego oczy podszytym czerwienią blaskiem satysfakcji, który sprawił, że Marta poddała te słowa w wątpliwość. Nie miała jednak powodów, żeby nie wierzyć w ciekawostkę na temat pochodzenia pierścienia, jako że mówiąc o nim, Tom zerknął na nią z mieszaniną dumy i podekscytowania godną dziecka przechwalającego się wzbudzającą zazdrość zabawką.— Więc przypuszczenia profesora Slughorna były trafne — stwierdziła, uznając, że nie zaszkodzi sprawić mu komplementu, skoro nadarzyła się do tego okazja. — Poza spokrewnieniem z Salazarem Slytherinem wywodzisz się z potężnego czarodziejskiego rodu, skoro w waszej rodzinie przekazuje się sobie pierścień Peverellów.— Nie — powiedział przez zaciśnięte zęby. — Od dziesiątek lat nie można było nazwać tego rodu potężnym. Marvolo i Morfin byli uważani za agresywnych pomyleńców z obsesją na punkcie swojej wielkości mimo upadku Gauntów, a Meropa… — Na twarzy Toma wykwitł grymas odrazy, a dłonie zwinęły się w pięści. — Meropa zhańbiła ich do reszty.Im dłużej mówił, tym bardziej wymieniane przez niego imiona wydawały się Marcie znajome. Odzywające się bólem kolana przeszkadzały jej w skupieniu się na odnalezieniu w pamięci odpowiedniej szufladki.— Jestem pewna, że z biegiem lat przywrócisz nazwisku dawną chwałę — odparła, w myślach kosztując imię Tom Gaunt. Pasowało do niego tak dobrze, niemal jakby przybrano je tysiące lat temu właśnie z myślą o Tomie, który pokręcił głową.— Gauntowie przestali istnieć w momencie zesłania Morfina do Azkabanu. Ich żałosne nazwisko nie jest mi do niczego potrzebne.— A nie byłoby ci z nim łatwiej? — spytała, siadając na piętach. Tom był tak zaaferowany własnymi myślami, że nie zwrócił uwagi na jej zmianę pozycji ani tym bardziej na rozlewającą się po jej twarzy ulgę.— Nie. Nadam sobie nowe imię — stwierdził nieobecnie, przesuwając palcem wzdłuż swojej dolnej wargi. — O co chciałaś mnie zapytać?— O Goyle’a.Brwi Toma ściągnęły się razem.— Wiesz może, czy miewa ostatnio jakieś szlabany?— Miewa.— Za co?— Wiesz za co — stwierdził z cichym prychnięciem. — Za spółkowanie w łazience z twoją szlamią koleżanką.Marcie zaschnęło w gardle.— Ale kiedy ich przyłapano?Tom westchnął z rozdrażnieniem.— Nie pamiętam. Tydzień, dwa po naszym powrocie do odpowiednich ciał — powiedział i machnął ręką, gdy Marta zareagowała na to wyznanie przybraniem święcie oburzonej miny. — Po co miałbym ci mówić? — spytał, odgadnąwszy jej myśli. — Nic tylko poleciałabyś z wywalonym jęzorem do Longbottoma i rzuciłabyś mu się na szyję.— Tom! — zganiła go, porzuciwszy zamiar wstania z ziemi na widok jego zmrużonych oczu. — Oczywiście, że bym mu o tym powiedziała, Donna okłamała nas wszystkich, ale wcale nie rzuciłabym mu się na szyję! Naprawdę myślisz, że Alfred by tego chciał dopiero po tym, jak dowiedziałby się, że dziewczyna go zdradza? Chryste!Tom bez większego zainteresowania wzruszył ramionami.— Powinieneś mi był powiedzieć — kontynuowała szorstko. — Jak ty byś się poczuł, gdybyś się znalazł na jego miejscu, a wszyscy dookoła by wiedzieli, hm?— Dowiem się.— Ale gdyby nikt cię o tym nie poinformował?— Poinformują mnie.— A jeśli mieliby powód, żeby tego nie zrobić?— Warren — westchnął, pochylając się w jej stronę. Złapał ją za przedramię równie błyskawicznie co wyskakujący do ukąszenia ofiary wąż, przez co prawie straciła równowagę, gdy przyciągnął ją pod swoje nogi. — Jeśli myślisz, że się nie dowiem, jak tylko zaczniesz szlajać się gdzieś bez mojej wiedzy i zgody co do twojego towarzystwa, to jesteś skończoną kretynką.Język zmartwiał jej w ustach. Ten chłopak jest opętany , pomyślała.— Mówiłam czysto hipotetycznie — powiedziała z zakłopotaniem. Trzymał ją w tak niewygodnej pozycji, z ręką wykręconą do góry, że nie miała innego wyboru niż oprzeć dłoń o jego kolano.Tom wypuścił ją jeszcze szybciej, niż złapał.— A ja nie — odparł, odchrząknąwszy, i wstał z fotela. — Leć do swojego kochasia, Warren, ale miej na uwadze, jak to się może się dla niego skończyć.Marta nie zdążyła wstać z chłodnej posadzki, a drzwi już się za nim zatrzasnęły. W drodze na błonia bez chwili wytchnienia przekonywała samą siebie, że Tom wcale nie miał na myśli jej zdradzającej jego , a jak już, na pewno nie w tym słowa znaczeniu, lecz z każdym stawianym krokiem coraz trudniej było jej wierzyć we własne kłamstwa.Zanim wyszła z zamku, zarzuciła na ramiona przyzwany z dormitorium płaszcz i wciągnęła czapkę na głowę. Niewiele brakowało, aby skręciła kostkę na wydeptanym do idealnej gładkości śniegu i narzuciła żwawe tempo, widząc na horyzoncie obrzucającą się śnieżkami bandę chłopaków, pośród których rozpoznała uśmiechniętego od ucha do ucha Bagshota.Przeszła przez wąski korytarz prowadzący na boisko i zadarła głowę, przesłaniając zmrużone oczy ręką, mimo że niebo zostało w całości pochłonięte przez intensywnie białe chmury. Alfred kopniakiem obronił środkową obręcz przed nadlatującym kaflem i zamienił kilka słów z członkami drużyny przed podleceniem do trybun, na których siedziała garstka rozchichotanych dziewcząt.— Znów odwiedzasz Longbottoma?Marta odwróciła głowę, żeby spojrzeć na lądującego obok chłopaka o przebiegłej twarzy. Przeczesał rozwiane rude włosy, wykrzywiając usta w dziwnie znajomym uśmiechu.— Ja ciebie dobrze pamiętam — kontynuował, udając szczękanie zębami, i przyłożył skierowane na zewnątrz palce w okolicę klatki piersiowej. — Przyleciałaś raz pod moje okno w cienkiej piżamce, kojarzysz?Odskoczył zwinnie, gdy wypaliła wyrwę w śniegu rzuconym mu pod buty zaklęciem.— Spływaj, prostaku.Zaśmiał się dźwięcznie mimo błysku poirytowania w oczach i zostawił ją samą. Po kwadransie stania na mrozie Marta już zamierzała zaryzykować poszukanie Alfreda w męskiej szatni, gdy znów zamajaczył jej na trybunach. Przeskoczył przez barierkę, w locie dosiadając miotły i pomknął w jej kierunku.— O, cześć — przywitał się, hamując gwałtownie. — Co tu robisz?— Co dokładnie powiedziała ci Donna na temat swoich szlabanów?— Jakich znowu szlabanów?Marta ukryła twarz w zaczerwienionych z zimna dłoniach i wyjrzała na niego przez palce, niepewna, jak przekazać mu te wieści.— Dowiedziałam się o tym dzisiaj — zaznaczyła, opuszczając ręce. — Olivia ją wsypała, a Astra też o tym wie. Nie wiem dokładnie, jak długo to trwa, ale Donna ma szlabany u Merrythought przez prawie dwa miesiące, odkąd…— Odkąd? — spytał, ponaglająco unosząc brwi.— Alfred, ona… Donna cię zdradziła. Zdradza, nie wiem.Przezwyciężyła impuls gnający ją do złapania go za rękę, czekając w pełnej napięcia ciszy na reakcję. Alfred zamrugał dwa razy, powoli, jakby nie mógł uwierzyć własnym uszom, a ostatecznie przez jego twarz przemknął skwaszony grymas.— To znaczy… Tak naprawdę wiedziałam o tym trochę wcześniej — przyznała, zgorszona samą sobą za próbę kłamstwa. — Byłam raz w łazience, kiedy oni, no wiesz. Donna mi powiedziała, że Goyle ją do tego zmusił, że nie robiła tego z własnej woli… ale skoro tydzień czy dwa później dostała szlaban…— Goyle — powiedział głucho Alfred i potarł kwadratową szczękę. — Cóż.— Myślałam, że Donna ci powiedziała, wtedy, po naszej bójce, nawet…Położył jej dłoń na ramieniu i ścisnął je uspokajająco, mimo że to ona powinna teraz oferować mu pocieszenie, a nie tracić panowanie nad językiem.— Rozumiem, naprawdę. Donna potrafi kłamać jak z nut, kiedy jej na czymś zależy — westchnął, podnosząc wzrok na sypiące drobnym śniegiem chmury. — Powinnaś zrobić to wcześniej, ale i tak dzięki, że mi powiedziałaś.Marcie opadła szczęka.— To tyle? Nie jesteś… nie jesteś zły? — zdziwiła się. — Smutny? Cokolwiek?— Od jakiegoś czasu mi się wydawało, że coś kręci — odparł wymijająco. — Poza tym, szczerze mówiąc, i tak chciałem z nią zerwać. Nawet po tamtej naszej rozmowie, kiedy sugerowałaś, żebym dał jej szansę, próbowałem to zrobić, ale oczywiście się pobeczała, zaczęła mówić, że się boi, że mnie straci, że ma kompleksy, inne takie… o tobie też sporo mówiła… Nie wiem, zrobiło mi się jej żal, poza tym myślałem, że to zerwanie pokomplikuje sprawy, więc z nią zostałem.Na widok skonsternowanej miny Marty dodał:— Nie zrozum mnie źle, jestem wkurzony, ale chyba bardziej czuję… ulgę? — Wzruszył ramionami. — Na początku było nam razem świetnie, szczególnie w wakacje, ale po powrocie do Hogwartu zaczęła mnie przytłaczać. Może nie powinienem tego mówić, ale momentami mam jej już dość — powiedział, opierając miotłę na ramieniu. — Muszę sobie to wszystko przemyśleć. Do zobaczenia.Marta odprowadziła go wzrokiem. Choć nie pojmowała umysłem, jak można przyjąć wieści o zdradzie partnera z tak stoickim spokojem, musiała przyznać, że chętnie przeszczepiłaby tę cechę Tomowi.Wybrała się w wędrówkę powrotną do zamku, wyobrażając sobie krwawą jatkę, jaką zakończyłaby się jej hipotetyczna „zdrada”, a gdy już znalazła się pod wrotami, stanęła oko w oko z roześmianymi Betty i Olivią, które zostały dogonione przez oddychającą szybko Astrę. Marta tak rzadko widywała równie szczery uśmiech na twarzy Olivii, że przez moment uznała tę anomalię za wytwór wyobraźni.— Gdzie idziecie?— Pojeździć — powiedziała Betty, pokazując jej przewieszone przez ramię łyżwy. — Astra mówiła, że jezioro już dostatecznie zamarzło!— Tak szybko? Niemożliwe…— Dokładnie, niemożliwe — zgodziła się Olivia — więc wracaj do zamku.— Nie bądź taka — skarciła ją z przekorą Betty. — Przecież nic ci nie będzie wadzić! Jezioro jest tak wielkie, że spokojnie się na nim zmieścicie obie.— Wątpię — odpowiedziały równocześnie Marta i Olivia.Nie pozostawiono im wyboru. Betty zaciągnęła Olivię w stronę jeziora, a Astra wzięła pod ramię Martę, która przyzwała parę łyżew z dormitorium, gdy tylko upewniły się, czy grubość lodu nie grozi załamaniem. Spędziły resztę dnia na szaleństwach, a po powrocie do zamku Olivia wywalczyła im miejsca pod kominkiem, gdzie zasiadły niczym kury na grzędzie, skulone z zimna i przykładające skostniałe dłonie tak blisko ognia, że ten parzył im skórę. Pijąc zorganizowane przez Betty kakao z piankami i bitą śmietaną, Marta zastanawiała się, gdzie podziewa się Donna i czy Alfred zdążył już przeprowadzić z nią rozmowę, przez którą w perspektywie najbliższych tygodni obecna chwila spokoju z pewnością była ostatnią.— Rozmawiałaś z nim? — spytała Olivia, gdy Betty z potężnym ziewnięciem udała się na spoczynek; Astra ulotniła się kwadrans wcześniej, żeby zaprowadzić porządek w jednym z dormitoriów chłopców, gdy rozbrzmiała tam salwa huków wystrzeliwanych petard.— Tak.— Czyli ta plotka to prawda… Ha, niezła z niej agentka. Z kim?— Czy to istotne? — odburknęła Marta, skanując wzrokiem grupkę wlewających się do pokoju wspólnego uczniów. Na szczęście nie odnalazła wśród nich Donny. —
Ważne, że Merrythought ją przyłapała na gorącym uczynku.— Oczywiście, że to istotne! — zaśmiała się Olivia. — Wątpię, że
udało się jej wyrwać kogoś lepszego niż Longbottoma, więc widzę w tej sytuacji spory potencjał na uprzykrzanie jej życia.Marta wzniosła oczy ku sufitowi, walcząc z drżącym kącikiem warg.— Myślę, że zerwanie wystarczająco jej je uprzykrzy. No, chyba że pójdzie na bal z Goyle’em.Zamaszyście docisnęła dłoń do ust, z kolei Olivia uśmiechnęła się drapieżnie.— Goyle? Zdradzała Longbottoma z Goyle’em?! — wypaliła, wstając z kanapy, i zatarła ręce. — O Boże, Warren. Daję ci amnestię! Do świąt nie powiem na ciebie złego słowa, muszę poświęcić całą uwagę na prześladowanie naszej drogiej kluseczki…— Olivio! — jęknęła błagalnie Marta. — Zostaw ją w spokoju i na Boga, proszę cię, nie mów jej, że wiesz to ode mnie!— Och, przestań. Myślisz, że coś zostanie z tej waszej… znajomości, bo przyjaźnią chyba tego za bardzo nazwać nie można? To koniec. Camden cię znienawidzi, bo zrobiłaś dokładnie to, czego się po tobie spodziewała.— No chyba sobie ze mnie żartujesz! Gdybym zrobiła to, czego się tak bardzo bała, chodziłabym teraz za rękę z Alfredem!Olivia zachichotała nieprzyjemnie.— Daj spokój, akurat tego się po tobie nie spodziewała, nawet jeśli była o ciebie chorobliwie zazdrosna. Myślisz, że dlaczego tak szybko wskoczyła do łóżka z Longbottomem? Bo sama dobrowolnie podałaś jej na tacy sposób na to, żebyś straciła nim zainteresowanie! Ty i to twoje czekanie do ślubu, wspólna utrata dziewictwa i inne pierdy — prychnęła, a Marta zaczerwieniła się z gniewu, gdy kilka głów z zainteresowaniem odwróciło się w ich stronę. Jak śmiała tak głośno rozprawiać o jej prywatnych sprawach?! — Wiesz, co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? Musiała go urabiać całe wakacje, żeby wreszcie go zaciągnąć do łóżka, bo Longbottom ma, a raczej miał takie same poglądy co ty! Ha!W gardle Marty uformowała się pokaźna, niemożliwa do przełknięcia gula. Mimo powtarzania sobie, że to nie ma już żadnego znaczenia, poczuła się zdradzona. Nie sądziła, że Donna nie tylko perfidnie i z pełną premedytacją wykorzysta te zwierzenia przeciwko niej, ale i pochwali się tym dziewczynom z dormitorium. Podczas gdy ona zadręczała się za każdym razem, gdy zazdrość podszeptywała jej niemiłe myśli na temat Donny, ta bez najmniejszych wyrzutów sumienia deptała jej zalążek zauroczenia Alfredem i dokładała wszelkich starań, żeby nigdy nie rozkwitł w nic więcej. Dlaczego, skoro po zaledwie kilku miesiącach zaczęła zdradzać go z Goyle’em?— I co, dalej się przejmujesz jej złamanym serduszkiem? — spytała drwiąco Olivia. — Tak myślałam. Może i z nas trzech miałaś z nią najlepsze relacje, ale ona nigdy nie była twoją koleżanką, Warren. Najwyższy czas, żebyś to sobie uświadomiła.Marta przełknęła zalegającą jej w ustach gorycz, a choć chciała podążyć za Olivią do dormitorium, nie podniosła się z kanapy. Być może gdyby udało się jej znaleźć choć jedną przyjaciółkę z prawdziwego zdarzenia, nie przykładałaby aż tak wielkiej wagi do Donny i jej humorów, a tym bardziej nie pokusiłaby się do wyznania jej tylu rzeczy na swój temat. Może gdyby Donna nie wiedziała o jej zauroczeniu Alfredem, nigdy nie postanowiłaby go sobie przywłaszczyć i na każdym kroku utrudniać ich przyjaźni.Nie pozostało jej już nic poza zawiłymi, pełnymi nieustępliwych węzłów relacjami. Na przyjaźń z Alfredem padał długi cień teraz już jednostronnego zauroczenia, które w połączeniu z jego niewzruszeniem po rozpadzie związku miało spory potencjał przysporzyć im obojgu nieprzyjemnych konsekwencji. Otwarcie kpiący z niej los wcale nie potrzebował pomocy Toma, żeby skutecznie pozbawić ją fundamentów życiowych. Straciła ojca, matka wolała zapomnieć o jej istnieniu, dla dziewczyn z dormitorium w najlepszym przypadku była kimś poruszającym się w tle, a jej jedyny przyjaciel otwarcie przyznał, że chciałby od niej czegoś, czego nie mogła mu już dać.Z trudem podniosła się z kanapy, przygniatana obezwładniającym poczuciem samotności, i wyszła z pokoju wspólnego, ignorując Bagshota, który spróbował zagadnąć ją pod zaczarowaną kołatką. W drodze do biblioteki nie potrafiła oprzeć się narastającemu w jej piersi ponuremu śmiechowi.Podobało się jej to czy nie, nie zostało jej nic poza Tomem.

----- CHAPTER BREAK -----

Tak naprawdę oba nazwiska do niego pasowały. Podczas gdy Gaunt perfekcyjnie komponowało się z jego wysoką, lekko wychudzoną sylwetką i podkreślało cienie pod ostro zarysowanymi kościami policzkowymi, przy okazji poświadczając za szlachetność jego pochodzenia, Riddle stanowiło kwintesencję jego osobowości. Przy pomocy intensywnego okludowania umysłu Marcie udało się zepchnąć w najdalszy kąt świadomości wszystkie przewinienia Toma i spędzić w jego towarzystwie tak przyziemny tydzień, że gdyby nie okazyjne przebłyski niezrównoważenia, niewiele brakowało, aby rozluźniła się przy nim równie mocno, co przy Alfredzie. Co prawda ten drugi nie miał w zwyczaju wygłaszania elaboratów, gdy tylko zadała pytanie na temat jakiejś mało zgłębionej przez nią dziedziny magii, lecz mimo poirytowania była zmuszona przyznać, że rozległa wiedza Toma w każdej dziedzinie jej imponowała. Ten poziom oczytania u siedemnastolatka był tak niespotykany, że kilkakrotnie przyłapała się na spoglądaniu na niego w niemym podziwie, który najczęściej rezerwowała dla profesorów poszerzających jej horyzonty wyjątkowo starannie przygotowanymi wykładami. Ubolewała nad przejmującym kontrolę nad Tomem głodem władzy; przez niego jego inteligencja i oszałamiające kompetencje nigdy nie przyczynią się do polepszenia otaczającego ich świata, wręcz przeciwnie.Marta wciąż miała przed oczami widmo pajęczodługich palców odgarniających ze zmarszczonego czoła zbiegły lok, gdy jak przez mgłę dobiegł ją głos profesora Beery’ego, wymawiającego słowo-klucz, które wyszarpnęło ją z poczerniałych głębin zamyślenia.— O czym on mówi? — spytała stojącej obok Olivii.— O was.Wskazała na Martę i cwaniacko uśmiechniętego Bagshota, a następnie przesadnie dźwięcznie zacmokała ustami.— Co? Przecież chyba nie będziemy ćwiczyć czegoś takiego? — zatrwożyła się Marta, blednąc tak gwałtownie, że aż zakręciło się jej w głowie. — To przesada!— Przecież i tak się pocałujecie na scenie — powiedziała Olivia, marszcząc brwi. — Czego tak to przeżywasz? Bagshot całkiem dobrze całuje, nauczy cię wszystkiego.— Ale… Ja… Ja nie chcę! — wyrzuciła z siebie napastliwym szeptem Marta, łapiąc koleżankę za przedramię, co zostało skwitowane niezadowolonym pomrukiem. — Nie mogę! Nie przy was wszystkich!— A przed całym Hogwartem to już będziesz mogła? — prychnęła, odtrącając jej rękę. Na twarzy Olivii wykwitł zawistny grymas, szybko i wprawnie zamaskowany przez udawaną obojętność. — Nie wiem, co ci mam powiedzieć, Warren. Może się z nim umów na prywatną lekcję? Na pewno będzie chętny.— Nie, nie mogę — powtórzyła, rozglądając się, jakby w komnacie znajdował się ktoś skory do wyratowania jej z tej beznadziejnej sytuacji, nie wspominając o Bagshocie, którego ciało po tygodniowych poszukiwaniach pewnie wypłynęłoby z czeluści hogwarckiego jeziora. — Nie jestem… nie jestem gotowa, okej? Boże, proszę, wymyśl coś, żebym nie musiała tego robić!Olivia nie kryła kpiny, taksując ją spojrzeniem od stóp do głów.— Jesteś jakaś nienormalna, Warren — powiedziała takim tonem, jakby od jej wyroku zależało to, czy Marta powinna trafić na zamknięty oddział psychiatryczny. Gdyby w istocie tak było, zesłałaby ją tam w kaftanie bezpieczeństwa, podpisując się pod papierami gwarantującymi dożywocie. — Dobra, ale zrobię to tylko dlatego, że nie chcę oglądać, jak wylizujesz Bagshotowi gębę.Olivia podeszła do profesora Beery’ego, tysięczny raz pouczającego przebranego w kostium ogromnej glizdy Rubeusa, jak powinien się poruszać, i westchnęła z taką mieszaniną rozpaczy i zawodu, że natychmiast zwróciła na siebie uwagę.— Czy coś się stało? — spytał z przestrachem Beery. — Coś jest nie tak z kostiumem? Któryś z tych małych gamoni znów popsuł rekwizyt?— Och, nie nie, ale tak sobie myślałam… Nie wiem, czy pan o tym słyszał, ale Marta dopiero co opanowała ten paskudny wirus opryszczki…— Wirus opryszczki? — zdumiał się Beery, patrząc oczami wielkimi jak spodki na zesztywniałą Martę. — A cóż to takiego?— Całą twarz miała wysypaną w ropiejących bąblach! Wyglądała jak coś z horroru, naprawdę, do teraz śni mi się to po nocach! — wykrzyknęła Olivia, kręcąc głową z tak przekonywującym zmartwieniem, że z pucołowatej, zwieńczonej sumiastym wąsem twarzy Beery’ego w ułamku sekundy odpłynęła cała krew. — Wie pan, to mugolska wersja groszopryszczki, coś naprawdę paskudnego! A jaka zaraźliwa! Pielęgniarka mówiła, że średnio się zna na mugolskich przypadłościach i że Marta już raczej nie zaraża, ale kto wie, czy Philipiusa nie wysypie? Został tylko tydzień do premiery!— Panno Warren! — powiedział, załamując ręce. — Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Rozumiem, że tego typu dolegliwości mogą być wstydliwe, ale ryzykować całym przedstawieniem? Ryzykować ośmieszeniem mnie, to znaczy nas wszystkich przed członkami Akademii? Na galopujące gargulce, dziewczyno, mogłaś wszystko zaprzepaścić!Nie czekając na jej odpowiedź, złapał zdumionego Bagshota za łokieć i poprowadził go na przeciwległy kraniec komnaty, gdzie obrzucił go — wnioskując z roznoszącej się wokół szpitalnianej woni — kilkoma zaklęciami dezynfekującymi. Ogarnięty krytycznym poziomem stresu Beery mamrotał coś nieskładnie pod nosem, a Marta rozpoznała pośród bełkotliwych słów coś na temat „bąbli” i „chronienia twarzy”.— Śnię ci się po nocach, co? — burknęła.— Twoja upiorna gęba nawiedza mnie w koszmarach, tak.Marta miała ochotę odwdzięczyć się jej równie wymyślnym komentarzem na temat trądziku, jednak zrobienie tego zaraz po otrzymaniu pomocy byłoby przesadą, dlatego postanowiła cieszyć się wolnym popołudniem. Mimo że profesor Beery miał w zwyczaju przeciągać próby w nieskończoność, zawsze wynajdując kolejne detale wymagające doskonalenia, dziś z obawy przed epidemią pozwolił im wcześniej wrócić do własnych zajęć.Opuściwszy komnatę, Marta z ulgą spostrzegła nieobecność Toma. Rozejrzała się po korytarzu, przygotowana na kolejną „niespodziankę”, gdy usłyszała za sobą kroki.— Szukasz kogoś? — spytał Alfred.— Nie nie, nieważne… — bąknęła, nie wiedząc, jak wiarygodnie usprawiedliwić zaglądnięcie do schowka na miotły. — Jak się trzymasz?— Trzymam? A, w porządku — powiedział, dopiero po chwili orientując się, że miała na myśli zerwanie. — Co się stało, to się nie odstanie, więc nie ma sensu dalej wałkować tego tematu. Donna ci nie dogryza?— Nie — skłamała.— Mhm. — Alfred nie wyglądał na przekonanego, jednak jego niechęć wobec rozmawiania o Donnie przewyższała ciekawość. — Chciałem z tobą pogadać, jeśli masz chwilę. Może przejdziemy się na spacer?— Eee… W tę pogodę?— Jest ładnie — stwierdził, skinąwszy brodą w stronę okna, za którym śnieg mienił się złoto-pomarańczowymi drobinkami w blasku zachodzącego słońca. — A cieplej długo jeszcze nie będzie.— No tak, masz rację — zgodziła się, mając nadzieję, że jej opór został przypisany niechęci do zmarznięcia, i ruszyła z Alfredem w dół schodów prowadzących na parter. Przez długi moment szli w zaskakująco niezręcznej ciszy, co nigdy dotąd im się nie zdarzało. — O czym chciałeś pogadać?— O dwóch sprawach — powiedział, otwierając dla niej skrzypiące wrota, i puścił ją przodem. Z lekkim uśmiechem przypatrywał się, z jaką prędkością wciągnęła na głowę czapkę, przyklepując ją w okolicy uszu i zapatuliła się szalem tak ciasno, że ograniczyła sobie swobodę ruchów. — Oferta ze spędzeniem u nas świąt jest wciąż aktualna. Moja mama chętnie cię przyjmie, wręcz kazała mi przekazać, że jeśli chcesz, nauczy cię paru klasycznych czarodziejskich przepisów i pokaże to i owo. Zawsze ubolewała nad tym, że urodziła samych synów i brakuje jej kogoś, z kim mogłaby siedzieć w kuchni…— Och — bąknęła Marta, ostrożnie stawiając stopy na wydeptanym śniegu. Gdy rozjechały się pod nią nogi, Alfred pochwycił ją zręcznie, za co była mu wdzięczna do czasu, aż zorientowała się, że nie zamierzał jej puścić. — Eee, to bardzo miłe z jej strony, że nie miałaby nic przeciwko zaproszeniu mnie… no i raz jeszcze dziękuję ci, że o mnie pomyślałeś… ale muszę odmówić.— Dlaczego? — spytał natychmiast. — Nie powinnaś spędzać tu drugich z rzędu świąt. Wiem, mówiłaś, że nie było tak źle, ale to czas, który warto spędzić z bliskimi, a nie przypadkowymi uczniami i profesorem Beerym.— W tym roku zostaje Dumbledore, będzie też pani Goldie i…— Nawet jeśli, to i tak nie rozumiem, czemu odmawiasz — stwierdził, wsuwając sobie jej dłoń pod zaoferowane ramię. — Humory Donny nie mają już żadnego znaczenia, zerwaliśmy. A jeśli jest ci jej szkoda i boisz się, że dodatkowo byś ją tym zraniła, to mówię ci, że niepotrzebnie się nią przejmujesz. To ona jest winna wszystkiemu, co ją spotkało, i szczerze mówiąc, zasługuje trochę pocierpieć za to, jak mnie potraktowała.— Nie chodzi o Donnę — westchnęła, rozmyślając gorączkowo, jak wybrnąć z tej sytuacji. — Jeśli mam być szczera, odkąd umarł mój tata, święta nie są dla mnie szczególnie… miłe. Dużo o nim myślę i robię się okropnie posępna, więc nie chcę wam psuć atmosfery, dobrze? Skoro nie mogę spędzić tego czasu z matką, która wie i rozumie, przez co przechodzę, wolę być sama. Naprawdę.Alfred nabrał głębokiego wdechu. Choć spojrzenie miał czujne, jakby starał się znaleźć inny punkt zaczepienia czy sposób na podejście jej, ostatecznie zmiękł na widok przybranej przez niej niewinnej, zwieńczonej drżeniem dolnej wargi minki.— Dobrze — zgodził się, choć nie pozostawiał wątpliwości, że wolałby usłyszeć inną odpowiedź. — Jeśli zmienisz zdanie, wiesz, gdzie mnie znaleźć.— Jeszcze raz dzięki — powiedziała przymilnie, starając się uwolnić rękę spod jego ramienia. — Wybacz, trochę zimno mi w palce…Zamiast ją wypuścić, zdjął rękawiczkę i wsunął ją na dłoń Marty; jego błyszczące oczy i igrający w kąciku ust uśmieszek świadczyły o tym, za jak urzekającą uważał różnicę w rozmiarach między jej drobną dłonią, a jego własną. Raz jeszcze wziął ją pod ramię, podczas gdy Marta nie potrafiła uwierzyć w zmianę, jaka zaszła w niej w ostatnim czasie. Jeszcze miesiąc, a nawet parę tygodni temu sama rozpływałaby się nad podarowaniem jej rękawiczki i zadbaniem, aby spacerowała w pełnym komforcie, lecz teraz odczuwała niechęć wobec tego, że Alfred nie widział czy też nie chciał widzieć jej prób stworzenia między nimi dystansu. Czy naprawdę nie zauważył, że tlący się z jej strony płomień zgasł?— Jest też druga rzecz, o którą chciałem cię zapytać — powiedział, zatrzymując się na tle niemal czarnej tafli jeziora, kontrastującej z usłanymi bielą pagórkami oraz zasypaną śniegiem sylwetką Zakazanego Lasu. Zachodzące słońce barwiło chmury i skrawki wyglądającego zza nich nieba pudrowym odcieniem różu, za który Marta uwielbiała tę porę roku. — Pamiętasz tamten wieczór, jak odprowadziłem cię do łazienki prefektów?— Tak…— Powiedziałaś wtedy, że jesteś niewidzialna — przypomniał jej lekko wydumanym tonem. — Jak mówiłem, nie jesteś i nigdy nie byłaś. Nie dla mnie. Zawsze mi na tobie zależało, dlatego chciałbym cię poprosić, żebyś zrobiła mi tę przyjemność, towarzysząc mi na balu.— Och, Alfredzie — powiedziała, łapiąc jego dłonie w swoje dokładnie z takim przejęciem i skruszoną miną, jakie sobie wcześniej wyćwiczyła. Wiedziała, że ten moment nadejdzie. — Jestem naprawdę zaszczycona, ale obawiam się, że to w niezbyt dobrym guście. Donna czy nie, oboje wykazalibyśmy się…— Jako przyjaciele — wtrącił, przytakując jej skinieniem głowy. — Ludzie i tak będą gadać, Marto. Nawet gdybyśmy poszli osobno, chyba i tak przetańczyłabyś ze mną kilka piosenek, czy nie? — spytał. Oczywiście, że nie widziała niczego nieodpowiedniego w tańcu z Alfredem, lecz perspektywa Toma z pewnością byłaby zgoła inna. — Więc co za różnica, czy pójdziemy wspólnie, po przyjacielsku, napijemy się razem ponczu i będziemy się dobrze bawić? Zresztą, to pierwsza i ostatnia taka okazja w Hogwarcie, więc szkoda by ją marnować ze względu na Donnę. Była wystarczającym błędem, nie chcę, żeby mi się jeszcze odbijała czkawką.Marta nie spodziewała się, że Alfred przygotuje sobie aż tak długą przemowę, więc przez chwilę wpatrywała się w niego niewidzącymi oczami. Rozgryzł jej sposób myślenia, wyraźnie przygotowany na to, że postawi dobro innych ponad swoje. Gdyby tylko znał prawdę, podsumowałby tę strategię innymi słowami.— Niestety, ja… ja chyba pójdę z kimś innym — powiedziała, nie mając pojęcia, jak odbić jego argumenty.— Chyba? — spytał, wstrząśnięty.— To skomplikowane.— Skomplikowane — powtórzył, puszczając jej dłonie, żeby schować własne do kieszeni dwurzędowego płaszcza. — Czyli nie jesteś pewna, czy masz partnera, tak?— Trudno to wyjaśnić, ale… no tak, w sumie tak.— Więc wolisz ryzykować pójście w pojedynkę niż mieć pewność, że pójdziesz ze mną.— To nie takie proste — westchnęła błagalnie, widząc na jego tężejącej twarzy pierwsze oznaki urazy. — Zresztą w naszym przypadku to wyłącznie łatka. To my otwieramy wieczór przedstawieniem, dopiero potem zaczyna się bal, więc kółko teatralnie ominie cała ta otoczka z odbieraniem partnerki spod pokoju wspólnego i eskortowanie jej do Wielkiej Sali. Czy to naprawdę robi ci aż tak wielką różnicę, że zatańczysz parę piosenek ze swoją koleżanką, a nie partnerką?— Jeśli istnieje cień szansy, że wolisz być partnerką kogoś innego, owszem — odparł szorstko, mimo że wyraźnie wkładał starania w utrzymanie obojętnego tonu — ale wybór należy do ciebie. Nie mogę zrobić nic innego, niż go uszanować.Pożegnał się z nią, wyzuty z entuzjazmu, i odszedł w kierunku boiska do quidditcha. Po powrocie do zamku Marta w zamyśleniu mimowolnie skierowała się do Zakazanego Działu, gdzie zastała Toma pochylonego nad spętaną zaklęciem księgą, która szamotała się w okowach magii. Rękawy białej koszuli miał niedbale podwinięte, loki zmierzwione po wielokrotnym przeczesywaniu ich palcami, a jego krawat spoczywał na porzuconej na ziemi torbie.— Nad czym pracujesz? — spytała, przypomniwszy sobie poprzedni raz, gdy zastała go w tak nieokrzesanym stanie.— Nad niczym — powiedział, opadając na oparcie krzesła z westchnieniem, i wsparł splecione dłonie za głową. Wzruszył nieznacznie ramieniem, jakby jednak zmienił zdanie. — Staram się ustalić, co jest z tobą nie tak.— Ze mną?— Nie czuję cię tak, jak czuję pierścień.Przełknęła ślinę.— W przeciwieństwie do pierścienia żyję — zauważyła, zdejmując płaszcz i szalik. Położyła je na stole i spostrzegła, że gdy jej włosy wysypały się spod ściąganej czapki ciemnobrązową kaskadą, Tom zawiesił na nich wzrok.— To prawda — zgodził się nieobecnie, ochrząknąwszy. — Ale w przeciwieństwie do mnie nie czujesz pierścienia. Powinnaś go czuć.Nie spodobał się jej sposób, w jaki zaakcentował to słowo, prawie jakby znajdował się o krok od obwinienia, może nawet oskarżenia jej o coś.— Skąd ta pewność? Chyba mi nie powiesz, że znalazłeś tu jeszcze coś na temat horkruksów. Sam mówiłeś parę dni temu, że w ciągu tych wszystkich lat poszukiwań wspomniano o nich raz w „Najczarniejszych zakamarkach magii”, przelotem i bez żadnego wyjaśnienia, czym tak naprawdę są.Tom potrząsnął głową z poirytowaniem.— Mam przeczucie — powiedział tylko.— Odnośnie?— Nieistotne.— Tom, proszę cię. Mnie też to dotyczy.Skreślił tę opcję bez chwili zastanowienia, o czym świadczyło sygnalizujące zakończenie tematu zatrzaśnięcie księgi. Tom odchylił głowę i roztarł kark, przyglądając się Marcie z nieprzeniknioną miną. Wnioskowała, że wysłuchiwał właśnie raportu węża, który trzepotem języka delikatnie wzruszał materiałem jej kieszeni. Te chwile za każdym razem napawały ją jednakowym napięciem nawet teraz, gdy nie miała sobie niczego do zarzucenia.— Powiedz mi, Warren — odezwał się jedwabistym głosem, w charakterystyczny dla niego sposób balansującym między zwodzeniem na pokuszenie a ociekaniem jadem — czy ty aby przypadkiem nie zachowujesz się jak dziwka?Te słowa podziałały na nią jak siarczysty policzek, a choć ten nie został jej wymierzony, widmowy trzask ogłuszył ją bardziej, niż jakby rozbrzmiał realnie.— Co? Jak mnie nazwałeś?— Dziwką — powtórzył, podnosząc się w tym samym momencie, co ona. Któreś z krzeseł upadło na podłogę. — I po co te emocje, ty boleśnie przeciętna aktoreczko? Zbulwersowałem cię? — drwił z niej, a gdy uchylił się przed nadlatującą dłonią, unieruchomił oba nadgarstki Marty w uścisku. — A więc jednak lubisz bawić się tak jak Abraxas. Chętnie.Naparł na nią, nie zważając na to, że prawie skręciła kostkę, gdy niespodziewanie natrafiła stopą na oparcie krzesła, i docisnął ją do regału z taką mocą, że powietrze uszło jej z płuc.— Ostrzegam cię, Warren — powiedział, a wykrzywiający jego twarz uśmiech świadczył, że czerpał niebywałą przyjemność z miażdżenia jej kości — jeśli będziesz kontynuować tę śmieszną szarpaninę, pokażę ci z najdrobniejszymi szczegółami wszystko, do czego w podobnych sytuacjach zmuszam Abraxasa… Ale może dla takiej małej grzesznicy jak ty to wcale nie byłaby żadna kara, hm? Chciałabyś wiedzieć, co razem robimy, prawda?— JAK ŚMIE…Wzmocnił już wystarczająco druzgoczący uścisk, przez co słowa zamarły jej na ustach, przez które świsnęło wciągane powietrze. Ten rozpaczliwy, naznaczony bólem dźwięk wyraźnie przypadł Tomowi do gustu.— Jeszcze nie skończyłem — poinformował ją z rozpustnym uśmiechem. — Jeśli tego potrzebujesz, możesz potraktować to miejsce jako konfesjonał, a mnie jako swojego najbardziej zaufanego księdza, bylebyś mi odpowiedziała. Wyobrażasz nas sobie, tak? Pewnie wtedy, kiedy leżysz już w łóżku z zaciągniętymi kotarami? Świerzbią cię wtedy palce?Marta nie miała pojęcia, co się z nią działo. Równocześnie poczuła się tak, jakby wstąpiła w kolumnę ognia i zanurkowała do jeziora w arktycznie mroźną noc, mięśnie jej ciała napięły się boleśnie, a kolana zmiękły. Kręciło się jej w głowie.— Ja nie… Ja NIGDY… Nigdy w życiu…Tom odrzucił głowę w tył i zaśmiał się dźwięcznie.— Zmawiasz dodatkowe zdrowaśki — powiedział, a ona dopiero wtedy poczuła muśnięcie jego obecności w swojej jaźni. Nieważne, jak bardzo starała się go wypchnąć, teraz, gdy był już w środku, nie miała przeciw nie mu najmniejszych szans. — Myślałem, że to Abraxas jest dewiantem, podczas gdy ty, bogobojna cnotka, cała aż się rozpalałaś na myśl o tym, co i gdzie…Jego słowa straciły dla niej znaczenie w momencie, gdy tylko pojęła, że odwracał jej uwagę. Grzebał w jej wspomnieniach jak w pudle ze starymi zabawkami, odrzucając w kąt wszystko, co niezwiązane z Abraxasem, równocześnie zbliżając się do tamtego pełnego grozy poranka, gdy obudziła się w stanie największej męskiej niestosowności. Patrzenie razem z Tomem na to, jak uciekała po łóżku przed jego porannym wzwodem, jak krzyczała z powodu wyskakującego z dziurki guzika, niewątpliwie doprowadziłby ją do spontanicznego samospalenia, lecz tak litościwa śmierć nie byłaby jej dana, jako że to konkretne wspomnienie poprzedzało coś jeszcze gorszego: pierwsza szczera rozmowa z profesorem Dumbledore’em.Instynktownie złapała strzęp pierwszego lepszego wspomnienia i ostatkami sił wypchnęła je na brzeg świadomości. Tom pochwycił je zręcznie i już zamierzał się go pozbyć, gdy przed oczami zamajaczył im fragment Abraxasa dociskającego Tomartę do wykafelkowanej ściany łazienki. Sądziła wtedy, że dowie się, jakie odczucia towarzyszą wybijaniu zębów, lecz zamiast tego Abraxas złapał ją za pasek i zabrał się za powolne rozpinanie jego sprzączki.— Tom! — choć zamierzała krzyknąć, z jej ust wydobył się zaledwie łamany szept. — Skończ, ała, puść!Za nic miał jej błagania, a im dłużej próbowała mu się wyrwać, tym więcej bólu jej sprawiał. Z godną chirurga precyzją przeprowadził wiwisekcję całego dnia, począwszy od poranka, gdy podziwiała linię obsypanych piegami ramion wyciągniętego na łóżku Abraxasa, poprzez lekcje i łazienkę, aż po urywające strumień świadomości zapadnięcie w sen.— Dotknął cię? — spytał, puszczając jeden z jej nadgarstków, żeby zatopić paznokcie w jej twarzy. — Gadaj, Warren, albo spędzimy tu całą noc na wspólnym oglądaniu twoich wspomnień.— Nie, oczywiście, że nie! — powiedziała i zachłysnęła się powietrzem, gdy piekielnie czerwony blask jego oczu uświadomił jej, że prawda mu nie wystarczała. — Zresztą, przecież tak naprawdę nie chodziło mu o mnie! Byłam wtedy tobą, Abraxas nie miał o tym pojęcia.— Nie ma żadnego znaczenia, w jakim ciele wtedy byłaś. Podpuszczałaś go, widziałem — wycedził przez zaciśnięte zęby, potrząsając jej głową. — Te uśmiechy, spojrzenia… Miałaś na niego ochotę, tak? Ta tleniona gnida często paraduje po dormitorium bez koszulki, więc pewnie nie narzekałaś na widoki. — Zaśmiał się gardłowo, krótko. — Gdyby tylko Longbottom wiedział, jaka jesteś niewyżyta…— Alfreda już to nie dotyczy — skontrowała szorstko, wykręcając szyję, żeby wyswobodzić się spod palców bezlitośnie wpijających się w jej policzki.— To prawda — wysyczał — bo teraz dotyczy mnie. To nie był zwykły pocałunek. To była potrzeba. W miażdżeniu jej ust swoimi Tom zawarł całą wykręcającą się z nienawiści chęć rzucenia na Martę Cruciatusa. Jego wargi, głodne i niemożliwe do zaspokojenia czymś innym niż cierpieniem, poruszały się łapczywie, szybko, zmuszając ją do pocałunku za pocałunkiem i powstrzymując przed zaczerpnięciem oddechu w równej mierze, co zaciskająca się wokół jej szyi dłoń. Nie reagował na jej próby ucieczki tak długo, aż i Marta znieruchomiała, przyparta do regału, z każdym ruchem jedwabiście, wręcz poetycko miękkich ust na swoich coraz bardziej zniewalana przez potrzeby, które buchnęły w niej płomieniem tak gorącym, że oddech stał się jej zbyteczny.Gdy ugięły się pod nią kolana, Tom objął ja obiema rękoma w pasie, przyciągając ją do siebie, mimo że już dawno zabrakło między nim wolnej przestrzeni. Ześlizgnął się wargami na linię jej szczęki i podążył wzdłuż niej do ucha, składając po drodze pocałunki godne ducha w swojej ulotności i delikatności, mimo że kurczowo zaciskające się na jej ciele dłonie z każdą sekundą jawiły się bardziej jako nieme ostrzeżenie, groźba zmieszana z pragnieniem.Zmusił ją do odchylenia głowy, a gdy jego usta odnalazły jej szyję w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu palce blokowały jej drogi oddechowe, Marta uzmysłowiła sobie, że drżała na całym ciele. Kraniec języka Toma smakował każdy skok pulsu na jej tętnicy, a coś w wargach bez końca poruszających się na jej skórze sprawiło, że otumaniła ją lekkość własnej głowy.Tom szeptał, nie, syczał , zrozumiała. Oplotła dłonią jego kark, przyciągając go do siebie, i drugą zanurzyła w jego bajecznie miękkich lokach, zdeterminowania do ponownego skupienia jego uwagi na sobie, a nie na wydawaniu instrukcji wężowi, gdy on zaczął przemawiać prosto w jej ucho.Niskie, melodyjne dźwięki spływające z jego ust w niczym nie przypominały słodkich słówek, których tak bardzo teraz pragnęła. Przysłuchiwała mu się w ciszy zagłuszanej wyłącznie swoimi raptownymi oddechami, zdesperowana, aby zrozumieć coś, choć jeden syk, wywnioskować jego znaczenie po zmianie tonu, doszukać się w nim czegoś poza rygorem czy obelgą, lecz powracające na jej szyje imadła temu przeczyły.— Tom — wyszeptała, gdy zrozumiała, że niedługo straci możliwość zabrania głosu. — Tom, proszę.Podniósł głowę znad jej ucha i jeszcze moment napawał się przestrachem na jej twarzy, zanim uległ dłoniom ciągnącym jego nadgarstek w dół. Pochłonięte przez krwistą czerwień oczy Toma ponownie ześlizgnęły się na jej usta, lecz gdy tylko obrał je za cel, Marta powstrzymała go przed tym, kładąc mu rękę na piersi.— Poczekaj chwilę — poprosiła go, widząc, w jak zatrważającym tempie rysy jego twarzy zdominował gniew wywołany odmową. — Bądź… Bądź miły. Czuły? — zaproponowała, patrząc na niego z nadzieją.Dłużące się w nieskończoność milczenie wreszcie zostało przerwane prychnięciem.— Czuły? — powtórzył, łapiąc ją za kark jakby była dzieckiem, które grało mu na nerwach przez cały potwornie długi dzień. — Może wolałabyś całować się z Longbottomem, Warren.— Nie — odparła tak cicho, że prawie się nie dosłyszała.— Nie? To dlaczego tak ochoczo szłaś z nim dziś pod ramię? — dopytywał, a gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi, pośpieszył ją poprzez potrząśnięcie nią. — Po co w ogóle z nim poszłaś, co? Chciałaś z nim być sama? Myślałaś, że do czegoś dojdzie?— Przestań — powiedziała z naciskiem, choć zgodnie z jej przewidywaniami, ten tylko sprowokował go do sprawienia jej bólu. Przetrzymała go z zaciśniętymi zębami i nabrała urywanego oddechu, bez mrugnięcia wpatrując się w błyszczące niezrównoważeniem oczy Toma. — Przecież widziałeś, że chciałam się od niego odsunąć, próbowałam, ale mnie nie słuchał.— Najwyraźniej Goyle i Nott niczego cię nie nauczyli.— Alfred nie chciał mnie skrzywdzić — wypomniała mu, starając się odczepić jego palce od swojego karku, ale trzymał ją niczym jastrząb; jej próby nie wywierały na nim najmniejszego wrażenia. — Czy tego chcesz, czy nie, jest moim przyjacielem. Nie próbował nawet niczego niestosownego, więc…— Nie? Brudne łapska zdrajcy krwi na czymś, co należy do mnie, nie są niestosowne? — spytał wyzywająco. — Nie wiedziałem, że przyjaciele — jego głos ociekał sarkazmem — wyobrażają sobie, jak ściągają stanik swoich przyjaciółek. Alfred jest, powiedziałbym wręcz, opętany na punkcie tej części twojego ciała. Osobiście nie rozumiem, co przyprawia go o takie wypieki, ale może kiedy zobaczę ten fenomen na własne oczy…Trzasnęła Toma w dłoń, gdy podciągnął skraj jej swetra. Pośród ogarniającego ją gniewu poczuła pojedyncze, lecz wyjątkowo głębokie i porażające swoją dotkliwością ukłucie, które ugodziło ją prosto w serce.Nie podobała mu się? Jeśli to prawda, dlaczego ją pocałował?— Dlaczego to zrobiłeś? — spytała z urazą. Odwróciła głowę mimo świadomości, że gest ten nie miał szans ukryć trzepotu rzęs, mającego za zadanie załagodzić nagłe pieczenie oczu. — Po co mnie pocałowałeś?— Bo chciałem.— Ale dlaczego, Tom?Milczał.— Chciałeś zabrać mi już wszystko, nawet ten jeden moment, tak? Wcale nie chodziło ci o mnie, tylko o… nie wiem, nie mam pojęcia, o co ci chodzi. O oznaczenie terenu? — zaśmiała się gorzko. — O danie upustu swojej chorobliwej zazdrości, która nawiasem mówiąc, nie ma najmniejszego sensu?— Wszystko, co posiadasz, należy do mnie, więc tak naprawdę nie masz nic, co mogę ci zabrać. Przywłaszczyłem sobie ciebie całą — wyjaśnił, a choć pierwsze zdanie wypowiedział spokojem godnym lekarza informującego pacjenta o wynikach badań, słowo „ciebie” naznaczyła inna nuta, głębsza, owinięta aluzją obojętności. Marta prychnęła, lecz przeświadczenie o własnej racji zaczęło szybko się z niej ulatniać, zastępowane przez narastającą jej w piersi nadzieję. — A jeśli nie potrafisz zobaczyć w moim zachowaniu sensu, to wina twoich defektów psychicznych.— Defektów psychicznych?— Masz ich całkiem wiele — powiedział rzeczowo. — Niektóre z nich są irytujące, inne… może nawet lekko urokliwe, ale jeden z nich działa na twoją poważną niekorzyść. Jesteś odrzucająco kochliwa, Warren. Longbottom, Malfoy, Bagshot… patrzysz na nich wszystkich jak naiwne cielę — zignorował ją, gdy uparcie wtrąciła „już nie” — wzdychasz do nich, czekasz na ich pierwszy krok. Na mój nie czekałaś, co więcej, mojego się nie spodziewałaś — kontynuował z urazą. — Zaprzecz.Marta miała pustkę w głowie.— A dlaczego, na Boga, oczekiwałeś po mnie czegoś innego? — rzuciła, oburzona. — Przy każdej możliwej okazji mieszałeś mnie z błotem, obrażałeś mnie, moją inteligencję, wyniki w nauce, wszystko! Obchodziłeś się ze mną jak z workiem kartofli, a nie dziewczyną, torturowałeś mnie!Tom wpatrywał się w nią ze zniecierpliwieniem, jakby czekał, aż dotrze do puenty, aż wreszcie satysfakcjonująco uzasadni swój brak zainteresowania kimś o jego statusie. Żadna z wymienionych przez nią rzeczy nie miała dla niego najmniejszej wagi.— Poza tym to nie tak, że się tego nie spodziewałam, a przynajmniej nie do końca — kontynuowała, spisując na straty próbę wytłumaczenia mu czegokolwiek. — Chyba nie oczekiwałeś, że bukiet kwiatów i jedna sukienka załatwią sprawę?— Czyli chcesz więcej sukienek — bardziej stwierdził niż zapytał, wsuwając jej kosmyk włosów za ucho. Ten prosty gest w połączeniu z godnym uwiecznienia na stronach powieści spojrzeniem, jakim ją obdarzał, sprawił, że myśli wyparowały jej z głowy.— Co? Nie, Tom, nic nie rozumiesz…— Ostatnio mówiłaś coś innego — stwierdził z dorównującym jej skołowaniem, zanim rysy jego twarzy wyostrzył grymas rozdrażnienia. — Kobiety.Marta westchnęła. Nie potrafiła pojąć, jak to możliwe być tak wszechstronnie uzdolnionym i bystrym (nawet w myślach wzbraniała się przed użyciem słowa „genialnym”), równocześnie mając skrajne braki w inteligencji emocjonalnej.— Uwielbienia nie można kupić, tak samo jak jakiegokolwiek innego uczucia, którego ode mnie chcesz — wyjaśniła łagodnie, zaskoczona tym, że zadrżał jej kącik ust. W takich momentach jak ten widziała w Tomie przytłoczonego nieznanymi doznaniami chłopca, co ciągnęło za struny jej serca i niebezpiecznie ją rozczulało. — Kiedy ostatni raz o tym rozmawialiśmy, mówiłam szczerze.— Hamowałem się cały tydzień.Zawahała się, słysząc w jego tonie ostrzegawczą nutę. Nie chciała zaprzepaścić tego momentu, gdy udawało się jej w miarę normalnie z nim rozmawiać i wyrażać swoje zdanie, więc odważyła się go dotknąć. Przesunęła dłońmi wzdłuż jego ramion, skupiona na emanującym z jego ciała cieple i niezdolna do spojrzenia mu w oczy.— Abraxas wspominał, że… że się z nim nie całujesz — powiedziała, zerknąwszy w górę. Oblicze Toma nie złagodniało, choć też nie przeszło zmiany na gorsze. — Ale to chyba nie był twój pierwszy pocałunek?Zmrużył oczy, zanim odparł krótko:— Był.— Och — bąknęła, zszokowana. Serce szybciej zabiło jej w piersi, język rozplątał się pod ciężarem twardego spojrzenia. A jeśli kłamał? — Nie… nie spodziewałam się tego. Wydawałeś się wiedzieć, co robić. Jak to robić. To znaczy, hm, odniosłam wrażenie, że jesteś doświadczony.Mimo że Tom podzielał przyprawiającą o zawroty głowy aparycję fikcyjnych kawalerów o romantycznym usposobieniu, zachowania już nie. W oczach kogoś innego, a już zdecydowanie Alfreda, jej skrępowanie i plecenie trzy po trzy zostałoby uznane za zachwycający przejaw rozemocjonowania, a w międzyczasie Tom tylko skrzywił się dziwnie.— A skąd miałabyś wiedzieć, jak całuje ktoś doświadczony?— Przestań — westchnęła z udręczeniem i ominęła go, zadzierając nosa. — Jesteś nieznośny.— Nigdzie nie idziesz — wycedził, szarpnięciem za rękę przyciągając ją do siebie — i jeśli jeszcze raz zobaczę, jak wywracasz na mnie oczami, zadbam, żebyś nie mogła tego już więcej zrobić, rozumiesz? A teraz mów, zanim stracę cierpliwość.— Nie wiem. Powiedziałam, że odniosłam takie wrażenie — wyjaśniła, zgrzytając zębami. Pożałowała, że w ogóle zabrała głos; powinna była pozwolić mu pocałować się raz jeszcze, rzecz jasna wyłącznie dla uniknięcia tej całej bezproduktywnej dyskusji. — A odniosłam takie wrażenie, bo — uwaga — podobało mi się to, zadowolony? Wystarczy czy powinnam jeszcze błagać o wybaczenie, bo jestem taką kretynką, że czerpałam przyjemność z czegoś, co dla ciebie było tylko grą?Tom szybko poskromił unoszące się brwi.— Bywasz kretynką — przyznał — ale nie łudź się, że cokolwiek z tego było grą. Jesteś moja, Warren, w każdym słowa znaczeniu.— Świetnie — skwitowała ironicznie. — O niczym innym nie marzyłam.— Robisz się zbyt pyskata. Podobnie jak Abraxas skrajnie przeceniasz swoją wartość.— Ach tak? — Wyrwała rękę z jego uścisku i z niewzruszoną miną poprawiła wymięte ubrania. — W takim razie ciekawe, dlaczego mam przeczucie, że coś stanie na przeszkodzie całego przedstawienia.Tom prychnął.— Nie mam pojęcia, co sobie uroiłaś, bo chętnie popatrzę, jak panikujesz i desperacko pałętasz się po scenie, na którą wejdziesz tylko dlatego, że przeniosłaś swój trądzik na Hornby.Mimo wiedzy, że jego słowa potwierdzała bolesna powierzchowność profesora Beery’ego, Tom uraził ją tak bardzo, że wbrew zdrowemu rozsądkowi zapragnęła odpłacić mu pięknym za nadobne.— Wiesz co? — rzuciła z wysoko uniesioną głową. — Olivia wspominała, że Bagshot nie ma sobie równych w tych sprawach, więc niedługo się przekonam, jak to jest całować się z kimś, kto naprawdę wie, co robi.Poczuła, jak jej mięśnie napinają się w oczekiwaniu na ból, który nie nadszedł. Tom ułożył usta w podkówkę i wzruszył ramionami tak obojętnie, że Marta musiała sprawdzić poprzez uszczypnięcie się w udo, czy aby przypadkiem nie ma halucynacji.— Śmiało — zachęcił ją. — Pocałuj Bagshota.— Zamierzam.— Nie mogę się doczekać — stwierdził z anielskim wręcz uśmiechem. — Nie tylko ułatwisz mi wybór, co powinienem z tobą zrobić, ale i zaspokoisz moje popędy związane z patroszeniem.— Nie zrobiłbyś tego — powiedziała, dumna z siebie z powodu przezwyciężenia zbliżającego się załamania głosu.— Jak sama powiedziałaś, niedługo się przekonasz.Skierował się ku wyjściu z Zakazanego Działu, wsunąwszy dłonie w kieszenie, i nie zareagował, gdy Marta dogoniła go półbiegiem. Złapała go nieśmiało za łokieć, wciąż przygotowana na odwet.— A co mam niby zrobić? — spytała. — Przecież nic nie poradzę na to, że…— Twoje stęki to coś, co naprawdę mnie nie interesuje, Warren — uciszył ją. — Powiedziałem ci, co się stanie, jeśli do tego dojdzie. Los Bagshota leży w twoich rękach.— Ale Tom!Strącił z siebie jej rękę tak zamaszystym ruchem, że aż się wzdrygnęła.— Zamknij się i zejdź mi z oczu, chyba że chcesz, żebym nakarmił tobą bazyliszka.Odszedł, zostawiając ją samą. Marta odczekała chwilę, jako że nie chciała wlec się za nim jak zbity pies w drodze do zaczarowanych schodów, i wybrała się do wieży Ravenclawu. Kwadrans dzielił ją od przekroczenia godziny nocnej, ale brakowało jej sił na szybsze wspinanie się po tej bezbożnej ilości krętych stopni.Dzięki temu, że wcześniejsza grupa rozchichotanych dziewcząt też się spóźniła, Astra zajęła się wygłaszaniem im barwnej reprymendy, nie zauważając przemykającej za jej plecami Marty, której udało się umknąć nawet wzrokowi rozpostartego na kanapie Bagshota. Ostrożnie uchyliła drzwi dormitorium, a nie zobaczywszy w nim nikogo, z poczuciem ulgi wkroczyła do łazienki.Obie zamarły, widząc siebie w lustrze. Donna przerwała wyciąganie wsuwek z upięcia i z wrażenia aż upuściła te trzymane
między zębami.— O matko — powiedziała zgrubiałym głosem — przecież ty się całowałaś!— Co? Ja? Nie, ja…Donna skinęła brodą na odbicie. Włosy Marty, choć nietypowo rozczochrane, nie prezentowały się aż tak źle, lecz jej wciąż bardziej niż zwykle zaróżowione usta zdobiły małe, ciemnofioletowe sińce. Przytknęła do nich dłoń, przyłapana na gorącym uczynku, i wytrzeszczyła oczy na koleżankę.— Nie wiedziałam nawet, że od czegoś takiego mogą zrobić się sińce! — wykrztusiła. — O Boże, chyba nie będę tak strasznie wyglądać za każdym razem?— Ee, nie, chyba nie, to raczej nietypowe — odparła Donna, zamykając za nią drzwi. — Ale przecież ty masz ich więcej, o tu! I tu! Jezu!Kolejno wskazała na
jej kark i nadgarstki, wpatrując się w nie, jakby nie potrafiła uwierzyć własnym oczom. Gdy Marta otworzyła usta z zamiarem wyrzucenia z siebie jakichkolwiek tłumaczeń, choćby były nieskładne i bełkotliwe, Donna uprzedziła ją, mówiąc ostrożnie:— Wiesz co, gdyby nie te twoje usta, to jeszcze bym sobie pomyślała, że stało ci się coś złego. — Zamilkła na moment, lustrując ją uważnym spojrzeniem. — Bo się nie stało, nie?Marta potrząsnęła głową, jeszcze chwilę przypatrując się swoim ustom, zanim zaczęła rzucać na siebie zaklęcia lecznicze. Czuła się… dziwnie. Tak naprawdę nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Serce wciąż ściskało jej nieopisane podekscytowanie z powodu ziszczenia się tak długo wyczekiwanego marzenia, a mniej wyrafinowana część podświadomości chełpiła się, że to właśnie uwielbiany przez wszystkich Tom Riddle, najprzystojniejszy chłopak, jaki kiedykolwiek stąpał po świecie, prymus i czarodziej o wielkiej mocy nie tylko skradł jej pierwszy pocałunek, ale — jeśli mu wierzyć — sam przeżył go z nią. Mimo zaznajomienia z najmroczniejszymi zakamarkami jego prawdziwej natury, coś w tym zdarzeniu tak ją odurzało, że na myśl o zbliżającym się balu serce zabiło jej szybciej.Czy ta sukienka była wyłącznie prezentem mającym za zadanie ocieplić ich wizerunek, czy Tom naprawdę zamierzał jej towarzyszyć? Nigdy nie powiedział tego wprost, z jego ust nie padło też nic, co mogłoby sugerować, że uważał się za jej partnera, jednak wiedziała, że gdyby zapytał ją o to teraz (albo oświadczył jej swoją wolę, nie pozostawiając jej pola do manewru), zgodziłaby się bez żadnych dyskusji. Nie rozumiała tego gorącego przeświadczenia, że właśnie tak by się stało; kłóciło się z jej rozumem, który starał się przebić przez zaćmiewającą ją zasłonę poruszenia, być może nawet zauroczenia. Na nic zdały się przypomnienia, że chwilę przed pocałunkiem została śmiertelnie znieważona, że Tom traktował ją jak swoją własność, przedmiot, że przecież nie o tym fantazjowała kiedyś przed snem.Jej ciało zdecydowało. Serce szamotało się jej w piersi jak pochwycony w sieci ptak, a ona sama chciała więcej.— O tym właśnie ci kiedyś wspominałam — odezwała się niespodziewanie Donna, z nieobecną miną przypatrując się powoli znikającym sińcom Marty. — Pamiętasz?Marta zawahała się, zdziwiona, że bez najmniejszego problemu skojarzyła, o czym była mowa. W myślach powróciła do tamtego pamiętnego dnia, gdy ogłoszono nocowanie w Wielkiej Sali, a w uszach tak wyraźnie rozbrzmiały jej słowa Donny, że zastanowiła się, czy aby przypadkiem nie padły raz jeszcze.— Twój chłopak najwyraźniej bardzo cię chce — powiedziała z dziwnie skrzywioną miną, która przejawiała po części zazdrość, smutek i żal. — Nie to co Alfred mnie.Marta odetchnęła ciężko, a choć nie miała najmniejszej ochoty na pocieszanie jej, wolała to znacznie bardziej ponad zastanawianie się, czy Tom kiedykolwiek nazwałby się czymkolwiek innym niż wyłącznie jej „właścicielem”.— Alfred po prostu taki nie jest — powiedziała, ogarnięta podobną mieszaniną emocji. Podczas gdy Donna zazdrościła pasji i, w swojej percepcji, bycia obiektem pożądania, Marta zazdrościła poczucia bycia kochaną i bezpieczną. Odrzucenie takiego daru nie mieściło się jej w głowie. — Nigdy nie zachowałby się w ten sposób, nieważne z kim, bo jest czuły i łagodny, ma dobre serce i…Donna potrząsnęła głową.— Naprawdę myślisz, że gdyby wreszcie mógł z tobą być tak, jak chce, i nie zaprzeczaj temu, proszę, to po tych wszystkich miesiącach czekania nie rzuciłby się na ciebie w podobny sposób?— Nie wbrew mojej woli.— A to się stało wbrew twojej woli?Marta odłożyła różdżkę na umywalkę, spuszczając wzrok, i wzruszyła ramionami. „Tak” byłoby częściowym kłamstwem, a z kolei „nie” czymś, co zdawało mieć w sobie więcej prawdy, niż była gotowa przed sobą przyznać. Tom miał rację: pocałował ją niespodziewanie, a ona stawiała opór i próbowała mu się wyrwać do czasu, aż wreszcie zmusił ją tą nieustępliwie brutalną pieszczotą do poddania się. Na początku nie chciała tego, wraz z upływem czasu nie chciała tego chcieć, a teraz…Boże.— Hm — mruknęła Donna, przyglądając się jej zagadkowo. — Idę spać. I nie, nie powiem nikomu — dodała sama z siebie, prawie jakby tym razem to jej zależało na zażegnaniu wszelkich konfliktów. — Dobranoc.Zamiast odpowiedzieć, Marta pochyliła się nad umywalką i ochlapała twarz zimną wodą. Raz, drugi, trzeci. Żaden z nich nawet nie liznął rozgrzanej powierzchni kotłujących się w niej emocji i pragnień, które naprężały jej wszystkie mięśnie w słodkiej antycypacji kolejnego pocałunku. Dopiero lodowaty prysznic uświadomił jej, że nie istniał żaden sposób na wyplenienie z niej tej chorej potrzeby znalezienia się w uścisku Toma. W tej chwili, gdy szczękała zębami i trzęsła się, wycierając ręcznikiem obsypane gęsią skórką ciało, nie narzekałaby na nic. Mógłby przyprzeć ją do muru, złapać za włosy i zagrozić śmiercią czy uszczerbkiem na zdrowiu, tak jak robił to wielokrotnie, byleby zakończyło się to jego ustami miażdżącymi jej własne.Wślizgnęła się do łóżka, uprzednio szczelnie zasłaniając się kotarami, i położyła się na plecach, z rękoma ułożonymi wzdłuż tułowia na kołdrze, na modłę spetryfikowanych uczniów czekających na ratunek w skrzydle szpitalnym. Zamykane oczy samoistnie się jej otwierały, więc wyjęła poduszkę spod głowy i przycisnęła ją sobie do twarzy.W gardle ściskała ją potrzeba pójścia do Zakazanego Działu i sprawdzenia, czy aby nie zastanie tam Toma, chociaż na własne oczy widziała, jak stamtąd wychodził. Jeszcze kilka godzin temu nie uwierzyłaby w to, że jeden pocałunek może tak diametralnie zmienić ją jako człowieka, bo tak, czuła się zmieniona. Wcześniej nie przyszłoby jej do głowy pozwolenie mu na sprawienie jej bólu z nadzieją, że potem zostanie jej wynagrodzony. Nadal marzyłaby o idealnej pierwszej randce w Herbaciarni u pani Puddifoot, o byciu złapaną za rękę podczas dzielenia deseru, o niewinnych spojrzeniach i czułych słówkach, a przede wszystkim marzyłaby o dzieleniu tych rzeczy z kimś innym.Oszalała.Nie, została o p ę t a n a.Tom przysposobił ją do swojego prawdziwego ja krok po kroku, a choć w jej odczuciu przemoc ta wcale nie eskalowała powoli, i tak poczuła się niczym żaba gotowana na wolnym ogniu. Gdy zmienili się ciałami i doświadczyła na własnej skórze perwersyjnego stopnia oddania Abraxasa, nie potrafiła pojąć go umysłem, a teraz — poza towarzyszącą jej od niedawna pokusą rywalizacji o względy Toma — pierwszy raz poczuła, jak jej pierś zalewa naznaczona obawą zazdrość.Abraxas. Jako jedyny wzbudził w Tomie na tyle dużo skrajnych emocji, aby ten zainteresował się nim w szerszym kontekście. Rzecz jasna pamiętała, w jaki sposób Tom wypowiadał się na jego temat, lecz czy tak naprawdę mogła mieć pewność, że był z nią całkowicie szczery? O ile nie miała powodów, by nie wierzyć w tamte wyznania Abraxasa, czy to możliwe, że tak piorunująco przystojny chłopak jak Tom, dodatkowo obdarzony nadnaturalną wręcz zdolnością do udawania czarującego młodzieńca, nie całował się z nikim poza nią?Nie mogła zasnąć, rozmyślając nad tym w nieskończoność, dlatego wydobyła spod kołdry owiniętego wokół jej kostki węża. Stawiał krótki upór, lecz w końcu jakby wyczuł jej zamiary, bo jego maleńkie, białe ciałko zwinęło się we wnętrzu jej dłoni, trzepocząc niewinnie językiem i wpatrując się w nią oczami podobnie jak u Toma podszytymi czerwienią. Nigdy wcześniej nie zwróciła na to uwagi, a drobiazg ten sprawił, że Marta uśmiechnęła się lekko.Poranek przyniósł ze sobą krótkotrwałe rozczulenie wywołane wężem zakopanym pośród jej rozsypanych po poduszce włosów, gdzie uwił sobie gniazdko, lecz moment ten nie mógł trwać wiecznie. Gdy tylko odsłoniła kotary, jej wzrok padł na przeciągającą się z kocią rozkoszą Olivię, która ziewnęła potężnie i podrapała się po głowie, mówiąc zachrypniętym z zaspania głosem:— I jak tam twoja trema, Warren? Z tego co słyszałam, Bagshot nie może się doczekać.— Jakoś to przeżyję — odparła drętwo Marta. — Nie mam ochoty zbliżać się do tej jego zadowolonej z siebie paszczy, ale wcześniej chyba za bardzo spanikowałam. To tylko szybki buziak i po sprawie.Olivia uśmiechnęła się tajemniczo.— Hmm… Niby tak.— Niby?— Podobno Bagshot ma trochę inne plany.W drodze do łazienki poirytowana Marta roztarła skronie. Mimo że knucie głupkowatych planów to coś, czego się po nim spodziewała, teraz jego los tym bardziej leżał w jej rękach. Tak późne wycofanie się z braniu udziału w przedstawieniu nie wchodziło w grę z równoczesnym zachowaniem twarzy i nienarobieniem sobie kłopotów u profesora Beery’ego, więc musiała znaleźć inny sposób na uratowanie życia Bagshota.

----- CHAPTER BREAK -----

Pech chciał, że Bagshot sam aktywnie przeciwdziałał misji utrzymania go przy życiu. W tygodniu poprzedzającym bal próby odbywały się codziennie, a on snuł się za Martą niczym natrętny komar, bez ustanku robiąc aluzje do zbliżającego się momentu, w jego mniemaniu, jej pierwszego pocałunku; raz nawet podsłyszała, jak w rozmowie z kolegami użył słowa „rozdziewiczyć”, przez co Marta poważnie zastanowiła się nad tym, czy zostawienie go na pastwę losu aby na pewno byłoby aż tak złym wyborem. Niemniej zdecydowała, że nie warto jest tłumaczyć się z niego pod bramami Niebios, dlatego ignorowała jego zaczepki i zachowywała się, jakby nie dobiegały jej głupkowate komentarze i rechoty zapatrzonych w niego chłopaków.Bycie ignorowaną przez Toma jej nie zaskoczyło, lecz zdecydowanie przyprawiało o tak szeroką gamę emocji, że wypisywanie ich po przecinku zanudziłoby ją na śmierć, którą wcale by nie pogardziła. Na lekcjach odwracała swoją uwagę poprzez pilne prowadzenie notatek, mimo że zwykle do osiągnięcia dobrych stopni wystarczała jej znakomita pamięć słuchowa i podręczniki, a podczas posiłków zasłaniała się tarczą z Proroka Codziennego albo książką, niestety dziś nie miała przy sobie żadnej z tych rzeczy.Miała za to pełną świadomość, że Tom z premedytacją traktował ją jak powietrze, chcąc, żeby przyszła do niego sama, żeby chłodem zmusić ją do ulegnięcia mu jeszcze bardziej niż dotychczas, a Marta przeklinała w duchu chęć dania mu tego wszystkiego. Być może gdyby nie napięte stosunki z Alfredem, chłodno-uprzejme z Donną i jak zwykle podminowane z Olivią, nie odczuwałaby aż tak niewytłumaczalnej tęsknoty za bliskością i choć jednym słowem, nawet nie pozytywnym, a po prostu stonowanym.Z tego powodu niełatwo patrzyło się jej na Toma otoczonego wierną świtą Ślizgonów gotowych służyć mu na każde skinienie palca, a jeszcze trudniej na wieszającego się na nim Abraxasa, który wykorzystywał każdą najdrobniejszą okazję, żeby nawiązać z Tomem kontakt fizyczny. Niezliczoną ilość razy widziała, jak z uśmiechem klepał go po ramieniu, podczas zajęć stykał się z nim łokciami na blacie ławki albo kolanami pod nią, i przy byle okazji łapał go za przegub, gdy chciał mu coś pokazać.Dzisiejszy obiad, jedzony późno ze względu na przeciągającą się próbę, niczym się nie różnił. Abraxas co prawda pojawił się w Wielkiej Sali kwadrans po Tomie, lecz gdy tylko dopadł swojego obiektu westchnień, nie omieszkał natychmiast oprzeć się o jego ramię i pochylić nad nim, żeby spojrzeć na czytany przez niego artykuł w gazecie. Marta mieliła jedzenie, w myślach układając listwę barwnych epitetów, które nie przeszłyby jej przez gardło, i prawie zakrztusiła się dyniowym sokiem, gdy wrednie uśmiechnięty Abraxas spotkał się z nią spojrzeniem. Nieświadomy niczego Tom pokiwał głową, mrukliwie poruszając ustami, i przerzucił kolejną stronę Proroka Codziennego.Marta postanowiła zagłuszyć dumę i wyjęła z torby pióro. Na urwanym skrawku pergaminu napisała: „Rozumiem, że mam iść z tobą na bal?”, pod wpływem inspiracji złożyła go w małego węża z origami i posłała zaklęciem wprost pod nos Toma.Przerwał w pół słowa wygłaszanie jakiegoś komentarza i zacisnął wargi, zanim odłożył gazetę. Przypatrywał się papierowej figurce przez kilka chwil, aż wreszcie rozprostował ją i przesunął wzrokiem po wiadomości, jednym krzywym spojrzeniem przywołując do porządku Abraxasa, który wyciągał szyję z bezwstydną miną, jakby miał wszelkie prawo mieszać się w prywatne sprawy innych ludzi.Tom odgarnął miękko opadające mu na czoło loki, a ten prosty gest sprawił, że palce Marty przypomniały sobie, jak niesamowicie było wsunąć się w te aksamitne włosy i złapać je w garść, pociągnąć lekko, podczas gdy te grzeszne usta — w równej mierze stworzone do ciskania klątw i dawania przyjemności — łapczywie wpijały się w jej własne.Wspomnienie to rozgrzało ją do tego stopnia, że gdy te same usta wykrzywiły się w grymasie, a palce pianisty zmięły pergamin przed schowaniem go do kieszeni, serce Marty odezwało się podwójnym bólem.Uraził ją tak bardzo, że była skłonna podjąć się ryzyka. Łut szczęścia sprawił, że Bagshot — przebrany w opinający ciało strój do quidditcha — podniósł się od stołu Ravenclawu, przegryzając zabraną na drogę bułkę, i skierował się na trening. Marta dogoniła go z zadartą głową, czując, że kaskada włosów powiewała za nią efektownie. Wiedziała, że zagajenie z nim rozmowy byłoby mało wiarygodnym posunięciem, dlatego podczas wymijania go „przypadkowo” upuściła rolkę pergaminu, a Bagshot zanurkował w jej stronę.Jego przystojną twarz rozświetlił łobuzerski, przyprawiający o dołeczki w policzkach uśmiech, który niegdyś wydawał się jej tak czarujący. Gdy sięgnęła po wyciąganą w jej stronę rolkę, Bagshot błyskawicznie cofnął rękę, a po chwili przekomarzania się uznał, że zabawnie będzie podnieść ją ponad głowę.— No, jeszcze trochę i dosięgniesz, Warren — podpuszczał ją z błyszczącymi od zadowolenia oczami, podczas gdy Marta skakała wokół niego z naburmuszoną miną. Wewnętrznie skręcała się ze wstydu, ale jeśli taką cenę musiała ponieść za utarcie Abraxasowi nosa, poniesie ją. — No, wyżej!Wywróciła oczami, walcząc z ochotą kąśliwego uśmiechnięcia się, i podskoczyła ostatni raz. Bagshot wykorzystał ten moment, żeby postąpić o krok do przodu, przez co na moment znaleźli się tak blisko twarzami, że zatrwożona Marta potknęła się o własny but i zachwiała. Bagshot złapał ją za nadgarstek, zanim zatoczyła się w tył, a gdy stała już pewnie na dwóch nogach, rozprostował pergamin.— A myślałem, że to jakieś listy miłosne — westchnął z rozczarowaniem. — Zaadresowane do mnie, oczywiście.— Pfft. Oddawaj.Wyrwała mu go z ręki i wymaszerowała z Wielkiej Sali, czując przygniatające jej barki spojrzenie. Gdyby Bagshot opanował chociaż podstawy dobrego wychowania, grzecznie oddałby jej pergamin zaraz po podniesieniu go z ziemi, co z pewnością wystarczyłoby do zwrócenia uwagi Toma. Jakby tego było jeszcze mało, za plecami usłyszała stukot kroków!— Jesteś pewna, że mam nie odwoływać Cyrillki?— Co znowu? — rzuciła, nie odwróciwszy się nawet.— No, chodzą plotki, że niby z kimś idziesz… ale mało kto w to wierzy — powiedział z przebiegłym uśmiechem. — Jeśli się przyznasz, że to zmyśliłaś, może będę skłonny wyratować cię z tej opresji.Prychnięcie Marty odbiło się echem od kamiennych murów.— Niczego nie zmyśliłam — odparła chłodno, niestety błysk w oku Bagshota świadczył, że jego uwadze nie uszło nerwowe załamanie się jej głosu. — Zresztą, to nie jest twoja sprawa.— Marto! — rozległo się wołanie spod wrót. — Idziesz z nami?Równocześnie spojrzeli w tamtym kierunku. Zapatulona od stóp do głów Betty, z dwoma czapkami na głowie, stała pod ramię z Olivią, której mina bez słów wyrażała „BŁAGAM, niech odmówi”, a obok nich z ręką na klamce czekała Donna, w drugiej garści ściskając poplątane sznurówki kołyszących się z boku na bok łyżew.Marta pobiegła do nich czym prędzej, wiedząc, że Bagshot raczej nie zdecyduje się na spędzenie wieczora w babskim towarzystwie, i założyła naprędce przyzwane z dormitorium ubrania.— Dzięki — mruknęła, gdy już stało się jasnym, że jej przewidywania się ziściły: Bagshot dał jej święty spokój, teraz wspinając się leniwym krokiem po schodach.— Nie ma sprawy — odparła z pokrzepiającym uśmiechem Betty. — W ramach pocieszenia mogę ci powiedzieć, że już niedługo da ci święty spokój.— Myślisz?— Ach, on zmienia dziewczyny jak rękawiczki — machnęła ręką, ostrożnie schodząc razem z Olivią z podejrzanie lśniących stopni — przedstawienie i będzie po sprawie.Okrzyk Donny rozdarł ciszę. Wylądowała na ziemi tak niefortunnie, że wszystkie trzy wstrzymały oddech, a Marta poczuła widmo promieniującego w górę kręgosłupa bólu kości ogonowej. Pomogła koleżance wstać, ignorując rozbawioną grupkę chłopaków oblegających dziedziniec, i po chwili wahania uznała, że asekurowanie się nawzajem nie jest najgorszym pomysłem. Donna naprawdę trzymała język za zębami, o czym świadczył brak niewygodnych pytań zadawanych przez Olivię, więc Marta uważała, że i ona powinna wyciągnąć dłoń na zgodę.— Camden — odezwała się zgryźliwie Olivia — idziesz w końcu na ten bal czy nie?— A czemu by miała nie iść? — spytała zdumiona Marta.— Mówiła, że nie chce iść sama.— Nie wiem — odparła Donna i odwróciła wzrok, skubiąc zębami spierzchnięte wargi. — W sumie to zaprosił mnie ktoś inny.— Co?! — wybuchnęła radośnie Betty. — Kto?!— A taki jeden Gryfon z piątego roku, też gra w drużynie.— Ten rudy? — upewniła się Marta, przypomniwszy sobie niedawną interakcję ze wspomnianym chłopakiem, gdy czekała na Alfreda. — Nie jest dla ciebie za młody?— Nigdy nie przeszkadzali mi młodsi — wyjaśniła bez przekonania Donna — ale nie dałam mu jeszcze odpowiedzi. Myślałam, że może…Zamilkła, wyczarowując im po stołku do przebrania butów, i nie odezwała się ani słowem podczas boleśnie ciasnego zawiązywania sznurówek łyżew.— No? — pogoniła ją niecierpliwie Olivia. — Mówisz czy co?— Och, Boże. Czy to nie oczywiste? Myślałam, że może Alfred zmieni zdanie.Olivia roześmiała się tak głośno, jakby nigdy w życiu nie wypowiedziano w jej towarzystwie czegoś równie niedorzecznego.— Upadasz coraz niżej i niżej — powiedziała, pomagając Betty wejść na lód. — Jedno wielkie dno, robisz się gorsza od Warren z tym życiem w krainie marzeń. Niby dlaczego Longbottom miałby do ciebie wrócić, skoro przez cały związek miał oko na inną?— Olivia! — skarciła ją Marta, gdy Donna spuściła smętnie głowę i odwróciła się do nich plecami, żeby przedostać się na zamarzniętą taflę jeziora przez gwarantującą jej prywatność zaspę śniegu. — Czy ty nie możesz chociaż raz siedzieć cicho?— A po co bym miała? — odprychnęła tamta. — Dla niej lepiej, jeśli przestanie mamić się idiotycznymi mrzonkami, to po pierwsze, a po drugie nie interesuje mnie jej złamane serduszko, skoro złamała je sobie sama na własne życzenie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale Longbottom wreszcie poszedł po rozum do głowy, szczególnie biorąc pod uwagę, że nie zaprosił na bal ciebie.Marta udała nieporuszenie.— A skąd ta pewność, że mnie nie zaprosił? Może to on wysyła te prezenty?— Proszę cię — Olivia postukała się w głowę — Longbottom nie ma gustu, czego, swoją drogą, jesteś najlepszym przykładem. Poza tym idzie z jedną z moich koleżanek.Marcie opadła szczęka. Jeszcze bardziej niż obrót spraw zaskoczył ją fakt, że Alfred wybrał kolejną plotkarę, zamiast poszukać sobie miłej, dobrze ułożonej dziewczyny, która pasowałaby do niego jak ulał, a których jest w Hogwarcie na pęczki.Weszła na lód z posępną miną, zganiwszy się za powierzchowne ocenianie koleżanek Olivii. Betty była żywym przykładem tego, że nawet osoby z przydługimi językami mogą okazać się miłe, jeśli tylko da im się szansę, dlatego nie powinna podważać decyzji Alfreda.— Tak czy siak nie masz prawa jej krytykować — odezwała się Marta, obserwując majaczącą w oddali okrągłą sylwetkę Donny, do której pędziła po lodzie zmartwiona Betty. — Popełniła sporo błędów, tak, ale…— Nie ma żadnego ale — ucięła szorstko Olivia. W jej oczach błysnęło silne rozdrażnienie. — Nie interesuje mnie, dlaczego to zrobiła. Jęczy bez końca, że ma kompleksy, że myślała, że mu się nie podoba, że była pewna, że Longbottom zostawi ją dla ciebie — wyrzuciła z siebie tak szybko, jakby to ona została zdradzona, i poruszyła rękoma przy zaczerwienionej od mrozu twarzy w drwiącym geście ocierania łez. — Chlip, kurwa, chlip. Żałosne. Zachowuje się dokładnie tak samo, jak mój niedorobiony ojciec.Marta zamknęła usta. Gdy pierwszy szok minął, ruszyła chwiejnie za oddalającą się Olivią, co nie przyszło jej łatwo, jako że opanowała wyłącznie podstawy łyżwiarstwa.— Twoi rodzice się rozstali?Olivia spojrzała na nią groźnie z ukosa.— Tak.— Och — bąknęła Marta. — Przykro mi.— Niepotrzebnie. Jest nam tysiąc razy lepiej bez niego — wyjaśniła chłodno, sunąc po lodzie z dłońmi splecionymi za plecami, z gracją profesjonalnej łyżwiarki.— Zawsze się cieszyłam z tego, że wdałam się w matkę, on ma paskudny charakter. Jest słaby. Wszyscy mi mówią, że z mamą wyglądamy jak dwie krople wody — wykrzywiła wargi w gniewnym grymasie, ogarniając gestem swoją cerę — ale to musiałam odziedziczyć po nim.Marta ukarała się poprzez boleśne zatopienie zębów w dolnej wardze, przygnieciona wzbierającym na sile poczuciem winy. Nacechowana napięciem cisza w połączeniu z miną godną przestępcy sądzonego przez Wizengamot wystarczyła, żeby Olivia zahamowała na lodzie i spytała:— Dlaczego się tak na mnie gapisz?Marta — świdrowana bacznym, analitycznym spojrzeniem — była przekonana, że siedzi na coraz gorętszym krześle. Powtarzała sobie, że nie może się przyznać do winy, nie teraz, gdy przestała być wyrzutkiem i poczuła się jak zwyczajna dziewczyna, niestety nie potrafiła wyzbyć się przytłaczającej świadomości, że wszystko sprowadzało się do tamtej jednej chwili z łazienki na stacji King’s Cross. Gdyby ta dziwaczna, czarnomagiczna formułka nie trafiła jej jak grom z jasnego nieba, najpewniej nie zatraciłaby się w posmaku zemsty na tyle, aby podjąć się tak skrajnie infantylnego planu, jakim było uwarzenie Amortencji. Pocałunek z Tomem, ten prawdziwy i wymuszony wyłącznie przez niego, nic tylko dolewał oliwy do ognia. Przeniesienie trądziku przyniosło jej mnóstwo trudów i komplikacji, jednak zarazem pozwoliło jej wyzbyć się wreszcie ciężaru bycia boleśnie niedoświadczoną w sprawach serca.— Jak? — wycedziła Olivia. — Jak to zrobiłaś?Marta otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.— Jak? — powtórzyła Olivia, tym razem łapiąc ją za kołnierz płaszcza. — Warren, masz to wypisane na twarzy. Wymazałaś mi pamięć, tyle wywnioskować potrafię, ale reszta? Czego użyłaś? Jakiego zaklęcia?Potrząsnęła nią najpierw ostrzegawczo, a za drugim razem znacznie mocniej. Gdyby nie dwa miesiące przyswajania się do przemocy, być może zrobiłoby to na Marcie wrażenie.— Puść mnie — powiedziała ze zrezygnowaniem, łapiąc Olivię za nadgarstek, i skinęła głową w stronę majaczących w oddali Betty i Donny, które jeździły na tle szybko zachodzącego słońca, skąpane w pomarańczowej łunie. — Mówię poważnie. Puść mnie, zanim dziewczyny zwrócą na to uwagę.— A co mnie to obchodzi, czy zwrócą uwagę? — prychnęła Olivia, jednym szarpnięciem kładąc kres jej próbom oddalenia się. — Nawet nie potrafisz skłamać, że tego nie zrobiłaś. Gadaj, Warren, albo pożałujesz tego do końca życia.— Niczego nie zrobiłam! — wykrzyknęła Marta, licząc, że ta scena nie pozostanie niezauważona. Zamaszystym gestem strąciła z siebie ręce Olivii i odwróciła się, żeby popędzić w stronę lądu. — Aaa!Palce oplątały wokół siebie obfitą garść włosów i pociągnęły, wyrywając głowę Marty do tyłu. Gdyby nie stalowy uścisk, padłaby na ziemię, jednak zamiast tego przebierała nogami w miejscu, starając się zapanować nad rozjeżdżającymi się we wszystkie strony łyżwami.— Powiedziałam: gadaj! No, natychmiast!Marta dobyła różdżki, czując nerwowy ruch w kieszeni spódnicy. Przed oczami mignęło jej wspomnienie zbitej masy mięśni owijającej się wokół siniejącego Notta, które przepchnęło ją przez granicę wahania się między bezczynnością, również kończącą się przemocą z innych rąk, a impulsem do samoobrony. Posłała w stronę przeciwniczki zaklęcie żądlące, lecz Olivia błyskawicznie odparła go za pomocą Protego . Marta skuliła się, zakrywając głowę rękami przed nadciągającym rykoszetem, i jeszcze raz rzuciła się do ucieczki.Udało się jej przejechać kilkanaście metrów, zanim zaklęcie trafiło ją w plecy. Flippendo wyrzuciło ją w powietrze i przekoziołkowało nią trzykrotnie, zanim oszołomiona padła na lód, dociskając kurczowo trzymaną różdżkę do piersi. Gdy tylko przestała się ślizgać w przyprawiających o zawroty głowy spiralach, posłała za siebie Expelliarmusa. Różdżka wyskoczyła z dłoni Olivii o pół sekundy za późno. Zaklęcie przecięło powietrze ze świstem, a Marta wbiła łyżwy w podłoże i odepchnęła się nogami, w ostatniej chwili schodząc z toru czerwonego snopu, który trafił dokładnie tam, gdzie niedawno znajdowała się jej głowa.Trzask pękającego lodu był tak ogłuszający, że mimowolnie zacisnęła powieki. Wystarczyła sekunda, aby Martę zalała woda. Nasiąkające ubrania, a w szczególności ciężki płaszcz, pociągnęły ją w paraliżujące objęcia płynnego mrozu. Desperacka chęć zaczerpnięcia ostatniego oddechu nie opuściła płuc, bliskich implozji z termicznego szoku. Wystarczyły sekundy, żeby jej stawy stężały, a każda najmniejsza próba przeciwstawienia się grawitacji wyciskała z niej nadludzkie siły; słyszała dochodzące znad powierzchni krzyki i głuchy tętent kroków, szumisty syk łyżw, a ciemność zalewającej jej toni rozświetliły rzucone na oślep zaklęcia.Pierwsze zakrztuszenie się wodą podziałało na nią otrzeźwiająco. Nie znała żadnych inkantacji, które mogły pomóc jej w tym momencie, lecz mimo powłóczystych ruchów udało się jej machnąć różdżką na tyle, aby zerwać z siebie ciągnący ją w dół płaszcz. Choć wydawało się jej, że uderza nogami najmocniej i najszybciej, jak potrafiła, zbliżała się do lśniącej pudrowoniebieskim blaskiem powierzchni tak wolno, że przez głowę przemknęła jej więcej niż jedna myśl o poddaniu się. Jej zmęczone ciało wręcz o to błagało, a mięśnie partiami odmawiały posłuszeństwa. Gdy zderzyła się ze śliską, gładką powierzchnią, nie potrafiła pojąć, co się stało. Przesunęła po niej dłońmi, szukając krawędzi, czegoś, czego mogłaby się złapać, pociągnąć jak za klamkę podczas otwierania drzwi, ale nie znalazła nic.Gruba warstwa lodu zatrzęsła się tuż nad nią, a blask spowił nowy cień, dłuższy i większy niż poprzednie, które bez końca szamotały się chaotycznie z boku na bok. Półprzytomna Marta dostrzegła w odmętach bladą, obleczoną czernią postać, dziwnie znajomą i wyciągającą po nią upiornie długopalczaste dłonie, gdy magiczna siła wyszarpnęła ją spomiędzy rozstępujących się kawałów lodu.Pełną jasność umysłu odzyskała dopiero w skrzydle szpitalnym. W powietrzu unosiła się szpitalniana woń, a ciemność pomieszczenia przełamywała lampa olejna tląca się na stoliczku nocnym o metalowych nóżkach. Donna, Astra i Betty siedziały po tej samej stronie, na równo ułożonych krzesełkach, sztywne i blade, z rękoma ułożonymi na podołkach niczym dobrze wychowane dziewczęta ze starych powieści.— O mój Boże! — wypaliła Donna, gdy Marta uniosła powieki. — Nie bój się, wszystko będzie dobrze! Powiedziałyśmy mu wszystko, wszyscy wiedzą, że to Olivia!Rozległy się gorliwe potakiwania Betty, Astra natomiast ze strapioną miną pokiwała głową.— Komu? — spytała chrapliwie Marta, rozcierając oczy kciukiem i palcem wskazującym. Gdy przypomniała się jej postać w otchłani wody, zesztywniała, znów czując na sobie widmowy ciężar namokniętych ubrań, a oddech uwiązł jej w gardle.— Profesorowi Dumbledore’owi, oczywiście! — wykrzyknęła Betty, tak zamaszyście podnosząc się z krzesła, że siedząca obok Astra musiała je pochwycić, żeby się nie przewróciło. — Pojawił się znikąd! Próbowałyśmy cię wyciągnąć, rzucałyśmy jakieś zaklęcia, cokolwiek nam wpadło do głowy, no po prostu wszystko, ale nigdzie cię nie widziałyśmy! Zniknęłaś tak szybko, chwila i cię nie było! A nagle BUM, Dumbledore jest obok nas, nie uwierzysz, ale normalnie prawie jakby dokładnie wiedział, gdzie ma cię szukać!— To było niesamowite — potwierdziła na wydechu Donna. — To znaczy straszne, ale niesamowite, jak szybko cię znalazł i wyciągnął na brzeg. Wyszedł przed kwadransem — dodała, widząc, jak Marta rozchyliła usta. — Pewnie zajmuje się Olivią. Mam nadzieję, że ją wyrzucą na zbity pysk, zawsze dawała wszystkim popalić, ale tym razem przeszła samą siebie.— Jeśli rodzice Marty, to znaczy matka — poprawiła się szybko Astra — złożylaby zażalenie, całkiem możliwe, że tak by się to skończyło. Przez tę sprawę ze spetryfikowaniami reputacja Hogwartu jest już tak nadszarpnięta, że naprawdę niewiele brakuje, żeby ministerstwo zamknęło szkołę. Trwa wojna, wszyscy rodzice myśleli, że ich dzieci są tu bezpieczne, a w międzyczasie mugolaki padają jak muchy i gdyby jeszcze rozniosła się wieść o tym incydencie…Astra pokręciła głową ze zrezygnowaniem, zaciskając usta w cienką linię.— Dobre sobie — zaśmiała się słabo Marta — moja matka, zażalenie? Nie macie się o co martwić, jeśli zamkną Hogwart, to nie z mojego powodu.Wykaraskała się z łóżka, z ulgą zauważywszy, że nie przebrano jej w szpitalnianą piżamę. Chociaż wolałaby się przebrać w coś świeżego, cieszyła się, że może jak najszybciej wrócić do dormitorium i zaszyć się pod bezpieczną kołdrą, przytulona do gorącego termofora.— Ach, panna Warren — powiedział uprzejmie, lecz z wyraźnym ukojeniem Dumbledore. — Chciałbym zamienić z tobą słówko, rzecz jasna tylko jeśli czujesz się na siłach.— Oczywiście — bąknęła, zanim dała sobie szansę na przemyślenie, czy w ogóle chciała z nim rozmawiać.— Dobrej nocy — pożegnał się z opuszczającymi skrzydło szpitalne dziewczętami. — Zapraszam tutaj.Niepewnie przeszła przez samoistnie otwierające się drzwi do pustego gabinetu pani Goldie, oglądnąwszy się na nią przez ramię; pielęgniarka posłała jej pokrzepiający uśmiech, w międzyczasie doglądając stanu spetryfikowanych uczniów.Gdy zostali sami, Marta przysiadła na wysokm parapecie, nie wiedząc, co począć z rękami. Profesor Dumbledore, przyglądający się jej przenikliwymi wodnistoniebieskimi oczami sponad okularów-połówek, nie pomagał jej w pozbieraniu myśli.— Czyli dziś — zawiesiła głos, zawahawszy się — czyli dziś bym się utopiła, gdyby pan się nie pojawił?— Absolutna pewność w tych sprawach jest niemożliwa do osiągnięcia — zaznaczył ze smutnym uśmiechem — ale jeśli jesteś zainteresowana moją opinią, panno Warren… tak, obawiam się, że dzisiejszego wieczora znajdowałaś się na ścieżce prowadzącej do przedwczesnej śmierci.— Obserwuje nas pan — bardziej zapytała niż stwierdziła, zastanawiając się, dlaczego w jej głos wkradła się nuta nieufności.Dumbledore nabrał głębszego wdechu, lecz nie dał po sobie poznać, czy zwrócił uwagę na tę zmianę.— Tak i nie, panno Warren. Owszem, przyglądam się wam z najwyższą uwagą podczas lekcji i posiłków, oraz podczas przypadkowych spotkań z wami, nie zaprzeczam, lecz jeśli pytanie to jest związane z kwestią waszej prywatności, pozwól mi przyrzec, że ją posiadacie. Nawet gdybym miał powody, aby chcieć częściej zaspokoić swoją ciekawość odnośnie waszych postępów, przeszkodziłby mi w tym Tom, a raczej jego wyczulenie na moją obecność — wyjaśnił, na koniec przywdziewając uprzejmie żartobliwy ton. Przyglądał się Marcie z nieprzeniknioną miną przez kilka chwil, zanim dodał: — Tak się składa, że jezioro to jest, nie zawsze, choć dość często związane na różne sposoby z końcem twojej historii.Wróciła we wspomnieniach do drugiej zamiany ciał i własnych skrajnie niedorzecznych myśli o samobójczym zanurzeniu się w jeziorze. Wtedy dramatyzowała, zawstydzona obecnością przeglądających podręcznik do anatomii chłopaków, lecz być może gdzieś wcześniej istniała Marta, której realne, niewyssane z palca problemy zakończyły się we właśnie ten sposób. Nie wątpiła natomiast, że istniał również Tom, który tamtego pamiętnego dnia nie zdobył się na przerwanie przyjemności, jaką czerpał z przytrzymywania jej pod wodą.— Sir — odezwała się nieobecnym głosem — jeśli mogę spytać, czy moje życie miewa skłonności do kończenia się na inne równie powtarzalne sposoby?Kąciki ust Dumbledore’a drgnęły w dziwnym grymasie, nito w niesięgającym oczu uśmiechu, nito w żalu.— Jak już mówiłem, panno Warren, niezmiernie istotne dla twojego powodzenia jest to, abyś zanadto nie zamartwiała się poprzednimi wersjami was obojga. Jak mniemam, wielkie znaczenie ma dla ciebie fakt, że zagrożenie, na które byłaś narażona dzisiejszego wieczora, było dziełem okrutnego przypadku, w żaden sposób niepowiązanego z Tomem.Zamiast odpowiedzieć, Marta spuściła głowę, a kurtyna włosów zasłoniła jej twarz. Gdyby w ostatnim czasie miała wolną rezerwę sił psychicznych, żeby przejmować się stanem misji, być może w słowach Dumbledore’a znajdowałoby się więcej niż ziarnko prawdy. Obecnie rozbrzmiewający w jej myślach podszept satysfakcji wiązał się wyłącznie z pychą. Być może tutejszy Tom na świadomym poziomie nie potrafił w niej dostrzec niczego, co by ją wyrożniało, lecz mimo braku bezpośredniej przydatności, mogła dodać sobie punkt przewagi w rywalizacji z Abraxasem. W przeciwieństwie od poprzednich Mart wciąż żyła.Żyła i nie zamierzała umrzeć.— Mogę zadać panu pytanie?Profesor Dumbledore przyzwolił oszczędnym skinieniem głowy.— Okazało się, że miał pan rację, kiedy mówił pan o… hm, o tendencjach do silnej fascynacji u Toma — powiedziała ostrożnie, nie chcąc przyznawać się do przeżycia pierwszego pocałunku z tym demonicznym chłopakiem. — Powiedział mi, że po szkole zabierze mnie ze sobą. Jak może się pan spodziewać, nie pozostawia mi wiele decyzyjności w tej sprawie, więc… zastanawiałam się nad tym, czego mogę się po nim potem spodziewać. Gdzie mnie zabierze? Co on zamierza, profesorze?— Plany Toma są tak rozległe i ambitne, że obawiam się, że wyjaśnienie ich zajęłoby znacznie więcej czasu niż ten, na który pani Goldie jest gotowa użyczyć nam swojego gabinetu — powiedział Dumbledore z cieniem uśmiechu wzruszającym jego siwą brodą. — Muszę spytać, panno Warren. Co dokładnie kryje się za zadaniem tych pytań właśnie teraz, na początku grudnia, podczas gdy do końca roku szkolnego pozostało tak wiele miesięcy? Czy Tom podzielił się z tobą czymś, co stanowi dla ciebie szczególne zmartwienie?Marta powstrzymała cisnący się jej na usta naznaczony drwiną uśmiech. Łatwiej byłoby odpowiedzieć, czy Tomowi udaje się mówić o rzeczach, które nie spędzałyby jej snu z powiek.— Nie, profesorze. Nie, ale… chyba nie proszę o zbyt wiele, zważywszy na to, jak wiele postanowiłam dla pana zaryzykować?Podczas gdy reszta twarzy pozostała równie nieprzenikniona, co przedtem, jego białe brwi drgnęły.— Odpowiedzenie na twoje pytania jest możliwe jedynie częściowo z tego powodu, że nikt przedtem nie zaszedł tak daleko — powiedział po namyśle. — Jak napominałem, studiowałem losy Toma z najwyższą starannością, lecz twoje nigdy nie były z nim tak związane jak teraz. Nawet bez ciebie w swoim życiu Tom przykładał ogromną wagę do ukrywania swych poczynań, dlatego to, co na ten temat udało mi się zebrać, zostało w sporej mierze wywnioskowane ze śladów, których Tom, jak błędnie sądził, nie potrzebował za sobą zatrzeć.Gdy Dumbledore urwał raptownie, Marta zrozumiała, że nawet jeśli mówił prawdę o posiadaniu przez nich prywatności, nie ufał jej, a przynajmniej nie w pełni. Nie musiał wiedzieć o pocałunku, żeby spodziewać się po Tomie użycia każdego sposobu, aby odwieść ją od tego, co istotne.— Widzisz — powiedział z powagą Dumbledore — w typowej dla niego nieumiejętności pełnego zrozumienia ludzkich emocji, szczególnie biorąc pod uwagę niedawne pozyskanie możliwości odczuwania bardziej złożonych z nich, Tom nigdy nie spodziewał się, że ktokolwiek podejmie się tak trudnego i stanowiącego zagrożenie życia wyzwania. Właśnie dlatego pozwoli sobie na wywołaną postępami niedbałość w tuszowaniu części swoich poczynań. Skoro przejawiasz ciekawość co do jego przyszłości, zapewne nie zdziwi cię, gdy powiem, że Tom zamierza ukoić swój strach przed śmiercią poprzez stworzenie kolejnych horkruksów. To niewyobrażalne, ile byłbym skłonny oddać, aby móc wytłumaczyć mu, że nie jest samotny w swym lęku i że nic poza pogodzeniem się z własną przemijalnością nie jest w stanie przynieść kresu tej bolączce — kontynuował z litościwą miną, kręcąc głową. Westchnął, zanim powrócił do głównego tematu. — Jeśli obecne warunki nie wpłyną na niego przesadnie, w niedalekiej przyszłości Tom zadziwi wszystkich poprzez odrzucenie propozycji pomocy ze strony wpływowych znajomych, zamiast idącego w parze z poważaniem i godnymi zarobkami stanowiska w Ministerstwie Magii wybierając niechlubną oraz, jak na czarodziejskie standardy, przyziemną pracę sprzedawcy w jednym ze sklepów na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Jak możesz się już domyślać, wykorzysta tę okazję do wyszukiwania przydatnych mu magicznych artefaktów, jak i przedmiotów, które uzna za godne powierzenia im swej duszy.— Tom będzie pracował jako sprzedawca — upewniła się, zszokowana. — Tom.— W istocie. Tak się składa, że jego naturalne predyspozycje do mącenia innym w głowach przysłużą się do wielu sukcesów na tle zawodowym. Pan Burkes będzie z niego zadowolony — potwierdził Dumbledore z lekkim skinieniem. — Czy coś jeszcze cię ciekawi, panno Warren?Już otworzyła usta, żeby zaprzeczyć, gdy coś wpadło jej do głowy.— Tak, w sumie tak… Podczas naszej pierwszej rozmowy wspominał pan, że jeśli nic się nie zmieni, Tom wywoła dwie wojny czarodziejów i zostanie pokonany przez trójkę nastolatków — odparła, z niezrozumiałego dla siebie powodu odczuwając przyrost napięcia zalęgającego się w jej ciele. — Nie bardzo rozumiem, dlaczego jako dorosły mężczyzna będzie walczył z, no cóż, z dziećmi, a nie z kimś dorównującym mu umiejętnościami i wiedzą, czyli na przykład z panem.— Najsilniejsza strona osobowości Toma to zarazem jego największa słabość — wyjaśnił Dumbledore, powoli sącząc słowa. — Mało kto jest gotów poświęcić lata życia, aby zgłębić najczarniejsze zakamarki magii, tak skrzętnie ukrywane na łamach historii przez największe czarodziejskie umysły, a jednak. Pokusiłbym się więc o stwierdzenie, że to właśnie obsesyjność Toma doprowadzi do jego ostatecznego końca.— Profesorze — bąknęła skonfundowana Marta — chyba nie chce pan powiedzieć, że będzie miał obsesję na punkcie tych nastolatków?Dumbledore zaśmiał się cicho.— Ależ nie, panno Warren. Powiedzmy, że podstawowa przyczyna, dla której obsesja Toma zakończy się jego upadkiem, mogłaby zostać uznana za niejako powiązaną z jego decyzją, aby mimo wielkiej antypatii jednak trzymać przy sobie pana Malfoya.Choć Marta starała się panować nad sobą, dosłownie poczuła, jak mina jej zrzedła. Podczas gdy według Dumbledore’a Tom miał konkretny powód do znoszenia umizgów tej nadąsanej łasicy, sam zarzekał się, że Abraxas nie ma dla niego najmniejszego znaczenia. Powiedział nawet, że jest gotów go zabić, a teraz okazuje się, że widzi w nim środek do celu!Mimo że jej kiszki skręciły się z czystej zawiści, uspokoiła się głębokim wdechem i przybrała obojętny wyraz twarzy. Miała ochotę natychmiast podnieść się z krzesła, a następnie pomaszerować prosto do lochów, żeby przesłuchać Toma i wydusić z niego, z jakiego powodu tak bardzo zależało mu na podtrzymaniu przy życiu miłostki Abraxasa, lecz zamiast tego uśmiechnęła się do Dumbledore’a ze zrezygnowaniem.— Chciałabym wiedzieć, co ma pan przez to na myśli — przyznała — ale podejrzewam, że to jedna z tych rzeczy, których nie może mi pan powiedzieć wprost.— Obawiam się, że masz rację, panno Warren. Mogę ci jednak przyrzec, że gdy tylko spotkamy się w przyszłości w celu świętowania wspólnie odniesionego sukcesu, odpowiem na wszystkie pytania, które ciążą ci na sercu — zapewnił ją niemal poufałym tonem głosu i zerknął na wiszący nad biurkiem zegar. — Nie zamierzałem trzymać cię tu dłużej niż zaledwie kilka minut, wybacz mi. Byłbym jednak wdzięczny, gdybyś odpowiedziała mi na jeszcze jedno pytanie, oczywiście jeśli pozwalają ci na to siły.— Czuję się dobrze, profesorze.— Niezmiernie mnie to cieszy. Pani Goldie to prawdziwy skarb — stwierdził, kładąc Marcie dłoń na ramieniu. Ścisnął je lekko, przyglądając się jej tak wnikliwie, że nie zdziwiłaby się, gdyby mógł wyczytać jej najskrytsze myśli. — Jak oceniasz własne postępy? Czy uważasz, że udaje ci się wpłynąć na Toma?— Ja… W sumie to ciężko powiedzieć — bąknęła, nie spodziewając się takiego pytania. — Nie wiem.— Proszę, poświęć moment na zastanowienie.Poświęciła.— Dalej nie mam pojęcia, pod jakim kątem powinnam to oceniać, profesorze.— Poprzednio rozmawialiśmy o tym, że próby inwigilowania cię świadczą o wzmożonym zainteresowaniu — podsunął jej, a ona nie śmiała dodać, że wąż nie służył wyłącznie inwigilacji. Nie miała ochoty wchodzić w szczegóły tamtego dnia, gdy prawie zabił Notta. — Czy Tom przejawia inne zachowania, które mogłyby świadczyć nie tyle o obsesji, co o chęci poznania cię? Zbliżenia się do ciebie?Mimo że Dumbledore wypowiedział te ostatnie słowa w kontekście platonicznym, Marta poczuła falę ciepła pędzącą do jej policzków.— Ukradł mój pamiętnik — palnęła, żeby ratować twarz. — Można więc powiedzieć, że zna mnie lepiej niż nikt inny, nawet jeśli zrobił to na swój sposób.— Rozumiem. Nic więcej, panno Warren?— Cóż, groził mi, że mnie gdzieś uwięzi… ale jak już wspominałam, mówił, że zamierza mnie ze sobą zabrać po szkole.Dumbledore przyglądał się jej zatroskaną miną, co uświadomiło jej, z jak kuriozalnym spokojem mówiła o potencjalnym porwaniu i przetrzymywaniu gdzieś, gdzie nigdy nie zostałaby odnaleziona. Na moment sama dla siebie zabrzmiała niczym kobieta z limem pod okiem, która zarzeka się, że jej mąż błagał ją o wybaczenie na kolanach i przysięgał na Boga, że już nigdy nie podniesie na nią ręki.— Czy byłabyś skłonna powiedzieć, że zapałał do ciebie sympatią?— Nie wiem — bąknęła, podczas każdego mrugnięcia pod powiekami widząc wykrzywioną frustracją twarz Toma na moment przed tym, jak ją pocałował. — Tak. Chyba tak, może trochę.— Znakomicie — powiedział z zadumą Dumbledore, gestem zapraszając ją pod otwierane drzwi. — To niezwykle ważne, aby nie tylko zrozumiał twoją wartość, ale i nawiązał z tobą relację inną niż reszta. Jak pewnie już zauważyłaś, na powierzchni jego stosunki z panem Malfoyem wydają się zażyłe, lecz tak naprawdę Tom nie żywi wobec niego żadnych uczuć poza wzgardą i chęcią wykorzystania go, jego koneksji i posiadanych przez niego informacji. To prawdziwie fundamentalne, żebyś nie została sklasyfikowana w ten sam sposób, panno Warren.— Rozumiem, profesorze — odparła, kiwając szybko głową. — Dziękuję za rozmowę i… i za wszystko, w końcu mnie pan uratował. Jestem panu wdzięczna. Dobrej nocy.Uzbrojony w ciepły uśmiech Dumbledore pożegnał się z nią i podszedł do krzątającej się między łóżkami pani Goldie, podczas gdy Marta prześlizgnęła się przez na wpół otwarte wrota. Ile sił w nogach popędziła prosto do wieży Ravenclawu, goniona przestrachem, jaki widok zastanie w dormitorium. Nawet jeśli uważała te obawy za irracjonalne — w końcu byłoby głupotą, ażeby Tom udał się tam na oczach tylu Krukonów i zemścił się na Olivii — czuła przemożną potrzebę, żeby uspokoić rozszalałą wyobraźnię. Tak naprawdę wiedziała, że nie podjąłby tak pochopnej decyzji, a tym bardziej wątpiła, czy którakolwiek z dziewczyn zdążyła podać wieści o tym incydencie dalej. Na jeziorze były we czwórkę, a błonia wyludniły się przez temperaturę bezlitośnie szybko spadającą po zmroku do minus dwudziestu stopni Celsjusza. Tom nie będzie wiedział nic na ten temat do momentu, aż nie znajdzie się blisko jej węża.Nie miała ochoty sobie wyobrażać, co jej wtedy powie. Pewnie znów zmiesza ją z błotem, zadrwi z tego, jak późno przypomniała sobie o wyciągnięciu różdżki i powie, że przyniosła mu wstyd.Otworzyła drzwi do dormitorium, a na widok pobladłej Olivii kamień równocześnie spadł jej z serca i przygniótł je dwukrotnie większym ciężarem. Obie stanęły jak wryte, wpatrując się w siebie nawzajem bez mrugnięcia, lecz Olivia otrząsnęła się z szoku jako pierwsza. Wymamrotała pod nosem coś niezrozumiałego i zniknęła za kotarami łóżka.Reszta dziewczyn też już szykowała się do snu; Donna rzucała Marcie ukradkowe spojrzenia sponad Czarownicy, natomiast Astra zamknęła podręcznik do transmutacji i sięgnęła pod łóżko, żeby schować go do kufra.— Jak się czujesz? — zagadnęła.— Dobrze, ale… nie chce mi się spać — palnęła Marta, przytłoczona przez narastające w piersi napięcie związane z faktem spania w jednym pokoju z Olivią, która prawie pozbawiła jej życia, oraz irracjonalnym strachem przed wzięciem prysznica. Niemal słyszany przez nią szum wody uderzającej o dno brodzika przyprawiał ją o mdłości. — Yy… Poczytam. Na dole.Astra zmrużyła podejrzliwie oczy.— To niezbyt mądry pomysł, wydajesz się wciąż trochę roztrzęsiona — zauważyła, odrzucając kołdrę na bok, choć jeszcze nie zdecydowała się wyjść z łóżka. — Chyba nie chcesz się gdzieś wymknąć?— O Boże, nie! Chcę trochę odpocząć, uspokoić się — wskazała w kierunku zasłoniętej Olivii — wezmę sobie koc i coś do poczytania, i posiedzę przed kominkiem. Obiecuję, że nigdzie nie pójdę.— Ale nie zamierzasz spać na kanapie?— Nie, raczej nie…— No dobrze — zdecydowała Astra mimo braku przekonania. — Wypocznij sobie, a w razie gdybyś czegoś jutro potrzebowała, daj znać. Miejmy nadzieję, że do niedzieli wróci ci humor.— Dzięki — bąknęła Marta, wciskając pod pachę pierwszą lepszą książkę, i ściągnęła koc z łóżka.Wróciła do pokoju wspólnego, gdzie ręcznie dorzuciła do dogasającego kominka kilka drewien, i umościła się na najbliższym mu fotelu, podciągając nogi na siedzenie. Nie potrafiła skupić się na lekturze przez to, jak dziwnie się czuła; jej ciało błagało o sen, lecz zamknięcie oczu na dłużej niż sekundę raz po raz okazywało się niemożliwe. Tak naprawdę nawet jeśli zmorzyłby ją sen, powstrzymywałaby się przed nim na wszelkie sposoby w obawie, że przebłyski wodnej odchłani, które widziała pod powiekami podczas każdego mrugnięcia, przeobraziłyby się w rozbudowane, przerażające rzeczywistością koszmary. Po śmierci ojca kilkukrotnie przytrafiły się jej senne paraliże; zachowywała w nich nie tylko pełną świadomość tego, że śni, ale i własnego ciała. Czuła je z podwójnym wyczuleniem, lecz nie potrafiła zmusić go do współpracy, nawet poruszenie małym palcem okazało się niemożliwe. Gdyby i dzisiejszej nocy ocknęła się w topielczym śnie, bezwładnie opadająca na spowite czernią dno, chyba bezpowrotnie pękłaby jej psychika.Skupiła się więc na wzmożonym okludowaniu umysłu, chcąc zepchnąć te bolączki w jak najdalszy kąt umysłu. Nie wiedziała, ile czasu upłynęło, odkąd siedzenie w bezruchu przemieniło się w czytanie „Dumy i uprzedzenia”, nie była nawet w pełni świadoma tego, że czyta. Znajdowała się w dziwnym transie, rejestrując słowa i przerzucając kolejne strony, lecz równocześnie towarzyszyło jej abstrakcyjne poczucie odrealnienia, prawie jakby obserwowała samą siebie z innego miejsca.Drgnęła na dźwięk szmeru otwierających się drzwi i natychmiast spojrzała na te prowadzące do wyjścia z pokoju wspólnego, rozpoznając charakterystyczny chrzęst kamienia przesuwającego się po posadzce. Otulona przez gęste cienie postać przeszła wzdłuż przeciwległej ściany zdeterminowanym krokiem. Być może Marta naprawdę śniła; nadmiernie szczupła sylwetka i ten wzrost pasowały jej wyłącznie do jednej osoby.— Tom — wyszeptała.Zatrzymał się wpół kroku, a choć znajdował się w tak ciemnym kącie, odniosła wrażenie, że odwrócił głowę z szybkością i manierą godną węża. Nie wyszedł jednak ze swojej kryjówki ani nie zareagował w żaden inny sposób, przez co nie wiedziała, czy aby na pewno działo się to na jawie.— Co tu robisz? — spytała, podnosząc się z fotela. Przekroczyła koc, który spadł na ziemię, i niepewnie zbliżyła się do Toma. — Nie możesz tak po prostu wchodzić sobie do naszego pokoju wspólnego, żeby ze mną porozmawiać.— Nie przyszedłem tu rozmawiać — odezwał się drwiąco i wznowił wędrówkę w kierunku korytarza prowadzącego do dormitoriów dziewcząt. — Przyszedłem pozbyć się Hornby.— Nawet sobie tak nie żartuj — wymamrotała przez zmartwiałe wargi, zagradzając mu drogę. — Tom, proszę cię, posłuchaj głosu rozsądku! To był przypadek, Olivia nie chciała mnie skrzywdzić!Ledwo odsunął Martę na odległość wyciągniętej ręki, znów wskoczyła mu prosto pod nogi.— Skoro ta poczwara nie chciała cię „skrzywdzić”, dlaczego rzucała w ciebie zaklęciami? — wycedził przez zaciśnięte zęby. — Zejdź mi z drogi, Warren, albo tobie też się dostanie za tę twoją przerastającą ludzkie pojęcie głupotę. — Prychnął. — Jak doszczętnie skretyniałym trzeba być, żeby wejść na lód razem ze swoim wrogiem?— Poczekaj, przestań — poprosiła go półszeptem, uczepiwszy się jego koszuli, żeby nie mógł jej odepchnąć. — Posłuchaj mnie. Wszystko było w porządku, nic tylko sobie jeździłyśmy tak jak zawsze, ale potem się pokłóciłyśmy i… no, to nieistotne. Istotne jest to, że jestem horkruksem, prawda? Sam mówiłeś, że nie mogę umrzeć. Nie prawdziwie, więc tak naprawdę nic by mi się nie stało.— Czyli uważasz, że inni ludzie mogą tak po prostu doprowadzać do twojej śmierci bez żadnych konsekwencji? — spytał niskim głosem. — Oświecę cię, Warren: nie, nie mogą. Jedyną osobą, która ma prawo podnieść na ciebie rękę, jestem ja. Jeśli ktoś cię kiedyś zabije, też będę to ja, nikt inny, rozumiesz? To ja mam na własność każdy twój oddech. Kiedy tylko ktoś przyprawi cię o utratę chociaż jednego z nich, padnie martwy tak jak Hornby.— Przestań, to był tylko wypadek! — mówiła błagalnie, stawiając opór, gdy próbował ją od siebie odczepić. — Nie możesz tak po prostu tam wejść i jej zabić na oczach dziewczyn!Tom z niecierpliwą miną wzruszył ramionami i ścisnął jej nadgarstki tak mocno, że nie miała innego wyboru, aniżeli puścić jego wymiętą koszulę. Jęknięcie bólu zatrzymała dla siebie.— Nie będzie żadnych świadków.Gdy tylko wyczuła, jak napiął mięśnie niczym w zwolnionym tempie, przygotowując się do odsunięcia jej, desperacja pchnęła ją do stanięcia na palcach. Pocałowała go, a wargi Toma poruszyły się w zaskoczeniu, może nawet wręcz w stuporze, dzięki któremu Marta wyślizgnęła ręce z jego poluzowanego uścisku i oplotła nimi jego szyję.Wystarczył ułamek sekundy, żeby poleciała w tył. Już zamierzała rzucić się pędem do dormitorium, zabarykadować drzwi i kazać dziewczynom uciekać przez okno, gdy Tom raz jeszcze pchnął ją na kanapę, a ona zdążyła tylko sięgnąć po koc i częściowo się nim zakryć, jakby mógł posłużyć jej za tarczę przed lądującym na niej Tomem.Złapał jej twarz w dłonie i wpił się w jej usta z taką zaborczą pasją, że gdy wreszcie się od niej oderwał, Marta zdążyła zapomnieć, jak się oddycha. Podczas gdy ona czuła się zawstydzająco rozgrzana i nieodpowiednio rozluźniona, przygnieciona ciałem, jego spojrzenie pozostało skupione.— Poczekaj, nie odchodź — poprosiła, gdy przymierzył się do złapania oparcia, żeby się podciągnąć. — Jeszcze chwilę.Mina Toma wyrażała co najwyżej znużenie.— Nie jestem idiotą, Warren — powiedział szorstko, z rozdrażnieniem poluzowując kołnierzyk wymiętej koszuli. Odpięcie jednego guzika wystarczyło, żeby Marta w całkowitym oszołomieniu patrzyła na niego w sposób, za jaki zostałaby wydziedziczona przez matkę. — Naprawdę myślałaś, że odwrócisz moją uwagę, udając, że tego chcesz?Marta czerwieniała milimetr po milimetrze. Dopiero teraz przypomniała sobie, że choć w pierwszej chwili pocałunek miał stanowić środek do celu, wylądowanie na kanapie wymazało jej z pamięci wiszącą nad dziewczynami groźbę. Niestety powrót do rzeczywistości w żadnym calu nie pomagał w otrząśnięciu się z uroku Toma. Na co dzień nosił się w tak nienaganny, dopracowany do najmniejszego szczegółu sposób, że te swobodniejsze odsłony wstrząsały nią po sam rdzeń.— Bo chcę — palnęła, natychmiast wymyślając samą siebie w myślach. Co z nią było nie tak? Ten chłopak z piekła rodem dopiero co zamierzał wstać, żeby wyrżnąć w pień jej wszystkie koleżanki! — Eee, to znaczy…— Mowę ci odjęło? — prychnął pogardliwie, choć coś w jego spojrzeniu uległo zmianie. Nie wydawało się już równie skupione co wcześniej. — To zabawne, jak daleko potrafisz się posunąć w osądzaniu innych dziewczyn, podczas gdy sama dosłownie rzucasz mi się na szyję, prawie jakby nie zależało ci na zachowaniu własnej cnoty, Warren. Trudno nie odnieść wrażenia, że tylko czekasz, aż zdecyduję się ją pogwałcić.Marta nie zdążyła nawet zaczerpnąć oddechu przed przystąpieniem do swojej tyrady, a Tom zamknął jej usta głodnym pocałunkiem. Była na niego tak wściekła, że uderzyła go z pięści w pierś i wykręciła głowę w bok, oczami ciskając gromy.— Co znowu? — spytał ze znużeniem, nieświadomy, jak mało dzieliło go od przyjęcia kolana na krocze.— Jesteś podły i ograniczony.— Przyszedłem tu, żeby zemścić się na tej poczwarze, która prawie cię zabiła, a ty nazywasz mnie podłym? Całuję się z tobą, ze szlamą, ale według ciebie jestem ograniczony?— Nie, jesteś podły, bo doskonale wiesz, czego od ciebie chcę, ale nawet nie przyszło ci do głowy, żeby mi to dać! — fuknęła, rozzłoszczona. — Jesteś ograniczony, bo mimo bycia geniuszem pod pewnymi aspektami, w innych jesteś skończonym ignorantem! A teraz złaź ze mnie!— Nie jestem w stanie ci tego dać — poprawił ją z poirytowaniem. — Za kogo ty mnie uważasz, co, Warren? Myślisz, że zamienisz mnie w Longbottoma? Że będę z tobą chodzić za rączkę po korytarzach, że zabiorę cię na randkę do herbaciarni? Że bal będzie ociekał magicznym romantyzmem? Że zostaniesz moją walentynką?Wymówił te słowa z taką drwiną, że zagotowała się w niej krew.— Bal będzie wspaniały — ostrzegła go — skoro zmuszasz mnie do poświęceń.— Do niczego cię nie zmuszam. Jesteś wolna. Masz swoją upragnioną autonomię.Marta wywróciła oczami pod opuszczonymi powiekami, wiedząc, że półmrok wystarczy do ukrycia gestu, który działał na Toma niczym płachta na byka.— Jesteś nieznośny — skomentowała zgryźliwie. — Jeśli mam być szczera, oczekuję wszystkich tych rzeczy, wiesz dlaczego? Bo na nie zasługuję. Wcale nie wstydzę się tego, że tak, chcę chodzić ze swoim chłopakiem za rękę, chcę być zaproszona do Herbaciarni u pani Puddifoot, tak jak reszta dziewczyn. Tak, chciałabym mieć kiedyś walentynkę i się tym obnosić — wyliczyła, obrzuciwszy go spojrzeniem pełnym rezerwy. — A jeśli nie zamierzasz mi tego dać, znajdę to u boku kogoś innego.Spomiędzy rozchylonych ust Toma świsnęło wypuszczone z niedowierzaniem powietrze. Przyglądał się jej ze zmrużonymi oczami, aż wreszcie złapał ją za twarz.— Nikt się na to nie odważy.— Zobaczymy — wymamrotała niewyraźnie, strącając z siebie jego rękę. — Może i jestem na ciebie skazana, ale nie zamierzam zmarnować swojego życia. Mam pełne prawo chcieć wiedzieć, jak to jest, kiedy ktoś się o mnie troszczy, dotyka mnie czule, a nie…— Czyli chcesz, żeby Hornby umarła — powiedział z powagą.— Na miłość Boską! Możesz mi łaskawie wytłumaczyć, w jaki sposób zabicie Olivii jest oznaką troszczenia się o mnie?— To oczywiste. Już nigdy nie wytrze tobą tej swojej zapryszczonej mordy, już ani razu nie uprzykrzy ci życia, nie odbierze ci żadnych punktów, nie zakpi z ciebie i, przede wszystkim, nie będzie sobie rościć praw do znęcania się nad tobą.Marta westchnęła, ukrywając twarz w dłoniach. Gdy Tom przeniósł ciężar ciała w tył, wyślizgnęła się spod niego i poprawiła koc, siadając z podciągniętymi pod pierś kolanami na przeciwległym kącie kanapy.— Nie masz pojęcia, co te słowa oznaczają, prawda?— Słowa? — spytał, powoli cedząc sylaby.— Troszczenie się o kogoś. Czułość. Miłość.Na dźwięk ostatniego z nich Tom zmarszczył nieznacznie nos. Mimo że temu drobnemu szczegółowi towarzyszyło zawsze niezadowolenie, pogarda albo inna z tysiąca negatywnych emocji, jakimi zdawał się wiecznie emanować, Marta uważała to za dość urokliwe.— Chciałbyś, żebym… żebym ci to pokazała?— Nie jest mi to do niczego potrzebne.— Nie powiedziałam tego — sprostowała łagodnie. — Pytam, czy jesteś ciekawy.— Nieszczególnie.— Na pewno? Nieraz widziałam na własne oczy, z jaką szybkością i zaangażowaniem dosłownie pożerasz książki, kiedy natkniesz się w nich na jakiś nowy termin. Wydaje mi się więc, że jesteś ciekawy — kontynuowała, niepewnie przysuwając się do niego na kanapie. Tom nieufnie łypał na nią kątem oka niczym dzikie zwierzę zapędzone w kozi róg. — Co ci szkodzi spróbować? — dodała z lekkim uśmiechem. — Może się boisz, że ci się to spodoba?— Jesteś śmieszna, Warren.— Chodź tutaj, bliżej — poprosiła go, poklepując miejsce obok siebie, jako że odgradzał się rękoma wspartymi na kolanach. — Potraktuj to jako eksperyment badawczy. Zaczniemy od czegoś prostego, obiecuję.Zanim Tom z gargantuiczną niechęcią spełnił jej prośbę, nie omieszkał wywrócić oczami, przez co Marta musiała powstrzymać chęć zachichotania. Zarzuciła mu koc na kolana i przysunęła się jeszcze bardziej, tak żeby bez problemu okrywał ich oboje. W krzywiźnie jego warg zauważyła kpinę, niemal jakby był przekonany, że spełniając jej prośbę zbliży się o krok do zaspokojenia własnych, znacznie mniej stosownych pragnień.— Opowiedz mi coś o sobie — zaproponowała, gdy już miała pewność, że w jej głosie nie rozbrzmi choćby cień rozbawienia — w końcu ty wiesz o mnie wszystko od momentu, kiedy zaczęłam prowadzić pamiętnik. Może… na przykład o sierocińcu.Tom poruszył się niespokojnie.— Mimo wszystko wolałbym jednak zabić Hornby.— Nie wątpię, ale…— Nie — sprzeciwił się nagle, gotów do wstania z kanapy. Marta złapała go za ramiona i naparła na nie delikatnie, nie chcąc, żeby uznał jej gest za rzucenie mu wyzwania. — Jaki związek jest między sierocińcem a tym twoim niedorzecznym eksperymentem?— Chyba musisz dać sobie szansę go odkryć, prawda? No, nie daj się prosić.— Nie ma żadnego — prychnął — ale dobrze, zabawię cię opowieścią o tej nędznej instytucji, gdzie porzuciła mnie rodzona, odrażająco słaba matka, zanim zdechła śmiercią godnej zwykłej mugolki. Zmuszali mnie do dzielenia pokoju z dziesiątkami innych sierot, raz nawet chcieli, żebym dzielił łóżko z innym chłopcem — zaśmiał się gardłowo. — Powiedzmy, że już nigdy nie wpadli na równie kretyński pomysł. Wszystkie wychowanki od najmłodszych lat uważały mnie za dziwadło, bo nie płakałem z byle powodu jak reszta, bo trzymałem się na uboczu, bo nie łasiłem się do nich jak przybłęda, licząc na ochłapy czegoś, czym te niedołęgi substytowały sobie matczyną miłość — wycedził ostatnie słowo z takim jadem, że Martę aż ścisnęło w gardle. — Traktowały mnie jak trędowatego, chociaż nigdy mnie na niczym nie przyłapały. Wiedziały, że to ja stoję za różnymi… incydentami. Na początku po prostu mnie obserwowały, chciały znaleźć dowody na to, że jestem skrzywiony, żeby móc mnie odesłać do jakiegoś zakładu zamkniętego, pozbyć się mnie jak śmiecia, ale były głupsze ode mnie nawet wtedy, kiedy miałem parę lat, rozumiesz? Te idiotki w końcu się poddały i uznały, że po prostu będą mnie karać. Nawet wtedy, kiedy żaden z bachorów nie odważył się na mnie donieść. Wszystko, co szło nie po ich myśli, przypisywały mnie, nawet najdrobniejsze niepowodzenia, na które w życiu nie marnowałbym swojego cennego czasu. Karały mnie — urwał raptownie, patrząc w dół, na koc, pod którym Marta już dawno temu złapała go za dłonie. — Co ty wyprawiasz, Warren?— Mów dalej — poprosiła go, przerywając delikatne gładzenie jego skóry kciukami. — Chyba cię nie biły?— Oczywiście, że mnie biły.— Ale nie wtedy, jak byłeś mały?— Żyjesz w świecie fantazji — prychnął. — Sierociniec to nie Hogwart, gdzie kary fizyczne stosuje się w ostateczności. Razy dostawało się niezależnie od wieku. Tak się składa, że tylko wtedy te żałosne babska miały odwagę podnieść na mnie rękę. Miałem potężną magiczną moc, odkąd tylko pamiętam, ale dopiero po szóstym roku życia całkowicie nad nią zapanowałem, o czym jedna z nich przekonała się tak, że już żadna nie odważyła się zostawać ze mną sam na sam — powiedział z drapieżnym uśmiechem. Tak pogrążył się we wspomnieniach, o czym świadczyły iskrzące się z zadowolenia oczy, że nie zwrócił uwagi na Martę opierającą głowę na jego ramieniu. — Wrzeszczała jak zażynana świnia, chociaż nie zrobiłem jej niczego szczególnego…— I potem przestały cię karać, tak?— Nie — odparł z jawnym rozczarowaniem, że nie zainteresował jej sposób, w jaki dokonał zemsty. — Po prostu karały mnie inaczej. Nie dostawałem jedzenia. Omijały mnie drobniaki, które inne dzieci dostawały na święta. Tak jakby miało mnie to ruszyć, tak jakbym po prostu nie brał tego, co sobie potem kupiły… Dzieciaki same w sobie też były żałosne, wręcz histeryczne. Bały się wszystkiego, łącznie z cieniem na ścianie. Kiedy ktoś mi się stawiał, doprowadzałem go do takiego stanu, że… — Odchrząknął nerwowo. — Przesadzasz, Warren.— Nie robię niczego złego — mruknęła, walcząc z chęcią uśmiechnięcia się mimo przysłuchiwania się ponurej opowieści. Trochę zajęło mu zauważenie, że wtuliła się w jego bok i przepasała go ręką w pasie. — Mów dalej.— Nie.— Dlaczego?— Bo nie — uciął, odtrącając ją. — I co, to jest ta wielka troska, czułość? Ta miłość, do której tak desperacko wzdychasz, bo twoja żałosna mugolska mamusia nie odpisuje na listy?— Troska? Tak. Żadne dziecko nie powinno wychowywać się w sierocińcu, a już tym bardziej nie powinno odmawiać mu się jedzenia i bić go bez powodu — powiedziała ze współczuciem, nie pozwalając mu się sprowokować. Nawet jeśli opiekunki miały przesłanki, aby wymierzać małemu Tomowi kary, ona sama nie wierzyła, że przemoc jest dobrym rozwiązaniem problemów behawioralnych. — Czułość też, oczywiście — dodała szybko, widząc, że przygotowywał się do wtrącenia swoich trzech groszy. Znów złapała go za dłonie i ścisnęła je mocno, pokrzepiająco. — Ale nie, nie miłość.Oczy Toma zwęziły się.— Trochę na to za wcześnie — bąknęła, niepewna, co stało za jego reakcją. — Ale nie… Hm, nie miałabym nic przeciwko okazaniu ci trochę więcej tej czułości.Jego wyraz twarzy nie uległ zmianie, wciąż jednakowo podejrzliwy i skupiony.— Tylko trochę — dodała.— Jak?Marta nie wiedziała, jak ująć w słowa to, do czego podżegało ją opętanie, więc po prostu zbliżyła się do niego. Przymknęła oczy zbyt wcześnie, gwałtownie wytrącona z równowagi przez jego przeszywające, nieufne spojrzenie, a gdy wreszcie napotkała na swej drodze aksamitnie miękkie, rozchylone w gotowości wargi, przypadkiem stuknęła się zębami z Tomem, który przerwał grobową ciszę parsknięciem jej śmiechem w twarz.— Miałem wtedy rację, Warren — powiedział, gdy odsunęła się od niego, poczerwieniała z zażenowania. Miała ochotę zapaść się pod ziemię na widok przegrywanej z kretesem walki toczącej się w kąciku jego ust. — Cierpisz na zaawansowane upośledzenie intelektualne. Cierpi na nie każdy, kto uważa wizytę u dentysty za czułość .— Och, Boże — jęknęła. — Zamknij się.Pocałowała go raz jeszcze, uśmiechając się lekko. Nie zdziwiło jej to, jak szybko naparł na nią z zamiarem przejęcia kontroli; niewiele brakowało, aby mu uległa, lecz na moment przed przekroczeniem tej granicy udało się jej wymamrotać ciche „nie”. Uspokajająco pogładziła ramiona Toma, podążyła w dół bicepsa, niedużego, ale wypukłego, i złapała go za dłonie. Jego palce zalęgły się drętwo między jej palcami, bierne i stawiające opór. Zirytował ją tym brakiem współpracy, więc pozwoliła sobie powoli przelewać w głęboki pocałunek wszystkie przeżywane wcześniej emocje: współczucie, poczucie niesprawiedliwości, chęć zaopiekowania się nim, a on przyjmował je kolejno z coraz większym zainteresowaniem.— I jak? — spytała, zdejmując dłoń, która nie wiedzieć kiedy wylądowała na jej talii. Ona sama znów uczepiła się jego koszuli, więc wypuściła ją z garści, z rosnącym niepokojem zaglądając na okrytą cieniem twarz Toma. — Jak wrażenia?— Miałkie.— Nieprawda — obruszyła się nie na żarty. — Kłamiesz.— Nie.Pokręcił głową z tak drwiącą, wyzywającą miną, że zapragnęła utrzeć mu nosa. Ujęła jego twarz w dłonie i znów go pocałowała, tym razem w każdy najdrobniejszą pieszczotę warg wkładając coraz to inne emocje. Bez końca wyobrażała go sobie samotnie snującego się po sierocińcu, niezrozumianego i odtrąconego. Pasowali do siebie jak ulał, ona: zapomniana przez matkę i opuszczona przez ojca, on: osierocony chłopak. Widziała go w tych jego znoszonych koszulach, otoczonego przez fałszywych przyjaciół z wyższych sfer, a choć niekoniecznie uważała, że ktoś tak okrutny zasługiwał na prawdziwych, zapragnęła dać mu swoją przyjaźń. Przywoływała wspomnienie tamtego razu w Zakazanym Dziale, gdy instynktownie rozluźnił się pod jej dotykiem na moment przed tym, jak zaskoczenie własną reakcją wznieciło w nim iskrę gniewu. Tom nie rozumiał ciepła, bo nikt nigdy nie próbował mu go dać, a ona zapragnęła okazać całą tę czułość, którą od lat nosiła w sercu, a która tylko czekała na kogoś takiego jak on. Gdyby tylko zechciał zobaczyć świat w choć odrobinę zbliżony do niej sposób, mogłaby stać się jego rodziną, przyjaciółką, ukochaną…Gdy odsunęła się, zdesperowana, aby zaczerpnąć oddechu, z gardła Toma wyrwał się niski, chrapliwy dźwięk. Dopiero po namyśle doszła do wniosku, że brzmiał łudząco jak jakieś słowo.— Mówiłeś coś?Potrząsnął głową z zamglonym spojrzeniem, przyciągając ją do siebie. Tym razem to on prowadził, łapczywie spijając z jej ust nie tylko to, co chciała mu dać, ale i wszystkie jej lęki, kiełkujące zauroczenie, naznaczone resztkami bezradności przywiązanie, teraz smakujące chęcią znalezienia w nim kogoś, kto stanie się jej ostoją, jej bratnią duszą, nawet jeśli w przyszłości miałaby przypłacić za to śmiercią.— Więcej.Tym razem się nie przesłyszała. Wypowiedział te słowa szeptem, z twarzą zanurzoną w jej włosach, owiewając jej ucho ciepłym, nierównym oddechem, który podziałał na nią niczym afrodyzjak.Nie spełniła rozkazu, jako że żaden nie padł. Spełniła prośbę, pozwalając, żeby Tom wciągnął ją sobie na kolana i przepasał ją rękami w talii, podczas gdy ona zasypywała go płynącymi prosto z serca pocałunkami, na przemian pieszcząc go po karku i szukając własnej rozkoszy pośród jego nieziemskich loków.Nie wiedziała, czy ten moment trwał tak długo, że straciła poczucie czasu i kontakt z rzeczywistością, lecz gdy ocknęła się z transu, znów leżała na plecach, a usta Toma przesuwały się wzdłuż linii jej szczęki, musnęły ucho i podążyły w dół, żeby docisnąć się do skóry jej szyi i wymamrotać prosto w nią kolejne, odurzająco mrukliwe:— Więcej.Przeciwstawienie mu się kosztowało ją znacznie więcej, niż była w stanie sobie wyobrazić. Lekkim pociągnięciem za włosy skłoniła go, żeby wrócił do jej ust i pocałowała go po raz ostatni.— Nie możemy — sprzeciwiła się słabowicie, ze zszokowania brzmieniem własnego głosu otwierając szerzej oczy. Wolała nie zastanawiać się nad tym, jak łatwo mógłby skłonić ją teraz do porzucenia wszystkich swoich wartości, gdyby tylko sobie tego zażyczył.— A jeśli umrzesz?Zmarszczyła brwi. Chcąc nie chcąc, bycie przyjaciółką Donny wiązało się z wysłuchiwaniem wszystkich niedorzecznych sposobów, na jakie chłopacy próbowali przekonać dziewczyny na pozwalanie im więcej i więcej, lecz coś takiego mogło paść tylko z ust Toma.— A jeśli śmierć rozdzieli mnie i moją ukochaną ? — kontynuował, tym razem nie kłopocząc się zamaskowaniem kpiny, i pociągnął za jej ostatnią oklumencyjną wić.— Jak śmiesz! — wyszeptała ze wzburzeniem, spychając go z siebie z zaskakującą siłą, i natychmiast zabrała się za reperowanie wyrządzonych przez niego szkód. Gdy stanęła na równych nogach, zarzuciła na ramiona koc w nadziei, że pomoże ukryć jej roztrzęsienie. — Nie możesz tego robić! Boże, nie mogę mieć nawet spokoju we własnej głowie?— Po co ci spokój? Masz coś do ukrycia, Warren?Zauważywszy na jego twarzy zaczątki podejrzliwości, nakazała sobie oprzeć się panice. Nie miała wątpliwości, że pozbyła się go przed sekundą, bo jej na to pozwolił, nawet jeśli teraz zdawał się mieć co do tego wątpliwości.— Mam — rzuciła napastliwie, odwracając się do niego plecami, żeby przerwać kontakt wzrokowy. — Swoją głupotę. Chryste, to niewiarygodne… I co, nacieszyłeś się moją naiwnością? Po to to robisz, tak? Żeby sprawdzić, na ile wyprałeś mi już mózg?— Musiałem sprawdzić twoje motywy — odparł, kładąc jej dłonie na ramionach, i nachylił się nad nią, żeby szepnąć jej do ucha: — Dlaczego jesteś przekonana, że możesz umrzeć?— Życie wieczne jest nierealne.— Ależ jest… i doskonale o tym wiesz.— Tom.— Jesteś małą żmiją — powiedział po namyśle. — Manipulujesz mną.— Przestań przekręcać prawdę — poprosiła, odwracając się ku niemu. Wykrzywiony gniewem grymas na jego twarzy przyprawił ją o błyskawiczny skok pulsu. — Widziałeś, czym się kierowałam. Moje intencje były czyste, nieważne, co teraz próbujesz sobie wmówić, żeby stworzyć między nami dystans.— Może i tak — przyznał martwym głosem — ale nie czujesz ich w pełni.— I nie będę czuć w pełni tak długo, jak długo będziesz o krok od zamordowania wszystkich ludzi wokół mnie. Nawet gdybyś wtargnął teraz do mojej głowy, nie miałbyś szans tego zrozumieć. To, co do ciebie czuję, nie jest normalne. Te uczucia nie powinny istnieć. Są… Przeczą logice. Powinnam cię nienawidzić. Powinnam od ciebie uciekać. Powinnam… Powinnam brzydzić się tobą, twoim dotykiem, bo jesteś okrutny, jesteś tak zły, że nie powinnam widzieć w tobie człowieka, tylko diabła, i…Gdy drżący od emocji głos uwiązł jej w gardle, spostrzegła, że oczy miała pełne łez. Tom uwięził ją w swoich ramionach, wolną ręką gładząc ją po włosach w tak osładzający rzeczywistość sposób, że wbrew wszelkiemu rozsądkowi ta pieszczota stanowiła balsam na jej rany.— Wiem — powiedział. — Powinnaś widzieć we mnie kogoś, kto cię zabije.Nabrał głębokiego wdechu, delikatnie ujmując ją pod brodę, żeby zmusić ją do spojrzenia mu w oczy. Otarł jej śliskie od łez policzki, przyglądając się jej z dziwnym wyrazem twarzy. Przywodził jej na myśl sentymentalną radość z odnalezienia na strychu zapomnianej zabawki, ustępującą na rzecz zrezygnowania w momencie spostrzeżenia, że nie tylko nie wyglądała tak wspaniale, jak w dziecięcych wspomnieniach, ale i nie nadawała się już do niczego.— Jeśli masz rację, umrzesz — powiedział łagodnie — za to wszystko, co mi dziś zrobiłaś.Nie odezwała się ani słowem, gdy odwrócił się i sztywno wymaszerował z pokoju wspólnego, najwyraźniej zapomniwszy o incydencie z Olivią. Marta ciaśniej opatuliła się kocem, wspinając się po krętych schodach na balkon wieży Ravenclawu, gdzie nacieszyła oczy srebrzystą taflą jeziora, zanim dobyła miotły i udała się na spotkanie z profesorem Dumbledore’em.

----- CHAPTER BREAK -----

Mimo późnej godziny, gdy drzwi profesorskiego gabinetu stanęły otworem, Dumbledore nie zdradzał żadnych oznak nagłego wyrwania ze snu. Miał na sobie oliwkowe szaty ozdobione haftowanymi złotą nicią gwiazdkami, twarz przyozdobioną typowym dla niego uprzejmym uśmiechem, a choć w pogłębionych zmarszczkach kryło się zmęczenie, wodnistoniebieskie oczy przejawiały bystrość gotowego na nowe wyzwania umysłu oraz szczyptę niepokoju, która ujawniła się, gdy przed wpuszczeniem Marty do środka omiótł spojrzeniem korytarz.
— Przepraszam, że nachodzę pana tak późno, ale…

— Nie ma żadnego powodu do przeprosin, panno Warren. Proszę, usiądź — powiedział, wskazując jeden z rzeźbionych, obitych fantazyjną tapicerką foteli ustawionych przed jego biurkiem. — Czy dobrze wnioskuję, że doszło między wami do niepokojącego, a może nawet nieprzyjemnego zdarzenia?

Marta usiadła, zostawiając komentarz dla siebie. Skoro Dumbledore niejednokrotnie już udowodnił, że doskonale wiedział, kiedy i gdzie zamierzała się z nim spotkać bez ówcześniejszego zapowiedzenia, musiał zdawać sobie sprawę, że miała za sobą tysiąckroć gorsze wydarzenia niż te dzisiejsze. Choć groźba śmierci układała się na ustach Toma niczym obietnica, w niezrozumiały dla niej sposób wciąż jawiła się mniej realnie niż wizja bycia przez niego porwaną i torturowaną, co stanowiło dla niej niejakie pocieszenie.

— Obawiam się, że nie jestem wystarczająco dobra w Oklumencji, profesorze — powiedziała, splatając dłonie na podołku. — Tom… cóż, znalazł niezawodny sposób na zdjęcie moich barier. To tylko kwestia czasu, aż dowie się o wszystkim.

Dumbledore pokiwał głową w zadumie.

— Rozumiem — odparł. Jego zachrypnięty głos zdradzał oznaki niedoboru snu. — Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałbym wiedzieć, w jaki sposób to osiąga.

— Ja… Wolałabym nie wchodzić w szczegóły — bąknęła, w duchu dziękując Bogu za to, że nie zrobiło się jej gorąco. — Po prostu prowokuje sytuacje, w których wzbudza we mnie mnóstwo różnych emocji, i nie wiem, po prostu zapominam o zachowaniu skupienia. Może gdyby nie był tak biegły w sztuce Legilimencji, byłabym w stanie go wyczuć, zanim będzie za późno… I jest jeszcze coś.

— Tak?

— Zgodnie z pańskimi przewidywaniami, uważa mnie za horkruksa, a ja… cóż, dla mnie to oczywiste, że nim nie jestem. Przyszłam tu, bo chciałabym poznać pana opinię w tej sprawie.

Dumbledore skinął głową.

— Nawet jeśli istnieje możliwość, że i Tom jej wysłucha?

— Prędzej czy później i tak odkryłby prawdę, nawet jeśli nie osiągnąłby tego za pomocą Legilimencji.

— W rzeczy samej — przyznał z cieniem smutnego uśmiechu na ustach. — Widzisz, panno Warren, Tom zawsze żywił przekonanie, że magia nie ma granic. Sam jestem skłonny do pewnego stopnia przyznać mu rację, choć dla mnie zawsze było jasnym, że bezgraniczność ta w żadnym wypadku nie nadaje czarodziejowi mocy wręcz Boskiej. Jak sama doskonale wiesz, czarna magia daje ludziom nią skażonym możliwość zniewolenia innej osoby, torturowania jej, nawet pozbawienia życia. Biała magia natomiast, choć według założeń Toma powinna, nie posiada możliwości odwrócenia szkód wyrządzonych przez czarną. Możemy wyswobodzić ofiarę spod działania

Imperiusa

, załagodzić powikłania po

Cruciatusie

, ale tak naprawdę nie jesteśmy w stanie odwrócić śmierci — kontynuował, pochyliwszy się ku niej nad biurkiem. — Magia płynąca z najczystszego serca wie, że wyrwanie człowieka z zaświatów, zmuszenie jego duszy do powrotu na ziemski padół byłoby aktem samolubnym i okrutnym. Kres więc nie tylko istnieje, ale i jest wyraźnie zarysowany, z czego Tom doskonale zdaje sobie sprawę. Walka między dobrem a złem zawsze była nierówna, lecz wygląda na to, że magia pozwala czarnoksiężnikom na przekraczanie coraz to bardziej niewyobrażalnych granic, co samo w sobie stanowi niejaki dowód na to, że w istocie możliwe jest stworzenie żywego horkruksa. Czy domyślasz się dlaczego, panno Warren?

Oczywiście, że wiedziała.

— Bo jest jeszcze większym aktem zła — powiedziała przez ściśnięte gardło. — Zawiera w sobie wszystkie trzy aspekty. Zniewolenie, bo jest się na łasce osoby, która zaszczepiła w nas horkruksa. Torturę, bo spędza się każdy dzień w świadomości, że na zawsze utraciło się cząstkę siebie w podobny sposób, co duchy.

— Czy Tom wyjawił ci, w jaki sposób tworzy się horkruksy?

— Nie, ale… skłamałabym, gdybym powiedziała, że się nad tym nie zastanawiałam. Jego wypowiedzi uchyliły tylko rąbka tajemnicy.

— To straszna, przerażająca magia — odparł z przejęciem, które na szczęście nie zawierało w sobie ani widzianej w nim niedawno dozy nieufności, ani wzburzenia jej ciekawością. — Życzę ci z całego serca, abyś nigdy nie skaziła swojego umysłu tymi potwornościami. Sam proces jest czasochłonny, wymaga nadludzkiego poświęcenia i poniesienia tak niebezpiecznych kosztów, że mało kto jest w stanie przebrnąć przez pierwsze etapy całego rytuału, który sam w sobie jest tak wstrząsający, że ostateczny akt tworzący horkruksa bladnie w porównaniu.

— Ale ostatecznym aktem jest morderstwo — powiedziała ze zmarszczonymi brwiami. — Życie wieczne nie może być bez ceny.

— A jednak — przytaknął cicho, pozbawiony wcześniejszej żywotności. — Miałaś całkowitą rację, mówiąc, że nie jesteś horkruksem. Choć twoje doświadczenie z tamtej feralnej nocy jest łudząco podobne do doświadczenia Toma, odczuwany przez was wtedy ból miał inne źródła. Dusza Toma została pierwotnie okaleczona wtedy, gdy stworzył pierwszego horkruksa, a odniesiona przez nią rana nigdy się nie zasklepiła. Jest to niemożliwe bez prawdziwie szczerego pożałowania własnych czynów, które prowadzi do złączenia się duszy w jedność — wyjaśnił. — Przeżywana wtedy przez niego agonia była wywołana brutalnym aktem kolejnego podziału jego duszy. Widzisz, horkruksy do pewnego stopnia chronią ciało przed zniszczeniem, dlatego są z nim związane. Jego dusza rozerwała się raz jeszcze, tak aby jego cząstka mogła pozostać w chronionym ciele, a reszta zagnieździła się w tobie. To właśnie z tego powodu Tom utwierdził się w obsesyjnym przekonaniu, że stałaś się jego częścią.

— Rozumiem — odparła głosem zduszonym przez ilość nowych informacji. — W takim razie dlaczego i ja wtedy cierpiałam? Na początku ból był straszny, myślałam, że umieram, ale potem zelżał… Stał się prawie niezauważalny do momentu, aż Tom użył na mnie jakiegoś zaklęcia, które pozbyło się bólu raz na zawsze.

— Och, jakżebym chciał wiedzieć, co to za zaklęcie. Gdyby nie wady charakteru, Tom bezsprzecznie przysłużyłby się rozwojowi czarodziejskiego społeczeństwa — powiedział ze śladem uznania. — To prawdopodobne, że sam odczuwał podobne dolegliwości, gdy stworzył horkruksa, i poświęcił się wynalezieniu zaklęcia, które uwolniłoby go od konsekwencji własnych czynów. Zakładam, że użył go i na tobie. — Nabrał głębokiego wdechu. — Jak wspominałem już wielokrotnie, niemożliwym jest posiadanie niezachwianej pewności w tak niezbadanych rejonach magii, niemniej jednak mam powód podejrzewać, że odczuwany przez ciebie ból był wywołany padnięciem ofiarą duszy Toma, która broniła się przed czymś, co uznała za pasożyta w swoim ciele.

Marcie zabrakło słów.

— Czy mogłam wtedy zostać zabita, profesorze?

— Obawiam się, że to jedno z tych pytań, na które nigdy nie poznamy odpowiedzi — powiedział ze spokojem i opadł na oparcie skórzanego fotela. — Mogę ci jednak powiedzieć, że nie uznaję tego za nieprawdopodobne. Można bezpiecznie założyć, że skoro w naturze występują osobniki pożywiające się duszami, istnieje cień szansy, że dusza może ulec zniszczeniu z rąk innej, szczególnie należącej do kogoś takiego jak Tom. — Wyjął coś drobnego z szuflady biurka i obrócił kilkukrotnie między palcami. Położył knuta na blacie biurka i przesunął go w stronę Marty. — Uważam wymyślony przez pana Longbottoma sposób komunikacji za niezwykle trafiony. Masz możliwość wycofać się w każdej chwili, panno Warren. Jeśli tylko Tom da ci powód, aby sądzić, że znajdujesz się w poważnym niebezpieczeństwie, zgodnie z obietnicą zapewnię ci schronienie.

— W jaki sposób? — spytała, biorąc knuta. Z opierającym się logice sentymentem pomyślała, że gdyby był to galeon, ze względu na lepkie ręce Toma cały plan mógłby spalić na panewce.

— Chciałbym, aby było inaczej, lecz zaklęcie Fideliusa to w waszym przypadku jedyny niezawodny sposób. Niemniej jestem gotów zakląć w swej duszy tajemnicę twojego miejsca pobytu, jeśli tylko sytuacja nas do tego zmusi.

— A więc mogę być uwięziona albo u boku Toma, albo w kryjówce — powiedziała z ponurym uśmiechem. — Ale tak, wiem, że ma pan rację.

— A ja wiem, że te słowa niewiele znaczą, lecz wierz mi, że płyną z głębi serca: jest mi z tego powodu przykro, panno Warren. Chciałbym, żebyśmy nie znajdowali się w sytuacji, gdzie konieczne jest przeprowadzenie rozmowy o tak ograniczonych wyborach co do twojej przyszłości.

Marta chciała coś powiedzieć, ale w głowie miała pustkę. Podniosła się więc z fotela, wsuwając knuta do pustej kieszeni, i pożegnała się cicho ze zmartwionym profesorem Dumbledore’em, który odprowadził ją do drzwi.

Nie mając innego wyboru, ostatni dzień przed balem spędziła na snuciu się za Olivią w podejrzany u Abraxasa sposób. Był mistrzem w nieustannym posiadaniu Toma w zasięgu wzroku, równocześnie trzymając się na dystans, a przejęcie tej strategii na własność umożliwiło jej upewnienie się, czy aby przypadkiem Hornby nie padnie ofiarą jakiegoś potwornego „wypadku” o najgorszych możliwych konsekwencjach. Na szczęście, mimo bacznych obserwacji otoczenia, Tom ani razu nie pojawił się na horyzoncie. Wyglądało na to, że wymierzenie wyroku zostało odroczone w czasie albo całkowicie zapomniane, co nie zdziwiłoby Marty, zważywszy na to, że Tom zdawał się być bardziej zainteresowany zabiciem właśnie jej.

Następnego ranka wciąż nie zdecydowała, co począć ze sprawą Bagshota. Im dłużej spoglądała na jego zadowoloną gębę, tym bardziej skłaniała się ku ogłuszeniu go zaklęciem, zepchnięciu go ze sceny i wyczyszczeniu mu pamięci, a następnie udawaniu, że nie ma pojęcia, gdzie zniknął na chwilę przed kulminacyjnym momentem przedstawienia. Wraz z nadejściem południa i zapoznaniu się z dotąd jej nieznanym skrajem cierpliwości zdecydowała, że lepszego planu nie wymyśli.

Zapadnięcie zmroku uwydatniło pierwsze oznaki napięcia malujące się na twarzach członków kółka teatralnego. Profesor Beery miotał się z kąta w kąt, doglądając ostatnich szczegółów kostiumów, rekwizytów i sprawdzając mechanizm obrotowej sceny, nawoływana przez niego Donna biegała za nim, zaczerwieniona i spocona, natomiast aktorzy grający główne role zbili się w ciasną grupkę, żeby tysięczny raz przećwiczyć kwestie. Bagshot oczywiście był zainteresowany wszystkim dookoła, byleby nie pochylić się wraz z dziewczynami nad scenariuszem, Olivia na przemian ignorowała istnienie Marty i zwracała się do niej oficjalnym, grzecznościowym tonem, co w jej wykonaniu chyba miało stanowić dziwną, naznaczoną dumą i niechęcią skruchę. Niezależnie od opinii Toma, Marcie to wystarczało, więc dostosowywała się do zmiennych warunków, nie chcąc dopuścić, aby doszło między nimi do kolejnej scysji.

Gdy Donna sfinalizowała ostatnie poprawki, dłonie Marty pokryła cienka warstewka potu. Nigdy,

przenigdy

nie dostała żadnej wymagającej roli, Beery ustawiał ją w kącie sceny czy w ostatnim rzędzie, w dodatku tak, żeby Alfred ją zasłaniał, a teraz miała odgrywać główną rolę?

Była szalona! Boże, jak mogła wpaść na tak idiotyczny pomysł!

— Połamania nóg — powiedziała Donna, schodząc ostrożnie z podestu. — I uważaj na Bagshota!

— Uważaj na Bagshota? — powtórzyła spanikowana Marta. — Co? Dlaczego? Donna! — pisnęła, ale koleżanka z przepraszającą miną oddaliła się w kierunku bladego jak płótno Beery’ego, który dyskretnie wyglądał zza czerwonej kurtyny, z pewnością na swoich wpływowych znajomych z Czarodziejskiej Akademii Teatralnej.

Marta miała ochotę zrobić trzy rzeczy równocześnie: zapaść się pod ziemię, omdleć ze stresu i zerwać z siebie ten niedorzeczny kostium, a w szczególności wydekoltowaną białą bluzeczkę utrzymywaną w miejscu przez czarny gorset, który utrudniał jej oddychanie. Zawsze fantazjowała o noszeniu sukien z dawnych okresów, lecz marzenia te zostały brutalnie zweryfikowane przez ciągłe poczucie niedotlenienia.

Zza kurtyny rozległ się klekot otwieranych wrót, a za nim rozbrzmiał stukot setek par butów. Marta oddałaby wszystko, żeby móc przemierzać teraz Wielką Salę jako zwykła uczennica, idąc pod ramię ze swoim partnerem (w utopijnej, pozbawionej krwi i wizji śmierci wersji rzeczywistości byłby nim Alfred) i szukając wspólnie wolnych miejsc na widowni. Chciałaby po prostu móc usiąść, obejrzeć spektakl i dobrze się bawić, a nie żyć w strachu, jakie konsekwencje przyniesie jej rozwój najbliższych wydarzeń.

— Wchodzisz, Warren — burknęła Olivia. — Chyba cię nie spetryfikowało?

W rzeczy samej, Marta nie potrafiła wykonać choćby najdrobniejszego ruchu. Z paraliżu wyrwało ją pchnięcie w plecy, które wraz z padającym na nią światłem reflektorów podziałało na nią jak kubeł zimnej wody.

Przybrała wyćwiczoną, strapioną minę i wbiła paznokcie w uchwyt wiklinowego koszyka, obchodząc brzeg okrągłej sceny, wzniesionej w dawnym miejscu nauczycielskiego stołu. Starała się nie patrzeć na publiczność, wbijając wzrok w najczarniejsze punkty na horyzoncie, lecz nie potrafiła powstrzymać się przed przeszukiwaniem zalewu okrytych welonem mroku twarzy, żywiąc nadzieję na znalezienie w oczach Toma choć skrawka otuchy.

Odwróciła się, gdy rozległy się za nią kroki. Przebrana w szpitalnianą piżamę Olivia, grająca rolę Aszy, przypałętała się wydeptaną pośród spalonej słońcem trawy, smętnie patrząc po widowni, jakby na jej miejscu roztaczały się nieskończone połacie pagórków i lasów.

— Czy i wy, o najmilsze panie, szukacie drogi do Fontanny Szczęścia? — odezwała się Betty, która siedziała już w szacie żebraczki u podnóża góry, której szczyt nikł pośród zaczarowanego sklepienia.

— Tak, tak! — ucieszyła się zmęczonym głosem Olivia i podbiegła do niej chybotliwie. — Powiedz mi, jak ci na imię? I jak wiele już przeszłaś? Czy natrafiłaś na trop?

— Altheda — przedstawiła się Betty, gestem przywołując Martę, która przyglądała się ich dwójce z przeciwnego krańca sceny, niepewna i lekko przygarbiona niczym spłoszone zwierzę. — Włóczę się tędy od równiusieńkiej północy — przyznała bez entuzjazmu. — A wy, nieznajome?

— Asza. Przybyłam tu przed kilkoma godzinami i choć myślałam, że poczyniłam wielkie postępy, dałam się zwieść tym bezkresnym polanom i pagórkom — wyjaśniła Olivia, omiatając gestem horyzont, i z udręczonym westchnięciem umościła się obok Betty na kamieniu.

— Amata — przedstawiła się Marta, zauważywszy spojrzenie żebraczki. Podzieliła się z dziewczynami chlebem z koszyka i machnięciem różdżki przyzwała z nicości dodatkowe dwa kufle, a następnie uzupełniła je sokiem żurawinowym. — Czyście widziały ją kiedyś? Fontannę?

Betty pokręciła głową podczas wgryzania się w piętkę.

— Nie widziałam, ale mój brat był tam i mówił, że prawdziwa — odezwała się Olivia, ocierając zaczerwienione usta wierzchem dłoni. — Musicie mi uwierzyć, że został obdarzony dobrą fortuną. Rok minął, a ani śladu już po klątwie, która według uzdrowicieli miała odebrać mu życie! — Złapała dziewczyny za ręce i zaproponowała: — Sprzymierzmy się! Tak będzie nam łatwiej!

— Och, jaka wspaniała propozycja! — ucieszyła się Betty, która odzyskała siły po napełnieniu żołądka, i zerwała się z kamienia. — O, Aszo, czy twój brat dał ci jakie wskazówki?

— Wiele! — Olivia pociągnęła je za sobą, narzucając żwawe tempo podczas chodzenia z jednej strony sceny na drugą. — Powiedział, że najpierw należy znaleźć niekończące się wzgórze, a gdy już się na nim znajdziemy, powinnyśmy dostrzec mury otaczające sekretny ogród. To w nim znajduje się Fontanna, przyjaciółki!

— Niekończące się wzgórze? — spytała bez przekonania Marta, jako jedyna niechętnie powłócząc nogami. — Jeśli naprawdę nie ma końca, nie znajdziemy Fontanny. Przecież znajduje się u szczytu!

— To prawda — zgodziła się Betty, przystając.

— Czy nie rozumiecie? To test! — wykrzyknęła niecierpliwie Olivia. — Nie wierzę, że to ja, obłożona nieuleczalną dolegliwością, mam w sobie najwięcej siły walki. Ty — zwróciła się do Betty — po tobie widać, dlaczeguż szukasz drogi do Fontanny. Jesteś żebraczką, czy nie? Oczekujesz fortuny?

— Zostałam oszukana — zwierzyła się tamta z pochyloną w zawstydzeniu głową. — Czarnoksiężnik okradł mnie i upokorzył przed całą wioską, nim zdążyłam uciec z tamtego potwornego miejsca. Gdy zostałam bez pieniędzy, przyjaciele odwrócili się ode mnie, a utracony honor sprawił, że rodzina wyrzekła się mnie tak szybko, jakbym nigdy nie przyszła na świat. Szukam Fontanny, owszem, dla pieniędzy, ale nie dla fortuny. Chcę po prostu wyjść z biedy i towarzyszącej jej nędzy.

— A ty? — zwróciła się Olivia do Marty. — Z tobą jest wszystko w porządku. Jesteś dobrze odżywiona, twoje włosy lśnią zdrowo, cerę masz piękną — tu warga zadrżała jej w grymasie — a ubranie, choć niewyrafinowane, świadczy, że wiedziesz wygodne życie, nawet jeśli nie opływa w luksusy. Powiedz no, czego taka panna jak ty może chcieć od Fontanny?

— Moja to wiedza i tylko moja — odparła Marta, łapiąc za poły bordowej spódnicy, żeby wyminąć dziewczyny na dróżce obrośniętej z obu stron niskimi krzewami. — Jeśli naprawdę chcemy ją znaleźć, nie powinnyśmy marnować sił na pogaduszki.

— Powiedz, przecie nikomu nie wydamy twoich sekretów! — poprosiła ją Betty, doganiając ją półbiegiem. Marta zmieniła kierunek i utkwiła strapione spojrzenie w zaczarowanym wzgórzu, obierając je za cel. — Twój ból jest z nami bezpieczny.

— Ja… Zostałam wzgardzona — powiedziała, a gdy wszystkie trzy postawiły już stopy na pochyłym gruncie, napięła mięśnie w przygotowaniu na ruch. Wzgórze ożyło, powoli okręcając się wokół własnej osi, gdy dziewczęta rozpoczęły wspinaczkę. — Mój ukochany zostawił mnie dla innej.

— Nie mów mi, że chcesz go z powrotem! — obruszyła się Olivia, zakasując długie rękawy szpitalnianej koszuli. — Taki mężczyzna nie jest wart złamanego knuta!

— Moje serce go pragnie — wyjawiła płaczliwym głosem Marta, z wyinstruowaną przez Beery’ego przesadą ukrywając twarz w dłoniach, bo nigdy nie udało się jej opanować sztuki rozpłakania się na zawołanie. — Nic na to nie poradzę, że tak jest! Lecz wiem… Mój umysł wie, że lepiej zostawić go za sobą. Dlatego planuję poprosić Fontannę, aby dała mi wytchnienie od tego cierpienia, od wiecznej tęsknoty, od bycia nawiedzaną w snach przez jego twarz, jego dotyk…

Pozwoliła, aby Betty objęła ją ramieniem, i szły tak razem w ciszy przerywanej pochlipywaniami Marty oraz pełnymi udręczenia sapnięciami schorowanej Olivii. Podczas gdy tak naprawdę poruszały się w miejscu, magicznie zasadzone za sceną krzewy, drzewa i inne elementy krajobrazu zmieniały położenie, padające na nie światło przechodziło barwą z jasnożółtej na coraz głębsze odcienie pomarańczu, a powolne obroty wzgórza przywiodły ze sobą niewielki mur, który zaczął oplatać obniżający się szczyt, nabierając rozmiarów z każdym przebytym przez dziewczyny krokiem.

— Miałaś rację! — wykrzyknęła Betty, wskazując na mur. — Szybko! Jesteśmy już tak blisko!

Marta złapała Olivię pod rękę i pomogła jej pokonać odległość dzielącą je od bramy strzeżonej przez przebranego w prostą zbroję Alfreda. Na ich widok przybrał iście żołnierską, sztywną pozycję, bezsprzecznie powstrzymując się od wyszczerzenia zębów na widok Marty, przez co przypomniał jej wcześniejszą tremę.

Wydał znak do podniesienia kraty, a gdy dziewczęta weszły na teran ogrodów, mur wraz z Alfredem powoli zniknęli, gdy kolejne okrążenie wzgórza przeniosło ich na niewidzialną dla widowni stronę sceny. Na ich miejsce za to wzniosły się gęste, zasadzone w zygzakowatych wzorach żywopłoty, między którymi przechadzali się poboczni aktorzy przebrani w wyrafinowane stroje, rozprawiając między sobą przyciszonymi głosami.

— Gdzie teraz? — spytała Marta, zastąpiwszy wcześniejsze zwątpienie szczerze rozradowanym uśmiechem.

— Jesteśmy na miejscu — odparła Olivia i wzruszyła ramionami, gdy Betty ponagliła ją spojrzeniem. — Myślę, że teraz wystarczy nam ją już tylko znaleźć.

— Naprawdę myślisz, że jest… tutaj? — upewniła się Betty, obserwując otaczających ich ludzi. — Pośród tych wszystkich mugoli?

— O, popatrzcie — wtrąciła Marta, wyciągając szyję w powrotnym kierunku. — Tam jest ławka. Staniemy na nią i może uda nam się zobaczyć Fontannę!

Pomogła zgarbionej ze zmęczenia Olivii dotrzeć we wskazane miejsce, a gdy tylko wszystkie trzy wspięły się na ławkę, za ich plecami rozległ się głuchy trzask. Podczas gdy one ze skonsternowaniem przyglądały się rozprzestrzeniającej się wzdłuż wewnętrznej strony muru siatki pęknięć, Bagshot wychynął zza ukrytej części żywopłotów, przebrany w wypolerowaną do perfekcji zbroję, i zbliżył się do nich — co w jego wydaniu zadziwiające — w idealnym momencie.

Z pęknięcia wyskoczyły zaczarowane pnącza, pochwyciwszy wszystkie trzy czarownice, a na ułamek sekundy przed tym, jak zostały wciągnięte w inny wymiar, Marta złapała Bagshota pod ramię i porwała go ze sobą.

Wzgórze odwróciło się błyskawicznie, ukazując świeżo przygotowaną przez Beery’ego część bujnych, tętniących magią ogrodów, w niczym niepodobnych do tych mugolskich. Spomiędzy płatków pękających dla nowonastałego świtu kwiatów wylatywały migoczące roje świetlików, owinięte wokół pni drzew żmijoptaki syczały swe nęcące melodie, a wystrzyżone na kształt wróżek krzewy tanecznym krokiem zmierzały ku obniżającemu się powoli szczytowi.

Marta wiedziała, że teraz musi zachować szczególną czujność. Moment zrealizowania planu zbliżał się wielkimi krokami.

— Coś ty narobiła?! — wykrzyknęła Olivia, z trudem podnosząc się na równe nogi. — Z jakiegoż to powodu go zabrałaś?! Tylko jedna osoba może się wykąpać w magicznych wodach Fontanny!

— W magicznych wodach? — zdumiał się Bagshot, kolejno pomagając dziewczynom wstać. — Czy wyście są wiedźmami, drogie panie? — spytał, choć odpowiedź stanowiła magia tkwiąca w otaczającej go wspaniałości natury. — Nie zamierzam konkurować z wami o dostąpienie tego zaszczytu. Ktoś o moim nazwisku, sir Luckless, nie ma najmniejszych szans na powodzenie w sprawie takiego kalibru.

Poprawił zbroję, choć znajdowała się w nienagannym stanie, lśniąca i bogato zdobiona, a po podniesieniu z trawy hełmu w kształcie lwa z otwartą paszczą rozejrzał się na wszystkie strony z lekką paniką, w poszukiwaniu muru, przez który tu przelecieli.

— Nie powinieneś rezygnować na samym starcie — powiedziała Marta, biorąc go pod rękę. — Sir Luckless trafił tu przeze mnie, owszem, lecz było to dzieło przypadku. Choć mam świadomość, że pomniejszam tym swoje szanse na obłaskawienie dobrym losem, wierzę, że ma równe prawo do wykąpania się w wodzie, co my wszystkie.

— Jest mugolem! — sprzeciwiła się Olivia. — W dodatku nic mu nie dolega!

Marta nie słuchała sypiącej się za nią listy kontrargumentów, ciągnąc za sobą uśmiechniętego półgębkiem Bagshota. Dyskretnie posłał jej oczko i ledwo dostrzegalnie wydął kilkakrotnie wargi na kształt posyłania jej widmowych cmoknięć. W Marcie zagotował się gniew, gdy poczuła, jak na jej policzki wstępuje rumieniec. Na szczęście kontynuowali wędrówkę na szczyt wzgórza, więc powtarzała sobie, że jej zaczerwienienie powinno zostać zinterpretowane jako efekt wysiłku, nawet jeśli Tom będzie miał inną opinię w tej sprawie.

Ścisnęło ją w gardle na myśl, że być może już go to nie obchodziło. Obsesja, jaką wytworzył sobie na jej punkcie, wynikała z domysłu, że dziełem okrutnego przypadku stała się horkruksem, lecz teraz, gdy zyskał powody do poddania tego w wątpliwość, równie dobrze mogła stracić dla niego całą wartość.

Ocknęła się z rozmyślań w momencie, gdy w Wielkiej Sali zapadła całkowita ciemność, a szmer zasuwanych kotar zgubił się pośród przyciszonych odgłosów kroków, wydawanych przez profesora Beery’ego poleceń i krzątaniny osób, które wprowadzały zmiany na szczycie wzgórza. Gdy wspinający się na nie Hagrid zasłonił ją i Bagshota, a Olivia wraz z Betty ustawiły się na odpowiednich miejscach, Marta wcisnęła różdżkę w szparę pod podłokietnikiem Bagshota i rzuciła na niego niewerbalne

Stupefy.

Gdyby nie znajdowali się na granicy życia i śmierci, z pewnością zawaliłaby się pod jego ciężarem, lecz poczucie wagi sytuacji wspomogło ją rezerwami napędzanej adrenaliną siły, dzięki której udało się jej niepostrzeżenie upchnąć jego bezwładne ciało w najbliższym żywopłocie. Wymamrotała jeszcze szybkie

Obliviate

i zakasała spódnicę, pędząc łeb na szyję, aby stanąć u boku dziewczyn.

Kurtyna rozsunęła się, światła rozbłysły, a główne reflektory padły na przebranego w kostium ogromnego, białego popiełka Rubeusa. Jego zaczerwienione policzki i rozbiegane, czarne jak pancerz żuka oczy świadczyły o tym, jak intensywnie żałował zgodzenia się na dołączenie do kółka teatralnego.

— Żądam dowodu bólu waszego — zagrzmiał bełkotliwie, nawet nie zauważając, że na scenie brakowało jednego aktora.

Dziewczyny stały jak wryte. Marta przytknęła dłoń do ust, widząc pośród cieni za kurtyną, jak profesor Beery bezwładnie osuwa się na podłogę. Betty zzieleniała ze stresu, lecz na szczęście Olivia utrzymała głowę na karku. Zgodnie ze scenariuszem zaczęła wymachiwać różdżką, a gdy wykorzystała każde zaklęcie w swoim repertuarze, padła na kolana i załkała, pokonana.

— Żądam owocu pracy waszej.

Wzgórze, na którym stały, ożyło, lecz tym razem obracało się kilkukrotnie szybciej. Betty wraz Martą zakasały rękawy, łapiąc Olivię pod ramiona, i nabrały tempa. Gdy niemożliwym stało się prześcignięcie prędkości obrotów wzgórza, poddały się, a Hagrid zadowolił się perlących się na ich czołach potem.

— Żądam skarbu przeszłości waszej — zagrzmiał raz jeszcze Hagrid, gdy kolejny obrót sceny wypchnął na przód zaczarowany strumień.

Mimo że Betty i Olivia już do niego wskoczyły, bez powodzenia starając się przedostać na drugą stronę, Marta stanęła jak wryta. Spod tafli wody wychynął sir Luckless z hełmem w kształcie paszczy lwa na głowie, zgodnie ze scenariuszem pomagając Olivii utrzymać się nad powierzchnią. Gdy spojrzał przez ramię, żeby machnąć pośpieszająco ręką, Marta rozpoznała w nim nie Bagshota, a Alfreda.

— Co ty tu robisz? — wyrwało jej się.

— Musisz mi wybaczyć, Amato — powiedział po dłuższym namyśle, dobrze udając zaaferowanie walką z silnym prądem. Ściskana w jego objęciach Olivia komunikowała wzrokiem, że uważa Martę za zdrowo potłuczoną. — Opuściłem was niepostrzeżenie, bo bałem się odniesienia kolejnej porażki, którą uważałem za nieuchronną. Ale jestem tu teraz, gotów, aby nieść wam pomoc… więc dołącz do nas.

Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Szum wody, jej chlupot podczas uderzania w zbroję Alfreda okazały się ziszczeniem najgorszych koszmarów Marty. Gdy patrzyła, jak silniejsza fala podmywa brodę Olivii, a nawet jej usta, czuła śliską wilgoć na własnej skórze, strumienie ześlizgujące się w dół gardła, żeby zalać chłodem jej ogarnięte palącym głodem płuca.

Trzęsła się coraz bardziej, nie potrafiąc oderwać wzroku od wody, której prąd wyłącznie w jej oczach nabierał na prędkości. Dopiero przetaczający się przez widownię skonsternowany szmer uświadomił jej, że wszyscy czekali na jej ruch. Nie było mowy, aby zamoczyła choć stopy w tym piekielnym strumieniu, więc uszczypnęła się dotkliwie w udo, a ból przywrócił jej odrobinę zdrowego rozsądku.

Wyczarowała kamienny stopień i stanęła na nim, wydobywając zaklęciem wspomnienie ostatniej rozmowy z profesorem Dumbledore’em. Srebrzysta wić pamięci zniknęła pośród fal, a wtedy spychający ich dalej od celu prąd ustał. Alfred wyniósł przelewającą mu się przez ręce Olivię na brzeg i delikatnie ułożył ją na trawie, podczas gdy Betty jako pierwsza odkryła, że wcale nie potrzebowała Fontanny do odmienienia swojego losu.

Podczas gdy pochylała się nad Olivią, nucąc pod nosem melodyjną, łacińską formułkę leczniczą, Marta gorączkowo rozmyślała nad sposobem niedopuszczenia do pocałunku. Gdyby tylko wiedziała, że Beery postanowi w ten sposób uratować przedstawienie, nigdy w życiu nie upchnęłaby Bagshota w żywopłocie.

Następne kwestie wypowiedziała w poczuciu niemal całkowitego odrealnienia, patrząc niewidzącym wzrokiem po przyjaciołach i widowni, a gdy Alfred złapał ją za rękę i ostatni raz przed punktem kulminacyjnym wciągnął ją za kurtynę, niewiele brakowało, aby puściła mu pawia na buty.

— Chryste, nieźle cię urządziła ta Olivia, co? — powiedział ze współczuciem; jego głos dobiegał ją jakby z zaświatów. — Ech, może lepiej nie powinniśmy o tym rozmawiać, cała aż zzieleniałaś… Ciekawe, co się stało z Bagshotem — zmienił niezręcznie temat, czym wcale nie pomógł jej się uspokoić. — Może zgodził się wziąć tę rolę tylko po to, żeby zrobić ze wszystkich pośmiewisko?

— Mmhm, pewnie tak — wymamrotała, schodząc z drogi pobladłemu profesorowi Beery’emu, który pędził z uniesioną różdżką, aby na dotychczas zajmowanym przez Hagrida szczycie wyczarować fontannę. — Alfred…

— Poczekaj, nie powinniśmy stać tam? — spytał, ciągnąc ją w miejsce, gdzie czekały już Olivia i Betty. — Co z tobą? — zaśmiał się cicho, gdy Marta z nieuwagi weszła prosto w zwisające nisko gałązki pnączy, które porastały podnóże wzgórza, i wyjął jej z włosów parę drobnych listków. — Już nie będzie żadnej wody, spokojnie. Przechodzi ci chociaż trochę?

— Ja… Tak — powiedziała, wpadając na szalony pomysł. — Tak, po prostu potrzebuję chwili.

— Byle krótkiej.

Alfred dołączył do dziewcząt na przodzie, a Marta bez chwili wahania podpaliła pnącza. Ogień nie tylko złapał się ich w mgnieniu oka, ale i rozprzestrzenił tak szybko, że jego języki dosięgły rozsuwanych kotar.

Z widowni poniosły się najpierw zaskoczone szmery, później okrzyki i piski przerażenia. Marta odskoczyła w bok, przez nieuwagę prawie spadając za kulisy, i podbiegła do przyjaciół. Popchnęła dziewczyny ku schodom, podczas gdy w stronę sceny szybowały pierwsze strumienie wody, lecz ręka Alfreda wyślizgnęła się jej z uścisku.

— Idź z nimi! — krzyknął, dobywając różdżki.

— Nie, chodź! Profesorowie sobie z tym poradzą!

Zignorował ją i pobiegł w kierunku gromadzącej się pod podestem grupy ochotników, która stała nieruchomo na tle przepychającemu się ku wyjściu stada roztrzęsionych uczniów. Marta popatrzyła ostatni raz na czerniejącą od płomieni trawę, kurczące się na popiół kwiaty i stające w płomieniach krzewy i drzewa, a następnie zbiegła ze schodów.

Odnalazła dziewczyny za kulisami. Betty podążała ślepo za Olivią, która zbierała wszystkich postronnych aktorów z zamiarem zaprowadzenia ich w bezpieczne miejsce, więc Marta dołączyła do niej, po drodze zgarniając spanikowaną, nieustannie odwracającą głowę w stronę płomieni Donnę.

— Mamy wszystkich? — rzuciła Olivia.

— Wszystkich poza Bagshotem — odparła nieobecnie Donna.

Marta stanęła niczym wryta w podłogę. Nie potrafiła się odezwać ani nabrać tchu, przerażona tym, co zrobiła.

— Czy ktoś w ogóle wie, co się z nim stało? — kontynuowała Olivia, wyprowadzając ich otwartym tajnym przejściem na mały dziedziniec, gdzie tłoczyło się już sporo uczniów. — Gdzie ten idiota zniknął? Warren, ty czegoś nie widziałaś?

Marta popędziła łeb na szyję z powrotem, przeskakując ponad rozsypanymi po podłodze rekwizytami, i chociaż starała się wejść na scenę, buchające ze szczątków wzgórza gorąco jej to uniemożliwiło. Mimo świadomości, że dzisiejszego dnia nie szczędzono jej wyłącznie niebezpiecznych pomysłów, zgięła się w pół i wślizgnęła pod metalowe rusztowanie podtrzymujące scenę, pędząc na drugi koniec. Pożałowała tego pomysłu niemal natychmiast, czując przenikające z góry niemiłosierne gorąco. Z nieuwagi parokrotnie sparzyła się na rozgrzanych elementach, lecz gdy wreszcie wychynęła po stronie widowni, dzięki łutowi szczęścia znajdowała się w jednym kawałku.

— Profesorze! — wykrzyknęła, potknąwszy się o czyjś but, gdy biegła w stronę stojącego z brzegu Slughorna. — Profesorze! Nigdzie go nie ma! Może tam być!

Podobnie jak reszta grona nauczycielskiego, zlany potem Slughorn kontynuował polewanie strumieniami wody sięgających już sufitu płomieni; popatrzył na nią kątem oka, strapioną miną bez słów zadając nieme pytanie.

— Philipiusa Bagshota! Nigdzie go nie ma!

Przekazał tę wieść dalej, a wtedy Marta zauważyła, że pożaru nie gasili wyłącznie pracownicy Hogwartu, ale i uczniowie oraz goście z Czarodziejskiej Akademii Teatralnej. Prefekci wszystkich domów słuchali poleceń profesorów, zbici w grupkę w bezpiecznej odległości od istnego piekła, jakie rozgorzało z ręki Marty.

Widząc, że nikt nie odważył się wejść na scenę, pękło jej serce. Nie wierzyła własnej głupocie, próżności i wyrachowaniu. Zamiast samej wycofać się z przedstawienia i ponieść tego konsekwencje, naraziła wszystkich na niebezpieczeństwo, a Bagshota wepchnęła prosto w objęcia śmierci. W imię czego? Zachowania twarzy? Niewygłupienia się? Dmuchania na zimne w obawie, że profesor Beery obniży jej stopnie, jeśli go zawiedzie?

Wyszarpnęła się z uścisku kogoś, kogo wzięła za Alfreda, lecz zamiast niego spojrzała w pełne chłodnej nienawiści oczy Abraxasa. Złapał ją raz jeszcze, tym razem tak mocno, że stawianie oporu okazało się bezcelowe, i wyprowadził z Wielkiej Sali. Gdy już znaleźli się na korytarzu, upewnił się, czy nikt ich nie widział, a następnie z wymalowaną na twarzy odrazą pchnął Martę na najbliższą ścianę.

— Nie masz prawa mnie tak traktować, Malfoy.

— Nie? — zdumiał się sztucznie. — Mogę robić, co mi się żywnie podoba.

— Tom…

— Tom — wszedł jej w słowo — ma cię już głęboko w dupie, rozumiesz? — Zbliżył się do niej powoli, z głową pochyloną jak u drapieżnika czającego się na ofiarę. — Nie pytałaś go, prawda? Widziałaś, że Nott i Goyle zostali ukarani, pewnie zastanawiałaś się, co zrobił mnie, mam rację? — Jego prychnięcie było tak głośne, że rozeszło się echem po korytarzu. — Jest mi niezmiernie przykro rozczarować takie brudne szlamiszcze jak ty, wierz mi, ale Tom nie zrobił mi dosłownie

nic.

Nawet nie podjął ze mną tego tematu. To

ja

jestem nietykalny.

Mimo że jeszcze przed chwilą jej uwaga rozdzielała się między tę rozmowę, pożar i przeinaczanie w świadomości śmierć Bagshota na jego zaginięcie, słowa Abraxasa trafiły ją do żywego. Gdyby nie on, Goyle i Nott nigdy nie uznaliby, że mają prawo jej dotknąć. To on był wszystkiemu winny, to on dokonał wtedy samosądu, a jednak nie poniósł za to żadnej najmniejszej kary.

— Zabolało? — dociekał z rozkoszą. — Myślałaś, że mu naprawdę na tobie zależy? Że jesteś wyjątkowa, bo wyróżnił tylko ciebie? Że zyskałaś jego

autentyczną

uwagę? — Abraxas obrzucił ją krytycznym spojrzeniem, z którego jasno wynikało, że w jego oczach nie była niczym więcej, a zwykłym śmieciem. — Nie wierzyłem, kiedy Tom mi mówił, jak żałosna naprawdę jesteś, ale teraz widzę, że jak zwykle miał rację.

— Tak? — wycedziła. — To dlaczego pocałował mnie, a nie ciebie?

Mimo że mina Abraxasa pozostała niezmieniona, wypełniona po brzegi nadludzką wręcz pogardą, jego oczy rozszerzyły się lekko.

— Kłamiesz — powiedział tylko, stawiając krok w tył.

Marta uśmiechnęła się pysznie.

— A może chcesz wiedzieć, co mówił o tobie? Przy tych wszystkich rzeczach nazywanie mnie żałosną jest wręcz komplementem!

— Jesteś szlamą — kontynuował, a choć starał się emanować swoim zwyczajowym poczuciem wyższości, w jego głos wkradła się nuta niepewności. — Tom nigdy w życiu by cię nie pocałował, w żadnym celu.

— Zrobił to. Więcej niż raz. I wiesz co? — spytała, bliska wybuchnięcia śmiechem, gdy pomaszerował w pierwszym lepszym kierunku. — Podobało mu się to. Chciał więcej.

Prosił

o więcej.

Abraxas odwrócił się ku niej tak błyskawicznie, że nie powstrzymała się przed odruchem zmrużenia oczu i wzdrygnięcia się, przygotowana na uderzenie. W istocie wykonał taki ruch, jakby był bliski zdzielenia ją wierzchem dłoni, lecz porzucił ten zamiar na dźwięk niosącej się zza rogu rozmowy.

— Łżesz — powiedział, wykonując tak gwałtowny skręt ku zejściu do lochów, że elegancka peleryna załopotała za nim głośno. — Tom tylko bierze.

Marta jeszcze przez chwilę wpatrywała się w jego niknącą w oddali sylwetkę, zanim uderzyła w nią niedorzeczność tej rozmowy. Uległa cisnącym się jej do oczu łzom i pobiegła z powrotem do Wielkiej Sali, gdzie napotkała wrota zaryglowane tak skomplikowanym zaklęciem, że nie poradziła sobie ze zdjęciem go. Ile sił w nogach popędziła więc na dziedziniec, zamierzając przedostać się do środka tym samym tajnym przejściem, które wcześniej umożliwiło im ucieczkę przed płomieniami, niestety na miejscu napotkała nieustępliwą, ignorującą jej błagania kamienną ścianę.

— Marto! — usłyszała za sobą stłumiony gwarem podnieconych rozmów krzyk Astry. — Co tam robisz sama? Chodź tu do nas, bo zmarzniesz!

Ułamek sekundy wystarczył, żeby łzy napłynęły jej do oczu. Wybuchnęła nito płaczem, nito śmiechem na widok grupki przyjaciół siedzących na murku krużganka niczym kury na grzędzie, opatulonych kocem w barwach Ravenclawu.

— Bagshot! — wykrzyknęła, bliska omdlenia z rozpierającej jej pierś radości. — Boże! Myślałam, że coś ci się stało! O matko, skąd on się tu wziął? — zwróciła się do Astry, gdy zauważyła, że zamglone spojrzenie i niewyraźna mina Bagshota wciąż przejawiały skutki uboczne wcześniejszego oszołomienia zaklęciem. — Gdzie był?

— Nie mam pojęcia, sam się tu przypałętał — odparła tamta, zerkając z niepokojem na siedzącego między nią a Donną kolegę. — Chyba jednak powinnyśmy zaprowadzić go do pielęgniarki. Najpierw myślałam, że jest w szoku, ale siedzi tak cicho, że to do niego niepodobne.

— Poczekaj — poprosiła ją Marta, gdy Astra podniosła się murka. — Wiesz, dlaczego Wielka Sala jest zamknięta? Próbowałam tam wejść, ale wrota są zaryglowane. Co się dzieje?

— Profesor Dumbledore kazał wszystkim prefektom wyjść, kiedy ogień rozprzestrzenił się tak bardzo, że nie dało się już oddychać — wyjaśniła, biorąc Bagshota pod rękę. — Nie wiem, co dalej, ale chyba nie mamy już co liczyć na ten cały bal. Skąd w ogóle wziął się ten przeklęty ogień? Widziałaś coś?

— Nie, w jednej chwili wszystko było w jak najlepszym porządku, a w drugiej całe wzgórze stało w płomieniach! — wyrzuciła z siebie błyskawicznie Marta, ciesząc się, że jej rumieniec zostanie przypisany panującemu na zewnątrz mrozowi. — Potrzebujesz pomocy?

— Nie, poradzę sobie.

Astra odeszła, powoli prowadząc skołowanego, klekoczącego zbroją Bagshota przez tłum, a Marta nie powstrzymała się przed wypuszczeniem z płuc ogromnego westchnienia najsłodszej ulgi, jaką kiedykolwiek w życiu odczuła. Opadła na murek między dziewczyny, które zarzuciły na nią koc, i zignorowała dziwne spojrzenia, jakimi została obrzucona ze wzgledu na rozświetlający jej twarz uśmiech. Zgromadzeni na dziedzińcu uczniowie mieli niewesołe miny, niektórzy przerażone, inni zdruzgotane wizją utraconego balu, więc w kontraście z nimi Marta promieniała wręcz niewiarygodnym szczęściem.

— Wszyscy wyszli z tej tragedii cało — powiedziała, starając się zarazić pozytywnym nastrojem pobladłą Betty i Donnę. — Powinnyśmy świętować!

— I świętować będziecie — odezwał się profesor Dumbledore, który pojawił się na dziedzińcu. Mimo kroplącego się na jego skroniach potu i umorusanej sadzą szaty, obdarzył tłum pokrzepiającym uśmiechem. — Pożar został opanowany i ugaszony, moi drodzy, nikomu też nie stała się krzywda. Koleje losu sprawiły, że Wielka Sala w obecnym stanie nie nadaje się do niczego, dlatego doprowadźcie się do porządku i zbierzcie na siódmym piętrze, naprzeciwko gobelinu przedstawiającego Barnabasza Bzika i jego taniec z trollami. Prefekci — zwrócił się do stojącego nieopodal Alfreda — proszę, przekażcie tę informację dalej.

— Chcą urządzić bal na siódmym piętrze? — zdziwiła się Betty. — Niby gdzie? Przecież żadna komnata poza Wielką Salą nie pomieści nas wszystkich!

— Prędzej udałoby im się urządzić bal na dziedzińcu — odezwała się humorzaście Olivia. — Nie mam pojęcia, na co wpadli, ale ktokolwiek podłożył ten ogień, zepsuł nam wszystkim wieczór.

Marta puściła te słowa mimo uszu, zbyt upojona poczuciem lekkości związanym z niedoprowadzeniem do niczyjej śmierci, aby przejmować się tym drobnym szczegółem. Owszem, nie istniało w Hogwarcie drugie równie dostosowane do tego wydarzenia miejsce, lecz gdyby dyrekcja nie wierzyła w możliwość doprowadzenia balu do satysfakcjonującego skutku, odwołałaby go.

— Jestem pewna, że zabawa będzie przednia — powiedziała, ciągnąc za sobą dziewczyny z powrotem do wieży Ravenclawu. — Donna, umalujesz mnie tak, jak obiecałaś?

— A dajesz mi wolność artystyczną?

— Pewnie!

Nikt nie krył zdziwienia, lecz gdy tylko pół godziny później Marta wyszła spod różdżki Donny, nie mogła zrobić nic innego, a wyrazić swoją wdzięczność za przemienienie jej w inną osobę. Gdy Marta patrzyła w lustro, nie widziała w nim już ładnej, skromnej dziewczyny, a wysoko urodzoną bohaterkę chwytającej za serce powieści. Jej ciemnobrązowe włosy zostały podkręcone i upięte srebrnymi spinkami, blada cera pozostawiona w nienaruszonym zbędnym jej pudrem stanie, a jasnoniebieskie oczy podkreślone tak gustownie i zarazem efektownie, że wręcz elektryzowały, przykuwając do siebie całą uwagę. W zestawieniu z przywodzącą na myśl zimowe morze kreacją wyglądała tak zjawiskowo, że podczas gdy reszta dziewczyn doskonaliła swoje wizerunki, Marta nie potrafiła oderwać wzroku od odbicia w lustrze.

— Chyba masz świadomość, że nie skończyłyśmy tego, do czego doszło między nami na jeziorze? — spytała półszeptem Olivia, gdy szły dwa kroki za dziewczynami podczas wychodzenia przez wrota z zaczarowaną kołatką. — Masz swoje pięć minut, więc naciesz się nimi, bo to ostatnie w twoim życiu.

Marta przymknęła oczy, nie chcąc, żeby wezbranie negatywnych emocji sprowokowało owiniętego wokół jej łydki węża do działania, a gdy je otworzyła, zamiast oklumencyjnego spokoju poczuła się tak, jakby znów stała na scenie przed publiczością. Wszystkie dziewczyny patrzyły to na nią, to na stojącego na zakręcie drewnianych schodów Toma.

— Chyba sobie z nas żartujesz — odezwała się wstrząśnięta Donna, która wyglądała, jakby równocześnie powstrzymywała się przed rozchichotaniem i chęcią zjechania po poręczy, żeby być pierwszą do przekazania tych wieści dalej. — To on? Z nim idziesz?

— Nie — odparła Marta na tyle głośno, żeby i on doskonale ją usłyszał, a następnie zwróciła się do Olivii stanowczym, nieznoszącym sprzeciwu półszeptem: — Tamten temat

jest

zamknięty, Hornby. Pogódź się z tym.

Olivia nie musiała się odezwać ani słowem, żeby jej opinia stała się jasna. Marta złapała poły sukienki i z wysoko uniesioną głową zaczęła schodzić ze schodów, wyklinając w duchu buty na obcasie, przez które nie mogła z satysfakcjonującą prędkością wyminąć zdradzającego pierwsze oznaki poirytowania Toma.

— Czego chciała od ciebie Hornby? — spytał, idąc obok niej z dłońmi wciśniętymi w kieszenie spodni.

Marta nie powstrzymała się, żeby ogarnąć jego strój kątem oka; miał na sobie dwurzędowy, czarny garnitur utrzymany w duchu minionej mugolskiej mody. Podczas gdy teraz najpopularniejsze były takie z poduszkami na ramionach i kwadratową talią, która miała nadać bardziej męskiego, militarnego wyglądu, garnitur Toma podkreślał jego szczupłą, wysoką sylwetkę, co przypadło ubolewającej nad tym Marcie do gustu. Gdyby nie wyglądał tak doskonale z tymi jego pięknymi czarnymi oczami, aksamitnymi lokami opadającymi na jedną stronę czoła i nie ciągnął za struny jej serca przez delikatnie przykrótkie rękawy marynarki, łatwiej byłoby jej wykląć go w trzy diabły.

— Nieważne.

Tom zmrużył oczy.

— Co znowu zrobiłem? — spytał napastliwie, sięgnąwszy po jej nadgarstek. Marta umknęła mu, gotowa spaść ze schodów, jeśli mogłaby dzięki temu uniknąć jego dotyku. — Nie denerwuj mnie, Warren. Nie dzisiaj. Mów.

— Doskonale wiesz, co zrobiłeś — odparła uprzejmym do bólu głosem, czując na plecach wzrok dziewczyn. — Nie urządzaj scen, Riddle. Nie jesteśmy tu sami.

— Jedyną osobą, która urządza jakiekolwiek sceny, jesteś ty. Na czele z wywołaniem pożaru, żeby uratować życie tego śmiecia, Longbottoma.

— Ciszej! — syknęła, czerwieniejąc ze złości. Mimo że tłumy uczniów zmierzały prosto pod gobelin Barnabiasza Bzika, odbiła w najbliższy zakręt, z zaaferowania niemal gubiąc półprzezroczysty szal. — Nie masz prawa nazywać go w ten sposób, to po pierwsze. Po drugie, jeśli nie dasz mi świętego spokoju, ty przebrzydły kłamco, na twoich oczach przetańczę z Alfredem cały wieczór.

Choć zblazowana mina Toma przejawiła ślad zainteresowania po tym, jak został obrzucony epitetem, zamiast odniesienia się do tego powiedział:

— Longbottom ma już partnerkę na bal.

— Tak, ma — potwierdziła z rezerwą. — Ale czy naprawdę myślisz, że nie zostawi jej dla mnie, jeśli okażę mu ślad zainteresowania?

Zgodnie z przewidywaniami, mięśnie szczęk Toma uwydatniły się, gdy zacisnął zęby. Mimo że uważał się za wszechwiedzącego, nie miał zielonego pojęcia o tym, jaką osobą był Alfred, który nigdy nie zachowałby się w tak niegrzeczny, pozbawiony serca sposób. Gdyby udał się na bal w pojedynkę, a ona poprosiła go o dotrzymanie jej towarzystwa, owszem, stanąłby na wysokości zadania, lecz w obecnej sytuacji nie widziała ku temu najmniejszych szans.

— Śmiało, Warren. Zatańcz z Longbottomem.

— Nie możesz grozić innym śmiercią za każdym razem, kiedy coś idzie nie po twojej myśli — skarciła go, unosząc nieznacznie sukienkę, żeby nie przydepnąć jej podczas maszerowania ku gobelinowi. — Brzmisz jak zdarta płyta.

— Nie grożę innym śmiercią — powiedział monotonem, wymijając ją. — Grożę nią tobie.

Marta przystanęła z wrażenia. Gdy pierwszy szok minął, tupet Toma zdenerwował ją do tego stopnia, że za punkt honoru obrała sobie cel zatańczenia z jak największą ilością chłopaków, niezależnie od tego, czym miałoby się to dla niej skończyć.

Cruciatus, Avada Kedavra?

Proszę bardzo. Była gotowa na ekstremalne doznania.

----- CHAPTER BREAK -----

Wmieszała się w tłum uczniów z wysoko podniesioną głową, jednym uchem przysłuchując się prowadzonym wokół rozmowom. Potrzebowała kogoś, kto był otwarty na jej wdzięki, ale i sam cieszył oko na tyle, aby utrzeć Tomowi nosa oraz dać mu wiarygodny powód do bycia zazdrosnym, więc zaczęła przeczesywać wzrokiem otoczenie.— Co to jest w ogóle za miejsce? — odezwała się jakaś Puchonka z piątego roku, gdy na pustej ścianie znikąd zmaterializowały się wrota.— Nie mam pojęcia — odpowiedział jej partner. — Chociaż… czekaj. Czy to nie będzie Pokój Życzeń?— Pokój Życzeń? Nigdy o nim nie słyszałam…Tętniący ciekawością tłum wypchnął parę na przód, przez co Marta nie dosłyszała reszty tej konwersacji. Poczekała z boku, aż najżywsze osoby ją wyminą, żeby nie popsuły jej kreacji, a gdy wreszcie nadeszła jej kolej, przenikająca to miejsce na wskroś magia poraziła ją po sam rdzeń. Pokój Życzeń przeistoczył się w komnatę dorównującą rozmiarami Wielkiej Sali; usłane śnieżnobiałymi obrusami okrągłe stoły przy wejściu zachęcały do skosztowania ponczu o fiołkowej barwie, znajdujące się na podwyższeniu instrumenty kołysały się z boku na bok, wygrywając cieszące ucho melodie muzyki klasycznej, a pod sufitem skąpanym w niebieskawej, pozaziemskiej poświacie unosiły się już w pełnym składzie hogwarckie duchy. Hipnotyzujące piękno ich tańca, pełnego tęsknoty za dotykiem, wzruszył Martę tak dogłębnie, że do oczu napłynęły jej łzy.Obsłużyła się ponczem i dopóki większość uczniów spędzała czas w podobny sposób — chłonąc wzrokiem kolumny z zaczarowanego lodu, pokryte warstwą śniegu choinki ustawione za podestem dla orkiestry, migotliwy błysk maleńkich wróżek, które trzepotały srebrzystymi skrzydełkami, wykonując piruety wokół duchów — Marta czuła się komfortowo. Natomiast gdy pierwsze pary ruszyły z mniejszą lub większą gracją (wciąż godną zazdrości) w kierunku parkietu, wcześniejsza chęć zemsty nie tyle co z niej uleciała, a sprawiała wrażenie o wiele trudniejszej do osiągnięcia, niż Marta zakładała. Problemu nie stanowiło znalezienie pozbawionego partnerki chłopaka, nie, było ich na tyle dużo, że mogłaby w nich przebierać w poszukiwaniu najlepszej partii, rzecz jasna gdyby tylko posiadła umiejętność kokietowania.Nigdy w życiu nie znalazła się w podobnej sytuacji. Przez ostatnie trzy lata chłopcy byli dla niej niczym więcej, a celem do zmiażdżenia. Trądzik przeszkodził jej w eksplorowaniu tej części siebie, a nawet jeśli wtedy też podobała się Alfredowi, była tego tak okrutnie nieświadoma, że nie wpadłaby na pomysł flirtowania z nim. Jak miałaby z nim flirtować? Lubił ją taką, jaką była, nie musiała się dla niego zmieniać, mówić żadnych dziwnych czy sugestywnych rzeczy, tak jak robiła to Donna. A Tom? Tom po prostu pewnego dnia uznał, że należała do niego, a jego pełen urojeń umysł samodzielnie pchnął go do obłędu, za jaki uważała ich pocałunek.Postanowiła, że najlepiej będzie obrać za cel kogoś z niższego rocznika: szóstego, maksymalnie piątego, choć tam i tak czasem zdarzali się chłopacy, którzy wyglądali, jakby nie przeszli jeszcze dojrzewania. Ku jej zdziwieniu, szósty rocznik opływał w całkiem sporo cieszących oko „przystojniaczków” (jak nazywała ich Donna), lecz ci wydawali się jej zbyt onieśmielający jak dla kogoś o zerowym poziomie doświadczenia.Nawiązała kontakt wzrokowy z jakimś pulchnym Puchonem o ciemnych, zaczesanych do tyłu na wazelinie włosach i okrągłych okularach, za którymi kryły się całkiem urocze, mające w sobie szczenięcą niewinność oczy. Marta zmusiła się do uśmiechu, a gdy ten nie doczekał się żadnej reakcji, uśmiechnęła się trochę szerzej, zalotniej (miała taką nadzieję) i dwukrotnie zatrzepotała rzęsami w zachęcający sposób.Puchon ze zmarszczonymi brwiami rozejrzał się po otaczających go chłopakach i odwrócił, żeby sprawdzić, czy aby przypadkiem nie patrzyła na kogoś innego. Gdy ich spojrzenia spotkały się raz jeszcze, jego policzki zabarwił intensywny odcień szkarłatu, a oczy desperacko strzelały gdzie popadnie.Mina Marty zmartwiała. Nie tego się spodziewała.Jej policzki również nie oparły się takiemu natężeniu zakłopotania, więc czym prędzej czmychnęła w przeciwną stronę, zamierzając doczepić się do pierwszej lepszej znajomej twarzy, lecz jak na złość nigdzie nie potrafiła znaleźć nikogo, nawet Olivii. Kręciła się po sali jeszcze przez kwadrans, posyłając tęskne spojrzenia na tańczące pary i, w razie bycia obserwowaną przez Toma, starając się utrzymać dobrą minę do złej gry, a jeśli to jej się nie uda, chciałaby przynajmniej nie przypominać zbłąkanej owieczki.Mimo że widok Donny na parkiecie z jakimś pyzatym Gryfonem przyprawił ją o uśmiech na twarzy, zgasiło go zobaczenie Alfreda w towarzystwie wysokiej, bladej brunetki o rozmarzonych oczach. Musiałaby być ślepa, żeby nie zauważyć między nią a sobą podobieństwa.Co on sobie myślał? Czy celowo wybrał taką, a nie inną dziewczynę, żeby jej dopiec?Na całe szczęście te paskudne, zabarwione resztką dawnych uczuć myśli opuściły ją równie szybko, co zaburzyły jej spokój. Alfred miał prawo do zapraszania na bal, kogo tylko zechciał, a jeśli ich niespełniona miłostka rzuci się cieniem na typ jego przyszłych partnerek, niech tak będzie. Marta postanowiła przyjąć to połechtanie ego z otwartymi ramionami, nie wspominając, że w razie potrzeby widziała w tym potencjał na wzbudzanie zazdrości w Tomie.Czas mijał, a ona siedziała sama jak palec przy jednym z pustych stołów. Przejadł się jej widok lodowej rzeźby Hogwartu, do której uciekała wzrokiem, gdy poczuła się przytłoczona przez przyglądające się jej grupki chłopaków. Sądziła, że ktoś wreszcie podejdzie do niej, żeby zaprosić ją do tańca, lecz ci przejawiali większe zainteresowanie puszeniem się niczym pawie i udawaniem, że dyskutowanie na temat minionego meczu quidditcha to ich wymarzony sposób na spędzenie wieczora.Och, Boże. Czego ona się spodziewała? Jeśli nie weźmie sprawy w swoje ręce, nie oderwie czterech liter od stołka!Rozejrzała się w poszukiwaniu kolejnego celu, tym razem nieco bardziej pewnego siebie niż poprzedni, niestety jej wzrok padł prosto na Toma i Abraxasa. Podpierali ścianę w niedalekiej odległości od parkietu, pogrążeni w rozmowie obfitującej w niepokojącą ilość uśmieszków, które — co gorsza — ze strony Toma były niewątpliwie tymi szczerymi. Choć widziała go tylko z profilu, a przechadzający się między stolikami uczniowie częściej niż rzadziej przesłaniali jej widok, Marta nawet z drugiego końca zamku rozpoznałaby to wilcze, niemal jakby spragnione krwi ułożenie warg.A Abraxas?Abraxas reagował na nie jak na narkotyk. Im częściej dostawał to, czego tak bardzo pragnął, tym częściej pozwalał sobie na mistrzowsko dyskretne skradnięcie Tomowi dotyku za dotykiem. Patrzenie na ich przekomarzanki sprawiało, że Marta gotowała się od środka, a gdy zaczęła kipieć, Tom posłał jej przesiąknięty jadem uśmiech.Niewiele brakowało, aby podniosła się z krzesła i pomaszerowała wprost do nich, zamierzając zrobić coś, cokolwiek, co pokazałoby im obu, gdzie ich miejsce, na szczęście los akurat na chwilę przed okazaniem słabości zesłał jej kieliszek z ponczem, podany przez męską dłoń o typowych dla graczy quidditcha odciskach od trzymania drążka miotły.— To ty — wyrwało jej się, gdy na miejsce obok opadł rudowłosy Gryfon.— Oto ja, we własnej osobie — potwierdził, szczerząc się bezwstydnie. — Wyobraź sobie moje zdziwienie, Marto, kiedy zobaczyłem cię tutaj zupełnie samą. Co poszło nie tak?Było dla niej jasne, co miał na myśli: jej nieprzystępny, być może czasem zbyt sztywny sposób bycia. Mimo że miała ochotę prychnąć, dla oczu Toma zmusiła się do uniesienia kącików ust w taki sposób, jakby dopiero co obdarzono ją wprawiającym w zakłopotanie komplementem. Nie musiała na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że zadziałało. Wystarczało jej ostrzegawcze muśnięcie skoncentrowanej magii u podstawy szyi.— Seria niefortunnych zdarzeń — odparła, ujmując podsunięty jej kieliszek. — Powinnam była się spodziewać, że jeśli ktoś spróbuje do mnie zagaić, będzie to ktoś twojego kalibru, panie…?— Fredrick — powiedział z żartobliwą powagą, ściągając przed nią wyimaginowany kapelusz — ale wszyscy mówią na mnie Freddie.Nic dziwnego. Poważne imię Fredrick ani trochę nie pasowało do tej piegowatej, pełnej młodzieńczego ducha twarzy i dość urokliwych, acz niebezpiecznie błyszczących chęcią psoty czekoladowych oczu. Donna miała rację, mówiąc, że był przystojny. Choć Marta nigdy nie gustowała w otoczonych łobuzerską aurą chłopakach, nie mogła nie docenić tego, jak dobrze wyglądał z elegancko uczesanymi włosami i w skrojonych na miarę czarodziejskich szatach, kunsztownych i bez wątpienia również kosztownych. Osobiście nie zamieniłaby uroczo przykrótkich rękawów Toma na cokolwiek innego, lecz przeczuwała, że strój Fredricka mógł wywołać w nim dodatkowe frustracje.— Masz ochotę na coś innego? — spytał Freddie, skinąwszy na kieliszek.Marta potrząsnęła głową, a zanim upiła z niego łyk, coś ją tknęło, żeby go powąchać. Gryzący ostrym zapachem poncz bez dwóch zdań został doprawiony czymś znacznie mocniejszym niż ognista whisky.— Nie piję.— W taki dzień? — zdziwił się. — Bez przesady, to specjalna okazja.— Nie, dziękuję.— No, nie bądź taka — naciskał, pochylając się w ją stronę. Najchętniej odsunęłaby się od niego, ale czego się nie robi, żeby przyprawić Toma o pęknięcie żyłki. — Przyniosłem ci drinka, zabawiam rozmową, a niedługo zaproszę do wymarzonego tańca. — Puścił do niej oczko. — Zrób mi tę małą przyjemność, to nie będziesz się musiała martwić, że spędzisz ten wieczór samotnie.— Nie obraź się, Freddie, ale ja naprawdę nie piję — powtórzyła, w duchu przeklinając się za to, że w jej głos wkradła się niepewność. — To kwestia religijna — skłamała.— Kwestia religijna — powiedział z westchnieniem i opadł na oparcie. Zabębnił palcami w stół, przyglądając się jej z nieodgadnioną miną tak długo, że z każdą mijającą sekundą spodziewała się po nim czegoś innego. — No dobra — wstał niespodziewanie — byłoby ciekawiej, gdybyś wrzuciła trochę na luz, ale niech ci będzie.Marta prychnęła, słysząc najbardziej znienawidzoną przez siebie frazę pod słońcem, lecz przestało być jej do śmiechu, gdy Freddie zaproponował jej dłoń. Na moment zabrakło jej tchu. Sądziła, że Tom nie dopuści do tego, aby w ogóle miała okazję zgodzenia się czy odmówienia komuś tańca, a jednak.Skoro zamierzał zaryzykować utratę potencjalnego horkruksa, niech będzie. Przynajmniej niekończące się bolączki Marty dobiegną końca, a Dumbledore przestanie marnować czas na skazane na niepowodzenie próby rehabilitacji tego demona w ludzkiej skórze.— Więc? — ponaglił ją Freddie.Zwalczyła gromadzące się w jej ciele napięcie i przemogła się, aby przyjąć jego propozycję, lecz jej dłoń została przechwycona. Choć pociągnięcie Toma było lekkie, w wywieranym przez niego uścisku kryła się groźba, którą Marta całkowicie zlekceważyła. Wymyślanie się w duchu od idiotek nie stanęło jej na przeszkodzie rozkoszowania się faktem, że przynajmniej część ze słów Abraxasa okazała się nieprawdą.— Nie blefowałem, Warren — powiedział Tom, gdy poirytowany zmarnowaniem czasu Freddie oddalił się w kierunku innej pozbawionej partnera dziewczyny.— Wiem — odparła chłodno. — Niezwykle piękną mamy noc na umieranie, prawda?Tom zmrużył oczy. Nie przejawiał nawet śladu rozbawienia, mimo że ona uważała swoje słowa za takie, które powinny rozbudzić jego inne instynkty.No, pomyślała z satysfakcją, chyba że wcale nie zamierzał mnie zabić?— Zatańczysz ze mną.— Nie.— Nie pytałem, czy chcesz ze mną zatańczyć. Powiedziałem, że to zrobisz.Marta zaplotła ręce na piersi i z ostentacyjnie zadartą głową omiotła spojrzeniem wypełnioną po brzegi komnatę. Śmierć czy tortury, była skłonna je zaryzykować, wiedząc, że w otoczeniu tak wielu ludzi jest całkowicie bezpieczna.— Nie łudź się, że mnie to powstrzyma — wycedził z ledwo dostrzegalną nutą bełkotliwości. Nic dziwnego, że Abraxasowi tak dobrze szło przyprawianie go o uśmiechy, skoro podstępnie go upił! — Wierz mi, zatańczysz ze mną z własnej woli czy nie, nie ma to dla mnie żadnej różnicy. Jeśli będę musiał, ogłuszę cię zaklęciem, Warren, i zabiorę w tym stanie na parkiet.Wbrew wszelkiemu rozsądkowi, Marta nie powstrzymała cisnącego się jej na usta uśmiechu, który przeistoczył się w szczere rozbawienie. Wyobraziła sobie siebie w ramionach Toma, który z poważną miną prowadzi jej zesztywniałe ciało w emanującym podniosłością tańcu, a choć wizja ta powinna przerażać świadomością, że był gotów to zrobić, zamiast tego przyprawiła ją o parsknięcie śmiechu.— Bawi cię to? — spytał szorstko, mimo że kącik jego ust drgnął ku górze.— Zatańczę z tobą, ale to niczego nie zmienia. I tak cię nienawidzę.Tom postawił ją na równe nogi lekkim pociągnięciem za rękę, przybierając zagadkową minę.— Wiem — powiedział monotonnie.— Jesteś podłym przemocowcem.— Jestem.— I nigdy się nie zmienisz.— I nigdy się nie zmienię — powtórzył, ledwo dostrzegalnie gładząc jej dłoń kciukiem. — To mogę ci obiecać.Marta odwzajemniła tę drobną pieszczotę, ulegając obezwładniającemu jej pierś poczuciu szczęścia. Najchętniej zarzuciłaby mu ręce na szyję i pocałowała na oczach wszystkich, chcąc zademonstrować mu gotowość do pokazania całemu Hogwartowi, że należała do niego tak, jak mówił, lecz powstrzymywało ją przed tym coś więcej niż trema. W relacji z Tomem posiadała niewiele oręży, a jeszcze mniej sposobów na kontrolowanie sytuacji. Gdyby tak bez najmniejszej zachęty z jego strony, bez stawiania oporu pokazała mu to, co właśnie czuła, wiedziałby, że ma ją w garści.Tom nigdy by się do tego nie przyznał, ale mimo przekonania o swojej wielkości i potędze, mimo świadczącej o szaleństwie megalomanii, pod pewnymi względami — niewieloma, bo niewieloma — wciąż był zwykłym, niespełna siedemnastoletnim chłopakiem. A jeśli Marta nie chciała zostać przez niego doszczętnie zdominowana, czuła powinność karmienia niektórych źródeł jego niepewności.Tom doskonale rozumiał flirt, uwodzenie, pożądanie. To, czego nie potrafił zrozumieć, to odrzucenie.— Jedna piosenka — powiedziała wbrew sobie, gdy dotarli na parkiet.Powieka drgnęła mu spazmatycznie, co pozostało niezauważone przez wszystkich ludzi, którzy odwracali w ich strony głowy. Zignorował przetaczającą się przez tłum falę szeptów, karmiąc ją czarującym, iście godnym romantycznej powieści uśmiechem, i zaczął prowadzić Martę w tańcu z tak naturalną łatwością, że nie potrafiła nie zastanowić się, jak będzie wyglądała ich wspólna przyszłość.Jak wiele wolności jej pozostawi?Zaopiekuje się nią czy spędzi każdy dzień na jego łasce?Poczuje coś do niej?— Co powiedział ci Abraxas?Marta milczała, woląc rozkoszować się chwilą. To niesamowite, z jaką łatwością ich ciała się zsynchronizowały, mimo że dotykali wyłącznie swoich rąk. Pod przewodnictwem Toma czuła się lekka jak piórko, momentami nawet szybująca niczym ptak, pozbawiona ciężaru, który towarzyszył podejmowaniu decyzji. Być może ulegnięcie mu nie byłoby aż tak złe?— Chyba mu nie wierzysz?— I tak, i nie — odparła, gdy zmusił ją do tego wzmocnieniem uścisku na jej dłoni. — Myślę, że pod pewnymi względami mówił to, co uważa za prawdę. Wydaje mi się, że po latach tak zażyłych stosunków Abraxas przestał kwestionować przekazywane mu przez ciebie informacje.Tym razem to Tom pielęgnował ciszę. Obrócił Martę wokół własnej osi i kontynuował taniec.— A więc jesteś zazdrosna.— Jestem zawiedziona — skorygowała chłodno, wiedząc, że gdyby zaprzeczyła wprost, bez problemu rozpoznałby to jako kłamstwo. — Powiedziałeś, że każdy, kto przyczyni się do wyrządzenia mi krzywdy, zostanie ukarany. Goyle i Nott wciąż boją się spojrzeć mi w oczy, ale Abraxas? Nie dość, że wyzywa mnie od szlam przy każdej okazji i traktuje bez krztyny szacunku, tak naprawdę to on wywołał tamtą sytuację. Sprzeciwił się twoim rozkazom, naraził mnie na niebezpieczeństwo i nie spotkała go za to żadna kara.— To prawda — przyznał, patrząc jej w oczy. — Nie powiedziałem jednak, kiedy do tego dojdzie.Marta zamknęła usta, zorientowawszy się, że zamierzały je opuścić wyłącznie dowody zazdrości. A więc Dumbledore miał rację, sugerując, że istniał konkretny powód, dla którego Abraxas był traktowany przez Toma w inny sposób.Nienawidziła życia w niewiedzy. Miała wrażenie, że pytania na temat ich relacji zaraz dosłownie wydrą się jej z piersi, więc uciekła wzrokiem od bezlitośnie świdrujących, analizujących każde drgnienie jej mięśni twarzy czarnych oczu i włożyła wszystkie siły w zalanie rozpalającej jej do białej gorączki zazdrości falą oklumencyjnego chłodu, która pomogła jej ukryć zdziwienie, gdy po zakończeniu melodii Tom wyprowadził ją z parkietu.— Chciałaś perfekcyjnej nocy — wyjaśnił, zauważając jej pytające spojrzenie, i nalał do dwóch kieliszków nie tylko ponczu, ale i płynu z piersiówki. — Zatańczymy do czegoś lepszego.Marta miała ochotę skłamać, że lubi tę piosenkę, chcąc zobaczyć, czy uszanowałby jej gusta, lecz równie mocno ciekawiły ją jego plany. Postanowiła pozwolić mu je rozegrać.— Nie powinieneś pić — powiedziała, sama wahając się przed ujęciem kieliszka. — Chyba pamiętasz, jak zachowywałeś się wtedy, po moim szlabanie u profesor Merrythought?— Hmm, tak. Pamiętam — odparł z niewielkim uśmieszkiem. — Dobrze, że nie weszłaś ze mną do tamtej łazienki. Nie wyszłabyś z niej żywa.Zamrugała, zszokowana.— Jak to?— Nie jestem wyjątkiem, Marto. Jak każdy po alkoholu miewam skłonności do podejmowania pochopnych, nieprzemyślanych decyzji.Złapała go za łokieć, zatrzymując jego dłoń w drodze do ust z kieliszkiem.— Tom.— Nie tylko ty chcesz się dziś dobrze bawić — wyjaśnił, obciągając na odpowiednie miejsce przykrótki rękaw. Przez jego twarz przemknął cień irytacji. — Pij.— Czy ty jesteś… zestresowany?— Nie.— Jesteś.— Nie jestem — ostrzegł ją.Marta obdarzyła go uśmiechem płynącym prosto z serca. Wiedziała, że żadna ilość alkoholu nie pomoże mu w przyznaniu się na głos do posiadania słabości czy spragnionej podniesienia na duchu strony, lecz i tak zapragnęła ukoić jego bolączki.— Po co te kłamstwa, Tom? Jeśli tym się martwisz, w tańcu okazałeś się jak zwykle bezbłędny. Możesz mi też wierzyć, że nikt tutaj nie zwraca uwagi na to, co masz na sobie — dodała, łapiąc go delikatnie za palce, które wciąż majstrowały przy rękawie, i pozwoliła sobie złączyć ich dłonie razem. — Na codzień wyglądasz jak perfekcyjny młodzieniec o świetlanej przyszłości, ale dzisiejszego wieczoru udało ci się podwoić to wrażenie.Przez jego twarz przemknęła mieszanina emocji, a jego ręka drgnęła, prawie jakby zamierzał wycofać się z niekomfortowej, być może nieznanej mu wcześniej sytuacji. Zorientowawszy się, że Marta czytała w nim jak w otwartej księdze, błyskawicznie przywdział swoją zwyczajową maskę obojętności.— Czyżby? — mruknął i opróżnił kieliszek. Gdy tylko jego ręka była wolna, wślizgnął się nią za plecy Marty i przygarnął ją do boku w geście, który wzięła za wyraz podzięki, a który okazał się wysłaniem wiadomości do przyglądającego im się z sąsiedniego stolika Alfreda. — Jeszcze jedno słowo, Warren, a zmienię zdanie co do tej łazienki. Zaciągnę cię tam i zapoznam z bazyliszkiem, nawet jeśli oznaczałoby to utratę możliwości podziwiania cię w tej zjawiskowej odsłonie.Marta poczuła zaczątki rumieńca wkradającego się na jej twarz w momencie, gdy zauważyła nachmurzone oblicze Alfreda, lecz po zakończeniu przemowy Toma niewiele brakowało, aby zapłonęła.— A więc podobam ci się? — wyrzuciła z siebie półszeptem, zanim udało się jej zapanować nad podekscytowaniem.Przesunął po niej nieśpieszącym się nigdzie spojrzeniem, przez które jej serce wybiło się z rytmu.— Tak — przyznał, nieznacznie wzmacniając uścisk na jej talii. — Jak mógłbym nie docenić twojej delikatnej, wręcz dopraszającej się śmierci urody? — Nabrał głębokiego wdechu, unosząc drugą rękę. Musnął nią płatek jej ucha, wprawiając w ruch kryształowy kolczyk, i zsunął się palcami niżej, na jej szyję. — Wiesz, co czasem sobie wyobrażam?Marta potrząsnęła głową, chociaż przeczuwała, gdzie zmierzał.— Wyobrażam sobie, że ją ściskam…Utrzymywanie niewzruszonej miny na nic się zdało. Kciuk Toma odnalazł jej tętnicę szyjną, pulsującą z sekundy na sekundę coraz szybciej.— Twój wąż czasem mi to robi — powiedziała, mimo że nie miała pewności, czy nie działo się to wyłącznie w jej snach.Tom zaniechał na moment swojej pieszczoty.— Nie sądziłem, że cię to obudzi.— Nie sądziłeś, że ściskanie mnie przez sen mnie obudzi? — powtórzyła, skołowana, w głowie mając pustkę. Jego słowa wciąż surrealistycznie wisiały w powietrzu, nie pozwalając jej pozbierać myśli. — Tom, czy to…? Czy ciebie to, wiesz…?— Trochę — przyznał, pochyliwszy się, żeby następne słowa wypowiedzieć prosto w jej ucho: — Powiedz mi, Marto. Czy pozwoliłabyś mi się… poddusić?Ciasno opleciona wokół jej talii ręka przeszkodziła jej w wymsknięciu się z uścisku Toma, a wzmacniająca się zaborcza intensywność jego dotyku stanowiła podpowiedź, jak potoczyłaby się najbliższa przyszłość, gdyby raz jeszcze spróbowała mu uciec.— A czy Abraxas ci na to pozwala? — spytała, zanim zdążyła ugryźć się w język.Na domiar złego Tom obdarzył ją tym najprawdziwszym, doszczętnie zdeprawowanym uśmiechem, przez co niewiele brakowało, aby uległa mięknącym kolanom. Popełniła już wystarczający błąd, dowodząc o istnieniu swojej zazdrości, a gdyby jeszcze zwiotczała mu w rękach jak pierwsza lepsza trafiona strzałą Amora trzpiotka, mogłaby równie dobrze zabrać się za kopanie własnego grobu.— Zadałem ci pytanie.— Nie.— Dlaczego nie? — spytał z diabelską rozkoszą, niespodziewanie naciskając kciukiem na jej drogę oddechową. Odtrąciła jego dłoń, z zakłopotaniem rozglądając się w koło. Miała nadzieję, że nikt tego nie zauważył.
— Mógłbym to po prostu zrobić, nawet teraz. Nie muszę pytać o pozwolenie.— Oczywiście, że musisz! — fuknęła, przytrzymując jego stawiający opór nadgarstek w dole. — Skąd w ogóle wytrzasnąłeś ten pomysł? Jak, dlaczego miałabym ci na to pozwolić? Myślisz, że chcę, żebyś mnie zabił?— Sama powiedziałaś, że to piękna noc na umieranie — zaśmiał się, wciskając jej w dłoń kieliszek. Sam uzupełnił własny wyłącznie whisky z piersiówki i opróżnił w dwóch wzmagających obawę Marty łykach. — To nie boli — zapewnił ją. — Nie zrobię ci krzywdy.— Dość. Wypiłeś za dużo — powiedziała, odsuwając się od niego o krok. — Poza tym skąd wiesz?— Skąd wiem co?— Że to nie boli.Tom potrząsnął głową z miną niewiniątka, wywierając nacisk na jej przedramieniu. Poddana presji, Marta umoczyła w alkoholu usta, lecz niewidzialna siła przechyliła kieliszek, zmuszając ją do przełknięcia większości jego zawartości.— Tom!— Piosenka zaraz się skończy — usprawiedliwił się, ściskając ją jeszcze trochę mocniej. Ponczu zostało tak mało, że te kilka łyków nie uratowałoby jej od wdepnięcia w ruchome piaski, więc przełknęła je szybko. — Popatrz, jaka potrafisz być grzeczna, jeśli tylko trochę cię do tego zachęcę.— Nie zmieniaj tematu — upomniała go sucho, gdy odłożył jej kieliszek na stół i poprowadził ją za sobą przez tłum. Nie wątpiła, że jeśli stawiłaby teraz opór, wcale nie speszyłoby go wciągnięcie jej na parkiet siłą. — Ja też zadałam ci pytanie.— Obawiam się, że musisz odświeżyć moją pamięć — mruknął figlarnie zaraz po tym, jak przyciągnął ją do siebie. Marta z oszołomieniem spostrzegła, że piosenka zaiste była dostatecznie wolna do tak poufałego typu tańca. — O co pytałaś?Gdyby nie to, że udało się jej przełknąć, uznałaby, że raz jeszcze użył bezróżdżkowej magii, tym razem na jej boleśnie ściśniętym gardle.— Abraxas.Tom wpił palce w jej talię, przywołując ją do porządku, więc posłusznie ułożyła dłoń na jego ramieniu i pozwoliła mu się prowadzić. Okludowanie umysłu pomagało, lecz nie radziło sobie całkowicie z rosnącą presją. Z jednej strony czuła się zmuszona do udawania wniebowziętej przez obserwujących ich ludzi, nie chcąc wyciągnęli na ich temat wnioski, które skończyłyby się dla niej nieprzyjemnymi konsekwencjami, z drugiej Tom dopiero co złożył jej równie niestosowną, co niebezpieczną propozycję.— Abraxas nie ma tak kuszącej szyi jak ty.— Nie tak brzmiało pytanie, Tom.Zaśmiał się cicho, zamykając oczy niczym ukontentowany kot. Wpływ alkoholu sprawił, że gdy na powrót je otworzył, patrzył na nią spod półprzymkniętych powiek, co dodawało mu wręcz mylącego uroku. W tym momencie, trzymając ją blisko siebie w delikatnie rozkołysanym tańcu, wyglądał łudząco jak najzwyklejszy, niegroźny chłopak o nieco niepoprawnych chętkach.— Nie, nie podduszałem go — zawahał się — a przynajmniej nie w sposób, w który chciałbym robić to tobie.Tym razem to Marta pośpieszająco zatopiła paznokcie w jego ramieniu. Nie miała szans sprawić mu bólu przez sztywny materiał marynarki, lecz gest ten wystarczył, żeby rozproszyć jego rozkojarzenie.— Wrócimy do tego tematu później.— Nie.— Wrócimy do tego tematu później, Warren — ostrzegł ją niższym głosem. Westchnął. — Teraz chciałbym… chciałbym nacieszyć się tobą, póki mogę.Nie wiedziała, jak na to zareagować. Tygodniami z imponującą skutecznością odpychała od siebie myśl, jaki czeka ją los, jeśli Tom odkryje, że wcale nie stała się jego horkruksem. Od pewnego czasu żyła też z ponurą świadomością, że myliła się, uważając się w Hogwarcie za bezpieczną. Gdyby tamtego dnia weszła z nim do łazienki, jej historia nie tylko spotkałaby się z przedwczesnym końcem, lecz przede wszystkim nigdy nie zostałaby opowiedziana. Prędzej czy później zapomnianoby o niej, a jej ciało pozostałoby w Komnacie Tajemnic tak długo, aż jej kości obróciłyby się w proch.— Pamiętasz, jak mówiłem ci w bibliotece o wierszu Poe?Marta skinęła głową, niezdolna do innej odpowiedzi. Przed oczami miała wizję siebie w tej sukience, martwej, podczas gdy Tom tulił ją w ramionach tak jak w szklarni, po rzuceniu na nią Cruciatusa. — Chciałabyś go usłyszeć?Skinęła raz jeszcze, wpatrując się w niego bez mrugnięcia. Jego twarz rozświetlił tak bolesny w swoim sadystycznym pięknie uśmiech, że nie ulegało wątpliwości, jak wiele przyjemności czerpał z widzenia jej w tym stanie.Nie czuła się bezradna. Była bezradna. Zdana na jego łaskę. Ugrzęzła w sytuacji, która nigdy nie miała żadnego innego wyjścia niż poprzez śmierć.Tom zbliżył usta do jej ucha i wyrecytował czarującym szeptem:
Niegdyś przed wielu, wielu latyW królestwie nad mórz pianąŻyła dzieweczka, którą znałem;Annabel Lee ją zwano.Dzieweczka z kraju ponad morzem,W królestwie nad mórz pianąŻyła tym tylko, że mnie kocha,I tym, że jest kochaną.
Byliśmy dziećmi, ja i ona,W królestwie nad mórz pianą,A miłowaliśmy się miłościąNad miłość innym daną.A miłowaliśmy się miłością,Ja z moją Annabel Lee,O jakiej chyba skrzydlatyRój Serafinów śni.
I z tej to właśnie, z tej przyczynyW królestwie nad mórz pianąWicher napędził kłąb chmur sinyW królestwie nad mórz pianą.I jak Serafin lodowaty,W mroźne odziany mgły,Do zimnej wtrącił ją mogiły -Moją Annabel Lee.
Bo tam, w królestwie nad mórz pianą,Każde dziecko to wie,Że zazdrościły SerafinyAnnabel Lee i mnie,I że dlatego wichry mroźneW chmurne odziane mgłyZabiły ją — zmroziły...Mą piękną Annabel Lee.
Tom był stworzonym recytatorem, a wiersz, choć przerażał ją swym makabrycznym pięknem, nie powstrzymał Marty przed wsparciem głowy na jego ramieniu.— To nie koniec.— Skąd wiesz? — zdziwił się. — Znasz go?— Nie, ale zaznajomiłam się już z twórczością Poe na tyle, żeby wiedzieć, że jedna śmierć nie jest dla niego wystarczająco tragiczna — wyszeptała łamiącym się głosem. Nie potrafiła się nadziwić temu, że równocześnie czuła się w jego objęciach niczym tłamszona, zmuszana do pogodzenia się z nieuniknionym, a jednak zarazem emanujące z jego ciała ciepło koiło jej nerwy. — Jest jeszcze jedna zwrotka, prawda?— Dwie.— Więc? Co dalej?— Dowiesz się innego dnia, o Annabel Lee…Ciałem Marty wstrząsnął dreszcz. Teraz, gdy zdjął z jej barków ciężar niepewności, obmyła ją melancholijna obojętność. Choć wiele brakowało jej do bycia gotową na nadejście wiecznego spoczynku, jeśli przewidziano dla niej właśnie taki koniec, kim była, aby się przed nim wzbraniać? Przynajmniej wszystkie problemy w jej życiu straciły znaczenie. Wisząca w powietrzu pogadanka z Alfredem, zmienne niczym chorągiewka na wietrze stosunki z Donną, Olivia żądająca wyjaśnienia sprawy z trądzikiem; kogo to obchodziło, skoro śmierć była nieunikniona?— Nie rzucam słów na wiatr — powiedział Tom, wraz z końcem piosenki przerywając taniec. — Przygotowałem niespodziankę. Specjalnie dla ciebie.— Znów łazienka? — spytała z ponurym, nieobecnym uśmiechem.— Innego dnia.Ujął ją za dłoń i wyprowadził z Pokoju Życzeń. Panujący na korytarzu chłód nie zrobił na niej wrażenia, mimo że miała na sobie wyłącznie zwiewną sukienkę. Tom, zauważywszy obsypującą jej ręce gęsią skórkę, zarzucił jej swoją marynarkę na ramiona i obdarzył jednym ze swoich boskich, niezrównoważonych uśmiechów.— Nie masz się czego bać — zapewnił ją, gdy zauważył jej nieufne spojrzenie, i raz jeszcze zachęcił ją do wejścia do dopiero co otwartego schowka. — Dam ci tylko to, czego chciałaś.— W schowku.— Po prostu wchodź, Warren — westchnął z udręczeniem, zmuszając ją do tego lekkim pchnięciem w plecy. Odwrócił ją bokiem do drzwi i wskazał na zdobiący ścianę mały obraz przedstawiający misę owoców. — Jabłko jest robaczywe.— I co w związku z tym?Zamiast odpowiedzieć, zamknął drzwi. Marta wsłuchiwała się w niknący odgłos jego kroków, gotowa w każdej chwili wyściubić nosa na zewnątrz i sprawdzić, co się święci, lecz na chwilę przed tym zrozumiała, co tak naprawdę Tom miał na myśli.Wcześniej ziejącą czernią dziurę w jabłku rozświetlił snop światła. Zbliżyła się do obrazu, przytrzymując w garści poły pachnącej mirtem marynarki, i zamknęła jedno oko, drugim skupiając się na widoku sąsiedniej komnaty.Tom mrugnął do niej na moment przed tym, jak poderwał leżącego na boku Abraxasa do pozycji siedzącej. Zsunął mu przepaskę z ust, wysłuchał tego, co tamten miał do powiedzenia, a następnie splunął mu prosto w twarz.Resztki błogiej obojętności opuściły Martę, robiąc miejsce zagnieżdżającemu się w jej piersi chłodowi niepokoju. Desperacko starała się odczytać cokolwiek z ruchu warg Toma, lecz rozpoznane przez nią słowa nie łączyły się w żadną sensowną całość. Porzuciła te daremne próby, gdy tylko poluzował kołnierzyk śnieżnobiałej koszuli i wsunął dłonie w kieszenie. Z całej siły kopnął Abraxasa w brzuch, a ten krzyknął niemo tylko po to, żeby chwilę później jego usta ozdobił zdrożny uśmiech.Marta zazgrzytała zębami, lecz Tom zaspokoił jej frustracje. Im więcej ciosów spadło na Abraxasa, tym mniej było mu do śmiechu, tym częściej zadawał pytania, dziwił się i niecierpliwił, próbując przeciwstawić się więzom spowijającym jego nadgarstki i kostki. Coś w zachowaniu Toma musiało zdradzić, że nie dochodziło między nimi do zwyczajnych „zapasów”.Dodatkowe potwierdzenie stanowiła wyjęta różdżka. Tom poświęcił chwilę na wypolerowanie jej końcówką rękawa i zarazem uspokojenie przyśpieszonego oddechu; na jego policzki wstąpiły blade rumieńce wysiłku, a spotykające się z Martą spojrzeniem oczy w pełni odkryły przed nią bezgraniczność zła żyjącego w tym chłopaku o anielskiej twarzy.— Crucio — wyczytała z ruchu jego warg.Odwróciła się, nie chcąc na to patrzeć. Wydawało się jej, że odczekała nieskończoność, zanim znów wyjrzała przez dziurkę w obrazie, jednak Abraxas wciąż szamotał się na podłodze, podrygiwał w konwulsjach; oczy wychodziły mu z orbit, a z tryskających śliną ust wyrywały się okrzyki, których bezgłośność ułatwiła Marcie obserwację jego tortur.Za każdym razem, gdy na twarzy Toma zaledwie drgnął mięsień czy powieka, gdy zmienił ułożenie ręki albo poluzował chwyt na różdżce, spodziewała się końca, niestety ten nie nadchodził. Nie rozumiała, dlaczego nie przestawał.Gdy stało się dla niej jasnym, że nigdy nie zamierzał tego zrobić, wybiegła ze schowka.— Dość, Tom! — wykrzyknęła, zatrzaskując za sobą drzwi. — Przestań! Nie możesz go trzymać pod Cruciatusem tak długo!Nie odpowiedział.Nie zareagował.— Tom!Dopadła go, a gdy nawet nie dał po sobie poznać, że zauważył jej pojawienie się, złapała go za rękę. Zważywszy na jego stopień oderwania od rzeczywistości, spodziewała się bez problemu odepchnąć ją w bok i przerwać działanie zaklęcia, lecz mięśnie Toma były tak naprężone, że dopiero za drugim razem udało się jej odnieść sukces.Abraxas nabrał desperackiego, godnego umierającego zwierzęcia oddechu i wybuchnął kaszlem zmieszanym ze szlochem i udręką, zwijając się na podłodze w jeszcze bardziej zwarty kłębek. Tom zamrugał, przenosząc zaskoczone spojrzenie na Martę.— Miałaś rację — powiedział bez cienia skruchy, zarzucając jej rękę na ramię. Coś w tym geście sprawiło, że poczuła się współwinna. — Wypiłem trochę za dużo.— Powinniśmy… Musimy zabrać go do skrzydła szpitalnego.Tom zmarszczył nieznacznie brwi, przyglądając się wciąż żęrzącemu Abraxasowi. Jego ciałem wzruszały nieustanne drgawki, twarz miał mokrą od łez i potu, dłonie zaciśnięte w pięści.— Po co? Masz dwie sprawne nogi, prawda, Malfoy?Abraxas otworzył zaczerwienione, lśniące oczy, a przed momentem widziana w nich ulga przeistoczyła się w czystą, skoncentrowaną na Marcie wrogość.— Nie wierzę w to, jak skretyniały jesteś, Tom — wychrypiał zdartym od krzyków głosem, bez cienia wahania. — Dałeś się owinąć wokół palca jakiejś pierwszej lepszej plugawej szlamie… Ciekawe, co powiedziałby na to twój obłąkany dziadek, wuj… sam Salazar Slytherin…— Daleko jej do bycia pierwszą lepszą szlamą — odparł ze stoickim spokojem Tom, przyglądając mu się tak, jakby był pełzającym mu pod butami karaluchem. — Poza tym, czemu miałbym się kłopotać opinią zmarłych, słabszych ode mnie jednostek?— Slytherin…— Slytherin był wielkim czarodziejem — przyznał teraz już z zabarwionym irytacją znużeniem — ale poddał się śmierci, której ja nigdy nie ulegnę. Możesz mi jednak wierzyć, że już niedługo moja potęga przyćmi jego legendę.Abraxas zaśmiał się gardłowo.— Z nią u boku? Wątpię — zakpił, przejawiając jawną ochotę splunięcia Marcie pod nogi. — Przestań ze mną pogrywać, Tom. Nie mam pojęcia, dlaczego trzymasz ją przy sobie, po co odstawiasz tę całą szopkę, co ktoś jej pokroju może ci dać, ale wiem, że…Tom uciszył go uniesieniem dłoni.— Być może będzie ci to łatwiej zrozumieć, jeśli zobaczysz to na własne oczy?Wślizgnął się palcami za kark Marty i przyciągnął jej twarz do swojej. Mimo że nie uśmiechało się jej bycie całowaną na oczach Abraxasa, zaskakująca, odurzająca swoją delikatnością pieszczota ust Toma rozpędziła wszystkie jej myśli, nawet te, które podejrzewały, że ten wytęskniony przez nią przebłysk czułości był niczym więcej, a sposobem na zranienie Abraxasa w dotkliwszy sposób, niż mógłby zrobić to Cruciatus. To niesamowite, z jaką łatwością Tom sprawiał, że chciała więcej i więcej dokładnie wtedy, gdy nie zamierzał jej tego dać. Odsunął się od niej, poprawiając zsuwającą się z jej ramion marynarkę, i spojrzał z wyczekiwaniem na Abraxasa.— Widzę, że rozwiałem twoje wątpliwości — powiedział, gdy ten nie odezwał się ani słowem. Z wymalowaną na twarzy pogardą kucnął obok niego. — Kiedy twierdzę, że coś jest dla mnie priorytetem, Malfoy, jest nim również dla ciebie. Kiedy nadaję komuś status nietykalności, oczekuję, że zaryzykujesz życie, umrzesz, żeby nietykalność tej osobie zagwarantować, rozumiesz? — spytał, szarpnięciem za włosy zmuszając go do spojrzenia mu w oczy. — I co najważniejsze, Malfoy, kiedy powtarzam ci bez końca, że ty sam nie masz dla mnie żadnej wartości poza swoją wątpliwą, w dodatku niepewną przydatnością, wcale się z tobą nie droczę. Popełnij jeszcze jeden błąd, nazwij ją szlamą, spójrz na nią krzywo, a kiedy tylko znajdę sobie kogoś na twoje miejsce, osobiście spuszczę z ciebie całą krew.Abraxas nie zrobił niczego poza przybraniem najbardziej znudzonej miny ze swojego repertuaru, a jednak to wystarczyło, żeby Tom przewrócił go na plecy kopnięciem. Gdy pierwsze zdziwienie opuściło Martę, nawet Oklumencja nie pomogła jej w wygaszeniu płomienia zazdrości na widok tego, jak intensywną przyjemność Abraxas czerpał z prowokowania Toma. Był wręcz wniebowzięty, gdy wypolerowany na błysk, acz pamiętający lepsze czasy but przygniótł jego grdykę.— Czy wyrażam się jasno? — spytał Tom.Abraxas milczał.— On robi to specjalnie — wtrąciła Marta, co tylko zostało potwierdzone grzesznym drgnieniem kącika ust. — Tom.Niestety, ku jej rosnącemu niezadowoleniu, Tom nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Z rozchylonymi ustami, niczym zahipnotyzowany przysłuchiwał się opuszczającym gardło Abraxasa chrapliwym, urywanym pod wzmacnianym naciskiem oddechom. Tkwił w transie nie pozwalającym mu dostrzec tych wszystkich rzucanych Marcie rękawic, które boleśnie uświadomiły jej, że wcale nie znajdowała się o krok przed Abraxasem. Owszem, to ona jako pierwsza i jedyna zasłużyła na pocałunki Toma, lecz nie była skłonna dać mu tego, co mógł w każdej chwili dostać od tego leżącego pod nim rozpustnika.— Co powiedziałeś? — spytał Tom lekko zachrypniętym głosem.— Twój but — wymamrotał Abraxas, uśmiechając się lubieżnie. — Mam go polizać?Marta nie wytrzymała, widząc, jak Tom w zaintrygowaniu uniósł brew. Bezceremonialnie złapała go pod rękę, a choć jego doszczętne zdezorientowanie doprowadzało ją do białej gorączki, wyprowadziła go siłą z komnaty.— Jesteś żałosny — te słowa samoistnie opuściły jej usta, ale gdy już padły, nie mogła się z nich wycofać. — Urządzasz mi niekończące się sceny zazdrości, wyzywasz od dziwek, nazywasz „odrzucająco kochliwą”, a tak naprawdę to TY byłeś o krok od puszczenia się z tym ścierwem!Tom stał w ciszy, przyglądając się jej tak, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu.— Marto — powiedział cicho. Nie była pewna, czy powstrzymywał chęć wybuchnięcia śmiechem, czy zdzielenia jej w twarz. — To bardzo nie po chrześcijańsku z twojej strony — zacmokał: „csst”, „csst”, „csst”
— nazywać go tak brzydko.— Zaprzecz! — wykrzyknęła, a gdy nie doczekała się upragnionej odpowiedzi, kontynuowała gorączkowo: — Nie po chrześcijańsku, tak? Genialne! Żaden z was nie ma szans uniknąć smażenia się w piekle, więc mogę was nazywać, jak mi się żywnie podoba! I wiesz co jeszcze? Jesteście siebie nawzajem warci. Wracaj sobie do niego, no, już, natychmiast!Oblicze Toma spowił całun obojętności. Wydawało jej się, że mierzył się z nią spojrzeniami przez całą nieskończoność, zanim lakonicznie skinął głową i wycofał się z powrotem w stronę komnaty. Gdy tylko wyciągnął dłoń, żeby pochwycić klamkę, Marta podbiegła do niego, wydobywszy różdżkę z ukrytej między warstwami materiału kieszonki, i trzasnęła zaklęciem w drzwi. Na widok jego ociekającego kpiną uśmiechu zanurzyła palce w jego lokach, lecz wbrew oczekiwaniom Toma nie po to, żeby go pocałować. Pociągnęła go za włosy mocniej, niż zamierzała, a on błyskawicznie docisnął ją do ściany.— Nieładnie, Warren — powiedział z neurotycznym uśmiechem. — Myślę, że teraz jestem zmuszony wziąć sobie od ciebie to, czego wcześniej chciałem.— Tak? — prychnęła, wykręcając ręce w staraniach uwolnienia nadgarstków z jego uścisku, co zgodnie z planem tylko przyprawiło go o włożenie więcej siły w utrzymanie jej na miejscu. — Też zrobisz to butem?— Jeśli myślisz, że możesz pyskować i równocześnie się z tego wywinąć, jesteś skończoną idiotką. Jeszcze jedno słowo, a…— To ty jesteś idiotą, jeśli myślisz, że pozwolę ci grać na dwa fronty. Chcesz znęcać się nad Abraxasem, wdawać się z nim w szarpaniny w łazienkach albo szklarniach, zmuszać go do wylizywania ci podeszw? Proszę bardzo, droga wolna. Ale nie oczekuj, że potem dostaniesz cokolwiek ode mnie.— Hmm — mruknął, tak głęboko wpijając paznokcie w jej skórę, że nie zdziwiłaby się, gdyby uszkodził ją do krwi. — A więc chcesz mnie mieć na wyłączność.— Mam cię na wyłączność.— I co jeszcze, Warren? — zaśmiał się cicho. — Połknęłaś język?— Nie widzę sensu we wdawanie się w zbędną dyskusję, Riddle — odparła z rezerwą, odwracając głowę, gdy spostrzegła, że jej usta zostały obrane za cel. — Powiedz to.— Co?— Powiedz, że jesteś mój.— Pożałujesz tego — wyszeptał jej prosto w ucho, owiewając ciepłym oddechem jej szyję — ale tak, jestem twój, Warren. Ja i wszystkie najgorsze tendencje, które zachowam specjalnie dla ciebie. Usatysfakcjonowana?Odebrał jej mowę sposobem, w jaki to ujął, więc oszczędnie skinęła głową. Przez ułamek sekundy spodziewała się bycia pocałowaną, lecz zamiast tego w oczach Toma błysnęła niecierpliwość innego rodzaju. Ciągnął ją przez chłodne korytarze tak długo, aż przestali napataczać się na szukające prywatności zakochane pary.— Wchodź — nakazał, zamaszyście otwierając drzwi do łazienki.— Chyba sobie ze mnie kpisz.Tom wzniósł oczy ku niebu i westchnął.— Kobiety.Mimo ogarniających ją nerwów, Marta musiała zwalczyć chęć uśmiechnięcia się. Abraxas nie miał żadnych standardów.Choć oczywistym było, że Tom szukał jak najbliższego miejsca, które by jej odpowiadało, siódme piętro zamku nie obfitowało w miejsca na schadzki, dlatego wspięli się na szczyt wieży Ravenclawu. Marta nie zdążyła nawet dobrze rozejrzeć się po pokoju wspólnym, aby upewnić się, czy na pewno ktoś nie czaił się w zacienionych zakamarkach, a już leciała na kanapę.— Nie tak szybko! — poprosiła go, zlękniona. — Potrzebuję chwili.Tom bez słowa odpowiedzi złapał ją i pociągnął, żeby leżała prosto na poduszkach, a następnie dołączył do niej, układając kolana po obu stronach jej bioder. Gdy ku niej sięgnął, zacisnęła mocno powieki, jednak zamiast bólu otrzymała palce mocujące się z przytrzymującymi jej fryzurę srebrnymi spinkami. Porzuciła próbę pomocy po tym, jak odtrącił jej ręce, więc posłusznie czekała, wpatrując się w niego okrągłymi od strachu oczami.— Chyba to sobie przemyślałeś — wymamrotała, śledząc wzrokiem jego dłoń odrzucającą ostatnią spinkę na stolik kawowy.— Tak — przyznał, nieobecny duchem, i kontynuował układanie jej włosów wokół głowy. Gdy wyczuł pod sobą ruch jej szukających wygodnej pozycji nóg, magiczną siłą zsunął jej ze stóp buty, które w chwilę później zastukotały o dywan. (Dobry Boże, czy mógłby w ten sposób rozebrać ją całą?) — Można powiedzieć, że miałem pewną wizję.— Tom — złapała go za ręce, gdy tym razem bez wątpienia sięgnął ku jej szyi — obiecujesz? Że nie będzie bolało?— Obiecuję. A teraz patrz na mnie, moja Annabel Lee.Najchętniej zamknęłaby oczy, łudząc się, że odnajdzie w ciemności choć trochę bezpieczeństwa, jednak nie chciała go rozczarować. Tom uśmiechnął się do niej lekko, trochę jakby w podzięce, i oplótł palcami jej szyję.— Przypominasz mi tego łabędzia z obrazu — wyznał szeptem, gładząc jej delikatną skórę. — Jesteś gotowa?Marta nie spodziewała się, że ta kwestia w ogóle go zainteresuje.— Nie, ale tak naprawdę chyba nigdy nie będę.Tom zacisnął dłoń wokół jej szyi, najpierw lekko, jakby przyznawał jej moment na oswojenie się z sytuacją, a gdy z sekundy na sekundę zwiększał siłę uścisku, Marta znów złapała go za nadgarstek. Zgodnie z obietnicą, nie towarzyszył temu żaden ból, lecz gromadząca się jej w płucach presja pchająca do zaczerpnięcia oddechu błyskawicznie stała się niekomfortowa za sprawą rodzącej się w piersi Marty paniki.Tom puścił ją na ułamek sekundy, a gdy tylko odrobina chłodnego powietrza prześlizgnęła się przez jej podrażnione gardło, ścisnął ją raz jeszcze. Przemykający przez jego twarz cień determinacji w połączeniu z figlarnym błyskiem w oku podpowiedziały jej, że tym razem trzymał ją tak precyzyjnie, jak od samego początku pragnął.Minęło zaledwie kilka sekund, a majaczący nad nią Tom stał się mglisty, z kolei jej głowa podejrzanie lekka. Poczuła jeszcze tylko, jak jej dłonie zsuwają się z naprężonego nadgarstka i straciła przytomność.Gdy na powrót ją odzyskała, nie miała pojęcia, co się stało. Tom zbliżył się do niej z szeroko otwartymi oczami, wpatrując się w nią niczym w obrazek, i przerwał jej upragniony oddech szybkim pocałunkiem, który podziałał na nią niczym zachęta.— Jak to zrobiłeś?— Hm?— Tak szybko… To stało się tak szybko.Uśmiechnął się krzywo.— Przecież mogę wstrzymywać oddech znacznie dłużej — dodała, dodatkowo zdezorientowana tym, że z jakiegoś obłąkanego powodu czuła się zawstydzona, niemal jakby wygłupiła się przed nim podczas najintymniejszego typu zbliżenia.— Wcale nie chodzi o oddech — powiedział łagodnym, uspokajającym głosem, który rozbudził jej podejrzliwość. — Wystarczy wiedzieć, gdzie położyć ręce, żeby zatrzymać dopływ krwi do mózgu.— Och.Pocałował ją raz jeszcze, głęboko i z pasją, lecz to nie z tego powodu jej „nie” nigdy nie rozbrzmiało. Z cichym, diablim chichotem odebrał Marcie możliwość zaczerpnięcia tchu i nie reagował, gdy starała się odepchnąć jego rękę; co więcej, nadal oczekiwał od niej w uczestniczeniu w pocałunku, a gdy jej wargi nieruchomiały, zdekoncentrowane toczącą się niżej walką o oddech, Tom miażdżył je swoimi z taką mocą, że nie zdziwiłaby się, gdyby po wszystkim w pokoju wspólnym i tak zabrakło powietrza.Tym razem nie pozwolił jej stracić przytomności. Każdemu bezwładnemu opadnięciu jej powiek towarzyszyło pozwolenie na jedno krótkie zaspokojenie głodu płuc, emanujący coraz większym pragnieniem ruch ust, a gdy udało się jej złapać kilka przejrzystych przebłysków twarzy Toma, dostrzegała na niej coraz więcej skrajnie sprzecznych emocji.Nie ulegało wątpliwości, że wypuścił ją wbrew sobie. Zdołała ostatkami sił wykręcić głowę w ucieczce przed kolejną próbą pocałunku i zakrztusiła się podczas zaczerpnięcia desperackiego haustu powietrza. Tom powstrzymał ją przed przekręceniem się na bok i zwinięciem w kłębek, dociskając jej ramiona do poduszek kanapy, podczas gdy ona słabowicie miotała się pod nim, przytłoczona światem mieniącym się jej przed oczami niczym roztańczone w kalejdoskopie barwy.— Cii — szepnął do niej niemal troskliwie, gdy przed wydaniem dźwięku powstrzymały ją odżywające bólem struny głosowe. — Nie musisz nic mówić.Opuścił się na łokciach, a ledwo trzymająca się nici rzeczywistości Marta położyła mu ręce na piersi. Nie chciała teraz niczego innego poza powietrzem, łaknęła go jej lekka z niedoboru tlenu głowa, zalewająca osłabione mięśnie krew, płuca, dla których zatrzymanie się choć na moment stanowiło paniczny strach, a jednak Tom równie desperacko łaknął czegoś innego.Podczas gdy on zasypywał ją niecierpliwymi pocałunkami, przyciągnąwszy ją do siebie, Marta szukała okazji do zaczerpnięcia tchu, wciąż zaaferowana i oszołomiona na tyle, żeby nie potrafić objąć umysłem, dlaczego Tom bez końca ciągnął ją za sukienkę. Irytowało ją to, bo co on tak naprawdę próbował osiągnąć? Była taka piękna, a materiał delikatny, przecież w najlepszym przypadku ją wymnie, a w najgorszym podrze, zepsuje!— Marto? — wymamrotał niepewnie, ocierając się wargami o jej skórę. — Słyszysz mnie?— Mhm… ale sukienka… przestań, zniszczysz… I wbijasz mi coś…— Ukradnę ci nową — zaśmiał się dziwnie, niemal jakby pośpiesznie; jemu też brakowało tchu — odpowiesz mi na jedno pytanie? Dwa. Na dwa.— No tak… tak…Świat znów zawirował przed nią, gdy Tom ujął jej twarz w dłonie.— Jak nazywał się ten przeklęty atlas?— Jaki znowu atlas…Usta Toma zacisnęły się cierpko w zalążku gniewu.— Ten, którym zaspakajałaś swoje popędy, ty mała grzesznico — powiedział, potrząsając nią lekko, przez co tylko rozkojarzyła się jeszcze bardziej. — No, przypomnij sobie. To ważne.— Ama… Hmm, amana… ta…? Nie… Nie powiem ci, bo… pokażesz mi te… obrazki…— Anatomica — odgadł, odczepiwszy jej kurczowo zaciśnięte ręce ze swojego karku, i przytrzymał ją w dole, żeby sięgnąć po różdżkę. Między jednym mrugnięciem Marty a drugim najpierw dłonie miał puste, potem kładł nimi atlas na jej brzuchu i przesuwał palcem po spisie treści. Wydawało się jej też, że gdzieś w trakcie tego wszystkiego usłyszała, jak mówił: „Pokazałbym ci więcej niż obrazki”. — Urazy mózgu, strona dwudziesta siódma…— Jak mogłeś? — wyszeptała chrapliwie; zabieranie głosu wciąż sprawiało jej ból. — Jak mogłeś urazić mój… mózg?Wyzierająca z jej słów szczerość zmieszana z dezorientacją przyprawiły go o uśmiech. Pochylił się nad nią, żeby przelotnie cmoknąć ją w czoło, i po chwili namysłu pociągnął w dół jej podwiniętą sukienkę. Mimo intensywnego wysiłku umysłowego, Marta nie potrafiła zrozumieć, jakim cudem znalazła się tak wysoko. Jedyna koherentna myśl w jej głowie brzmiała: dał mi buzi!— Nie przyzwyczajaj się — potwierdził w skupieniu, podczas gdy ona nie potrafiła się temu nadziwić. Odczytał na głos skomplikowaną formułkę leczniczą, a z każdym jej melodyjnym powtórzeniem Marta poddawała się obmywającym jej głowę falom chłodu z rosnącym odprężeniem. — Jak się czujesz?— Dobrze.Na tyle dobrze, że wreszcie uderzyła w nią rzeczywistość. Leżała na plecach, ze zgiętymi w kolanach nogami, między którymi — MIĘDZY KTÓRYMI! — usadowił się Tom. Jak gdyby nigdy nic zrzucił atlas z jej brzucha na podłogę i, nadal nie widząc w tej sytuacji niczego niestosownego, pochylił się nad nią, więc wymierzyła mu najbardziej siarczysty policzek, na jaki było ją stać. Wykorzystała zamrażający go stupor, żeby złapać swoje leżące na dywanie buty i pomaszerować do dormitorium.Spodziewała się, że nie zdąży dojść do schodów prowadzących do wieżyczki, uderzona zaklęciem podobnym do tego, które zmiotło ją nóg podczas ucieczki w szklarni, lecz nic takiego nie miała miejsca. Wbiegła na szczyt, świętując swój sukces, i ledwo wpadła do środka, a drzwi dormitorium zatrzasnęły się za Tomem noszącym na twarzy czerwony ślad po uderzeniu.— Jak tu wszedłeś? — wyrzuciła z siebie, oniemiała. — Przecież schody są zaczarowane!Zamiast odpowiedzieć, ruszył w jej stronę, więc zatrzasnęła się w łazience. Wpadła na zlew w próbie umknięcia przed uderzającymi w ścianę drzwiami i zacisnęła kurczowo powieki, oczekując bólu.Tom odwrócił ją do siebie tyłem, zamknął w klaustrofobicznym uścisku i szarpnięciem za włosy zmusił ją, żeby spojrzała w lustro. W przeciwieństwie do niej, zdawał się prawdziwie zachwycony przerażającym stanem, do jakiego ją doprowadził. Tym razem jej szyja nosiła nie tylko sińce w kształcie palców, ale przez jej całą szerokość biegła ciemnoróżowa pręga, z kolei szczyt policzków, łącznie z okolicami oczu i powiekami były wręcz usiane krwistymi kropeczkami o wielkości główki od igły.— Powiedz mi, Marto — mruknął, wspierając brodę na szczycie jej głowy, i powoli skrzyżował jej ręce pod biustem, przez co poczuła się, jakby przywdział jej kaftan bezpieczeństwa. — Podobało ci się to?Przełknęła ślinę. Nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że gdzieś pod spowijającym jego słowa płaszczykiem ciekawości odezwał się głos należący do innej części Toma. Części, która chciała, nie, której zależało na tym , aby nie był osamotniony w czerpaniu przyjemności z tego zdeprawowanego aktu, jakiego się na niej dopuścił.Na tym etapie w Marcie też żyły już dwie różne części. Jedna pragnęła zaprzeczyć, druga z kolei nakazywała milczenie w obawie przed… zranieniem go, może nawet rozczarowaniem.— Cóż — westchnął — jeśli nie teraz, prędzej czy później nauczysz się czerpać z tego przyjemność, tak jak Abraxas.Porównanie jej do tego piegowatego wrzoda na tyłku przelało czarę goryczy.— Przyjemność? — wycedziła, wykorzystując chwilę nieuwagi, żeby wyślizgnąć się rękami z jego uścisku. — Jesteś nienormalny!— Przecież się na to zgodziłaś — odparł, dogłębnie urażony.— Tak, zgodziłam! Zgodziłam się na to pierwsze podduszenie, a kiedy tylko zamierzałam powiedzieć ci „dość”, przeszkodziłeś mi w tym! Przyznaj się, że zrobiłeś to specjalnie! — wykrzyknęła, a krew zagotowała się jej w żyłach, gdy Tom odpowiedział jej w połowie rozdrażnionym, w połowie zdezorientowanym wzrokiem wyrażającym ni mniej, ni więcej a „oczywiście, że zrobiłem to specjalnie, ty wariatko.” — Nie, nie o to mi chodzi, nie udawaj głupiego, Chryste! Powiedziałeś, że nic mi się nie stanie, że nie zrobisz mi żadnej krzywdy, a kiedy wreszcie łaskawie odwróciłeś mój uraz mózgu, byłeś, siedziałeś… byłeś między moimi nogami! A moja sukienka… sam wiesz! Wykorzystałeś mnie, Riddle!— Wykorzystałem? — powtórzył bezbarwnie, choć w jego oczach błysnęło szczere skonfundowanie. — Przecież dalej masz na sobie majtki.Z gardła Marty wyrwał się wysoki okrzyk.— Oczywiście, że je na sobie mam, przecież nie mówimy teraz o moich majtkach!— Moment, Warren, chcę się upewnić, że się dobrze rozumiemy — powiedział, unosząc dłoń. — Ty chyba nie sugerujesz, że zostałaś wykorzystana, bo podwinęła ci się sukienka?— Nie do końca tak było, prawda?— A jak według ciebie dokładnie było?Sęk w tym, że nie wiedziała. Zaklęcie lecznicze nie było w stanie przywrócić jej wspomnień, których jej niedotleniony mózg nie zdołał poprawnie zarejestrować. Niektóre rzeczy pamiętała dokładnie, na przykład siłę miażdżącą jej drogi oddechowe, przebłysk dzikich, pierwotnych emocji przejmujących kontrolę nad Tomem, lecz inne były zaledwie rozmazanymi, sprawiającymi wrażenie nierealnych strzępami wydarzeń, które równie dobrze mogły być snem. Nieważne, jak bardzo starała się na nich skupić, nigdy nie przestawały jawić się jej w umyśle niczym zrobione pozbawioną wprawy ręką zdjęcia, prześwietlone do przesady i bezużyteczne.— Pamiętam to — powiedziała nagle. — Pamiętam, że myślałam sobie, że zrujnujesz moją sukienkę. Nawet o tym rozmawialiśmy.Tom potrząsnął głową.— Całowaliśmy się, leżałem na tobie — wyjaśnił lekceważąco, a gdy wyczytał z miny Marty brak przekonania, dodał: — Przecież nie rozdziewiczyłbym cię na kanapie w pokoju wspólnym, Warren. Daj spokój.Nie chciała oglądać go na oczy. Złapała Toma za rękę i wyrzuciła z dormitorium, żeby zatrzasnąć mu drzwi przed nosem.

----- CHAPTER BREAK -----

Nic nie przygotowało Marty na to, jak wielkie zainteresowanie wzbudzi towarzyszeniem Tomowi na Balu Bożonarodzeniowym. Podczas gdy ona starała się usunąć istnienie tego pozbawionego hamulców, rozbestwionego chłopaka ze swojego umysłu, rozchichotane grupy dziewcząt — które często znała jedynie z widzenia — o błyszczących ciekawością oczach i trzęsących się z rozgorączkowania rękach wypytywały ją o szczegóły ich „związku”, o to, dlaczego tak nagle zniknęli z Pokoju Życzeń, oraz wprawiały Martę w mocne zakłopotanie próbami poddania wiwisekcji ich relacji, niemal jakby zamierzały użyć pozyskanej wiedzy do przywłaszczenia sobie Toma.
Przeprowadzanie tych dziwnych rozmów, dostrzeganie przebłysków nieszczerości i złośliwości u życzących im szczęścia dziewcząt, a przede wszystkim padanie ofiarą krytycznych spojrzeń przyprawiało ją o trudną do zniesienia gamę emocji. Zaszczepiane jej przez innych poczucie bycia niedostatecznie dobrą przybrało tak absurdalne rozmiary, że przyłapywała się na zerkaniu na swoje odbicie w lśniących powierzchniach mijanych okien oraz używanych podczas posiłku półmisków, nawet łyżeczek. Bez ustanku zastanawiała się, w czym leżał problem; chodziło o jej twarz, ubrania, figurę? A może o wszystkie te rzeczy na raz?

Jako że wymienienie zawartości szafy leżało daleko poza jej możliwościami finansowymi, po porannym prysznicu odważyła się stanąć przed lustrem w samej bieliźnie. Patrzenie na siebie samą pod tym kątem peszyło ją równie mocno, co wspomnienie ześlizgującej się jej w dół ud sukienki i usadowionego między nimi Toma, lecz musiała stawić czoła własnym oporom i ustalić, dlaczego znalazła się na tak krytycznym celowniku całego Hogwartu.

Przypomniało się jej, jak w jedne wakacje bezmyślnie palnęła przed matką, że jest zadowolona ze swojej figury, co skończyło się wysłuchiwaniem wywodu na temat zagrożeń płynących z pychy oraz o tym, jak ważne dla dziewcząt jest zachowanie skromności i niezanieczyszczanie swojego umysłu sprawami tak zdrożnymi jak chęć przypodobania się chłopcom. Nieważne, jak długo Marta starała się wytłumaczyć matce, że wcale nie zależało jej na chłopcach, a wyłącznie swoim samopoczuciu, rozmowa ta i tak skończyła się wysłaniem jej do kościoła na dodatkową spowiedź oraz trwałym usunięciem z jej łazienki lustra.

Opinia Marty na temat swojego ciała nie uległa zmianie. Cieszyło ją to, że przez autorki swoich najukochańszych książek zostałaby określona mianem „kruchej istotki”, a jeszcze w jeszcze mniej chrześcijański sposób ekscytował ją fakt, że jej uroda przypadła do gustu również Tomowi. Co prawda nie mogła się łudzić, że podobnie jak u Alfreda wzbudzała w nim tendencje do przesadnej opiekuńczości, jednak przyszło jej do głowy coś jeszcze innego, mianowicie to sprzeczne uczucie, które ogarniało człowieka podczas patrzenia na jakieś wyjątkowo urocze stworzonko. Gdy trzy lata temu kotka ich sąsiada się okociła, Marta miała ochotę wziąć najsłodsze z nich w ręce i ścisnąć jego malutkie ciałko, żeby usatysfakcjonować odzywający się jej w piersi głód. Być może Tom widział ją w podobny sposób, rzecz jasna z tą różnicą, że brakowało mu zdolności do pełnego zrozumienia, że zaspokajanie własnych popędów nie powinno odbywać się kosztem wyrządzania krzywdy drugiemu człowiekowi.

Zanim obwiązała się szlafrokiem, zerknęła pod bieliznę z wysokim stanem na szpecącą jej brzuch bliznę. Znajdowała się w tym samym miejscu, w którym niektórzy ludzie mieli blizny po operacji wycięcia wyrostka robaczkowego, niestety była znacznie grubsza, a w dodatku intensywnie czerwona i nierówna, zakrzywiona ku górze. Prezentowała się paskudnie, co pewnie uciszało podszepty zazdrości w głowie Toma.

— Co robisz? — spytała po kwadransie Donna, gdy Marta rozłożyła na łóżku wszystkie swoje ubrania.

— Myślę.

— Nad?

— Nie wiem. Chciałabym coś zmienić, ale nie wiem co i jak.

— Cóż, najprościej jest zmienić kolory — podsunęła Donna, wkładając sporo starań w to, żeby nie brzmieć przesadnie krytycznie, choć nie podobał się jej tak prosty styl ubioru. — Może na jakieś żywsze? Sporo tu beżu, brązów…

— Myślałam o czarnym.

— Czemu tak?

— Po prostu — odparła krótko Marta, nie chcąc wchodzić w szczegóły swoich motywacji. Tak naprawdę stała za tym chęć lepszego dopasowania się do eleganckiego sposobu bycia Toma. — Potrafisz mi z tym pomóc?

— No jasne.

Marta wybrała ze stosu ubrań ten golf, którego noszenie zaprzestała po pamiętnej lekcji obrony przed czarną magią, gdy Goyle zaproponował jej złożenie mu odwiedzin w dormitorium, a także swoją ulubioną spódnicę. Była zbyt cienka jak na panujące obecnie temperatury, lecz to właśnie ona najładniej układała się na biodrach Marty i nadawała wdzięku jej ruchom. Donna przefarbowała je zaklęciem na czarno, a gdy Marta wyłoniła się zza parawanu w nowej odsłonie (oraz najgrubszych wełnianych rajstropach), wydała z siebie pomruk zamyślenia.

— Nadal bibliotekarka, tylko taka straszna.

Marta zasępiła się na te słowa.

— Straszna?

— No, nieprzystępna — poprawiła się Donna, gestem nakazując jej obrócenie się. — Wyglądasz dojrzalej, ale nie wiem, czy ci o to chodziło.

— Poniekąd, ale chciałam też sprawiać wrażenie bardziej… eleganckiej?

— No to musimy jeszcze zrobić coś z fryzurą.

— A co z nią jest nie tak?

— Bez obrazy, te spinki są naprawdę ładne i może nawet mogłyby pasować do tego typu stylizacji, ale jak upinasz je tak po obu stronach głowy, to wyglądasz jak dziewczątko z kościelnego chóru — wyjaśniła Donna, ciągnąc ją za dłoń do łazienki, gdzie wyczarowała stołek. — Śmiało, siadaj! Co byś powiedziała, żeby je o ton przyciemnić?

— No nie wiem — odparła Marta z widoczną jak na dłoni niechęcią do tego pomysłu. — Nigdy nie farbowałam włosów.

— Och, przestań, przecież jeśli ci się nie spodoba, bez problemu odwrócę zmiany. Mam te zaklęcia w małym palcu — upierała się Donna, a gdy udało się jej zrobić małą dziurkę w murze nieprzekonania koleżanki, uśmiechnęła się radośnie. — Zamknij oczy!

Marta posłuchała, choć nie obyło się bez ostentacyjnego westchnienia. Rosnąca niecierpliwość sprawiała, że bez przerwy kręciła się na niewygodnym stołku, lecz ani razu nie podglądnęła poczynań Donny, zamierzając wbrew rozsądkowi przyznać jej kredyt zaufania.

— Gotowe.

Donna miała rację. Pozbycie się srebrnych spinek dodało Marcie animuszu, a przyciemnione włosy — teraz bardziej wpadające w tonację czerni niż ciemnego brązu — podkreśliły przenikliwość jej spojrzenia, z kolei upięcie ich w luźniejszy niż miała w zwyczaju kok oraz okalanie twarzy jednym lekko podkręconym pasmem włosów sprawiło, że Marta poczuła się całkiem…

— Seksi — skomentowała Donna. — Seksi bibliotekarka!

— Nie mów tak — odezwała się zatrwożonym półszeptem Marta, czerwieniejąc na twarzy, i wsunęła okulary wyżej na nos. — Chciałam być elegancka, a nie… nie… prowokująca!

— Och, Boże, wyglądasz kobieco. Naprawdę myślisz, że Riddle’a sprowokuje coś takiego jak fryzura?

— Nie, ale…

— Spodoba mu się, zobaczysz.

— Ale ja nie chcę mu się podobać! — zbulwersowała się Marta, wstając ze stołka. Sama nie potrafiła zrozumieć własnych emocji. — Wręcz przeciwnie, chcę, żeby mi dał święty spokój!

— To po co się stroisz? — spytała ze zdezorientowaniem Donna.

— Bo te wszystkie wredne dziewuchy pokroju Olivii myślą, że jestem dla niego niewystarczająco ładna! Odkąd tylko pojawiłam się z nim na tym głupim balu, wszystkie patrzą na mnie spod byka, szepczą między sobą i milkną, kiedy tylko na nie spojrzę, a potem śmieją się jak idiotki!

— Czego się spodziewałaś? Że dalej będziesz mogła chować się po kątach, umawiając się z bożyszczem Hogwartu? Oczywiście, że wzbudzasz zainteresowanie, nie bądź niedorzeczna.

— Jezu, po prostu… one sobie myślą, że mi go odbiją — westchnęła ze skrępowaniem Marta, zerkając przelotnie na Donnę. Gdy na jej twarzy zamiast wyrazu współczucia odnalazła rozbawienie, spytała: — Zwierzam ci się, a ciebie to bawi?

— No, musisz przyznać, że to trochę zabawne — zachichotała Donna. — Jakby nie patrzeć, wreszcie rozumiesz, co przechodziłam, kiedy ty robiłaś cielęce oczy do Alfreda. Czasem też się tak na mnie krzywo patrzyłaś.

Marta chciała z całego serca móc szczerze zaprzeczyć tym słowom, lecz nieważne, jak mocno starała się zakląć rzeczywistość, wiedziała, że to nigdy nie będzie prawda.

— Masz rację — wyznała z oporem. — Ale… Cóż, nie chcę sprawiać wrażenia, że temu umniejszam, bo wcale nie powinnam była się w tamten sposób zachowywać, ale sytuacja jest trochę inna.

Donna przybrała wyczekującą minę, lekko prześmiewczą, ale poniekąd też częściowo otwartą na to, co Marta miała do powiedzenia.

— Wiedziałaś, że mi na nim zależy — powiedziała, zauważając ze zdziwieniem, że w jej głos nie wkradła się żadna nuta frustracji. Chyba już całkowicie pozbyła się Alfreda ze swojego serca. — A te dziewczyny nigdy w życiu nie zamieniły z Tomem słowa. Nie wiedzą, jaki on jest, zresztą mało kto wie. Nie jest taki, jaki się wydaje.

Donna wzruszyła ramionami.

— Ty też nie do końca znasz Alfreda — skomentowała.

— Co masz przez to na myśli?

— Wiem, że przyjaźnisz się z nim dłużej niż ja, nie wspominając o stażu naszego związku, ale te parę miesięcy wystarczyło, żebym poznała go z trochę innej strony niż ty — wyjaśniła. — Czasem potrafi zachowywać się tak, jakby miał klapki na oczach.

— Na przykład?

— Na przykład pokazałam mu to, nad czym pracuję — powiedziała, mając na myśli swoją wersję „Almanacha kokieteryjnej czarownicy”. — W ogóle nie był tym zainteresowany. Nie twierdzę, że jako chłopak powinien ekscytować się makijażem i fryzurami równie mocno, co dziewczyny, no ale chociaż trochę, tak żeby mieć pojęcie, co zamierzam robić po szkole. Zirytował mnie, więc posprzeczaliśmy się i wiesz, co on mi na to? Nazwał mój pomysł na własny biznes mianem „hobby” i nawet kiedy mu powiedziałam, ile już na tym „hobby” zarobiłam, to stwierdził, że szminki i rzęsy to nigdy nie będzie prawdziwa praca!

— Naprawdę?

— Naprawdę! Podczas kiedy ja zarabiam i buduję bazę klientek, on fantazjuje o byciu bohaterem, a tak naprawdę zacznie od podawania aurorom kawy jako stażysta i jeszcze śmie mi umniejszać! — wyrzuciła z siebie szybko, krzyżując ręce na piersi. — Wiesz co? W sumie to dobrze, że zerwaliśmy. Nie wyobrażam sobie życia z kimś, kto mnie tłamsi i mówi mi, jak mam żyć.

Marta przywdziała pozbawioną emocji maskę, posępniejąc pod jej powierzchnią. Nie wiedziała, kiedy Tom zdecyduje się jej wreszcie pozbyć, lecz pozostały czas wcale nie należał do niej. Hogwart to ostatnie miejsce, w którym mogła mamić się przyziemną codziennością, rozmawiać z dziewczynami na nic nieznaczące tematy i udawać, że wszystko jest w porządku. Co potem?

Podziękowała Donnie za pomoc i wyszła z dormitorium, bez końca krążąc myślami wokół tematu swojej niepewnej przyszłości, o ile w ogóle ją posiadała. Zjadła późne śniadanie w całkowitej ciszy, bezmyślnie wpatrując się w rozłożonego przed nią Proroka Codziennego tak długo, aż wylądował na nim zmięty w kulkę kawałek pergaminu.

Rozprostowała go i odczytała: „Przyjdź tu.”

Tom chyba wreszcie przekroczył granicę między szaleństwem a pełnym obłąkaniem, skoro myślał, że dołączy do niego przy stole Ślizgonów i będzie oglądać, jak Abraxas się do niego wdzięczy. Po wydarzeniach z balu miała ich obu serdecznie dość, więc wyjęła z torby pióro i odpisała równie lakonicznym: „Nie.”

Odesłała kulkę zaklęciem i nalała sobie kawy do filiżanki.

— O, cześć — odezwał się Alfred, zatrzymując się w pół kroku. Po kilku mrugnięciach dosiadł się do niej, choć wcześniej zdawał się zmierzać do grupki chłopaków z drużyny. — Wyglądasz… inaczej.

— Donna chciała poćwiczyć — powiedziała, skrępowana tym, jak intensywnie się jej przyglądał.

— Aha… A widziałaś się w lustrze?

— Oczywiście — odparła już chłodniej. — Sugerujesz, że wyglądam źle?

— Yyy, nie, oczywiście, że nie — zapewnił ją pośpiesznie, uciekając wzrokiem, gdzie popadnie. Siła wyższa, zwana buzującymi hormonami, ściągnęła go na chwilę w niższe rejony. — Po prostu to zupełnie nie w twoim stylu. Zawsze wyglądasz tak, hm… tak…

— Grzecznie — dokończył stojący za jego plecami Tom.

Marta spodziewała się wszystkiego: niekończących się pretensji, przymusu, grożenia czyjemuś życiu, lecz zdecydowanie nie osobistej wizyty przy stole Ravenclawu. Jako że siedzieli przy samym wyjściu z Wielkiej Sali, obszedł go nieśpiesznie i zajął miejsce po jej prawej. Wzruszył nią lekki dreszcz, gdy jego ręka prześlizgnęła się za jej plecami niczym wąż, żeby spocząć na jej talii.

— Przerwałem ci — odezwał się uprzejmie, bez słów komunikując Marcie, żeby go obsłużyła. Ubodło ją to trochę, jednak zachowanie Alfreda przy życiu ponownie stało się jej priorytetem, więc nalała Tomowi kawy do filiżanki. — Proszę, kontynuuj wyrażanie swojej opinii na temat wyglądu dziewczyny, która nie stała dziś przed lustrem z myślą o tobie, Longbottom.

Alfred zacisnął szczęki, lecz — ku uciesze powoli sztywniejącej Marty — pozostawił te słowa bez komentarza. Błyszczące w jego zielonych oczach poirytowanie nie pozostawiało wątpliwości, że najchętniej wypytałby ją, co też najlepszego wyprawiała z Riddle’em.

— Wybierasz się do Hogsmeade? — zapytał, ignorując istnienie Toma, którego palce niemiłosiernie wpijały się w jej biodro.

— Przecież to za tydzień.

— Nie, dziś.

— Naprawdę? — zdumiała się Marta, dyskretnie starając się zmienić lokalizację ręki Toma na mniej inwazyjną i gorszącą, niestety stawiał tak silny opór, że miałaby szansę osiągnąć sukces jedynie poprzez doprowadzenie na oczach Alfreda do szarpaniny. — Zleciało mi to jak z bicza strzelił… Tak, pójdę, ale trochę później, bo muszę wysłać jeszcze list do mamy.

— Po co? — spytał Tom, dotkliwym uszczypnięciem w bok przywołując ją do porządku. Niewiele brakowało, aby wylała całą zawartość filiżanki.

— Niedługo święta — wyjaśniła bez entuzjazmu, odstawiając ją na spodek. — Muszę złożyć mamie życzenia.

— Marnujesz czas.

— To święta Bożego Narodzenia — wtrącił z poirytowaniem Alfred. Zdawał się wręcz buzować od kłębiących się w nim emocji, co tylko przyprawiało Toma o coraz szerszy uśmiech. — Oczywiście, że pani Warren odpisze Marcie na list.

— Nie byłbym tego taki pewien — odparł lekceważąco Tom, a coś w jego głosie zwróciło uwagę Marty. Dodatkowo rozbudził jej wyobraźnię drgnieniem kącika ust. — Lucille zdaje się nie być szczególną fanką listów, a już szczególnie fanką własnej córki.

— To nieistotne — rzuciła szybko Marta, widząc, że Alfred otwierał usta, i dopiła resztkę kawy. — Tom, przejdziesz się ze mną do sowiarni, proszę?

— A dlaczego miałbym zrezygnować z możliwości ucięcia sobie z Longbottomem miłej, męskiej pogawędki?

— To zbyteczne — skomentował Alfred.

— Wręcz przeciwnie.

— Tom, po prostu chodź, proszę — powiedziała Marta, ciągnąc go za dłoń podczas wstawania. —

Proszę

.

Tom zdradził swoje niecne zamiary, odsłaniając w uśmiechu wszystkie zęby.

— Uwielbiam, jak tak słodko mnie o coś błaga — zwrócił się do Alfreda, powoli sącząc słowa — chociaż zyskuje znacznie bardziej na uroku, kiedy robi to na kolanach.

Mimo że nie pragnęła niczego bardziej, niż znaleźć się jak najdalej od niego, raz jeszcze pociągnęła go za sobą, a on pozwolił wyprowadzić się z Wielkiej Sali. Z wymalowaną na twarzy satysfakcją cieszył oczy jej zaczerwienionymi policzkami i ciskającym gromy spojrzeniem, podczas gdy Marta powstrzymywała się przed spoliczkowaniem go na oczach całego Hogwartu.

— Jak śmiesz mówić o mnie takie rzeczy? — wyrzuciła z siebie, przystając pod tablicą informacyjną, w cieniu rzucanym przez otwarte skrzydło wrót. — Wiesz co, nie, nie odpowiadaj na to. Powiedz mi lepiej, co zrobiłeś z listami od mojej matki.

— Spaliłem.

— Co?

— Spaliłem je — powtórzył bezbarwnie. — I tak nie znajdowało się tam nic, o czym musiałabyś wiedzieć.

— Nic, o czym musiałabym wiedzieć? Czy ty siebie słyszysz? Mówimy o MOJEJ MATCE! — syknęła, odwracając się plecami do grupy przyglądających się im dziewcząt. — Trwa wojna, Tom, jakbyś nie zdążył zauważyć! Nie wiem nawet, czy żyje, czy jest bezpieczna, a ty przechwyciłeś moje listy i je spaliłeś?!

— Żyje, a przynajmniej żyła w listopadzie.

— I co jeszcze?

— Wyprowadziła się na wieś.

— Wyprowadziła się? Gdzie?

— A czy to istotne? I tak jej już nigdy nie zobaczysz.

Łzy frustracji i poczucia zdrady napłynęły jej do oczu. Ostatnią rzeczą, jakiej chciała, było urządzanie scen w obecności tak wielu ludzi, dlatego włożyła podwójne starania w okludowanie umysłu, o który psotliwie otarła się obecność Toma.

— Przestań — powiedziała, pociągnąwszy nosem. Odsunęła się o krok, gdy niemal pochwycił jej dłoń. — I nie dotykaj mnie.

— Nie zachowuj się jak typowa dziewczyna.

— A co to niby ma oznaczać?

— Kiedy Abraxas ma mnie dość, obrzuca mnie wyzwiskami albo pięściami — wyjaśnił szorstko. — Ty stroisz się jak nigdy, ubierasz tak obcisły golf, że Longbottomowi wychodzą gały na wierzch, ale równocześnie twierdzisz, że nie chcesz zwrócić mojej uwagi. — Przesunął spojrzenie na jej szyję. — Jeśli chcesz powtórki z rozrywki, poproś o nią wprost. Nie istnieją prośby, które spełniłbym z większą chęcią.

Chociaż ślina cisnęła jej na język pytanie: „Tak? Jak często spełniasz prośby Abraxasa?”, zamiast tego powiedziała z perfekcyjną dozą nonszalanckości:

— Myślisz, że jeszcze kiedykolwiek pozwolę ci się dotknąć? Że zostanę z tobą sama? Niedoczekanie twoje, Riddle. Nie mam pojęcia, dlaczego ci wtedy zaufałam, ale nie zamierzam sparzyć się drugi raz.

— To nie było zaufanie — skomentował monotonem. — Byłaś zdesperowana i zazdrosna, tak samo jak teraz, Warren. Gdybym zażądał więcej, dałabyś mi to bez wahania.

— Nie dam ci już niczego, na co nie zasłużysz.

Nie spodziewała się, że te słowa wywrą na nim jakikolwiek efekt, jednak była w błędzie. Maskę obojętności wykrzywił tak intensywny gniew, że gdyby nogi Marty nie sprawiały wrażenia odlanych z ołowiu, rzuciłaby się łeb na szyję prosto do gabinetu profesora Dumbledore’a.

— Jesteś taka sama jak Abraxas — powiedział sucho; jego wargi poruszały się niczym zmartwiałe. — Wyrachowana.

— Ja? Ja wyrachowana? — powtórzyła w niedowierzaniu i ruszyła za nim w kierunku wyjścia z zamku. — Niby w jaki sposób? Bo zażyczyłam sobie sukienki?

— Nie udawaj głupiej.

— Naprawdę nie rozumiem, Tom.

— Tak samo jak on uważasz, że to wszystko jest jedną wielką grą.

— Ale przecież… Przecież nie mogę tak po prostu pozwalać ci na wszystko! — wyszeptała, gdy wyminęli grupkę oczarowanych dziewcząt, chłonących ich każde słowo. — Jeśli bym to zrobiła, stłamsiłbyś mnie tak, że nic by ze mnie nie zostało.

Lekceważąco wzruszył ramionami, bez wyciągnięcia dłoni z kieszeni topiąc pokrywający stopnie lód, i obrał za cel najbliższy powóz do Hogsmeade, nie oglądając się na dotrzymującą mu kroku półbiegiem Martę.

— Widzisz, nawet nie zaprzeczysz — powiedziała, trzęsąc się na zimnie. Wypowiedzeniu każdego słowa towarzyszył gęsty obłok pary, który osadzał się na szkiełkach jej okularów, więc zsunęła je niżej na nos, aby móc cokolwiek widzieć. — Dbanie o własne bezpieczeństwo nie jest wyrachowane.

— Jak uważasz, Warren.

Marta przystanęła z wrażenia. Niejednokrotnie słyszała już w jego głosie urazę, lecz nigdy nie towarzyszyło jej tak nietypowe zachowanie. Dotychczas sytuacje te kończyły się przemocą, groźbami lub obelgami, lecz teraz Tom wybrał odseparowanie się od niej, wycofanie, prawie jakby… jakby… naprawdę go zraniła?

— Zaczekaj, porozmawiaj ze mną.

Bez słowa wsiadł do powozu, a Marta po chwili wahania dołączyła do niego, zajmując miejsce po przeciwnej stronie.

— Dość — uciszył ją, gdy chciała ponowić prośbę. — Nie mam ochoty spełniać dziś twoich zachcianek, Warren, więc obawiam się, że nie zasługuję na rozmowę z kimś, komu chciałem kiedyś zaoferować wieczność.

Niewiele brakowało, aby Marta osunęła się bezwładnie na podłogę. Tom strojący fochy! Tego jeszcze nie grali.

— A potrafisz w ogóle uargumentować, dlaczego chciałeś zaoferować ją akurat mnie?

Obrzucił ją lodowatym spojrzeniem.

— Powodów miałem wiele, ale żaden z nich nie jest już istotny — odparł z rezerwą, odwracając wzrok w kierunku okna, gdy powóz ruszył z szarpnięciem. — Nie siedzisz tutaj ze względu na mnie, tylko na Longbottoma i resztę swoich niepełnosprawnych intelektualnie „przyjaciół”. Bawisz się mną, żeby nie stała się im krzywda.

— Nie bawię się tobą — zaprzeczyła, wzburzona. — Moje życie stoi do góry nogami, odkąd cię poznałam. Nieustannie chodzę wokół ciebie na palcach, muszę posuwać się do kłamstw i aktów wandalizmu, żeby cię zadowolić!

Tom potrząsnął głową w taki sposób, jakby opowiadała głupoty.

— To jak się tobą bawię? No, proszę, podaj mi przykłady! Umieram z ciekawości.

— Hornby — powiedział tylko.

— Co z Hornby?

— Tamtej nocy się mną bawiłaś.

— Wtedy, w pokoju wspólnym? — spytała, zszokowana. — Jak?

— Wiesz, co zrobiłaś.

— Pocałowałam cię.

Wciąż bez mrugnięcia przypatrywał się przesuwającemu się za oknem śnieżnemu krajobrazowi, lecz nie musiał zabierać głosu, żeby wywnioskowała z jego wyczekującej miny, że właśnie to miał na myśli.

— Tak, pocałowałam cię, żeby odwrócić twoją uwagę — przyznała. — I zrobiłabym to jeszcze raz, żeby uratować życie swoich koleżanek.

Tom milczał jak zaklęty tak długo, że straciła nadzieję na uzyskanie odpowiedzi. Nie rozumiała, o co mu chodziło, a te humorzaście lakoniczne odpowiedzi zamiast pomóc jej połączyć kropki, irytowały ją.

— Och, Boże. Po prostu powiedz wprost, jaką sytuację masz na myśli, bo naprawdę nie jestem w stanie cię zrozumieć, Tom — poprosiła, przesiadając się na drugą stronę, żeby złapać go za rękę. Gdy tylko ją pochwyciła, wstępujący na twarz Toma grymas sprowadził na nią olśnienie. — O to ci chodzi, tak? Myślisz, że okazuję ci czułość tylko po to, żeby coś ugrać?

— A jest inaczej, Warren?

— Oczywiście, że tak, przecież…

— Interesujące — wtrącił, pozwalając, żeby złączyła ich palce razem. — Czyli twierdzisz, że czujesz coś do mnie, tak?

Nie spodobało się jej to, z jakim rozochoceniem spojrzał jej w oczy. Jeszcze przed chwilą nie potrafiła dopatrzeć się w nich niczego poza pustką, lecz teraz podszył je czerwony błysk.

— Gdyby było inaczej, nie siedziałabym tu teraz — odpowiedziała, uznając, że wyważony dobór słów nie zaszkodzi.

— Okazujesz to w naprawdę niecodzienny sposób, Marto.

— To znaczy?

— Zainicjowałaś pocałunek tylko raz i jak sama przyznałaś, stały za tym ukryte motywy — wypomniał i zmiażdżył jej dłoń w uścisku, gdy szykowała się do doprecyzowania swojego poprzedniego stanowiska. — Wydaje mi się, że gdybyś coś do mnie czuła, nie unikałabyś mnie jak ognia, a dołączyłabyś do mnie podczas śniadania. Zamiast tego to jak zwykle ja byłem zmuszony szukać z tobą kontaktu, a kiedy zająłem miejsce obok, wyglądałaś, jakbyś nie pragnęła niczego poza ucieczką. Na domiar wszystkiego nie chciałaś, żebym cię dotykał, wręcz próbowałaś zrzucić z siebie moją rękę, Warren. Nie wydajesz się szczególnie spragniona mojego towarzystwa, nie uważasz?

— Znów wszystko przekręcasz — obruszyła się. — Wcale nie pocałowałam cię tylko raz. Tamtej nocy…

— Nie zmienia to faktu, że stało się to

tylko

tamtej nocy.

— Jesteś nieznośny. Przecież całowaliśmy się później, przy Abraxasie, nie wspominając o tych wszystkich pocałunkach podczas… podczas sam wiesz czego!

— Każdy jeden z nich był zainicjowany przeze mnie.

— Och, przepraszam bardzo, że nie wykazałam się większą inicjatywą po tym, jak doprowadziłeś mnie do urazu mózgu!

— Warren, czy tobie trzeba wszystko przeliterować? — westchnął, jednym szarpnięciem przyciągając ją tak blisko, że prawie wylądowała na jego kolanach. — Pocałuj mnie — rozkazał. — I zrób to tak, jak wtedy.

Choć w pierwszej chwili zawahała się, zamknęła oczy i złożyła na jego ustach długi, naznaczony sprzeczką pocałunek. Tom nie odpowiedział na niego w żaden sposób, trwając w bezruchu i tak biernie witając jej usta na swoich, że Marta odsunęła się od niego, krzyżując ręce na piersi.

— Nie dałbym temu nawet nędznego.

— Nie bądź bezczelny — fuknęła, czerwieniejąc ze złości. — Jak miałam zrobić to lepiej, skoro sam nie dałeś z siebie dosłownie niczego?

— A czemu miałbym? Nie wyczułem w tobie niczego poza niechęcią.

— Wiesz co? Być może wykazywałabym się większą inicjatywą, gdybym za każdym razem nie była krytykowana z góry do dołu, kiedy odważę się zrobić pierwszy krok!

Tom obwieścił swój brak zainteresowania wymówkami poprzez wypuszczenie jej dłoni ze swojej oraz wyjrzenie na krajobraz za oknem. Sznur samociągnących się powozów skręcił właśnie na bezpośrednią drogę do Hogsmeade, od dotarcia do którego dzieliło ich co najwyżej pięć minut.

— Och, Boże.

Zmusiła go do odwrócenia się w jej stronę i pocałowała go raz jeszcze, wkładając wszelkie starania w zapomnienie niedorzecznego tematu ich kłótni. Mimo że nie miała najmniejszej ochoty się nad nim użalać, wbrew sobie poczuła w piersi kiełkujący zalążek współczucia wobec Toma sprzed kwadransa, który przez tę krótką chwilę nie kierował się zaborczością czy chorobliwą zazdrością, a poczuciem krzywdy, niesprawiedliwego odtrącenia. Tyle wystarczyło, aby szczerze zapragnęła wynagrodzić mu tę bolączkę, a on wpił się w jej usta z taką pasją, jakby czekał na ten moment całą wieczność.

Jak mogła go tak bezdusznie potraktować? Tak, był okrutny i nieprzewidywalny, a przede wszystkim niebezpieczny, ale przecież to nie jego wina. Jego poczęcie wynikło z tak wielu grzechów, że nie mógł stać się inny, a ponure, pozbawione szczęścia i miłości dzieciństwo w sierocińcu przysłużyło się dodatkowemu pogłębieniu jego najgorszych tendencji.

Marta uświadomiła sobie, że gdyby pragnienie czułości nie było słabością Toma, nie wypowiadałby się na ich temat z taką wzgardą. Każda kpina i jadowity komentarz miały za zadanie umacniać mur, którym się otoczył, lecz teraz, gdy raz zasmakował jej ciepła, chciał go więcej. Potrzebował go, prosił o nie, nawet jeśli skrywał to pod płaszczykiem wydawania rozkazów i wymagania, aby udowodniła mu swoje uczucia.

Zależało mu na niej.

Ufał jej.

— Więcej.

Pocałowała go raz jeszcze, przelotnie, ale z uczuciem i powiedziała:

— Jesteśmy na miejscu.

Nie pozwolił jej wstać, mimo że drzwi powozu otworzyły się samoistnie.

— Chcę znacznie więcej, Marto.

— Tom.

— To mi nie wystarcza.

Słowa te brzmiały w jego ustach niemal tak, jakby posiadały drugie dno, a zwodniczo niewinna, wręcz anielska mina Toma rzucała na nie dodatkowy cień.

— Co masz przez to na myśli? — spytała, wzruszona dreszczem przez wpadające do środka lodowate podmuchy wiatru, które uświadomiły jej, że żadne z nich nie miało przy sobie nic dodatkowego do ubrania. — Po co tu przyjechaliśmy?

Zamiast odpowiedzieć, Tom aportował się z nią w nieznane. Wylądowali w wąskiej, zacienionej uliczce wyłożonej kocimi łbami; pod fundamentami ceglanych budynków wznosiły się pochyłe, sczerniałe od brudu bryły śniegu, gdzieś w oddali rozległ się chlust wylewanych z wiadra pomyjów. Wzdrygnęła się na widok niepokojącej, dziwnie poruszającej się kreatury, skrytej pod peleryną i zarzuconym na głowę kapturem. Tom położył ręce na ramionach Marty; nawiązali kontakt wzrokowy w wolnym od brudu skrawku szyby opuszczonego sklepu, a on uśmiechnął się do niej tak pięknie, jakby dotknęła go sama ręka Boga.

— Gdzie jesteśmy?

— Wchodź — powiedział, skinąwszy brodą w kierunku wpuszczonych w ziemię schodów prowadzących do piwnicznych drzwi.

— Najpierw mi powiedz, Tom.

— Nie chcę, żebyś zmarzła.

— Tom…

— Mnie też jest zimno — dodał, dla lepszego efektu pociągając suchym nosem.

— Nie zejdę tam do czasu, aż nie puścisz pary z ust — upierała się, zawczasu przygotowana do stawiania oporu, lecz wbrew przewidywaniom Tom wcale nie zaczął ciągnąć jej do celu. — O co chodzi?

Odwrócił ją ku sobie z cichym westchnieniem i przesunął kciukiem po jej policzku. W ciszy analizował zmiany w jej wyglądzie, począwszy od ciemniejszych, inaczej upiętych włosów, poprzez rumiane z zimna policzki i zaledwie muśnięte zaklęciem rzęsy, skończywszy na jej lekko skulonych ramionach i skrzyżowanych na piersi, pocierających się dla zyskania choć odrobiny ciepła rękach.

— Nie potrafiłem przestać o tym myśleć od tamtego razu w szklarni — poinformował ją, narzucając jej na ramiona naprędce przyzwany ze szkoły płaszcz. — Gdybyś nie była w tak czarującej rozsypce, zabrałbym cię tutaj już wtedy, ale cieszę się, że poczekałem. Pośpiech sprawiłby tylko, że opierałabyś mi się jeszcze bardziej.

— Przejdź do meritum, proszę.

— Należysz do mnie, prawda, Marto?

— Tak — odparła z rosnącym niepokojem i pozwoliła, żeby Tom zamknął ją w swoich emanujących ciepłem ramionach. Podczas gdy on uspokajająco gładził jej plecy, ona skanowała otoczenie wzrokiem w poszukiwaniu choćby najdrobniejszej podpowiedzi, gdzie się znajdowali. — A ty do mnie.

— Nie uważasz, że nadszedł czas, żeby to przypieczętować?

— Co? — spytała, kładąc mu ręce na klatce piersiowej, żeby móc się od niego odsunąć. Pozwolił jej na to jedynie częściowo. — Chyba nie…? Nie sugerujesz, że…?

— Że?

— Tom, nie możesz być poważny! Przecież nie wezmę z tobą ślubu!

— Ślub nie ma dla mnie żadnej wartości — odparł bezbarwnie, choć jego oczy zmrużyły się lekko, prawie jakby ta rozemocjonowana deklaracja sprawiła, że zapragnął zmusić ją i do tego. — Nie jest magicznie wiążący.

— Magicznie wiążący? — spytała, wstrząśnięta. — Mówisz o Wieczystej Przysiędze.

Tom skinął głową.

— Nie.

Nie

, Tom.

— O? — zdumiał się ostentacyjnie, wzmacniając uścisk na jej ramionach. — Dlaczego nie?

— Bo… bo nie! Dlaczego w ogóle muszę ci tłumaczyć coś takiego? To oczywiste!

— Masz rację. To oczywiste, że nie planujesz dochować mi wierności.

— Przestań, wcale nie o to chodzi — wyrzuciła z siebie gorączkowo, próbując uwolnić się z klaustrofobicznego, nieustannie zacieśniającego się potrzasku. — Myślisz wyłącznie o sobie, nic więcej. To nie jest coś, czego chcę, to nie jest…

— Im więcej mówisz, tym bardziej odnoszę wrażenie, że Wieczysta Przysięga jest konieczna.

— Czy ty mnie w ogóle znasz? Nigdy w życiu nikogo bym nie zdradziła, to grzech. Nie jestem taka jak Donna, taka, taka… rozbestwiona, niezaspokojona! Wystarczy mi bycie z jedną osobą, nie potrzebuję niczego więcej, zresztą, nigdy bym nikogo tak nie skrzywdziła! Przecież… Poza tym popatrz na siebie! Dlaczego miałabym chcieć kogoś innego, skoro jestem z kimś tak nieprzyzwoicie przystojnym?

— Jesteś kochliwa — powiedział ze stoickim spokojem i uniósł jej dłoń do ust, żeby złożyć na niej przelotny pocałunek. — To twoja największa wada, Marto. Nie jesteś stała w obiektach swoich fantazji. No i ta okropna desperacja… Byłaś skłonna zdradzić wszystkie swoje ideały, żeby tylko przeżyć to, co najgłupsza i najbardziej puszczalska z twoich koleżanek. Czy w ogóle pamiętasz, jak nazywał się tamten chłopak, z którym weszłaś do schowka na miotły, kiedy miałaś czternaście lat?

Marta przełknęła ślinę. Czekała na usłyszenie tych słów od tak długiego czasu, że przestała wierzyć w to, że naprawdę padną.

— Nie.

Jego twarz rozświetliła przepełniona satysfakcją mina. Oczywiście, że pamiętała imię tamtego chłopaka, ale bardziej liczyło się dla niej uchowanie kogoś przy życiu niż zbicie tego jednego żałosnego, wcale nie świadczącego o jej charakterze argumentu.

— Nie szkodzi — zapewnił ją z czarującym uśmiechem. — Sprawdzę to potem w twoim pamiętniku.

— Po co ci to wiedzieć?

— Czy to nie oczywiste?

— Tom, to był jeden wielki błąd! Dostałam nauczkę i już nigdy nie zrobię niczego podobnego, nie dopuszczę do tego, rozumiesz? A ty nie możesz poważnie rozważać skrzywdzenia kogoś dlatego, że mnie dotknął trzy lata temu, kiedy nawet nie zdawałeś sobie sprawy z mojego istnienia!

— Niczego nie rozważam — skorygował bezbarwnie. — Nawet

ja

cię tam nie dotknąłem, a on ma chodzić po tym świecie jak gdyby nigdy nic, nienaruszony, z obiema rękami? Mam pozwolić na to, żeby za parę lat, kiedy moje imię będą znać wszyscy czarodzieje w Wielkiej Brytanii, on rozpowiadał o tym, że miał coś, co należy do mnie? Naprawdę chcesz, żeby ktoś sugerował, że byłaś wybrakowana w momencie, kiedy wziąłem cię w posiadanie?

— Tom! — wyszeptała, zbulwersowana. Nie była wybrakowana! W żadnym calu! — Przecież tylko…

— Tylko? Pozwalanie jakiemuś śmieciowi na obmacywanie cię w schowku to „tylko”? — spytał, zniżając głos do niebezpiecznego tonu. — Powinnaś skakać ze szczęścia, Marto. Chcę cię mimo twoich wszystkich wad, mimo tego, że nie jestem jedyny w twoim życiu, mimo że ciągle mnie odrzucasz, odpychasz, wyzywasz od podłych przemocowców, mimo że jesteś szlamą. Toleruję te wszystkie rzeczy, podczas kiedy ty nie jesteś nawet gotowa dać mi tego małego ukojenia.

Marta prychnęła tak głośno, że nie zdziwiłaby się, gdyby pobudziła wszystkich umarłych w Londynie.

— Wieczysta Przysięga to nie jest „małe ukojenie”, Tom — wycedziła, wreszcie zyskując okazję, żeby go od siebie odepchnąć. Aportowała się na sam skraj murów Hogwartu i przekroczyła próg rozwartej bramy oraz chroniących tereny zamku zaklęć teleportacyjnych, ignorując lądującego z cichym trzaskiem Toma. Czuła, że wymknięcie się z tamtej sytuacji przyszło jej zdecydowanie zbyt łatwo. — Nie zmusisz mnie do tego.

— Nie zmuszę — zgodził się, łapiąc ją za dłoń, co sprawiło, że wsiadająca do powozu grupka dziewcząt zaczęła łamać sobie karki, żeby na nich spojrzeć. — Przyjdzie taki dzień, kiedy zrobisz to z własnej woli.

— Ciekawe — odparła sucho Marta — bo myślałam, że zostało mi niewiele czasu.

— Być może, jeśli twoja decyzja i przyszłe zachowanie będą zadowalające, dostaniesz go więcej, niż zakładasz.

Mimo szczerych chęci, nie potrafiła zmusić się do pełnego uwierzenia w te słowa.

— Czy ja kiedykolwiek przestanę być ofiarą szantażu, Tom?

— To nie szantaż, a wybór — odparł z całkowitą powagą i przyciągnął ją do siebie, gdy tylko przekroczyli próg zamku. — Oferuję ci bycie moją na wyłączność i nie zaakceptuję niczego mniej. Naprawdę nie uważasz tego za romantyczne? Nie zachwyca cię bycie obiektem mojej obsesji? Nie uważasz za czarujące tego, że budzę się i zasypiam z myślą o tobie?

Marta milczała, a zanim udało się jej zmusić ściśnięte gardło do współpracy, obserwowała Toma z taką czujnością, jak nigdy wcześniej. Mimo że jego oblicza wcale nie spowijał nieprzenikniony całun obojętności, nie potrafiła rozszyfrować malujących się na jego twarzy emocji. Każde drgnienie mięśnia, ruch warg czy brwi zdawały się zawierać coraz to nowsze, sprzeczne z poprzednimi przesłania, prawie jakby sam Tom był niezdolny do zdecydowania, co zamierza z nią zrobić.

— To zależy, wokół czego te myśli oscylują — powiedziała nerwowo, woląc nie odpowiadać na poprzednie pytania. Świadomość, że perspektywa zabicia jej nie była dla niego tak oczywistym wyborem, pocieszała, choć nie do końca stanowiła źródło ulgi.

— Wokół wszystkiego, czym dla ciebie jestem i czym chcę być — odparł z błyskiem w oku. Co więcej, lekkie wzmocnienie intensywności, z jaką jego palce wbijały się jej w przedramię, podpowiedziało Marcie, że jej baczne obserwacje ani nie uszły jego uwadze, ani nie spotkały się z jego aprobatą, co zdradziło nieznaczne obnażenie zębów w fałszywym uśmieszku. — Myślę, że spędzenie wspólnie świąt w opustoszałym zamku zbliży nas do siebie jeszcze bardziej.

Marta zatrzepotała szybko rzęsami, a jej pierś zamarła w pół oddechu. Nagle wizja bycia przymuszoną do złożenia Wieczystej Przysięgi wydawała się tak mało istotna, że wyślizgnęła się spomiędzy zwojów jej pamięci.

Przesłyszała się, prawda?

— Zbliży? — powtórzyła głucho. — My n-nie…

Na widok uśmieszku ciągnącego za jego kącik ust, wydała z siebie piskliwy dźwięk i czmychnęła w górę schodów, prawie wybijając sobie na nich zęby. Gdy dotarła na zaczarowaną kondygnację, brak depczącego jej po piętach Toma przyprawił ją o tak potężną falę ulgi, że niewiele brakowało, aby z nadmiernego rozluźnienia przechyliła się przez kamienną poręcz. Niemniej, rozchodzące się po zamku echo jego głodnego śmiechu zdawało się towarzyszyć jej nawet na szczycie wieży Ravenclawu.

W pokoju wspólnym bezceremonialnie wkroczyła między rozchichotaną grupę dziewczyn, złapała zszokowaną Donnę za nadgarstek i zaciągnęła ją siłą do pustego dormitorium. Zaryglowała drzwi zaklęciem, sprawdziła łazienkę i otworzyła na oścież okno, nie potrafiąc zaspokoić płuc niczym poza przeszywającym na wskroś, mroźnym powietrzem.

— Potrzebuję pomocy — wydyszała.

— Chyba pielęgniarki — odmruknęła skonfundowana Donna.

— Twojej pomocy! Zostaję na święta w Hogwarcie, pamiętasz, prawda? No!

— No… i co?

— Tom też zostaje!

— Chyba zawsze zostaje, nie?

— Och, Boże, Donna! — wykrzyknęła Marta, łapiąc ją za ręce. — Zostajemy razem!

— Już to ustaliłyśmy, tak.

— Nie żartuj sobie ze mnie — obruszyła się, gdy kąciki ust Donny wygięły się ku górze. — Wiesz,

co

mam na myśli. Tom mi powiedział, że… że, hmm… ALE NIE MÓW NIKOMU! Zasugerował, że, że…

— Dacie sobie prezenty?

— Zbliżymy się do siebie! — pisnęła Marta. — Boże, co to oznacza? Chyba nie mówił na poważnie? Przecież on doskonale wie, że ja nie… ja NIGDY bym niczego takiego nie zrobiła, przecież mnie zna, mnie, moje poglądy!

— Uspokój się — westchnęła Donna, stawiając opór chęci roześmiania się z powodu rozgorączkowania koleżanki. — Szczerze mówiąc, byłabym zdziwiona, gdybyście się do siebie nie „zbliżyli” — dodała z całkowitą powagą, która dolała oliwy do ognia paniki. — Będziecie tu prawie dwa tygodnie bez nadzoru. Musielibyście być nienormalni, żeby…

— Ja to nie ty, żebym nie potrafiła trzymać rąk przy sobie — fuknęła ze zbulwersowaniem Marta. — Co to niby jest, dwa tygodnie? Poradzę sobie z tym bez problemu i dla twojej wiadomości będę przy tym wybitnie normalna!

Donna wywróciła oczami.

— Pożyj trochę — powiedziała. — Zostajesz na dwa tygodnie sama z bożyszczem Hogwartu, co ci szkodzi trochę, no wiesz… wyluzować? Przecież nikt nie twierdzi, że od razu masz z nim wskakiwać do łóżka!

—

Jestem

wyluzowana — zaperzyła się Marta, a na widok powątpiewania malującego się na okrągłej twarzy Donny wstąpiło w nią jeszcze większe poirytowanie. — Całujemy się.

Dużo

.

— Wow…

— Tak, wow, żebyś wiedziała.

— Czy gdybyś nie daj Boże znalazła się w złym miejscu o złym czasie i dostałabyś z niemieckiej rakiety, naprawdę poczułabyś, że żyłaś całą piersią, bo parę razy cmoknęłaś Riddle’a w usta?

— Wcale go nie cmokam! To normalne pocałunki, Donna!

— Ta, jassne…

— Przecież widziałaś, jak wyglądałam wtedy, za pierwszym razem.

— Niby tak, ale nie zdziwiłabym się, gdybyś po prostu stała, a on odwalał całą robotę.

Marta zapowietrzyła się ze wzburzenia.

— Wcale nie! Całujemy się normalnie, yy, to znaczy

dojrzale

, nie jak dwoje dzieci i… i robiliśmy też co innego.

— Mhm, tak? Niby co?

— Nie twoja sprawa.

— To po co o tym wspominasz? — prychnęła Donna. — Wymyślasz.

— Nie jestem kłamczuchą! Po prostu…

— Po prostu się to nie wydarzyło?

— Wydarzyło — powtórzyła z naciskiem Marta. — Myślisz, że dlaczego wyszliśmy z balu i nigdy na niego nie wróciliśmy?

Ta odpowiedź wyraźnie pobudziła wyobraźnię wytrzeszczającej oczy Donny.

— Marto! — wyszeptała, ciągnąc ją na łóżko. Gdy obie już siedziały, klasnęła w ręce. — Opowiadaj, muszę wiedzieć wszystko!

— Ee, co? Nie no, do niczego takiego nie doszło!

— Przestań, weź już nie udawaj takiej — kontynuowała, poruszając zabawnie brwiami — Ze wszystkim nie trzeba czekać do ślubu, prawda? No, co robiliście? Coś przez ubrania? Czy ci pokazał?

Marta podziękowała przestworzom za to, że jednak nie stała, jako że Donna przyłożyła zgięty palec do rozporka własnych spodni i wyprostowała go gwałtownie, niemal sprężyście, co przyczyniło się do przyczyniło się do zalania umysłu Marty niestosownymi wspomnieniami.

— O MATKO! — wykrzyknęła Donna. — RIDDLE POKAZAŁ CI SWOJEGO…

Marta docisnęła jej dłoń do ust i pchnęła ją na łóżko, przypominając sobie o otwartym oknie. Jeśli ktokolwiek inny wpadł na pomysł wywietrzenia dormitorium, bezbożnie dusznego od buchającego gorącem pieca, mógł usłyszeć tę rozchichotaną wariatkę!

— Nieprawda, nic mi nie pokazał! — zaprzeczyła Marta, czując, jak ciepło powoli wędruje w górę jej szyi, rozpalając ją centymetr po centymetrze. — Zresztą, nie przyszłam ci się z niczego zwierzać, liczyłam, że mi powiesz, jak mam tego wszystkiego uniknąć!

Usta Donny poruszyły się na spodzie jej dłoni, lecz Marta odciągnęła ją dopiero wtedy, gdy poczuła na skórze dźgnięcie wilgotnego języka.

— Fuj!

— I po taką poradę przyszłaś akurat do mnie? — zaśmiała się, przetaczając się na bok. Wstała z cichym stęknięciem, a następnie zabrała się za rozbebeszanie szuflady swojej półeczki nocnej. — Wiesz co… Nie żebym nie wątpiła w twoją silną wolę, ale chyba musiałabyś być

tam na dole

totalnie niesprawna, żeby nie ulec gościowi takiemu jak Riddle.

Rzuciła jej na kolana metalową puszkę z podkreślonym dwoma niebiesko-czerwonymi liniami logo PARAGON, a gdy Marta uniosła ciasno dopasowane wieczko, w mózg na zawsze wżarł się jej obraz czegoś, czego nigdy nie chciała zobaczyć.

— Gumki — powiedziała z rozbawieniem Donna. — Jak nie założy, to nie włoży, łapiesz?

— Jezu Chryste.

— To tylko na wszelki wypadek, zresztą, sama zobaczysz, jak łatwo jest dać się ponieść. Niestety z was dwojga to ty musisz mieć łeb na karku, chłopakom nie można ufać z tymi sprawami — wyjaśniała tonem eksperta. — Tak naprawdę nie można im ufać w ogóle. Jak czegoś nie chcesz, to musisz powiedzieć twardo „nie” i nie wchodzić w żadne dyskusje. Na pewno będzie próbował kombinować, powie ci coś w stylu „buu, ale chcę się tylko poocierać”, ty się na to zgodzisz, bo uwierzysz mu na ładne oczy, no i połechcze to twoje ego, a zaraz będzie mówił „wsadzę tylko trochę, tylko kawałek, chcę cię poczuć” i tak dalej, i tak dalej, a jak w tobie skończy, to będzie „nie mogłem się powstrzymać, tak bardzo cię pragnąłem…” i się ulotni, a ty będziesz szła sama do pani Goldie po odpowiednią nalewkę.

Wywróciła teatralnie oczami, podczas gdy Marta zbierała szczękę z podłogi.

— Jaką znowu nalewkę? — zapytała tylko, fizycznie niezdolna do odniesienia się do którejkolwiek z reszty tych bulwersujących kwestii.

— No jaką? Chyba nie chcesz zostać matką w wieku siedemnastu lat?

— PORONNĄ?! PANI GOLDIE TAK O, ROZDAJE SOBIE NALEWKI PORONNE?

— Nie sądzę, że można to nazywać w ten sposób, skoro…

— Gdybym wiedziała, że pod jej okiem dochodzi do, do… unicestwiania żyć bezbronnych dzieci, w życiu bym się u niej nie uczyła! Przecież to nieludzkie!

— Masz wszelkie prawo oburzać się na to ile chcesz i nikt cię do tego nie zmusza, ale osobiście uważam, że to jest prędzej forma antykoncepcji jakiejś takiej… awaryjnej.

— Zabezpiecza się przed, a nie po.

— To prawda, ale przecież nie zachodzi się w ciążę pięć sekund po seksie — powiedziała Donna z topniejącym przekonaniem. — Nie?

— Mnie się pytasz?

— No, chciałaś być pielęgniarką. Jeśli któraś z nas powinna takie rzeczy wiedzieć, to ty.

— To ty

to

robiłaś!

— Ale z gumką.

— Dość — wyszeptała wycieńczona Marta, unosząc dłoń. — Nie chcę tego nawet słyszeć. Bierz to obrzydlistwo z powrotem i zapomnij, że w ogóle przeprowadziłyśmy tę rozmowę. Dziękuję za nic.

— Zostaw je sobie, mogą się…

— NIE będę

tego

robić! — Tupnęła nogą, z hukiem zamykając puszkę. — I trzymaj gębę na kłódkę!

— Dobra, dobra. Jak sobie tam chcesz.

W zamaszyście otwierających się drzwiach stanęła Olivia, uzbrojona w rozdrażnioną minę wywołaną faktem, że musiała wyjąć różdżkę do zdjęcia ryglującego zaklęcia.

— Warren — powiedziała ze znużeniem, lądując wzrokiem na trzymanej przez Martę puszce z prezerwatywami. — Nie mów, że już rozkładasz przed Riddle’em nogi.

----- CHAPTER BREAK -----

Marta wypuściła z piersi okrzyk frustracji. Posłała puszkę z prezerwatywami na łóżko Donny z takim rozmachem, jakby rzucała odbezpieczonym granatem, i wymaszerowała z dormitorium. Dopiero gdy minęła się w przejściu z Bagshotem obstawionym swoją wierną bandą błaznów, zauważyła, że Olivia deptała jej po piętach.

— Gdzie się wybierasz, Warren?

— Mam was wszystkich po dziurki w nosie — rzuciła Marta, przebierając szybko nogami na stopniach. Policzki wciąż podgryzało jej nieznośne gorąco. — Wracaj do Donny, pewnie zaraz puści parę z ust, nie musisz wyciągać tego ze mnie.

— Chyba nie myślisz, że naprawdę interesuje mnie sprawa twojej cnoty?

Olivia zadała to pytanie w typowy dla siebie sposób, drwiący i pogardliwy, lecz zarazem tak lodowaty, że Marta uświadomiła sobie, że w ciągu ostatnich tygodni ich stosunki stały się — co wstrząsające — niemal ciepłe. W rankingu popularności dziewcząt z dormitorium zawsze stawiała Olivię na ostatnim miejscu, lecz zdaje się, że w jakiś niewyjaśniony, szalony sposób wspięła się ponad rozpieszczoną Astrę, być może nawet ponad Donnę. Nawet obserwujący je z przestworzy Bóg musiał zastanawiać się, jak doszło do tego kuriozum.

— Tak, wyobraź sobie, że nie wszystko na tym świecie kręci się wokół ciebie — kontynuowała Olivia, nie odstępując jej ani o krok w drodze do stojących otworem wrót na dziedziniec. — Skoro jesteś na tyle głupia, żeby uzupełniać zapas gumek przed świętami ze swoim ukochanym Tomusiem, który ewidentnie traktuje cię jak swój worek treningowy, proszę bardzo, niech ci będzie. Może jeszcze wyjdź za niego i przypieczętuj swoją przyszłość u boku damskiego boksera z mikrofiutkiem.

— OLIVIA! — wyszeptała zatrwożona Marta, rozglądając się wkoło, aby sprawdzić, czy aby przypadkiem ktoś nie usłyszał tych skrajnie nierozsądnych słów. — Proszę cię, zakończmy ten temat. To nie twoja sprawa.

— Jak powiedziałam, rób co chcesz. Próbowałam wybić ci to z głowy, więc moje sumienie jest czyste — odparła niewzruszenie, zapinając się pod samą szyję, gdy wyruszyły ścieżką wydeptaną między półmetrowymi zaspami śniegu. — Uznałam, że może zainteresuje cię to, że złożyłam ostatnio wizytę w skrzydle szpitalnym.

Marta spojrzała na nią jak na wariatkę.

— A niby dlaczego miałoby mnie to zainteresować?

— Bo pytałam pani Goldie, czy wie, jak postępować w razie padnięcia ofiarą zaklęcia

Obliviate.

Marta zatrzymała się w pół kroku, nie wierząc własnym uszom. W głowie miała pustkę, więc po chwili tępego wpatrywania się w iskrzące się satysfakcją oczy Olivii raz jeszcze podjęła się wyprawy do szklarni. Oddałaby wszystko za to, aby móc w spokoju wyżalić się mandragorom i sprawdzić, jak wiele urosły, odkąd ostatni raz złożyła im wizytę.

— Okazuje się, że nawet jeśli per se nie istnieje przeciwzaklęcie, które mogłoby przywrocić mi pamięć, jest kilka eksperymentalnych sposobów ćwiczeń. I wiesz, co się stało, kiedy wypróbowałam parę z nich?

Nawet Marta nie była pewna, jakie słowa kryły się za nerwowym bełkotem raz po raz opuszczającym jej usta. Otworzyła trzeszczące szkliście drzwi szklarni, gdzie dla ukrycia drżenia dłoni zdjęła płaszcz i przerzuciła go sobie przez łokieć, zmierzając do stanowiska z mandragorami. W razie potrzeby była gotowa wyszarpnąć je z ziemi, żeby ogłuszyć je obie i położyć kres temu tematowi rozmowy.

— Przypomniało mi się coś z King’s Cross — poinformowała ją z okrutną rozkoszą Olivia. — Ty i twoja moherowa mamusia wysiadające z taksówki. Kojarzysz coś takiego?

— Co roku przyjeżdżam taksówką.

— Nie wątpię, ale tego roku przyjechałyście same, prawda? Bez tatusia.

Marta włożyła wszystkie siły w postawienie oklumencyjnego muru mimo świadomości, że jeśli istniał jakiś temat poza

tymi sprawami

, który miał zadatki na wyprowadzenie jej z równowagi, był to temat jej zmarłego ojca.

— Hornby, ostrzegam cię — powiedziała krótko, wsuwając na dłonie rękawice ze smoczej skóry.

— Ty ostrzegasz

mnie

? — odprychnęła tamta, zmniejszając przestrzeń między nimi do niekomfortowego poziomu. — Pamiętasz co się stało, kiedy ostatni raz o tym rozmawiałyśmy?

— Obie wiemy, że nie celowałaś wtedy w lód.

— Oczywiście, że nie. Celowałam w twoją przebrzydłą mordę zaklęciem żądlącym, żeby przypomnieć ci, że to ty powinnaś każdego dnia wyglądać jak Quasimodo — wycedziła Olivia, dobywając różdżki. — Zostały ci tylko dwa wybory, Warren. Odwrócisz tamto zaklęcie, wyjdziesz z tego wszystkiego bez szwanku i obie jesteśmy zadowolone, miłe, prawda? Ewentualnie dalej udajesz głupią albo wręcz przeciwnie, autentycznie jesteś tak zidiociała, żeby stanąć ze mną do pojedynku, który sama wiesz, jak się skończy. Będziesz leżeć na tej ziemi, cała pobeczana jak za starych dobrych czasów, a ja wyszarpnę z ciebie tamto wspomnienie siłą i pójdę z nim do dyrekcji, a oni poinformują magopolicję. Co wybierasz?

Marta milczała. Oczami wyobraźni widziała nie Olivię, a Toma, pochylającego się nad nią, żeby otrzeć jej łzy i przygarnąć ją do siebie w chwilę po tym, jak zdjął z niej

Cruciatusa

.

— Jeśli podniesiesz na mnie rękę, popełnisz błąd, Olivio.

— Tak?

— Nieodwracalny błąd — odezwał się trzeci głos.

Odwróciły się równocześnie, żeby spojrzeć na stojącego pod drzwiami Toma. Przyglądał się im z pochyloną głową, a nastający zmierzch rzucał na niego cienie, które wydobywały z jego iście anielskiej twarzy demoniczne rysy. Marta spodziewała się, że Olivia zlęknie się na ten widok, lecz nie drgnęła jej nawet powieka. Czy naprawdę nie pojmowała tego, w jak wielkim niebezpieczeństwie się znalazła? Nie widziała tej osobliwej czerwieni kryjącej się w żądnych krwi oczach Toma?

— Zostaw nas samych, Marto.

— Nie — powiedziała natychmiast, zdejmując rękawice. Rzuciła je na stół, gotowa bronić ich obu, jeśli zajdzie taka potrzeba. — To sprawa między mną a Olivią.

— To przestała być sprawa między tobą a Olivią w momencie, kiedy wyjęła różdżkę — poinformował ją, podchodząc bliżej. Marta wysunęła się na przód, co zostało skwitowane drgnieniem wargi. — Chcę z nią tylko porozmawiać na osobności. Nic więcej.

— Nie mamy o czym rozmawiać, Riddle — wtrąciła Olivia, a choć z jej głosu nie zniknęła pewność siebie ani przeświadczenie o własnych umiejętnościach, tak naprawdę musiała wiedzieć, że nie ma z nim żadnych szans. — Jestem pewna, że Warren nie potrzebuje chować się za swoim chłopakiem przy każdej głupiej sprzeczce. Mam rację? — zwróciła się do niej. — Czy może naprawdę jesteś tak wielką księżniczką, że zasłonisz się swoim najnowszym rycerzykiem? A może jeszcze wezwiesz Longbottoma jako odsiecz?

— Jej potrzeby nie są twoim zmartwieniem, Hornby — odparł uprzejmie Tom, łapiąc Martę za przedramię. Choć spodziewała się, że odsunie ją, żeby zyskać dostęp do swojego nowego celu, zamiast tego odprowadził ją na bok, pochylił się nad nią i szepnął jej do ucha: — Zaufaj mi.

— Nie.

— Zamienię z nią tylko kilka słów.

— Nie, Tom, nie…

— Marto — powiedział zaskakująco wyrozumiale, co kontrastowało z jego twardym, nieznoszącym sprzeciwu spojrzeniem. — Dojdzie do tego czy chcesz, czy nie.

— Musisz mi obiecać. Obiecać, że jej nie zabijesz — wyszeptała szybko. Jak mogła mu uwierzyć? Po tym, co zrobił Abraxasowi? — Obiecaj. Nic nie może się jej stać, dobrze? To tylko sprzeczka o trądzik, Tom, bądź rozsądny. Proszę.

— Nie zabiję jej, obiecuję. Nie wyrządzę jej też żadnej krzywdy.

Mimo rosnącego niepokoju, Marta pozwoliła mu złożyć przelotny pocałunek na swoim czole i ścisnęła jego dłonie, zanim wyślizgnęły się z jej uścisku. Patrzyła, jak Tom odchodzi w kierunku Olivii i gestem zaprasza ją do przejścia tunelem do sąsiedniej szklarni. Marta siedziała jak na szpilkach, wyciągając szyję i stając na palcach, żeby móc dostrzec ich między bujnymi liśćmi. Zachodzące słońce załamywało się złotymi, oślepiającymi okręgami niedaleko miejsca, w którym stali, utrudniając Marcie zobaczenie czegokolwiek poza ich sylwetkami czy drobnym ruchem rąk podczas gestykulacji. Pocieszenie stanowił jednak fakt, że nie rozbłyskały tam snopy zaklęć, nie dochodziło do żadnych wybuchów ani hałasów, więc wszystko wskazywało na to, że Tom naprawdę próbował ze względu na nią rozwiązać ten konflikt polubownie.

Gdy wyłonił się ze szklanego tunelu, prezentował się… zwyczajnie. Nie przywdział miny niewiniątka, w jego oczach nie kryła się psotna nuta świadcząca o złamaniu przyrzeczenia, nie emanował też złowieszczą rozkoszą, która spowijała go za każdym razem, gdy dopuszczał się złego uczynku. To nie wystarczyło jednak, żeby uspokoić Martę. Podeszła do niego szybko, a choć zamierzała go wyminąć z zamiarem upewnienia się co do stanu Olivii, on złapał ją za rękę i przesunął o dwa kroki w bok, żeby wskazać jej przerwę między rozłożystymi, soczyście zielonymi liśćmi.

— Widzisz? — powiedział, stuknąwszy palcem w szybę. — Żyje.

Mówił prawdę. Olivia stała zwrócona do nich tyłem, jednak bezapelacyjnie nie przytrafiło się jej nic strasznego, nie zakończyła też swego żywota w kałuży krwi, a gdyby Tom rzucił na nią

Cruciatusa

czy jakąkolwiek inną klątwę, nie stałaby sobie tam jak gdyby nigdy nic zaledwie chwilę później.

— Nie będę udawał, że nasza rozmowa przebiegła w cywilizowany sposób — kontynuował, przybierając typowy dla niego pełen pogardy ton — ale tak, żyje. Jest cała i zdrowa, co nie oznacza, że nie może się to zmienić, o czym też ją poinformowałem. Za jezioro należy się jej śmierć, Marto, i doskonale o tym wiesz. Jej wyrok zapadł w tamtym momencie, nawet jeśli na twoją prośbę został odroczony.

— Tom, nie mów tak — poprosiła go, nie wiedząc, co ze sobą począć. Przerażał ją, lecz nie mogła zaprzeczyć, że dotrzymał słowa i, jeśli mu wierzyć, pohamował swoje instynkty przez wzgląd na nią. — Nie możesz jej zabić za popełnienie jednego głupiego błędu.

— Mogę.

— Och, przestań.

Pocałowała go w podzięce, mając nadzieję, że mógł zasmakować na jej ustach nie tylko wdzięczność, ale i prawdziwie osobliwy rodzaj rozczulenia, w który ją wprawiał. Jeśli właśnie to miał na myśli profesor Dumbledore, mówiąc, że Tom wykazuje szczególną podatność na jej wpływy, być może wcale się nie mylił, twierdząc, że istnieje szansa na zrehabilitowanie tego zagubionego, powoli uczącego się miłości chłopaka.

— Co robisz? — spytał Tom, gdy znów stanęła obok doniczek.

— Miałam ochotę zająć się mandragorami.

— Teraz?

— A czemu nie?

— Bo chcę więcej — odparł, obejmując ją od tyłu. Nie musiał robić wiele, żeby przyprawić Martę o wspinające się wzdłuż kręgosłupa dreszcze przyjemności. — Ale gdzie indziej.

— Nie ma mowy na żadne więcej — powiedziała łagodnie, choć starała się dodać do głosu nutkę stanowczości, przypomniwszy sobie wcześniejszą rozmowę z Donną. — Całowanie to wszystko, z czym obecnie czuję się komfortowo.

— Nie musimy robić nic innego, po prostu jeden raz mi nie wystarczy, Warren. Niech Beery brudzi sobie ręce ziemią, to jego obowiązek, a nie twój. A teraz chodź.

— Ale gdzie?

— Do Zakazanego Działu — odparł, zanim pociągnął ją ku wyjściu. — Będziesz mi umilać czytanie.

Choć Marta spodziewała się, że Tom wykorzysta wspólnie spędzony wieczór do ponownego poruszenia tematu Wieczystej Przysięgi, nie zrobił tego. Tak naprawdę znikoma ilość czasu została przez nich poświęcona rozmowie; jeśli Tom nie szukał jej ciepła czy bliskości, był całkowicie pochłonięty przez lekturę jakiejś czarnomagicznej księgi, a wtedy Marta siedziała bokiem na krześle obok, z nogami przerzuconymi przez jego kolana, i przypatrywała mu się jak urzeczona. Okazyjnie rozbrzmiewające w jej głowie podszepty rozsądku stawały się coraz cichsze, z pewnością za sprawą niepowtarzalnej urody Toma, jego perfekcyjnych loków, tych pobudzających wyobraźnię smukłych dłoni, które od czasu do czasu porzucały towarzystwo księgi na rzecz spoczęcia na kolanie mięknącej pod jego rozgrzewającym dotykiem Marty.

Pod zaczarowaną kołatką pocałował ją w tak wygłodniały, spragniony sposób, że przemknęło jej przez myśl, że gdyby okazał się być dementorem, pozwoliłaby mu wyssać z siebie nie tylko całe szczęście i ciepło, które i tak chciała mu dać, ale i duszę. W tym momencie jak w żadnym innym wierzyła całym sercem, że pod jej opieką Tom zmieni się na lepsze.

— Randka z ukochanym? — mruknęła Donna, gdy wciąż bujająca w obłokach Marta zamknęła za sobą drzwi dormitorium. — Nawet nie musisz odpowiadać. Niewiele brakuje, żebyś się unosiła nad ziemią ze szczęścia!

Marta zamierzała coś odpowiedzieć, lecz w głowie miała najsłodszy rodzaj pustki.

— No i co? — dopytywała Donna. — Rozmawialiście o sama-wiesz-czym?

— Ee… No, trochę — bąknęła Marta, kiwnąwszy znacząco głową w stronę pleców Astry, która leżała w łóżku na boku, udając, że śpi. Odkąd Astra zobaczyła Toma odbierającego ją z wieży Ravenclawu przed balem, nie odezwała się do niej ani słowem. — Jak mówiłam, to, co chciałaś mi wtedy dać, jest nam niepotrzebne.

— Tak powiedział?

— Zgodził się… — Bezdźwięcznie ułożyła usta w słowo „poczekać” i zmieniła temat: — Olivia jeszcze nie wróciła?

— Nie, nie wiem, gdzie polazła.

— Już trochę po godzinie nocnej.

— A, pewnie siedzi z Bagshotem na balkonie jak zawsze — mruknęła Donna, machnąwszy ręką, i wstała z kufra, którego wieko dopiero co dociskała własnymi czterema literami. Zamykane zatrzaski kliknęły. — No, gotowe! Nie mogę się doczekać powrotu do domu, mama chce wiedzieć wszystko o balu! Mało brakowało, a wszystko opisałabym jej w liście, ale udało mi się wytrzymać.

— Świetnie — odparła Marta, przeszyta igłą bólu. — Cieszę się, że sobie pogadacie.

Zamknęła się w łazience z zamiarem odcięcia się od myśli o matce, a po prysznicu bez słowa położyła się do łóżka. Zasnęła dopiero po zliczeniu w pamięci tych wszystkich razów, gdy ta wredna dziewucha wraz z Bagshotem i jego bandą przygłupów włóczyła się nocą po zamku, co niejednokrotnie skutkowało skandalicznymi opowieściami o łamaniu dziesiątek punktów regulaminu.

Obudziła ją potrząsająca jej ramieniem Donna, z jak zawsze rumianymi policzkami i błyszczącymi podekscytowaniem oczami, uśmiechnięta od ucha do ucha.

— Sorka, że cię tak budzę, ale chciałam się pożegnać! — powiedziała, cmokając ją szybko w policzek. — Dziewczyny już się pozbierały, a Astra to wiadomo, ją „tatko” odbiera osobiście. — Wywróciła teatralnie oczami. — Gwiazda poleciała kominkiem, a my z Olivią będziemy się obijać kuframi w pociągu jak dwie przybłędy, horror. No, to lecę! Wesołych!

— Tobie też wesołych, dziękuję — wymamrotała zaspana Marta, przecierając twarz rękoma.

— Och, Riddle’owi też możesz pożyczyć!

Donna zniknęła, zatrzaskując za sobą drzwi, a Marta zwlokła się z łóżka. Spędziła w łazience znacznie więcej czasu, niż miewała w zwyczaju, robiąc się na bóstwo (skromne, bo skromne, choć wciąż bóstwo) i udała się na śniadanie do Wielkiej Sali, która uderzała po oczach niecodzienną pustką. Przy stole Krukonów znajdowały się jedynie trzy osoby, wszystkie poniżej piątego rocznika, dwóch Gryfonów dosiadło się do grupki zahukanych Puchonek, a u Ślizgonów ostał się wyłącznie Tom.

Był tak pochłonięty lekturą Proroka Codziennego, że Marcie udało się niepostrzeżenie do niego podkraść. Za pomocą Oklumencji tak skutecznie odseparowała się od myśli o matce, że odczuwała jedynie rozochocenie i chęć dziewczyńskiego pisknięcia z ekscytacją ze względu na perspektywę spędzenia świąt sam na sam z Tomem.

Spiął się pod jej dotykiem na swoich ramionach, ale gdy tylko zdał sobie sprawę, z kim miał do czynienia, rozluźnił się. Przez jego twarz przemknął wyraz zaskoczenia po tym, jak Marta — zarażona pozytywną energią Donny — złożyła mu szybkiego buziaka na policzku.

Przesunął wzrokiem po reszcie uczniów, odchrząknął i wrócił do lektury. Marta dosiadła się do niego, spragniona kontynuowania romantycznej passy z poprzedniego wieczoru, i przylgnęła do jego boku, oplatając mu przedramię ręką.

— Co czytasz?

— Nic.

— Skąd ten zły humor?

Tom szybko wypuścił powietrze nosem, ale poza tym nie skomentował jej słów. Mimo że przerzucił szeleszczącą stronę, jego oczy pozostały w bezruchu.

— Mogę cię o coś spytać?

— Robisz to już trzeci raz, Warren.

— Dobrze — odparła sucho. — Nie to nie.

— Mówże.

— W tym roku weźmiesz razem ze mną udział w świątecznym obiedzie, prawda?

— Za co?

— Jak to za co? — zdumiała się z lekką urazą. — Tak po prostu. Zrobisz to dla mnie.

— Ach tak?

— Tak.

Tom złożył gazetę na cztery części i odgarnął z czoła niesforny lok.

— Z tego co pamiętam, Warren, sukienkę i kwiaty dostałaś za coś, tak samo jak inne rzeczy. Biorąc pod uwagę to, z jaką litością potraktowałem wczoraj Hornby na twoją rozkosznie żałosną prośbę, zdaje się, że porządek rzeczy został zaburzony.

— No to czego byś chciał w zamian? — spytała z oporem. Wystarczająco irytował ją tym, że odmawiał zrobienia jej tej jednej przyjemności bez próby wynegocjowania czegoś dla siebie, dlatego po namyśle dodała: — Nie ma mowy, żebym pozwoliła ci na to, co ostatnio.

— Prędzej czy później pozwolisz — odparł ze stoickim spokojem — ale nie, nie tego chcę.

— No więc?

— Chciałbym spędzić z tobą noc, Marto.

Momentalnie puściła jego rękę i odsunęła się w bok na ławce, zszokowana.

— Chyba sobie ze mnie żartujesz — powiedziała przez zdrętwiałe wargi. — Nic z tego, absolutnie nie, rozumiesz? To wykluczone! Ale za nic w świecie!

— Skończyłaś już?

— A żebyś wiedział, że skończyłam. Zakończyłam ten temat, definitywnie!

— Myślałem, że zależy ci na tym całym obiedzie — odparł ze znużeniem, wzruszając ramionami. — Spodziewałem się pertraktacji.

— Pertraktacji? — prychnęła. — Jakich znowu pertraktacji? Wyobraź sobie, że kieruję się w życiu zasadami, których nie złamiesz nawet ty.

Tom przetarł zamknięte oczy kciukiem i palcem wskazującym; nie musiał zabierać głosu, żeby wyrazić swoje zwątpienie w to, czy aby na pewno chciał mieć Martę na własność.

— Czy ja powiedziałem, że zamierzam cię uwieść, Warren? — wymamrotał gniewnie.

— No to w takim razie po co chcesz wślizgnąć mi się dziś do łóżka?

— Nie dziś.

Ta odpowiedź przysporzyła jej jeszcze więcej stresu. Istniała możliwość, że miał zaplanowaną konkretną noc, najprawdopodobniej zaraz przed tym, jak wreszcie postanowi zamknąć ją w podmorskim grobowcu tak, jak miało to miejsce w wierszu o Annabel Lee.

— To kiedy? — dopytywała, a gdy zamiast odpowiedzi otrzymała ostrzegawczy pomruk, dodała: — Jak mam prowadzić z tobą pertraktacje, jeśli nie mam pojęcia, na co tak naprawdę się zgadzam?

— Na spanie w jednym łóżku. W piątek.

Już otwierała usta, gdy przed oczami stanął jej widmowy kalendarz. Piątek wypadał trzydziestego grudnia. Rozbrzmiewające w jej głowie okrzyki rozsądku zostały zagłuszone przez samotną, niezaprzeczalnie ciągnącą za struny jej serca myśl, że być może Tom nie chciał obudzić się w pustym dormitorium w dzień swoich siedemnastych urodzin.

— Dlaczego konkretnie piątek? — spytała, udając niewiedzę. Z tyłu głowy wyobrażała sobie, jak z wybiciem wskazówek północy przerzuca ją związaną przez miotłę i odlatuje z nią w nieznane, raz na zawsze wolny od Namiaru.

— A może jednak coś więcej.

— Co? Nie! Nie ma mowy, absolutnie nie…

— Pertraktacje — przypomniał jej, kręcąc głową z krzywym uśmieszkiem.

— Dobrze, dobrze, daj mi chwilę na zastanowienie się — odparła na bezdechu, starając się przybrać rzeczowy ton głosu mimo świadomości, że to wszystko jedna wielka szopka. Skoro Tom chciał spędzić z nią noc, dojdzie do tego niezależnie od jej woli, no chyba że ona jako pierwsza rzuci się z okna wieży, co poważnie rozważała jako sposób na uchronienie swojej cnoty. — Hipotetycznie mogłabym na to przyzwolić, jeśli… jeśli nie tylko uczestniczyłbyś w świątecznym obiedzie, ale wziąłbyś też udział w Tajemniczym Mikołaju.

— W czym?

— No chyba mi nie powiesz, że spędziłeś tu każde święta i nic na ten temat nie słyszałeś? Przecież co roku jest organizowane losowanie, wyciąga się z tiary czyjeś nazwisko i potem kupuje tej osobie prezent.

Tom nachmurzył się nie na żarty.

— Szkoła zapewnia budżet — dodała szybko Marta. — W zeszłym roku to było parę sykli, akurat tyle, żeby wystarczyło na kupienie jakiegoś drobiazgu u Zonka albo Scrivenshafta.

— Czyli co roku mogłem mieć parę sykli.

— No, nie — zmieszała się — co roku dostałbyś mały prezent od jakiegoś przypadkowego ucznia.

— Czyli mogłem mieć prezent i parę sykli.

— Nie, Tom. Trzeba kupić komuś prezent!

— A dlaczego miałbym wydawać swoje pieniądze na kogoś innego?

— To nie są twoje pieniądze, przecież… Och, Boże. Jeśli chcesz spać w moim dormitorium, weźmiesz udział i zrobisz to poprawnie. Wydasz

całą

przeznaczoną kwotę na prezent, zapakujesz go i schowasz pod choinkę, tak jak należy.

— W twoim łóżku, a nie w dormitorium — poprawił ją bezbarwnie.

Marta zacisnęła cierpko usta, niepewna, czy ta gra była w ogóle warta świeczki.

— Będziemy tylko razem spać — powiedziała stanowczo. — Żadnego dotykania się, nic, rozumiesz? I nie myśl sobie, że w trakcie jakoś mnie oczarujesz czy nakłonisz do czegoś więcej. Nie będziemy się stykać nawet milimetrem ciała.

— To jednoosobowe łóżko, Warren.

— Jesteś szczupły, zmieścisz się na skraju.

— A jak zasnę i się do ciebie zbliżę? — kontynuował ze śladowym rozbawieniem.

— Nie bój się,

ja

nie zasnę. Jeśli czegoś spróbujesz, jeśli dotkniesz mnie choćby małym palcem, Riddle, pójdę spać do łóżka Donny.

— Dobrze.

— I będziesz trzymał ręce nad kołdrą.

— Mhm. Złożone jak do modlitwy.

— Nie kpij sobie ze mnie. To nie wszystko — dodała naprędce, gdy wydało się jej, że przymierzał się do wstania od stołu. — Założysz na kolację coś, co ja wybiorę.

— Chyba coś ci się pomyliło, Warren — mimo że odezwał się z drwiną, w jego głos wkradło się zaskoczenie. — To

ja

ubieram ciebie, nie na odwrót.

— Och, przestań, robisz wieczne problemy — jęknęła błagalnie, a jako że ton ten wyraźnie przypadał Tomowi do gustu, kontynuowała: — Zobaczysz, że ci się spodoba. To będzie mój prezent dla ciebie. Proszę, Tom, no nie bądź taki.

Dla lepszego efektu postarała się przybrać najbardziej przymilną minkę ze swojego repertuaru, a gdy nie odniosła pożądanego efektu, westchnęła z udręczeniem.

— Niech ci będzie — odparł monotonnie, wstając. — Zjedz i od razu przyjdź do Zakazanego Działu. Bez żadnych przystanków.

— Dlaczego?

— Po prostu się słuchaj, Warren.

Nie posłuchała. Po śniadaniu udała się do sowiarni, skąd wysłała dwa listy: jeden krótki, zaadresowany do matki, drugi do pasmanterii prowadzonej przez wujostwo od strony ojca. Tom nie zadał żadnych pytań, gdy dzień później odebrała na jego oczach paczkę pełną włóczek, zbyt zaaferowany lekturą, żeby zwrócić na cokolwiek uwagę. Czasem gdy tak pochłaniał księgi jedna za drugą, Marta nie potrafiła opędzić się od wrażenia, że gdyby przypadkiem trącił łokciem świecznik i wzniecił pożar, po prostu przeniósłby się do innej części zamku.

— Cześć — przywitała się czarnoskóra Puchonka z piątego roku podczas śniadania, podsuwając w ich stronę odwróconą do góry nogami tiarę wypełnioną złożonymi w drobne kosteczki pergaminami. — Losujcie.

Marta już miała sięgnąć w jej głąb, gdy ze środka wystrzeliła jedna z kartek, żeby zniknąć zamykającej się dłoni Toma.

— Och, wow! — wykrztusiła Puchonka, rumieniąc się lekko ze względu na znalezienie się po drugiej stronie znudzonego spojrzenia swojego obiektu wieloletnich fantazji. — Nie wiedziałam, że tak potrafisz, hm, to naprawdę imponujące!

Gdy wreszcie zrozumiała, że nie zostanie uraczona upragnioną odpowiedzią, pozwoliła Marcie wylosować swoją osobę, i z zakłopotaną miną oddaliła się pośpiesznym krokiem w stronę grupki Gryfonów.

— Nie sprawdzasz, kogo wylosowałeś? — zagadnęła Marta, rozprostowując pergamin. Nie miała pewności, ale wydawało się jej, że zapisana na nim „Grace Fudge” to dziewczyna, z którą dopiero co rozmawiali.

— Ciebie.

— No, nie żartuj — odmruknęła bez przekonania. — Przecież nawet nie spojrzałeś.

Tom z westchnieniem otworzył dłoń, przybierając wyczekującą minę, więc Marta rozłożyła jego karteczkę. W istocie, nie kłamał.

— To nie fair — powiedziała. — Miałeś losować, a nie specjalnie przyzywać tę z moim nazwiskiem.

— Nie przypominam sobie, żeby przedstawiono nam jakiekolwiek zasady gry.

— Tom!

— Cóż, nie było to wystarczająco jasne — odparł, zerknąwszy mimochodem na jej kartkę, zanim zdążyła zmiąć ją pięści. — Gdybyś raczyła wspomnieć o tym wcześniej, być może dostałabyś taki prezent, który nakłoniłby cię do zmiany zdania nie tylko odnośnie wspólnego nocowania.

— W tym budżecie? — prychnęła, uważając jego słowa za zbyt niedorzeczne, aby odebrać je jako potwarz. — Nie żartuj.

— Pieniądze są moje.

— Tom, nie przesadzaj. To tylko parę sykli, co ci tak na nich zależy? Nie mogę być jedyną osobą, która nie odpakuje jutro prezentu!

Tom potrząsnął głową.

— Gdybym miał więcej czasu, ukradłbym dla ciebie coś ciekawego, a tak wszystkie czystokrwiste snobki zabrały swoje świecidełka z powrotem do domu. Została ta cała Fudge i jakieś…

— Nie będziesz kradł w święta! — uniosła się, a na widok kpiąco uniesionej brwi miała ochotę złapać go za rękę i zaprowadzić do najbliższego konfesjonału. Niestety nie opuszczała jej świadomość, że jakimś cudem te kłopotliwe tendencje do drobnych aktów kleptomanii działały na nią rozczulająco. — Nawet tak nie myśl. Wiem, że nie do końca rozumiesz takie rzeczy, Tom, ale naprawdę, święta to czas, kiedy powinieneś zachowywać się najlepiej, jak potrafisz.

Wpatrywał się w nią bez śladu zainteresowania.

— Idę — powiedział krótko i podniósł się od stołu.

— Gdzie? Do Zakazanego Działu?

— Nie. Do siebie.

Gdy tylko odwrócił się do niej tyłem, wywróciła oczami. Odebrała swój przydział pieniężny w pokoju nauczycielskim i choć zamierzała przejść się do Hogsmeade na piechotę, żeby zabić czas — w końcu do pokoju wspólnego Ślizgonów się nie włamie — siarczysty mróz błyskawicznie przekonał ją do zmiany zdania. Nie narzekała jednak, jako że jazda powozem zawsze pobudzała jej wyobraźnię, w której stawała się jedną z bohaterek swoich ulubionych powieści.

Kupowanie prezentu w ciemno nie należało do prostych zadań, a po przejrzeniu całego mieszczącego się w budżecie asortymentu Zonka wydawało się to wręcz niemożliwe. Udała się więc do sklepu Scrivenshafta.

— Ty jesteś Marta, prawda? — odezwał się jakiś blondyn, który kilka sekund po niej wszedł do środka.

— Tak…?

— Robbie — przedstawił się, przelotnie ściskając jej wyciągniętą rękę. — Ja też zostaję w Hogwarcie na święta, no, to pewnie oczywiste, ale… Wylosowałaś może Grace?

— Och, tak — bąknęła, zmieszana. — Skąd wiesz?

— Przepytałem już wszystkich poza tobą i Tomem Riddle’em — odparł, odwiązując z szyi czerwono-złoty szal. — Jesteś skłonna się zamienić? Mam Grace na oku od jakiegoś czasu i byłoby super, gdybym mógł kupić jej prezent na święta, wiem, co lubi, więc na pewno by się jej spodobało… — Wyciągnął w jej stronę karteczkę. — Nawet nie wiesz, jak bardzo byś mi pomogła, gdybyś się zgodziła.

— No tak… No dobrze.

— Dzięki! — powiedział, szczerząc się od ucha do ucha z takim ciepłem, że zaraził wciąż zakłopotaną Martę uśmiechem. — Wesołych Świąt!

Wymienił się z nią karteczką i sprężystym krokiem wyszedł na mróz. Gdy Marta ją rozprostowała, wcale nie zdziwił jej widok nazwiska Toma; choć Robbie mógł tak po prostu wręczyć Grace prezent, na jego miejscu też wolałaby się zamienić niż sprostać zadaniu znalezienia czegoś dla najsławniejszego prefekta naczelnego w całym Hogwarcie.

Tak się więc złożyło, że wręczy mu jutro dwa prezenty. Najpierw wydziergany częściowo ręcznie, częściowo magicznie sweter o świątecznym motywie, a następnie pod choinką Tom znajdzie nowe pióro z podstawką. Spędziła pół godziny na zastanawianiu się między wyborem czarnego a białego, lecz ostatecznie uznała, że biel podtrzyma ich kolorystyczną tradycję.

Zagadką było, co sprawi jej on. Miała nadzieję, że wziął sobie jej słowa do serca, jako że nie chciała stać się w święta powodem niczyjego nieszczęścia, a już szczególnie jakiejś Bogu ducha winnej uczennicy, której prywatne rzeczy w oczach Toma stałyby się łakomym kąskiem. Uspokajała się jednak myślą, że dopuszczenie się przez niego kradzieży było mało prawdopodobne. W Slytherinie nie ostał się nikt poza nim, a większość czasu spędzali razem. O ile Tom nie wybierał się na nocne przechadzki po zamku, oszczędności i drobiazgi innych uczniów powinny być bezpieczne.

Poranek Bożego Narodzenia napełnił ją oczekiwaniem, ale i napięciem związanym z obecnością profesora Dumbledore’a, z którym nie miała okazji rozmawiać od tamtego ostatniego razu, gdy wręczył jej knuta obłożonego zaklęciem Proteusza. Wraz z panią Goldie stał na skraju nauczycielskiego stołu — nieopodal rzędu kumkających kolędy ropuch z podniosłymi minami na szerokich pyszczkach — wskazując na udekorowane zielonymi wieńcami świece pod zaczarowanym sklepieniem i omawiając coś z wyrazem skupienia na twarzy, podczas gdy ona — ubrana w proste, czarne szaty zamiast pielęgniarskiego kitla i czepka — przytakiwała mu z cieniem uśmiechu na ustach.

Marta niepewnie rozejrzała się po odsuniętych pod ściany czterech stołach, zmierzając do piątego: okrągłego, otoczonego wyliczoną ilością rzeźbionych krzeseł z czerwonymi obiciami. Tom już tam siedział, nieobecny duchem i z zaciętością wpatrzony w plecy profesora Dumbledore’a, choć reszta uczniów tłoczyła się pod ogromną, mieniącą się światełkami choinką, która roztaczała wokół intensywny zapach igieł.

— Chyba jeszcze nie jadłeś? — spytała, łapiąc go za rękę ułożoną obok filiżanki Earl Greya. — Najpierw otwieramy prezenty, a przynajmniej tak było w zeszłym roku.

Podniósł się bez słowa i ruszył pod choinkę dopiero wtedy, gdy go wyminęła. Stanął u jej boku z nietypową dla niego niepewnością, być może nawet skrępowaniem, które wyzierały z jego lekko spuszczonej głowy i sposobu, w jaki łypał wzrokiem po ustawionych na czerwono-złotym dywaniku małych pakunkach.

— Ten jest twój — odezwał się chrapliwie, wskazując na czarne pudełeczko przewiązane srebrną wstążką.

Marta obdarzyła go pokrzepiającym uśmiechem i zanurkowała po należące do nich prezenty.

— A ten twój — powiedziała, wręczając mu ten podłużny, zapakowany w butelkowozielony papier, własnoręcznie przyozdobiony przez nią podobiznami białych wężyków. — Wesołych Świąt, Tom.

Nie rozczarowała się, nie otrzymawszy życzeń z powrotem, lecz tak naprawdę ani na nie nie liczyła, ani szczególnie jej na nich nie zależało. Z urzeczeniem wpatrywała się w długie palce nerwowo skubiące srebrną wstążkę. Z pewnością sprawiłaby mu jeszcze więcej uciechy, gdyby zainscenizowała dla niego okazję wykradnięcia własnego prezentu, lecz nakłanianie go do popełniania grzeszków w Boże Narodzenie byłoby przesadą.

— Hmm… To chyba nie jest twój pierwszy prezent w życiu?

— Nie — zaprzeczył zbyt szybko, żeby w to uwierzyła.

Zerwał papier jednym ruchem, odrzucił w tył wieczko i podniósł wzrok na Martę. W rekompensacie za wcześniejsze widoczne jak na dłoni kłamstwo, jego oblicze pozostało niezmącone jakąkolwiek najdrobniejszą emocją. Bez słowa skinął głową na trzymane przez nią pudełeczko, drobne i kwadratowe, więc rozwiązała wstążkę i otworzyła je.

Na białej, atłasowej poduszeczce spoczywała para złotych kolczyków z zawieszką w kształcie drobnych przebiśniegów.

— Są śliczne — powiedziała, zauważywszy uniesioną w oczekiwaniu brew; w tej chwili wolała nie konfrontować go w temacie ich pochodzenia — ale teraz jest mi głupio, że dałam ci zwykłe pióro.

— Jest łabędzie — odparł po dłuższej chwili, z oporem, prawie jakby walczył przeciwko chęci zapewnienia jej, że ten prezent spełnia jego oczekiwania. Potrząsnął głową, odgoniwszy nieprzyjemne myśli, i dodał sucho: — Powiedz mi, Marto, czy chciałaś, żebym myślał o tobie za każdym razem, kiedy będę go używać?

— Być może — mruknęła z niewielkim uśmiechem. — A będziesz?

— Być może — powiedział z rezerwą. — Zastanawiam się jednak, gdzie podziały się twoje wyrazy wdzięczności.

Marta złapała go za przedramię, ale na moment zanim stanęła na palcach, zerknęła nerwowo na stojącego nieopodal profesora Dumbledore’a. Był pochłonięty składaniem długich, pełnych porozumiewawczych uśmiechów i iskierek szczęścia życzeń pani Goldie, lecz sama jego obecność wprawiała Martę w zakłopotanie. Na balu nie poświęcała uwagi nikomu poza Tomem, dlatego teraz ze zdwojoną intensywnością uderzyła w nią świadomość, że Dumbledore wiedział, jaki kierunek przybrała ich relacja. Obserwował jej rozwój z ukrycia i pozostawił ją bez komentarza.

Czy wiedział, jak to wszystko się potoczy? Czy w ogóle kiedykolwiek zamierzał jej pomóc?

— Istnieje jakiś powód, dla którego akurat teraz patrzysz na tego starego idiotę?

— Nie — wymamrotała szybko, pochylając się ku Tomowi. Cmoknęła go w policzek, zarumieniona tak intensywnie, że zrobiło się jej ciepło na całym ciele. — Po prostu… to takie dziwne.

— Co takiego?

— No przecież wiesz. Owszem, wszyscy nas widzieli razem na balu, ale… czuję się strasznie niezręcznie, robiąc takie rzeczy przy profesorach i, na domiar złego, jeszcze pani Goldie — szepnęła, prowadząc go do stołu. — Nie zdziwiłabym się, gdyby tylko czekała na okazję do zrobienia mi równie niestosownej pogadanki na temat sam-wiesz-czego co Donna!

Mimo że zajęła się nakładaniem jedzenia na talerz, wiedziała, że Tom przygląda się jej czujnie, bez choćby jednego mrugnięcia, co przyprawiło ją o utratę skoordynowania ruchowego. Aż trzykrotnie musiała posłużyć się różdżką do uprzątnięcia plamy dyniowego soku oraz brązowego odcisku po widelcu, który wypadł jej z dłoni prosto na śnieżnobiały obrus. Jak tak dalej pójdzie, będzie świętować w duchu za każdym razem, gdy uda się jej trafić jedzeniem do ust.

— Co ci powiedziała?

— Co? Kto?

— Donna.

— A, ona, hmm… Czy to istotne?

— Gdyby nie było, nie pytałbym o to.

— Spytaj węża.

— Chcę usłyszeć to z twoich ust, Marto.

— Tom, proszę.

Dyskretnie położyła mu dłoń na kolanie i przesunęła wzrokiem po otaczających ich uczniach. Na całe szczęście nikt nie zwracał na nich uwagi; młodsi wciąż zachwycali się otrzymanymi w prezencie drobnostkami, starsi usiedli obok siebie, wymieniając się przyciszonymi komentarzami, natomiast profesor Dumbledore nalewał wina skrzatów do puchara pani Goldie, która dziękowała mu z uśmiechem. Mimo że zainteresowanie Dumbledore’a wyglądało wyłącznie jak uprzejmość na płaszczyźnie zawodowej, pani Goldie zdawała się coraz częściej przychylnie zerkać na niego kątem oka. Marta nie potrafiła nadziwić się, co też najlepszego ta atrakcyjna kobieta po czterdziestce widziała w siwobrodym, mającym najlepsze lata za sobą starcu, lecz postanowiła nikogo nie oceniać, jako że sama dała się omamić własnemu oprawcy.

— Może być na ucho — powiedział z łaską Tom, przewracając między palcami nóż. Dla postronnego obserwatora gest ten przyjąłby wyraz znudzenia, lecz Marta widziała w nim coś zgoła innego.

— Naprawdę nie możesz poczekać?

Pokręcił głową z tak niewinną miną, że oszukałby wszystkich świętych.

— Niech ci będzie — powiedziała, a choć starała się zabrzmieć równie obojętnie, co on, tak naprawdę poczuła się jak obrażone dziecko. Przysunęła swoje krzesło bliżej niego i pochyliła się, żeby wyszeptać mu prosto w ucho: — Donna ubzdurała sobie, że dojdzie między nami do… nie wiadomo czego. W wielkim skrócie przestrzegała mnie przed tobą i chciała mi dać… no.

— Co chciała ci dać?

Marta wymamrotała

to

słowo.

— Nie słyszę.

Raz jeszcze.

— Głośniej, Marto — dodał, tym razem już ze śladem poirytowania.

— Środki anty… antykoncepcyjne.

— Wcześniej powiedziałaś coś innego.

Przytrzymał ją w miejscu, gdy chciała się od niego odsunąć, a szybko zyskującym na boleśności uściskiem dał jej do zrozumienia, że żarty dobiegły końca.

— Przrwtwy — wymamrotała najciszej, jak potrafiła, próbując zignorować wpijające się jej w ciało palce. — Boże, prezerwatywy.

— I czy było to takie trudne? — spytał z czarującym uśmiechem, który tryskał niepokojącą satysfakcją. — A teraz mnie pocałuj.

Marta speszyła się, zerknąwszy na nauczycieli. Profesor Dumbledore patrzył akurat w przeciwną stronę, więc spełniła polecenie, chcąc wycofać się jak najszybciej to możliwe, lecz ręka Toma wślizgnęła się za jej kark i przyciągnęła ją bliżej, nie pozwalając na przedwczesne przerwanie pocałunku.

Gdy Marta wreszcie się od niego oderwała, niewiele brakowało, aby cała zajęła się ogniem.

— Młoda miłość — skomentowała żartobliwie pani Goldie, co tylko dolało oliwy do ognia. — Na naszych oczach rozwiązała się zagadka, dlaczego przygasł twój entuzjazm przyuczenia się pielęgniarskiego fachu.

— Przepraszam — bąknęła Marta, wykorzystując okazję do odsunięcia się razem z krzesłem z powrotem na miejsce. Czuła się niczym palona żywcem na stosie. — Miałam dużo na głowie, przedstawienie, bal, wie pani…

— Ach — odezwał się z ciepłym uśmiechem Dumbledore — osobiście jestem zdania, że nigdy, przenigdy nie powinno się przepraszać za spełnianie życzeń czystego serca, panno Warren. To dzień, w którym skupianie się na naszych błędach byłoby marnotrastwem, powinniśmy więc celebrować to, co cenimy w życiu najbardziej. — Wzniósł swój puchar na znak toastu, a co odważniejsi uczniowie szybko poszli jego śladem. Wyłącznie Tom pozostał w bezruchu, z jedną dłonią wyciągniętą na białym obrusie, drugą zaciskającą się coraz mocniej na kolanie Marty. — Drodzy towarzysze, niech magiczny duch Świąt natchnie nasze serca ciepłem i radością nawet w obliczu trwającej wojny. Wznieśmy toast za to, aby nigdy nie poddać się przeciwnościom losu i wierzyć, że klucz do sukcesu leży w zasięgu naszych rąk.

Tom wzniósł kieliszek dopiero w momencie, gdy wszyscy już odłożyli własne.

— Za miłość — powiedział z mistrzowsko zagraną szczerością — największą czarodziejską moc znaną ludzkości.

— Za miłość — zgodził się Dumbledore, kwitujący padnięcie ofiarą miażdżącego spojrzenia zaledwie uprzejmym uśmiechem, którego porozumiewawczość przyprawiła Toma o grymas tak intensywnej nienawiści, że plecy Marty spłynęły potem. — Szczególnie za tę młodą.

Powtarzała sobie, że Tom nie miał żadnych powodów, aby posądzać ją o utrzymywanie z Dumbledore’em kontaktu. Tak naprawdę nie powinien się tego nawet domyślać. Żaden rozsądny człowiek nie wyciągnąłby tak dalekosiężnych wniosków podczas tak zwyczajnego wydarzenia jak wspólne spożywanie świątecznego śniadania.

Problem w tym, że Tom nie do końca wpisywał się w tę kategorię ludzi.

— Kończ jedzenie — powiedział do niej półszeptem.

— Dlaczego? Co jest nie tak?

— Kończ.

Zgodnie z poleceniem zabrała się za jak najszybsze opróżnienie talerza, lecz cierpliwość Toma wykończyła się, zanim zdołała zaspokoić głód. Zaniepokoiło ją to, jak obcesowo podniósł się od stołu, nie racząc nawet z nikim się pożegnać ani podziękować za posiłek, a następnie pociągnął ją za sobą do wyjścia.

— Wracaj do dormitorium — powiedział, gdy zamknęły się za nimi wrota Wielkiej Sali. — Masz tam siedzieć do czasu, aż powiem inaczej, Warren.

— Ale dlaczego? Co ty będziesz robił?

— Nie zamieniaj się w Abraxasa — prychnął. — Jego uzależnienie jest odrzucające. Po prostu rób, co ci mówię. Natychmiast.

Zaczerwieniła się z gniewu, ale postanowiła ukarać jego bezczelność poprzez zachowanie chłodu i obojętność, gdy tylko zbierze mu się na czułości. Wróciła do dormitorium, gdzie spędziła resztę popołudnia na wprowadzaniu poprawek do uszytych przez nią swetrów, chociaż walczyła z ochotą wyrzucenia ich przez okno, a następnie ucięła sobie drzemkę.

Wybudziła się z niej na pół godziny przed świątecznym obiadem, więc odświeżyła się szybko w łazience. Gdy tylko ruszyła w kierunku drzwi, nabierający na rozmiarach wąż wyślizgnął się jej z kieszeni i zwinął w nerwowy kłębek tuż pod nimi, posykując ostrzegawczo.

— Och, Boże. Co znowu? Nie mogę iść na obiad sama, muszę poczekać na eskortę? — ironizowała, mimo wszystko sięgając po klamkę. — Przecież… AŁA!!!

Cofnęła się, zszokowana, dociskając ukąszony nadgarstek do wznoszącej się i szybko opadającej piersi.

— Co do diaska? — wyszeptała. — Obiecałeś! Obiecałeś, że pójdziesz ze mną na obiad.

Wąż kontynuował przeszywanie jej spojrzeniem, które komunikowało gotowość na wszystko, równocześnie nie dając jej żadnego znaku, czy naprawdę rozumiał jej słowa. Skoro Tom potrafił kontrolować go na odległość, a nawet skłonić do podduszania jej podczas snu — z czego, jak sam przyznał, czerpał przyjemność — musiał wiedzieć, że zwracała się teraz właśnie do niego.

— Nie ma mowy — dodała nerwowo; właśnie zastanawiała się, czy aby przypadkiem Tom nie czerpał jeszcze innego rodzaju przyjemności na przykład w momentach, gdy owinięty wokół jej kostki wąż ślizgał się łebkiem po jej łydce, jakby drocząc się ze skrajem koszuli nocnej. — Obiecałeś, że weźmiemy udział w obiedzie, więc czekam, aż się tu łaskawie pojawisz.

Z obrażoną miną usiadła na łóżku, czując opór przed zerknięciem na ukąszenie, i uleczyła je w ciemno. Spędziła kwadrans na wsłuchiwaniu się w ogłuszające tykanie wskazówek zegara, a gdy minął następny, jedno spojrzenie na węża ostudziło jej zapał do ponowienia próby wyjścia z dormitorium.

— Dlaczego? — spytała, opadając na poduszki, i przekręciła się na bok. — No?

Wąż poruszył jasnoróżowym językiem.

Wbrew oczekiwaniom, nigdy nie wrócił do umoszczenia się w jej kieszeni. Trzymał wartę przy drzwiach, nawet na chwilę nie opuszczając łebka, który wyciągał się wyżej i wyżej za każdym razem, gdy wierciła się na łóżku z ostentacyjnie głośnymi westchnięciami i jęknięciami godnymi śmiertelnie obrażonej czternastolatki. Nadszedł wieczór, Tom się nie pojawiał, a wąż wciąż czatował w tym samym miejscu.

— Nawet sobie nie myśl, że spędzisz tu noc — powiedziała do niego, gdy wyszła spod prysznica. — Jak już, zamiast mojego łóżka mogę zaproponować ci wycieraczkę.

Dopiero nad ranem udało się jej wymusić na nim reakcję.

— Jestem głodna! Nie możesz mnie tu trzymać wiecznie, Tom!

Po trwających kwadrans próbach nakłonienia go do pójścia po rozum do głowy, wąż zmniejszył się i zajął miejsce w jej kieszeni. Marta wystrzeliła z dormitorium tak szybko, jakby po piętach deptał jej sam diabeł, a gdy wpadła do Wielkiej Sali, nerwowym marszem przecięła odległość dzielącą ją od kończącego śniadanie Toma.

— Jak śmiesz! Co ty sobie wyobrażasz? Gdzie byłeś? Dlaczego wczoraj nie przyszedłeś?

— Jedz, póki możesz — powiedział, wznosząc filiżankę do ust. Upił z niej kilka łyków, przyglądając się Marcie bez najdrobniejszego śladu zainteresowania przeżywaną przez nią burzą emocji. — Na twoim miejscu zabrałbym na górę coś na zapas.

— Co? Dlaczego?

— Masz pięć minut, Warren.

Nie żartował. Choć odczuwała przemożną chęć, aby obrócić się na pięcie i wyjść bez spojrzenia na jedzenie, uwypuklający się mięsień szczęki Toma dał jej do zrozumienia, że niesubordynacja zakończyłaby się dla niej śmiercią głodową.

Zjadła więc tyle, ile mogła, a następnie zapakowała do naprędce pogłębionej torby kilogram jabłek (próbowała wymusić na Tomie choćby najmniejszą podpowiedź, ile zapasów potrzebuje), wędlinę i sery, które zamierzała przechowywać na parapecie, oraz wszystkie piętrzące się na talerzu bułki. Zdążyła jeszcze porwać kawałek ciasta, zanim usłyszała:

— Wracaj do siebie.

— Mógłbyś mi chociaż powie…

— To nie jest dzień na sprawdzanie mojej cierpliwości, Warren.

— Świetnie. Pożałujesz tego.

— Jeśli potrzebujesz przypomnienia, kto jest twoim panem, powiedz tylko słowo.

Święta nie były optymalnym okresem na wicie się pod klątwą

Cruciatus

, wróciła więc do dormitorium. Kolejne trzy dni spędziła głównie w łóżku, co przyprawiło ją o nieprzyjemne bóle głowy i poczucie przyćmienia, którym zaradzało wyłącznie stanie w otwartym na oścież oknie i pozwalanie, aby podmuchy wiatru otrzeźwiały ją swoim bezlitosnym mrozem. Każda mijająca minuta przyprawiała ją o coraz większe zgorzknienie oraz przybierającą na intensywności chęć użycia knuta do przekazania Dumbledore’owi, że poległa i jest gotowa na schowanie się w zabezpieczonej zaklęciem Fideliusa kryjówce.

Czy Dumbledore w ogóle zauważył jej zniknięcie? Znając jego, skłoniłaby się ku stwierdzeniu, że doskonale zdawał sobie z niego sprawę, lecz zarazem — jak twierdził — żadna jej poprzednia wersja nie zaszła tak daleko…

Jeśli wiedział, dlaczego milczał? Może wszystko szło po jego myśli? Może wszystko miało się potoczyć właśnie w ten sposób? Czy to oznaczało, że znajdowała się na dobrej drodze do osiągnięcia ich celu?

Gdy nadszedł wieczór, na dźwięk pukania do drzwi pod spowijającym zmysły Marty oklumencyjnym całunem chłodu zebrał się przytępiony przypływ wściekłości. Przekręciła się na drugi bok i wbiła wzrok w okno, za którym dwie szkolne sowy posilały się resztkami zawiniętej w szary papier, nadgryzionej szronem wędliny.

Zamek szczęknął, rozległo się skrzypnięcie i odgłos tłumionych miękkim dywanem kroków.

— Gdzie mój sweter?

— Wyrzuciłam — odburknęła, chociaż kłamstwa były zbyteczne. Skoro wykorzystał węża do szpiegowania jej nawet podczas robienia na drutach, doskonale wiedział, że nie miała serca się tego dopuścić, nawet jeśli rozważała to średnio raz na kwadrans.

— Chcę go zobaczyć.

— Jeśli mnie pamięć nie myli, Bozia dała ci parę sprawnych rąk.

— Masz zupełną rację, Marto — odparł ze skruchą, która skłoniła ją do obejrzenia się na niego przez ramię. — Może trzymasz go o, tutaj?

Gdy tylko musnął uchwyty szuflady z bielizną, zerwała się z łóżka, żeby trzasnąć go w ręce, i zasłoniła komodę własnym ciałem.

— Jesteś świadoma, że nie tylko wiem, co tam trzymasz, ale i miałem to na sobie? Ubiera…

Marta docisnęła dłoń do jego poruszających się warg.

— Zamknij te parszywe usta — nakazała mu, potrząsnąwszy głową, jakby miało jej to pomóc w wyzbyciu się podpowiadanych przez wyobraźnię obrazów, jak zaklęty w jej ciele Tom wciąga na jej nogi bieliznę. — Nie cierpię cię. Jesteś kłamcą i hipokrytą. Złamałeś obietnicę, a teraz przychodzisz tutaj jak gdyby nigdy nic i myślisz sobie, że będę wysłuchiwać tych… tych ZBEREŹNYCH rzeczy?

Wciąż uciszony Tom skinął głową, choć wystarczającej odpowiedzi dostarczyły jej jego roziskrzone psotą oczy. Złapał ją za nadgarstek i zmusił do opuszczenia ręki.

— Łamię obietnice tylko wtedy, kiedy mam ku temu dobry powód.

— Jasne.

— Mówię prawdę — dodał, musnąwszy wargami jej palce. Doskonale wiedział, jak obrócić jej serce przeciwko umysłowi. — Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, docenisz te starania.

— Niewątpliwie.

— Pokaż mi.

— Nie. Nie udawaj, że cię to w ogóle obchodzi — powiedziała z już krytycznym poziomem nadąsania. — Gdybyś naprawdę był ciekawy, zobaczyłbyś go trzy dni temu. Zresztą i tak ci się nie spodoba.

— Posiadanie ambicji tak wielkich i rozległych jak moje oznacza, że czasem trzeba odłożyć przyjemności na później, Marto — zwrócił się do niej tonem godnym profesora pouczającego swojego ucznia. — Dlaczego miałby mi się nie spodobać?

— Bo celowo tak zrobiłam.

Wypuścił szybciej powietrze nosem, walcząc z drgnieniem kącika ust.

— Trzy dni czekam na ten moment, żeby usłyszeć takie wyznanie? — Zacmokał, kręcąc głową. — Jeśli masz rację, być może raz jeszcze zapoznasz się z definicją słowa „dyscyplina”.

— W takim razie być może naprawdę wyrzucę go przez okno — mruknęła, odtrąciwszy jego rękę, i uklękła, żeby wysunąć kufer spod łóżka. Gdy trzymała już zawinięte w kolorowy papier swetry, powiedziała: — Chcę cię w nim zobaczyć.

— Jeśli mi się spodoba.

— Nie — powiedziała stanowczo. — Masz zamknąć oczy i go ubrać. Masz obowiązek zrekompensować mi to, że zamknąłeś mnie tu ze swoim okropnym wężem, którego nie chcę już nigdy zobaczyć, rozumiesz?

Tom wykonał drobny ruch ręką, a wylegujący się pod drzwiami wąż rozpłynął się w smudze czarnego dymu. Marta nie musiała kryć zaskoczenia, jako że zgodnie z poleceniem Tom zamknął oczy i bez pytania, a co więcej bez uprzedzenia ściągnął przez głowę szary sweter, który wchodził w skład hogwarckiego mundurka. Stał przed nią w białej, zapiętej po sam kołnierzyk koszuli, a jednak coś w świadomości, że dopiero co częściowo się przed nią

rozebrał

, przyprawiło ją o nierówny oddech.

— Daj — powiedział, wyciągając dłoń.

Drżącymi rękoma odpakowała zawiniątko i wręczyła mu pierwszy sweter. Chociaż przez ostatnie trzy dni żałowała zmarnowania na niego tak wielkiej ilości włóczek, osłodził jej to widok nachmurzonego oblicza Toma przeglądającego się w lustrze. Po tych wszystkich bogatych w szczegóły fantazjach, jak podczas pierwszej zamiany ciał przebiera go w różowe sukienki, marzyła o tym, żeby trochę z niego zakpić. Potrzeba ta zainspirowała powstanie świątecznego swetra w zielono-czerwono-białe wzorki, z podobiznami skrzata i skrzatki dekorujących mieniącą się brokatowymi nitkami choinkę.

— Trzy dni zamknięcia i już na łeb upadłaś, Warren? — spytał z pochyloną głową, trzymając skraje swetra w lekkiej odległości od ciała. — Skrzaty noszą brudne szmaty, nie wiedziałaś?

— To alternatywna rzeczywistość, w której nikt nie jest niczyim niewolnikiem — odparła, ciesząc oczy jego niezadowoleniem. Na łożu śmierci będzie wspominać ten dzień, gdy udało się jej wcisnąć tę ludzką gradową chmurę w radosny, pstrokaty sweterek. — Wiesz co? Może powinieneś mieć go na sobie do czasu, aż położymy się spać.

— A więc jednak.

— Nie powiedziałam, że położymy się do tego samego łóżka.

— Przestań się boczyć, Warren — westchnął, padając na łóżko. Ukrył twarz w dłoniach, więc odłożyła drugi wciąż zapakowany sweter na komodę. — Jutro mam urodziny.

Niewiele brakowało, aby odpowiedziała „wiem”.

— Moje serce nie jest aż tak miękkie.

— Zobaczymy.

— To ty zobaczysz.

— Mhh, nie bądź taka — wymamrotał, przewracając się na bok. Dopiero teraz, gdy padł na niego bezpośredni snop światła lampy, zwróciła uwagę na jego nienaturalnie poszarzałą cerę i cienie pod lekko przekrwionymi oczami o ciężkich powiekach. — Jestem zmęczony. Nie spałem od trzech dni, a ty wyżywasz się na mnie, zamiast się mną zaopiekować.

— Dobre sobie — prychnęła, z niezadowoleniem zauważając, że w jej głos wkradła się nuta współczucia. Boże, co z nią było nie tak? To on trzymał ją tu o wodzie z łazienkowego kranu, zeschniętych na skamielinę bułkach i
kwaśnych jabłkach, sowy rozkradły jej ser i wędliny, a jednak kilka głupich słów (co prawda wypowiedzianych uroczo smętnym głosem) wystarczyło, żeby serce zaczęło się jej krajać?! — Mieliśmy umowę, Riddle.

— Nie mów do mnie tak brzydko.

— Przypominam ci, że to ty wyzywasz mnie od szlam.

— Bo jesteś moją małą, słodką szlamką.

Spojrzała na niego spod byka, wkładając wszystkie siły w ukrycie faktu, że dodanie tego jednego słowa sprawiło, że jej głupie, doszczętnie omamione zauroczeniem serce wybiło się z rytmu. Reakcja ta wystarczyła jej do zrozumienia wszelkiej nieufności, jaką wykazywał w stosunku do niej profesor Dumbledore.

— Dlaczego nie spałeś trzy dni?

— Sen jest marnotrawstwem — odparł i podniósł się z łóżka z cichym stęknięciem, które przyprawiło Martę o kilka niestosownych myśli. — Dowiesz się wszystkiego. W swoim czasie.

Wyminął ją i zamknął się w łazience, a gdy zza drzwi rozległ się cichy szum wody, zadrżały jej ręce. Wyobraźnia zalała ją obrazami rozbierającego się Toma, więc rzuciła się w wir przygotowań. Miotała się z kąta w kąt, to wybierając piżamę, to ścieląc łóżko (dla zabicia czasu zmieniła nawet pościel), to nie wiedzieć czemu przeganiając z parapetu sowy bijące się skrzydłami o kawałek pachnącego wędliną papieru, a jednak — gdy Tom wyłonił się z łazienki z lśniącymi od wody lokami, bez koszulki — wciąż niewiele brakowało, aby osunęła się na podłogę.

— Coś nie tak, Marto?

— Przyzwij sobie coś stosownego do ubrania — powiedziała, na oślep rzuciwszy mu w twarz swoją najprostszą koszulą nocną — albo będziesz spać w tym.

Tom prychnął i otworzył usta z zamiarem wygłoszenia kontry, lecz Marta już zniknęła w łazience. Wzięła najdłuższy w życiu prysznic, chcąc upewnić się, że po powrocie do dormitorium nie zastaną jej żadne gorszące widoki. Sama nie zamierzała też dawać Tomowi powodów do spodziewania się nie wiadomo czego, więc wysuszyła włosy i ubrała piżamę, która dla bezpieczeństwa składała się z pełnej bielizny oraz sięgającej kostek, najbardziej kwadratowej koszuli nocnej w jej posiadaniu. Ten bezkształtny, pozbawiony gracji i wdzięku strój wieńczyły luźne spodnie oraz — jakby miało to coś zmienić — para wełnianych skarpet.

— Zapocisz się w kombinezonie — skomentował z drgnieniem kącika ust Tom.

Zobaczywszy go, Marta wydała z siebie serię wysokich, bełkotliwych dźwięków. Nie powinno zaskoczyć jej to, że nie wysłuchał jej polecenia, lecz nie spodziewała się zastać go już leżącego w jej łóżku, z kołdrą zakrywającą go trochę ponad pępek. Na domiar złego wsparł rękę za głową, jakby nie wystarczała mu sterta poduszek, przez co Marta zyskała nową, wyczyniającą z nią dziwne rzeczy perspektywę na jego nagi tors.

— Posuń się — wymamrotała ze ściśniętym gardłem. Jeśli da mu się zdekoncentrować, wszystko zawiśnie na włosku, łącznie z jej życiem, więc włożyła cały wysiłek w okludowanie umysłu. — Na sam skraj.

— Tu jest mi całkiem wygodnie.

— Nie interesuje mnie to, Riddle.

Tom uniósł jedną brew, poniekąd wyzywająco, lecz w głównej mierze z zainteresowaniem. Gdy wykonał polecenie, Marta przetransmutowała poduszkę Donny w miękką, długą na dwa metry ściankę, a następnie położyła ją na środku łóżka.

— Jesteś niepoważna.

— Wręcz przeciwnie. Nigdy w życiu nie byłam tak poważna — powiedziała stanowczo. — Leż sobie tam, na swojej połowie, i ani myśl pozbyć się tej przegrody. Wiesz co? Nie, tobie nie można ufać, więc…

— Po prostu się kładź, Warren — uciął z rozdrażnieniem, gdy machnięciem różdżki wygasiła piec. — Jeśli będę musiał cię związać, żebyś leżała ze mną w jednym łóżku, zrobię to.

Marta zaczerwieniła się z gniewu, jednak mimo poważnych rozważań nad dobitnym pokazaniem mu, jak bardzo miała go dość, wolała zachować możliwość kopnięcia go w krocze, jeśli zajdzie taka potrzeba. Wzięła dodatkową kołdrę z sąsiedniego łóżka i położyła się na swojej połowie, przykrywając się po samą szyję.

— Zgaś światło — powiedziała, mając nadzieję, że w ciemności poczuje się pewniej.

Wyłączył je, nie wykonując najdrobniejszego ruchu. Wsłuchiwanie się w zgodny rytm ich oddechów, czasem zagłuszany przez dudnienie własnego serca, przyprawiało ją o tak wielki dyskomfort, że wytrwanie w ciszy okazało się fizycznie niemożliwe.

— Czy w sierocińcu świętowano jakoś twoje urodziny?

Tom nabrał głębszego wdechu.

— Nie.

— Za karę czy po prostu nie było tam takiego zwyczaju?

— Za dużo dzieci, za mało funduszy — odparł bezbarwnie. Materac zapadł się, gdy szukał wygodniejszej pozycji. — Naprawdę chcesz rozmawiać o moim dzieciństwie teraz, kiedy są o wiele ważniejsze tematy do poruszenia?

— Jakie? — odmruknęła, skonfundowana.

— Ta poduszka zajmuje za dużo miejsca.

Wywróciła oczami, uśmiechając się lekko.

— Jakie to więc szczęście, że trzy inne łóżka są do twojej dyspozycji.

— Tak?

— Tak.

— Powiedz mi, Marto. Co byś zrobiła, gdybym jednak cię związał i pozbył się tej poduszki?

— Krzyczałabym.

Głośno.

— Łatwo temu zaradzić.

— W przeciwieństwie do ciebie, ja nie łamię obietnic. Jeśli to zrobisz, przyrzekam ci, że będziesz mnie musiał wiązać za każdym razem, bo nigdy więcej z własnej woli nie będę z tobą spać w jednym łóżku, zrozumiano?

— Hmm — mruknął. Dormitorium spowijała zbyt gęsta ciemność, aby mogła go zobaczyć, lecz odnosiła wrażenie, że leżał na boku i świdrował ją wzrokiem. — A więc uważasz, że spędzimy w ten sposób więcej nocy?

— Nie.

— Chyba jednak — kontynuował z irytującym rozbawieniem. — Chciałabyś tego, prawda?

Marta zachowała milczenie.

— Siedzisz cicho, żebym nie mógł ci wypomnieć, że kłamiesz? Mam rację? — Zrozumiawszy, że nie doczeka się żadnej odpowiedzi, westchnął. — Nie lubię, kiedy jesteś na mnie zła za coś, co jest twoją winą.

Raz po raz gryzła się w język, zadowalając się wymyślaniem mu w duchu. Jak mógł sugerować, że ta chora potrzeba — świadcząca o byciu niespełną rozumu — łaknięcie jego bliskości były jej winą? To on wyprał jej mózg, każdego dnia coraz bardziej przysposabiał ją do swojej szalonej rutyny — najpierw bolesne kary, potem gorące pocałunki — to on groził śmiercią jej, jej przyjaciołom, to on palił listy napisane przez jej matkę! Stracenie dla niego głowy to wynik jakiejś okrutnej, narkotycznej manipulacji, która w żadnym wypadku nie była jej winą!

— Nadal nic? — dopytywał. — W takim razie będę zmuszony użyć siły.

— Daj mi święty spokój.

Tym razem to on trwał w ciszy.

— Skąd te humory, Warren? Zaczynasz mnie irytować.

— Ja ciebie?

— Utrudniasz.

— Utrudniam! — fuknęła ze złością. — Ja utrudniam. Może mnie oświecisz, co dokładnie nie idzie po twojej myśli, co?

— Wszystko.

— Jesteś szalony.

— A ty nie?

Głos uwiązł jej w gardle.

— Nie tak jak ty.

— Może i masz rację — powiedział, gdy odwróciła się do niego plecami. Wyczuła ruch w okolicach przegrody, którą szybko zastąpiła twarda, emanująca ciepłem pierś Toma. — Mało kto jest równie szalony co ja.

O Boże. Matko przenajświętsza. Matko przenajświętsza, miej ją w opiece!

— Pamiętasz… Yyy… W pokoju wspólnym Ślizgonów jest takie lustro — bełkotliwie zmieniła temat, przesuwając się na skraj materaca, ale Tom za nią podążył. Dekoncentrowały ją palce ślizgające się po materiale jej koszuli nocnej, szukające czegoś delikatnie, lecz z najwyższą uwagą. — Takie, które potrafi mówić.

Z gardła Toma wydobył się zamyślony, pobudzający wyobraźnię pomruk. Marta zmusiła zamierające w oczekiwaniu płuca do współpracy, cała napięta pod jego dotykiem. Był taki ciepły, w tym momencie wręcz zupełnie zwyczajny i ludzki, prawie jakby nigdy nie debatował nad tym, czy pozostawić ją przy życiu.

— Stawałeś kiedyś przed nim?

— Tak… Wiele razy.

— I co?

— Zawsze mówiło to samo.

— Czyli? — dociekała, złapawszy go za rękę, gdy zbliżył się w okolice jej podbrzusza.

— Że mam najczarniejsze serce, jakie kiedykolwiek widziało.

Z trudem przełknęła ślinę.

— Nawet wtedy, jak miałeś jedenaście lat?

— Och, Marto — zaśmiał się cicho. — Nie sądzę, żeby wiek miał dla niego jakiekolwiek znaczenie. Jakby nie patrzeć, kiedy pierwszy raz postawiłem nogę w Hogwarcie, miałem za sobą lata uczestniczenia w „niewyjaśnionych incydentach”, które nawet teraz przyprawiłyby cię o koszmary. Może chcesz o paru z nich usłyszeć?

— Nie — odpowiedziała szczerze, przenosząc jego dłoń na swoją talię.

— Na twoje nieszczęście zebrało mi się na wspominki — mruknął, nie pozwalając jej zabrać ręki. W jego głos wkradało się coraz więcej nut senności, co uświadamiało zaniepokojonej Marcie, że w jego wykonaniu wszystko wzbudzało w niej nieprawidłowe reakcje. — Kradłem, straszyłem inne dzieci, znęcałem się nad nimi… mam tych historii tyle, że brakłoby nam nocy na nie wszystkie, ale mam kilka ulubionych.

— Tak? — z grzeczności starała się udać zainteresowanie. — Na przykład tę z królikiem?

— Królik… W sumie tę historię też lubię. — Przyciągnął ją do siebie, wspierając policzek na jej głowie. Jego usta nieustannie rozpraszały ją swoim miękkim ruchem na płatku jej ucha. — Tak się składa, że to zwierzęta uświadomiły mi, że posiadam dar, który wyróżniał mnie na tle reszty. Mogłem wpływać na nie od najmłodszych lat, nakłaniać do robienia rzeczy wbrew ich instynktom, do słuchania moich poleceń, ale dopiero później odkryłem, że potrafię przemawiać do węży, rozmawiać z nimi. Jednego dnia, kiedy znalazłem w trawie martwego ptaka, usłyszałem, jak dziewczyny piszczą na placu. Przebrzydłe mugolki rzucały kamieniami w żmiję — wypowiedział te słowa z tak mocną urazą, że Marta zesztywniała w jego ramionach. — Przemówiła do mnie… więc ją przygarnąłem. Kiedy ktoś nadepnął mi na odcisk, wrzucałem mu ją pod kołdrę albo do butów. Uwielbiałem wsłuchiwać się w te zaskoczone piski, wrzaski, obserwować ich ucieczki do opiekunek… — Zaśmiał się jej prosto w ucho. — Zamierzałem zabrać ją ze sobą do Hogwartu, ale na parę dni przed wyjazdem znalazłem ją przybitą gwoździami do drzwi.

Marta wstrzymała oddech.

— Zrobił to ten chłopak od królika?

— Zakładałem, że się za niego zemścił — odparł niewzruszenie. — Wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy pięć lat później postawiłem nogę na ganku tego samego domu, w którym dorastała moja matka. Tam też do drzwi przybito węża.

— Ale… Ale jak to? — zdumiała się. — Chyba nie sugerujesz, że… Przecież byś tego nie zrobił.

— Nie?

— To był twój wąż, Tom.

— Jeśli myślisz, że się do niego przywiązałem, jesteś naiwna.

— Lubiłeś go — naciskała.

— Lubiłem go wykorzystywać — skorygował. — Wydaje mi się, że mogłem to zrobić. Czasem zdarzały mi się momenty, w których traciłem kontrolę. Wpadałem w tak silny gniew, że wspomnienia przepadały. Może wąż mnie ukąsił, nie wiem, a ja za karę przybiłem go do drzwi, tak jak robił to mój żałosny wuj.

— A teraz? Zdarza ci się to jeszcze?

— A co, zaczynasz się bać?

— Boję się od miesięcy.

— Hmm — mruknął. — Rzadko. Hogwart nauczył mnie panowania nad emocjami. Lata odpłacania się innym za wyrządzane mi krzywdy zdecydowanie tego nie ułatwiły, ale musiałem poświęcić te przyjemności, jeśli chciałem, żeby moje plany się powiodły.

— A co planujesz zrobić ze mną?

Zamiast odpowiedzieć, Tom wyswobodził dłoń z uścisku i złapał w garść materiał jej koszuli nocnej. Podciągnął ją w górę, nie robiąc sobie nic z tego, że Marta odtrąciła go niczym irytującego komara.

— Pozwól mi.

Zawahała się, słysząc w jego głosie ukryte brzmienie prośby, nienaznaczone groźbą czy udawaną niewinnością. Uległa napierającej na jej bok dłoni, posłusznie przewracając się na plecy, i z wahaniem uniosła biodra, gdy Tom podwijał jej koszulę.

— Gdzie? — spytał półszeptem.

Złapała jego palce, wolną ręką przytrzymując trochę niżej piżamowe spodnie, i poprowadziła je w odpowiednie miejsce. Prześledził nierówną wypukłość blizny w tę i z powrotem, a gdy nacisnął na nią, Marta zajęknęła się.

— Boli?

— Pobolewa — odparła ze zrezygnowaniem.

Rozbłysk świateł zmusił ją do zaciśnięcia powiek. Gdy na powrót je uniosła, Tom umościł się niżej na materacu, z głową na wysokości jej brzucha; przejawiane przez niego zainteresowanie skupiało się wyłącznie na tym pokrytym tkanką bliznowatą kawałku skóry, wciąż badanym przez pajęczodługi palec. Marta nie potrafiła przestać się zastanawiać, czy Tom ma pojęcie na temat tego, co wyczyniało z nią jego zainteresowanie jej ciałem i jakie temperatury przez niego osiągała.

— Byłaś grzeczna?

— Mhm.

— Nie do końca, prawda?

— Och, Boże — jęknęła z zamiarem opuszczenia koszuli, lecz stanęły jej na drodze ręce Toma. — Co znowu zrobiłam? Za mało cierpiałam, kiedy byłam tu zamknięta? Niewystarczająco za tobą tęskniłam?

— A tęskniłaś? — wtrącił mrukliwie, podnosząc na nią wzrok znad blizny. Jego otoczone wachlarzem ciemnych rzęs oczy wyrażały najszczerszy typ ciekawości, ale i emocji, którą widywała u niego rzadko: smutku. Chryste, jaki on był piękny. — Ja bym za tobą tęsknił.

— Tęskniłeś — poprawiła go niepewnie, ostatnią sylabę słowa akcentując pytająco, jednak Tom nie dał jej żadnej odpowiedzi. Pochylił się nad blizną i przytknął do niej wargi, a gdy pocałunek dobiegł końca, nie było po niej ani śladu, lecz palce Marty nie przerwały wbijania się w jego nagie ramiona. — Dlaczego, Tom?

— Chciałem cię wynagrodzić.

— Nie — zniecierpliwiła się. — Dlaczego powiedziałeś to w ten sposób?

— Gdyby coś ci się stało, tęskniłbym za tobą.

— A co miałoby mi się stać? Co zamierzasz?

Westchnął z rozdrażnieniem, podnosząc się na rękach, i szarpnął skraj jej koszuli nocnej w dół.

— Nie wiem dlaczego — wycedził. Ta niespodziewana zmiana w jego głosie przyprawiła Martę o wysyp gęsiej skórki. — Dlaczego miałbym za tobą tęsknić? Jesteś nieprzydatna, powiedziałbym nawet, że drugiej tak bezużytecznej osoby na tym świecie nie spotkałem, a jednak coś w tobie… Coś w tobie mnie

zatruło

. Wszystko zaczęło się od tej przeklętej zamiany dusz, skrawek ciebie, twojej szlamowatej duszy zalęgł się we mnie jak pasożyt. — Złapał ją za twarz, a skoncentrowane uderzenie magicznej energii odepchnęło jej ręce z powrotem na materac, przykuwając je w miejscu niczym niewidzialne kajdany. — Powiedz mi, jak powinienem cię za to ukarać?

— Ukarz siebie — powiedziała niewyraźnie. — To

ty

poczułeś coś do mnie, Tom. Nie istnieje na tym świecie magia, która potrafi kogoś zmusić do prawdziwego uczucia.

Utrzymała niewzruszoną minę, mimo że sprawiał jej coraz większy ból.

— A po co miałbym się hamować, co, Warren? Dlaczego miałbym się na tobie nie wyżyć, skoro właśnie tego po mnie oczekujesz? Tego, tylko tego. Niczego więcej. Niczego… głębszego. Niczego czystszego.

Aż tak jeszcze nie zwariowała.

— Udowodnij, że jesteś do tego zdolny — powiedziała zamiast tego. — Puść mnie.

— Longbottom mógł zakończyć swój marny, plugawy żywot zdrajcy krwi w momencie, kiedy zobaczyłem, jak fantazjujesz na jego temat, wtedy, na krótko przed powrotem do naszych ciał — powiedział takim tonem, jakby nie dotarło do niego, że w ogóle się odezwała. — A jednak starałem się. Każdego dnia opierałem się chęci wypatroszenia go żywcem. Żyje, chociaż mam wszelkie powody go zabić, a ty zamiast docenić mój gest, spodziewasz się po mnie najgorszego, masz czelność mi mówić, że muszę na ciebie

zasłużyć

…

— Nie zabiłeś go tylko dlatego, że chciałeś wyprać mi mózg — skontrowała. — Chciałeś, żebym się do ciebie zbliżyła. Gdybyś zabił Alfreda, nigdy by do tego nie doszło i doskonale o tym wiesz.

— Czy popełnianie dobrych uczynków z myślą o poprawieniu swojego wizerunku jest czymś złym? Dobry uczynek to dobry uczynek, Marto.

— Oczywiście, że jest czymś złym! Jakbyś nie zauważył, właśnie podałeś mi definicję manipulacji!

Tom wypuścił jej twarz z uścisku, wspierając dłonie po obu stronach jej głowy, lecz nie przerwał unieruchamiania jej nadgarstków.
— Skoro tak, dlaczego Longbottom nie padł trupem zaraz po tym, jak cię pocałowałem? — spytał. — Miałem cię w garści. Byłaś moja od samego początku, ale wtedy, w tym momencie poczułaś się moja. Przyznam, że zabicie go by cię straumatyzowało, ale i tak byś mi uległa. Nieważne, jak bardzo postarasz się obrócić to przeciwko mnie, jestem wspaniałomyślny. Pozwalałem ci mieć przyjaciół, nie widzisz tego? Zachowałem ich przy życiu, mimo że Longbottom próbował trzymać cię ode mnie na odległość, mimo że Donna knuła za twoimi plecami, mimo że oboje położyli na tobie ręce. Nawet im ich nie uciąłem, a ty… a ty leżysz tutaj pode mną, kusisz mnie, manipulujesz mną, myślisz, że mnie przechytrzysz…
— Niczego takiego nie robię! — wyszeptała, wzburzona.

— Mówię ci szczerze, że za tobą tęsknię, a ty zakładasz, że chcę cię zabić. Nie widzisz, jakie to jest krzywdzące?

— Powiedziałeś coś innego — odparła, bliska prychnięcia na dźwięk ostatniego zdania. Gdy tak podpierał się nad nią na rękach i świdrował ją błyszczącymi czerwienią oczami, z każdym wypowiedzianym przez niego słowem czuła się coraz mniejsza. Mniejsza i mniejsza. — Bądź ze mną szczery, Tom. Powiedz mi, co planujesz.

— Nie wiem.

— Nie wiesz? — powtórzyła, nie kryjąc niedowierzania. — Nie kłam.

— Jestem szczery.

— Nie żartuj sobie ze mnie. Sam mówiłeś, sugerowałeś, że masz plany, że zabierzesz mnie ze sobą, że…

— Miałem, ale sam je sobie pokrzyżowałem.

— To znaczy?

Linia jego warg stwardniała na dłuższy moment, zanim przyznał z oporem:

— Zrobiłem coś, czego nie powinienem był zrobić.

— Co? Co takiego zrobiłeś? — spytała, poruszając rękoma. Mimo że Tom się zawahał, siła przestała naciskać na jej nadgarstki, więc Marta delikatnie ujęła jego twarz w dłonie. — Powiedz mi. Powiedz, Tom, proszę. Dlatego mnie tu trzymałeś, tak? Dlatego siedziałam tu zamknięta przez trzy dni?

Przyglądał się jej bez mrugnięcia. Podczas gdy ona uważała za torturę i największą niesprawiedliwość świata wylegiwanie się w łóżku z książką, on najpewniej otwierał Komnatę Tajemnic, żeby nasłać bazyliszka na Bogu ducha winnych uczniów. Jakby nie patrzeć, Tom doskonale dobrał moment: dzieci pochodzące z rodzin z co najmniej jednym czarodziejem w drzewie genealogicznym mogły wrócić do domów chronionych zaklęciami ochronnymi, podczas gdy rodzice mugolaków woleli wierzyć, że ich pociechy są bezpieczniejsze w Hogwarcie niż w mugolskich dzielnicach, zagrożonych ostrzeliwaniem przez wroga.

— Jak mogłeś? Siedziałeś z nimi wszystkimi przy jednym stole — wyszeptała, jednak nie zdobyła się do przestania gładzenia kciukami jego policzków. Spodziewała się, że zobaczy w jego oczach przesiąkniętą złem rozkosz, lecz pozostały puste, nieporuszone. — Powiedz mi chociaż, że bazyliszek nic nikomu nie zrobił.

— Nie zrobił.

— Na pewno?

— Na pewno.

— Nie wierzę ci.

— Wiem.

— I co teraz?

— Nic — westchnął, odsuwając się od niej, i położył się na plecach. Światła znów zgłasły, a jednak przed oczami nieco uspokojonej Marty wciąż majaczył obraz jego wystających obojczyków, linii ramion, nagiej piersi. — Teraz… Teraz chciałbym się po prostu wyspać.

— Ale…

Odwrócił się do niej tyłem, co dało jej do zrozumienia, że reszta kotłujących się w niej pytań pozostanie bez odpowiedzi. Nękana wyobrażeniami spetryfikowanych uczniów, szczególnie tej pierwszej jedenastoletniej dziewczynki, którą widziała w skrzydle szpitalnym, w obliczu niepokoju nie potrafiła tak po prostu zasnąć.

Zbliżyła się do niego nieśmiało, a gdy nie rozbrzmiały słowa protestu, przylgnęła pleców Toma i okryła ich oboje kołdrą. W zamyśleniu odnalazła wypukłość żyły na jego przegubie i prześledziła ją palcami, myśląc o swojej bliźnie.

— Dziękuję, że ją uleczyłeś — szepnęła, z każdą kolejną sekundą ciszy ogarniana coraz większą obawą. Knut, myślała.

— Obiecałem ci to.

Marta nabrała głębokiego wdechu, nie potrafiąc uspokoić chaotycznie obijających się o jej głowę myśli. Być może Dumbledore nie przyszedł jej na pomoc ze względu na to, że w dormitorium była bezpieczna, wraz z panią Goldie starał się zapanować nad terrorem siejącym postrach w zamku, a może sam padł ofiarą bazyliszka. Jak zareagowałby, gdyby Marta się z nim skontaktowała? Jak wytłumaczyłaby mu się z tego, że pozwoliła Tomowi na spędzenie z nią nocy w jednym łóżku? Jak mogłaby mu spojrzeć w oczy, skoro po szopce, która miała miejsce podczas świątecznego śniadania, nie miał już wątpliwości co do kierunku, jaki obrała ich relacja?

Wtuliła twarz między wystające łopatki Toma, zastanawiając się, czy w powoli ochładzającym się dormitorium potrafił wyczuć ciepło emanujące z jej rozgrzanych policzków. To wszystko było tak okropnie niestosowne, że na samą myśl o sięgnięciu po knuta ogarniały ją równie intensywne mdłości co wtedy, gdy wyobrażała sobie, jak Tom ogłusza ją zaklęciem i porywa z Hogwartu.

Nie powstrzymała delikatnego uśmieszku ciągnącego za kącik jej ust, gdy sennie poruszające się palce wślizgnęły się między jej własne. Wnioskując z pogłębionego oddechu, odszukał jej instynktownie, więc — mimo rozpierającej jej chęci obsypania go całusami od stóp do głów — w wyrazie podzięki złożyła ulotny pocałunek na wypukłej kostce kręgosłupa i pozwoliła, aby mijający czas sprowadził na nią płytki sen.

Wydawało się jej, że wybudzała się z niego za sprawą każdego najcichszego szelestu pościeli, miękkich loków muskających jej skórę, owiewających ją oddechów. Ta wypełniona bliskością noc zdawała się trwać w nieskończoność, w trakcie której nie spędzili ani ułamka sekundy osobno, nieustannie trzymając się za ręce lub wtulając się w siebie niczym dwójka osieroconych, przerażonych wizją samotności dzieci.

— Marto…

— Jest jeszcze ciemno, Tom — wymamrotała, wtulając twarz w jego rozkosznie ciepłą pierś. Mogłaby tak spędzić wieczność, ogrzewając na nim koniec chłodnawego nosa i leżąc pod pierzyną, której ciężar działał na nią tak rozleniwiająco, że czuła się jak mała dziewczynka w sobotni poranek. — Śpijmy.

— Popatrz na mnie.

— Mmh, potem — westchnęła niecierpliwie, przesuwając dłonią po jego plecach. Uśmiechnęła się lekko, wyczuwając, jak zadrżał pod jej dotykiem. — Wszystkiego najlepszego, Tom.

Poruszył się, wpuszczając pod kołdrę zimne powietrze, i ujął ją pod brodę. Przezwyciężył jej senny upór z cichym pomrukiem, odgarnął zbłąkany kosmyk włosów, a mimo że złożony na jej ustach przelotny pocałunek rozpieszczał odurzającą delikatnością, zdawał się na wskroś przesiąknięty desperacją, której obecności Marta nie potrafiłaby zignorować, nawet gdyby tego chciała.

Uniosła ociężałe powieki. W półmroku napotkała elektryzującą czerwień oczu Toma.

— A teraz bądź tak miła i pokaż mi wszystko.

----- CHAPTER BREAK -----

Tom wydobył z niej wszystko. Nie bawił się w już przeszukiwanie jej wspomnień, przecinanie całunu warstw między jednym a drugim, nie. Taranował jej niechroniony, wciąż spowity mgłą senności umysł, nie zważając na przysparzany jej tym ból. Gdy znudziło mu się wysłuchiwanie jej spazmatycznych szlochów, docisnął jej rękę do ust i kontynuował bezlitosne analizowanie każdego słowa, które zamieniła z profesorem Dumbledore’em, poruszał się chaotycznie, przeskakując między ich spotkaniami a lekcjami Oklumencji, szukając czegoś z wręcz fanatycznym zaaferowaniem.

Choć początek jego obecności w jej umyśle był naznaczony gniewem i agresją, z każdą minioną chwilą pozostawiał po sobie coraz to inny posmak, najpierw niepewności, potem strachu i paniki, które napawały Martę jednakowymi emocjami.

Narastające w niej napięcie szybko stawało się nie do zniesienia. Znajdowała się już na skraju pęknięcia, załamania się w sobie, gdy obecność Toma wyślizgnęła się z niej, lecz jego ręka pozostała na miejscu.

— Jesteś niewiarygodna, Warren — powiedział, oddychając ciężko. — Nie marnujesz żadnej okazji, żeby zwyzywać mnie od manipulantów, podczas kiedy ten stary głupiec wodził cię za nos historyjką o większym dobrze, o mocy miłości — prychnął — o tym, że rzekomo masz coś, czego potrzebuję… Jak zniedołężniałym intelektualnie trzeba być, żeby uwierzyć, że coś takiego może się udać? Naprawdę myślałaś, że nauczysz mnie kochać?

Marta podciągnęła kawałek koszuli nocnej, żeby wytrzeć jej skrajem mokrą od łez twarz. Cieszyło ją to, że dormitorium panowała ciemność, przełamana słabą poświatą sączącą się z wysokich okien. Nie chciałaby teraz zobaczyć grymasu wykrzywiającego przystojne rysy twarzy Toma ani mieć możliwości wyczytania swojego losu z tego, co kryło się w jego spojrzeniu.

— Nie wiem — wychrypiała, gdy potrząsnął nią jak zepsutą zabawką. — Nie wiem, co sobie myślałam.

— Powiem ci, co sobie myślałaś, ty tępa szlamo — wycedził, zatapiając palce w jej ciele. — Myślałaś, że gdzieś głęboko w moim serduszku kryje się mały, skrzywdzony chłopiec. Niekochana, zapomniana przez świat samotna sierota. Myślałaś, że parę pocałunków, kilka słodkich, ciepłych słów dzieli mnie od przejścia przemiany w księcia z bajki. Doprawdy, takich fantastycznych bzdur nie napisano nawet w tej twojej Biblii. Zawsze uważałem Dumbledore’a za skończonego idiotę, jednego wielkiego partacza, ale jedno muszę mu przyznać. Podatne ofiary to on potrafi sobie dobierać. A teraz wstawaj, idziemy.

— Gdzie?

W chwilę po tym, jak zszedł z łóżka, Martę oślepił rozbłyskł świateł. Przytknęła drżące dłonie do oczu, podnosząc się do pozycji siedzącej, a Tom wydał z siebie tak rozdrażnione westchnienie jak nigdy:

—

Crucio.

Przeszyta bólem, spadła na ziemię z głuchym łoskotem. Gdyby wylądowała po drugiej stronie, pod nogami Toma, z pewnością dłużej przetrzymałby na niej zaklęcie, lecz jego efekty urwały się, gdy tylko zniknęła mu z pola widzenia.

— Ubieraj się.

Marta podciągnęła się na kolumnie łóżka, wpatrując się w Toma pośpiesznie zakładającego spodnie. Obejrzał się na nią przez ramię z demonicznym wyrazem twarzy, klekocząc sprzączką zapinanego paska, więc rzuciła się w stronę kupki ubrań z wczoraj.

— Nie — powiedział sucho, wciągając przez głowę drugi sweter, który dla niego zrobiła. Czarny ze srebrno-zieloną literą T. — Nie to.

— To co?

— Ubierz sukienkę, którą ci dałem. I kolczyki.

— Ale po co? — zdumiała się, sięgając po spódnicę. Kolejne

Crucio

sprawiło, że wpadła na komodę, boleśnie obijając się o nią ciałem. — Aach! — wykrzyknęła. — Przestań!

— Nie udawaj głupiej — wycedził, wyciągając z kieszeni podarowanego jej przez Dumbledore’a zaczarowanego knuta. — Przeszukałem twoje rzeczy, kiedy spałaś. Ruszaj się, chyba że chcesz przedwcześnie dowiedzieć się, jakie to uczucie dostać z

Avady Kedavry.

Ten widok wystarczył, żeby serce Marty przygniótł głaz. Wyjęła sukienkę z wysuniętego spod łóżka kufra, a jedno krzywe spojrzenie Toma powstrzymało ją przed schowaniem się w łazience. Przebrała się przy nim, zasłonięta kotarami łóżka i dziękująca sobie w duchu za to, że wytrzymała całą noc w pełnej bieliźnie, a gdy tylko wsunęła buty na stopy, Tom trafił ją w plecy kolejnym zaklęciem.

Ogłuszył ją, ale nie całkowicie. Znajdowała się w dziwnym stanie, gdzieś pomiędzy jawą a snem, otumaniona na tyle, aby kojarzyć znajome odgłosy zamku i majaczące jej przed oczami fragmenty jego wnętrza ze znacznym opóźnieniem. Próbowała się odezwać, porozumieć z Tomem, lecz jej usta opuszczał wyłącznie bełkot, a gdy zbierała w sobie siły i koncentrację, żeby uderzyć go słabowicie zaciśniętymi pięściami w plecy, on porażał ją kolejną dawką bólu.

— Skończ się tak szamotać, Warren — ledwo go usłyszała pośród wycia wiatru. Rozległ się szklisty dźwięk wzruszanych szyb. — Jeden mały przystanek, no, może dwa i zaraz się tobą zajmę.

Bezceremonialnie rzucił ją na ziemię. Wylądowała na wznak, a upadek wycisnął jej z płuc haust powietrza. Rozświetlony tysiącem gwiazd sufit szklarni wirował nad nią w tak szybkim, rozkołysanym rytmie, że zbierało się jej na mdłości, więc przekręciła się na bok i z trudem wsparła na zgiętym łokciu.

Rozległ się świst tnącego zaklęcia, a po nim odrażająco mokry, dziwnie lepki dźwięk zakończony głuchym uderzeniem, jakby wypluto coś na kamienne płyty.

— Na twoim miejscu bym na to nie patrzył — powiedział Tom, gdy rozchwiana Marta przymierzyła się do odwrócenia. — Chociaż, zresztą. Rób, co chcesz, nie masz już dla mnie najmniejszego znaczenia.

Pod jego nogami spoczywał podłużny kawał mięsa, obślizgły od zielonkawych soków trawiennych ludołówki i oblepiony skrawkami powykręcanej tkaniny. Dopiero widok damskiego buta wystającego spomiędzy połów rozciętej na długości łodygi uświadomił jej, na co patrzyła.

Na kogo.

— Olivia — wykrztusiła z trudem. — Obie… całeś.

— Nie zrobiłem nic poza rzuceniem na nią

Petrificusa Totalusa

— odparł z szokującą obojętnością zważywszy na to, że wpatrywał się w częściowo strawione ludzkie szczątki. — Ustawiłem ją tak, żebyś miała na nią widok, a reszta… Cóż mogę poradzić na to, że Beery wyhodował tak wielkie, nieustannie głodne ludożercze rośliny? — Zmarszczył nieznacznie nos. — Kto by pomyślał, że Hornby będzie miała taki dziwny zapach?

Przypływ adrenaliny otrzeźwił Martę na tyle, że w ostatniej chwili udało się jej stanąć na czworaka. Zwymiotowała pod siebie, ale pusty żołądek nie dawał jej wytchnienia jeszcze przez długi czas, zaciskając się w bolesnych skurczach w próbie wyrzucenia z siebie nieistniejącej treści.

— Uważaj — powiedział Tom, unosząc górną wargę w wyrazie obrzydzenia. Machnął różdżką, a łkającą Martę musnął chłodny, pozornie wilgotny język zaklęcia, oczyszczając jej usta razem z ich wnętrzem. Wymiociny zniknęły z ziemi w chwilę później. — Zrujnujesz sukienkę.

— Bo to… obecnie największy… kłopot.

— Hmm — mruknął, łapiąc ją za kark. Jednym szarpnięciem postawił Martę na równe nogi, wolną ręką prostując wymięte warstwy sukienki. — Masz rację. Jak mogłem być tak nieczuły? Nie wziąłem pod uwagę, że w istocie ty masz znacznie większe zmartwienia niż ja, ale wierz mi, Marto… Zadbam o to, żebyś cieszyła oko nawet po śmierci.

Wbił jej różdżkę pod żebra. Szorstkie liny oplotły jej nadgarstki, a magiczna siła zakotwiczyła ją u boku Toma, ciągnąc ją za nim w drodze powrotnej do zamku. Gdy przedarli się do niego przez sypki, świeży śnieg, Marta trzęsła się na całym ciele, podgryzione mrozem stopy ślizgały się jej w przemokniętych szkolnych butach, przez co straciła równowagę podczas wspinaczki po schodach. Niezainteresowany jej upadkiem Tom nawet się na nią nie obejrzał, zamiast tego szarpnął różdżką, ciągnąc ją na leżąco po paru stopniach.

— Co za żałosny widok — powiedział, patrząc na nią kątem oka, gdy zatrzymał się pod oplecioną umywalkami kolumną w łazience na pierwszym piętrze. — Podekscytowana?

— Czym? — wykrztusiła słabowicie.

— Jak to czym? Niedługo zapoznasz się z bazyliszkiem tak, jak powinnaś to była zrobić we wrześniu.

Gdy Tom odezwał się w języku węży, kamień zazgrzytał, ukryty mechanizm wprawił się w ruch. Centralna z umywalek wycofała się, odsłaniając ogromną, spowitą nieprzeniknioną czernią rurę.

Ostatnia myśl, która zaświtała Marcie w głowie na sekundę przed byciem wepchniętą w przepaść, dotyczyła jej samej. W tym momencie uświadomiła sobie, że to ona była tym bezimiennym, wspomnianym przez Dumbledore’a uczniem, który w gorszych liniach czasowych ginął z rąk Toma. Bezsprzecznie świadczył o tym fakt, że umywalka znajdowała się na przeciwko tej kabiny toaletowej, gdzie przed laty każdego dnia wypłakiwała sobie oczy.

Żołądek znów podszedł jej do gardła, gdy wypadła z rury wprost na usłane drobnymi kośćmi cmentarzysko zwierząt. Kolejne szarpnięcie różdżki poderwało ją na równe nogi, a gdyby nie ciągnąca ją za Tomem siła, nie udałoby się jej utrzymać narzuconego przez niego tempa. Spływający z jego języka syk niósł się echem kolistymi korytarzami, a za każdym razem, gdy skręcali, Marta zaciskała powieki i szła na oślep do czasu, aż do uniesienia ich nie zmusiło jej potknięcie się czy kolejny upadek.

— Chciałabyś go dotknąć? — niespodziewanie odezwał się w zamyśleniu Tom.

— Co?

— Bazyliszka. Chciałabyś go… pogłaskać?

Marta milczała. Nic, co by powiedziała, nie zmieniłoby ani jego nastawienia, ani nie przeszkodziłoby mu w odczuwaniu satysfakcji płynącej ze świadomości, że może zmusić ją do wszystkiego. Nawet gdyby profesor Dumbledore jakimś cudem dowiedział się, że plany Toma uległy zmianie, nie znał mowy węży, która umożliwiłaby mu ruszenie Marcie na ratunek. Było po niej w momencie, gdy została zepchnięta do tego piekła.

— Zamknij oczy.

Posłuchała, kurczowo uczepiając się jego łokcia, żeby wiedzieć, gdzie iść. Choć przedłużająca ostatnie chwile jej życia ciemność szła w parze ze złudzeniem poczucia bezpieczeństwa, jednocześnie pobudzała jej wyobraźnię. Malowała przed nią obrazy z horrorów: komnatę pełną ludzkich kości, niedojedzonych szczątków w trakcie rozkładu, olbrzymiego węża z pyskiem oblepionym zaschniętą krwią, który rozwierał paszczę, żeby się nią posilić.

Zesztywniała, gdy Tom raz jeszcze przemówił w nieznanej jej mowie, strzepnąwszy z siebie jej dłoń. Marta desperacko wyciągała ręce, żeby znów go odnaleźć, a jeśli nie jego, natrafić przynajmniej na ścianę, aby przylgnąć do niej, skulić się w kącie, lecz blokowała ją przed tym magiczna siła, która wciąż ciągnęła za spowijające jej nadgarstki liny.

— Otwórz.

Potrząsnęła głową. Nie chciała tego zobaczyć, nie mogła. Wolała zostać pożarta żywcem w ciemności, skoro musiało do tego dojść.

— Zobaczysz moją potęgę, Marto, nawet jeśli będę musiał wyciąć ci powieki, żeby to osiągnąć.

Ruszyła w stronę jego głosu na lekko ugiętych nogach, ostrożnie, aby uniknąć kolejnego potknięcia się na nierównej posadzce, i zachłysnęła się, natrafiwszy na coś ciepłego. Gdy uświadomiła sobie, że to dłoń, ścisnęła ją mocno. Nie potrafiła objąć umysłem, dlaczego tak bardzo zabolała ją drętwość jego palców, całkowity brak zainteresowania uściskiem i nieodwzajemnienie go. Tom rzucał dziś na nią

Cruciatusa

za

Cruciatusem,

z zimną krwią zamordował Olivię (co makabrycznie zabawne, gdyby tylko dał jej szansę, być może zasłużyłaby na jego sympatię), przyprowadził ją tu na śmierć, a ona wciąż była na tyle głupia, aby przejmować się emanującym od niego chłodem.

Czy ta noc też była wytworem jej wyobraźni? Każdy ich pocałunek czy pieszczota, pragnienie, kiełkujące między nimi uczucie, czy to wszystko było jednostronne? Do jakiego stopnia musiała zostać skrzywiona, żeby z godnymi szaleńca urojeniami dopatrywać się w nim rzeczy, które najwyraźniej nigdy nie istniały?

A jednak… A jednak Alfred i Donna przeżyli. Dlaczego?

Tom zmiażdżył dłoń Marty w uścisku tak silnym, że z gardła wyrwał się jej chrapliwy okrzyk. Otworzyła więc oczy, ze strachu wbijając spojrzenie w posadzkę, lecz i tak nie uciekła od widoku ogromnego cienia. Podążyła wzdłuż niego, a gdy drugi raz w życiu zobaczyła to pokryte zwartymi łuskami cielsko, w tym momencie pojęła, ile razy w ciągu zaledwie czterech miesięcy tak naprawdę znajdowała się o krok od śmierci.

Rzeczywistość, choć wciąż przerażająca, na szczęście nie zawierała żadnych makabrycznych widoków. Butelkowozielona, kuriozalnie pozbawiona źródła poświata nie osadzała się na niczyich zwłokach ani kościach, ogromny pysk bazyliszka był czysty, a oczy — w jej wyobrażeniach jarzące się płomiennym blaskiem niczym dwa bursztyny — zamknięte. Nozdrza węża poruszały się, przywodząc na myśl węszenie, a paszcza rozchyliła się w oczekiwaniu na posiłek, posyłając na nią fale cuchnącego, przyprawiającego o dreszcze obrzydzenia oddechu.

Tom przemówił do niego, na co bazyliszek obniżył głowę. Zwinął ciało w ciaśniejszy kłębek, dzięki czemu zyskał miejsce, aby opuścić ją na ich poziom, a przyśpieszający ruch nozdrzy potwierdził obawy Marty. Zainteresował go jej zapach.

— Dotknij go.

Niepewnie wyciągnęła rękę, a gdy się zawahała, Tom naparł na jej łokieć. Ledwo poczuła pod palcami chropowaną, suchą skórę, odskoczyła w tył.

— Gdybym dał ci wybór, jak wolałabyś umrzeć?

— Ja… Nie wiem, Chryste, nie wiem! — wyrzuciła z siebie, stając za nim, aby odgrodzić się od poruszającego łbem węża. Szukał jej bez ustanku, a Tom zszedł mu z drogi. — Przestań! Nie tutaj, proszę, nie nie…

— Tak myślałem — odparł, wsuwając ręce do kieszeni. Wypowiedział kilka sykliwych rozkazów, a bazyliszek przekrzywił w uwadze głowę, zanim posuwistym ruchem udał się w tę stronę, z której przyszli, ożywiając Komnatę Tajemnic echem szumu łusek sunących po kamieniu. — Chodź.

— Co… Co mu powiedziałeś? — spytała, doganiając Toma półbiegiem, gdy ruszył przed siebie.

— Życzyłem mu dobrej zabawy.

— Tom! Ale… przecież nie możesz… tak nie…

— Tak nie wolno? — zakpił, odbijając w wąski, boczny korytarz. Nie do końca było to to, co miała na myśli, lecz on już kontynuował: — Mnie wolno wszystko. Jestem dziedzicem Salazara Slytherina. Najpierw wezmę w posiadanie Wielką Brytanię, a potem świat. Mogę robić, co mi się żywnie podoba, Warren.

— Ale przecież ci mugolacy nic ci nie zrobili!

— Masz całkowitą rację — przyznał bezbarwnie. — Nadadzą się za to idealnie do nauczenia Dumbledore’a cennej życiowej lekcji. Chciał mnie przechytrzyć? Spiskował przeciwko mnie? Zatem niech jego ukochane szlamy giną, z tobą na czele.

— Tom, proszę, odwołaj bazyliszka, nie zawinili w żaden sposób…!

— Nie.

— Musisz!

— Wiesz, co jest w tym wszystkim komiczne? — spytał, zatrzymując się raptownie. Użył magicznej siły, żeby pchnąć Martę na ścianę i przytrzymać ją w miejscu. — Ty. Wypuszczałem bazyliszka dziesiątki razy, a w skrzydle szpitalnym leży tylko czterech uczniów, w dodatku spetryfikowanych. Szanse, że ktoś zginie dzisiejszej nocy są niewielkie, a jednak zamiast błagać o własne życie, Warren, błagasz o oszczędzenie innych, podczas kiedy to oni są w zamku razem z Dumbledore’em, który zarzekał się, że chronienie ich jest jego najwyższym priorytetem — prychnął. — Zauważyłaś, że traktuje cię jak pionek na planszy, wykorzystuje cię, bez wyrzutów sumienia dosłownie wystawia cię wilkowi na pożarcie, a jednak dalej wierzyłaś w waszą „wspólną” sprawę. — Zmierzył ją od stóp do głów tak nienawistnym spojrzeniem, że jej płuca w ułamku sekundy zdawały się wypełnione lodem. — To niesamowite, że przez cały ten czas nie przejrzałaś na oczy. Miałaś tylko jednego wroga… i nie byłem nim ja.

Jedno mrugnięcie wystarczyło, aby spod jej powiek uciekło kilka łez.

— To nie z ręki Dumledore’a zaraz zginę.

— Nie? — zdumiał się ostentacyjnie. — Naprawdę w to wierzysz? Jak bardzo trzeba nie chcieć poznać prawdy, żeby nie widzieć tego, co kryło się między wierszami każdej waszej rozmowy, Warren? Nie słyszałaś tego, jak mówił, że podczas każdej jego podróży w czasie byłaś kimś innym? Naprawdę jesteś tak głupia, że nie widzisz, że zostałaś przez niego selektywnie wyhodowana? Nie przyszło ci do głowy, że mógł maczać palce w śmierci twojego ojca, żebyś przy pozbawionej ludzkich odruchów matce stała się tak zdesperowana, żeby chcieć przypodobać się właśnie mnie? — Tom roześmiał się tak gromko, że z zaskoczenia Marta aż się wzdrygnęła. — Czy chociaż raz przyszło ci do głowy, że skoro najlepszym planem Dumbledore’a jest podsunięcie mi pod nos przeciętnie atrakcyjnej i jakże nudnej, niemogącej się równać z Abraxasem szlamy, tak naprawdę nie macie żadnych szans, żeby powstrzymać mnie przed zdominowaniem całego świata?

Zgodnie z zamiarem, komentarz dotyczący Abraxasa dotknął ją do żywego.

— Możesz mówić wszystko, co ci ślina na język przyniesie, żeby mnie zranić, ale jednemu zaprzeczyć nie możesz — powiedziała, starając się zapanować nad drżącym głosem. — To ja byłam jedyną, którą całowałeś, u której szukałeś ciepła i bliskości, i…

— Byłaś — zaznaczył z naciskiem, wznawiając wędrówkę zielonkawym korytarzem. — A gdy tylko się ciebie pozbędę tak, jak powinienem zrobić to od początku, wierz mi, że zastąpię sobie ciebie w mgnieniu oka.

Pstryknął palcami, równocześnie wyzwalając ją spod działania zaklęcia dotychczas dociskającego ją do ściany. Marta wylądowała na rozchwianych nogach i spojrzała tęsknie za siebie. Choć nieuchronność zbliżającego się końca porażała każdy jej mięsień, nie potrafiła powstrzymać się przed wyobrażeniem sobie, jak ucieka, chowa się przed Tomem i dzięki Bożej opatrzności odnajduje wyjście z tego labiryntu śmierci.

Ruszyła za nim jak na ścięcie, nie kłopocząc się z dotrzymywaniem mu tempa. Czekał na nią bez słowa pod okrągłymi wrotami, za którymi spodziewała się zobaczyć kolejną komnatę, tym razem rytualną, lecz zamiast tego podmuch mroźnego wiatru wwiał do środka drobny, usypujący się z gałęzi sosen śnieg.

Gdy tylko wyszli na zewnątrz, wrota znów zakryło zaklęcie maskujące, łącząc je w jedno z zimowym krajobrazem. Nie marnując czasu, Tom złapał Martę za nadgarstek i aportował się z nią w nieznane. Zanim jeszcze otworzyła oczy, wyczuła w jego uścisku wahanie, prawie jakby przez moment rozważał puszczenie jej, gdy poślizgnęła się na mokrym kamieniu. Wiatr dął z taką mocą, że niewiele brakowało, aby zerwało z niej sukienkę.

Okrzyk zamarł jej na ustach. Znajdowali się na wysokiej, wyrzeźbionej przez wodę skale. Wzburzone morze posyłało na nich kłęby spienionych fal, które sięgały wyżej i wyżej z zamiarem podmycia ich nóg, złapania ich za nie i wciągnięcia w objęcia swoich głębin.

— Być może gdybym nie miał tak podatnego serduszka i zabił Hornby wcześniej, nie trzęsłabyś mi się teraz w rękach — powiedział wyzutym z emocji tonem, odwracając ją w drugą stronę. Przesunął wyciągniętą ręką na tle linii klifów i wskazał Marcie ciemny punkt w centrum skalistej skarpy. — Domyślasz się, gdzie jesteśmy?

— Tu was zabierają — wykrztusiła, nie potrafiąc powstrzymać się przed spoglądaniem w dół za każdym razem, gdy pod niepewnie trzymającymi się gruntu stopami wyczuła siłę uderzeń fal. — Na wakacje, z sierocińca.

— W punkt — pochwalił ją, rozbawiony jej rozstrojem emocjonalnym. — Nie jesteś pierwszą osobą, którą zabiorę do tej jaskini, Marto, ale będziesz pierwszą, którą tam zabiję.

Wbrew wypowiedzianym przez niego słowom, Marta zająknęła się z ulgi, gdy właśnie tam wylądowali. Choć Tom nie wypuścił jej ręki, pozwolił jej upaść na podłogę. Przyłożył różdżkę do jej dłoni, nie zważając na skowyt bólu wydzierający się z gardła Marty, i przesunął zakrwawioną raną po ciemnej skale, która odsłoniła przed nimi ukryte przejście.

— Twój ograniczony szlami móżdżek nie jest nawet w stanie pojąć, jakie mam plany wobec tego miejsca — powiedział z dumą, prowadząc ją w głąb jaskini. — Wejście jest strzeżone od niedawna, z kolei z ochroną wnętrza miałem poczekać jeszcze długi, długi czas… ale skoro Dumbledore wie o horkruksach, zna część moich planów… Cóż, będę musiał się do tego dostosować.

Marta wzdrygnęła się, gdy z odmętów jeziora wyskoczył łańcuch. Tom wyciągnął nim spod powierzchni łódkę i wszedł na pokład, krzywym uśmiechem kwitując to, że Marta dołączyła do niego bez dodatkowego zaproszenia. W przeciwieństwie do niego nie zmusiłaby się do stania, zbyt przerażona wizją wpadnięcia do wody, więc przysiadła na skraju ławeczki i w przypływie paniki zatopiła palce w jej krawędziach, gdy tylko Tom wprawił łódkę w ruch.

Dopiero nieprzyjemny chlupot wzruszanych fal uświadomił jej, że śmierci samej w sobie się nie lękała. Podświadomie przygotowywała się na nią od pewnego czasu i godziła z perspektywą przedwczesnego opuszczenia ziemskiego padołu, lecz tak naprawdę to wiara pozwalała jej znaleźć komfort w nieuchronności swojego odejścia. Jak każdy popełniła wiele grzechów, nie zawsze zachowywała się tak, jak powinna, a te ostatnie miesiące w Hogwarcie rozwlekłyby jej ostatnią spowiedź, gdyby miała do niej okazję przystąpić, jednak wbrew temu wszystkiemu przedsięwzięła się wyzwania uratowania tysięcy ludzkich istnień. Gorzki smak porażki mieszał się w jej ustach ze słodyczą świadomości odnalezienia przez jej duszę wiecznego spokoju, a przede wszystkim możliwością zaznania go razem z jej ukochanym ojcem.

Dobijająca do brzegu kamiennej wysepki łódka zazgrzytała, znoszona na bok, a rzucony na jej dno łańcuch zagruchotał o drewno. Marta nie kryła zdziwienia, gdy Tom z perfekcyjnie czarującą manierą wyciągnął w jej stronę pomocną dłoń. Przyjęła ją, unosząc sukienkę podczas przekraczania progu łódki, i szybko przeszła na środek wysepki, żeby złapać się skalnego postumentu, na którym stała pusta misa.

— Wyobraź sobie to miejsce tętniące najbardziej pierwotną magią, jaka istnieje — powiedział, omiatając wzrokiem ściany jaskini, i przesunął dłonią na tle milknącego jeziora. Jego tafla była nieprzenikniona niczym obsydianowy atrament. — Pełne strażników gotowych zabić, żeby bronić jednego z moich największych skarbów. Wyobraź sobie wroga osłabionego najpierw ofiarą z krwi, później eliksirem, który tu umieszczę — kontynuował z zamglonym spojrzeniem, śledząc palcem krawędź misy. — Wycieńczonego, spragnionego… — Uśmiechnął się wilczo. — Z wodą na wyciągnięcie ręki…

Marta milczała, nie potrafiąc znaleźć w sobie słów odpowiedzi na te wyznania. Gdyby istniała szansa na dostatecznie szybkie przechwycenie różdżki i knuta, wysłałaby Dumbledore’owi wiadomość zawierającą streszczenie tych planów, choć pewnie na nic by mu się to nie zdało. Najprawdopodobniej gdy tylko domyśli się, co tak naprawdę oznacza jej zniknięcie ze szkoły, wyruszy w kolejną podróż w czasie, spisując tę rzeczywistość na straty.

— Jakieś ostatnie słowa, Marto?

Wstrzymała oddech, zauważywszy, że w dłoni Toma pojawiła się różdżka. Jego pytanie zesłało na nią równocześnie całkowitą pustkę myśli, jak i oszałamiającą gamę emocji, z których większości nie potrafiłaby sklasyfikować.

— Nie, chyba nie — powiedziała półszeptem, kręcąc głową. — Ale jest coś, co chciałabym jeszcze zrobić.

Nie czekając na pozwolenie, zarzuciła mu ręce na szyję i złączyła ich usta w kochającym, pełnym żalu pocałunku.

Boże, jak ona mu współczuła. W przeciwieństwie do niego nie potrzebowała Legilimencji, żeby znać najskrytsze pragnienia jego serca, rozumiała własnoręcznie rozbudzoną w nim sierocą tęsknotę za bliskością, za posiadaniem kogoś, komu mógł zaufać tak naprawdę, w pełni. Serce kruszyło się jej na drobne kawałeczki na samą myśl, że nie tylko nie zdążyła mu tego dać, ale i że nikt poza nią nie zdobędzie się wobec niego na podobne poświęcenie. Tylko ona była zdolna do pokochania tego szalonego, okrutnego chłopaka, nikt nie oddałby mu się w pełni tak jak ona, a teraz, gdy znajdowała się tak blisko przekroczenia punktu braku odwrotu, zraniony zdradą Tom zabije ją, krzywdząc samego siebie.

Mimo że przyciągnął ją do siebie z zaborczą mocą, nie liczyła na ułaskawienie. Nie wierzyła w nie. Chciała wyłącznie dać mu wszystko, co miała do zaoferowania, więc całowała go, aż zabrakło jej tchu, po czym wtuliła twarz w jego szyję. Cieszyła się tym uwielbianym przez nią zapachem mirtu, póki jej na to pozwalał, i zadrżała, gdy jego dłonie boleśnie zacisnęły się na jej talii.

— Już czas — powiedział chrapliwie, nie patrząc jej w oczy. Gdyby nie znała go lepiej, pomyślałaby, że mówił to wbrew sobie. — Połóż się.

Spełniła polecenie, nie spuszczając wzroku z jego tak niecodziennie strapionej twarzy. Choć od opuszczenia wieży Ravenclawu Tom nie szczędził okazji do próby zranienia jej czy to niekończącą się lawiną pogardy, czy to

Cruciatusem,

coś pchęło go do odwrócenia się do Marty plecami.

— Tom? — spytała cicho, drżąc z chłodu sączącego się w nią z twardej skały. — Może zanim… Może dokończysz dla mnie tamten wiersz?

Jego linia ramion napięła się. Spuścił głowę, podwijając rękawy czarnego swetra, i po dłuższej chwili ciszy zaczął recytować:

Lecz w naszej miłości, choć była dziecięca,

Tak silnych uroków moc tkwi,

Żeśmy się kochali i lepiej, i więcej

Niż starsi i mędrsi niż my...

Niż mędrsi i starsi niż my...

I nigdy anioły, co w niebie królują,

Ni czarnych demonów rój zły,

Nie mogły oderwać jej duszy od mojej,

Ni mojej od Annabel Lee.

Wysunął różdżkę z tylnej kieszeni spodni i odwrócił się ku leżącej u jego stóp Marcie. Jego naturalna bladość pogłębiła się, dodatkowo podkreślona na tle zalegającego w jaskini półmroku.

I dziś, skoro drżąca srebrzystość miesiąca

I gwiazd pozłocistych rój lśni,

Śnię o niej i czuję na sobie płonące

Oczy pięknej Annabel Lee.

I co noc w snów bieli, wśród srebrnej topieli,

Spoczywam z nią razem na zimnej pościeli,

Tam w jej królestwie nad mórz pianą,

Tam w jej mogile pod mórz pianą...

Mocniej zacisnął palce na różdżce, wypuszczając z płuc długi, ciężki oddech.

— Dziękuję — wyszeptała Marta, starając się rozgonić łzy szybkim trzepotem rzęs. — I… Przepraszam, że cię zdradziłam Tom. Przepraszam. Mam nadzieję, że przyniosłam ci choć trochę ukojenia, naprawdę — załkała. — Musisz mi wierzyć, że życzę ci z całego serca, aby i twoja dusza odnalazła pewnego dnia spokój.

Rysy twarzy Toma stwardniały.

— Nie słyszałaś wiersza? — spytał beznamiętnie. — Twoja dusza nigdy nie zazna spokoju, Marto.

Poruszył się z szybkością węża skaczącego do ataku. Krzyk zagłuszył spływającą z jego ust inkantację zaklęcia, a szmaragdowy snop trafił ją prosto w serce.

Tom padł na kolana, porażony rozdzierającym mu pierś bólem, i zaskowyczał niczym ranne zwierzę, gdy magia wyszarpnęła z niego część jestestwa. Ściskany przez niego w garści medalion rozwarł się samoistnie i przyjął dwa fragmenty dusz, oprawcy i ofiary, do swego wnętrza, tętniąc starożytną energią.

Tom zatrzasnął go i zarzucił na kark, dysząc ciężko, wciąż oszołomiony i niepotrafiący zapanować nad wirującym wnętrzem jaskini. Łokieć ugiął się pod nim, więc ułożył się na boku; jedyne, na czym potrafił skupić wzrok, to pozbawione iskry życia jasnoniebieskie oczy Marty, wpatrujące się niewidząco w przestrzeń i równie nieruchome, co jej palce, które muskał swoimi.

Widmowe szpony wciąż trzymały go z obu stron pod żebrami, powoli rozrywając wszystkie tkanki, pozornie łamiąc kości i razem z nimi ciągnąc za krańce okaleczonej duszy, która niczym przerażone, tęskniące za bezpieczeństwem zwierzę umościła się w swoim krwawym legowisku tuż za sercem. Pozostałość jego człowieczeństwa zachowywała się tak, jakby znalazła odpowiednie ustronne miejsce do zdechnięcia, choć oczywiście Tom nigdy nie dopuści, żeby podzielili taki los. Niestety — zauważył po chwili — pomiędzy znajomymi skowytami bólu, z którymi witał się niczym z wiernym poddanym, kryło się coś jeszcze.

Coś… nowego.

Coś obcego.

Wrogiego

, pojął.

Serce zabiło mu szybciej w panice, gdy jego pierś ścisnęło nieznane dotąd uczucie. Rozpustnie słabe, zaburzone, doszczętnie naganne w jego wydaniu, kuriozalne. Na Salazara, dlaczego? Nienawidził tej głupiej dziewuchy, jej niekończącego się mielenia ozorem, tych wszystkich jej żałośnie płaczliwych „Tom, proszę”, jakby naprawdę była tak skretyniała, żeby wierzyć, że w jego przypadku błagania coś zdziałają… A jednak, kiedy tak leżała z zamrożonym na ustach krzykiem, rozsypanymi wokół głowy włosami i ręką przerzuconą przez zastygłą w bezruchu pierś, wydawała się… nie, nie ona — nie widział drugiej osoby, której było tak do twarzy ze śmiercią — a jednak coś w tym widoku wydawało się… nieprawidłowe. Uderzająco nieodwracalne.

Tom miał wiele tajemnic, a do niedawna wszystkie z nich łączyły się wyłącznie z tym, jak daleko jest się w stanie posunąć, aby osiągnąć potęgę, zdobyć przewagę, wznieść się ponad innych, ponad

śmierć

, lecz odkąd w jego życiu pojawiła się ta… ta… perfidnie rozegzaltowana, melodramatyczna, becząca z byle powodu kaleka życiowa, Tom zaczął ukrywać pewne aspekty siebie nie z powodu chęci ochrony prospektu swojej nieśmiertelności, a z powodu wstydu.

Nienawidził jej. Nienawidził jej za to, co mu zrobiła. Nigdy nikomu nie wyzna, że dopuścił do tego, aby ktoś uczynił go słabym. Zmanipulowała go, knuła te swoje żałosne intrygi, które uważał za dziecinne mrzonki, a jednak jakimś cudem trafiły na podatny grunt, zdołały go omamić, przesłonić mu widok…

Obarczyła go klątwą. Rzuciła na niego urok, nie miał ku temu żadnych wątpliwości. Nie istniało inne wyjaśnienie tego odchylenia, przez które chciał mieć ją z powrotem.

Przecież ją miał. Ściskał ją w garści, czuł ją w pulsującym życiową energią medalionie, zaklętą na wieki w sporządzonej przez niego klatce. Należała do niego nawet w śmierci, więc dlaczego…?

Musiało do tego dojść. Spiskowała przeciwko niemu. Doprowadziłaby do jego upadku. Zabiłaby go.

Zabijała.

Nie rozumiał tego, co się z nim działo. Rozróżniał wszystkie podstawowe emocje: gniew, zawiść, wstręt, ale to? Czym jest ten przygniatający go ciężar, czym te wszystkie wyobrażenia, wspomnienia, widmo odrażająco słabych rąk oplatających go w pasie, przenikającego jego plecy ciepła, gdy ta cudownie podatna na przemoc, niezrozumiale uczuciowa dziewucha go przytuliła?

Cokolwiek to było, gardził tym. Bez dwóch zdań. Nikt nie bronił mu jednak zanurzyć się w tym uczuciu w celach badawczych. Nikt się nie dowie. Nikt nigdy nie wedrze się do jego umysłu i nie zobaczy, nie poczuje, nie doświadczy tej dziwnej, napierającej na niego ze wszystkich stron chęci… chęci…

Z powrotem. Całą. Chciał mieć ją na wyłączność, uczynić ją swoją na wszystkie sposoby,

posiąść

ją, jej emocje, jej serce, pochłonąć ją, schować, zamknąć gdzieś, gdzie nikt jej nie znajdzie, tak aby nikt mu jej nigdy nie zabrał, nie przywłaszczył jej sobie, nie wpływał na nią, nie mącił… Potrzebował jej do własnych celów,

musiał

, gdyby mógł, zrobiłby to, cofnąłby czas, udawał, przechytrzył, to on by nią manipulował, to on by ją opętał…

Zrobiło mu się niedobrze. Podniósł się na kolana i odsunął od tej wiedźmy; posiadała tak potężną moc, że nawet po śmierci poruszała nim jak marionetką, ciągnęła za jego sznurki.

Jak?

Jak to robiła? Nie żyła. Była martwa.

Zatruła go.

W momencie, gdy Tom zdał sobie sprawę z zachodzenia prawdziwego kuriozum — jego oczy zaszły wilgocią — zwisający mu z karku medalion rozwarł się, rzucając światło na definicję tego, co czuł.

Nie. To kłamstwo. Absurd.

Wcale nie żałował. W żadnym wypadku. Nie chciał tej brudnej szlamy. Cieszył się,

czerpał rozkosz

z patrzenia, jak światło opuszcza jej oczy, jak rysy jej twarzy zamrażają się w wyrazie przerażenia, struny głosowe milkną raz na zawsze.

Nie. Nie nie nie nie nie…

—

Zamknij się

— powiedział do medalionu w języku węży.

Jego polecenie nie spotkało się z żadnym odzewem. Z rozwartego puzderka powoli wydostał się świetlisty punkcik, unosząc się coraz wyżej, milimetr po milimetrze, aż wreszcie osiągnął wysokość, której Tom nie mógł spisać na bakier pogłębiającego się szaleństwa.

—

Wróć

— wyrzucił z siebie na wydechu, choć zamierzał wydać rozkaz. —

Gdybym mógł, zabiłbym ją drugi raz. Bez wahania. Wracaj do środka, natychmiast.

Gonitwa serca dudniła mu w uszach, mimo że tak silne reakcje przydarzyły mu się w życiu w ilości do zliczenia na palcach jednej ręki. Niczego nie żałował, a jeśli już, to tylko tego, że niemożliwym było stworzenie horkruksa poprzez zabicie kogoś własnymi rękami. Gdyby nie magiczne bariery, udusiłby ją, sprawiłby, że akt scalenia ich dusz w jedno nabrałby odpowiedniej intymności, ale tak czy owak skończyłaby martwa, tutaj, na tej samej skale.
— Nie. Dość.
Świetlisty punkt zaprzestał wznoszenia się, zamiast tego ruszając w jego stronę. Tom zacisnął powieki, pozwalając, aby najczarniejsza część jego świadomości wzięła nad nim górę. Pierś rozparł mu głód władzy, potęgi, chęć wypełnienia tego jeziora setkami, jeśli nie tysiącem inferiusów. Wyobraził sobie, jak odprawia czarnomagiczne rytuały nad ciałami swoich wrogów, jak dołączają do nich przypadkowi ludzie, zabici z braku innej atrakcji czy przez coś tak prostego jak naznaczony wstaniem lewą nogą parszywy poranek. Żadnego z nich nie będzie mu żal, tak samo jak nie jest mu żal jej.

Zacisnął zęby, skupiając się na płynącej w jego żyłach czarnomagicznej spuściźnie, i instynktownie zrozumiał, co musiał zrobić. Zamachnął się, ciskając w stronę świetlistego punktu całą skoncentrowaną magiczną energię, jaką w sobie miał, a nagły rozbłysk śnieżnej bieli oślepił go na kilka sekund.

Nie odzyskał jeszcze w pełni wzroku, gdy rozległ się przeraźliwy hałas. Dziwny, niemal zwierzęcy i ciągły, przypominał nabieranie reanimacyjnego wdechu. Coś zderzyło się z nim, ciało — pojął — ciepłe, żywe i znajome, posyłając go na plecy. Marta, trzymająca się jedną ręką za gardło, a drugą owijając wokół dłoni garść swetra, wylądowała na zamrożonym w trwodze Tomie.

Poruszała ustami, wytrzeszczając na niego oczy w wyrazie najczystszej formy paniki, jaką kiedykolwiek widział. Jej ciałem wstrząsnął, nie, szarpnął dreszcz tak mocny, jakby dopiero co przebiła się na powierzchnię pokrytego lodem jeziora.

— Śniłam — wykrztusiła, dotykając jego twarzy. Nie wierzyła, że był tu przed nią, rzeczywisty, namacalny, on, prawdziwy Tom, a nie ten upiór, który przywidział się jej na kilka sekund przed utonięciem. — Śniłam, że…

— Nie śniłaś — przerwał jej, otrzeźwiony chłodną falą rozsądku. Gdy tylko zobaczył, jak jej brwi ściągają się razem w wyrazie niezrozumienia, pochwycił jej nadgarstki na sekundę przed tym, jak nieuniknienie spróbuje mu się mu wyrwać. — Teraz naprawdę należysz do mnie. Na całą wieczność.

↑ Top · Fandoms